JAK TWARDOWSKI Z WOJACZKIEM

Dzisiaj spostrzegłem, że na mojej półce z książkami tomik wierszy Wojaczka stoi tuż obok zbioru poezji księdza Twardowskiego.

*  *  *

Ty, mój Kochany, który bożą krówkę
wynosisz pod niebiosa
a na łące spotykasz świętą Agnieszkę
I Ty, mój Jedyny,
co wyjadasz bród zza paznokci
i spijasz miesięczną krew
Mówicie do mnie jeden przez drugiego
– czasem słyszę szept a niekiedy krzyk

Strasznie jesteście podobni
w tym niepodobieństwie swoim
czasem nawet nie wiem, który z Was to mówi:
„Podaj mi rękę z gwoździami pośrodku” (T)
„Dziewczynki w sukienkach od pierwszej komunii” (W)
Albo:
„Wszystko na pysk zbity wali się bez Ciebie” (T)
„Ale ja wiem o Tobie, to znaczy, żeś jest” (W)
Choć już na pamięć znam te Wasze słowa:
„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”
„Kochajmy się Ty wciąż na nowo śmierć mi śnij”
I wiem doskonale, które serce tak zabolało
i w czyją ranę wsączył to strach

Ty, który chciałeś ukrywać
nagość przed wzrokiem naszym
i otaczać ją milczeniem

I Ty, który kość ogonową
odrąbywałeś a nożyczkami od naskórków
wypreparowałeś srom
wyłupiłeś oczy
a na widelec ponawijałeś kiszki

Dla Was obu ciało było światynią
przypominającą dom boży i rzeźnię
I Wasz ból był podobny
choć jeden z Bogiem
a drugi bez Boga

Jeden klęczy przed ołtarzem Matki
boskiej bez wątpienia
i modli się za nami wszystkimi
Drugi ogląda wystawę z kiełbasą
swoją matką jadalną
i czuje, jak mu cieknie
ślina, krew i sperma

Obaj połączeni głodem
metafizyki, ducha…
serca, żołądka i jąder
spleceni w istnieniu
jak z bluźniercą ksiądz

Ty, mój Kochany, który pochylasz się nad cierpiącymi
chwytając się przy tym teologii za rękę
I Ty, mój Jedyny,
co wdychasz smród z włochatego łona
i ostrzysz nóż na kamieniu serca
Obaj jesteście we mnie
a ja jestem w Was

Już się nie kłócicie
o palmę pierwszeństwa i sromotny koniec
więc dobrze mi z Wami
jak podróżnemu z ogniem i wodą
jak ciału z winem i krwią
jak wieczności ze światłem i mrokiem
jak głowie z myślami, które rodzą się i mrą

Aniele stróżu
mój
Aniele zagłady
jesteście tym samym przeznaczeniem
choć różną macie postać

Prowadząc do kresu
gdzie wszystko
i nic

*  *  *

Ilustracja: kolaż obrazów El Greca (Cristo en la cruz) i Fantin-Latoura (Un coin de table), które w całości zobaczyć można w GALERII . (Zdjęcia i kolaż własne.)

POD DŁONIĄ BOGA

palce Buddy (zdjęcie własne)

*

Skąd się bierze ludzka potrzeba modlitwy?
Z wdzięczności za cud stworzenia, czy też ze strachu przed siłami (od nas) wyższymi? Czy pragnienie zbliżenia się do bóstwa jest wyrazem pokory czy też pychy? Czy modląc się człowiek częściej prosi czy dziękuje?

* * *
Istota ludzka wtrącona w otchłanie Kosmosu poddana jest mocom, które ją przerastają. Nie dziwi więc, iż człowiek niekiedy ma wrażenie, że jest igraszką w rękach bogów – opleciony wątkami losu, poddany przeznaczeniu, które nie jest mu znane.
Modląc się znajduje ukojenie – ma poczucie, że jego serce nie bije w próżni, że nie jest Sierotą Wszechświata, że po drugiej stronie jest coś więcej, niźli tylko nicość… (a może tylko pragnienie i nadzieję tego, że po drugiej stronie nie ma już cierpienia?)

