O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

Reklamy

UCZTA BOGÓW

(zapiski VIII)

 

*

Cézanne powiedział pewnego razu o Monecie: „Monet to tylko oko. Ale, mój Boże, co za oko!”
Mam wielki szacunek do Moneta (to jedyny naprawdę „czysty”, esencjonalny wręcz impresjonista par excellence: w końcu to od jego obrazu „Impresja: wschód słońca” zaczęło się – i to nie tylko nominalnie – całe to zamieszanie wokół nowego kierunku w malarstwie) lecz, paradoksalnie, to co stanowi o jego wielkości – czyli własna wizja malarstwa doprowadzona konsekwentnie do samego końca – mnie od niego oddala (by nie napisać „odpycha”).
Dlatego bardziej podoba mi się Monet z pierwszych okresów swojej twórczości, niż z tego ostatniego, gdzie doszedł on moim zdaniem do takiego przedstawiania widzialnego świata, które było dostrzegalne już tylko dla jego oka, ale nie dla oka innych (nie zapominajmy, że cierpiał on na chorobę oczów, co nie jest w tym wszystkim bez znaczenia).
Dlatego, kiedy ktoś zachwyca się np. tymi ledwie czytelnymi panoramami stawów z nenufarami, które umieszczono w paryskiej Oranżerii (gdzie zgromadzono największe formatowo dzieła mistrza) to ja podejrzewam w tym niestety odruch gremialny, autosugestię, percepcyjną nadinterpretację, automatyczne powielanie zachwytów, a może nawet – po prostu – snobizm i nieszczerość… A już nazwanie tego „Kaplicą Sykstyńską Impresjonizmu” to według mnie egzaltacja i tak charakterystyczna dla fanatyków (no dobrze… fanów) sztuki współczesnej przesada.

Moja niechęć do późnego Moneta wynika pewnie także z mojego przywiązania do formy, którą Monet – programowo zresztą – odrzucił, na rzecz rejestracji wrażenia jakie daje kolor, czyli światło. Abstrakcyjna gra kolorów może sprawiać frajdę w oglądaniu, ale jeśli przywiązana zostaje ona do realnego przedmiotu (tak jak to robił swoim pędzlem Monet usiłujący uchwycić, oddać i utrwalić na malarskim płótnie Naturę) to traci ona swoją wolność i spontaniczność na rzecz pewnej kalkulacji i ograniczenia, które udaje tylko swobodę kreacji, a tak naprawdę staje się pewnym rodzajem obsesji. Na dodatek, to co inni mogliby nazwać absolutnym wtopieniem się malarza w refleksy i grę światła na przedmiotach realnych, mnie zaczyna przypominać… no cóż… plamę.
Mam nadzieję, że wytłumaczyłem się nieco z mojej rezerwy wobec fenomenu moneto-manii.

greydot
Rozmawiając kiedyś o Rubensie, usłyszałem od mojej interlokutorki taką oto opinię: „Z ta kreską Rubensa nie zrozumiałeś mnie. Ja nie użyłam zwrotu delikatna, a łagodna. Łagodna, mimo że zdecydowana i zamaszysta. Chciałam powiedzieć, że lubię linię o niekanciastych konturach, ciągłą, a nie przerywaną i ostrą. Linia Rubensa jest również łagodna z tego względu, że rozmywa ją gra światła.”

Jestem gotów zgodzić się z tym, że kreska Rubensa jest miejscami łagodna, choć może jednak lepiej byłoby ją nazwać… miękką. Poza tym kreska kojarzy się raczej z linią prostą, lub zbliżoną do prostej. Natomiast Rubens nie używa prawie w ogóle form kanciastych, prostolinijnych – tylko zaokrąglonych, obłych (i nie dotyczy to jedynie owych słynnych “rubensowskich kształtów”), często nawet dość fantazyjnie “zakręconych”.
Dawniej Rubens wydawał mi się przesadnie wybujały, trochę taki gruboskórny, może nawet lekko “prostacki” i “dosłowny”, nacechowany barwnym przesytem i nadużywający przerośniętej nieco formy. Ale kiedy przyjrzałem się mu bliżej – właśnie “na żywo”, w wielu galeriach – to tę jego obfitość zaakceptowałem a nawet polubiłem i obecnie jest on jednym z moich najbardziej ulubionych malarzy. To był zresztą człowiek, którego rozsadzała energia życiowa (nie znam wśród malarzy kogoś, kto by mu w tym dorównywał – aby się o tym przekonać wystarczy, choć z grubsza, zapoznać się z jego biografią). I to wszystko przekładało się na jego malarstwo – cały ten bujny witalizm.
I jeszcze jedno. Dla mnie jest on przykładem malarza, którego obrazy zdecydowanie zyskują, kiedy się je widzi bezpośrednio. A nie ze wszystkimi artystami pędzla tak bywa. Np. płótnami Velazqueza, którego zawsze bardzo lubiłem (znając go jedynie z reprodukcji), kiedy zobaczyłem je z bliska w madryckim Prado (galeria ta posiada największy zbiór “velazquezów” na świecie, podobnie zresztą jak obrazów Goi), poczułem się lekko rozczarowany. Tak, jakby w bliskim kontakcie, straciły w moich oczach swoją doskonałość. Być może dlatego, że zostały one skonfrontowane z moimi – idealizującymi je – wyobrażeniami?

greydot

Czy rzeczywiście świat idzie zawsze w dobrym kierunku? A może rzadko się tak dzieje i mimo postępu (np. technologicznego, czy organizacyjnego) cofamy się w naszym wymiarze psychologicznym, duchowym, rozmijając się często z metafizycznym ładem i z jakąś harmonijną emanacją Boga, Kosmosu? Hegel twierdził, że Historia niejako przymusza ludzkość do ciągłego postępu. Tym, jak wiadomo, przejęli się nie tylko marksiści, ale i faszyści – no i czym to się skończyło, to wiemy: „dobrodziejstwem” europejskich totalitaryzmów.
Być może to wrażenie, iż świat rzadko idzie w dobrym kierunku wynika z tego, że każda dobra epoka ma swój koniec, a po niej następują złe czasy – kryzysy, upadki imperiów, katastrofy, wieki „ciemne”…? Czyli po 7 latach tłustych zawsze musi być 7 lat chudych.
A może rzeczywiście nasze czasy są specyficzne, choćby ze względu na demograficzną eksplozję połączoną z gwałtownym rozwojem technologii i super-szybkim przepływem informacji, (której nikt nie jest w stanie przyswoić i „przerobić”, czyli do końca zrozumieć)?

greydot

Dlaczego przemy ku wojnie?
Czyżby odpowiedzią było to, co kiedyś powiedział Brecht?: „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoją drogę”.
To by oznaczało, że nie możemy się uwolnić od wojennego fatalizmu.
Jednak nie sądzę, że jesteśmy na to skazani – że wojen nie da się uniknąć, że wynikają one z jakiejś naszej genetycznej skazy. Myślę, że z tego błędnego koła wzajemnego zabijania się jesteśmy w stanie się uwolnić – a to dzięki naszej kulturze.
Ale do tego, niestety, droga jeszcze bardzo daleka – nic takiego na horyzoncie się nie pojawia. Wręcz przeciwnie, widać nowe potęgi, które na pewno z siły militarnej nie zrezygnują (np. Chiny), i które najprawdopodobniej wykorzystają wojskową przemoc do podboju nowych terytoriów (np. Syberia). Nadal mocarstwa to państwa kogucie – ze Stanami Zjednoczonymi, które nadal pozują na globalnego policjanta, na czele.

Dlaczego stale popełniamy te same błędy i co rusz pakujemy się w wojenne piekło? Ze słabości, braku wyobraźni, głupoty? Z chciwości, żądzy podboju – z chęci panowania nad innymi i czerpania z tego korzyści? Bo tak jesteśmy zaprogramowani? Ponieważ poddani jesteśmy prawom Natury? Bo wojna i przemoc są w nas – i zawsze będą?

Ludzie, tak naprawdę, nie mają pojęcia o wojnie (oprócz tych, którzy przeszli przez jej gehennę – choć i tak niektórzy z nich wydają się o swoich wojennych doświadczeniach zapominać). Tych zaś, którzy zdają sobie sprawę z mechanizmów jej działania, z jej podstępności, jest niewielu. Ich głos ginie w medialnym jazgocie, konsumpcyjnym zgarnianiu i przerabianiu dóbr, w rozrywkowych hecach, w skupianiu się na bzdurkach i bzdetach… Ci, którzy chcą mieć święty spokój (uprawiając własny ogródek), zamykają oczy. Ponadto, zdecydowana większość społeczeństwa, zwłaszcza młode pokolenia, uważają wojnę za jakąś abstrakcję, za coś co się działo kiedyś, ale co się już nie może wydarzyć teraz. Więc po co sobie głowę tym zawracać?
Lecz kiedy budzimy się z ręką w nocniku, to jest już za późno.

greydot

Ktoś – po tym, jak wyraziłem wątpliwość, czy ludzie, ogólnie, na pokój – zapytał mnie, czy sam zasługuje na pokój.
Nie, nie zasługuję.
Na pokój zasługują tylko Ci, którzy radykalnie odrzucają przemoc (sprzeciwiając się tym samym zabijaniu) jako sposób rozwiązania konfliktów między państwami (ludźmi).
Ja uważam, że w pewnych sytuacjach należy walczyć (tak było zwłaszcza w czasie II wojny światowej, kiedy trzeba się było przeciwstawić zbrojnie hitleryzmowi). Dlatego nie mogę się uważać za pacyfistę, choć przecież wojny nienawidzę.
Jezus, Gandhi, Dalaj Lama… – tylko tego pokroju ludzie (wraz z tymi, którzy wyznają doktrynę bezwarunkowego odrzucenia przemocy) zasługują na pokój.

greydot

Najbardziej szokującym dla mnie odkryciem związanym z Holocaustem było to, że za zbrodnie „hitlerowskie” nie byli odpowiedzialni żadni psychopaci, „urodzeni mordercy”, sadyści, ani nawet nawiedzeni ideologicznie fanatycy, ale zwykli, „normalni” ludzie. Dotarło to do mnie jeszcze na długo przed zapoznaniem się z książką Hanny Arendt o banalności zła.
Zresztą, w tym wyobrażeniu (jakie nota bene pokutuje w nas do dzisiaj), że faszysta, nazista… a i sam Hitler, byli nieludzkimi potworami, jakimiś szakalami z piekła rodem, szatańskimi kreaturami, wariatami… etc. – w całej tej demonizacji Niemców widzę największe zagrożenie dla zrozumienia rzeczywistych przyczyn zbrodni masowego ludobójstwa. Ta właśnie nieświadomość (być może) sprawi, że historia się powtórzy i ponownie wymorduje się miliony „zbędnych” ludzi, stosując się do całkiem „racjonalnych” przesłanek i wykorzystując całą sprawność i technologiczną skuteczność nowoczesnego państwa.

W swojej książce „Nowoczesność i zagłada”, Zygmunt Bauman niezwykle sugestywnie pisze o… racjonalnych i nowoczesnych przesłankach Holocaustu. Cytuje on tam m.in. Herberta C. Kelmana („Violence without Moral Restraint”), który wyróżnił trzy warunki, dzięki spełnieniu których zdołano zamienić zwyczajnych Niemców w sprawców masowej zbrodni:

– autoryzacja przemocy (poprzez oficjalne rozkazy i zarządzenia władz)
– rutynizacja działań (poprzez sformalizowanie procedur i  dokładny podział ról)
– odczłowieczanie ofiar przemocy (poprzez zideologizowane definicje i indoktrynację).

Profesor zwraca uwagę, że są to warunki, które znalazły swój wyraz ni mniej, ni więcej tylko w… zasadach racjonalnego działania zastosowanych powszechnie w najbardziej reprezentatywnych instytucjach nowoczesnego społeczeństwa. Pisze on także: „Wiadomo dziś powszechnie, że początkowe próby interpretacji Zagłady jako gwałtu dokonanego przez kryminalistów, sadystów, szaleńców, szumowiny społeczne lub w inny sposób upośledzone moralnie jednostki, nie znalazły żadnego potwierdzenia w faktach. (…) Instytucje odpowiedzialne za dokonanie Zagłady, nawet jeśli zostały uznane za przestępcze, z socjologicznego punktu widzenia nie były ani patologiczne, ani nienormalne. (…) Także ludzie, których działania instytucjonalizowały,  nie odbiegali wcale od przyjętych standardów normalności.”

Wnioski z tego wszystkiego doprawdy nie są optymistyczne. Potwierdzają bowiem to, że rdzeń ludzkiej natury jest sam w sobie amoralny (nie mylić z niemoralnością). Innymi słowy: sugerują, że same czyny człowieka nie są (same w sobie) moralne czy też niemoralne, a takie stają się dopiero w kontekście społeczno-historycznym. (To zresztą potwierdza moje podejrzenie – a może nawet i przekonanie? – że coś takiego jak Dobro czy Zło nie istnieje poza światem ludzkiej kultury.)
Czyli: gdyby hitlerowcy wygrali wojnę, to Hitler byłby uznany za Największego Przywódcę (Człowieka) w historii ludzkości, a to co działo się np. w obozach zagłady nie wzbudzałoby zbytnich emocji (i zgoła żadnego oburzenia – nie mówiąc o szoku), ani też moralnego potępienia… Ot, jeszcze jeden epizod w historii dochodzenia do Nowego Ładu (określonego przez filozofię przywódców III Rzeszy i przyjętego przez ludzi w nim żyjących – i, co jest bardzo prawdopodobne, tak uważalibyśmy również i my sami, jeśli udałoby się nam pojawić na tym świecie i żyć w takiej rzeczywistości).

greydot
To prawda: z tego co czytamy i słyszymy, zostaje w nas tylko to, co nas uderzy – te kilka słów, które zapadają nam głęboko w serca i umysły – sadowiąc się tam na dłużej (czasem nawet i na zawsze), wpływając na perspektywę z jakiej postrzegamy świat i innych ludzi.
Dlatego ważna jest zwięzłość, trafna metafora, wydarty z serca i umysłu wers…

greydot

Patrzę na kolekcją obrazów ukazujących bachanalie. Wbrew pozorom zdecydowana większość obrazów zajmujących się erotyką, a zwłaszcza bachanaliami, nie ma za temat rozpusty, choć zachowanie ukazanych na nich ludzi wydaje się rozpustne.
Mówiąc o “jądrze” bachanalii, nie można tego fenomenu redukować tylko li do pofolgowania własnej chuci, lubieżności, napadu jakiegoś sprośnego szału… To coś więcej jak zwierzęcy seks, dekadencka orgia, a nawet więcej jak ludzka erotyka – to zagłębienie się w przestrzeni mitycznej. Nie bez kozery głównym bohaterem i prowodyrem jest tu postać mityczna Bachusa, który uosabia archetypiczny obraz odwiecznej siły popędowej i (pro)kreacyjnej, wypełnionej energią, potencją, animuszem, spontanicznością, nieskrępowaniem i żywotnością.

greydot

Nie zdziwiło mnie to, że bachanaliami zajął się także sam Mantegna (vide jego „Bachanalie z Sylenem”), mimo że jego najsłynniejszym obrazem jest przejmujące w swojej via dolorosa „Opłakiwanie Chrystusa”. Jednakże malarz ten dosyć często sięgał po tematy mityczne, a jednocześnie dość osobliwe, by nie napisać dziwaczne (kłania się tu jego „Bitwa morskich bogów”, o której pisał nawet w swoich „Żywotach” Vasari).
Przypomina mi się teraz jedna z bardziej znanych wykonanych przez Mantegnę wersji bachanalii – Baccanale col tino”. Dość kuriozalna, zresztą. Ukazuje ona bowiem to bardziej drętwe, wręcz smętne oblicze bachanalii. Jak możemy zauważyć, w tym „święcie”-„orgii” nie ma żadnych kobiet, a zamiast tego są sami zblazowani mężczyźni, czy też raczej… postaci męsko-podobne. Na domiar złego, po bruku walają się jakieś spite amorki, a całość sprawia wrażenie mocno depresyjne i dekadenckie.

