PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?

 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

9.9/10

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

W TWOICH OCZACH…

*

*

I
*
Czy zobaczę w Twoich oczach wieczność?
(kiedy już wreszcie będziemy razem –
dwa czujące pyłki rzucone w otchłanie Kosmosu)
*
Czym jest bicie naszych serc
wobec ogromu
i chaosu Wszechświata
który może ładem jest
podległym prawom nieodgadnionego Boga?
Któż to wie?
*
Co pozostanie…
po nas, z nami, w nas?
Gdzie przetrwają nasze ślady?
Czy to możliwe
poza czasem i przestrzenią
kiedy już materia nie zda się na nic?
*
I I
*
Dotyk dłoni, czy spojrzenie
uśmiech, słowo, pocałunek…
ból albo szczęście
wszystkie nasze sny i jawy
zagubione i odnalezione miłości
*
Chwila spełnienia
która zapala się
w naszych ciałach i umysłach
i która gaśnie…
*
I I I
*
Zatrzymać moment
chłonąć istnienie
być, czuć, kochać…
a po nas choćby potop
i pożoga
zimne bryły meteorów
i popiół spalonych gwiazd…
*
W Twoich oczach chcę zobaczyć wieczność
i to byłaby odpowiedź Boga
na wszystkie moje pytania
*
* * *

NATURA – piękno, zachwyt, bojaźń i drżenie

*

Piękno to jeden z atrybutów, jakie przydajemy Naturze

* * *
Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu – jak pisał Nietzsche.
Ale życie to także poddanie się owemu „flow” Natury – skore lub bezwiedne płynięcie z jej nurtem, poczucie harmonijnego z nią współistnienia, współdziałania, swoistego sojuszu i zjednoczenia.
Poddając się tej kolaboracji jesteśmy zazwyczaj przez Naturę wynagradzani: spokojem, przyjemnością, radością, wrażeniem pełni – czasem wręcz błogością lub zachwytem, co możemy nawet nazwać szczęściem.
Taki stan nie trwa jednak stale. Tym bardziej więc należy go docenić – w jakiś sposób starać się zatrzymać i utrwalić.

Coś podobnego można przeżyć będąc na szlaku w górach, w lesie, idąc jakąś dziką plażą, mając tuż obok siebie morze lub ocean.
Ciągnie mnie w takie miejsca zawsze, bowiem obietnica przeżycia tego wszystkiego, doświadczenia takich chwil, działa na mnie jak narkotyk, który (dający się niekiedy we znaki) ból istnienia zamienia zwykle w jego przeciwieństwo, czyli w radość, a czasem nawet i w pewien rodzaj euforii.

* * *

Chmurnie, śnieżnie i strzeliście

Błędem jest chyba traktowanie Natury jako jednego organizmu (choć sam Wszechświat uznaje się za swego rodzaju Jednię). Takie homogeniczne podejście do Natury jest jednak uproszczeniem, bo przecież Natura – biorąc pod uwagę naszą ludzką skalę – nie jest ani czymś jednorodnym, ani nawet koherentnym. To właśnie wskutek traktowania przez nas Natury niczym jakiejś spójnej i zwartej, nieomal osobowej jedności (co przejawia się choćby w pisaniu jej imienia z dużej litery), wikłamy się w cały szereg sprzeczności, a w nasze myślenie wdziera się pewien relatywizm. Oto rodzi się bowiem choćby taka kwestia: jak Natura może być wobec nas jednocześnie opiekuńcza i okrutna, łagodna i przerażająca – spełniać zarówno rolę Matki i Kata, Akuszerki i Grabarza…? Albo też wydawać się nam czymś cudownie pięknym i zarazem absolutnie wstrętnym?

Wszystko to można wg mnie wyjaśnić pewną oczywistością: natura sama jest pełna sprzeczności, istnieją w niej przeciwstawne sobie siły – jest ona czymś nieskończenie złożonym, działającym w wielu kierunkach.
Owe sprzeczności pojawiają się wtedy, kiedy Naturę zaczynamy – tak po ludzku – personifikować.

Nie chciałbym jednak aby ta konstatacja o ścieraniu się różnych – a niekiedy i przeciwstawnych – sił w Naturze, zabrzmiała niczym jakiś współczesna wersja manicheizmu, gdyż złożoność Natury jest czymś o wiele bardziej kompleksowym i skomplikowanym, niż ów manichejski, prosty (bo dwubiegunowy) podział na Dobro i Zło, wyróżnienie tylko sił konstruktywnych i destruktywnych.
Ogólnie można powiedzieć, że każde zastosowanie wobec natury jakichkolwiek ludzkich pojęć nieuchronnie wiąże się z trudnością uchwycenia jej sensu, a wynika to po prostu z naszych ograniczeń. Może też być skutkiem mitologicznych właściwości tworzonej przez nas kultury.