Klękając, kłaniając się, schylając głowę, wyciągając ręce do Stworzyciela i władcy…
Czy jednak potrzebne jest to pokajanie?
Czy owo poddanie może mieć jakąś wartość dla bóstwa? Czy też potrzebne jest jedynie człowiekowi, by poczuć się pod czyjąś opieką?

(Kiedy poddany korzy się przed królem-człowiekiem, to ów gest ma sens, bowiem także król nie jest pozbawiony słabości – jego moc jest jedynie umowna i nominalna, dlatego też domaga się nieustannej konfirmacji. Czy Wszechmocny Bóg potrzebuje tego samego?)

Poddańcza poza jest wyrazem uległości, często mając związek ze słabością.
Stając na nogi musimy szukać siły w sobie samych.

* * *
Przyklęknięcie, pochylenie się, skłonienie głowy… ten gest ma swoje źródło w zamierzchłych czasach, kiedy to oznaczał poddanie się, był manifestacją uległości wobec władcy. To było ukorzenie się przed kimś, kto przerastał nas swoją mocą, miał nad nami władzę – mógł nas czymś obdarować, ale też mógł nas skrzywdzić, a nawet zabić.  Miał on na celu zdobycie przychylności, zapewnienie sobie opieki; był prośbą o darownie kary, przebłaganiem za złe uczynki, przeproszeniem za złamanie prawa… Z czasem jednak coraz więcej było w nim zwykłej kurtuazji, także wyrazu szacunku dla drugiego człowieka, niekoniecznie wyższego rangą.

Ta poza ma w sobie także pewien element poniżenia samego siebie.
Nawet jeśli rzeczywiście jest formą podziękowania, respektu i wdzięczności.

Trzymajmy się jednak proporcji: w naszym kręgu kulturowym (w przeciwieństwie choćby do buddyzmu), wiara w Boga zdecydownie bardziej opiera się na lęku przed Nim (i przed śmiercią… te rodzaje lęku są zresztą najczęściej tożsame), niż na wdzięczności za stworzenie.

* * *

Modląca się (przed posągiem Buddy w jednej ze świątyń Sukhothai, Tajlandia)

*

Kiedy przed podróżą do Tajlandii przeglądałem albumy zawierające fotografie z tego kraju, uwagę moją przykuło zdjęcie buddyjskiego mnicha , który stoi z ręką opartą o dłoń Buddy… Dłoń była większa od mnicha.
Postanowiłem odnaleźć to miejsce.
Okazało się, że ów posąg Buddy znajduje się w jednej z licznych świątyń jednego z najważniejszych kompleksów religijnych Tajlandii, a mianowicie w Sukhothai.
Kiedy tam wreszcie dotarłem i z bijącym sercem wkraczałem do świątyni, przed oczami pojawiła mi się scena, jaką mogłem sobie tylko wymarzyć: wspierając się o gigantyczny posąg Buddy, tuż obok jego oklejonej złotem dwumetrowej dłoni, klęczała zatopiona w modlitwie dziewczyna.

Czyżby to był zwykły przypadek?
A może obraz ten po prostu tam na mnie czekał?

* * *

Modły w świątyni Doi Suthep w Chiang Mai (Tajlandia)

W załączeniu to, co o modlitwie napisała w jednym ze swoich kometarzy Jolanta:

Modlitwa. Jest modlitwa i jest modlitwa. Regułkowa, trochę na zasadzie warunkowania, hipnopedii, wyuczona, szablonowa, pusta tak naprawdę, chyba że ktoś stara się w niej zanurzyć całą swoją świadomością i potrafi wyprowadzić swoją duszę ponad ziemię, ponad ciało i ponad fizyczne ograniczenia, poza ramy szablonu. Ponoć w powtarzalności frazy modlitewnej, jeśli poddać się temu rytmowi, jest jakaś hipnotyczna siła, która wprawia nasz umysł w stan transu (modlitwy). Mantra. Różaniec. Litania. One mają wprowadzić w taki trans. Ale myślę, że do tego niezbędne jest zatracenie się w rytmie, ukołysanie się na jego fali. Jest też modlitwa, która z nazwy nie jest modlitwą. Wzruszenie, stan wyjścia duszy z ciała, którego doświadczyłam, czytając m.in. ostatnią powieść „Niech wieje dobry wiatr” Lindy Olsson. Moją modlitwą stała się także recenzja tej niezwykłej książki. Jej pisanie. W trakcie formułowania swoich refleksji byłam daleko, poza granicami świata materialnego. Moja dusza śpiewała pieśń. Moja wrażliwość tańczyła na fali metafizycznego uniesienia.

