PASJA OKRUCIEŃSTWA CZY ANATOMIA CIERPIENIA? (Więcej niż kino: „Pasja”)

Czy w obrazie torturowanego i ukrzyżowanego ciała Chrystusa można się doszukać sadomasochizmu? („Pasja”)

*

W przeszłości zdarzało się czasem, iż miałem wątpliwości, czy film jako artystyczne medium może się adekwatnie (i kompetentnie) zajmować każdym tematem, ważąc się na egzegezę czegoś co przechodzi ludzkie wyobrażenie (jak np. Holocaust), zrośnięte jest z mitem lub też wynika ze sfery sacrum (jak w przypadku religii).
Moim zdaniem wrzawa wokół filmu Gibsona wynikała właśnie z nieporozumienia co do kompetencji kina w tym względzie.

Jest to zresztą szerszy temat: na ile sztuka zdolna jest dotknąć i przekazać NIEWYPOWIEDZIALNE?

Niekiedy też mam wątpliwości: czy coś, co jest prawdziwie, głęboko i metafizycznie święte może być „zszargane” przez cokolwiek na tej ziemi (nie tylko przez takie niegroźne w sumie medium jak film)?
Albo też: czy jakiekolwiek dzieło sztuki, (wliczając w to film) jest w stanie oddać – i przekazać – dogłębne cierpienie, horror egzystencji czy mękę agonii?

Ja jednak odpowiadam sobie na oba te pytania: NIE.

Zanim jeszcze „Pasja” pojawiła się na ekranach, napisano już o niej wszystko. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek tak rozpisywano się i rozwodzono o jakimś filmie przed jego projekcją. Dominowały dwa wątki: rzekomy antysemityzm filmu (wynikający ponoć ze wskazania palcem przez Gibsona żydów jako sprawców śmierci Jezusa Chrystusa) oraz sposób zobrazowania okrucieństwa i przemocy na ekranie.

Pierwszym zarzutem w ogóle nie będę się zajmował, gdyż uważam go za bzdurny. Drugi jest według mnie poważniejszy, bo dotyka etycznej strony dzieła, podważa jego estetykę, może nawet kompromituje artyzm wizji jego twórców.
* * *

Czy kino dotknąć może sfery sacrum? (Monica Bellucci jako Maria Magdalena w filmie „Pasja”)

*

Jedno trzeba wszak reżyserowi przyznać: „Pasja” dotyka prawie każdego widza, nie sposób przejść obok niej obojętnie. Również od strony warsztatowej jest to chyba film wybitny. Lecz ja nie chciałbym wchodzić do kuchennego atelier, podglądać rzemieślników kina. Są to dla mnie w tym przypadku sprawy drugorzędne. Chcę się natomiast wypowiedzieć na temat czegoś, co wydaje mi się o wiele ważniejsze. Mianowicie: interesuje mnie racja zaistnienia, intencje i etyczne przesłanie filmu. Jakie było rzeczywiste źródło inspiracji Mela Gibsona? Co spowodowało, że ten wyczynowiec hollywoodzkiego ekranu porwał się na taki temat, jak Pasja Jezusa Chrystusa. Jakie jest moralne uzasadnienie tego epatowania nas ekstremalnym okrucieństwem przez dwie godziny projekcji?

Otóż nie jest ono dla mnie jasne.

Po pierwsze: nie przekonał mnie tzw. „realizm”, czy tez „naturalizm” scen ukazujących mękę Chrystusa i niewiarygodnie sadystyczne znęcanie się nad nim oprawców-sadystów. Jezus był w takich momentach człowiekiem, a żadna żywa istota nie wytrzymałaby setnej części podobnych katuszy. Jest to po prostu niemożliwe z fizjologicznego, czy też medycznego punktu widzenia. Poza tym w scenach tych za dużo było moim zdaniem „kina”: ta sikająca krew, plastyczne rozszarpywanie ciała, zwolnione tempo, werble i muzyczny patos; zbyt hollywoodzkie (mimo wszystko) kostiumy…
Po drugie: nie jestem pewien, czy skoncentrowanie się tylko na męczeńskiej śmierci Nazareńczyka oddaje sprawiedliwość Jego życiowej nauce, głoszącej przede wszystkim miłość, dobroć, braterstwo, łagodność i przebaczenie. Bowiem to właśnie jest dla mnie istotą i esencją chrześcijaństwa: wszystko, co wzmacnia człowieczą wiarę (nie tylko w Boga ale i właśnie w człowieka) oraz nadzieję; jak również: afirmacja życia i miłości.
Miłosierdzie i Zbawienie wreszcie.

Po co? Dlaczego?

A nie cierpiętnicze korzenie się w marności, bliskie masochizmu „umartwianie się”, rózgi flagelantów, włosiennice, leżenie krzyżem… i tym podobna martyrologia fundowana samemu sobie. Owszem, to również silnie przeniknęło do chrześcijaństwa (zwłaszcza w katolicyzmie), co nawet zmusiło kiedyś Petera Greenaway’a do stwierdzenia: „Jego (tzn. chrześcijaństwa) najsilniejszym, wszechobecnym symbolem jest zadziwiający, sadomasochistyczny obraz torturowanego i ukrzyżowanego ciała Chrystusa”.
Ja osobiście się z tą tradycją nie identyfikuję, więc już choćby tylko z tego powodu nie mogę się uważać za bezkrytycznego kibica ostatniego dzieła Gibsona – człowieka, którego skądinąd darzę znaczną sympatią.

