FILOZOFIA ZRANIONEGO ZWIERZA

O LISTACH F. NIETZSCHEGO

*

*

Sięgając po listy Friedricha Nietzschego miałem nadzieję, że pozwolą mi one na głębsze poznanie tego niezwykłego człowieka, jak również na lepsze zrozumienie jego filozofii, która wydaje się być tak mocno związana z tragicznym życiem niepokornego wolnomyśliciela.
Czy tak się stało?

*

KOCHANA MAMO, DROGA SIOSTRO…

Uderzył mnie już pierwszy list, który napisał sześcioletni Frycek do swojej matki:

„Kochana mamo,
Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie jestem z tobą, więc muszę pisać do ciebie liścik. Bardzo się ucieszyłem z szarlotki, dziękuję za nią pięknie.
Myślę ciągle o Tobie i Elisabeth (siostra Nietzschego – przyp. LA), ale pisać już nie mogę, bo jestem zmęczony.
Twój wierny syn
Fritz Nietzsche.”

W tym skromnym dziecięcym liściku widzę antycypację tego, co stanowiło główny rys całego (świadomego) życia Nietzschego: jego oddalenie od ludzi i osamotnienie w świecie (przy jednoczesnej tęsknocie do obcowania z kimś bliskim), oraz ciągłe zmęczenie życiem (chorobą), często uniemożliwiające mu nie tylko pisanie, ale i normalną egzystencję.

Listy do matki i siostry pisał Nietzsche przez całe swoje życie. Bardzo często zawierały one podziękowanie za jakiś użyteczny drobiazg, kawałek garderoby, żywność… Miały więc charakter utylitarny. Były także utrzymane w tonie rodzinnym – Nietzschemu zależało na tym, by sprawić wrażenie oddanego brata i dobrego syna.
Skądinąd wiemy, że matka była wobec niego oschła, siostra zaś usiłowała nim manipulować. Nietzsche to widział i odczuwał, cały czas jednak zachowując swoją niezależność w myśleniu i czynach, ale – jak na ironię – po psychicznym załamaniu trafił na ponad 10 lat pod kuratelę, wpierw matki, a następnie siostry, która wykorzystała jego niemoc (a właściwie pozbawienie świadomości), by urobić jego spuściznę pod swoje dość prostackie tezy (dzięki czemu mógł się później na jego dziełach paść nazizm i antysemityzm.)

ECCE HOMO, CZYLI OSAMOTNIENIE I TORTURY

Następna niespodzianka, która czekała na mnie podczas lektury listów: najwięcej jest tych napisanych do jego przyjaciół, którzy wszak zmieniali się (z wyjątkiem bodajże wiernego Overbecka ). Może więc nie byli prawdziwymi przyjaciółmi? Jaka ogromna bije z nich potrzeba miłości i zrozumienia! Miłości, której Nietzsche był pozbawiony… (a może sam się jej pozbawił)?
Ile w tej uczuciowej prostracji było z wyboru, a ile z konieczności?
Jedno jest pewne: człowiek szczęśliwy, kochający (i kochany) nie stworzyłby tak nieludzkiej wizji odrzucającej w końcu miłosierdzie, współczucie, a w konsekwencji i samą miłość.

 

Jednakże uproszczeniem byłoby twierdzić, że „przewartościowanie wszystkich wartości”, którego chciał dokonać filozof (a była to de facto próba anihilacji tego, co dotychczas scalało pozytywnie ludzi i budowało ich kulturę), miało swoje źródło jedynie w jego mizantropii, czy też kondycji fizycznej.
Pół biedy byłoby w tym, gdyby Nietzsche zaczął nienawidzić człowieka w swoich górskich samotniach – na swój prywatny użytek (a raczej gwoli własnej mizerii). Kłopot dla Europy zaczął się wtedy, kiedy Nietzsche Mesjaszem chciał uczynić Zaratustrę, sam mianując się w końcu Antychrystem. (Już w tym momencie, w oczach zdecydowanych wrogów Nietzschego, kompromituje się całe jego myślenie.)

Jednakże myśl Nietzschego nie tylko przetrwała, ale i miała wielki wpływ na rozwój europejskiej kultury. Mało tego: jego koszmarne proroctwa spełniły się z nawiązką w następującym po nim wieku, co tylko potwierdziło jego przenikliwość i niemal jasnowidzące zdolności profetyczne:

„Na całej Ziemi wystąpią konwulsje, jakich jeszcze nie było – pojęcie polityki zniknie całkowicie w wojnie duchów, wszelkie wytwory wiedzy wylecą w powietrze, zaczną się wojny, jakich jeszcze nie było.”

