GRANICE I PRZEJŚCIA… (na brzegu życia i otchłani)

(zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XVI)

Pejzaż zimowy Podkarpacia

Pejzaż zimowy na Podkarpaciu

.

Sami wymyślamy symboliczne granice (choćby takie jak ta, zbliżająca się – noworoczna) by mieć poczucie możliwości zmiany, transgresji, odnowy… Tworzymy w ten sposób wyjątkową porę, kiedy możemy odegrać pewien rytuał przejścia – wszystko z nadzieją na lepszą przyszłość. A ona będzie jaka będzie, bez względu na naszą życzeniowość (wishful thinking) i zaklęcia: dla jednych lepsza, dla innych zaś gorsza – i oby tych pierwszych było znacznie więcej. Większość z nas nie dotrzyma noworocznych postanowień, ale o tym przekonamy się dopiero za kilka miesięcy. Teraz o tym nie myślimy… no i dobrze, bo i po co psuć sobie humor?

Lata mijają, nowy rok będzie za chwilę starym, a my – stojąc na brzegu życia i otchłani – widzimy płynącą rzekę czasu, która zabiera z sobą bezpowrotnie sporą część naszego świata. Ale i przynosi coś nowego. Ginie jednak nie tylko to, co sprawiało, że czuliśmy się szczęśliwi, ale również i to, co było dla nas nieszczęściem (może to być poniekąd naszą pociechą). Czas jest bowiem niewybiórczy i ślepy. Może dlatego jest sprawiedliwy? Lecz niestety – jest też przy tym bezlitosny, o czym świadczą nie tylko coraz liczniejsze zmarszczki na naszej twarzy i coraz więcej siwych włosów (albo tych włosów coraz mniejsza ilość).

Życie jest straszne i cudowne zarazem – podobnie jak świat, w którym żyjemy – pełen zarówno piękna, jak i potworności; śmieszności, jak i grozy. Trudno więc stwierdzić, że znaleźliśmy się na tym świecie w nagrodę, a tym bardziej, że jesteśmy tutaj za karę. To, że w ogóle jesteśmy, graniczy jednak z cudem, albo też i jest już cudem samym. W sumie… niepojętym, nawet dla takiego niesamowitego tworu, jakim jest ludzki mózg – całkiem możliwe, że będący najbardziej złożoną częścią Wszechświata, zbliżającą nas w jakimś stopniu do samego Boga (czy też sił, które nas stworzyły).

* * *

Jeśli istniejemy w czasie, to przemijanie jest czymś nieuniknionym. Przemijania nie ma tylko tam, gdzie nie ma czasu. A tego nie sposób sobie wyobrazić, ani też pojąć.

* * *

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.
Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?
A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe) jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…
A może jednak początkiem czegoś innego?

* * *

Piękno przyrody (świata) zawsze zauważamy wpierw tam, gdzie jest (było) środowisko, w którym dorastaliśmy. I to pozostaje taką naszą cezurą, wzorem, punktem odniesienia… właściwie na całe życie. Do tego odnosimy wszystko to, co spotykamy w całym naszym późniejszym życiu – to nadaje jakby tonację temu, co przeżywamy już jako dorośli w naszym związku z Naturą, cz też – ogólniej – z całym otaczającym nas zewnętrznym światem.

* * *

Rozpacz jest jednym z nieodłącznych elementów ludzkiej kondycji. Może ją spowodować nie tylko własna nieuleczalna choroba, ale i np. utrata kogoś bliskiego, zniewolenie, kalectwo, cierpienie, nieodwracalność losu… cała masa innych nieszczęść jakie dotykają ludzi. Można nawet powiedzieć, że rozpacz (despair) jest jednym z fundamentalnych doświadczeń egzystencjalnych człowieka.
Rozpacz niekoniecznie musi mieć cokolwiek wspólnego z „żalem chwil teraźniejszych, czy minionych” – to nie ten ciężar gatunkowy, nie ta intensywność uczuciowa, nie ta sfera dramatu życia.

Naturalnie istnieją sposoby, czy też drogi, którymi można (starać się) uciec rozpaczy. Dla wielu ludzi czymś takim jest np. wiara. Albo… udawanie, że coś takiego, jak rozpacz nie istnieje, że nie ma ona do nich przystępu.

Ponadto rozpacz nie ma dobrej „prasy” – ot, choćby na blogach, czy na Facebooku – bo wszystkich obowiązuje pop-kulturowa dyktatura dobrego zdrowia, pozytywnego myślenia, indywidualnego szczęścia, pomyślnego życia… Tylko niekiedy robi ktoś w tym wyłom – ale to jednak wymaga pewnej odwagi, a nawet… determinacji.

* * *

Rozpacz, mimo wszystko, znana jest niemal wszystkim ludziom – nawet (a może zwłaszcza?) tym, którzy zdolni są do miłości (bo pojawia się zawsze wtedy, kiedy traci się kogoś, kogo się kocha).

W jednym ze swoich esejów Tischner zwrócił uwagę na to, że w polskiej literaturze brak jest wnikliwego i wszechstronnego opisu rozpaczy. I zastanawia się dlaczego (Polacy o rozpaczy nie mówili)?: Może nie wypada pisać o rozpaczy? Może temat rozpaczy został poddany cenzurze – tej „honorowej” np., która zakazuje przyznawać się do słabości? (Tak jakby rozpacz była słabością, a nie zdolnością doświadczenia egzystencjalnej głębi i wrażliwością.)
Według Tischnera powodem tego była szeroko w Polsce rozpowszechniona wiara religijna, która właściwie zakazywała rozpaczać, bo – jak pisze Tischner – „rozpacz była ‚upadkiem’, poniżeniem ‚godności’, ujmą na ‚honorze’, a przede wszystkim grzechem”.

* * *

„Kiedy nie można znaleźć nawet śladu rodzinnego domu, kiedy odmienione są drzewa i rzeka, jedynym głosem, jaki spodziewamy się usłyszeć od pielgrzyma, jest głos rozpaczy, lament, gorycz.” (Julia Hartwig – poetka, o „Dworze” Miłosza.)

Wydaje mi się, że Miłosz był przywiązany nie tyle do miejsca, w którym dorastał, co do czasu, kiedy dorastał. Podobnie: był bardziej przywiązany do języka polskiego, niż do samej Polski. Materia obchodziła go o tyle, że dzięki niej mógł snuć swoją poezję, mierzyć się z kulturą i jej ideami – z intelektualnym konceptem. Wychodził od konkretu ale zawsze ciągnęło go w ezoteryczne krainy, ku metafizyce. To wszystko świadczy o jego religijnym temperamencie. Ale to nie powinno dziwić, bo większość poetów ma taki temperament.

* * *

„Jeśli nie wystarcza tu sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nie uświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.” (Erich Fromm, „O sztuce miłości”.)

Każdy człowiek ma w swojej duszy miejsce, gdzie czai się rozpacz. Ale dzięki Bogu kryje się w nim także potencjał szczęścia. Zresztą, rozpacz podobna jest do szczęścia w tym, że nie jest czymś permanentnym, stałym: szczęśliwym się raczej bywa, niż jest – rozpaczać też nie można długo (zwykle rozpacz przechodzi w melancholię i smutek – a wreszcie mija… jak wszystko inne).