Jest taka prosta zasada: czego za dużo, to się szybko przejada. Nawet przemoc obojętnieje, jeśli jest permanentna i wszechobecna. To już nawet zahacza o filmowy warsztat: brak umiaru w środkach po jakimś czasie nas przytępia. Przez nieodpowiednie dozowanie przemocy dezorientuje się nasze poczucie napięcia, przestajemy w końcu na nią reagować. Czasem jeden policzek na ekranie odczuwamy bardziej boleśnie, niż niekończące się rozszarpywanie całego ciała na strzępy przez psychopatyczne pół-głowe harpie, na jakie ucharakteryzowano aktorów grających rzymskich siepaczy.
* * *

Naturalnie film wzruszył mnie w kilku momentach, lecz bardziej miało to u mnie konotacje psychologiczne – związane raczej z zakodowaną we mnie tradycją, z religią, w której byłem wychowany, niż obrazową plastyką cielesnych tortur, jakim poddawano na ekranie odtwarzającego postać Chrystusa Jima Caviezela.

Wreszcie – film wydał mi się mało kompleksowy. Jeden zarzut już wymieniłem: zagubienie rzeczywistego przesłania nauki Jezusa. Wynikało to również z ciągłych powtórzeń i treściowej monotematyczności scenopisu. Dzięki temu moje najmocniejsze odczucie po projekcji Gibsonowej Pasji było takie: wielko-formatowy clip zdominowany przez obrazy tortur, sadyzmu i okrucieństwa.
Trudno by tu o jakiekolwiek doświadczenie natury religijnej.

Moim zdaniem o wiele bardziej złożonym i wyzywającym myślowo (choć też i bardziej kontrowersyjnym) był inny film zajmujący się postacią Jezusa sprzed kilkunastu lat, a mianowicie „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese.
Mimo tych wszystkich zastrzeżeń uważam, iż obraz Mela Gibsona warto było obejrzeć. Być może burza wokół niego była zbytnio rozdmuchana, lecz myślę, że film zasługuje na bliższą uwagę.
W końcu dla wielu ludzi był on jednak obrazem poruszającym, a dla niektórych nawet wręcz wstrząsającym przeżyciem. Cóż, każdy z nas ma inną świadomość, inną wrażliwość, inny bagaż doświadczeń…

No i jeszcze prawo do własnej opinii.
* * *

Z Pasji robi się kino: wielko-formatowy clip zdominowany przez obrazy tortur, sadyzmu i okrucieństwa.

*

ŻAŁOBA I TEATR

*
*
*  *  *
Czy gdybym mieszkał w kraju i oglądałbym za oknem to wszystko, co dzieje się obecnie na placach i ulicach Polski, to myślałbym tak samo jak teraz, kiedy od fizyczności tego wszystkiego dzieli mnie Ocean?
Nie wiem.
Lecz, tak sobie myślę, że pewnie nie poddałbym się jednak całej tej zbiorowej histerii, która ludzki gest solidarności i współczucia zamieniła w jedno wielkie narodowe żałobne teatrum.
(Zastanawiałem się nad słowem „histeria”… czy aby nie jest ono jakąś obrazą ludzkiego odruchu, pochopną diagnozą społecznego zachowania Polaków. Ale nie… po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak – w kontekście tego, co się wydarzyło/dzieje – mogę takiego słowa użyć, bo jest ono do tego wszystkiego adekwatne.)
*

REZERWA

*
Mimo niemal programowego założenia, iż na moim blogu nie będę zajmował się polityką ani komentował aktualnych wydarzeń; i mimo pierwszego odruchu, by tę tragedię przeżyć prywatnie – sam ze sobą na sam i z najbliższymi mi ludźmi – nie mogłem się jednak oprzeć wewnętrznej potrzebie, aby w jakiś sposób bardziej „zewnętrzny” wyrazić to, co się działo z moimi uczuciami i myślami (a co wcale nie musi być od razu jakimś ekshibicjonizmem).
Zrazu sądziłem, że najlepiej – i w pewnym sensie najdyskretniej – odda to poezja i muzyka (stąd Czesław Miłosz i „Symfonia Pieśni Żałosnych” Henryka Góreckiego).
To jednak okazało się za mało, więc w następnym wpisie zawarłem kilka ogólniejszych myśli, które stanowiły niejako odbicie dominujących wątków – refleksji, jakie zajęły moją uwagę po tej tragedii.
Cały czas wszak starałem się powstrzymywać od wyrażania swoich komentarzy wprost – odnosząc je do tego konkretnego wydarzenia. Nie chciałem się poddać tej presji określania własnego stanowiska, ustawiania się po tej, a nie innej stronie, przybierania takiej a nie innej pozy… co było jednak odruchem gremialnym.
Jednakże teraz, kiedy już opadł nieco żałobny pył, trumny większości ofiar katastrofy zniknęły w kryptach i grobowcach, odczuwam pewną potrzebę wyrażenia (i uporządkowania) myśli, które – bardziej lub mniej gwałtownie – kołatały się ostatnio w mojej głowie.
*