Tak więc Mantegna mnie raczej nie zdziwił jako bachanalista, natomiast bardzo zdziwił mnie w tej roli Giovanni Bellini, którego do tej pory znałem jako malarza zajmującego się tematami nader świątobliwymi.
A oto, podczas jednej z moich wizyt w waszyngtońskiej Galerii Narodowej, nagle pojawiło się przede mną olbrzymie płótno pt. Uczta bogów, które okazało się być właśnie dziełem (głównie) Belliniego.
I muszę przyznać, że raczej nie powaliło mnie na kolana, mimo, że Belliniego lubię (posiadam nawet kopię jego obrazu „Madonna z dzieciątkiem i żołnierzami”, wykonaną nie przez byle kogo, bo samego Władysława Czachórskiego w Wenecji w 1873 r.)
Bellini był znakomitym portrecistą, tutaj jednak, moim zdaniem, „zawalił” na całej linii, przynajmniej jeśli chodzi o oddanie „ducha” bachanalii, jak również samą, zbytnio według mnie wystudiowaną kompozycję. Ponadto, bardziej przypomina mi to stypę, niż święto pełne witalnej energii i rozkoszowanie się zmysłami. (Może Belliniego tłumaczy tu wiek: bowiem malował on ten obraz mając już ponad 80 lat, czyli jako… mocno już starszawy pan, by nie napisać – starzec?)
Ciekawostką jest (i to wyjaśnia owo tajemnicze „głównie”, którego użyłem pisząc o autorstwie „Uczty bogów”), że krajobraz na tym płótnie przemalował całkowicie sam Tycjan (aby lepiej współgrał on z jego własnymi płótnami, które zawisły obok dzieła Belliniego w zamku księcia Ferrary). Nie jestem jednak pewien czy aby cały obraz na tym zyskał. Chyba nie.

greydot

Znaleźć się w Rio de Janeiro w czasie karnawału to tak, jakby przenieść się w inny wymiar rzeczywistości.
Dionizje, czy też bachanalia to ledwie mityczne preludia do tego frenetycznego szaleństwa, jakie ogarnia każdego roku brazylijskie Rio de Janeiro – bez wątpienia jedno z najbardziej ekscytujących, kolorowych i chyba jednak najpiękniej położone miasto na świecie.
Wprawdzie nie jest to moja estetyka, ani też atelier z mojego romansu; na co dzień raczej nie przejawiam jakichś szczególnie orgiastycznych skłonności – lecz jednak dałem się na ten czas uwieść tamtej atmosferze.
Kilka z rzędu nieprzespanych nocy potrafi wciągnąć w rodzaj transu. Nie odczuwa się wtedy zmęczenia. Zmysły wyostrzają apetyt na nowe doznania, rozsądek gdzieś się chowa, rozum zawiesza, a odprawiające się wokół dionizyjskie drama wprawiają człowieka w pewien rodzaj narkotycznego odurzenia.
Nigdy nie zapomnę spaceru plażą Copacabana po powrocie z Sambodromo. Za chwilę miało świtać, lecz noc nie gasła jeszcze wśród rozedrganych kolorowych świateł, przepełniona szumem Oceanu, ciepłym pożądaniem i zmysłowymi spojrzeniami rozbudzonych kochanków.
Tych wybranych i tych przypadkowych…

greydot

Nawet jeśli ktoś w naszych czasach decyduje się na stworzenie jakiejś definicji sztuki, to zawsze będzie ta definicja jeśli nie osobista, to zawężona do określonego kręgu „wyznawców” jakiegoś „izmu”, czyli względna i subiektywna. I jako taka spotka się ze sprzeciwem tych, którzy patrzą na wszystko z innej perspektywy.

greydot
Nie za bardzo wierzę, że istnieje coś takiego jak „chaos”. Moim zdaniem nazywamy chaosem to, czego (jeszcze?) nie możemy pojąć, zrozumieć, ogarnąć.
Właściwie każdy obraz, rzeźba, fresk… każde dzieło sztuki zamyka w sobie – jak ktoś napisał – „wieczny ruch, coś na kształt równowagi dynamicznej”: jest to ciągły ruch cząsteczek materii (kwantów energii), które tworzą owo dzieło sztuki. W tym sensie, w każdym dziele sztuki „kotłuje się” energia. Ale ona się tam kotłuje także metaforycznie – zawarta tam treść potrafi nas przecież mocno poruszyć, czasem nawet potrząsnąć.

greydot

W Średniowieczu wyróżniano tzw. sztuki wyzwolone, a było ich siedem: geometria, astronomia, arytmetyka, logika, retoryka i muzyka. Malarstwo i rzeźba traktowane były jako rzemiosło, na równi np. z układaniem płytek w baptysterium, czy… garncarstwem.
Nie zapominajmy więc tym, że kult (sława) artysty zaczął(a) się w Europie kształtować wyraziściej dopiero w dobie Renesansu, i dopiero wtedy malarze i rzeźbiarze dorobili się wysokiego statusu w społeczeństwie… co pociągnęło za sobą wzrost prestiżu (czy też nawet wyodrębnienie) samego malarstwa czy rzeźby, jako sztuk uznanych i niejako autonomicznych.

greydot

Odwieczny problem dotyczący percepcji sztuki: czy jeśli ktoś powie np. o jakimś filmie (obrazie, książce, utworze muzycznym), że jest nudny, a ktoś inny, że pasjonujący, to kto ma rację? Bo przecież (zakładamy że chodzi tu o szczere wyrażenie opinii) jeśli ktoś mówi, że film go wynudził, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) nudny, a jeśli ktoś mówi, że (ten sam) film go pasjonował, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) pasjonujący.
Czyli, wynika z tego, że film jest zarówno nudny, jak i pasjonujący, a my się możemy zapytać: czy to rzeczywiście jest możliwe, żeby coś było jednocześnie nudne i pasjonujące?
Naturalnie jest to możliwe, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę owe magiczne słowa „dla niego”. I tu dochodzimy do oczywistego skądinąd wniosku, że jeśli chodzi o ocenę sztuki, to wszystko zależy od wyboru punktu odniesienia, od przyjęcia takich a nie innych kryteriów, od tego, kto dokonuje tej oceny… czyli jest to jak najbardziej WZGLĘDNE. (Wniosek niby oczywisty i wręcz trywialny, ale można odnieść wrażenie, ze wszyscy jakby o tym zapominają. Dlaczego? Bo – i tu znów dochodzi do głosu nasza ludzka pycha i skupianie się na czubku naszego nosa – wszyscy jesteśmy skłonni uważać, że moja racja jest jednak lepsza – bo „mojsza” – od racji twojej, która jest gorsza, bo przecież tylko „twojsza”.)

Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?
Może takie, że dobrze byłoby spróbować zdać się na ocenę (opinię) ludzi, którzy wiedzą więcej i lepiej od nas, którzy są mądrzejsi i bardziej doświadczeni, którzy cieszą się w danej dziedzinie autorytetem…?
No tak, ale tu się zaczyna inny problem: jacy konkretnie to mają być ludzie? Kto ma ich wybrać i uznać? Bowiem dla kogoś ta sama osoba może być mędrcem, dla kogoś innego głupcem; ktoś uzna danego człowieka za autorytet, ktoś inny zaś powie, że to dla niego żaden autorytet, tylko zero… etc. Jednym słowem: kolejna kwadratura koła.
Tak więc, tak czy owak, zostajemy – summa summarum – przy własnej opinii.
Może jednak warto poczynić tu pewną uwagę: lepiej jest jednak pamiętać o względności i subiektywności naszych ocen, zachować większą skromność i pokorę, zdawać sobie sprawę z naszych ograniczeń i niewiedzy – z tego, że jesteśmy omylni… Także mieć świadomość, że gdzieś tam są ludzie od nas mądrzejsi, że wiedzą więcej od nas – więc z ich zdaniem warto się liczyć, i nad tym co mówią warto się zastanowić, a przynajmniej to uszanować.
To zresztą też nie jest taka prosta sprawa, bo nawet jeśli nasz „autorytet” uznał, że film jest wspaniały, to przecież nie może to zmienić faktu, że my wynudziliśmy się na nim jak te mopsy i że przez to wydał się on nam okropny. I znów wracamy do punktu wyjścia.

greydot
To ciekawe zagadnienie: na ile intymne jest nasze doświadczenie sztuki w sytuacji, kiedy przeżywamy coś w grupie, czy też nawet w tłumie (kino, teatr, opera, koncert…)
Wydaje mi się, że również w takim momencie odbiór sztuki zachowuje swoją jednostkowość i subiektywizm – pozostając czymś bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym. Choćby tylko z tego względu, że wszystko w końcu i tak przechodzi przez nasze zmysły i umysły.
A jednak wpływu grupy nie można przecenić – kłania się tu psychologia tłumu, nasze „stadne” odruchy, euforie, szaleństwa, amoki… takie tam.

greydot

Cała nasza „rzeczywistość” jest właściwie tylko pewnego rodzaju interpretacją rzeczywistości, w której jesteśmy zanurzeni, (a która istnieje niezależnie od nas) – czyli tworzeniem naszej własnej rzeczywistości?
Z kolei, jak się wydaj, każda kultura jest tylko jedną z wersji tej „naszej” rzeczywistości.
Stąd konfrontacje, spory, starcia i walka.
Zaprzęgamy do tego naszą wolę, bo tylko ona jest w stanie wpłynąć na tę rzeczywistość (w zanadrzu mając nasze o niej wyobrażenia).
Wszystko płynie, ale kłopot z nowożytnością polega na tym, że wszystko się w niej teraz rozpłynęło (vide: postmodernizm). Stąd amorfizm naszych czasów… Stąd nasze taplanie się w rozmytej sztuce, niemożność uchwycenia jej istoty.

greydot

O naszych gustach decydują nie tylko nasze zmysły, ale i umysł (a tam przecież lęgnie się nasza osobowość, charakter, jestestwo). Dlatego dyskusja o gustach ma jednak sens, bo dotyczy nie tylko naszych zmysłów – te są bowiem niezmienne – ale i umysłu: gdyż ten podlega już zmianom i można nań wpływać, kształtować…

Konformizm i mimikra to jedne z najpotężniejszych sił, jakie konstytuują całe społeczeństwa a nawet kultury.
Być może właśnie dlatego tak strasznie mało jest ludzi, którzy potrafią myśleć samodzielnie!

greydot
Kontekst: „Fontanna” Marcela Duchampa (przypominam: zwykły, znaleziony w jednym ze sklepowych magazynów kibel) uznana została przez  grono wybitnych europejskich krytyków za najważniejsze „dzieło” sztuki XX wieku.

Warto przypomnieć, że kiedy w czasach Duchampa pojawiały się te wszystkie modernistyczne ruchy artystyczne i prądy w sztuce, miały one w sobie świeżość, spontaniczność – nie pozbawione były autentyczności. Dopiero po II Wojnie Światowej zaczęły się nagminnie te wszystkie kombinacje i szachrajstwa – żerowanie na ludzkiej głupocie, braku dobrego smaku i pazerności.

Warto przy tym wszystkim pamiętać jaki był zamysł i cel Duchampa: kiedy przyniósł on swój pisuar na wystawę sztuki (wówczas: 1917 r.) nowoczesnej, to bynajmniej nie dlatego, że chciał zakpić z gustów publiczności, która przełyka wszystko, ale po to, by wypróbować słowność samych organizatorów tamtej wystawy, którzy deklarowali absolutną tolerancję wobec twórczości innych artystów. Jego nie tolerowali – kibel wyrzucono.
Nota bene pisuar, jaki można zobaczyć w paryskim Centrum Pompidou (uznawany powszechnie za „oryginał”), nie jest wcale (gotowym) siuśkaczem, który wywlókł skądś Duchamp (tamten już dawno gdzieś przepadł), a pisuarem z początku lat 60-tych, specjalnie wykonanym na jedną z włoskich wystaw sztuki współczesnej.
Todopiero wtedy zaczęło się przypisywanie mu wielkich teorii przez genialnych i popisujących się swoim niesłychanym intelektem, krytyków.

greydot

Często mówiło się o odtwarzaniu przez artystów (malarzy) tzw. rzeczywistości. Otóż oni właściwie nigdy nie odtwarzali tej rzeczywistości (choć czasem naśladowali naturę), gdyż… jest to po prostu niemożliwe.
Naprawdę wiernym odtworzeniem rzeczywistości byłoby skopiowanie jej atom po atomie. A to jest science-fiction.
Nawet jeśli widzimy na obrazie coś , co wydaje się nam łudząco podobne do jakiegoś obiektu w rzeczywistości, to jest to właśnie – tylko i wyłącznie – złudzenie: naprawdę genialni malarze byli przede wszystkim mistrzami iluzji (jaką tworzyli za pomocą pędzla na swoich obrazach).

greydot

Lekceważenie w naszym systemie edukacji kształcenia plastycznego i wiedzy o sztuce.
Ma to swoje konsekwencje, m.in. i w tym, że ludzie nie tylko nie „rozumieją” sztuki, ale i nie umieją na nią patrzeć, o samej dyskusji na jej temat nie wspominając (stąd m. in. brak porozumienia między twórcami współczesnymi a ich ewentualnymi odbiorcami).
Ludzie nie zdają sobie jednak sprawy, jakie to jest (edukacja plastyczna, wychowanie przez sztukę) ważne w naszym życiu i istotne. Przecież każdy z nas urządza sobie mieszkanie, wybiera samochód, ubiera się; otoczony jest architekturą, styka się ze sztuką serwowaną zewsząd: od reklam począwszy na wszelkiej maści dekoracjach skończywszy. Oprócz tego korzystamy z telewizji, kina teatru, tłumnie odwiedzamy muzea…
Jeśli nie jesteśmy świadomi tego, czym jest sztuka, jak ona oddziałuje, to (bezwiednie) pozwalamy wpływać na siebie lub decydować o sobie innym, albo wręcz poddajemy się czyjejś manipulacji.