Tak, można powiedzieć, że przemysł rozrywkowy podszyty jest strachem, nudą i pustką – tym wszystkim, co świadczyć może o skrywającej się za tą jałowością rozpaczy.

* * *

Wszystko się zapętla i łączy – jest właściwie jednym (dlatego każdy początek jest jednocześnie końcem – a czas nie ma w tym wszystkim żadnego znaczenia). Nasz język, podobnie jak percepcja, jest ograniczony i niezdolny do nazwania (określenia) tego, co poza nami i poza naszym światem. I poza czasem. A to, co poza czasem, jest właśnie wiecznością. (Wieczność jest bezczasowa – tylko dlatego może być wiecznością. Jest czystym istnieniem – a nie trwaniem.) Czas nie może być atrybutem tego, co istnieje wiecznie.

* * *

W TWOICH OCZACH…

*

*

I
*
Czy zobaczę w Twoich oczach wieczność?
(kiedy już wreszcie będziemy razem –
dwa czujące pyłki rzucone w otchłanie Kosmosu)
*
Czym jest bicie naszych serc
wobec ogromu
i chaosu Wszechświata
który może ładem jest
podległym prawom nieodgadnionego Boga?
Któż to wie?
*
Co pozostanie…
po nas, z nami, w nas?
Gdzie przetrwają nasze ślady?
Czy to możliwe
poza czasem i przestrzenią
kiedy już materia nie zda się na nic?
*
I I
*
Dotyk dłoni, czy spojrzenie
uśmiech, słowo, pocałunek…
ból albo szczęście
wszystkie nasze sny i jawy
zagubione i odnalezione miłości
*
Chwila spełnienia
która zapala się
w naszych ciałach i umysłach
i która gaśnie…
*
I I I
*
Zatrzymać moment
chłonąć istnienie
być, czuć, kochać…
a po nas choćby potop
i pożoga
zimne bryły meteorów
i popiół spalonych gwiazd…
*
W Twoich oczach chcę zobaczyć wieczność
i to byłaby odpowiedź Boga
na wszystkie moje pytania
*
* * *

FILOZOFIA ZRANIONEGO ZWIERZA

O LISTACH F. NIETZSCHEGO

*

*

Sięgając po listy Friedricha Nietzschego miałem nadzieję, że pozwolą mi one na głębsze poznanie tego niezwykłego człowieka, jak również na lepsze zrozumienie jego filozofii, która wydaje się być tak mocno związana z tragicznym życiem niepokornego wolnomyśliciela.
Czy tak się stało?

*

KOCHANA MAMO, DROGA SIOSTRO…

Uderzył mnie już pierwszy list, który napisał sześcioletni Frycek do swojej matki:

„Kochana mamo,
Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie jestem z tobą, więc muszę pisać do ciebie liścik. Bardzo się ucieszyłem z szarlotki, dziękuję za nią pięknie.
Myślę ciągle o Tobie i Elisabeth (siostra Nietzschego – przyp. LA), ale pisać już nie mogę, bo jestem zmęczony.
Twój wierny syn
Fritz Nietzsche.”

W tym skromnym dziecięcym liściku widzę antycypację tego, co stanowiło główny rys całego (świadomego) życia Nietzschego: jego oddalenie od ludzi i osamotnienie w świecie (przy jednoczesnej tęsknocie do obcowania z kimś bliskim), oraz ciągłe zmęczenie życiem (chorobą), często uniemożliwiające mu nie tylko pisanie, ale i normalną egzystencję.

Listy do matki i siostry pisał Nietzsche przez całe swoje życie. Bardzo często zawierały one podziękowanie za jakiś użyteczny drobiazg, kawałek garderoby, żywność… Miały więc charakter utylitarny. Były także utrzymane w tonie rodzinnym – Nietzschemu zależało na tym, by sprawić wrażenie oddanego brata i dobrego syna.
Skądinąd wiemy, że matka była wobec niego oschła, siostra zaś usiłowała nim manipulować. Nietzsche to widział i odczuwał, cały czas jednak zachowując swoją niezależność w myśleniu i czynach, ale – jak na ironię – po psychicznym załamaniu trafił na ponad 10 lat pod kuratelę, wpierw matki, a następnie siostry, która wykorzystała jego niemoc (a właściwie pozbawienie świadomości), by urobić jego spuściznę pod swoje dość prostackie tezy (dzięki czemu mógł się później na jego dziełach paść nazizm i antysemityzm.)

ECCE HOMO, CZYLI OSAMOTNIENIE I TORTURY

Następna niespodzianka, która czekała na mnie podczas lektury listów: najwięcej jest tych napisanych do jego przyjaciół, którzy wszak zmieniali się (z wyjątkiem bodajże wiernego Overbecka ). Może więc nie byli prawdziwymi przyjaciółmi? Jaka ogromna bije z nich potrzeba miłości i zrozumienia! Miłości, której Nietzsche był pozbawiony… (a może sam się jej pozbawił)?
Ile w tej uczuciowej prostracji było z wyboru, a ile z konieczności?
Jedno jest pewne: człowiek szczęśliwy, kochający (i kochany) nie stworzyłby tak nieludzkiej wizji odrzucającej w końcu miłosierdzie, współczucie, a w konsekwencji i samą miłość.

 

Jednakże uproszczeniem byłoby twierdzić, że „przewartościowanie wszystkich wartości”, którego chciał dokonać filozof (a była to de facto próba anihilacji tego, co dotychczas scalało pozytywnie ludzi i budowało ich kulturę), miało swoje źródło jedynie w jego mizantropii, czy też kondycji fizycznej.
Pół biedy byłoby w tym, gdyby Nietzsche zaczął nienawidzić człowieka w swoich górskich samotniach – na swój prywatny użytek (a raczej gwoli własnej mizerii). Kłopot dla Europy zaczął się wtedy, kiedy Nietzsche Mesjaszem chciał uczynić Zaratustrę, sam mianując się w końcu Antychrystem. (Już w tym momencie, w oczach zdecydowanych wrogów Nietzschego, kompromituje się całe jego myślenie.)

Jednakże myśl Nietzschego nie tylko przetrwała, ale i miała wielki wpływ na rozwój europejskiej kultury. Mało tego: jego koszmarne proroctwa spełniły się z nawiązką w następującym po nim wieku, co tylko potwierdziło jego przenikliwość i niemal jasnowidzące zdolności profetyczne:

„Na całej Ziemi wystąpią konwulsje, jakich jeszcze nie było – pojęcie polityki zniknie całkowicie w wojnie duchów, wszelkie wytwory wiedzy wylecą w powietrze, zaczną się wojny, jakich jeszcze nie było.”

