CZY AMERYKA KOCHA BOGA?

*

„Pieniądze są źródłem wszelkiego zła” – mówi jedna mądrość ponadczasowa i uniwersalna (Biblia). „Gdy rządzi rozsądek, pieniądze są największym błogosławieństwem” – dodaje druga, nie mniej mądra, równie uniwersalna i tak samo ponadczasowa.

Pieniądz rządzi wszystkim – wokół pieniądza kręci się cały świat. Pieniądz jest władzą, ochroną, wolnością. Mieć pieniądze znaczy być cnotliwym, uczciwym, pięknym i roztropnym (to nie tylko ironia). Pieniądze (na co wpadł już w VII wieku Owidiusz ) „kupią ci najwyższe zaszczyty, za pieniądze możesz nawet kupić miłość” (i tu ów starożytny mędrzec popada w wyraźny konflikt z Beatlesami, którzy, jak pamiętamy, głosili, a właściwie wyśpiewali coś wręcz przeciwnego). Pieniądze nie tylko, że nie śmierdzą, ale są słodkie. Natomiast brak pieniędzy jest gorzki, biedaka zaś czuć na kilometr.

A kiedy tracimy wiarę w pieniądze? I mówimy, że wszystko to marność nad marnościami – że prochem jesteś i w proch się obrócisz? Że ostatnia koszula nie ma kieszeni?
Czy na tym, że tracimy wiarę w pieniądze, zyskuje nasza wiara w Boga? (A może to tylko zalatujący cynizmem aforyzm?)

Człowiek zazwyczaj zdaje sobie sprawę, jak kruche jest jego życie. To dlatego m.in. bogactwem próbuje zabić w sobie tę świadomość. Chroni się w ten sposób przed lękiem przemijania, poczuciem bezradności – wypełnia pustkę, uśmierza ból istnienia… Narkotyzuje się rzeczami, które wokół siebie gromadzi. (To nie jest denuncjacja ani nawet wyrzut a tylko prosta konstatacja.)

Znikomość i ulotność istnienia a bogactwo? Ktoś kiedyś powiedział: „Okey, moje życie jest mydlaną bańką! Ale jaką masę ciężkiej forsy to kosztuje, by utrzymać ją na powierzchni!” Twarde realia machiny poruszającej naszym światem i cywilizacją wydają się być następujące: bez smarowania daleko nie pojedziesz.
I to wszystko pisać po to, by dojść do tak trywialnego i wulgarnego w sumie wniosku?
Nie tylko po to.

Mimo wszystko wydaje się, że w człowieku muszą istnieć pewne sfery świadomości – pewne duchowe zapory chroniące go przed pekuniarnym totalitaryzmem – przed dyktaturą pieniądza. Odporność na dolaryzm, jako warunek zachowania… człowieczeństwa?

Ale z drugiej strony to też prawda: abnegacja w stosunku do pieniędzy może być również przejawem pewnej abnegacji wobec życia i świata w ogólności. Ponadto, często pogarda dla pieniądza wynika z nieumiejętności jego zdobywania (tutaj może działać kompensacyjne wymówka „zielonych winogron”). Jednak nie mówmy tu o abnegacji, a raczej o pewnej formie niezależności i wolności jaką może nam dać odmowa wikłania się w finansowe układ.

greydot

Często można odnieść wrażenie, że w wielokulturowej Ameryce jedyną uniwersalną wartością jest konsumpcjonizm. To właśnie łączy społeczeństwo amerykańskie w całej jego różnorodności: pławienie się wśród towarów, zatracanie się w manii zakupów.* Zarabiać i wydawać, konsumować i wydalać – to żelazny kanon ogólnoamerykańskiej religii, która za swe świątynie ma shopping malls.

Oczywiście, nie zapomina się o Bogu, którego pojęcie – jakby nie było – wraz ze swymi kulturami i lokalnymi religiami, przywieźli na kontynent amerykański imigranci ze wszystkich stron świata. Jednak już od zarania państwowości Stanów Zjednoczonych wiadomo było, że tylko jedno „bóstwo” może przemówić do wyobraźni, kieszeni i subordynacji wszystkich: pieniądz.
To dlatego zdecydowano się na mariaż doskonały, równie perfidny, jak i genialny – oto monety i banknoty „poświęcono” niejako metafizyczną omnipotencją, wybijając na nich wierno-poddańcze credo: In God We Trust. Czyli: ufamy Bogu, ale… lepiej zagwarantować sobie władzę i bezpieczeństwo pieniędzmi.
Każdy środek płatniczy (tzw. legal tender) nosi tę deklarację. Wychodzi więc na to, że im więcej pieniędzy, tym więcej ufności w Boga. Amerykanie zawsze byli mistrzami w łączeniu idealizmu z pragmatyzmem.

greydot

Słowo „Bóg” nie schodzi z ust amerykańskich polityków i prezydentów. I to bynajmniej nie tylko dzięki częstemu powtarzaniu zwyczajowej już formułki God bless America. Pamiętam, kiedy prezydent-elekt George W. Bush podczas „słowa do narodu”, które wygłosili obaj kandydaci po tym, jak Sąd Najwyższy uciął przedłużającą się wówczas farsę wyborczą, polecił z całym przekonaniem – i być może szczerością – opiece boskiej swego przegranego rywala Ala Gora.

Kiedy jednak miesza się Boga z polityką, nigdy nie chodzi o Boga – zawsze chodzi o politykę. To dlatego słowo „Bóg” w ustach polityka jest zaazwyczaj pojęciem pustym i retorycznym.

Doprawdy, jest pewna mądrość w przykazaniu, które zabrania używania imienia Boga nadaremnie. Kiedyś, w młodości mojej chmurnej a durnej uważałem, że ograniczanie mówienia o Bogu tylko do murów świątyni, jest czymś w rodzaju kulturowej hipokryzji. Wydawało mi się, że człowiek prawdziwie wierzący – jako że jest również wierzącym poza murami kościoła – w każdej sytuacji życiowej nie powinien unikać przyznawania się do Boga, czy odwoływania się doń. Miała to być odwaga, szczerość i otwartość. Pogląd ten być może wynikał z dobrej woli, niestety grzeszył naiwnością. Sacrum bowiem niezbyt dobrze znosi spoufalanie się z pospolitością i chyba szkodzi mu powszedniość. To dlatego bóg w amerykańskiej kulturze masowej – bo i tam go spotykamy – przybiera formy komiksowe, a ściślej, wtłaczany jest przez twórców tej kultury w takowe formy… Rezultatem tego jest jakaś postmodernistyczna karykatura, która – gdyby nie była tak płaska i fantasmagoryczna – byłaby bluźnierstwem.

greydot

I na koniec anegdota.
Bóg z Hollywood?
Zmienna jest wdzięczność gwiazd. Podczas jednej z ceremonii rozdawania Oscarów, prawie wszyscy obdarowani złotym cielcem kina, dziękowali za to publicznie Bogu. Rok później jednak Bogu nie podziękował już nikt. Mało tego. Jeden z nagrodzonych reżyserów hiszpańskich (za film „Belle epoque”) powiedział: „Szkoda, że nie wierzę w Boga. Byłbym mu podziękował.”

Czy rzeczywiście, dziękując Bogu, ludzie weń wierzą?
Chyba jednak nie powinno stawać się to zwyczajem, by w każdym miejscu i o każdej porze paplać o Bogu. Choćby tylko dlatego, by byle ateista nie wycierał Nim sobie gęby.

greydot

* Tekst powyższy napisany został pod koniec lat 90-tych i opublikowany był na łamach Dzienika Związkowego.