Czy jednak, wobec tego wszystkiego, zadowolić dziś może kogokolwiek ta z pozoru oczywista konstatacja, że wszystkiemu winien wredny charakter Nietzschego, syfilis i związana z nim permanentna kondycja chorowitego zdechlaka, który zaczął roić sny o potędze i napawać się nadchodzącą Apokalipsą?
Nawet w konfrontacji z wyrażonym explicite zwierzeniem Nietzschego w liście do Overbecka, napisanym na rok przed kompletnym popadnięciem w obłęd?:

„Bywały ponure godziny, bywały dni i noce, kiedy nie wiedziałem już, jak żyć, i brała mnie czarna rozpacz, jakiej jeszcze dotąd nie zaznałem. Mimo to wiem, że nie mogę się wymknąć, ani w tył, ani w prawo, ani w lewo: nie mam żadnego wyboru. Tylko ta logika mnie powstrzymuje: patrząc ze wszystkich innych stron mój stan jest nie do wytrzymania i bolesny aż po torturę. (…) Nie należy teraz ode mnie oczekiwać ‚pięknych rzeczy’, tak jak nie można domagać się od cierpiącego głód zwierza, by z wdziękiem rozszarpywał zdobycz. Wieloletni brak naprawdę wspierającej i uzdrawiającej ludzkiej miłości, absurdalne osamotnienie, jakie ze sobą niesie to, że prawie każda pozostałość ze związku z człowiekiem staje się tylko źródłem ran; wszystko to jest jak najgorsze i ma tylko jedno uzasadnienie: że jest konieczne.”

Echo tego listu odnajdziemy we wspomnieniach Overbecka, który opisuje kilkakrotne odwiedziny Nietzschego, kiedy ten pogrążony był już w kompletnej apatii. Oto pisze on np.: „(Nietzsche) zrobił na mnie wrażenie zranionego śmiertelnie szlachetnego zwierzęcia, które ukryło się w jakimś zakątku, gdzie myśli już tylko dokonać żywota.”


Oczywiście, że czytając opisy choroby Nietzschego – tych niekończących się cierpień związanych z ostrymi bólami głowy, wymiotami, osłabieniem wzroku, paraliżem – może nas ogarnąć chrześcijańska litość nad nieszczęśnikiem, (którą nota bene sam Nietzsche tak wyszydził). Naturalnie, naszym ludzkim odruchem jest współczucie dla złamanego cierpieniem bliźniego.
Lecz pozostaje jeszcze jego myślenie – fant, z którym cała Europa musiała się jakoś uporać. Nie wystarczyło już bowiem wzruszenie ramion i skwitowanie tego wszystkim stwierdzeniem: to szaleniec!

Pisma Nietzschego wymierzone były w sam rdzeń chrześcijańskiej Europy z jawnym zamiarem, by ugodzić śmiertelnie jej (zakłamaną wg niego) duszę, rozwiać czadzące wszystkich złudzenia, obnażyć obłudę wszystkich instytucji – całej cywilizacji, która skrywała fundamentalne prawo natury o dominacji silniejszego nad słabszym, o świecie, w którym o wszystkim decyduje wola mocy, gdzie nie ma „zmiłuj”, i gdzie mamy do czynienia z moralnością panów i moralnością niewolników.
Nietzsche zatruł atmosferę zadowolonego z siebie filistra, uderzył w znarkotyzowane przez religijne opium masy, obnażył obłudę monarchów i włodarzy, pokazał palcem stęchłego ducha Starej Europy. Pierwszy zaczął wołać, że Titanic tonie, skupiając na sobie uwagę wszystkich.

ROZPOŁAWIANIE ŚWIATA

Czytając listy, pewne symptomy skrzywiającej się psychiki Nietzschego dają się zauważyć na wiele lat przed totalnym załamaniem, które spadło na niego zimą 1888 roku w Turynie. Była to głównie postępująca alienacja wobec najbliższego otoczenia, (której najbardziej dramatycznym przejawem było burzliwe i niezwykle bolesne dla Nietzschego zerwanie z Ryszardem Wagnerem); nadmierne poczucie własnej wyjątkowości przeradzające się w megalomanię, pozwalającą mu w końcu uznać się za „największego niemieckiego pisarza”:

„(…) moje stanowisko filozoficzne jest bez konkurencji najbardziej niezależne. (…) Współczesna Europa nie ma pojęcia, wokół jakich przerażających rozstrzygnięć obraca się cała moja istota i do jakiego koła problemów jestem przywiązany – i że wraz ze mną nadciąga katastrofa, której imię znam, ale nie wypowiem.”

Swojego „Zaratustrę” uznaje za „najgłębsze i najdonioślejsze wydarzenie – duszy, za pozwoleniem! – między dwoma tysiącleciami, drugim i trzecim”, zaś o innych swoich książkach pisze: „(…) dałem ‚nowym’ Niemcom najbogatsze, najbardziej przeżyte i najbardziej niezależne książki, jakie oni w ogóle mają, będąc zarazem osobiście kapitalnym wydarzeniem na terenie kryzysu o wartościach.”
Przewiduje, że swoim dziełem „rozbije dzieje ludzkości na dwie połowy” i wyznaje, że:
„(…) moje życie stoi przed gigantyczną decyzją i spoczywa na mnie odpowiedzialność, jakiej nie potrafię wyrazić (…) ‚Zaratustra’! Pierwsza książka całego tysiąclecia! w której zawarty został los ludzkości! (…) Gdy wyjdzie ‚Ecce Homo’, będę pierwszym wśród żywych.”