greydot

Magia jest już w samym rytuale (procesie) tworzenia. I ma ona zawsze jakiś cel. Ten cel jest nieodłącznie związany z ukończonym już dziełem, które ma oddziaływać na odbiorcę.
Prawdziwe dzieło sztuki pozwala zadziałać wspomnianej tu magii właśnie na tym styku: dzieło – odbiorca.
A co jest ową „magią”?
Coś, czego nie możemy określić, pojąć, nazwać, zakodować…

greydot

Picasso: „Sztuki, której nie ma teraz, nie będzie nigdy. Sztuka Greków czy Egipcjan nie należy do przeszłości. Są oni bardziej żywi niż kiedykolwiek.”
Genialne jest to stwierdzenie Picassa. Sugeruje, iż sztuka nie tyle podlega ewolucji, co przetworzeniu (transformacji, transgresji). Dzięki temu możemy patrzeć na tzw. tradycję jak na część naszej teraźniejszości – postrzegać sztukę jako całość, której elementy przenikają się wzajemnie.
Wydaje mi się, że nawet ci, którzy chcieli burzyć zastane, nie zdawali sobie sprawy z tego, jak bardzo są z tym, co sami usiłowali zniszczyć, związani. (Choćby tylko na zasadzie negacji.)
Dopiero, kiedy wgłębimy się w dzieła twórców, którzy wydają się nam absolutnymi nowatorami (wręcz rebeliantami), to uderza nas ich przywiązanie do tradycji, (którego przecież, przynajmniej ci bardziej uczciwi z nich, się nie wypierają). Mam tu oczywiście na myśli twórców naprawdę wybitnych, nie koniunkturalnych.
Skoro mowa o Picassie: on przecież nie zanegował dziedzictwa malarstwa europejskiego, lecz dokonał jego swoistej transformacji, przenosząc je w naszą epokę i nadając mu inne znaczenie.
(Warto w tym kontekście przypomnieć, że spod ręki Picassa wyszło np. 58 różnych wersji „Dworek” Velazqueza, także ponad 50 wariacji na temat „Śniadania na trawie” Maneta!).
Picasso nie odrzucił sztuki swoich mistrzów ale się z nią zmierzył. W efekcie udowodnił, że jest im co najmniej równy. On ich na swój sposób uszanował, nawet jeśli ich wizję zastąpił (w sposób „rewolucyjny” i radykalny) swoją własną.

greydot

Arcybiskup Życiński trafnie (a nawet pięknie) punktuje charakter i genezę tragicznych – ale i pełnych witalności – nut w twórczości Nietzschego, ale niestety robi to, by zaraz potem raptownie skarcić „współczesnych sympatyków dionizyjskiej wizji życia” (sugerując, że taki właśnie jest wpływ Nietzschego).
A autor „Zmierzchu bożyszcz” – przynajmniej mnie – nie kojarzy się raczej ani z hedonizmem ani z jakimś życiowym rozpasaniem, czy choćby tylko z „używaniem” życia. Już bardziej sprawia on na mnie wrażenie jakiejś hybrydy męczennika z eremitą (na przekór tego, że jest również autorem czegoś, co nazwał „Wiedzą radosną”).

No właśnie: był Nietzsche hedonistą czy ascetą?
Arcybiskup Życiński sugeruje, że Nietzsche jest wśród ludzi młodych rozsadnikiem hedonizmu, natomiast profesor Szyszkowska pisze, że Nietzsche wymaga od nas ascetyzmu.
Czy jest to sprzeczność? Czy też raczej kolejny dowód na niezwykłą złożoność nietzscheańskiej myśli?
Osobiście skłaniałbym się ku tej ostatniej odpowiedzi.
Nietzsche badał zarówno jeden stan (wyrzeczenie, asceza, czystość, uczuciowość, apollińskość, duchowość…), jak i drugi (hedonizm, dążność do przyjemności, zmysłowość, cielesność, epikureizm, dionizyjskość…).
To prawda, może się wydawać, że on sam skłonił się w końcu ku afirmacji tego ostatniego (przynajmniej jeśli chodzi o ewolucję myślenia filozoficznego), to jednak nadal był powiązany (czy tego chciał, czy nie) z ideałami ascetycznymi (o czym świadczył choćby styl jego życia).
W „Genealogii Moralności” pisał np: „Ascetyzm należy do warunków sprzyjających najwyższej duchowości”. Oraz: „Przekleństwem, ciążącym dotąd nad ludzkością, była bezsensowność istnienia, nie (samo) cierpienie – a ideał ascetyczny nadał mu sens.”

Ale błędem byłoby dokonywać jakiejś ekstrakcji i wyciągać z Nietzschego (osobno) a to hedonizm, a to ascetyzm i separować jedno od drugiego, bo to właśnie prowadziłoby do uproszczenia jego filozofii, do pozbawiania jej całej tej – wspomnianej już przeze mnie – kompleksowości.
On sam pisał: „… bo między czystością a zmysłowością niekoniecznie musi istnieć przeciwieństwo (każda prawdziwa miłość stoi ponad tym przeciwieństwem).”

Cały czas jestem świadomy tej komplementującej się dwoistości w podejściu Nietzschego do elementów apollińskich i dionizyjskich w kulturze człowieka (i w sobie samym).
Choć, przyznam, czymś bardziej dramatycznym i barwnym wydaje mi się skłonność ku tym drugim. Bo czyż nie ma w sobie jakiegoś podskórnego drżenia i powabu takie oświadczenie Nietzschego?: „Za czarem dionizyjskości kryje się natura – którą uczyniliśmy wyalienowaną, wrogą, podporządkowaną – natura celebrująca w ten sposób swoje pojednanie z własnym, utraconym synem – człowiekiem.”

greydot

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji i pozwala nam przeżywać zachłannie chwilę. Jest tylko spazm radości, witalna werwa. Ale to dreszcz i wesele nieznane chyba żadnym Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.

Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

Zdania te napisałem jakiś czas temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.

Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli”  filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.

Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

greydot

*

SERCE, MÓZG I TESTOSTERON (co się plecie w kajecie – zapiski VI)

*

*

Wydaje mi się, że filozofia w pewnym czasie – zaczęło się to chyba w Oświeceniu, czyli, jak na ironię, w epoce stawiającej na pierwszym miejscu rozum – z nauczycielki starającej się objaśniać świat, zaczęła się przemieniać w służkę asystującą jedynie rozwojowi ludzkiej cywilizacji pod względem społecznym, politycznym, technologicznym.
Trzeba przyznać, że filozofia z czasem coraz bardziej traciła swój prestiż – coraz mniej ludzi brało ją „na poważnie” (nie bez znaczenia były tu kompromitacje w rodzaju Sartre’a, o Marksie nie wspominając). Wygląda na to, że filozofowie z awangardy przeszli do ogona. Zawsze są spóźnieni teraz ze swoimi diagnozami wobec pędzących czasów – rozpaczliwie starają się zrozumieć i opanować jakimiś regułkami to, co się już stało.

greydot

W filozofach pociągała mnie ich twórczość, jeśli miała walor literacki. Bardziej interesowali mnie oni jako ludzie, którzy parali się swoim życiem, niż tacy, którzy byliby zdolni odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania. Owszem, dzięki nim wnikliwiej można było patrzeć na świat, ale musiało się też pilnować, by nie poddać się ich kuszącym sugestiom, wizjom i interpretacjom (bo mogliby niejako skraść człowiekowi duszę).
W końcu dotarło do mnie to, że siłą rzeczy każdy filozof, którego myśl starałem się poznać, zamknięty był nie tylko w swoim umyśle, ale i determinowany własnym charakterem. Był ponadto ograniczony swoim czasem i epoką. Jego „prawda” wcale musi być więc naszą prawdą – i najczęściej nie jest.

greydot

Widziałem wczoraj monodram “Ecce Homo” oparty na biografii Fryderyka Nietzschego. Filozof ten wraca do mnie systematycznie i falowo. Teraz się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Może w mojej młodości odkryłem w nim podkłady buntu, które drzemały i we mnie samym? To pragnienie – impuls – przewartościowania wszystkiego w co kazano mi wierzyć, co narzucało mi wychowanie, religia, tradycja? Tkwiło we mnie już wówczas podejrzenie, że wszelkie wartości są jednak względne – że zostały stworzone i przyjęte przez człowieka, a nie narzucone nam z jakiejś metafizycznej góry, jak utrzymują niemal wszystkie religie świata, co jest zresztą łatwo zrozumiałe, jako że wszelkie dekalogi i kodeksy – zbiory fundamentalnych zasad normujących ludzkie zachowania – potrzebowały zawsze jakiejś nadrzędnej sankcji, sakralnego uwierzytelnienia… przynajmniej do czasów Kartezjusza. Nawet z ateistycznego (a raczej obojętnego wobec kwestii istnienia Boga) Buddy niektórzy wyznawcy jego nauk zrobili bożka.

greydot

Na pewno fascynował mnie też obłęd Nietzschego. To było jakby echo mojego własnego lęku przed szaleństwem, które przecież drzemie w każdym człowieku.
Dalej: aforystyka myśli Nietzschego. To był pisarz o wielkim talencie literackim (podobnie jak Schopenhauer). Dysponował myślami, które mogły uderzyć w człowieka jak grom. Był przy tym wszystkim poetą – stąd wizyjność jego tekstów. Jednakże poezja to muza zdradliwa. Potrafi zapędzić wyobraźnię człowieka na manowce, omamić narkotycznie myśli. Nie jest też ona dobrą doradczynią filozofa, od którego – po kartezjańsku – oczekujemy jednak pewnej trzeźwości myślenia i logiki.
Nietzsche to również wielki prowokator, z tym że prowokacja nie była jego celem. Raczej wynikała z tego, że tworzony przez niego system stawiał na głowie wiele z uznawanych dotychczas wartości, może nawet osuwał się w nihilizm.
Całą swoją siłę Nietzsche zawdzięczał pasji, która go zresztą w końcu spaliła. Intensywność jego tekstów wynikała z napięcia między sprzecznościami, które go rozrywały.
Wydaje mi się, iż w rzeczywistości był człowiekiem dobrego serca, którego własne konstrukcje filozoficzne zaprowadziły w jakieś nieludzkie sfery bezwzględności i bezlitosności. Fizyczny słabeusz i chorobliwiec stał się piewcą mocy, impotent wyskoczył z ideą nadczłowieka… etc. Czy można to jednak skwitować potrzebą kompensacji? A może to tylko kliniczny przykład tego, jak z kompleksów niższości wyrasta mania wielkości?

greydot

Najżywszy, związany z Nietzschem obraz jaki we mnie utkwił, to moment, od którego zaczęło się jego psychiczne załamanie. Pięknie i przejmująco opisał go Herling-Grudziński w swoim “Dzienniku pisanym nocą”. Na turyńskiej ulicy Nietzsche widzi jak pijany woźnica okłada batem konia. W porywie litości dla zwierzęcia Fryderyk rzuca się ze łzami na szyję konia, by go obronić przed przemocą i okrucieństwem.

greydot

W najwyższym ataku szaleństwa Nietzsche utożsamiał się na przemian z Dionizosem, (za którym stała zwierzęca siła życia) i Chrystusem (człowiekiem litościwym, przebaczającym i cierpiącym) – podpisując się raz jako Dionizos to znów jako Ukrzyżowany. Potem nastąpiło 10 lat milczenia – zapadnięcie się w chorobę psychiczną, od której wyzwoliła go dopiero śmierć.
Nietzsche poniósł klęskę, ale był na nią przecież skazany. Obłęd bywa karą za usiłowanie ogarnięcia całej złożoności świata myślą, zrozumienia wszystkiego… A to jest przecież niemożliwe, bowiem ludzki umysł jest ograniczony –  nigdy nie pojmie Tajemnicy Wszechświata; nigdy nie uzyska odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania: skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy – które, mimo uczynienia z nich banału, nadal odnoszą się do nieprzejrzanej istoty sensu człowieczeństwa.
W przypadku Nietzschego stało się też to, przed czym przestrzegał Oscar Wilde: “Kto sięga pod powierzchnię świata i zjawisk, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Ponadto, chciał zburzyć to, co jednak stanowiło fundament europejskiej cywilizacji chrześcijańskieja tym samym ukształtowało jego samego. To musiało się skończyć katastrofą.

Jaka prawda powaliła w końcu tego wielkiego małego człowieka? Co wzięło nad nim górę? Umarł w nim pogański bóg zwierzęcej witalności, pozostał Ukrzyżowany – dola człowiecza, przed którą nie było dla niego ucieczki.

greydot

(Z listu do W.)
Drogi W., o szaleństwie to ja mógłbym długo, bo ten temat kiedyś mnie bardzo interesował (przeczytałem wtedy m.in. całego Kępińskiego), a i teraz intryguje i na swój sposób przyciąga. Sam się bowiem swego czasu o coś podobnego otarłem (…) Lecz temat szaleństwa jest także ciekawy z innej przyczyny. Wiele mówi o samej naturze człowieka, o jego kulturze, popędach, psychice… Ktoś powiedział (bodajże Freud, może Jung?), że jak się patrzy na szpital wariatów, to można odnieść wrażenie jakby się patrzyło na zwykłe społeczeństwo, tyle że przez szkło powiększające. To jest prawda – szaleniec to wydanie człowieka w wersji psychicznie ekstremalnej, czyli bardziej wyrazistej, kolorowej, pierwotnej…

Myślę, że nie doceniamy roli szaleństwa w rozwoju ludzkości. A to przecież niemal kliniczni szaleńcy i maniacy (tak by ich dzisiaj zapewne zdiagnozowała współczesna psychiatria) w dużej mierze wyznaczali bieg naszej historii, wpływali w sposób znaczący na kulturę… Dość wspomnieć z jednej strony Chrystusa, z drugiej – Hitlera; z jednej strony był Św. Franciszek, z drugiej – Napoleon; był Budda, Gandhi  – był Henryk VIII, Dżingis Han… etc. (Przy czym muszę się tutaj zastrzec, że nie mam zamiaru przez to w jakimkolwiek stopniu dyskredytować tych ludzi. Oni tak mocno wyryli się w naszą kulturę i cywilizację  – jako depozytariusze pewnych symboli, wzorców, postaw i wartości – że każdy z nas, chcąc nie chcąc, musi się wobec nich określić.)
Piszesz, że często to sam chciałbyś być szalony. Ale chyba sam nie wiesz co piszesz. Ja się obawiałem szaleństwa jako psychicznego pomieszania, które by oznaczało śmierć mojej osobowości. Gdyż bardziej widzę obłęd, jako tragiczną degradację człowieczeństwa, odbywającą się niekiedy w sposób wręcz horrendalny. Właśnie… szaleństwo bardzo często przynosi ze sobą bezbrzeżne cierpienie. Tego sobie nie można wyobrazić… właśnie dlatego ludzie „tracą zmysły”… bo już nie mogą znieść bólu, który rzeczywiście staje się nie do zniesienia. Obłęd jest wtedy jakby samoobroną organizmu przed fizjologiczną katastrofą i kompletnym załamaniem – bo takiej intensywności już nie mogą przetrwać neurony, receptory, przekaźniki… czy co tam jeszcze.
Co natomiast w życiu się przydaje, to odrobina szaleństwa. Na swój sposób to nawet sama miłość jest pewną formą obłędu, pociągając za sobą pewną niepoczytalność. Życie bez tej przyprawy szaleństwa byłoby nudne niewymownie, a bez miłości nie warto byłoby żyć.