Modlitwa ma różne oblicza. Zaniemówienie w obliczu piękna natury. Łzy wzruszenia podczas koncertu wspaniałej muzyki – kiedy słucham na żywo koncertu filharmonicznego, doznaję takiego upojenia, że można je nazwać modlitwą. Gdy czytam poezję. Gdy idę w górach stromą ścieżką i widzę w oddali szczyt, który stopniowo się przybliża i za chwilę mogę osiągnąć to, co wydawało się nieosiągalne. I ten zachwyt na górze, gdy spoglądam na rozległą panoramę w dole. Modlitwa. Myślę, że modlitwa niekoniecznie potrzebuje utartych słów. Raczej emocji, wzruszenia, ekstazy. Łez, śmiechu. Poczucia jedności z  chwilą. Zatracenia się w niej. Mam wrażenie, że to stan naturalny, ta zdolność człowieka do doświadczania uczuć transcendentnych, której ktoś nadał definicję modlitwy.

( © ZDJĘCIA WŁASNE )
*

WE MGLE…

 

Nie pytaj komu płonie znicz.
Płonie on tobie.


* * *
Znicze…
W cierpieniu i smutku jesteśmy jak dzieci, które hipnotycznie wpatrują się w płonący ogień.
Czujemy wtedy jak coś nas ku niemu przyciąga.

* * *
Wszyscy stoimy w kolejce do śmierci.
Czasem ktoś się z tej kolejki wyłamuje.
I to wyprowadza nas z równowagi.

* * *
Jeśli Bóg jest mądry, miłosierny i sprawiedliwy, to nie można mówić, że to On właśnie zsyła na nas tragedie i niewypowiedziany ból.
Tak samo, jak nie można mówić, że chroni nas przed nieszczęściem.
Najlepiej jest więc nie mieszać Boga do niczego.
Tak jak i On się do nas (już?) nie miesza.

Jeśli ktoś uważa, że Bóg ingeruje w nasz świat i nasze życie, to w takim razie można Go osądzać wedle tego, co się dzieje w świecie i w naszym życiu.
A to co się dzieje, nie pozwoliłoby nazwać go Sprawiedliwym.
Ani tym bardziej Miłosiernym.

Nie wspominając już o tym, że uznanie za prawdę tego, iż w świecie realizowany jest „plan boży”, kłóci się z pojęciem „wolnej woli”. Podobnie zresztą, jak sensu „wolnej woli” człowieka pozbawiałoby także działanie boskiej Opatrzności i predestynacja (czyli przeznaczenie).

Czy wobec tego wszystkiego może dziwić, że często błądzimy jak to dziecko we mgle?

* * *
Zwykle ciosy, które w nas godzą, uznajemy za sprawę „zawistnego losu”, by nie obarczać nimi Boga.
Jednak są i tacy, którzy owe „ciosy” i nieszczęścia uważają za bożą Łaskę (by nie pozbyć się wiary w to, iż chroni ich boża Opatrzność).

* * *
Słowa „los” jako synonimu Boga, używają zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący.
Zaskakująca jednomyślność.

* * *
Jaki sens ma nasza modlitwa wobec milionów modlitw niewysłuchanych i nie spełnionych?
Mobilizację drzemiących w nas sił i możliwości? Komfort dla naszego mózgu i nerwów?
Niwątpliwie tak – i to jest niezbywalna racja, dla której modlitwę można uznać za coś niezwykle ważnego i istotnego w życiu (nie tylko wewnętrznym) człowieka.
Lecz człowiek modlący nie może się zgodzić na takie racjonalne podejście do modlitwy, którą uważa za „rozmowę” z Bogiem. I zakłada, że Bóg nie tylko go wysłucha, ale i również spełni jego prośby.
Jednak czy zdaje sobie wówczas sprawę z tego, jak bardzo ta postawa jest postawą egoistyczną?
Dlaczegóż to Bóg powinien spełnić właśnie jego prośbę, a nie tysięcy – czy też milionów – innych ludzi (ani nie lepszych, ani nie gorszych od niego)?