Psychologia rozpracowałaby tu na części pierwsze te mechanizmy, które powodowały Nietzschem. Zapewne po raz kolejny przekonalibyśmy się, jak proces kompensacji czyni z impotenta mocarza, a z poczucia niemocy – złudzenie wszechmocy; jak łatwo kompleks niższości przeradza się w manię wielkości… etc.
Czy jednak charakterologiczne wytłumaczenie, doszukiwanie się egoistycznych impulsów, wskazanie na psychologiczne (czy też nawet fizjologiczne) źródło takiej a nie innej myśli, myśl tę dezawuuje albo unieważnia?
Moim zdaniem nie.
Z każdą ideą, kiedy już się ona pojawi (a zwłaszcza z taką, która uzyskała już status przynależności do spuścizny europejskiej myśli filozoficznej), należy się zmierzyć bez stosowania argumentów ad personam, jakimi byłyby wszystkie te, odnoszące się do egoistycznych pobudek jej powstania, do jej genezy osobniczej.

UMARŁ BÓG, NIECH ŻYJE BÓG!

Nietzsche (rysunek Hansa Oldego)

Jak wiemy, Nietzsche obwieścił śmierć Boga. Czy jednak należy to rozumieć tak, że Bóg był ale umarł? Czy też, że nigdy Go nie było?
W sumie to nieważne dla kogoś, kto mierzy się z brakiem Boga w świecie, mimo że nigdy właściwie nie ogłosił siebie ateistą. Ten ostatni fakt intrygował mnie nieco do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że tym sposobem Nietzsche jakby zostawia otwartą furtkę dla jakiegoś bóstwa, którego sam (dość mgliście i nie do końca świadomie) oczekuje.
Sam Heidegger uznał Nietzschego za pierwszego europejskiego filozofa ery nowożytnej, który całkowicie zerwał z wszelką metafizyką. Mnie się to wydało zdumiewające, bo tak naprawdę Nietzsche miał temperament wielkiego mistyka, by nie napisać wizjonera (a jak mistycyzm może się obejść bez metafizyki?)
Nawet kiedy chciał się on dokopać do sedna Natury, zgłębić jej istotę – trafiając tam najczęściej na bezcelową i bezsensowną próżnię, pustkę i nicość, nie mógł się pogodzić z jej zimnem i bezdusznością, dlatego też jego poszukiwania wracały do niego samego, musiał więc jakoś im sprostać sam przyjmując postać bosko-ludzkiego Zaratustry.

Wszystko to nabrało konkretnego i widzialnego kształtu na kilka miesięcy przed załamaniem, kiedy Nietzsche zaczyna podpisywać swoje listy jako: Feniks, Cezar, Antychryst, Dionizos i Ukrzyżowany.

Rozbrajający (i nie pozbawiony pewnej poetyckiej zgrabności) list pisze wówczas do Cosimy Wagner:

„To przesąd, że jestem człowiekiem. Żyłem jednak sporo pośród ludzi i znam wszystko, co ludzie przeżyć mogą, od rzeczy najniższych po najwyższe. Wśród Hindusów byłem Buddą, w Grecji Dionizosem, Aleksander i Cezar to moje wcielenia, autor Szekspira, lord Byron, takoż. Na końcu byłem jeszcze Wolterem i Napoleonem, może też Richardem Wagnerem… Tym razem jednak przychodzę jako zwycięski Dionizos, który chce na ziemi uczynić święto… Nie mam zbyt wiele czasu… Niebiosa cieszą się, że tu jestem… Wisiałem też na krzyżu…”

Zaś do profesora Jakoba Burckharda z uniwersytetu w Bazylei (gdzie sam kiedyś piastował katedrę filologii klasycznej), zwraca się tak:

„Drogi Panie Profesorze,
ostatecznie o wiele bardziej wolałbym być bazylejskim profesorem niż Bogiem; nie odważyłem się jednak posunąć tak daleko osobistego egoizmu, by z tego powodu zaniedbać stwarzania świata.”

Wyszło na to, że Nietzsche samym sobą chciał zastąpić miejsce, które dotychczas zajmował Bóg.
A to możliwe jest tylko w szaleństwie.

DO DOSTOJNYCH POLAKÓW

Jako o pewnej ciekawostce można tu też wspomnieć o fantazjowaniu Nietzschego na temat swojego (domniemanego) polskiego pochodzenia. Podobno jednak faktem jest, że prapradziadek filozofa, Gotthelf Engelbert Nietzsche był synem polskiego szlachcica Nietzkiego (Niecki).
Peter Gast (kompozytor, długoletni przyjaciel Nietzschego) widzi w nim „polskiego szlachcica, który został w dziadku i ojcu zagłuszony przez teologów, a w Nietzschem ponownie wydostał się na światło dzienne.”

Franz Overbeck w swoich wspomnieniach o Nietzschem napisał jednak:
„Ja sam dość często bardzo sceptycznym uchem wysłuchiwałem powtarzanych po wielokroć opowieści Nietzschego na temat jego polskich przodków, których piętno nosił zresztą rzeczywiście w szerokiej budowie swej fizjonomii.”