* * *
To co w Naturze wydaje się nam być destrukcją, jest najczęściej jej transformacją.
Albo inaczej (i mocniej): destrukcja w Naturze jest tożsama z transformacją. (Jest to nic innego, jak przemiana jednej formy energii w drugą.)
Na nas, jak zwykle, większe wrażenie robi zagłada (rozpad) istniejącej dotychczas formy – zwłaszcza kiedy nie jesteśmy jeszcze w stanie dostrzec tej nowej, (a przywiązani jeszcze jesteśmy do starej).

* * *
To zabawne, ale i straszne zarazem, jak różnie postrzegamy Naturę.

Zabawne, bo „przyginamy” ją do naszych pragnień, tęsknot i wyobrażeń, dokonując wygodnej projekcji tego co nasze (czyli naszej kultury), mając przy tym złudne nadzieje, że możemy Naturę urabiać i kształtować wedle naszych widzimisię – gdyż jest nam to potrzebne, bo mamy z tego korzyści, bo to jest przyjemne, bo mamy „fun” … etc. Czyli totalny i dość bezczelny utylitaryzm, który zakradł się nawet do naszych najświętszych ksiąg, które wszak mówią: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Bo człowiek ma być przecież „panem wszelkiego stworzenia”.
Straszne, bo z drugiej strony zdarza się nam patrzeć na Naturę jak na okrutnego Potwora bez czucia, działającego bez celu i bez sensu – doskonale obojętnego na nasze cierpienie, ból i przerażenie. Wobec takiej Natury jesteśmy ledwie mikroskopijnym trybikiem, jedną z „biliona bilionów śrubek wielkiego mechanizmu” (Miłosz) – niewiele znaczącą, bezbronną istotką wykorzystywaną bezdusznie przez gigantyczną, będącą w ciągłym ruchu machinę przemian i transformacji na kosmiczną skalę.

Tutaj zresztą również rzutujemy na Naturę nasze lęki, widma, strachy i demony (jednakże sama świadomość tej projekcji nie jest dla nas żadną pociechą).
Wobec horrendum jakim niekiedy jawi się nam świat przyrodzony, istnieją wszak środki uśmierzające: przymknięcie oczu, zamglenie świadomości, ucieczka w mit, wypełnienie nicości naszą ludzką treścią, powołanie sensu, wytyczenie kierunku i celu… wreszcie uznanie Stwórcy za demiurga dobrego.
Czy też uznanie, że jakiś Stwórca wogóle istnieje.

Czy przebywanie w zażyłej bliskości z Naturą może nas zmienić?

* * *
Miejsce zwane Krainą Czarów, miejsce zwane Rajem – miejsce zwane Piekielną Kuchnią, miejsce zwane Ogrodem Diabła (nota bene wszystkie te nazwy istnieją naprawdę).
Czyli: Natura jako poletko Pana Boga – natura jako dantejskie Inferno.
Wieczne odradzanie – skazanie na zagładę.
Anielskie harmonie niebiańskich sfer, boski ład stworzenia – szatański chaos Universum, pustka zimnego Kosmosu.
To właśnie pomiędzy tymi skrajnościami mieszczą się nasze wyobrażenia o Naturze.

* * *
Człowiek jako boskie ziarno, żywa cząstka Wszechświata, jedna z nieprzeliczonych monad martwo-żywego kosmicznego Organizmu – wypełniony tęsknotą za Stwórcą, próbujący koić się wiarą w Boga.
Człowiek wydarty siłą z niebytu i rzucony bezwolnie w istnienie; marny „pyłek” i „trybik” – jednakże obdarzony jaźnią, czuciem a niekiedy i świadomością absolutnej samotności – wyobcowany, drżący, zagubiony i zalękniony; zawieszony nad otchłanią Nicości.

Kim jesteśmy?
Albo jeszcze mocniej i konkretniej: kim jestem?
Kim jestem wobec Natury, którą chcę zgłębić – lękając się jej i zachwycając się nią? Przerażony i zafascynowany?

* * *
Czy kilkanaście dni spędzonych w górach i lasach – na „łonie przyrody” – mogą kogokolwiek zbliżyć do odpowiedzi na te wszystkie pytania?
Czy jest to możliwe, by w tak krótkim czasie strząsnąć z siebie cywilizacyjne naleciałości, pozbyć się ciężaru narzuconej mi (i przyjętej przeze mnie) kultury, która określa perspektywę z jakiej widzę (i oceniam) Naturę? I wejrzeć w nią nieuprzedzony i tak obnażony?
Czy jest to wogóle możliwe, gdy chce się jednocześnie pozostać człowiekem?
Wszak, już tylko używając języka i słów, stwarzamy swój własny świat – nadajemy imiona roślinom i zwierzętom, kreślimy topograficzną mapę uczuć krajobrazu i przyrody, obdarzamy góry, jeziora, drzewa i kwiaty osobowością.