Czy jednak, wobec tego wszystkiego, zadowolić dziś może kogokolwiek ta z pozoru oczywista konstatacja, że wszystkiemu winien wredny charakter Nietzschego, syfilis i związana z nim permanentna kondycja chorowitego zdechlaka, który zaczął roić sny o potędze i napawać się nadchodzącą Apokalipsą?
Nawet w konfrontacji z wyrażonym explicite zwierzeniem Nietzschego w liście do Overbecka, napisanym na rok przed kompletnym popadnięciem w obłęd?:

„Bywały ponure godziny, bywały dni i noce, kiedy nie wiedziałem już, jak żyć, i brała mnie czarna rozpacz, jakiej jeszcze dotąd nie zaznałem. Mimo to wiem, że nie mogę się wymknąć, ani w tył, ani w prawo, ani w lewo: nie mam żadnego wyboru. Tylko ta logika mnie powstrzymuje: patrząc ze wszystkich innych stron mój stan jest nie do wytrzymania i bolesny aż po torturę. (…) Nie należy teraz ode mnie oczekiwać ‚pięknych rzeczy’, tak jak nie można domagać się od cierpiącego głód zwierza, by z wdziękiem rozszarpywał zdobycz. Wieloletni brak naprawdę wspierającej i uzdrawiającej ludzkiej miłości, absurdalne osamotnienie, jakie ze sobą niesie to, że prawie każda pozostałość ze związku z człowiekiem staje się tylko źródłem ran; wszystko to jest jak najgorsze i ma tylko jedno uzasadnienie: że jest konieczne.”

Echo tego listu odnajdziemy we wspomnieniach Overbecka, który opisuje kilkakrotne odwiedziny Nietzschego, kiedy ten pogrążony był już w kompletnej apatii. Oto pisze on np.: „(Nietzsche) zrobił na mnie wrażenie zranionego śmiertelnie szlachetnego zwierzęcia, które ukryło się w jakimś zakątku, gdzie myśli już tylko dokonać żywota.”


Oczywiście, że czytając opisy choroby Nietzschego – tych niekończących się cierpień związanych z ostrymi bólami głowy, wymiotami, osłabieniem wzroku, paraliżem – może nas ogarnąć chrześcijańska litość nad nieszczęśnikiem, (którą nota bene sam Nietzsche tak wyszydził). Naturalnie, naszym ludzkim odruchem jest współczucie dla złamanego cierpieniem bliźniego.
Lecz pozostaje jeszcze jego myślenie – fant, z którym cała Europa musiała się jakoś uporać. Nie wystarczyło już bowiem wzruszenie ramion i skwitowanie tego wszystkim stwierdzeniem: to szaleniec!

Pisma Nietzschego wymierzone były w sam rdzeń chrześcijańskiej Europy z jawnym zamiarem, by ugodzić śmiertelnie jej (zakłamaną wg niego) duszę, rozwiać czadzące wszystkich złudzenia, obnażyć obłudę wszystkich instytucji – całej cywilizacji, która skrywała fundamentalne prawo natury o dominacji silniejszego nad słabszym, o świecie, w którym o wszystkim decyduje wola mocy, gdzie nie ma „zmiłuj”, i gdzie mamy do czynienia z moralnością panów i moralnością niewolników.
Nietzsche zatruł atmosferę zadowolonego z siebie filistra, uderzył w znarkotyzowane przez religijne opium masy, obnażył obłudę monarchów i włodarzy, pokazał palcem stęchłego ducha Starej Europy. Pierwszy zaczął wołać, że Titanic tonie, skupiając na sobie uwagę wszystkich.

ROZPOŁAWIANIE ŚWIATA

Czytając listy, pewne symptomy skrzywiającej się psychiki Nietzschego dają się zauważyć na wiele lat przed totalnym załamaniem, które spadło na niego zimą 1888 roku w Turynie. Była to głównie postępująca alienacja wobec najbliższego otoczenia, (której najbardziej dramatycznym przejawem było burzliwe i niezwykle bolesne dla Nietzschego zerwanie z Ryszardem Wagnerem); nadmierne poczucie własnej wyjątkowości przeradzające się w megalomanię, pozwalającą mu w końcu uznać się za „największego niemieckiego pisarza”:

„(…) moje stanowisko filozoficzne jest bez konkurencji najbardziej niezależne. (…) Współczesna Europa nie ma pojęcia, wokół jakich przerażających rozstrzygnięć obraca się cała moja istota i do jakiego koła problemów jestem przywiązany – i że wraz ze mną nadciąga katastrofa, której imię znam, ale nie wypowiem.”

Swojego „Zaratustrę” uznaje za „najgłębsze i najdonioślejsze wydarzenie – duszy, za pozwoleniem! – między dwoma tysiącleciami, drugim i trzecim”, zaś o innych swoich książkach pisze: „(…) dałem ‚nowym’ Niemcom najbogatsze, najbardziej przeżyte i najbardziej niezależne książki, jakie oni w ogóle mają, będąc zarazem osobiście kapitalnym wydarzeniem na terenie kryzysu o wartościach.”
Przewiduje, że swoim dziełem „rozbije dzieje ludzkości na dwie połowy” i wyznaje, że:
„(…) moje życie stoi przed gigantyczną decyzją i spoczywa na mnie odpowiedzialność, jakiej nie potrafię wyrazić (…) ‚Zaratustra’! Pierwsza książka całego tysiąclecia! w której zawarty został los ludzkości! (…) Gdy wyjdzie ‚Ecce Homo’, będę pierwszym wśród żywych.”

Psychologia rozpracowałaby tu na części pierwsze te mechanizmy, które powodowały Nietzschem. Zapewne po raz kolejny przekonalibyśmy się, jak proces kompensacji czyni z impotenta mocarza, a z poczucia niemocy – złudzenie wszechmocy; jak łatwo kompleks niższości przeradza się w manię wielkości… etc.
Czy jednak charakterologiczne wytłumaczenie, doszukiwanie się egoistycznych impulsów, wskazanie na psychologiczne (czy też nawet fizjologiczne) źródło takiej a nie innej myśli, myśl tę dezawuuje albo unieważnia?
Moim zdaniem nie.
Z każdą ideą, kiedy już się ona pojawi (a zwłaszcza z taką, która uzyskała już status przynależności do spuścizny europejskiej myśli filozoficznej), należy się zmierzyć bez stosowania argumentów ad personam, jakimi byłyby wszystkie te, odnoszące się do egoistycznych pobudek jej powstania, do jej genezy osobniczej.

UMARŁ BÓG, NIECH ŻYJE BÓG!

Nietzsche (rysunek Hansa Oldego)

Jak wiemy, Nietzsche obwieścił śmierć Boga. Czy jednak należy to rozumieć tak, że Bóg był ale umarł? Czy też, że nigdy Go nie było?
W sumie to nieważne dla kogoś, kto mierzy się z brakiem Boga w świecie, mimo że nigdy właściwie nie ogłosił siebie ateistą. Ten ostatni fakt intrygował mnie nieco do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że tym sposobem Nietzsche jakby zostawia otwartą furtkę dla jakiegoś bóstwa, którego sam (dość mgliście i nie do końca świadomie) oczekuje.
Sam Heidegger uznał Nietzschego za pierwszego europejskiego filozofa ery nowożytnej, który całkowicie zerwał z wszelką metafizyką. Mnie się to wydało zdumiewające, bo tak naprawdę Nietzsche miał temperament wielkiego mistyka, by nie napisać wizjonera (a jak mistycyzm może się obejść bez metafizyki?)
Nawet kiedy chciał się on dokopać do sedna Natury, zgłębić jej istotę – trafiając tam najczęściej na bezcelową i bezsensowną próżnię, pustkę i nicość, nie mógł się pogodzić z jej zimnem i bezdusznością, dlatego też jego poszukiwania wracały do niego samego, musiał więc jakoś im sprostać sam przyjmując postać bosko-ludzkiego Zaratustry.