Nietzsche lubił więc brylować w towarzystwie jako potomek polskiej szlachty, i schlebiało mu to, że był za takiego przez owo towarzystwo brany.
A my możemy się tylko lekko zadziwić, uświadamiając sobie, że były to czasy, kiedy polskie pochodzenie nikomu nie czyniło ujmy, a wprost przeciwnie – było powodem do chluby. Nawet jeśli było czymś urojonym.

Ten wątek odezwał się nawet w liście, który Nietzsche napisał dosłownie na kilka dni przed zapakowaniem go w kaftan bezpieczeństwa (jakim była szlafmyca właściciela pensji, którą przekupiono oszalałego filozofa, by bez stawiania oporu udał się wraz z Overbeckiem do pociągu mającego zawieść go do szpitala dla obłąkanych w Jenie):

„Do dostojnych Polaków
Należę do was, jestem jeszcze bardziej Polakiem niż Bogiem, chcę wam oddać cześć, tak jak cześć oddawać mogę… Żyję wśród was jako Matejko..
Ukrzyżowany”

DLACZEGO NIETZSCHE?

Rozumiem, że książka, którą właśnie przeczytałem jest zaledwie wyborem listów Nietzschego. W rzeczywistości jest ich bowiem znacznie więcej. Nie wszystkie zresztą są już odkryte i znane. Niemniej jednak wyłania się z owej selekcji obraz, który odbiega nieco od wyobrażenia, jakie mają o Nietzschem czytelnicy jego dzieł.
Wbrew przytoczonym tu już, raczej gwałtownym fragmentom, z całości wyłania się niejaka monotonia tematów, które Nietzsche porusza w listach do matki, siostry, znajomych, kolegów, wydawców… Ciągłe pisanie o pogodzie i swoim zdrowiu (a raczej jego braku), o nieustannej tułaczce – zmianie jednej pensji na inną (Nietzsche nie miał czegoś takiego jak „domu”, czy nawet „własnego kąta”), o kolejnych fiaskach związanych z publikacją jego pism, o coraz bardziej wykruszającym się gronie jego przyjaciół… etc. Z rzadka jedynie ujawnia się w tych listach intensywność i gęstość, jaką mają jego utwory literackie.

Możemy więc, nieco na chłodno, prześledzić curriculum vitae Nietzschego – jego wczesne (w wieku 24 lat!) objęcie profesury na Uniwersytecie w Bazylei; stopniową utratę zdrowia, która zmusiła go do porzucenia pracy pedagogicznej; ciągłej zmianie miejsca zamieszkania, wzmianki o powstawaniu kolejnych książek i próbach ich wydania; zabiegi o przyjaźń tych ludzi, którzy jeszcze zupełnie się od niego nie odsunęli, wreszcie ów nieszczęsny atak szaleństwa w Turynie, na którym właściwie skończyła się możliwość dyskursu z jego myślą.

Nietzsche ze swoim przyjacielem Paulem Rée oraz wielką zawiedzioną miłością Lou Salomé (z pejczem)

*

Mnie osobiście bardzo ujęło ożywienie, jakiego doświadczył Nietzsche kiedy w jego życiu – niczym jasna i ostra kometa – pojawiła się młoda Rosjanka Lou Salome. Wyglądało to tak, jakby w tego myśliciela wstąpiło nowe życie, witalny entuzjazm, skrajne podniecenie… aż do momentu, kiedy kobieta, w której się zakochał opuszcza go z jego własnym przyjacielem.
Nietzsche w jednym momencie gaśnie, wpada w ludzką, arcy-ludzką rozpacz, ponownie jego ciałem zawłaszcza choroba…

Mimo tych życiowych niepowodzeń, (które przecież wśród ludzi są na porządku dziennym), sporadycznych a nagłych zawirowań losu, życie Nietzschego, patrząc nań z zewnątrz, pozbawione było gwałtownych wydarzeń, jakiejkolwiek awanturniczości, zewu przygody… Wielki dramat rozgrywał się właściwie w jego ciele i umyśle – i jest czymś na wskroś fenomenalnym, że taka kameralna w sumie tragedia „jednego aktora”, potrafiła rozniecić żar wśród tak wielu myślących, poszukujących i czujących ludzi, może nawet wpłynąć na nadchodzącą właśnie epokę.

* * *
Wewnętrzne życie Nietzschego było jednym wielkim i niegasnącym pożarem, który wreszcie strawił sam siebie. Przejawiał się on choćby w skłonności do ekstremalnych doświadczeń ducha, w penetracji rejonów ludzkiej myśli, w które prawie nikt nie ośmielał się zapuszczać. Stąd te jego nerwowe spięcia, mózgowe wyładowania, błyskawice i burze.