W., stwierdzając, że „…mnie tam Nietzsche specjalnie nie zaskoczył – ot następny filozof, który pokosztował życia jakim ono naprawdę jest i trochę na ten temat napisał. Myślę że intelektualiści to trochę jak onaniści – delektują się obrazem a zapominają, że życie się toczy i ciekawsze sprawy zdarzają się ‚naprawdę’…” nie zauważasz, że w jednym zdaniu zaprzeczasz temu, co piszesz w następnym. Że niby Nietzsche zakosztował życia jakie ono jest, a zaraz potem, że intelektualistom prawdziwe życie przechodzi koło nosa.
Moim zdaniem więcej prawdy jest w tym drugim stwierdzeniu. Przeintelektualizowanie często idzie w parze z jakimś mentalnym onanizmem – ci ludzie po prostu nadużywają intelektu, zamiast spróbować tego, co mogą dostarczyć im zmysły w konkretnym i rzeczowym świecie… i oto mamy przerost teorii nad życiową praktyką.
Byłoby wiele racji w tym, jeśli stwierdzilibyśmy, że filozofia często wynika z niemożności życia przez człowieka pełnią życia (tzn. z grubsza: filozof nie wie jak żyć, więc filozofuje, wbrew sentencji ukutej bodajże przez Hobbesa: „primum vivere, deinde philosophari„). Ale to jest jednak spore uproszczenie. Równie dobrze można by wskazać – jako źródło filozofowania – zadziwienie i zaciekawienie światem, dociekliwość, pęd do wiedzy i skłonność do analizy… no i może nawet „umiłowanie mądrości” (bądź co bądź, to właśnie etymologicznie oznacza słowo filo-sophia.)

Jeśli zaś chodzi o Nietzschego, to moim zdaniem było właśnie odwrotnie jak piszesz: ten biedak wszystkie dramaty rozgrywał w swojej głowie. Jestem prawie pewien, że gdyby skonsumował seksualnie tę swoją Salome, w której się platonicznie – a do tego na zabój – kochał, to odbiłoby się to dramatycznie na jego poglądach i może nawet Hitler et consortes nie mieliby się do niego po co odwoływać, opiewając wolę mocy i kult silniejszego, a nihilistycznym guru nadczłowieczeństwa zostałby kto inny.
Nietzsche miał niesamowity umysł, ale okazał się też być wielkim naiwniakiem z tymi swoimi zaratustrami i zmierzchami bogów… Nie da się ukryć, że zapędził się ze swoją megalomanią i fantazjami w jakiś groteskowy kozi róg i skończył jako katatonik.
A ta jego dysząca nienawiść do chrześcijaństwa to przecież kliniczne, zaślepione pieniactwo. Co za mędrzec! Potrafił pożałować biednego konika, ale parę milionów ludzi to by chętnie posłał do piekła (niespełna pół wieku po nim znaleźli się tacy, którzy to uczynili naprawdę).
Tak, tak… człowiek to dziwne zwierzę…
Wspaniałe i żałosne zarazem.
A Nietzschego to na przemian kocham i nie znoszę; widzę w nim zrazu głupca, to znów mędrca; człowieka słabego, to znów tytana odwagi i pełnego poświęcenia dla swojej myśli… Strasznie paradoksalny to był człowiek – tak, jak paradoksalna jest ludzka egzystencja i jak niepewne budowanie przez nas wizji świata – właściwie na „piasku” naszych iluzji, przypuszczeń, ignorancji, dociekań i złudzeń.

greydot

Nadajemy tak wielkie znaczenie wolności ponieważ – tak naprawdę – w głębi odczuwamy, że jednak człowiek tej wolności w rzeczywistości nie posiada. Już w chwili naszego poczęcia skazani zostaliśmy na niewolę bytu. Jednak człowiek stał się człowiekiem dopiero wtedy, kiedy zaświtała mu w głowie koncepcja wolnej woli.
Wolność więc to największy paradoks istnienia człowieka – i ów paradoks jest zarazem esencją człowieczeństwa.

greydot

Nie jesteśmy w stanie stworzyć żadnego obrazu świata w oderwaniu od naszego w nim umiejscowienia. Opisujemy więc świat tylko tym, czym dysponujemy – w naszej świadomości, która jest przecież mocno ograniczona. Jest to tak oczywiste… Dlaczego więc mamy pretensje, by dotrzeć do prawdy o tym świecie? Nigdy nie będzie to możliwe.
Trudno jest żyć z podobną świadomością, gdyż wiąże się to z niemożnością poznania sensu istnienia czegokolwiek. Dlatego sami próbujemy nadać sens naszemu życiu – i jeśli czujemy się wolni, to uznajemy, że to życie ma właśnie taki sens, jaki mu sami nadajemy.

greydot

Kiedy boli nas ząb to wydaje się nam, jakby cały świat składał się z bólu zęba – ta myśl, (którą zapisał bodajże Rochefoucauld) powinna nas nauczyć pewnej pokory w postrzeganiu świata. Ale nie nauczy ponieważ każdemu z nas wydaje się, ze stanowi centrum wszechrzeczy – że jest pępkiem Wszechświata.

greydot

Człowiek w swojej pysze i megalomanii ubzdurał sobie, że może stworzyć (odkryć?) system filozoficzny opisujący Wszystko.
Ale co to jest Wszystko? “Wszystko” mógłby ogarnąć tylko Bóg.
Takie holistyczne zapędy świadczą więc o tym, że człowiek rości sobie pretensje do bycia Bogiem. I oto jest dowód choroby umysłowej “największych” filozofów (czyli takich, którzy stworzyli własne systemy filozoficzne, stanowiące w ich mniemaniu wartość ultymatywną rozumu – będące ostatecznym wyjaśnieniem Wszechświata).

greydot

Między cierpieniem i udręką, a radością i ekstazą rozciąga się doświadczenie ludzkiego życia. Nie można więc zdać się na filozofię człowieka, który tylko cierpi (np. Pascal), tak samo, jak tego, który jest spokojny i szczęśliwy (czy jednak możliwe jest znalezienie kogoś takiego  – choćby wśród stoików i buddystów?) Nawet najuczciwszy z nich będzie tylko opisywał samego siebie – i tylko to, co się mu wydaje.

greydot

Udręką jest posiadanie wybitnej inteligencji przez ludzi bez charakteru – wyraźnej osobowości. Pozbawiony kotwicy umysł miota się w oceanie myśli, rozpaczliwie chwytając się wszelkich dryfujących kłód, a nawet i brzytew (bynajmniej nie Okhama).

greydot

Czy brak charakteru też można uznać za charakter?

greydot

Człowiek na tej ziemi nie może dotrzeć do prawd fundamentalnych (jeżeli takowe w ogóle istnieją). Przerasta to jego możliwości. Stąd wynika konieczność poddania się złudzeniom.
Nadzieja nie jest jednak jeszcze jedną formą złudzenia. Nie bez przyczyny zawsze wiąże się ona z wiarą – a im bliżej jest wiary, tym mniej wydaje się człowiekowi złudzeniem.

Mistycyzm jest ludzką desperacją, by przezwyciężyć niemożność kontaktu z Bogiem – ekstatyczną determinacją kogoś, kogo nie może zadowolić zwykła wiara w istnienie Boga.
Jest swego rodzaju tryumfem natury człowieka to, że potrafi on poprzez mistycyzm osiągnąć pewność. A może pewność to tylko kolejne złudzenie? Tym razem złudzenie doprowadzone do ekstremum? Jednakże, taką wątpliwość może wyrazić tylko sceptyk.

greydot

Z czasem pozbywałem się swego bałwochwalczego stosunku do wybitnych intelektów. Może dlatego, że w końcu zrozumiałem, iż jest on w wielu kwestiach bezsilny. Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była – zabrzmi to może naiwnie i sentymentalnie – z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości, bez którego najbardziej nawet genialny umysł traci orientację w otaczającym nas świecie, zawisając w nieludzkiej próżni.
To właśnie dlatego tak wielką według mnie postacią był Jan Paweł II. To był jeden z tych ludzi, którzy ratowali człowieka w jego wymiarze duchowym – przedkładając miłość nad intelekt… a w tym przypadku – nad wielki intelekt. Serce pozostało ważniejsze od mózgu.

greydot

W ekstazie, która jest skrajną formą szczęścia, człowiek zatraca samego siebie. To kolejny paradoks: najbardziej intensywne uczucie jednostkowe znosi poczucie tożsamości. Skrajny egoizm ekstazy prowadzi do utraty poczucia własnego ja – człowiek roztapia się w czymś bezosobowym, staje się wszystkim i … niczym.

greydot

Prawdziwą radość tworzenia odczuwamy dopiero wtedy, kiedy zapominamy o nas samych. To dlatego tak często artyści mówią o natchnieniu – czyli o czymś, co jest ponad nimi i co zwalnia ich od wszelkich egoistycznych kombinacji.
Natchnienie więc, to wspaniałe wyzwolenie od wszelkich kalkulacji.
Każda prawdziwa sztuka jest bezinteresowna. Można rzec, że jedyna jej interesowność, to interesowność metafizyczna. Sztuka, która oczekuje jakiejś ziemskiej gratyfikacji, staje się tylko rzemiosłem.
Próżność artysty to jedynie skutek uboczny jego ludzkiej niedoskonałości.

greydot

Życie to ujarzmiony chaos materii. Stąd nasza tęsknota (i przywiązanie) do harmonii. Czujemy się wspaniale, kiedy możemy obcować z czymś, co jest naszym tryumfem nad chaosem wszechświata: muzyką, rzeźbą, obrazem – z tym co nazywamy pięknem. Ale podobną satysfakcję odczuwają też np. architekci, inżynierowie, projektanci… Wprowadzają do świata swój porządek, mają poczucie ładu i celowości.
Sztuka przestaje być znośna, jeśli sama staje się chaotyczna.
Czy ktoś już wpadł na pomysł, by torturować więźniów kokofonią?

greydot

Nadużycie alkoholu daje człowiekowi złudę panowania nad rzeczywistością, a właściwie złudną możliwość natychmiastowej jej zmiany. Tak naprawdę jest jednak tylko od tej rzeczywistości ucieczką.
Jak każdy narkotyk, alkohol odgrywa wobec naszej psychiki rolę oszołoma. Warto więc w tym kontekście pamiętać o tym, że nie ma “szlachetnych” trunków. Nigdy jeszcze wódka nie uczyniła nikogo mądrzejszym, natomiast rejestr głupot i zbrodni popełnianych pod jej wpływem jest niewyczerpany…

greydot

Wydaje się, że częściej ludzie szukają w alkoholu ucieczki przed nudą, niż przed cierpieniem. Częstszym powodem upijania się jest więc pustka, a nie nadmiar stresów – przyczyna leży bardziej we wnętrzu człowieka, niż w otaczającym go świecie.

greydot

Apologia trunków, bukiety drinków, cywilizacje wina, kultury piwa… święta i festiwale alkoholowej fermentacji. Cały ten ludyczny kalejdoskop wpisuje się w historię ludzkich eskapizmów.

greydot

Schopenhauer pisał, że wszelkie używki – kawa, alkohol, papierosy – sprowadzają ludzi do jednego poziomu. Stąd ich wzięcie na wszelkiego rodzaju towarzyskich spotkaniach. Ja widzę w tym jednak efekt kosiarki, która przejechała po łące, strzygąc wszystko do możliwie najniższego poziomu.

greydot

Konsumpcja jest w swojej istocie zachowaniem biernym. (To m.in. dlatego łatwo jest konsumentem manipulować.) Więcej ma wspólnego z lenistwem, niż ze świadomym, aktywnym wyborem.

greydot

Mimo wszystko, jednak lepiej być w sytuacji, kiedy można krytykować cywilizację konsumpcji, niż cywilizacje biedy, nędzy i głodu.

greydot

Cioran napisał kiedyś zdanie okropne: “… przeszłość tylko czyha na to, co się dzieje, i gorsza jest od śmierci”. Ale to nie dziwi w przypadku człowieka, który czymś gorszym od śmierci, uznał narodziny.

greydot

Przywiązanie ofiary do kata. Nie tylko przez nienawiść. Topografia ludzkiej duszy nie mogąca się obejść bez śladów zła.

greydot

Płacz bez łez, studnia bez wody – wyschnięte pokłady żalu…
Smutek ocalonego, który nadal czuje się skazańcem.

greydot

Świat zarażony złem?
Przeklęta metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.

greydot

Człowiek jako anioł, człowiek jako bestia… I morze słów pomiędzy.

greydot

Jedna z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzącym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem. Bezradność logiki, obstrukcja rozumu… Tego nie można znieść bez pokory. Taka jest cena chwilowego komfortu.

greydot

Szum cywilizacji. Osaczenie hałasem, na który człowiek przestał już nawet zwracać uwagę. Świadczy to tylko o stopniu naszego zatrucia. Przesiąkamy jakąś nienaturalną sztucznością, nie wiedząc nawet kiedy. Przygotowanie do życia w totalnie sztucznym środowisku?

greydot

Nasze czasy wcale nie są zdominowane przez sceptycyzm, który starali się już człowiekowi zaszczepić niektórzy myśliciele Oświecenia. Umberto Eco pisze, że żyjemy w epoce nieprawdopodobnej łatwowierności i przytacza słowa Chestertona: “Gdy człowiek przestaje wierzyć w Boga, jest wówczas zdolny uwierzyć w byle co”.

greydot

Sceptycyzm jest obcy naturze i może dotyczyć jedynie kultury.

greydot

Anarchista stanowi być może zagrożenie dla kultury, ale już natura potrafi radzić sobie z nim znakomicie.

greydot

Moje sny mają swoją topografię. Czasami wracają do miejsc, które wyśniły mi się wiele lat temu. Dzięki temu mam wrażenie, iż prowadzę jakieś podwójne życie. Intrygujące jest przechodzenie z jednego świata do drugiego. Być może dotykamy wtedy sfery istniejącej gdzieś na styku życia i śmierci, wyobraźni i konkretu.  Ogarnia nas jakiś odmienny stan świadomości.

greydot

Wielka księga “Prób” Montaigne’a. Połączenie rozwlekłości z przebłyskami geniuszu, erudycji ze znajomością życia, praktyki ze spekulacjami… Jeden wielki egzystencjalny strumień. Miejscami bystry i przejrzysty, to znów płynący spokojnie rozległym korytem.