Człowiek, modląc się, przywołuje siostrę Modlitwy – Nadzieję, bo bez niej nie tylko nie mógłby się modlić, ale i żyć.

* * *
10. 04. 2010.
Fatum, klątwa, przeznaczenie, spisek, chichot historii, pech… ?
Czy może po prostu mgła?
Albo za bardzo przechylone skrzydło?
Jakiś ludzki błąd, nieopatrzna decyzja?

* * *
10. 04. 2010 zdarza się każego dnia.
Czy zdajemy sobie z tego sprawę?

(Nie, ponieważ życie ma, mimo wszystko, większą władzę nad nami niż śmierć, a nadzieja większą niż rozpacz.)
Tragizm istnienia uświadamiamy sobie na raty – w takich jednorazowych wstrząsach.
(Podobnie jak naszą śmiertelność… Na codzień jesteśmy przecież nieśmiertelni.)

* * *
Prawdziwa rozpacz nie zna nadziei.

Rozpacz może ustąpić tylko wtedy, kiedy jej miejsce zajmie nadzieja.

* * *
Mówi się: „Śmiej się, a świat będzie się śmiał z tobą. Płacz, a będzisz płakał samotnie.”
A jednak czasem jest zupełnie na odwrót.

* * *
Urzędy, władza, ceremoniał, ważność, …
Wpojona jest nam bezduszna hierarchia: śmierć prezydenta jest dla nas ważniejsza, niż śmierć stewardessy.

Tak, jakbyśmy nadal byli stadem (zwanym po ludzku społeczeństwem), którego przywódca jest ważniejszy od osobnika w t(y)le.

Także: w świecie opętanym przekazem informacji, ważniejszy jest ten, kto jest „większy” medialnie.

* * *
Słowa, słowa, słowa…
Zaklinamy, przeklinamy, opisujemy, wyjaśniamy…
A czasem najlepiej byłoby zachować milczenie… ale to już się chyba nie da.
Nie po to ćwiczyliśmy się w mowie i językach od tysięcy pokoleń.

Myślimy, że słowa zdolne są nas obronić.
A one zbyt często nas jednak zdradzają.

Lecz mimo wszystko, przynoszą nam również ulgę. I próbują wyrazić… choćby skargę.

Wypowiedziane wobec pustego kosmosu będą się błąkać wiecznie… wśród gorącej obojętności płonących gwiazd i mroźnej obojętności lodowych komet.
(Niczym wyrzut sumienia Wielkiego Eksperymentatora?)

* * *
Ręka dotykająca trumny. Łzy.
Rozpacz dziecka, które traci nagle oboje rodziców…
– więźnie w gardle, dusi wszelkie słowa.

* * *

 

Zdjęcie własne: wejście do jednego z grobowców na paryskim cmentarzu Père Lachaise.

KRZYŻ

INRI

„Ukrzyżowanie” (Michał Anioł)

*

Uprzedzam, że poruszony tu zostaje temat kontrowersyjny. Jeśli więc dla kogoś sprawy wiary nie podlegają dyskusji, to osobie takiej czytania tego tekstu nie rekomenduję. Stanowi go wymiana opinii miedzy mną a Telemachem, jaka wywiązała się w komentarzach pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”.