Niech nas jednak nie zwiodą owe szaleńcze wyskoki, błądzenie konceptu i kipiel emocji, absurdalne stwierdzenia i jaskrawy – jakby się mogło wydawać – nonsens, który się wyłania w skomasowanych tu przeze mnie i wyłożonych cytatach.
Bowiem dzieło Nietzschego zawiera w sobie bez wątpienia fragmenty genialne i błyskotliwe, miejscami obdarzone jest niezmierzoną głębią i wstrząsającą przenikliwością. Gdyby tak nie było, to rzeczywiście uznać by go można za kolejnego – i tylko li – wariata.
Tak się jednak o Nietzschem nie mówi – i nie dzieje się to bez przyczyny: tej filozofii nie da się – ot tak, po prostu – przegnać z dworu dziedzictwa europejskiej myśli, jakkolwiek rozpaczliwa, desperacka, groźna i tragiczna mogłaby się ona wydawać.

* * *
Nie wiem, czy poznając głębiej Nietzschego, lepiej rozumiem jego filozofię, ale na pewno lepiej rozumiem go jako człowieka, który rozpaczliwie usiłował wypełnić pustkę…
Pustkę po kulturze, której się sprzeciwił i po Bogu, którego uśmiercił.
Czy jego obłędny los może stanowić dla nas jakąś naukę?
A może tylko przestrogę?

* * *

Taras Nietzschego w Nicei

*

NA DNIE – nędzni i ludzcy

Bezdomny z Marais (Paryż)

Było coś nierzeczywistego a może i niestosownego w seansie jaki odbył się w siedzibie Towarzystwa Sztuki przy 1112 N. Milwaukee. Oglądać obrazy polskiej mizerii siedząc w głębokim lotniczym fotelu i popijając różowe deserowe wino.
Pijane ludzkie „strzępy” grzebiące w śmietnikach i wegetujące w warszawskich kanałach; wiejskie „niedobitki” PGR-ów odurzające się winem marki Arizona w jakiejś zapadłej mazurskiej dziurze; „zwierzęca” gromadka wiecznie głodnych dzieci wypalających szczurom oczy i obdzierających ze skóry królika…
„Oni”, „Arizona”  i „Trzynastka”, trzy dokumentalne filmy Ewy Borzęckiej, które dorzucają parę kamyczków do ogródka, jaki my – Polacy rozproszeni poza krajem – uprawiamy, układając sobie w wyobraźni mozaikę pt. „A to Polska właśnie”.

NĘDZA MADE IN POLAND

Tułający się po ulicach, dworcach i rynsztokach bezdomni byli (są) jednym z nieodłącznych elementów rzeczywistości III Rzeczypospolitej. Cęsto zadawałem sobie pytanie jak polskie społeczeństwo – nieodrodne ponoć dziecko chrześcijańskiej Europy – daje sobie radę z wciskającym mu się na codzień obrazem ludzkiego poniżenia, mającego swoje źródło w niemałych przecież obszarach polskiego ubóstwa. Odpowiedź jest pewnie taka, jak wszędzie indziej na świecie: w sukurs przychodzi tu znana nam wszystkim obojętność, znieczulenie, przyzwyczejenie. Owszem, większość z nas stać na moment refleksji, chwilowy odruch współczucia, tym bardziej, że pozwala to nam utwierdzić się w przekonaniu o naszym humanitaryzmie i posiadaniu ludzkiego, wrażliwego serca. Tylko nieliczni, właściwie wyjątki, tę empatię zamieniają w czyn; jedynie święci – jak Matka Teresa z Kalkuty – miłosierdzie czynią treścią całego swojego życia (dość by stać się światowym symbolem poświęcenia dla cierpiących).
Profesor Antoni Kępiński, jedna z najwspanialszych postaci polskiej psychiatrii, a zarazem wielki humanista, stwierdził kiedyś, że stosunek jaki mamy do ludzi chorych psychicznie jest miarą naszego człowieczeństwa. Tę sentencję można rozszerzyć: ową miarą jest również stosunek jaki mamy do ludzi rzuconych na samo dno, sponiewieranych przez życie i los.

Ławkowa drzemka

Zastanówmy się przez chwilę: jaka jest właściwie różnica, jeśli chodzi o dobro bezdomnego, między tymi, którzy ze współczuciem patrzą na niego, uznając go za biedna ludzką istotę i dalej idą swoją drogą, a tymi, co z pogardą i obrzydzeniem rzucą okiem na ten „ludzki śmieć” i … również pójdą dalej swoją drogą?
Trudno jest się jednak pogodzić z faktem, że ten nasz ludzki odruch współczucia nic nie jest wart, jeśli nie pójdzie za nim czyn. Chciałoby się wszak wierzyć, że te odruchy dobroci mogą z człowieka emanować i w pewien sposób oddziaływać na otaczający nasz świat, w jakimś stopniu go zmieniając.
Nie bojąc się patosu mogę stwierdzić, iż szanując i uznając godność ludzką w każdym, nawet najnędzniejszym z żebraków, chronimy tę samą godność w nas samych. Jest to prosta i elementarna prawda, której nie mogli pojąć – lub którą odrzucali – tworzący obozy zagłady faszyści, czy też unicestwiający miliony ludzi komuniści. A przecież czynili to wszystko w imię świetlanej przyszłości Człowieka. Tyle tylko, że oba totalitarne reżimy chciały oddzielić ludzką „miazgę” i „odpady” od tych wybranych: Niemcy mieli na względzie dobro czystego Aryjczyka i ambicje, by stworzyć Nadczłowieka; komuniści zaś – jakieś abstrakcyjne społeczeństwo wypełniające historyczną misję na drodze ludzkości do doskonałego ustroju.