Ciągle fascynuje mnie głębia myśli, jaką zdolni byli osiągnąć ludzie żyjący przed wiekami, a nawet przed tysiącami lat. To zadziwienie może wynikać z naszej skrywanej (nieuświadomionej?) pogardy dla wieków “ciemnych”, “prymitywnych” – z cichego przekonania, że przed nami żyli ludzie głupsi od nas.
Jakiż błąd!
To właśnie my żyjemy w epoce, która rozwadnia ludzkie mózgi – która chce oduczyć człowieka myślenia, podsuwając mu informacyjną sieczkę i osaczając zewsząd sztucznymi obrazkami. Wszechobecność wodolejstwa! Topimy się w zalewie informacji. Megabitowy potop, w którym ginie nasza mądrość (jeśli w ogóle taką posiadamy).

greydot

Nietzschemu bardzo dobrze wyszła negacja człowieka, ale jego próba afirmacji człowieka była już tylko klęską i szaleństwem.

greydot

Według Heideggera myślenie nie prowadzi do mądrości. (Jadnak mamy aż nadto dowodów, że może prowadzić do głupoty.)

greydot

Przeciążenie filozofią w tekstach Tischnera – poczucie dramatu, smutku, tragedii… W pointach zaś – powiew liryzmu i sentyment.

Kiedy w filozofach odzywa się poeta, ich systemy pękają. I to właśnie najbardziej zbliża ich do nas, zwykłych śmiertelników.

greydot

Jest tylko jeden ratunek przed szaleństwem filozofii: prostota. Ewentualnie… niemyślenie?

greydot

Najpełniejszy jest człowiek, który wypełnia swoje przeznaczenie.
Niestety, w odgadywaniu przeznaczenia ludzka świadomość jest bardziej przeszkodą niż pomocą. Dlatego najmniej spełnieni czują się ludzie najbardziej skomplikowani.
Być może to właśnie łączy pełnię z prymitywizmem… a może jednak z prostotą? (Bo czasem trudno jest jednak odróżnić jedno od drugiego.)

greydot

Tęsknota za prostotą to tęsknota za rajem utraconym.
Niestety, wszyscy zostaliśmy z niego wygnani.
A prostota pozostała w krainie utopii.

greydot

Nosić w sobie tysiące przodków!
To ciężar, który nas urabia. Tylko dlatego jesteśmy w stanie go znieść.
Należało stać się człowiekiem, by na przekór temu uznać, że istnieje coś takiego, jak wolność woli.

greydot

Jakże kruche są często nasze ideały w konfrontacji z testosteronem.

greydot

Islam – cywilizacją testosteronu?
Ale czy jakakolwiek cywilizacja mogłaby się obyć bez hormonów?
Jeśli tak, to jaki gruczoł był najbardziej aktywny przy tworzeniu Chrześcijaństwa?

greydot

Od kilku dni czytam “Zeszyty” Ciorana. Żeby było śmieszniej robię to do poduszki. Jeden ze sztandarowych nihilistów XX-wieku jako lektura na dobranoc! To przewrotność (a może konsekwencja?) godna autora “Zmierzchu myśli”.
Rzadko który pisarz budził we mnie tak skrajne emocje (może tylko Nietzsche?) Czegóż innego można byłoby się spodziewać po kimś, kto tak nienawidził swoich narodzin i jednocześnie rejestrował każde drgnienie własnej egzystencji? (W pewnym miejscu Cioran pisze: “Typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć. Jestem rezultatem nieuwagi, nie byłem przewidziany w dekretach Stworzenia”.)

greydot

Chciałbym sobie poradzić z Cioranem odrzucając go całkowicie, ale nie mogę. Mimo wszystko mam wrażenie, że dotyka on pewnych prawd o kondycji i postrzeganiu człowieka, dla którego byt jest jednym wielkim rozczarowaniem, a cały świat iluzją.
Ktoś, kto tak totalnie deprecjonuje samego siebie, wytrąca nam z ręki wszelką broń.
Jak można polemizować z kimś, kto własną osobę (nie tylko swoje życie) uważa za istotę pozbawioną sensu? Tym bardziej jest to trudne, że Cioran doskonale potrafi posługiwać się językiem. I swoje pisanie uczynił tym, czym uczynił własną egzystencję: igraniem z myślą, pulsowaniem uczuć, intelektualną szarpaniną, rzucaniem się z kąta w kąt… absurdu i nicości.
I niczym więcej. (Bo tego “więcej”, po prostu, wg Ciorana, nie ma.)

greydot

Ten Cioran to jednak przeraźliwa ględa. Na poły z uporu dokończyłem te jego grube jak cegła “Zeszyty”, które niejednokrotnie wpędzały mnie w konsternację. Niby Cioran rozprawia się w nich ze wszystkim z brutalną szczerością, jest otwarty do bólu, bryluje ostrą przenikliwością, gardząc ponoć wszelką liryką i pseudofilozoficzną watą, a jednak czasem nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko stroi on miny, przyjmuje jakieś pozy – na swój sposób się wygłupia… z tym, że są to wygłupy erudycyjno-intelektualne, i co gorsza – czynione na serio!
Cioran jest przybity swoim charakterem, mówi do nas z głębokiej studni własnej neurastenii, maluje wszystko ciemną farbą malkontenta. To z tych powodów, mimo dysponowania niepoślednim umysłem, jego spojrzenie jest katastrofalnie zawężone.
A może owe myśli w “Zeszytach” to tylko jakieś lepkie, woniejące i toksyczne wydzieliny mózgu, których pozbywa się organizm, by zachować swoją witalność? Mimo totalnej degrengolady ducha, hipochondrii i światopoglądowej obstrukcji, Cioran spaceruje dziennie po kilka godzin, stosuje dietę, nie pije, nie pali… Ktoś dziwi się nawet, że tak czarny pesymizm wychodzi od tak żywotnego człowieka.

Przez te kilkanaście lat zapisków, co parę stronic Cioran wspomina o samobójstwie. Robi to tak często, że po jakimś czasie przestajemy te jego autodestrukcyjne wzmianki traktować poważnie i myślimy: no dobrze, jeśli rzeczywiście uważasz samobójstwo za jedyne sensowne wyjście dla człowieka, który w niczym nie widzi sensu, to co ty tu jeszcze robisz? Nie stać Cię na to, by przyznać, że mocniejsza jest jednak w tobie – silna jak u kota – wola przeżycia. Ulegasz, podporządkowujesz się życiu, więc dlaczego nie przyznasz wreszcie racji bytu temu, co prężne, radosne, jasne i witalne?
Ponuractwo niewątpliwie jest przypadłością, ale nie powinno być zaślepieniem. Rejterada w smutek jest tylko jedną z dróg naszej egzystencji. Ta ucieczka jest wyborem, który zawsze w jakiś sposób nas ogranicza.

greydot

Ktoś kto zaakceptował byt, nie ma prawa być nihilistą.
Życie to ciągła afirmacja stworzenia.
Narodziny, mimo wszystko, są chyba jednak bardziej darem (choć czasem odbieranym jako brzemię), niż wyrokiem.

greydot

Totalny nihilista, jeśli miałby być konsekwentny, powinien również odmówić sobie prawa do życia. Tym jednak sposobem ustawiłby się poza naturą. A przecież jest to niemożliwe – nie jemu o tym decydować, (podobnie jak nie od jego decyzji zależało jego zaistnienie).
Oto dowód nie tylko na to, że nihilizm nie godzi się z naturą, ale że po prostu jest nierealny, czyli niemożliwy.

greydot

Nihilista to człowiek niekulturalny per se.
Lepiej więc z takim się nie zadawać.

greydot

Jeśli zadeklarowany nihilista okazuje się być człowiekiem miłym i towarzyskim, to albo ta ogłada jest pozą, albo pozą jest ten jego nihilizm. Tertium non datur.

greydot

Podział na rzeczywiste i nierzeczywiste jest w gruncie rzeczy wielkim uproszczeniem. Istnieje przecież całe spectrum pomiędzy – widma pośrednie.

greydot

Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać.

greydot

Wystarczy przyjrzeć się bliżej choćby wspaniałym pręgom na tygrysiej sierści, by ponownie zachwycić się cudownością stworzenia. Cały Wszechświat mieniący się w szklistej źrenicy zwierzęcego oka. Doskonałość tych wszystkich wzorów i deseni życia – mieniący się kalejdoskop, który chaos przeobraża w ład.
Nieprzebrane bogactwo ornamentów bytu.

greydot

Obawiam się, że gdy zacznę myśleć dłużej o tym co wyprawia się w rzeźniach, to będę się musiał w końcu pożegnać z moim ulubionym fillet mignon.

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak to dlaczego obdarzono nas tak wielką samoświadomością a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie złożoną i zadziwiającą konstrukcją?
(Jestże mózg Cudem Wszechświata, czy też może jednak jest to coś w rodzaju Tumor Universum?)
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tak fenomenalnej złożoności i cudowności życia? Trudno mi w to uwierzyć – w przeciwieństwie do tych, którym się wydaje, że to wiedzą. (Piszę „wydaje” – bo przecież nie można o tym posiąść wiedzy).

greydot

Już chyba ktoś się nad tym zastanawiał: a może największą tajemnicą jest to, że nie ma żadnej tajemnicy?
Ale, czy przyznając to, nie godzimy się aby z przypadkiem?

greydot

PS. Zapiski pochodzą z lat 2002 – 2005.

( © zdjęcia własne)

*

O POWROTACH, PUSTYNI, DŻUNGLACH, NIETZSCHEM I MOJEJ PRZYGODZIE Z CZASEM (co się plecie w kajecie – zapiski III)

*

powroty

Kiedy wyruszasz w podróż, żegnaj się uważnie z miejscem, w którym mieszkasz, tak jakbyś nigdy nie miał już do niego powrócić. Ale nie dlatego, żeby myśleć o tym, że może cię w tej podróży spotkać coś najgorszego, za co zwykle uważamy tragiczny wypadek i śmierć. Żegnaj się, aby przypieczętować twoje przywiązanie do czegoś trwałego w świecie, w którym wszystko jest ulotne i gdzie wszystko spływa z rzeką czasu albo dryfuje po bezkresnych wodach oceanu zdarzeń. Kiedy wypływasz na szerokie wody, podnosisz kotwicę, którą musisz za sobą dźwigać – ale nie jako brzemię, ale jako przypomnienie tego, że tylko wtedy, kiedy się zatrzymasz, możesz poczuć solidny grunt – że tylko jedno miejsce może być twoim prawdziwym domem, choćby wszędzie na świecie witano cię z otwartymi ramionami i oferowano serdeczną gościnę (a przecież nie wszędzie, nie zawsze i nie wszyscy tak cię witają).
Dlatego twoje powroty muszą być jeszcze bardziej uważne i świadome, niż wyruszania w podróż. Powroty mogą nas cieszyć albo smucić, są końcem, ale też i początkiem – jednakże nigdy nie są czymś obojętnym dla uświadomienia sobie naszego miejsca ma ziemi. Nawet wtedy, kiedy pozostają pytaniem, nie dając nam żadnej odpowiedzi.

greydot

w pustyni i w dżungli

Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.
Czym była – i jest – dla ludzi pustynia? Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. Czyli pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.

Sądzę, że doświadczenie pustyni jest dla człowieka ważniejsze – i bardziej “twórcze” – niż doświadczenie dżungli. Paradoksalnie: człowiek na pustyni zdaje się bardziej i dogłębniej “dokopywać” do swojego egzystencjalnego “rdzenia”, dotykać mocniej “doli człowieczej”, pełniej rozumieć fenomen (ludzkiego) życia, niż mając wokół siebie tętniącą i kipiącą (zwierzęcym) życiem dżunglę. Dlaczego? Może dlatego, że pustynia lepiej pozwala człowiekowi identyfikować się ze swoją kulturą, natomiast dżungla to nieokiełznana, atawistyczna – przeciwstawiona ludzkiej cywilizacji – Natura?
“Jądro ciemności” jest zwierzęce, pustynną pustkę człowiek wypełnia tym, co najbardziej ludzkie – czyli kulturą. Instynkt życia i popędy przeciwstawione zostają pragnieniu duchowości. Łatwiej chyba o tę transgresję w jasności gorącego Słońca pustyni, niż w redukującej nas do pierwotnej biomasy i zmuszającej do walki i rywalizacji z innymi formami życia, dżungli.

greydot

martwy Bóg Nietzschego

Często podejmuje się wątek “śmierci” Boga w myśli Nietzschego i to jest dla mnie zrozumiałe, bo Nietzsche zaprzątał sobie głowę Bogiem, a jeszcze bardziej Jego “martwotą”, jak mało który filozof. Ale – to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć – on mierzył się nie tyle z samym Bogiem (nieważne tu: z żywym czy martwym), co z ideą Boga w swoim umyśle, (choćby nawet po Jego trupie).

Oczywiście, że nie należy brać dosłownie jego oskarżenia, czy też samo-oskarżenia, iż to on (lub ktokolwiek inny) “uśmiercił” Boga, ale metaforycznie. Nietzsche nie był aż tak szalony (ani tym bardziej głupi), by twierdzić, że byt (czy też – według ateistów – niebyt) taki jak Bóg, da się uśmiercić. On cały czas mówił o kulturotwórczej relacji: Bóg prehistoryczny – Bóg przedchrześcijański – Bóg Chrześcijan – Bóg obecny (czy też raczej nieobecny) we współczesnym mu świecie – i to wszystko w odniesieniu do zmieniającego się ewolucyjnie, religijnego pojmowania Boga przez ludzi pierwotnych, starotestamentowych, Chrześcijan (także przez samego Jezusa), wreszcie przez katolicyzm i protestantyzm, (ten ostatni uznając nota bene za głównego sprawcę tego, iż Bóg stał się martwy).

W tym wszystkim widzimy nie tyle to, że Nietzsche borykał się z problemem istnienia lub nieistnienia Boga, (czyli nie daje on nam tutaj przesłanek do tego, by uznać go za ateistę), ale to, jak mocno był on związany z korzeniami, czy też zespolony z rdzeniem teistycznej kultury, w której ukształtowała się jego świadomość i samo myślenie.
Tutaj należy poczynić bardzo ważne wg mnie spostrzeżenie, które w pewien sposób nobilituje w moich oczach Nietzschego: otóż całe “szaleństwo” Nietzschego w dużej mierze wzięło się z jego radykalnego, pełnego uwagi i powagi, podejścia do źródeł zachodniej cywilizacji (głównie religijnych, ale też i filozoficznych). To właśnie Nietzsche był owym szaleńcem (jak to przedstawione jest w „Tako rzecze Zaratustra”), który w biały dzień wyszedł z latarnią na rynek pełen ludzi i szukał Boga, lamentując przy tym, że jest on martwy, bo “ja i wy go zabiliście”. On był tym szaleńcem, który wołał o tym, o czym inni milczeli, choć przecież wśród obecnych na rynku ludzi było wielu takich, którzy wiedzieli, że Boga nie ma. Jeszcze raz się okazało, że to właśnie od szaleńców (podobnie jak i od dzieci) można usłyszeć prawdę, którą podejrzewają – lub o której wiedzą – wszyscy “normalni”, “zdrowi na umyśle”, dorośli… ale wolą się nie wychylać i o tej wiedzy milczą.