*

Telemach: Drogi Logosie, dziwię się.
Dziwię się bo zdanie:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest jednak najważniejszym symbolem, i właśnie dlatego wykorzystuje się go tak często do „artystycznych” prowokacji.” zawiera zawirowanie logiczne, z którym nie mogę sobie poradzić.
Uważam mianowicie, że w dyskusji o krzyżu jako symbolu umyka nam jeden istotny aspekt. Wybór krzyża jako symbolu religii opartej na miłości i miłosierdziu jest sam w sobie prowokacją. Otóż – jakbyśmy na to nie patrzyli – wybór narzędzia kaźni jako skrótu wizualnego myślowego jest megaprowokacją. Szczególnie jeśli uwzględnimy, że znakiem pierwotnych chrześcijan był symbol ryby. Nie wiem w czyjej głowie zrodził się ten pomysł. Nie wiem również co uczyniliby chrześcijanie gdyby Chrystusa – co mimo iż szokujące jest teoretycznie możliwe – skazano na śmierć przez powieszenie. Czy klasy szkolne zdobiłyby obecnie symbole szubienicy? I co powiedzielibyśmy gdyby wierni należący do jakiejś nowoczesnej sekty wybrali sobie jako symbol wizerunek krzesła elektrycznego bądź komory gazowej?
Nie jest tak łatwo z tymi symbolami. A jeśli chodzi o „obrazę uczuć religijnych” to nasze poglądy pokrywają się. Z zastrzeżeniem, że uczucia jako takie się nie obrażają. Skłonni jesteśmy do personifikacji emocji zakładając ich tożsamość a nawet uniwersalność. Tak nie jest. Nie można obrazić uczuć religijnych. Można odczuwać osobisty dyskomfort wynikający z konkluzji że nasze, osobiste uczucia zostały skonfrontowane z czymś trudnym dla nas do zaakceptowania. A to nie to samo.

 

Ja: Telemachu, no cóż… zadziwienie już nas chyba nigdy nie opuści – choćby przy tworzeniu pytań na zadane odpowiedzi.
Powiedz mi jednak, co Cię tak naprawdę „zawirowuje” w moich zdaniach?
Oto pierwsze:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest (jednak) najważniejszym symbolem”.
Drugie:
„Właśnie dlatego (…) wykorzystuje się go (krzyż) tak często do artystycznych prowokacji”.
A może tu chodzi o ten łącznik „właśnie dlatego” ?

Twój wywód jest rzeczywiście bardzo sugestywny, i jak zwykle świetnie i elegancko napisany, a jednak pozwolę sobie zwrócić na coś uwagę.
Moim zdaniem, Twoje szokujące asocjacje (krzyż – szubienica – krzesło elektryczne) nabierają logicznego znaczenia tylko dlatego, że – jak mi się wydaje – błędnie odczytujesz znaczenie symbolu, mylisz też symbol ze znakiem.
Bowiem symbol, w odróżnieniu od archetypu, (który jest czymś pierwotnym, rdzennym) jest czymś umownym. Ludzie zastępują symbolem rzecz konkretną, przy czym ów symbol wcale nie musi odnosić się do rzeczywistych znaczeń, funkcji i samej istoty tej rzeczy, a nabiera takiego znaczenia, jakie jest potrzebne tworzącym go ludziom. (Np. kaganek symbolizujący oświatę.) Czyli, w pewnym sensie, zaczyna on żyć własnym życiem w przestrzeni mitologicznej, a nie konkretnej, dosłownej, utylitarnej.
Symbol krzyża jest tak mocno wpisany w naszą, liczącą już dwa tysiące lat, cywilizację, że nikt go już nie kojarzy (przepraszam za to mało adekwatne słowo „kojarzy”) z narzędziami egzekucji.
Krzyż był takim narzędziem w momencie, kiedy przybijano doń Jezusa, ale kiedy zaistniał w religijnej świadomości (mitologicznej) – stał się już zupełnie czymś innym.
Czym?
Pozwól że zacytuję kogoś bardzo kompetentnego w tej sprawie, a mianowicie samego papieża Benedykta XVI, który powiedział (w związku zresztą z „ukrzyżowaną żabą”): „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego, zdaniem papieża, ta ukrzyżowana żaba „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (czyli po prostu ludzi, dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)
Jeśli tak jest (a rzeczywiście ludzie we Włoszech, gdzie wystawiono żabę, oburzeni byli bardzo – nie obyło się nawet bez strajku głodowego), to moim zdaniem chrześcijanie ci swój symbol rozumieją bardzo płytko – bo kojarzą go (utożsamiają jakby) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle…
I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?!
Dlaczego myślący ludzie nie mogą dostrzec tego, że jest to po prostu absurdalne?
Z tego też względu uważam, że papież raczej nie powinien się wypowiadać w tak inkwizytorskim tonie o tej nieszczęsnej żabie. Robiąc coś podobnego, może jedynie nadwyrężać i podkopywać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).
PS. And by the way: czy nie sądzisz, że jednak bardziej poprawnie zabrzmiałoby zdanie: „Symbolem pierwotnych chrześcijan był znak ryby” ?