UBÓSTWO – GRZECH, CNOTA, KARA CZY ZBRODNIA?

Zwolnieni z życia?

Trzeźwo rozumując, niekiedy to co nazywamy obojętnością jest chyba niczym innym jak naszym zwykłym psychologicznym mechanizmem obronnym. Życie wymaga od nas siły i optymizmu. Znana jest nam – zwłaszcza w Ameryce – filozofia „pozytywnego myślenia”. A obraz upadłego nędzarza żadną miarą nie może nikogo nastrajać optymistycznie. Jest w zasadzie toksyczny i jak trucizna usuwany jest zwykle z naszej świadomości.
To jedno z naszych usprawiedliwień. Jest jeszcze wiele innych, a wszystkie są czymś w rodzaju anestetyka, środka znieczulającego.
Generalnie rzecz biorąc, odwracamy się od biedoty. W jednej z prezbiteriańskich modlitw można usłyszeć: „Wybacz nam Boże, iż udajemy, że opiekujemy się ubogimi, bowiem nie lubimy biednych ludzi, ani nie chcemy ich w naszych domach”.
Niechęć do biedaków w kulturze Zachodu ma silne korzenie z racji wielkiego wpływu tradycji protestanckiej, w której bieda traktowana była jako grzech. Uznawano ją również za karę boską. Na pewno nie była cnotą, jak np. we franciszkańskim kulcie ubóstwa. Poza tym kapitalistyczne stosunki, pochwała przedsiębiorczości i ekonomicznego sukcesu utrwalały w społeczeństwie pogląd, że każdy jest kowalem swojego losu, a tym samym jest także odpowiedzialny za swoją biedę. Dyktatura optymizmu nie dopuszczała do jakichkolwiek usprawiedliwień dla ubóstwa. Nawet w Biblii możemy znaleźć takie zdanie: „gardzi się mądrością biedaka i nie słyszy się jego słów” , a George Farquhar napisał w początkach XVIII wieku: „Nie ma większego skandalu nad łachamany, ani zbrodni bardziej hańbiącej nad ubóstwo”.

Polskie dzieje stosunku do biednych są inne. Niektórzy pamiętają jeszcze o wielkiej biedzie międzywojnia. We wczesnym PRL-u prywatne bogactwo równe było zdradzie stanu, inicjatywa i zamożność kułaków tępiona, zamiast tego celem stało się „dostatnie życie mas”, co było niczym innym, jak kolejną abstrakcyjną utopią systemu, sprowadzającą się do „sprawiedliwej” dystrybucji biedy. Oczywiście do czasu, kiedy nowa partyjna elita nie zasmakowała w rozkoszach przywilejów, dostatku i bogactwa. A jednak w socjalistycznej Polsce nie spotykało się biedy na taką skalę i o takiej intensywności jak to wystąpiło w dobie tzw. wolnorynkowej transformacji. Argument ten jest wygrywany przez tych, którzy ancien regime wspominają jako „stare dobre czasy”, tęskniąc za tzw. „opiekuńczością” ludowego państwa. Zaryzykuję tu stwierdzeniem, że trudno jest tych ludzi winić. Byli częścią a właściwie narzędziem (bo przecież nie twórcami) systemu, który splajtował. A wraz z nim zbankrutowały całe grupy społeczne.

Wegetacja w rynsztoku (kadr z filmu E. Borzęckiej „Oni”)

Jaki stosunek do najbiedniejszych rodaków mają bogaci Polacy?
Czyż z obojętnością nie konkuruje tu pogarda dla „przegranych”, podszyta być może strachem i obawą o nietrwałość własnej pozycji? Niedostatek  innych odbierany jest jako zagrożenie własnego bezpieczeństwa. Nic w tym dziwnego: już sam Arystoteles zwracał uwagę, że bieda jest matką rewolucji. Z drugiej strony, zamożni Polacy swój status podkreślają często typowo nuworyszowską przesadą w eksponowaniu własnego bogactwa. W tym kontekście, mowa o empatii, wyższych odruchach czy też subtelne dywagacje na temat „doli człowieczej” zabrzmiałaby, być może, jak niewczesny żart lub naiwność oderwanego od realiów pięknoducha. Przypomina się tu opinia Victora Hugo, który w swoich „Nędznikach” uznał, że zawsze jest więcej biedy w niższych warstwach, niż humanizmu w wyższych.