To prawda, że Bóg z czasem (historycznym) wyemigrował z ludzkiego świata empirii (a był On kiedyś, choćby w epoce animizmu i panteistycznego widzenia rzeczywistości, niemal namacalnie obecny wśród ludzi) w jakieś metafizyczne zaświaty, dzięki czemu kapłani wszystkich religii świata mogli manipulować ludźmi, dzieląc ich przy tym na “wiernych” i “niewiernych”. A i tam, gdzieś hen… za kosmicznymi mgławicami widzialnego świata, z czasem się zestarzał i wyblakł tak, że dla naszej współczesności jest ledwie wspomnieniem, cieniem, fantazmatem przytłoczonym choćby przez ekonomię i konsumeryzm. I tylko wśród pasjonatów (np. tych, którzy bawią się w teistyczno-ateistyczne spory) budzi on jakieś żywsze myśli i uczucia. Cała reszta, zarówno ta “wierząca”, jak i “niewierząca” podchodzi do Niego dość obojętnie, rutynowo i instrumentalnie. Ta obojętność uderzać może zwłaszcza w przypadku tych, którzy wierzą w Jego istnienie (bo wśród tych, którzy “nie wierzą” jest to bardziej oczywiste), ponieważ ich “wiara” w Boga jest zwykle naiwna, bezrefleksyjna, płytka, powierzchowna… Bóg w ich pojęciu jest niczym ten Tatuś, który ma nas w swojej pieczy, który zawsze jest dobry, mądry i miłosierny, dzięki któremu nigdy i nigdzie nie przepadniemy…

I ja się temu prostemu i naiwnemu pojmowaniu Boga nie dziwię.
Także dlatego, że uważam, iż wszelkie nasze myślowe spekulacje na temat Boga, wszystkie te nasze super-intelektualne dyskursy, mędrkowania i filozoficzne rozważania nad Bogiem, (o którym tak naprawdę nie możemy mieć zielonego pojęcia) zawsze muszą prowadzić nas ad absurdum, a może nawet i do czegoś gorszego… tak jak zaprowadziły m. in. biednego Nietzschego.

greydot

Nietzsche as a „f…ing” shocker?… a few thoughts in English (just for fun)

Nietzsche is the attraction not only to socially maladjusted young men, (otherwise called misfits). He is the man of interest to everyone who is fascinated with bold, deep, free (i.e. not dogmatic) boundless human thinking. He cannot be ignored in the history of Philosophy. And his influence on various men of letters, thinkers and artists as well, cannot be exaggerated.
The problem is… some of his thoughts and ideas (aphorisms, quotations, phrases…) are being taken too seriously, too literally, too simplistically… without any criticism – with no distance whatsoever, so Nietzsche is – at the same time – one of the most misunderstood (and vulgarised) philosophers in history.

It would be way too easy to point out all the faults, defects, absurdity (and even stupidity) in his thinking, but such a project would tend toward philistinism or obscurity, maybe even vulgarity.
For me Nietzsche was more like a poet, not the thinker that would lead me to some kind of truth I was looking for.

Many times I was tempted to charge bold, blasphemous and uncompromising thinkers for „spoiling” others, but as a matter of fact I don’t assume one can blame philosophers for the actions people do, even if they are so called “influenced” by them. Everybody should take responsibilty for his own deeds and choices.
Nobody should be exempted of thinking on his own.

greydot

moja przygoda z czasem

Pewnego razu siedziałem na ławce w parku, gdy wtem pojawił się przed moimi oczami krasnoludek, mimo że w krasnoludki przestałem wierzyć już dawno – mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zauważyłem, że Św. Mikołaj ma buty naszej sąsiadki.

Mas cas? – zapytał.
Mam – odpowiedziałem.
No to go sobie zatsymaj – rzekł na to, po czym schował się w trawie.

Dobra rada, pomyślałem, zwłaszcza dla tych, którzy nie wiedzą co z czasem zrobić, albo wręcz chcą go nawet zabijać.
No tak… tylko jak ja mogę sobie ten czas zatrzymać?

Jakiś czas posiedziałem jeszcze na ławce, ale z czasem zrobiło się późno, wiec po pewnym czasie wstałem i wyszedłem z parku, aby gdzieś zdążyć przed czasem. Dotarłem na miejsce (jak mi się wydawało – na czas) ale okazało się, ze już nie było czasu – powiedzieli mi ze minął. Tym sposobem przekonałem się ponownie, że jednak warto wszystko zrobić w swoim czasie. Bo tylko ten czas jest odpowiedni. Trzeba tylko wiedzieć kiedy nadchodzi. Niestety, często tego nie wiemy… nie tylko czasami.

Taka była moja przygoda z czasem.
Ale, jak wiemy, z czasem kończą się wszystkie przygody.

greydot

*

CIEMNOŚĆ („Koń turyński” – koniem trojańskim współczesnego nihilizmu?)

*

Monotonia końca świata – w „Koniu turyńskim” wszyscy zmierzają donikąd

*

Trudny orzech do zgryzienia!
Fajerwerkowy, kolorowy i jaskrawy koniec świata, jaki pokazał nam Lars von Trier w „Melancholii”, to pestka w porównaniu z tym jaki serwuje nam Béla Tarr w swoim „Koniu turyńskim” – obrazie ciemnym, dennym, głuchym i ponurym. Kolejna, nomen omen końska dawka nihilizmu, wyegzekwowana jest tu z taką konsekwencją, że aż strach – choć to strach ocierający się o autoparodię.
Oglądając niezwykły film Tarra, czułem się weń wciągnięty, podobnie jak wciągająca była dla mnie swego czasu lektura Nietzschego, Becketta czy Ciorana – wielkich dyżurnych europejskiego nihilizmu i absurdyzmu. Fascynująca i odpychająca jednocześnie; budząca zarazem dziwną satysfakcję, jak i niemiłosiernie irytująca. A tak się zwykle dzieje, kiedy coś dotyka nas do żywego; coś co świadomie odrzucamy, ale co podświadomie nie daje nam spokoju – coś, co jest dla nas walką o pozostanie w ciepłym świetle jasnego dnia, a obroną przed zatonięciem w chłodnym mroku czarnej nocy.

Film rozpoczyna się prologiem, gdzie przypomniana jest historia, kiedy to Nietzsche, tuż przed swoim totalnym załamaniem – po którym spędził w katatonii (czyli całkowitym mózgowym paraliżu) pozostałe 10 lat swojego życia – idąc ulicami Turynu spostrzega, jak woźnica okłada batem konia. Nietzsche rzuca się z płaczem zwierzęciu na szyję, ogarnięty nagłym spazmem współczucia i litości. Jest to właściwie ostatnia i w pewnym sensie definitywna reakcja w życiu wielkiego filozofa.
Odkąd przeczytałem o tym przed laty w „Dzienniku pisanym nocą” Herlinga-Grudzińskiego, obraz nieszczęsnego filozofa obejmującego szyję konia, przypominał mi się za każdym razem, kiedy wracałem do tego, co napisał Nietzsche. Bez względu na to, czy to wydarzenie jest prawdziwe, czy też nie, widzę w nim pewną parabolę zderzenia się ludzkiej wrażliwości Nietzschego z a-humanitarną konkluzją filozofii, do której doprowadziły go jego intelektualne wolnomyślicielskie poszukiwania i spekulacje. Oto ktoś, kto uznaje litość i współczucie za niegodne Nadczłowieka resentymenty (przy okazji tej rewelacji Nietzsche przypuścił gwałtowny atak na chrześcijaństwo, którego te wartości są rdzeniem), w finałowym momencie swojego życia poddaje się całym sobą litości i współczuciu – i to skierowanym do każdej formy życia doświadczonego cierpieniem (w ostatnich napisanych przez siebie listach, Nietzsche podpisywał się m.in. jako Chrystus).
*

Czy kiedy umieramy, umiera z nami cały świat?

*

Tak więc o tym, co się stało z Nietzschem, wiemy. Natomiast – i o tym mówi ostatnie zdanie prologu – o koniu nie wiemy zgoła nic. Béla Tarr próbuje w swoim filmie tę naszą niewiedzę wypełnić.
Czym?
Chciałoby się powiedzieć – „niczym” (skojarzenie z nazwiskiem Nietzschego zgoła przypadkowe), ale to nie jest takie łatwe. Tym bardziej, że w kinie poświęcamy temu bite dwie i pół godziny. I co ciekawe, większość z tych widzów, dla których kino to coś więcej, niż „Harry Potter” i „Piraci z Karaibów”, nie uważa ten czas za stracony.
Ja również.

Ale po kolei.
Wszystko byłoby prostsze, gdyby obraz Béli Tarra był gniotem. Ale nie jest. Wprost przeciwnie – jego artystyczny poziom i zintegrowanie z wizją swego twórcy są uderzające. Przyznając to, i ochłonąwszy nieco z wrażenia, jakie robi na nas jego forma, docieramy do sedna, czyli – treści. I tu zaczyna się chocholi taniec wokół jądra ciemności, które umieścił w centrum swojego filmowego Universum Tarr. Bowiem – i to jest jednym z fundamentalnych problemów modernistycznego nihilizmu – jak można przydawać sensu czemuś, co (niemalże z definicji) sensu żadnego nie ma? A w sferze estetycznej i emocjonalnej: jak można się tym bezsensem zachwycać i mówić o jego „pięknie”? Czy aż tak wielkimi jesteśmy dziś masochistami – na dodatek bezrozumnymi – by doznawać orgazmu, kiedy ktoś wygarnia nam prosto w oczy, że nie jesteśmy wcale lepsi od konia (a wręcz przeciwnie), albo, że nasze życie nie jest więcej warte, niż życie zwierzęcia (a wręcz przeciwnie) i że to wszystko można o „kant dupy rozbić”? (Jak stwierdził kiedyś Mistrz Opałka, którego „filozofia życiowa” i białe cyferki rzuciły na kolana niejednego wielbiciela sztuki współczesnej.)

Zwolennicy tzw. slow cinema oglądając „Konia” Tarra mogą się poczuć jak w niebie – z tym, że tym „niebem” jest tu właściwie potworny, targany nieustannym wiatrem apokaliptyczny wygwizdów, pogrążający się na dodatek coraz bardziej w ciemnościach. Film, mimo że trwa aż 146 minut, składa się tylko z 30 ujęć. Ale co to są za ujęcia! Przede wszystkim: dłuuuuuugie! Fabuła praktycznie nie istnieje, w pierwszych trzech kwadransach filmu pada może ze dwa słowa, na ekranie, niemal przez cały czas trwania projekcji widzimy zaledwie dwie postaci (przepraszam: trzy, wliczając to konia), z małymi wyjątkami: kiedy do kamiennego domu naszych bohaterów wpada po butelkę wódki sąsiad (racząc nas przy okazji sążnistą pseudo-nietzscheańską tyradą), oraz kiedy do zagrody zajeżdżają z wielkim hukiem po wodę rozbawieni i rozkrzyczani Cyganie (symbolizujący zapewne nadchodzącego wielkim krokiem „człowieka masowego” – konsumpcyjne społeczeństwo Europy, które najlepiej byłoby posłać do wszystkich diabłów, czyli – śladem dzieci ministra Rostowskiego – do Ameryki).

Przedsmak tego, co nas czeka w następnych paru godzinach, widzimy już w pierwszym ujęciu: przez opuszczoną, martwą, ogarniętą wichurą okolicę jedzie wóz, którym powozi skulony, opatulony płaszczem woźnica. Uwaga kamery skupia się jednak na ciągnącym wóz koniu, który wprawdzie nie przypomina żadnego z koni czterech jeźdźców Apokalipsy, ale za to symbolizować ma pewnie niemożebną harówkę i jarzmo każdej zaprzęgniętej do życia ziemskiej istoty. Robi to wszystko dość upiorne wrażenie, zwłaszcza, że w pobliżu nie ma już żadnego Nietzschego, który mógłby konika pożałować.
Jednakże to jeszcze nic w porównaniu z tym co nas czeka w chacie (wraz z córką woźnicy) – bite sześć dni, w których, jak w kieracie powtarzanych jest kilka elementarnych zachowań: wstawanie, ubieranie ojca, chodzenie do studni po wodę, gotowanie kartofli (zawsze dwóch!), obieranie ich ze skóry i  jedzenie (samymi rękami!), doglądanie konia… I… nie mycie się.
Ograniczenie tej „akcji” do 6 dni nie jest przypadkowe, bowiem opowiadana przez Tarra historia stanowi niejako odwrócenie procesu stwarzania świata – tutaj ten świat stopniowo zamiera (pierwsze przestają jeść drewno korniki, później żarcia odmawia (?) koń, następnie córka i wreszcie sam woźnica; w studni wysycha woda, wichura wyje coraz wścieklej, za oknem w końcu zapada zmrok, a w chacie gasną lampy, które już nie dają się zapalić, mimo, że nadal jest w nich nafta).
Światło – a wraz z nim świat – zamiera tak samo, jak zamarł sam Bóg, (którego być może człowiek powołał do życia, ale którego później ten sam człowiek też zabił).
*

Pogrążanie się w ciemności – agonia bez zmartwychwstania

*

Może wygląda na to, że ja sobie z filmu Tarra kpię, tudzież się z niego natrząsam (to też), ale z drugiej strony to ja go jednak biorę dość poważnie. Bo kiedy myślę o tezach jakie stawia poprzez swoje dzieło Tarr, to wcale nie jest mi już do śmiechu. (Może ta moja ironia to nic innego jak obrona przed potraktowaniem ich serio?)
Zresztą – o tym już wspomniałem wcześniej – dzieło Tarra posiada niekwestionowaną artystyczną klasę, i jego uderzenie w widza może być dotkliwe, przejmujące, a nawet bolesne, nie tracąc przy tym swego mrocznego powabu, który może być odebrany nawet jako piękno.
Obraz jest jednak niesamowicie sfilmowany: biało-czarne kadry z drgającymi w nich szarościami; gra światła i cienia, solidność ludzkich postaci – no i ten nieznośny ciężar martwych przedmiotów (martwa natura nie może już być chyba bardziej martwa, niż u Tarra). Ma to w sobie jakiś niewytłumaczalny magnetyzm. Również walory malarskie (fotograficzne) kadrów są nie do przecenienia. A poszczególne sceny, ruchy, gesty, zachowanie, słowa… – to wszystko jest niewątpliwie otwarte na interpretacje, (których zresztą filmowi nie szczędzono, tym bardziej, że zdobył on główną Nagrodę Jury na tegorocznym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie). A jednak jest coś, co mnie powstrzymuje przed admiracją dla tego filmu. I myślę, że to coś leży w sprzeczności z tym, czym dla mnie samego jest człowiek, życie i świat.