MARTYROLOGICZNY SKANDAL

*
Nie jest to żadnym urojeniem, iż rzeczywiście przez setki lat, my, Polacy, dostawaliśmy cięgi z każdej możliwej strony – i to od prawie wszystkich naszych sąsiadów. Tym oto sposobem Historia wtłoczyła w nas syndrom ofiary. To właśnie dlatego w XIX wieku ogłosiliśmy się – na mocno wzburzonej romantycznej fali (tudzież bardzo nośnej paranoi towiańszczyzny) – „Chrystusem narodów”, umęczoną ofiarą Europy, Mesjaszem, którego cierpienie ma przynieść zbawienie nie tylko narodowi polskiemu, ale i innym uciemiężonym nacjom.
W paradygmat ten wpisywały się kolejne, następujące po sobie, tragiczne dla Polski wydarzenia: powstańcze klęski, zsyłki na Sybir, hitlerowska okupacja, Katyń, obozy masowej zagłady (zarówno nazistowskie, jak i komunistyczne), a zwłaszcza Powstanie Warszawskie, które stało się źródłem największych chyba kontrowersji – polem, gdzie kultywowano i eksploatowano martyrologiczny mit (którego, moim zdaniem, najbardziej skandalicznym i bezmyślnym aspektem była gloryfikacja ofiary, jaką stały się w tym powstaniu walczące dzieci).
Ów cierpiętniczy rys jest oczywiście blisko spokrewniony z podobnym rysem chakterystycznym dla samego Chrześcijaństwa (a może nawet od niego w prostej linii się wywodzi), w którym męczeńska śmierć Chrystusa stanowi jeden z centralnych motywów religijnej wiary. Istotną rolę w tym kontekście odgrywa również obecny w Kościele katolickim kult świętych – męczenników, jak również sama symbolika krzyża . Nic dziwnego, że w takiej aurze, również i ten, spowodowany najprawdopodobniej przez warunki atmosferyczne wypadek we mgle, podciąga się pod ofiarno-cierpiętniczy mistycyzm – znak niebios, kolejny symbol męczeństwa i narodowej ofiary złożonej przez Polaków na „nieludzkiej” ziemi.
A z tym trzeba się raczej obchodzić ostrożnie.
Myślę, że warto przytoczyć tutaj słowa Wojciecha Eichelbergera, który przestrzegał, że „nie należy interpretować tego, co się stało w magiczny sposób, że to po to się stało byśmy zmądrzeli. Stało się coś bardzo złego i coś bardzo głupiego, a przez to jeszcze bardziej tragicznego. Nasza zbiorowa polska świadomość próbuje uciec w to, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego o randze dziejowej, religijnej, historycznej. To nieodpowiedzialne, emocjonalne odruchy ludzi, którzy powinni bardziej uważać na słowa, bo takie słowa potem wpadają w taką zbiorową świadomość i żyją w niej bardzo długo, dając potem owoce zupełnie niezamierzone (…)”
Widząc te morza żałobne i ogarnięte smutkiem twarze nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest w tym również jakaś domieszka… narodowego (ale i osobniczego) narcyzmu. W tej powszechnej solidarności rekoncyliacyjnej tłumy ludzi znajdowały pociechę i komfort, co zbliżało niektórych do stanu, w którym był pewien odcień… przyjemności.
Wiem, że podobne stwierdzenie wydać się może obrazoburcze i zabrzmieć w tych okolicznościach jak dysonans, ale zwróćmy uwagę, że jeśli chodzi o chrześcijańską ikonografię i rytuał, to w gorzkich żalach dość często możemy wyczuć jakąś szczyptę słodyczy (nie bez przyczyny, na wielu religijnych obrazach, trudno jest na obliczu męczennika odróżnić grymas bólu od spazmu rozkoszy).
Może właśnie dlatego, tak – w rzeczy samej, choć przewrotnie – lubimy ten nasz żałobny ceremoniał? A samą śmierć zaczynamy (dość bezwiednie) uznawać za coś „pięknego”? (Proszę się nie oburzać, takie stwierdzenia, że w śmierci tych ofiar jest coś „pięknego” również do mnie dotarły.)
Mimo, iż mam świadomość tych psychologicznych mechanizmów, to jednak w zdumienie wprowadziły mnie także słowa, które przeczytałem na stronie mojej dawnej szkolnej koleżanki (posiadającej nota bene wykształcenie filologiczne): „Kogo Bóg darzy wielką miłością, w kim pokłada wielkie nadzieje, na tego zsyła wielkie cierpienie, doświadcza go nieszczęściem. Dziś Polska cierpi….”
Można z tego wnioskować, że Boża miłość do człowieka jest tym większa, im większe ten Bóg zsyła na człowieka cierpienie, ból i nieszczęście.
Niepojęte… (przynajmniej dla mnie).
*