Krucyfiks – sztylet. (Pochodzące z XVII wielu kuriozum znajduje się w zbiorach muzeum Pałacu Inwalidów w Paryżu. Zdjęcie własne)

Telemach: Zawirowanie logiczne (zważ, że nie użyłem słowa „błąd”) wynika dla mnie z kontekstu wypowiedzianego zdania, nie zaś z jego treści.
Kilka uwag wstępnych:
Każdy symbol, również symbol krzyża, kiedyś zaczął tym symbolem być (nawet biblijni ortodoksi nie wpadną na pomysł aby nadać mu naturę wieczną i ponadczasową).
Ty interpretujesz znaczenie symboli, mnie interesuje o wiele więcej moment w którym one się takimi stają, proces tego stawania sie. Bo jest to moment fascynujący, pozwalający lepiej zrozumieć naszą mentalną przeszłość. Zrozumienie to jest dla mnie osobiście wytrychem do naszej (mentalnej) teraźniejszości. Chyba zgodzisz się ze mną, że świat wierzeń i związane z nim mitologia i symbolika nie są stanami lecz dynamicznymi procesami. Nieprawdaż? A jednak mamy skłonność do postrzegania naszej percepcji symboli i mitów jako statycznych stanów. Odzwierciedla to Twe zdanie:
„W świecie chrześcijańskim krzyż JEST najważniejszym symbolem”.
Dla mnie jest fascynujące jak do tego doszło że się takim stał. Po części nawet został uczyniony, po części nakazany. Świat chrześcijański nie był i nie jest jednolity, (za krzyże koptyjskie i ortodoksyjne palono na stosie i ekskomunikowano). Szczerze mówiąc mam trudności z ustaleniem kogo konkretnie masz na myśli mówiąc „świat chrześcijański”. Nie to jednak jest dla mnie najważniejsze.
A co do zawirowań? Ja po prostu chciałem zwrócić uwagę, że na początku długiej drogi – od narzędzia kaźni do symbolu wiary – mamy do czynienia z wyborem, który z dzisiejszego punktu widzenia jest prowokacją. Archetypy funkcjonują w głowach i potrzebują czasu aby się w nich zagnieździć. Z tego wynika dla mnie, że pierwsi Chrześcijanie nie mogli kierować się naszymi archetypicznie uwarunkowanymi emocjami i wyobrażeniami. Te są odległym skutkiem ich decyzji, decyzji podjętej w momencie gdy było to jeszcze narzędzie kaźni. Gdy zatem widzę obecne oburzenie, nie mogę się powstrzymać nad refleksją jak szybko tracimy z oczu paradoksy, by zadowolić się analizą stanu nie będącego niczym innym, jak jedynie jedną klatką lecącego od dwóch godzin filmu.
PS. Ze znakiem ryby masz naturalnie rację. Przepraszam za językowe niechlujstwo. Ukłony
 

Ja: Telemachu, odnosząc się do Twoich dywagacji co do zasadności wyboru „narzędzia kaźni” jako znaku (a później i symbolu) Chrześcijaństwa – z którymi nota bene w głównych zrębach się zgadzam – zaryzykuję i poddam tu symbol krzyża pewnej psychologiczno-znaczeniowej dekonstrukcji (bynajmniej nie dlatego, że czuję się dekonstrukcjonistą… wprost przeciwnie).
Oczywiście będzie to bardziej osobiste niż uniwersalne, tudzież ograniczone moim dyletantyzmem. Niektórym zaś wydać się może wręcz herezją (skoro jednak stosy już nie płoną, to czuję się raczej bezpiecznie). Jeszcze raz zaznaczam, że  jest to tylko i wyłącznie moje… czyli nader subiektywne odczucie, ignorujące niejako obecne funkcjonowanie tego symbolu w świadomości religijnej ludzi wierzących.