Tarr powiedział przy jakiejś tam okazji, że nakręcił ten film gdyż nie mógł się pogodzić z tym, że człowiek musi umrzeć. A my możemy się zapytać: a co on sam zrobił, żeby jego postacie nie przypominały chodzących zombies? A takimi właśnie wydają się być woźnica i jego córka: pozbawieni jakiegokolwiek werbalnego porozumienia między sobą; ich psychologia jest zredukowana do zera, a zachowanie – do powtarzających się mechanicznie czynności, których monotonia jest przytłaczająca. Najwyraźniej pozbawieni są przy tym jakiejkolwiek duszy – ich psychika nie jest chyba bardziej skomplikowana, niż psychika konia, którego trzymają w stajni (więc ich życie sprowadziło się w końcu do nagiej zwierzęcej egzystencji).
A Tarr (w jednym z wywiadów) mówi: „ja opowiadam o życiu”. I dodaje: „Filmowe historie mają to do siebie, że chcą, abyśmy uwierzyli, że coś się dzieje. Ale przecież doskonale wiemy, że nic się nie dzieje. To tylko życie, które ciągnie się w niewyobrażalny sposób. Dzień za dniem. Ale przecież każdy dzień, pomimo swojej powtarzalności, przynosi nam coś nowego. Wie pan, co jest przeszywającego w upływie czasu? Że każdy kolejny dzień przybliża nas do śmierci.”
Jest w tym spojrzeniu na życie Tarra coś niebywale irytującego: jedyną nowością, jaką przynosi nam kolejny dzień, ma być według niego to, że jesteśmy o jeden dzień bliżej śmierci. Czyli życie to nic innego jak powolne umieranie. Brzmi to może efektownie, ale w istocie swej bzdurnie.
Do jakiego stopnia trzeba mieć mózg zatruty dekadencją, żeby coś takiego twierdzić? I skąd ta pewność, że czeka nas tylko mrok?
Przyznaję, że nihiliści zawsze mnie intrygowali, ale i nieźle przy tym drażnili, zwłaszcza, kiedy tak patrzyłem na to, jak kurczowo trzymali się życia, (które wg nich jest ponoć takie straszne, puste i bez sensu), a jeszcze bardziej kurczowo przywierali do swojego narcyzmu. Ciekaw jestem czy gotowi byli by utożsamić się ze słowami Nietzschego, który uczepiwszy się końskiej szyi tracił kontakt ze swoim rozumnym (?) życiem wołając: „jestem głupcem!”

* * *

Światło gaśnie tak, jak wygasł Bóg.

*

TAŃCZĄCY FILOZOF

Picasso, "La Danse des Faunes"

*

Radość tańca, cielesnej ekspresji…
Uczucie bliskie ekstazy, kiedy człowiek rozprasza nagromadzoną w nim energię i ma poczucie totalnej kontroli nad swoim ciałem.
Wszelkim egzystencjalnym lękom, melancholii i ciemnym filozofiom można przeciwstawić coś tak banalnego jak rockandrollowy szał, zwykły brake-dance czy też frenetyczną uciechę twista – ów moment, który znosi konieczność refleksji.
Jest tylko spazm radości, witalna werwa.
Ale to dreszcz i wesele nieznane żadnym Pascalom, Heglom, Kantom, Marksom, Heideggerom i Sartre’om.
Tam gdzie tryska życie, wystarczy pić go duszkiem.
Melancholia podsuwa nam tylko naparstek.

*  *  *

Zdania te napisałem ładnych parę lat temu i prawie o nich zapomniałem, kiedy oto nagle, sięgnąwszy po Nietzschego, natrafiłem na fragment, który mi je przypomniał: „Stracony niech będzie dla nas każdy dzień, w którym się bodaj raz nie zatańczyło”.
Te słowa z „Tako rzecze Zaratustra” mnie uderzyły, ale nie zdziwiły, bo przecież wiedziałem o gloryfikacji przez Nietzschego dionizyjskiego upojenia życiem.
Taniec boga świata Śiwy wykonuje sam Zaratustra, kiedy udaje mu się – jak pisze Rudiger Safranski w „Biografii myśli” filozofa – „przeniknąć tajemnicę gry jako podstawy bytu”.
Na krótko przed załamaniem, które przerwało (znane nam, dyskursywne) myślenie Nietzschego na zawsze (mimo że żył on jeszcze później przez 10 lat), kobieta, która wynajmowała mu pokój, słysząc śpiew profesora, tudzież inne dziwne dźwięki dobiegające zza ściany, zajrzała przez dziurkę od klucza i ujrzała, jak na środku pokoju… tańczy nagi Nietzsche.

*  *  *

Niedawno też, przez parę tygodni, towarzyszył mi także Pascal – poprzez swoje  „Myśli” i „Prowincjałki”, jak również dzięki biografii (znakomicie napisanej przez Jacquesa Attali).
Z jakże innej pozycji patrzył na świat (Kosmos i Boga) schorowany, wątły fizycznie i melancholijny do szpiku kości Błażej. Doprawdy trudno mi jest wyobrazić sobie tego filozofa w tanecznych pląsach.
Czy zagłębiając się w słowach i refleksjach Pascala odczuwałem coś w rodzaju wstydu za tę powyższą apoteozę (wydawać by się mogło przyziemnej) tanecznej euforii i gloryfikację élan vital? Chyba tak, ale problem pozostał: na ile charakter a nawet kondycja psycho-fizyczna filozofa wpływa na kreowany przez niego system? A jeśli dzieje się to w znacznym stopniu, to czy owo subiektywne „skażenie” nie znosi obiektywizmu tego systemu, indywidualizując go, a tym samym relatywizując? Ergo: czy możemy się na nim opierać w oderwaniu od biografii i cech osobowych jego twórcy?
Innymi słowy, czy np. ból zęba albo zwykłe zaparcie nie zmienia (czasem radykalnie) naszego oglądu świata i sądu o nim?
Oczywiście, że to co przed chwilą napisałem jest (celowo) trywialne. Lecz dotyka jednak czegoś istotnego i być może lepiej uświadamia nam kwestię niemożności oderwania się z myśleniem od naszego „tu i teraz”, od stanu w jakim znajduje się aktualnie nasz mózg i ciało. W tym kontekście przyjęcie jakiegokolwiek systemu stworzonego przez człowieka jako „jedynie prawdziwego”, niewątpliwego, ostatecznego… może się łączyć nie tylko z ludzką pychą ale i wydawać się śmieszne (w najlepszym zaś przypadku desperackie w obliczu zderzenia się z niemożnością poznania, którą człowiek zazwyczaj stara się przezwyciężyć imaginacją, mitem, wiarą…).

Zdaję sobie sprawę, że przeciwstawienie hedonistycznego impulsu bachanalii (z jednej strony) głębokiej refleksji o fundamentalnym znaczeniu egzystencjalnym (z drugiej) jest konfrontacją rzeczy niewspółmiernych, ale czy przez to usprawiedliwione jest ignorowanie owego impulsu i wrażenia chwili?
Dodajmy, że chodzi o chwile, o których przecież niekiedy mówi się, że stanowią najbardziej istotne momenty naszego życia („dla takich chwil warto żyć”).

Wyłania się przy tym również pytanie, czy powyższa opozycja nie jest aby zwykłym przeciwstawieniem optymizmu pesymizmowi? Wydaje się jednak, że nie, choć system Pascala uważa się za system na wskroś pesymistyczny.
Ale czy jedna (radosna) chwila może odpowiadać za przyjęcie (stworzenie) systemu na wskroś optymistycznego – tak jak jedna iluminacja (psychiczny wstrząs, osobista tragedia) potrafi zdeterminować światopogląd człowieka, który jej doświadczył?

Myśli Pascala są przejmujące, jego przenikliwość i wnikliwość miejscami porażająca. Podobnie sugestywność i mistrzostwo władania słowem. Jednak, kiedy czytam jego teksty, coś powstrzymuje mnie przed zupełnym zanurzeniem się w tym jego świecie – przed całkowitą akceptacją Pascalowej wizji. Może odpowiedzialny jest za to ów „metafizyczny skok”, jakiego dokonał filozof, rezygnując z racji (w tym i z logiki) podsuwanych mu przez jego genialny bez wątpienia umysł i poddając się radykalnie i  bezwarunkowo Pismu Św.  i Bogu… na dodatek tylko temu „jedynie prawdziwemu” Bogu chrześcijan?
A może również i to, że nie był on w stanie zabawić się z ludźmi na zwykłej wiejskiej zabawie, pobiesiadować z nimi przy dobrym winie i jadle, albo też z całego serca się uśmiać? ;)

*  *  *

FILOZOFIA ZRANIONEGO ZWIERZA

O LISTACH F. NIETZSCHEGO

*

*

Sięgając po listy Friedricha Nietzschego miałem nadzieję, że pozwolą mi one na głębsze poznanie tego niezwykłego człowieka, jak również na lepsze zrozumienie jego filozofii, która wydaje się być tak mocno związana z tragicznym życiem niepokornego wolnomyśliciela.
Czy tak się stało?

*

KOCHANA MAMO, DROGA SIOSTRO…

Uderzył mnie już pierwszy list, który napisał sześcioletni Frycek do swojej matki:

„Kochana mamo,
Chciałbym z tobą porozmawiać, ale nie jestem z tobą, więc muszę pisać do ciebie liścik. Bardzo się ucieszyłem z szarlotki, dziękuję za nią pięknie.
Myślę ciągle o Tobie i Elisabeth (siostra Nietzschego – przyp. LA), ale pisać już nie mogę, bo jestem zmęczony.
Twój wierny syn
Fritz Nietzsche.”

W tym skromnym dziecięcym liściku widzę antycypację tego, co stanowiło główny rys całego (świadomego) życia Nietzschego: jego oddalenie od ludzi i osamotnienie w świecie (przy jednoczesnej tęsknocie do obcowania z kimś bliskim), oraz ciągłe zmęczenie życiem (chorobą), często uniemożliwiające mu nie tylko pisanie, ale i normalną egzystencję.

Listy do matki i siostry pisał Nietzsche przez całe swoje życie. Bardzo często zawierały one podziękowanie za jakiś użyteczny drobiazg, kawałek garderoby, żywność… Miały więc charakter utylitarny. Były także utrzymane w tonie rodzinnym – Nietzschemu zależało na tym, by sprawić wrażenie oddanego brata i dobrego syna.
Skądinąd wiemy, że matka była wobec niego oschła, siostra zaś usiłowała nim manipulować. Nietzsche to widział i odczuwał, cały czas jednak zachowując swoją niezależność w myśleniu i czynach, ale – jak na ironię – po psychicznym załamaniu trafił na ponad 10 lat pod kuratelę, wpierw matki, a następnie siostry, która wykorzystała jego niemoc (a właściwie pozbawienie świadomości), by urobić jego spuściznę pod swoje dość prostackie tezy (dzięki czemu mógł się później na jego dziełach paść nazizm i antysemityzm.)

ECCE HOMO, CZYLI OSAMOTNIENIE I TORTURY

Następna niespodzianka, która czekała na mnie podczas lektury listów: najwięcej jest tych napisanych do jego przyjaciół, którzy wszak zmieniali się (z wyjątkiem bodajże wiernego Overbecka ). Może więc nie byli prawdziwymi przyjaciółmi? Jaka ogromna bije z nich potrzeba miłości i zrozumienia! Miłości, której Nietzsche był pozbawiony… (a może sam się jej pozbawił)?
Ile w tej uczuciowej prostracji było z wyboru, a ile z konieczności?
Jedno jest pewne: człowiek szczęśliwy, kochający (i kochany) nie stworzyłby tak nieludzkiej wizji odrzucającej w końcu miłosierdzie, współczucie, a w konsekwencji i samą miłość.

 

Jednakże uproszczeniem byłoby twierdzić, że „przewartościowanie wszystkich wartości”, którego chciał dokonać filozof (a była to de facto próba anihilacji tego, co dotychczas scalało pozytywnie ludzi i budowało ich kulturę), miało swoje źródło jedynie w jego mizantropii, czy też kondycji fizycznej.
Pół biedy byłoby w tym, gdyby Nietzsche zaczął nienawidzić człowieka w swoich górskich samotniach – na swój prywatny użytek (a raczej gwoli własnej mizerii). Kłopot dla Europy zaczął się wtedy, kiedy Nietzsche Mesjaszem chciał uczynić Zaratustrę, sam mianując się w końcu Antychrystem. (Już w tym momencie, w oczach zdecydowanych wrogów Nietzschego, kompromituje się całe jego myślenie.)

Jednakże myśl Nietzschego nie tylko przetrwała, ale i miała wielki wpływ na rozwój europejskiej kultury. Mało tego: jego koszmarne proroctwa spełniły się z nawiązką w następującym po nim wieku, co tylko potwierdziło jego przenikliwość i niemal jasnowidzące zdolności profetyczne:

„Na całej Ziemi wystąpią konwulsje, jakich jeszcze nie było – pojęcie polityki zniknie całkowicie w wojnie duchów, wszelkie wytwory wiedzy wylecą w powietrze, zaczną się wojny, jakich jeszcze nie było.”

Czy jednak, wobec tego wszystkiego, zadowolić dziś może kogokolwiek ta z pozoru oczywista konstatacja, że wszystkiemu winien wredny charakter Nietzschego, syfilis i związana z nim permanentna kondycja chorowitego zdechlaka, który zaczął roić sny o potędze i napawać się nadchodzącą Apokalipsą?
Nawet w konfrontacji z wyrażonym explicite zwierzeniem Nietzschego w liście do Overbecka, napisanym na rok przed kompletnym popadnięciem w obłęd?:

„Bywały ponure godziny, bywały dni i noce, kiedy nie wiedziałem już, jak żyć, i brała mnie czarna rozpacz, jakiej jeszcze dotąd nie zaznałem. Mimo to wiem, że nie mogę się wymknąć, ani w tył, ani w prawo, ani w lewo: nie mam żadnego wyboru. Tylko ta logika mnie powstrzymuje: patrząc ze wszystkich innych stron mój stan jest nie do wytrzymania i bolesny aż po torturę. (…) Nie należy teraz ode mnie oczekiwać ‚pięknych rzeczy’, tak jak nie można domagać się od cierpiącego głód zwierza, by z wdziękiem rozszarpywał zdobycz. Wieloletni brak naprawdę wspierającej i uzdrawiającej ludzkiej miłości, absurdalne osamotnienie, jakie ze sobą niesie to, że prawie każda pozostałość ze związku z człowiekiem staje się tylko źródłem ran; wszystko to jest jak najgorsze i ma tylko jedno uzasadnienie: że jest konieczne.”