Wszystko to nabrało konkretnego i widzialnego kształtu na kilka miesięcy przed załamaniem, kiedy Nietzsche zaczyna podpisywać swoje listy jako: Feniks, Cezar, Antychryst, Dionizos i Ukrzyżowany.

Rozbrajający (i nie pozbawiony pewnej poetyckiej zgrabności) list pisze wówczas do Cosimy Wagner:

„To przesąd, że jestem człowiekiem. Żyłem jednak sporo pośród ludzi i znam wszystko, co ludzie przeżyć mogą, od rzeczy najniższych po najwyższe. Wśród Hindusów byłem Buddą, w Grecji Dionizosem, Aleksander i Cezar to moje wcielenia, autor Szekspira, lord Byron, takoż. Na końcu byłem jeszcze Wolterem i Napoleonem, może też Richardem Wagnerem… Tym razem jednak przychodzę jako zwycięski Dionizos, który chce na ziemi uczynić święto… Nie mam zbyt wiele czasu… Niebiosa cieszą się, że tu jestem… Wisiałem też na krzyżu…”

Zaś do profesora Jakoba Burckharda z uniwersytetu w Bazylei (gdzie sam kiedyś piastował katedrę filologii klasycznej), zwraca się tak:

„Drogi Panie Profesorze,
ostatecznie o wiele bardziej wolałbym być bazylejskim profesorem niż Bogiem; nie odważyłem się jednak posunąć tak daleko osobistego egoizmu, by z tego powodu zaniedbać stwarzania świata.”

Wyszło na to, że Nietzsche samym sobą chciał zastąpić miejsce, które dotychczas zajmował Bóg.
A to możliwe jest tylko w szaleństwie.

DO DOSTOJNYCH POLAKÓW

Jako o pewnej ciekawostce można tu też wspomnieć o fantazjowaniu Nietzschego na temat swojego (domniemanego) polskiego pochodzenia. Podobno jednak faktem jest, że prapradziadek filozofa, Gotthelf Engelbert Nietzsche był synem polskiego szlachcica Nietzkiego (Niecki).
Peter Gast (kompozytor, długoletni przyjaciel Nietzschego) widzi w nim „polskiego szlachcica, który został w dziadku i ojcu zagłuszony przez teologów, a w Nietzschem ponownie wydostał się na światło dzienne.”

Franz Overbeck w swoich wspomnieniach o Nietzschem napisał jednak:
„Ja sam dość często bardzo sceptycznym uchem wysłuchiwałem powtarzanych po wielokroć opowieści Nietzschego na temat jego polskich przodków, których piętno nosił zresztą rzeczywiście w szerokiej budowie swej fizjonomii.”

Nietzsche lubił więc brylować w towarzystwie jako potomek polskiej szlachty, i schlebiało mu to, że był za takiego przez owo towarzystwo brany.
A my możemy się tylko lekko zadziwić, uświadamiając sobie, że były to czasy, kiedy polskie pochodzenie nikomu nie czyniło ujmy, a wprost przeciwnie – było powodem do chluby. Nawet jeśli było czymś urojonym.

Ten wątek odezwał się nawet w liście, który Nietzsche napisał dosłownie na kilka dni przed zapakowaniem go w kaftan bezpieczeństwa (jakim była szlafmyca właściciela pensji, którą przekupiono oszalałego filozofa, by bez stawiania oporu udał się wraz z Overbeckiem do pociągu mającego zawieść go do szpitala dla obłąkanych w Jenie):

„Do dostojnych Polaków
Należę do was, jestem jeszcze bardziej Polakiem niż Bogiem, chcę wam oddać cześć, tak jak cześć oddawać mogę… Żyję wśród was jako Matejko..
Ukrzyżowany”

DLACZEGO NIETZSCHE?

Rozumiem, że książka, którą właśnie przeczytałem jest zaledwie wyborem listów Nietzschego. W rzeczywistości jest ich bowiem znacznie więcej. Nie wszystkie zresztą są już odkryte i znane. Niemniej jednak wyłania się z owej selekcji obraz, który odbiega nieco od wyobrażenia, jakie mają o Nietzschem czytelnicy jego dzieł.
Wbrew przytoczonym tu już, raczej gwałtownym fragmentom, z całości wyłania się niejaka monotonia tematów, które Nietzsche porusza w listach do matki, siostry, znajomych, kolegów, wydawców… Ciągłe pisanie o pogodzie i swoim zdrowiu (a raczej jego braku), o nieustannej tułaczce – zmianie jednej pensji na inną (Nietzsche nie miał czegoś takiego jak „domu”, czy nawet „własnego kąta”), o kolejnych fiaskach związanych z publikacją jego pism, o coraz bardziej wykruszającym się gronie jego przyjaciół… etc. Z rzadka jedynie ujawnia się w tych listach intensywność i gęstość, jaką mają jego utwory literackie.

Możemy więc, nieco na chłodno, prześledzić curriculum vitae Nietzschego – jego wczesne (w wieku 24 lat!) objęcie profesury na Uniwersytecie w Bazylei; stopniową utratę zdrowia, która zmusiła go do porzucenia pracy pedagogicznej; ciągłej zmianie miejsca zamieszkania, wzmianki o powstawaniu kolejnych książek i próbach ich wydania; zabiegi o przyjaźń tych ludzi, którzy jeszcze zupełnie się od niego nie odsunęli, wreszcie ów nieszczęsny atak szaleństwa w Turynie, na którym właściwie skończyła się możliwość dyskursu z jego myślą.

Nietzsche ze swoim przyjacielem Paulem Rée oraz wielką zawiedzioną miłością Lou Salomé (z pejczem)

*

Mnie osobiście bardzo ujęło ożywienie, jakiego doświadczył Nietzsche kiedy w jego życiu – niczym jasna i ostra kometa – pojawiła się młoda Rosjanka Lou Salome. Wyglądało to tak, jakby w tego myśliciela wstąpiło nowe życie, witalny entuzjazm, skrajne podniecenie… aż do momentu, kiedy kobieta, w której się zakochał opuszcza go z jego własnym przyjacielem.
Nietzsche w jednym momencie gaśnie, wpada w ludzką, arcy-ludzką rozpacz, ponownie jego ciałem zawłaszcza choroba…

Mimo tych życiowych niepowodzeń, (które przecież wśród ludzi są na porządku dziennym), sporadycznych a nagłych zawirowań losu, życie Nietzschego, patrząc nań z zewnątrz, pozbawione było gwałtownych wydarzeń, jakiejkolwiek awanturniczości, zewu przygody… Wielki dramat rozgrywał się właściwie w jego ciele i umyśle – i jest czymś na wskroś fenomenalnym, że taka kameralna w sumie tragedia „jednego aktora”, potrafiła rozniecić żar wśród tak wielu myślących, poszukujących i czujących ludzi, może nawet wpłynąć na nadchodzącą właśnie epokę.