* * *
Muszę przyznać, że uznanie krzyża za „symbol miłości bożej” (jak to określił sam Benedykt XVI) wydaje mi się czymś absurdalnym. Podobnie można by było – idąc za Twoją sugestią o przypadkowym wyborze sposobu egzekucji Chrystusa – za taki symbol „miłości bożej” uznać szubienicę czy choćby elektryczne krzesło, (a to byłoby już zupełnie czymś groteskowym). Lecz moje skojarzenia związane z krzyżem odnoszą się nie tylko do jego utylitarnej funkcji (narzędzie egzekucji), ale i do obecnego w religii chrześcijańskiej motywu sado-masochistycznego, jaki przejawia się m.in. w uznaniu tego, że „człowiek narodził się po to, by cierpieć” (jak to kiedyś określił sam Jan Paweł II), któremu to stwierdzeniu sprzeciwia się nie tylko całe moje serce, ale i logika, gdyż nie mogę pojąć, jaki to „dobry Ojciec – Stwórca” powoływałby do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały!
Przyznaję, że obecne w religii chrześcijńskiej cierpiętnictwo, martyrologia, (od)ruchy flagelacyjne, skłonność do masochistycznej ekspiacji… wszystko to zawsze wywoływało moją awersję. (Dla jasności: wychowałem się w rodzinie katolickiej, więc ten sposób myślenia miał w sobie również coś z dywersji.)

Zastanawiam się jednak, skąd rzeczywiście wzięło się to, że krzyż (narzędzie kaźni) stał się najważniejszym symbolem Chrześcijaństwa? Chodzi mi o jego źródło najgłębsze – archetypiczne, rdzeniowe, antropologiczne.
Myślę, że wiąże się to wszechobecną i ponadczasową trwogą człowieka przed śmiercią i cierpieniem, które jednak jest obecne w każdym żywym stworzeniu na świecie. Człowiek, zderzając się z tym wszech-cierpieniem oraz z własnym pojęciem o Bogu jako Stwórcy wszystkiego, dążył do tego, aby ten strach przezwyciężyć (m.in. poprzez składanie krwawych ofiar).
Chrześcijaństwo poszło swoją drogą – i to znacznie dalej. Dążąc do zbliżenia z Bogiem, musiało sobie jakoś dać radę z tym dysonansem (miłość dobrego Stwórcy do ludzi konfrontowana z jednoczesnym skazywaniem ich na cierpienie), więc uciekło się do rewolucyjnej prowokacji kulturowej, dość akrobatycznej zresztą: Bóg zniża się do ludzkiego poziomu, schodzi do ludzi, sam staje się człowiekiem, a takim może się stać tylko wtedy, jeśli odczuje egzystencjalną esencję ludzkiej (nie)doli – czyli strach, cierpienie i osamotnienie (przejmujące: „Eli Eli lama sabachthani?” umierającego na krzyżu Chrystusa).
Tak więc, czyż właśnie krzyż nie nadawał się do tego celu najlepiej? (Zważmy, że nadal krzyż jest synonimem bólu i cierpienia.)
Są jeszcze także przyczyny i przesłanki dalsze (oraz drugorzędne), które okazały się przydatne później, w czasach, kiedy chrześcijaństwo dokonywało swojej ekspansji w świat (np. podobieństwo krzyża do miecza). Także: prostota, dostępność, „poręczność”, zalety „architektoniczne”… etc.
Krzyż z czasem „obrósł” w setki nowych znaczeń, ujawnił się jako wielowątkowe „medium” kulturowe – zapuścił korzenie, odcisnął się w głowach, wypalił w sercach, a dla niektórych stał się nawet (za Teilhardem de Chardinem) krzyżem „kosmicznym”.

* * *

„Christ of St. John of the Cross” (Salvador Dali)

 *

„Pasja” (reż. Mel Gibson)

 *

WSZYSTKO I NIC (i to co pomiędzy)

 

 
WSPOMNIENIA Z RAJU
 
Człowiek na drodze ewolucji: twardy orzech do zgryzienia.
Strach pomyśleć, co zacznie wyprawiać ewolucja z powyłamywanymi zębami.
* * *
Kołacze się w nas pierwotne pojęcie raju… Coraz mniej podobnego do świata, w którym żyjemy.
* * *
Raj na ziemi to dla nas takie miejsce, gdzie nie ma jeszcze śladów współczesnej cywilizacji. To może świadczyć o tym, jak wielką jest ona pomyłką.
* * *
Paradoks postępu: to co nas zabija, może też nas uratować; to co nas ratuje, może też nas zabić.
* * *
Bóg ma tylko takich wyznawców, na jakich zasługuje.
Jeśli nie ma ich wcale – to widocznie też na to zasłużył.
 