TO CO NAJWAŻNIEJSZE…

*
Naprawdę nie chcę tu być źle zrozumiany. Ani tym bardziej posądzony o jakąś…. nieczułość, oschłą analizę, brak empatii, czy też przemądrzałość …
Nie, to nie tak.
Ten wypadek przeżyłem chyba najmocniej z wszystkich katastrof, jakich byłem świadkiem w swoim życiu (no… może na równi z atakiem na nowojorskie wieże WTC, który dla większości ludzi zamieszkujących Stany Zjednoczone był wielkim wstrząsem).
Tyle że, zamiast poddać się zbiorowemu amokowi ekshibicjonistycznej żałoby, starałem się dać sobie z tym radę w inny sposób: poddając właśnie racjonalnej analizie zarówno to, co się stało, jak i same ludzkie reakcje (a zwłaszcza reakcje moich rodaków).
Najbardziej bolało mnie wtedy, kiedy uświadamiałem sobie, jak wielkie cierpienie spowodowały te nagłe śmierci wśród rodzin ludzi, którzy zginęli (dotyczy to również przyjaciół i osób im najbliższych). Ich ból jest najgłębszy i najbardziej prawdziwy. Ta rozpacz nie zna hierarchii, politycznych rankingów, partyjnej czy też narodowej przynależności – jest dogłębnie ludzka, bezwarunkowa…
Reszta z nas powinna zachować się (także w swojej żałobie) godnie – tak, jak przystało ludziom dojrzałym, ale i… powściągliwym. To wydawało mi się najważniejsze, to należało uszanować. Zamiast żałobnej pompy, stosowniej byłoby we wszystkim zachować bardziej rekolekcyjny, stonowany charakter.
Niestety, tak się nie stało. I to co widziałem zbyt często wpędzało mnie w zażenowanie.
*

DLACZEGO LAMENT?

*
Zadajmy sobie to pytanie: skąd tak naprawdę się wzięły te lamenty Polaków nad trumnami ludzi praktycznie im obcych, znanych im co najwyżej z telewizji, doniesień prasowych, widzianych zazwyczaj z oddali… ?
Nie mówię oczywiście o rodzinach i ludziach bliskich tym, którzy zginęli.
Zauważmy (a to jest bardzo wymowne i symptomatyczne), że nikt z rodzin zmarłych nie wziął właściwie udziału w tych najbardziej spektakularnych narodowych żalach, które miały miejsce praktycznie w każdym większym polskim mieście. (Mam tu na uwadze to, co działo się przez cały tydzień w kraju przed właściwymi ceremoniami pogrzebowymi w sobotę (Warszawa) i w niedzielę (Kraków).
Dlaczego?
Bo po prostu nie byli oni do tego zdolni. W swej prawdziwej żałobie wycofali się w swoją prywatność, wgłąb swojego bólu. Na pewno nie chcieliby tego swojego autentycznego cierpienia demonstrować na zewnątrz (tak jak robili to masowo inni, obcy im ludzie).
Dlaczego?
Być może dlatego, że miałoby to w sobie coś z… profanacji głębi i prawdziwości tego, co przeżywali; być może stanowiłoby pewien gwałt na ich intymności (bo prawdziwe cierpienie jest na wskroś intymne).
A cała reszta?
A cała reszta miała w tych demonstracjach jakiś „interes”: religijny, światopoglądowy, psychologiczny, państwowy, oficjalny, partyjny, historyczny, medialny, symboliczny, kościelny, socjologiczny… etc.
(Zanim się na to stwierdzenie oburzymy, zastanówmy się, czy aby jednak nie jest to prawdą?)
*

PODDANI

*
Moim zdaniem to, jak zareagowało polskie społeczeństwo na tę katastrofę, wcale nie świadczy o jego jedności. Bardziej o podporządkowaniu własnej mentalności instytucjom (państwowym i religijnym) – uleganiu presji tego, co zwierzchnie. Także o podatności na swego rodzaju emocjonalną infekcję. Również o bezwiednym poddawaniu się medialnemu „nakręcaniu”. Wbrew temu co Polacy sądzą sami o swojej niezależności i tzw. „umiłowaniu” wolności, wykazali się tutaj (po raz kolejny zresztą) mentalnością poddanego.
To poddaństwo przejawia się na kilka różnych sposobów.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest to, że większość polskiego społeczeństwa to katolicy, których, jakby nie było, przynależność do Kościoła obliguje do uznania jego zwierzchnictwa… przynajmniej w kwestiach wiary, czy też „duchowości” (a ta, w podobnych przypadkach jak ten, ma przecież kluczowe znaczenie, bo dotyka sedna egzystencji, sensu życia, śmierci i cierpienia).
Ponadto, sama wiara katolicka funkcjonuje w przestrzeni mocno zhierarchizowanej, spaternalizowanej. (Nie tylko Bóg jest „ojcem”, ale także i księża zakonnicy, nie wspominając o tzw. kościelnych „hierarchach”. Również sam Jezus uznawany jest za „pasterza”, który wskazuje drogę swojej trzodzie złożonej z wymagających ciągłej opieki owieczek.)
Lecz Polacy okazują się również „z ducha” poddanymi świeckimi, co potwierdza tworzące się in statu nascendi (wprost na naszych oczach) mit i legenda prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
I raczej nie są świadomi tego, że to, co czynią (ewokują), jest jeszcze jedną odmianą kultu jednostki, przemieszanym na dodatek z kultem ofiary.
*