* * *
Wewnętrzne życie Nietzschego było jednym wielkim i niegasnącym pożarem, który wreszcie strawił sam siebie. Przejawiał się on choćby w skłonności do ekstremalnych doświadczeń ducha, w penetracji rejonów ludzkiej myśli, w które prawie nikt nie ośmielał się zapuszczać. Stąd te jego nerwowe spięcia, mózgowe wyładowania, błyskawice i burze.

Niech nas jednak nie zwiodą owe szaleńcze wyskoki, błądzenie konceptu i kipiel emocji, absurdalne stwierdzenia i jaskrawy – jakby się mogło wydawać – nonsens, który się wyłania w skomasowanych tu przeze mnie i wyłożonych cytatach.
Bowiem dzieło Nietzschego zawiera w sobie bez wątpienia fragmenty genialne i błyskotliwe, miejscami obdarzone jest niezmierzoną głębią i wstrząsającą przenikliwością. Gdyby tak nie było, to rzeczywiście uznać by go można za kolejnego – i tylko li – wariata.
Tak się jednak o Nietzschem nie mówi – i nie dzieje się to bez przyczyny: tej filozofii nie da się – ot tak, po prostu – przegnać z dworu dziedzictwa europejskiej myśli, jakkolwiek rozpaczliwa, desperacka, groźna i tragiczna mogłaby się ona wydawać.

* * *
Nie wiem, czy poznając głębiej Nietzschego, lepiej rozumiem jego filozofię, ale na pewno lepiej rozumiem go jako człowieka, który rozpaczliwie usiłował wypełnić pustkę…
Pustkę po kulturze, której się sprzeciwił i po Bogu, którego uśmiercił.
Czy jego obłędny los może stanowić dla nas jakąś naukę?
A może tylko przestrogę?

* * *

Taras Nietzschego w Nicei

*

TOSKANIA – W DRODZE DO KRAIN Z MITÓW I SNÓW

Toskania… z pieskiego punktu widzenia

Nasze mity podróżne mogą sie potykać o przydrożne kamienie, ale nigdy nie zostają porzucone. Nigdy też nie opuszczają prawdziwego pielgrzyma. Realna twardość miejsc, do których docieramy nie jest w stanie odebrać im mglistej aury czegoś nieokreślonego – czegoś, co pojawiło się w śnionych przez nas na jawie obrazach, w marzeniach o przygodzie, o odzyskaniu utraconego raju, w tęsknocie za doświadczeniem Niezwykłego.
Lecz próżna byłaby nasza pogoń za duchem miejsca, za magią jaką emanują lokalni bogowie, za poezją prozy życia tubylców, gdybyśmy tej cudownej aury nie mogli dostrzec na co dzień – nawet w tej przyciasnej klatce naszych przyzwyczajeń, w monotonii karmienia się chwilą powszednią, w rutynie marnotrawienia czasu przeciekającego nam przez palce – zaprzepaszczaniu godzin, dni i lat naszego życia.
Cudowność świata zabieramy do torby podróżnej, walizki lub plecaka z nami. To bagaż, który nie jest ciężarem a ciągłym zadziwieniem.
Cudowności świata się nie szuka, nie wygląda… ona nigdzie na nas nie czeka. Ona jest tu i teraz albo… nie ma jej – dla nas – wcale.

greydot

Czy każda podróż musi mieć swój cel? Czy na pewno sens jest w tym co znajdujemy? A może więcej sensu jest już w samym szukaniu? Może sama droga ważniejsza od dotarcia na miejsce, które przecież zawsze wydaje się nam jakimś kresem?
Prawdziwy podróżnik (możemy go równie dobrze nazwać pielgrzymem) bardziej przypomina żyda-tułacza lub latającego Holendra, czyli kogoś, kto nigdy nie dotrze do celu, bo ten cel jest ruchomy. Nieznane staje się dla niego znanym ale za tym poznanym ciągle jest coś nieznanego. Stąd to permanentne rozdarcie od początku drogi po koniec… koniec, którego zresztą wyraźnie nie widać – bo jest to punkt, który przemieszcza się wraz z linią horyzontu, nigdy nie znikając.

Ile jest w tej tułaczce z wyboru, a ile z przeznaczenia?
Czy nawet stojąc na rozstaju dróg ten dylemat wędrowca – gdzie iść? – i jego wybór może mieć jakiekolwiek znaczenie? Ciekawość świata kusi, moc możliwości rzuca wyzwanie. Więc znów wędrowiec rusza przed siebie. Boczna ścieżka staje się głównym traktem, a main street przypadkowym szlakiem (albo też na odwrót). Kierunki biegną we wszystkie strony świata, by w jakimś miejscu ponownie się spotkać – przeciąć, minąć, a może przejść obok?
Cały nasz świat pokrywa pajęczyna dróg.
Na ile jednak tkamy tę pajęczynę sami, a na ile jesteśmy ofiarą, jaka w tę sieć wpada?

greydot

Ludzie i pejzaż.
Czy kultura może mieć jakikolwiek związek z krajobrazem, z rzeźbą ziemi zaludnionej przez tych, którzy ową kulturę tworzą? Jeśli dodamy do tego klimat, to odpowiedź na pewno będzie twierdząca.
Bogowie zawsze zamieszkiwali miejsca trudno dostępne dla ludzi. Spoglądali na nas z góry, z nieba, chowali się pod ziemię, kryli w głębinach, także w księgach; byli krzakiem gorejącym na pustyni, bezpostaciowym głosem, tajemnym znakiem, promieniem światła, powiewem wiatru…
I zazwyczaj byli bardziej okrutni tam, gdzie okrutniejsze były warunki życia. Łagodnieli, gdy wszystkiego było w bród, zwykle stając się wtedy bardziej ludzkimi.

Toskański pejzaż ma w sobie coś, co niekoniecznie domaga się wznoszenia oczu ku niebu, by odszukać tam Boga. Może dlatego, że boską harmonię i złote światło można odnaleźć na falujących niczym łagodne morze winno-oliwno-cyprysowych wzgórzach? I w ten sposób zwrócić większą uwagę na człowieka, na piękno i doskonałość, którą można osiągnąć – po ludzku – samemu, bez odwoływania się do Tego, co na wysokościach, bez proszenia o to wszystko niedostępnego skądinąd Boga? Może właśnie dlatego człowiek w Toskanii mógł się odrodzić? To przecież tu, nigdzie indziej, ma swój początek Renesans, epoka-zalążek współczesnej cywilizacji Zachodu.

greydot

Rzadko która fotografia przedstawiająca dzieło sztuki sama jest dziełem sztuki. Zwykle jest ledwie rejestratorką, która dokumentuje (i prezentuje) czyjś artystyczny wysiłek. I jest tym lepsza, im więcej zdoła owej artystycznej wartości dzieła nam przekazać.
Paradoksalnie, sama staje się dziełem sztuki dopiero wtedy, kiedy odbiera przedmiotowi swojego zainteresowania część jego artyzmu, zawłaszczając go niejako dla siebie i transformując.