CIEPŁO I GROZA

Film Ewy Borzęckiej „Oni” – jeden  z trzech, jakie można było obejrzeć w Towarzystwie Sztuki  –  nie traktował o biedzie w wymiarze społecznym (bardziej już tak jest w przypadku „Arizony” ) a raczej jednostkowym. Zajmuje się on grupą warszawskich żebraków i bezdomnych, ukazując obraz skrajnych przejawów biedy spotykanej na obrzeżach społeczeństwa: nędzy śmietniskowej i rynsztokowej. Dlatego też wymowa tego filmu bardziej jest uniwersalna niż stricte socjologiczna. Nie znajdziemyw nim bowiem zbyt wielu społecznych kontekstów.
Nie wiem jakim cudem udało się to młodej reżyserce uzyskać, ale z filmu tego emanuje jednocześnie… ciepło i groza. Jest to zestawienie nisamowite, którego żadna trzeźwa dusza nie może w zasadzie strawić. Wyczuwamy więc jakiś fałsz: albo ciepło jest sztuczne, albo groza doklejona. Jednak „fałsz” to chyba niesprawiedliwe, obrażające autorkę słowo. Zawiniło tu chyba bardziej przesunięcie akcentów – z intencją ukazania bohaterów w budzącycm sympatię świetle. Sama Ewa Borzęcka na spotkaniu z publicznością powiedziała, że ceni (i szanuje) tych ludzi za to, że w tak „nieludzkich” warunkach potrafili zachować jakże ludzkie cechy… Cechy, jak dodała, które zatracili ludzie żyjący w dostatku czy bogactwie.
Brzmi to pięknie i rzeczywiście w filmie „Oni” jest widoczne. A jednak rodzi się podejrzenie, czy aby nie jest to nasz kolejny środek znieczulający.
Powiedzmy sobie wprost (i szczerze): nieszczęście tych ludzi jest przejmujące, warunki w jakich żyją – szokujące. Wydaje się, że w ludzkiej mizerii nie można już upaść niżej. Dorabianie podobnym stanom jakichkolwiek pozytywnych wartości, to nic innego jak manipulacja, a co najmniej wyrażanie pobożnych życzeń.

Francuski kloszard pod drzwiami katedry Notre Dame

W KRZYWYM ZWIERCIADLE

Czym różnią się od siebie bezdomni poszczególnych krajów?
Napisać, że każdy kraj ma takich bezdomnych na jakich zasługuje, to sklecanie efekciarskiego sofizmatu. A jednak można wskazać na pewne cechy narodowe, które odbijają się w bezdomnych danego kraju jak w krzywym zwierciadle. Społeczność kloszardów jest w pewnym sensie karykaturą „normalnego” społeczeństwa. Niektóre jego wady i zalety są przejaskrawione, podniesione do kwadratu. W filmie „Oni” wyczytać można np. solidarność, uczuciowość, sentymentalizm, romantyzm, a nawet… szarmanckość!. Wprawdzie wszystko to jest groteskowe, ale jednak dość wyraziste i oczywiste.
Amerykańskich „homelesów” przedstawił kiedyś w swojej sztuce „Antygona w Nowym Jorku” Janusz Głowacki. Jej inscenizację można było zobaczyć w wielu teatrach zarówno polskich, jak i amerykańskich.
Podobnie jak inni bohaterowie współczesnej dramaturgii, również postaci z tamtej sztuki czekały na swego „Godota”. Duch Becketta i Ionesco kołacze się bowiem do dziś w każdym niemal teatrze. Pomysłowość Głowackiego polegała na tym, że bohaterami uczynił on właśnie bezdomnych, dla których „czekanie na Godota” staje się czynnością, (czy też właściwością) – jak by to rzec – organiczną. Wyrzuceni poza nawias społeczeństwa, różnią się od niego tym, że w owym „czekaniu” są już zatopieni „tu i teraz” – wolni od zwykłej ludzkiej krzątaniny i zapobiegliwości powszedniej, pozbawieni społecznych więzów i balastu. Ich życie zostało zredukowane do nagiej (choć łachmaniarskiej) egzystencji. Wybieg autora polega na tym, że u niego ta ławkowa wegetacja pulsuje życiem wprost szalonym – ma w sobie dynamikę ataku epilepsji. A przecież wiemy, że większość bezdomnych podobnych jest do snującego się cienia, nieruchomego łacha rzuconego na bruk, do zaklętego w stuporze i katatonii posągu, który kiedyś był człowiekiem. Tacy „byli-ludzie” wystawieni przez los do wiatru; „muzułmanie” współczesnej urbanistycznej cywilizacji – niemyte wyrzuty społecznego sumienia.
Bohaterów Głowackiego trudno jest wszak uznać za typowych reprezentantów amerykańskich „homeless”. Są to bowiem imigranci z Porto Rico, Rosji i Polski. Również fikcyjna parabola sztuki (będącej nota bene tragikomedią) z założenia rezygnuje z realizmu, nie przejawiając żadnych pretensji do bycia dokumentem.

Amerykańscy bezdomni – jak przystało na… wprawdzie marnotrawnych ale przecież nieodrodnych synów amerykańskiego społeczeństwa – są bardziej zorganizowani, praktyczni, interesowni. W Chicago często ma się sposobność zetknięcia z energicznym „homelesem”, który wciska nam wydawaną tu przez bezdomnych gazetę „Street Wise” (czyli „Mądrość Ulicy”). Nie wiem, czy bezdomni redaktorzy znają powiedzenie Brechta, który w „Operze za trzy grosze” napisał, że bieda czyni czowieka smutnym, ale też i mądrym. Słowa te mogłyby być dla nich niezłym mottem. Inna sprawa, że nieprawdziwym.
Zazwyczaj kolportujący ową gazetę jest człowiekiem nieźle odzianym, potwierdzając niejako opinię, że Ameryka posiada najlepiej ubraną biedotę, jaką kiedykolwiek znał świat.