WAWEL

*
Legitymizacją (i mitem założycielskim) tej nowo powstającej legendy ma być umieszczenie zwłok Prezydenta w najbardziej sakralnej dla narodu polskiego nekropolis, jaką jest Katedra na Wawelu.
Pochopna, i jak się okazało nieopatrzna decyzja władz kościelnych (na którą wyraziła zgodę rodzina zmarłej pary prezydenckiej) zburzyła nawet to kruche przekonanie o tym, że naród polski potrafi się jednoczyć dopiero nad trumnami. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie – trupy dzielą Polaków równie skutecznie, jak i żywi.
Walka o Wawel jest symptomatyczna dla społecznego konfliktu jaki istnieje między Polską liberalną, świecką i laicką (bardziej zwróconą ku przyszłości), a wyznaniową, konserwatywną, „tradycyjną”, (dla której niezwykle ważna jest przeszłość).
Jednak zagorzali przeciwnicy obecności sarkofagu Kaczyńskich na Wawelu nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że, paradoksalnie, podobnie jak i ich katoliccy adwersarze, poddają się irracjonalnemu w swojej istocie myśleniu „magicznemu”, dla którego bardzo ważna jest symbolika, relikwie i sakralizacja (czemu właśnie dają wyraz swoim protestem). Obie więc strony są jakby siebie warte i – zamiast zachować nad trumnami spokój i ciszę – nad owymi trumnami nieprzystojnie hałasują.
Kościół, zawłaszczając niejako ciało zmarłego Prezydenta, chce również zawłaszczyć nie tylko „przestrzeń duchową” i symboliczną Polaków (jest to więc element walki światopoglądowej), ale i – w pewnym sensie – „narodową pamięć”, która jednak w równym stopniu polega na pamiętaniu, jak i na zapominaniu (traktując przeszłość życzeniowo i instrumentalnie, segregując i wybierając to, co akurat wzmacnia taką a nie inną historyczną wizję).
Nota bene, to właśnie batalia o monopol „moralnego prawa” do Katynia, a także obrany przez poszczególne partie odmienne kursy polityki „historycznej”, przyczyniły się pośrednio do katastrofy samolotowej pod Smoleńskiem (ponieważ, gdyby nie było tego podziału, zaplanowano by jedną uroczystość upamiętniającą ofiary zbrodni katyńskiej, a nie uroczystości dwie – z których ta druga, tak nieoczekiwanie, zamieniła się w jeszcze jedną tragedię i hołd dla następnej setki ludzi, jaka zginęła w tym „przeklętym” miejscu).
*

ROZCHWIANIE, czyli jak Kaczyński stał się człowiekiem (świętym?)

*
Uderzyło mnie to, jak często ludzie powtarzali, że nagle, po tym wypadku, Prezydent (jak również inni, którzy zginęli) stał się dla nich kimś „niezwykle bliskim”.
Czy to nie dziwne?
Kiedy Lech Kaczyński był żywym człowiekiem, to tego jego człowieczeństwa nie dostrzegali? Przypomnijmy sobie, jak często zamiast tego nazywany był „kaczorem” a nawet „kartoflem” (nie wykluczone, że również przez nas samych, albo przez nasze rodziny).
Czyli co? Nagle stał się człowiekiem?! Dopiero teraz, kiedy go już właściwie nie ma? (Bo chyba jednak nieporozumieniem byłoby, gdybyśmy te zmasakrowane kawałki ludzkiego ciała jakie zamknięto w trumnie i wożono na tych absurdalnych armatnich lawetach ciągnionych przez jakieś koszmarne hammery, utożsamiali z osobą Lecha Kaczyńskiego).
Ale Lech Kaczyński po swojej śmierci stał się nie tylko człowiekiem… On stał się już niemal kimś świętym – uosobieniem Dobra i wszelkich możliwych cnót, (wśród których, jak mantrę, powtarza się zwłaszcza słowo „patriotyzm”).
Czy to jest hipokryzja? (A to słowo również słyszałem bardzo często.)
Niekiedy tak, ale jeśli chodzi o zdecydowaną większość przypadków, to jednak nie. Moim zdaniem, bardziej adekwatnym określeniem niż hipokryzja, byłoby tu słowo niezrównoważenie.
No właśnie… Wszyscy zachwycają się tą nagłą „jednością” społeczeństwa polskiego. Ja niestety widzę to bardziej jako… rozchwianie (bo mam na uwadze również to, jak się to społeczeństwo polskie zachowywało tuż przed tą żałobą, a także i podejrzenie tego, jak się będzie ono zachowywać, kiedy już nad naszym krajem rozwieją się te wszystkie czarne chmury i kir nieco wyblaknie.)
Uważam, że sposób w jaki zareagowała spora część Polaków na to wydarzenie, świadczy jednak o słabej odporności psychicznej, i – co tu kryć – pewnej emocjonalnej i psychicznej niedojrzałości.
Powtarzam – reakcja rodzin jest dla mnie czymś niezwykle przejmującym, godnym szacunku, empatii i zrozumienia. Lecz jeśli ktoś spoza bliskiego kręgu rodziny i przyjaciół ofiar reaguje w ten sam sposób, albo nawet – co przecież zdarzało się w skali niemal masowej – jeszcze bardziej dramatycznie (manifestując to na dodatek urbi et orbi), to jest to wg mnie nie tylko przesada, ale i przejaw jakiejś społecznej neurozy (by nie napisać psychozy).
*