Przebywanie z aktywnym aparatem fotograficznym w tak przepełnionym sztuką (i krajobrazowym walorem) miejscu jak Toskania, niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo. Człowiek zamiast tworzyć, zaczyna konsumować – staje się do pewnego stopnia (nie tylko kulinarnym, ale i estetycznym) żarłokiem, którego z czasem ogarnia nawet coś w rodzaju słodkiego lenistwa. Lecz to dolce far niente nie ma nic wspólnego z próżniactwem – bardziej jest uległością wobec przyjemności jaka sączy się niczym nektar z wszechobecnej dookoła toskańskiej sztuki, z sielskiej łagodności toskańskiego pejzażu, z owoców tej ziemi i z tego co pozostawili po sobie toskańscy artyści.
A jednak nie pociąga to za sobą mdłości – dobre wino nie może być słodkie, w oliwce jest sporo goryczy, czerwone mięso ma w sobie krwistą dzikość, a mgły i deszcze otulają czasem wzgórza, szczędząc im słonecznego przegrzania, uwiądu, suszy i przejaskrawienia.

greydot
Uległem oczywistości toskańskiego piękna – dałem się uczynić niewolnikiem rozbrajającej malowniczości toskańskiego pejzażu, estetycznej harmonii i mistrzostwa sztuki (nie tylko renesansowej, ale i romańskiej); zagubiłem się chętnie wśród ochry, żółci i palonej sieny średniowiecznych uliczek i murów; chłonąłem oliwkową zieleń wzgórz, próbowałem dojrzewającej czerwieni winogron…
Warto było – dla tej błogiej i bezwstydnej sielskości, która działając na wszystkie nasze zmysły czyni z nas bezczelnego hedonistę. Lecz nawet jeśli poddajemy się tam hedonizmowi, to ten toskański hedonizm jest pełny, łagodny i dojrzały niczym stare dobre chianti.
Pod słońcem Toskanii zawsze było łatwiej sycić zmysły i doznawać rozkoszy, ale raczej nie zamieniało to człowieka w sybarytę. Zapobiegał temu pewien rodzaj wyrafinowania, o którym przypominały choćby kreski i sztychy mistrzów malarstwa, śmiałe projekty architektów, dążenie do doskonałości, harmonii, proporcji i piękna; wreszcie: ciekawość tego wszystkiego, co ludzkie.

greydot

A jednak zdarzały się rebelie – także ten humanistyczny paradygmat miał swoich dysydentów.
Czyżby w końcu Bóg katolików zaczął być o to wszystko zazdrosny? Tak, jakby rozkosz nie zbliżała nas do nieba, ale prowadziła na manowce? Tak, jakby cierpienie przestawało stanowić centrum chrześcijańskiego świata? Tak, jakby renesansowe piękno pociągało za sobą amnezję zadżumionej Europy?
Savonarola zaczął grzmieć na italskich ambonach, oskarżając pańskość wielmożów o próżność i ucieczkę od chrześcijańskiej ascezy. Zebrał nawet obrazy, klejnoty, bogate stroje, „nieobyczajne księgi”… i spalił to wszystko na Piazza della Signoria – głównym placu Florencji. Lecz Medyceusze tak łatwo nie oddali pola. A była to nie tylko walka o zachowanie politycznej potęgi, ale i o władzę, zarówno nad wzniosłą duszą, jak i zmysłowym ciałem – więc w tym samym miejscu spłonął też w końcu sam zbuntowany mnich.
Mimo to ziarno strachu przed dies irea zostało posiane. Ludzie w dolinie Arno przestali dowierzać ludzkiej doskonałości wzmacnianej dotychczas geniuszem swoich jakże licznych mistrzów. Ponownie zwrócili oczy ku niebu, swoje miasta oddając – symbolicznie i dosłownie (co zobaczyć można do dzisiaj na wielu obrazach i freskach) – w ręce świętych i patronów.

A Machiavelli? Czy to możliwe, by w tym raju ziemskich rozkoszy wyrosła taka bestia jak on? Jego „Książę” świadczy o tym, że tak. Ale czy machiawelizm był bardziej produktem toskańskiego hedonizmu, czy też może praktyczności (i skuteczności) uniwersalnych w ludzkim świecie reguł trzymania wszystkich poddanych za twarz? Jak pamiętamy, na nic się jednak zdało Machiavellemu to jego przemądrzałe lizusostwo, bo również i jego samego Medyceusze wrzucili bezpardonowo do lochu, gdzie gnił już do końca żywota, mając tam sporo czasu, by zrewidować swoje kategoryczne poglądy na ludzką naturę (a może jednak… by się w nich jeszcze bardziej utwierdzić?)

Tak… okazuje się, że kiedy pogrzebiemy nieco głębiej w historii – nawet tak archetypicznie sielskiej krainy jak Toskania – to zawsze można wywlec na wierzch jakaś stęchliznę faktów już nie tak chwalebnych, pięknych i radosnych.
Więc po co grzebać? Może lepiej jest – mając w końcu na cieszenie się Toskanią tak mało czasu – po prostu zadowolić się jej przyjemną i łagodną powierzchownością? Diabeł leży szczegółach, więc może lepiej jest nie podsłuchiwać tych jego szatańskich podszeptów?

greydot

Nie wszędzie motoryzacja wydaje się być obcym wtrętem – czymś agresywnym i nie na miejscu. Trudno sobie bez niej wyobrazić np. Manhattan – a jeśli już takie wyobrażenie przywołamy do wyobraźni, to będzie ono przypominało obraz apokalipsy.
Także amerykańska pustynia dała sobie świetnie radę z tym highway’owy wtrętem. Ciągnąca się pod horyzont nitka asfaltu podkreśla tylko jej organiczny charakter; oddaje sprawiedliwość owej niezmiernej przestrzeni. Autostrada nie tyle nas z pustynią oswaja, co od niej izoluje, choć nadal pozostaje dla nas ta pustynia spektaklem.