We mgle…

Nazywając świat kreujemy go dla siebie na nowo. Czy jednak ten werbalizm nie oddala nas od poznania tego, co naprawdę JEST? Ale czy zbliżyłoby nas do tego milczenie? Przecież zdarza się, że kiedy milczymy, czujemy jeszcze mocniej, w przeciwieństwie np. do głazu. Czucie wywołuje emocje, a te z kolei „mącą” nam umysł, przez co poznanie staje się jeszcze trudniejsze.
Ideałem bezczucia byłby więc kamień, dzięki czemu, być może, to właśnie on jest najdoskonalej zespolony z Naturą, bo sam należy do jej esencji. W tym kontekście wydaje się, że na przeszkodzie do zgłębienia istoty Natury stoi nasza świadomość.

* * *
To prawda, Naturę można pokochać na wiele różnych sposobów: od infantylnego i naiwnego – po głęboki i fundamentalny (choć radykalna miłość jest tu dla mnie czymś zgoła wątpliwym).

Ale prawdą jest również to, że Naturę można znienawidzieć – choć ta nienawiść nigdy już nie jest infantylna, a bywa wręcz po ludzku głęboka. Dzieje się tak wtedy, gdy uznajemy (czy też mamy wrażenie), iż zaczyna ona działać przeciwko nam – unicestwiając nasz ludzki świat, niszcząc kogoś kogo kochamy, albo też nas samych.

Jednym słowem, nasz stosunek do Natury jest nie tylko ambiwalentny, ale i dziwny. Dziwny, jak my sami.
(No właśnie: może to nie dziwny jest ten świat, a tylko my sami?)

* * *
Relacje między cywilizacją człowieka a światem przyrodzonym (czyli Naturą), to jest temat-rzeka, którego nawet nie próbuję tutaj poruszać, bo mógłby mi on niechybnie eksplodować, roznosząc skromne ramy tego bloga.
Może więc tylko wspomnę o tej disney’owskiej, infantylno-naiwnej perspektywie z jakiej wielu z nas postrzega przyrodę podczas turystycznych, rutynowych wypadów „za miasto”. (A mogłem się na to napatrzeć do woli – choćby podczas częstych wizyt w parkach narodowych.)

Sarenki jak z bajki?

Wynieśliśmy to po części z naszego dzieciństwa, w którym karmiono nas całą masą antropomorfizujących zwierzęta bajek, dzięki czemu przypisujemy teraz nasze ludzkie atrybuty nie tylko zwierzętom, ale samej Naturze. Obdarzamy cechami istot żywych przedmioty martwe, ale również zjawiska przyrody – i temu animizmowi ulegają prawie wszyscy z nas.

Jest to niczym innym jak zwyczajnym oswajaniem świata (albo oswajaniem się z tym światem nas samych); i bywa zwykle czymś bardzo powierzchownym. Z jednej strony niezwykle ujmująca wydawać się może nasza „miłość do zwierzątek”, (dajmy na to głaskanie misia po futerku czy kózki po brodzie – wszystkie te nasze „żabcie” i „kiciusie”, „myszki” i „kaczucie”, „pieseczki” i „cipusie”).
Z drugiej – jakże naiwne i infantylne (ale i niebezpieczne) jest to przeświadczenie, że taki zwalisty niedźwiedź grizzly, tudzież ważący ponad tonę bizon, nie mogą nam zrobić żadnej krzywdy (więc pokarmy ich z ręki, więc posadźmy im na grzbiecie nasze dziecię).

Istnieje również pojmowanie przyrody głębsze – w sposób, w jaki robią to pasjonaci, entuzjaści, naturaliści… a i takich przecież spotkałem: byli to często pracownicy parku, naukowcy, artyści – ludzie, których wiedza przyrodnicza była niczym bezkresny i głęboki Ocean, na swój sposób onieśmielająca i nieco przytłaczająca.
Jednakże i oni nie byli w stanie przekroczyć naszej ludzkiej kondycji, ograniczeń, percepcji. Także i ich wiedza miała swoje granice – i gdy do tych granic docierali, zaczynało się niezrozumienie, które mogło być tylko przełamane wiarą (a u tych „niewierzących” – kolejnym domysłem lub hipotezą).