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI

*
Byłbym głupcem, gdybym nie dostrzegał rzeczywistej skali tego – bezprecedensowego jednak – wypadku (tak, jak dostrzeżono to na całym świecie). Lecz nie przesadzajmy. Jeśli chodzi o demokratyczne struktury państwa, to nie zostały one naruszone. Polsce nie grozi żadna zagłada, czy kolejna niewola, ani nawet zamieszki (nie wspominając już o spełnieniu się złowieszczych przepowiedni Nostradamusa).
Naturalnie, żywego człowieka – jego unikalności i wyjątkowości – nie jesteśmy w stanie niczym zastąpić. Natomiast jego funkcję – tak. Czyli państwo będzie funkcjonować zupełnie podobnie, jak do tej pory.
Jak najbardziej rozumiem potrzebę poczucia bliskości drugiego człowieka, to dążenie do przebywania w podobnie odczuwającym tłumie wtedy, kiedy dzieje się coś, co sprawia nam ból, kiedy się czegoś boimy…
Ale żeby od razu skupiać się w takie żałobne masy?
Moim zdaniem nie można porównywać śmierci Prezydenta Kaczyńskiego ze śmiercią Jana Pawła II. To nie jest jednak ten sam wymiar. Dla mnie przeżycie śmierci Papieża miało w sobie coś z mistycyzmu. Teraz odczuwałem to inaczej – w proporcjach bardziej ludzkich i przyziemnych.
Dawne solidaryzowanie się Polaków wokół tragicznych wydarzeń w naszej historii jest zrozumiałe (w kontekście historycznym właśnie). Wzmacniało bowiem – w czasach utraconej suwerenności – poczucie narodowej tożsamości, dzięki czemu plemienne przetrwanie pod polskim sztandarem zwiększało swoje szanse. Teraz jednak sytuacja jest inna. Polska powinna się stać państwem nowoczesnym, otwartym na przyszłość i nie dyskryminującym nikogo, ze względu na jego poglądy i opinie. Krajem, w którym nie można deklarować „jedynie słusznego” światopoglądu.
*

KATHARSIS?

*
Każdy sobie zadaje pytanie: co będzie dalej? Czy cokolwiek w naszym kraju się zmieni? Czy przestaniemy obrzucać się obelgami, błotem, wyzwiskami?
Czy naród polski przeżył właśnie oczyszczające go katharsis?
Wątpię, choć naprawdę bardzo chciałbym się mylić.
Obawiam się, że trauma ta jeszcze bardziej wzmocni polskie kompleksy i jeszcze wyraźniej zarysują się podziały, jakie istnieją już od dawna w polskim społeczeństwie. Jeszcze usilniej będzie się przekonywać o własnej nieomylności – o tym że racja leży właśnie po tej, a nie po innej stronie; jeszcze mocniej będą chciały się utwierdzić monopole na prawdę.
Ale są to tylko obawy. Jak będzie naprawdę?… Już wkrótce powinniśmy się o tym przekonać.
*  *  *
*

KRZYŻ

INRI

„Ukrzyżowanie” (Michał Anioł)

*

Uprzedzam, że poruszony tu zostaje temat kontrowersyjny. Jeśli więc dla kogoś sprawy wiary nie podlegają dyskusji, to osobie takiej czytania tego tekstu nie rekomenduję. Stanowi go wymiana opinii miedzy mną a Telemachem, jaka wywiązała się w komentarzach pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”.

*

Telemach: Drogi Logosie, dziwię się.
Dziwię się bo zdanie:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest jednak najważniejszym symbolem, i właśnie dlatego wykorzystuje się go tak często do „artystycznych” prowokacji.” zawiera zawirowanie logiczne, z którym nie mogę sobie poradzić.
Uważam mianowicie, że w dyskusji o krzyżu jako symbolu umyka nam jeden istotny aspekt. Wybór krzyża jako symbolu religii opartej na miłości i miłosierdziu jest sam w sobie prowokacją. Otóż – jakbyśmy na to nie patrzyli – wybór narzędzia kaźni jako skrótu wizualnego myślowego jest megaprowokacją. Szczególnie jeśli uwzględnimy, że znakiem pierwotnych chrześcijan był symbol ryby. Nie wiem w czyjej głowie zrodził się ten pomysł. Nie wiem również co uczyniliby chrześcijanie gdyby Chrystusa – co mimo iż szokujące jest teoretycznie możliwe – skazano na śmierć przez powieszenie. Czy klasy szkolne zdobiłyby obecnie symbole szubienicy? I co powiedzielibyśmy gdyby wierni należący do jakiejś nowoczesnej sekty wybrali sobie jako symbol wizerunek krzesła elektrycznego bądź komory gazowej?
Nie jest tak łatwo z tymi symbolami. A jeśli chodzi o „obrazę uczuć religijnych” to nasze poglądy pokrywają się. Z zastrzeżeniem, że uczucia jako takie się nie obrażają. Skłonni jesteśmy do personifikacji emocji zakładając ich tożsamość a nawet uniwersalność. Tak nie jest. Nie można obrazić uczuć religijnych. Można odczuwać osobisty dyskomfort wynikający z konkluzji że nasze, osobiste uczucia zostały skonfrontowane z czymś trudnym dla nas do zaakceptowania. A to nie to samo.