Rzucona przez Toskanię autostrada jest jak cięcie noża. To blizna, zranienie, coś, co jest bolesne i jakby nie na (swoim) miejscu. Obca intruzja, zanieczyszczenie – zaburzenie oliwkowo-winnej harmonii wzgórz.
Wyjeżdżając z Pizy, pogubiłem drogę szukając wjazdu na autostradę prowadzącą do niezbyt odległej przecież Florencji. Cały czar Toskanii w tym momencie prysł, genius locci się ulotnił – znalazłem się oto w amorficznym i pozbawionym charakteru świecie współczesnej cywilizacyjnej infrastruktury (już samo to określenie brzmi okropnie), która równie dobrze mogłaby znajdować się w jakimś innym zdeprawowanym przez motoryzację miejscu.
Na szczęście tych superszybkich autostrad w Toskanii jest mało. Jest za to mnóstwo lokalnych dróżek, wąskich i krętych, które zwykle podążają śladami odwiecznych traktów jakie dawniej łączyły ze sobą wszystkie te miasta-państwa-królestwa, które choć miniaturowe, to były jednak wówczas osobnymi światami. Jadąc dziś po takich drogach nie odczuwamy już tego zawłaszczenia nas przez pęd i tłok dróg szybkiego ruchu. Bardziej jako współczesną dogodność podróży, nie niweczącą wszak doświadczenia tego, co jest tej ziemi topograficzną esencją: pofałdowanego łagodnie krajobrazu, następujących po sobie obrazów nawiedzanych krain, pełnych niespodziewanych, a jednak niezmiennie malowniczych zakątków.

greydot
Zamienione w banały truizmy: życie jest podróżą, każda prawdziwa podróż jest podróżą wgłąb siebie, (czyli poszukiwaniem samego siebie). I wynikający stąd (równie banalny) wniosek: gdziekolwiek nie dotrzemy, dokądkolwiek byśmy nie uciekli – tam zawsze spotkamy siebie samych… (co zresztą może być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem).
I jeszcze przypomnienie jak najbardziej a propos: podróże kształcą, ale raczej tylko ludzi… wykształconych.

Co to znaczy?
Otóż nie mniej, nie więcej jak to, że to my za wszystko jesteśmy odpowiedzialni – że to właśnie nasza osobowość, charakter, oczekiwania, ciekawość, wrażliwość, otwartość, głód przygody, bogactwo wnętrza; ale i nasza ignorancja, lenistwo, nieprzychylność dla świata czy wrogość, sarkazm, kpina i zła wola kształtują naszą relację z miejscem, które odwiedzamy. I do pewnego stopnia – choć w sposób względny – wszystko to kształtuje zarazem samo miejsce. Jeśli ktoś znajdzie smutek w zamglonej dolinie – to ten smutek rzeczywiście tam jest. Jeśli na kogoś spłynie radosne ciepło toskańskiego słońca – to ta radość w tym słońcu jest.
Nasza spostrzegawczość czyni miejsce i obraz ciekawym i bogatym w szczegóły, podobnie jak nasza ślepota pozbawia obraz piękna i koloru.
To tak, jak stwarzać coś, powołać do życia samym nazwaniem; to tak, jak unicestwić coś tylko tym, że nie potrafimy tego dostrzec, a tym samym – nazwać.
Światy, w których żyjemy, powstają w nas samych. Nasze piekła i nieba trwają tuż obok siebie, często znajdując się nawet w tym samym miejscu.

greydot

Spotkania z Toskanią: Virginia Wolf, Twain, Dostojewski, Stendhal…
czytając ich relacje, odnoszę wrażenie jakby każdy z nich spotykał się z inną krainą.
Mark Twain sobie kpi, stając nad przepływającą przez Florencję Arno: „To takie popularne podziwiać Arno. To wielki historyczny potok, kanalik szeroki gdzieś na cztery stopy, z całą tą pływającą w nim szumowiną. To byłaby bardzo przyjemna rzeka, gdyby tylko wpompowali w nią trochę więcej wody. Oni wszyscy nazywają to rzeką. Naprawdę ubzdurali sobie, że jest to rzeka – te cholerne ciemniaki z Florencji. A żeby jakoś usprawiedliwić tę bzdurę, to wybudowali tu nawet kilka mostów – jakby nie mogli po prostu przechodzić tego rowu w bród”. (tłum. własne)
Ha, ja Twaina lubię, więc mu tę zgryźliwość wybaczam. W końcu to nic innego, jak żart z Florentyńczyków.
Współczuję zaś Dostojewskiemu, który trafił we Florencji na mordercze upały: „Kiedy zobaczyłem na ulicach dobrze ubrane Angielki, a nawet Francuzki, to nie mogłem pojąć dlaczego ci ludzie, mając pieniądze na to żeby stąd uciec, godzą się dobrowolnie, by pozostawać w takim piekle.”
Mroczny skądinąd Dickens zachwyca się Sieną, a zwłaszcza Pizą, nazywając sakralne budowle Campo dei Miracoli „najbardziej niezwykłymi, najpiękniejszymi na świecie”, (nota bene, samo „Pole Cudów” zawdzięcza swoje miano włoskiemu poecie Gabrielowi d’Annunzio).
Virginia Wolf pojawia się natomiast w Toskanii z całą tą swoja chodzącą mieszanką melancholii, nadwrażliwości i drobiazgowej spostrzegawczości, zwracając głównie uwagę na ludzi, ale i pisząc o toskańskiej country side, o tym „morzu cieni z rdzawo-czerwonymi wyspami farm otoczonych czarnym obramowaniem z cyprysów. Nieskończona pustka, samotność, cisza – nigdzie żadnej budowli, ani wioski, tylko winnice i drzewka oliwne, które były tu od zawsze. Wzgórza robią się blado-niebieskie, ich ostre kontury miękną na tle nieba; wzgórze za wzgórzem.” (tłum. własne)

greydot

Syndrom Stendhala. Zachwyt i entuzjazm kogoś, kto oto znalazł się w miejscu gdzie żyli i tworzyli jego artystyczni idole, w otoczeniu dzieł sztuki i arcydzieł, które, jak dotąd, obecne były zaledwie w jego wyobraźni, pamięci – w świadomości oderwanej od fizycznej styczności.
Czegoś takiego doświadcza właśnie Stendhal, wjeżdżając do Florencji (przypominam: miasta Giotta, Dantego, Michała Anioła, Leonarda da Vinci, Petrarki, Boccaccia…). Oto co przydarzyło się mu w podczas wizyty w pełnym grobowców (m.in. Galileusza, Michała Anioła, Machiavellego) kościele Santa Croce: „Co za fantastyczne zgromadzenie! Przypływ emocji, które wypełniły mnie tak dogłębnie, że trudno je było odróżnić od religijnego uniesienia i zachwytu. Moja dusza, na samo tylko uświadomienie sobie tego, że jestem we Florencji, w pobliżu tych wielkich ludzi, wpadała w trans. Zatopiony w kontemplacji wysublimowanego piękna, mogłem przenikać samą jego esencję, która stała się bliska jak na wyciągnięcie ręki; czułem jego treść pod opuszkami palców. Dosięgłem owego najwyższego stopnia wrażliwości, gdzie obecna w sztuce świętość łączy się z pełną pasji zmysłowością emocji. Kiedy wychodziłem z Santa Croce, dopadły mnie gwałtowne palpitacje serca; szedłem w ciągłej obawie, aby nie upaść na ziemię”. (tłum. własne)

Cóż… literacka ranga autora „Czerwone i czarne” nie pozwala nam na skwitowanie całego tego zamieszania wzruszeniem ramion i stwierdzenie: „ot, jeszcze jedna przesadna egzaltacja”.
Dlaczego jednak przesadna? Czy bezmyślne, bezrefleksyjne i całkowicie obojętne (choćby na sztukę) reakcje tłumów wylewających się (nie tylko we Florencji) z uprawiających masową turystykę autobusów są już w normie, bo nie przesadzone?