 * * *
 
 ADVOCATUS DIABOLI
 
 
Świat zarażony złem?
Przewlekła metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.
 * * *
Wydaje się, iż wszystko musi mieć przeciwwagę, nic nie może istnieć bez swego przeciwieństwa.
Nawet (w naszych wyobrażeniach) Bóg nie może obyć się bez diabła.
 * * *
Diabeł nie śpi.
A jeśli już leży, to tylko w szczegółach.
 * * *
Ludzie tracą wiarę w Niebo ale wiara w Piekło trwa nadal – głównie za sprawą otaczającej ich rzeczywistości.
Niebo się ulatnia, piekło zaś materializuje.
Diabła wymacać łatwiej niż aniołka.
 * * *
Demony budzące się kiedy rozum śpi są niczym w porównaniu z demonami, które osaczają człowieka na jawie.
 * * *
Diabeł jest czerwony, anioł zaś biały…
Nic więc dziwnego, że człowiek jest różowy.
 * * *
Gdy rozum śpi, budzą się potwory – oświadczył kiedyś Goya.
Jednak czasem trzeba również uśpić rozum, by obudziły się anioły.
 * * *
Powinno być:
człowieka strzela, diabeł kule nosi.
 * * *
Diabeł jest niczym ta kloaka, ktorą stworzył człowiek, by zwalać tam swoje grzechy i zło.
I tak oto powstaje piekielne szambo.
* * *
Kto ma większą moc uwodzenia: Anioł czy Szatan?
(Częściej jednak do tej roli angażujemy tego ostatniego. Dlaczego?)
* * *
Każdy wyobraża sobie Diabła jako samca.
Czy nie jest to jednak pewna dyskryminacja?
* * *
 
 
 ILUZJA PRAWDY, PRAWDA ILUZJI…
 
*
Na początku myśl krótka, ledwie uchwytna…
Usiłuje wydostać się na powierzchnię świadomości.
Mam poczucie tego, że jest to coś ważnego i istotnego, choć nieznanego – coś, co skrywa się gdzieś na peryferiach osobowości, w jakichś studziennych głębinach psychiki.
 Czyje to źródło? Moje czy mojego gatunku?
Te poskręcane sznury aminokwasów: ile w tym jest mnie, a ile ślepych sił życia? (Stwarzającego się według nieodgadnionego i nieprzejrzanego planu?)
Jeśli to plan, to czyj (albo czego)?
Jeśli przypadek, to dlaczego?
Jeśli nie przypadek, to po co?
I w jakim celu?
Skąd to wszystko przyszło, i dokąd to wszystko prowadzi?
Gdzie istnieje?
Czy istnieje?
DNA – jeden długi łańcuch z pytajników.
I wplątany weń człowiek.
* * *
A jednak jesteśmy spętanymi więźniami, którzy roją sobie sny o wolności.
Śnimy więc, kiedy uważamy się za wolne duchy.
Lecz bez tego snu nie moglibyśmy być ludźmi.
W swoim śnie jesteśmy wolni – i tylko śniąc możemy poczuć się wolni.
* * *
Śnijmy więc aby żyć, bo życie jest snem a rzeczywistość iluzją.
Jeśli jesteśmy prawdziwi, to prawdziwe są również nasze sny.
Czyż iluzja nie jest naszą prawdą?
Czyż iluzja nie jest naszą rzeczywistością?
Czy wszystko co ludzkie nie jest prawdziwą iluzją?
* * *
Czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to naprawdę chcemy tego, by nie chcieć?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?

(Ostatecznie, wychodząc poza te wszystkie zawiłości, można skonstatować jedno: ponownie dotykamy tutaj kwestii wolnej woli i determinizmu.)
* * *
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym?
Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
 
 * * *