 

Ja: Telemachu, no cóż… zadziwienie już nas chyba nigdy nie opuści – choćby przy tworzeniu pytań na zadane odpowiedzi.
Powiedz mi jednak, co Cię tak naprawdę „zawirowuje” w moich zdaniach?
Oto pierwsze:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest (jednak) najważniejszym symbolem”.
Drugie:
„Właśnie dlatego (…) wykorzystuje się go (krzyż) tak często do artystycznych prowokacji”.
A może tu chodzi o ten łącznik „właśnie dlatego” ?

Twój wywód jest rzeczywiście bardzo sugestywny, i jak zwykle świetnie i elegancko napisany, a jednak pozwolę sobie zwrócić na coś uwagę.
Moim zdaniem, Twoje szokujące asocjacje (krzyż – szubienica – krzesło elektryczne) nabierają logicznego znaczenia tylko dlatego, że – jak mi się wydaje – błędnie odczytujesz znaczenie symbolu, mylisz też symbol ze znakiem.
Bowiem symbol, w odróżnieniu od archetypu, (który jest czymś pierwotnym, rdzennym) jest czymś umownym. Ludzie zastępują symbolem rzecz konkretną, przy czym ów symbol wcale nie musi odnosić się do rzeczywistych znaczeń, funkcji i samej istoty tej rzeczy, a nabiera takiego znaczenia, jakie jest potrzebne tworzącym go ludziom. (Np. kaganek symbolizujący oświatę.) Czyli, w pewnym sensie, zaczyna on żyć własnym życiem w przestrzeni mitologicznej, a nie konkretnej, dosłownej, utylitarnej.
Symbol krzyża jest tak mocno wpisany w naszą, liczącą już dwa tysiące lat, cywilizację, że nikt go już nie kojarzy (przepraszam za to mało adekwatne słowo „kojarzy”) z narzędziami egzekucji.
Krzyż był takim narzędziem w momencie, kiedy przybijano doń Jezusa, ale kiedy zaistniał w religijnej świadomości (mitologicznej) – stał się już zupełnie czymś innym.
Czym?
Pozwól że zacytuję kogoś bardzo kompetentnego w tej sprawie, a mianowicie samego papieża Benedykta XVI, który powiedział (w związku zresztą z „ukrzyżowaną żabą”): „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego, zdaniem papieża, ta ukrzyżowana żaba „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (czyli po prostu ludzi, dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)
Jeśli tak jest (a rzeczywiście ludzie we Włoszech, gdzie wystawiono żabę, oburzeni byli bardzo – nie obyło się nawet bez strajku głodowego), to moim zdaniem chrześcijanie ci swój symbol rozumieją bardzo płytko – bo kojarzą go (utożsamiają jakby) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle…
I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?!
Dlaczego myślący ludzie nie mogą dostrzec tego, że jest to po prostu absurdalne?
Z tego też względu uważam, że papież raczej nie powinien się wypowiadać w tak inkwizytorskim tonie o tej nieszczęsnej żabie. Robiąc coś podobnego, może jedynie nadwyrężać i podkopywać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).
PS. And by the way: czy nie sądzisz, że jednak bardziej poprawnie zabrzmiałoby zdanie: „Symbolem pierwotnych chrześcijan był znak ryby” ?

Krucyfiks – sztylet. (Pochodzące z XVII wielu kuriozum znajduje się w zbiorach muzeum Pałacu Inwalidów w Paryżu. Zdjęcie własne)

Telemach: Zawirowanie logiczne (zważ, że nie użyłem słowa „błąd”) wynika dla mnie z kontekstu wypowiedzianego zdania, nie zaś z jego treści.
Kilka uwag wstępnych:
Każdy symbol, również symbol krzyża, kiedyś zaczął tym symbolem być (nawet biblijni ortodoksi nie wpadną na pomysł aby nadać mu naturę wieczną i ponadczasową).
Ty interpretujesz znaczenie symboli, mnie interesuje o wiele więcej moment w którym one się takimi stają, proces tego stawania sie. Bo jest to moment fascynujący, pozwalający lepiej zrozumieć naszą mentalną przeszłość. Zrozumienie to jest dla mnie osobiście wytrychem do naszej (mentalnej) teraźniejszości. Chyba zgodzisz się ze mną, że świat wierzeń i związane z nim mitologia i symbolika nie są stanami lecz dynamicznymi procesami. Nieprawdaż? A jednak mamy skłonność do postrzegania naszej percepcji symboli i mitów jako statycznych stanów. Odzwierciedla to Twe zdanie:
„W świecie chrześcijańskim krzyż JEST najważniejszym symbolem”.
Dla mnie jest fascynujące jak do tego doszło że się takim stał. Po części nawet został uczyniony, po części nakazany. Świat chrześcijański nie był i nie jest jednolity, (za krzyże koptyjskie i ortodoksyjne palono na stosie i ekskomunikowano). Szczerze mówiąc mam trudności z ustaleniem kogo konkretnie masz na myśli mówiąc „świat chrześcijański”. Nie to jednak jest dla mnie najważniejsze.
A co do zawirowań? Ja po prostu chciałem zwrócić uwagę, że na początku długiej drogi – od narzędzia kaźni do symbolu wiary – mamy do czynienia z wyborem, który z dzisiejszego punktu widzenia jest prowokacją. Archetypy funkcjonują w głowach i potrzebują czasu aby się w nich zagnieździć. Z tego wynika dla mnie, że pierwsi Chrześcijanie nie mogli kierować się naszymi archetypicznie uwarunkowanymi emocjami i wyobrażeniami. Te są odległym skutkiem ich decyzji, decyzji podjętej w momencie gdy było to jeszcze narzędzie kaźni. Gdy zatem widzę obecne oburzenie, nie mogę się powstrzymać nad refleksją jak szybko tracimy z oczu paradoksy, by zadowolić się analizą stanu nie będącego niczym innym, jak jedynie jedną klatką lecącego od dwóch godzin filmu.
PS. Ze znakiem ryby masz naturalnie rację. Przepraszam za językowe niechlujstwo. Ukłony
 