Warto żyć uważnie.
A tym bardziej warto uważnie podróżować.

greydot

Dzisiaj rano otrzymałem od mojego znajomego wiadomość. Dowiedział się, że wkrótce wybieram się w podróż do miejsca, gdzie byliśmy razem prawie 10 lat temu. W swoim liście pisał: „W ostatnim czasie wiele razy przywoływałem w pamięci tamte obrazy. Zazdroszczę Ci. Jeśli będziesz na tej plaży gdzie biegaliśmy, to nie zapomnij o paru dużych muszelkach. Właśnie m. in. dla tych muszelek chcę tam jeszcze kiedyś pojechać”.
Tak, można tęsknić za podróżą do miejsca odległego o parę tysięcy mil tylko dlatego, że można tam znaleźć muszle, które pragnie się dotknąć; można planować wyprawę wgłąb dżungli, tylko po to, by zobaczyć rzadkiego ptaka, albo na czubek niebosiężnej góry, by dotknąć jaj szczytu i rzucić jedno spojrzenie na leżącą u naszych stóp dolinę. Jeśli tak, to tym bardziej można przebyć morza, rzeki i oceany, by znaleźć się na wyciągnięcie ręki od namalowanego przez Goyę psa, albo zobaczyć z bliska Venus Botticellego; by odszukać pewien fresk Giotta, dotknąć marmuru, którego dotykał również Michelangelo, stąpać po bruku, po którym chodził też Dante…
Bo w tym wszystkim nie chodzi o przedmiot. Materia jest ledwie pretekstem dla naszej duszy tułającej się w poszukiwaniu czegoś ulotnego i mglistego, czegoś nieokreślonego, ale wydającego się nam tym czymś… najważniejszym; tym, co naprawdę liczy się dla nas w życiu.

greydot

Co jest pod podszewką rzeczywistości?
Chyba następna podszewka.
Warstwy świata odsłaniają się przed nami – jeden wymiar przechodzi w drugi – i znów się coś zasłania, ginie nam z oczu.
Rzeczywistość pulsuje, wszystko ma swój rytm – pojawiania się i znikania.
Tak, jak po każdej fali przychodzi kolejna fala, czas kurczy się i rozszerza przypominając nam o nieskończoności.
Czy jednak Ocean jest wieczny?

Czy toskański raj nie kończy się za ostatnim wzgórzem? Czy nie staje się coraz bardziej wyblakły jak malowany krajobraz na freskach Giotta albo na płótnach Leonarda, Rafaela, Botticellego?
Czy naprawdę istnieje?

greydot

**

Tuż przed winobraniem: dojrzałe, soczyste, brzemienne kiście winogron

*

Terakotowe psy zapatrzone w toskański krajobraz (z tarasu Villi Vignamaggio w Chianti, domu urodzenia Mony Lizy)

*

*

Zmierzch nad rzeką Arno i mosty Florencji

*

*

Tryumf artysty nad materią: „Perseusz z głową meduzy” Celliniego i „Porwanie Sabinek” Boulonge’a – rzeźby wystawione od wieków na widok publiczny na Piazza della Signoria, głownym placu Florencji

*

(zdjęcia własne)

Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć z Toskanii pt. „W KRAINIE SŁOŃCA, WINA I SZTUKI” , która ukazała się właśnie na blogu fotograficznym „ŚWIATOWID”, jak również na stronę „brulionu podróżnego (ilustrowanego)”, gdzie można obejrzeć TOSKAŃSKIE PANORAMY.

*

PUSTKA I ŻAR

 

 

 

 

Otwarłam oczy na całą tę jaskrawość
świata, jej blask oślepił mnie
więc odwróciłam głowę, by w mroku cienia
odnaleźć zagubiony spokój,
który był tu przed zgiełkiem
udającym wszelkie przyjemności życia,
zwabiające nas w pułapkę istnienia
dla kogoś lub czegoś,
co tylko igra z naszą nadzieją,
radością, smutkiem, ekstazą, cierpieniem

Chłonęłam obrazy,
które zmieniały się jak w kalejdoskopie,
byłam zachłanna na ich kolor, kształt i fakturę,
na morza, miasta, krajobrazy, drzewa…
na twarze zmieniające się jak w albumie Boga
na postaci zastygłe w stop-klatce chwili
na gesty zdradzające stan serca i umysłu
na myśli snujące się między duszą a ciałem

I pytałam się: gdzie jestem?
gdzie jest mnie więcej?
w ich odbiciu we mnie
czy w moim odbiciu w nich?
A może zagubiłam się gdzieś
między oka mgnieniem a brzegiem nicości
porwana przez życie i fale czasu
w morzu rozlewającym się stąd do wieczności?

Budowałam miasta z ulic miłosierdzia
rozpinałam mosty nad rzekami złudzeń
wznosiłam wieżowce westchnień i radości
szkliłam pawilony jasne od uśmiechów

w ogrodach rozsadzałam pędy miłości
okna przysłaniałam kotarą ze smutków
ze strachem zmagałam się w domach pociechy
z nienawiścią uporałam na śmietniku pychy

W tych moich dekoracjach umieściłam Jego
niejasny zarys, który stawał się konkretem
bijącym mnie w oczy, godzącym w serce
lecz częściej majaczył on przymglony
marzeniem, tęsknotą, myślą, złudzeniem…

Kiedy był blisko, oddawałam mu wszystko
wchodził we mnie każdym porem skóry
czułam jego dotyk, ślinę, pot i spermę,
w moim wnętrzu gotowała się rozkosz,
w którą zamieniał się nawet mój ból

Byłam z nim ale byłam sama
wystawiana ciągle przez zmysły do wiatru
smagana absurdem, który wcześniej był sensem
Czułam jak twarz owiewa mi chłód
jak wysychają moje wargi i usta
jak w gardle więźnie mi gorycz
i zalega piasek nieludzkiej pustyni
i że znów, gdzieś głęboko, wewnątrz
wylęga się we mnie ta przeklęta osobność

A jednak szłam dalej i dalej przed siebie
nie oglądając się na popioły i zgliszcza
pływały nade mną statki pijane
rozwierały się pode mną przepaście
Widziałam jak spod chmur pierzchają wystraszone anioły
a po ziemi pełzają jaszczury i węże
Sen uparcie mieszał się z jawą
szukającą dla siebie ulgi w obłędzie

Gdzie jest tego kres? I jaki on jest? I kiedy?
Za którym widnokręgiem nastąpi ciemnokrąg?
Gdzie ta droga z ostatnim zakrętem,
za którym powinniśmy już wyjść na prostą
prowadzącą nas do nieskończoności?
Tam gdzie wszystko zamieni się w nic
i nic nie będziemy już mieć do stracenia

*  *  *

 

 

Ilustracja: zdjęcie (i stylizacja) własne (wg „Pocałunku” Rodina)