Echo tego listu odnajdziemy we wspomnieniach Overbecka, który opisuje kilkakrotne odwiedziny Nietzschego, kiedy ten pogrążony był już w kompletnej apatii. Oto pisze on np.: „(Nietzsche) zrobił na mnie wrażenie zranionego śmiertelnie szlachetnego zwierzęcia, które ukryło się w jakimś zakątku, gdzie myśli już tylko dokonać żywota.”


Oczywiście, że czytając opisy choroby Nietzschego – tych niekończących się cierpień związanych z ostrymi bólami głowy, wymiotami, osłabieniem wzroku, paraliżem – może nas ogarnąć chrześcijańska litość nad nieszczęśnikiem, (którą nota bene sam Nietzsche tak wyszydził). Naturalnie, naszym ludzkim odruchem jest współczucie dla złamanego cierpieniem bliźniego.
Lecz pozostaje jeszcze jego myślenie – fant, z którym cała Europa musiała się jakoś uporać. Nie wystarczyło już bowiem wzruszenie ramion i skwitowanie tego wszystkim stwierdzeniem: to szaleniec!

Pisma Nietzschego wymierzone były w sam rdzeń chrześcijańskiej Europy z jawnym zamiarem, by ugodzić śmiertelnie jej (zakłamaną wg niego) duszę, rozwiać czadzące wszystkich złudzenia, obnażyć obłudę wszystkich instytucji – całej cywilizacji, która skrywała fundamentalne prawo natury o dominacji silniejszego nad słabszym, o świecie, w którym o wszystkim decyduje wola mocy, gdzie nie ma „zmiłuj”, i gdzie mamy do czynienia z moralnością panów i moralnością niewolników.
Nietzsche zatruł atmosferę zadowolonego z siebie filistra, uderzył w znarkotyzowane przez religijne opium masy, obnażył obłudę monarchów i włodarzy, pokazał palcem stęchłego ducha Starej Europy. Pierwszy zaczął wołać, że Titanic tonie, skupiając na sobie uwagę wszystkich.

ROZPOŁAWIANIE ŚWIATA

Czytając listy, pewne symptomy skrzywiającej się psychiki Nietzschego dają się zauważyć na wiele lat przed totalnym załamaniem, które spadło na niego zimą 1888 roku w Turynie. Była to głównie postępująca alienacja wobec najbliższego otoczenia, (której najbardziej dramatycznym przejawem było burzliwe i niezwykle bolesne dla Nietzschego zerwanie z Ryszardem Wagnerem); nadmierne poczucie własnej wyjątkowości przeradzające się w megalomanię, pozwalającą mu w końcu uznać się za „największego niemieckiego pisarza”:

„(…) moje stanowisko filozoficzne jest bez konkurencji najbardziej niezależne. (…) Współczesna Europa nie ma pojęcia, wokół jakich przerażających rozstrzygnięć obraca się cała moja istota i do jakiego koła problemów jestem przywiązany – i że wraz ze mną nadciąga katastrofa, której imię znam, ale nie wypowiem.”

Swojego „Zaratustrę” uznaje za „najgłębsze i najdonioślejsze wydarzenie – duszy, za pozwoleniem! – między dwoma tysiącleciami, drugim i trzecim”, zaś o innych swoich książkach pisze: „(…) dałem ‚nowym’ Niemcom najbogatsze, najbardziej przeżyte i najbardziej niezależne książki, jakie oni w ogóle mają, będąc zarazem osobiście kapitalnym wydarzeniem na terenie kryzysu o wartościach.”
Przewiduje, że swoim dziełem „rozbije dzieje ludzkości na dwie połowy” i wyznaje, że:
„(…) moje życie stoi przed gigantyczną decyzją i spoczywa na mnie odpowiedzialność, jakiej nie potrafię wyrazić (…) ‚Zaratustra’! Pierwsza książka całego tysiąclecia! w której zawarty został los ludzkości! (…) Gdy wyjdzie ‚Ecce Homo’, będę pierwszym wśród żywych.”

Psychologia rozpracowałaby tu na części pierwsze te mechanizmy, które powodowały Nietzschem. Zapewne po raz kolejny przekonalibyśmy się, jak proces kompensacji czyni z impotenta mocarza, a z poczucia niemocy – złudzenie wszechmocy; jak łatwo kompleks niższości przeradza się w manię wielkości… etc.
Czy jednak charakterologiczne wytłumaczenie, doszukiwanie się egoistycznych impulsów, wskazanie na psychologiczne (czy też nawet fizjologiczne) źródło takiej a nie innej myśli, myśl tę dezawuuje albo unieważnia?
Moim zdaniem nie.
Z każdą ideą, kiedy już się ona pojawi (a zwłaszcza z taką, która uzyskała już status przynależności do spuścizny europejskiej myśli filozoficznej), należy się zmierzyć bez stosowania argumentów ad personam, jakimi byłyby wszystkie te, odnoszące się do egoistycznych pobudek jej powstania, do jej genezy osobniczej.

UMARŁ BÓG, NIECH ŻYJE BÓG!

Nietzsche (rysunek Hansa Oldego)

Jak wiemy, Nietzsche obwieścił śmierć Boga. Czy jednak należy to rozumieć tak, że Bóg był ale umarł? Czy też, że nigdy Go nie było?
W sumie to nieważne dla kogoś, kto mierzy się z brakiem Boga w świecie, mimo że nigdy właściwie nie ogłosił siebie ateistą. Ten ostatni fakt intrygował mnie nieco do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że tym sposobem Nietzsche jakby zostawia otwartą furtkę dla jakiegoś bóstwa, którego sam (dość mgliście i nie do końca świadomie) oczekuje.
Sam Heidegger uznał Nietzschego za pierwszego europejskiego filozofa ery nowożytnej, który całkowicie zerwał z wszelką metafizyką. Mnie się to wydało zdumiewające, bo tak naprawdę Nietzsche miał temperament wielkiego mistyka, by nie napisać wizjonera (a jak mistycyzm może się obejść bez metafizyki?)
Nawet kiedy chciał się on dokopać do sedna Natury, zgłębić jej istotę – trafiając tam najczęściej na bezcelową i bezsensowną próżnię, pustkę i nicość, nie mógł się pogodzić z jej zimnem i bezdusznością, dlatego też jego poszukiwania wracały do niego samego, musiał więc jakoś im sprostać sam przyjmując postać bosko-ludzkiego Zaratustry.

Wszystko to nabrało konkretnego i widzialnego kształtu na kilka miesięcy przed załamaniem, kiedy Nietzsche zaczyna podpisywać swoje listy jako: Feniks, Cezar, Antychryst, Dionizos i Ukrzyżowany.

Rozbrajający (i nie pozbawiony pewnej poetyckiej zgrabności) list pisze wówczas do Cosimy Wagner:

„To przesąd, że jestem człowiekiem. Żyłem jednak sporo pośród ludzi i znam wszystko, co ludzie przeżyć mogą, od rzeczy najniższych po najwyższe. Wśród Hindusów byłem Buddą, w Grecji Dionizosem, Aleksander i Cezar to moje wcielenia, autor Szekspira, lord Byron, takoż. Na końcu byłem jeszcze Wolterem i Napoleonem, może też Richardem Wagnerem… Tym razem jednak przychodzę jako zwycięski Dionizos, który chce na ziemi uczynić święto… Nie mam zbyt wiele czasu… Niebiosa cieszą się, że tu jestem… Wisiałem też na krzyżu…”

Zaś do profesora Jakoba Burckharda z uniwersytetu w Bazylei (gdzie sam kiedyś piastował katedrę filologii klasycznej), zwraca się tak:

„Drogi Panie Profesorze,
ostatecznie o wiele bardziej wolałbym być bazylejskim profesorem niż Bogiem; nie odważyłem się jednak posunąć tak daleko osobistego egoizmu, by z tego powodu zaniedbać stwarzania świata.”

Wyszło na to, że Nietzsche samym sobą chciał zastąpić miejsce, które dotychczas zajmował Bóg.
A to możliwe jest tylko w szaleństwie.

DO DOSTOJNYCH POLAKÓW

Jako o pewnej ciekawostce można tu też wspomnieć o fantazjowaniu Nietzschego na temat swojego (domniemanego) polskiego pochodzenia. Podobno jednak faktem jest, że prapradziadek filozofa, Gotthelf Engelbert Nietzsche był synem polskiego szlachcica Nietzkiego (Niecki).
Peter Gast (kompozytor, długoletni przyjaciel Nietzschego) widzi w nim „polskiego szlachcica, który został w dziadku i ojcu zagłuszony przez teologów, a w Nietzschem ponownie wydostał się na światło dzienne.”

Franz Overbeck w swoich wspomnieniach o Nietzschem napisał jednak:
„Ja sam dość często bardzo sceptycznym uchem wysłuchiwałem powtarzanych po wielokroć opowieści Nietzschego na temat jego polskich przodków, których piętno nosił zresztą rzeczywiście w szerokiej budowie swej fizjonomii.”

Nietzsche lubił więc brylować w towarzystwie jako potomek polskiej szlachty, i schlebiało mu to, że był za takiego przez owo towarzystwo brany.
A my możemy się tylko lekko zadziwić, uświadamiając sobie, że były to czasy, kiedy polskie pochodzenie nikomu nie czyniło ujmy, a wprost przeciwnie – było powodem do chluby. Nawet jeśli było czymś urojonym.

Ten wątek odezwał się nawet w liście, który Nietzsche napisał dosłownie na kilka dni przed zapakowaniem go w kaftan bezpieczeństwa (jakim była szlafmyca właściciela pensji, którą przekupiono oszalałego filozofa, by bez stawiania oporu udał się wraz z Overbeckiem do pociągu mającego zawieść go do szpitala dla obłąkanych w Jenie):

„Do dostojnych Polaków
Należę do was, jestem jeszcze bardziej Polakiem niż Bogiem, chcę wam oddać cześć, tak jak cześć oddawać mogę… Żyję wśród was jako Matejko..
Ukrzyżowany”

DLACZEGO NIETZSCHE?

Rozumiem, że książka, którą właśnie przeczytałem jest zaledwie wyborem listów Nietzschego. W rzeczywistości jest ich bowiem znacznie więcej. Nie wszystkie zresztą są już odkryte i znane. Niemniej jednak wyłania się z owej selekcji obraz, który odbiega nieco od wyobrażenia, jakie mają o Nietzschem czytelnicy jego dzieł.
Wbrew przytoczonym tu już, raczej gwałtownym fragmentom, z całości wyłania się niejaka monotonia tematów, które Nietzsche porusza w listach do matki, siostry, znajomych, kolegów, wydawców… Ciągłe pisanie o pogodzie i swoim zdrowiu (a raczej jego braku), o nieustannej tułaczce – zmianie jednej pensji na inną (Nietzsche nie miał czegoś takiego jak „domu”, czy nawet „własnego kąta”), o kolejnych fiaskach związanych z publikacją jego pism, o coraz bardziej wykruszającym się gronie jego przyjaciół… etc. Z rzadka jedynie ujawnia się w tych listach intensywność i gęstość, jaką mają jego utwory literackie.

Możemy więc, nieco na chłodno, prześledzić curriculum vitae Nietzschego – jego wczesne (w wieku 24 lat!) objęcie profesury na Uniwersytecie w Bazylei; stopniową utratę zdrowia, która zmusiła go do porzucenia pracy pedagogicznej; ciągłej zmianie miejsca zamieszkania, wzmianki o powstawaniu kolejnych książek i próbach ich wydania; zabiegi o przyjaźń tych ludzi, którzy jeszcze zupełnie się od niego nie odsunęli, wreszcie ów nieszczęsny atak szaleństwa w Turynie, na którym właściwie skończyła się możliwość dyskursu z jego myślą.

Nietzsche ze swoim przyjacielem Paulem Rée oraz wielką zawiedzioną miłością Lou Salomé (z pejczem)

*

Mnie osobiście bardzo ujęło ożywienie, jakiego doświadczył Nietzsche kiedy w jego życiu – niczym jasna i ostra kometa – pojawiła się młoda Rosjanka Lou Salome. Wyglądało to tak, jakby w tego myśliciela wstąpiło nowe życie, witalny entuzjazm, skrajne podniecenie… aż do momentu, kiedy kobieta, w której się zakochał opuszcza go z jego własnym przyjacielem.
Nietzsche w jednym momencie gaśnie, wpada w ludzką, arcy-ludzką rozpacz, ponownie jego ciałem zawłaszcza choroba…

Mimo tych życiowych niepowodzeń, (które przecież wśród ludzi są na porządku dziennym), sporadycznych a nagłych zawirowań losu, życie Nietzschego, patrząc nań z zewnątrz, pozbawione było gwałtownych wydarzeń, jakiejkolwiek awanturniczości, zewu przygody… Wielki dramat rozgrywał się właściwie w jego ciele i umyśle – i jest czymś na wskroś fenomenalnym, że taka kameralna w sumie tragedia „jednego aktora”, potrafiła rozniecić żar wśród tak wielu myślących, poszukujących i czujących ludzi, może nawet wpłynąć na nadchodzącą właśnie epokę.

* * *
Wewnętrzne życie Nietzschego było jednym wielkim i niegasnącym pożarem, który wreszcie strawił sam siebie. Przejawiał się on choćby w skłonności do ekstremalnych doświadczeń ducha, w penetracji rejonów ludzkiej myśli, w które prawie nikt nie ośmielał się zapuszczać. Stąd te jego nerwowe spięcia, mózgowe wyładowania, błyskawice i burze.

Niech nas jednak nie zwiodą owe szaleńcze wyskoki, błądzenie konceptu i kipiel emocji, absurdalne stwierdzenia i jaskrawy – jakby się mogło wydawać – nonsens, który się wyłania w skomasowanych tu przeze mnie i wyłożonych cytatach.
Bowiem dzieło Nietzschego zawiera w sobie bez wątpienia fragmenty genialne i błyskotliwe, miejscami obdarzone jest niezmierzoną głębią i wstrząsającą przenikliwością. Gdyby tak nie było, to rzeczywiście uznać by go można za kolejnego – i tylko li – wariata.
Tak się jednak o Nietzschem nie mówi – i nie dzieje się to bez przyczyny: tej filozofii nie da się – ot tak, po prostu – przegnać z dworu dziedzictwa europejskiej myśli, jakkolwiek rozpaczliwa, desperacka, groźna i tragiczna mogłaby się ona wydawać.

* * *
Nie wiem, czy poznając głębiej Nietzschego, lepiej rozumiem jego filozofię, ale na pewno lepiej rozumiem go jako człowieka, który rozpaczliwie usiłował wypełnić pustkę…
Pustkę po kulturze, której się sprzeciwił i po Bogu, którego uśmiercił.
Czy jego obłędny los może stanowić dla nas jakąś naukę?
A może tylko przestrogę?

* * *

Taras Nietzschego w Nicei

*