 
SIOSTRĄ BIEDY JEST CIERPIENIE

Można się spotkać z opinią, że poziom szczęścia (lub cierpienia) w życiu rozkłada się u większości ludzi podobnie, bez względu na ich położenie, status, majątek, rozumność, urodę… etc. Do pewnego stopnia tak właśnie jest, jednakże traktowanie tego zbyt aksjomatycznie, może być mylące.
Wydaje się jednak, że poczucie szczęścia jest bardziej sprawą charakteru człowieka, niż kolei jego losu. Są ludzie, którzy niemal w każdych warunkach będą szczęśliwi; są też tacy, którzy zawsze czuć się będą nieszczęśliwi.
Choć istnieje też pewna równomierność. George Orwell pisał: „Większości ludziom dana jest spora doza radości w ich życiu. Lecz tak naprawdę życie w stanie równowagi jest cierpieniem i tylko bardzo młodzi lub głupcy wyobrażają sobie, że jest inaczej”.
Cierpienie ma nawet swoich adwokatów. Obiegowe opinie głoszą, że uszlachetnia ono człowieka. Oscar Wilde oświadczył np. że serce żyje tym bardziej, im mocniej jest ranione, a z kolei Dostojewski uznał, że to właśnie cierpienie jest głównym źródłem naszej świadomości. W chrześcijaństwie cierpienie wyniesione zostało do rangi siły zbawiającej i odkupiającej.
Bez wątpienia jednak, nadmiar cierpienia pustoszy wnętrze człowieka, może go nawet zabić. Już Sofokles ogłosił przed tysiącami lat w swej „Antygonie” : „Kiedy ktoś utracił całe swoje szczęście, nie jest już żywym człowiekiem a można go nazwać oddychającym trupem”.

Na bruku

 

FOTOGRAFOWANIE BEZDOMNYCH

Tekst ilustrują zdjęcia bezdomnych, które zrobiłem w różnych rejonach świata, lecz najwięcej – i tu sam jestem tym zaskoczony – pochodzi z mojej wizyty w Paryżu.
Czy stało się tak dlatego, iż spotkałem tam największą ilość bezdomnych? A może dlatego, że właśnie tam rzucają się oni najbardziej w oczy?
Przyznam, iż wahałem się, czy umieścić tutaj ich zdjęcia. Zastanawiłem się, czy aby oni by sobie tego życzyli? W końcu jednak pomyślałem: skoro np. ten człowiek z niebieskim śpiworem robi sobie koczowisko pod drzwiami katedry Notre Dame (bo ta fotografia pochodzi właśnie stamtąd), gdzie w każdej godzinie on sam wystawia się  na widok (dosłownie) tysięcy par oczu, to znaczy, że nie zależy mu na prywatności, nie ma poczucia wstydu czy zażenowania z tego powodu, więc robi z siebie osobę w pewnym sensie publiczną.
Lecz ma to swoje granice.
Kiedy w dzielnicy Marais, przed kościołem Św. Pawła, pokazano mi trzech śpiących (leżących) na bruku, brudnych, obszarpanych (najwidocznie pijanych) mężczyzn, coś się we mnie zbuntowało i nie zrobiłem im żadnego zdjęcia, choć pewnie pod względem fotograficznym byłyby one całkiem niezłe, a jeśli chodzi o wymowę – może nawet szokujące. Poczułem dojmujący smutek i współczucie, które nie pozwoliło mi zachować się jak rasowy fotograf (choć, jeśli ktoś by im robił zdjęcie, to nie uważałbym tego za coś złego).

Menele o gołębim sercu (krakowskie Planty)

Zastanowiło mnie również to, że w moich fotograficznych zbiorach nie mam wogóle zdjęć bezdomnych chicagowskich, ani polskich (wyjątkiem jest raczej sympatyczna para meneli, sfotografowana przeze mnie na krakowskich Plantach).

Dlaczego?

Może dlatego, że podświadomie uznaję ich za moich… sąsiadów, którym należy się pewna dyskrecja? Może ci bezdomni są właśnie czymś bardziej „moim”? Kimś, kogo nie chciałbym przed nikim obcym demaskować, zdradzać – wystawiać na widok publiczny?

No tak, ale co wtedy z bezdomnymi z innych krajów? Czy oni już na takie specjalne traktowanie nie zasługują – tylko dlatego, że są „obcy”?
Nie wiem. Wiem tylko to, że mój stosunek do bezdomnych jest do pewnego stopnia ambiwalentny. Wiem, że w gruncie rzeczy – w głębi swojego człowieczeństwa – są to tacy sami ludzie, jak my wszyscy, a mimo to jednak… inni.

Wiem – nie wiem. A może się po prostu mylę?

*  *  *

Zaczytany bezdomny (na jednej z ulic Barcelony)

 

( © ZDJĘCIA WŁASNE

*