Ja: Telemachu, odnosząc się do Twoich dywagacji co do zasadności wyboru „narzędzia kaźni” jako znaku (a później i symbolu) Chrześcijaństwa – z którymi nota bene w głównych zrębach się zgadzam – zaryzykuję i poddam tu symbol krzyża pewnej psychologiczno-znaczeniowej dekonstrukcji (bynajmniej nie dlatego, że czuję się dekonstrukcjonistą… wprost przeciwnie).
Oczywiście będzie to bardziej osobiste niż uniwersalne, tudzież ograniczone moim dyletantyzmem. Niektórym zaś wydać się może wręcz herezją (skoro jednak stosy już nie płoną, to czuję się raczej bezpiecznie). Jeszcze raz zaznaczam, że  jest to tylko i wyłącznie moje… czyli nader subiektywne odczucie, ignorujące niejako obecne funkcjonowanie tego symbolu w świadomości religijnej ludzi wierzących.

* * *
Muszę przyznać, że uznanie krzyża za „symbol miłości bożej” (jak to określił sam Benedykt XVI) wydaje mi się czymś absurdalnym. Podobnie można by było – idąc za Twoją sugestią o przypadkowym wyborze sposobu egzekucji Chrystusa – za taki symbol „miłości bożej” uznać szubienicę czy choćby elektryczne krzesło, (a to byłoby już zupełnie czymś groteskowym). Lecz moje skojarzenia związane z krzyżem odnoszą się nie tylko do jego utylitarnej funkcji (narzędzie egzekucji), ale i do obecnego w religii chrześcijańskiej motywu sado-masochistycznego, jaki przejawia się m.in. w uznaniu tego, że „człowiek narodził się po to, by cierpieć” (jak to kiedyś określił sam Jan Paweł II), któremu to stwierdzeniu sprzeciwia się nie tylko całe moje serce, ale i logika, gdyż nie mogę pojąć, jaki to „dobry Ojciec – Stwórca” powoływałby do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały!
Przyznaję, że obecne w religii chrześcijńskiej cierpiętnictwo, martyrologia, (od)ruchy flagelacyjne, skłonność do masochistycznej ekspiacji… wszystko to zawsze wywoływało moją awersję. (Dla jasności: wychowałem się w rodzinie katolickiej, więc ten sposób myślenia miał w sobie również coś z dywersji.)

Zastanawiam się jednak, skąd rzeczywiście wzięło się to, że krzyż (narzędzie kaźni) stał się najważniejszym symbolem Chrześcijaństwa? Chodzi mi o jego źródło najgłębsze – archetypiczne, rdzeniowe, antropologiczne.
Myślę, że wiąże się to wszechobecną i ponadczasową trwogą człowieka przed śmiercią i cierpieniem, które jednak jest obecne w każdym żywym stworzeniu na świecie. Człowiek, zderzając się z tym wszech-cierpieniem oraz z własnym pojęciem o Bogu jako Stwórcy wszystkiego, dążył do tego, aby ten strach przezwyciężyć (m.in. poprzez składanie krwawych ofiar).
Chrześcijaństwo poszło swoją drogą – i to znacznie dalej. Dążąc do zbliżenia z Bogiem, musiało sobie jakoś dać radę z tym dysonansem (miłość dobrego Stwórcy do ludzi konfrontowana z jednoczesnym skazywaniem ich na cierpienie), więc uciekło się do rewolucyjnej prowokacji kulturowej, dość akrobatycznej zresztą: Bóg zniża się do ludzkiego poziomu, schodzi do ludzi, sam staje się człowiekiem, a takim może się stać tylko wtedy, jeśli odczuje egzystencjalną esencję ludzkiej (nie)doli – czyli strach, cierpienie i osamotnienie (przejmujące: „Eli Eli lama sabachthani?” umierającego na krzyżu Chrystusa).
Tak więc, czyż właśnie krzyż nie nadawał się do tego celu najlepiej? (Zważmy, że nadal krzyż jest synonimem bólu i cierpienia.)
Są jeszcze także przyczyny i przesłanki dalsze (oraz drugorzędne), które okazały się przydatne później, w czasach, kiedy chrześcijaństwo dokonywało swojej ekspansji w świat (np. podobieństwo krzyża do miecza). Także: prostota, dostępność, „poręczność”, zalety „architektoniczne”… etc.
Krzyż z czasem „obrósł” w setki nowych znaczeń, ujawnił się jako wielowątkowe „medium” kulturowe – zapuścił korzenie, odcisnął się w głowach, wypalił w sercach, a dla niektórych stał się nawet (za Teilhardem de Chardinem) krzyżem „kosmicznym”.

* * *

„Christ of St. John of the Cross” (Salvador Dali)

 *

„Pasja” (reż. Mel Gibson)

 *