Dmuchawce, latwce i wiatr w drzewach

* * *
Oto kilka (pierwszych z brzegu) paradoksów, kóre wyłaniają się na styku naszego człowieczeństwa z naturą:

Nie wiadomo gdzie nas prowadzi cywilizacja (choć na pewno coraz dalej od Natury), ale jednak to właśnie ona czyni z nas ludzi.

Do Natury mamy ambiwalentny stosunek, gdyż z jednej strony jesteśmy jej dzieckiem; z drugiej zaś – chcemy się od niej wyemancypować.

Natura nas przyciąga i odpycha zarazem. (Możemy odczuwać wobec niej wstręt, ale również ją kochać.)

Walczymy z naturą a jednocześnie chcemy się stać jej sprzymierzeńcem.

Oddalamy się od natury (czesem wręcz od niej uciekamy), a jednocześnie lgniemy do niej i szukamy w niej ukojenia.

Z jednej strony natura nas rozstraja, z drugiej zaś – harmonizuje.

Zrazu natura wydaje się nam prymitywna, to znów czymś niewiarygodnie złożonym.

* * *

Cisza przed burzą – a w tle dramatyczne pasmo gór Teton (Wyoming)

* * *
Wydaje się, iż poddając się tylko naiwności i ufności dziecka, możemy uznać Naturę za Matkę, a jej dramatyczne teatrum ciągłych a bezlitosnych przemian za „łono” przyrody.

* * *
Mam pewne podejrzenia, że kiedy tak idę szlakiem zachwycając się otaczającym mnie splendorem przyrody, to oglądam tylko jej powierzchnię. Wchodzę wgłąb mojej wrażliwości estetycznej, ale nie w istotę Natury.
To być może tłumaczy paradoks naszego odbioru Natury: z jednej strony może być ta percepcja po ludzku głęboka, a z drugiej powierzchowna, omijająca istotę rzeczy – czyli po prostu nieadekwatna.

* * *
Niezwykła i zadziwiająca jest ta transformacja w sposobie jaki wielu z nas potrafi zmienić ucieczka przed cywilizacją na owo „łono” przyrody. Muszę się jednak przyznać, że nie lubię tego ostatniego określenia, bowiem wydaje mi się ono trywializować coś, co wg mnie może być głębokim doświadczeniem egzystencjalnym, a nie tylko piknikowym.

Co pozostaje…?

Jest w tym coś z katarktycznego przeczucia: będąc na szlaku – idąc w górach, w lesie, nad oceanem – odnoszę wrażenie, iż staję się innym człowiekiem. Wówczas uświadamiam sobie, że my wszyscy, przytłoczeni dobrodziejstwami i okropieństwami cywilizacji, prowadzimy jak gdyby podwójne życie.
Z jednej strony są w nas trzewia, krew i kości – prawieczna bestia, zwierzę, istota, która wyłoniła się z gliny, mułu i wody; z drugiej zaś – otaczają nas cywilizacyjne przybrania i protezy, które stały się dla nas bardziej realne, niż ta rzeczywistość pierwotnie nam przyrodzona.
Czyni to z nas istoty cudowne, ale i dziwaczne zarazem, rozkraczone między zwierzęcością a człowieczeństwem, miedzy naturalizmem a sztucznością, której już od dawna nie śmiemy nazwać pozytywizmem.
Na razie czekamy co też przyniosą nam te kolejne eksperymenty: z globalizacją i oplątaniem się informacyjną siecią, z manipulowaniem przy genach, nano- i bio-inżynierią, z coraz większą ilością protez, sztuczności i substytutów.

* * *
Moment, chwila, wrażenie,uczucie, impresja…
Może tym tylko jesteśmy?
Może tylko po to żyjemy?
Czyż nie z tego składa się nasze życie?

Czym (dla innych) będą „buty i telefon głuchy”, które po nas pozostaną?

* * *
Czy wobec potęgi przyrody nie przypominamy mrówki… biegającej tam i z powrotem swoją dróżką, krzątającej się wokół swoich spraw?
Pewnie tak.
Istnieje jednak między nami fundamentalna różnica: my jesteśmy, w przeciwieństwie do niej, obdarzeni świadomością i wiemy, że kiedyś i gdzieś na tej naszej drodze padniemy.
Mrówka pada – ot, tak sobie.
Ale czy my padamy metafizycznie?

* * *

WSZYSTKIE ZDJĘCIA ILUSTRUJĄCE  TEKST  (z wyjątkiem jednego, ukazującego Grand Teton) POCHODZĄ Z POŁOŻONEGO W STANIE WASZYNGTON PARKU NARODOWEGO MT. RAINIER. WIĘKSZY ICH WYBÓR MOŻNA OBEJRZEĆ TUTAJ – ZARÓWNO TYCH WYKONANYCH WIOSNĄ, JAK I LATEM.

( ©  FOTOGRAFIE WŁASNE )