MOJA ZIEMIA ULRO

*

„Ziemia Ulro” to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę (literackość?) Podobną właściwość ma np. czytanie Biblii (jakkolwiek pretensjonalnie by to zabrzmiało). Innymi słowy: to jest trafienie w sam rdzeń – znów niestety powiewa patosem, ale cóż mam na to poradzić, nie pisać tego? –  mojej egzystencji. Mam nieodparte uczucie,  że Miłosz, dzięki swojej wielkiej władzy nad słowem, wyraża niejako mnie samego. Czyli dotyka tych samych rozdarć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka.

Napisać, że jest to konflikt miedzy Wiedzą a Wiarą – toż byłoby to śmiesznie łatwe, może nawet trywialne. Ale nie. Tak nie można. Bo błąkanie się po Ziemi Ulro to nie jest taka sobie wycieczka znudzonego turysty, który nie wie, czy bardziej pociąga go Cywilizacja, czy Natura; tudzież: bardziej boi się Cywilizacji czy Natury? Refleks tego co JEST w ciemnym zwierciadle i rozjaśnione słońce Wyobraźni, która obleka świat niebieskim płaszczem naszych Złudzeń? Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem –  to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival. Ach – marzy Miłosz? – być tak do końca ateistą. Ale też marzenie o czymś skrajnie przeciwnym: wierzyć w Boga bez wątpienia – być pewnym tego, że On jest (i że jest przy tym Dobry), jak 2 plus 2 równa się 4.

A zamiast tego?: „Zupełny pesymizm i zarazem zachwyt, hymn ekstatyczny”, zdolność do ludzkiej rozkoszy, radość, śmiech, humor… i z drugiej strony: błądzenie nad krawędzią nicości, wyrażanie siebie na granicy krzyku.

Czy jednak w tej nienawiści do Ziemi Ulro nie ma też i miłości? Być na nią skazanym – czyż w tym gorzkim i cierpkim horrendum nie ma także słodyczy? Może za szczęście i rozkosz wcale nie trzeba płacić przerażeniem, bólem i cierpieniem, gdyż są to tylko dwie strony tego samego medalu, tej samej monety, którą gramy z naszym istnieniem – groszem, którym wkupiliśmy się w życie na świecie, gdzie czekały na nas piękne i bestie, anioły i potwory, ukojenie i strach, Matka Teresa i kaci? Czy nie kochamy Ziemi Ulro właśnie dlatego, że jesteśmy także w stanie ją znienawidzić?

Poza Ziemią Ulro jest być może wszystko, ale dla nas nie ma tam chyba nic.

*  *  *

(zdjęcie własne)

CUDA TWOJE I MOJE

„Zadziwienie” (Playa de Carmen, Jukatan, Meksyk)

 

I.

Zadziwiony wszystkim co dookoła mnie
w dziwnym i cudownym spektaklu się mieni
od wschodu do zachodu słońca
także i w mroku co tajemnicą kuszącą tchnie
w noc kochanków przemienione drżenia
rozkoszy, która spazmem chwyta ten jeden sens
zagubienia w tak rozszumiałej i rozdygotanej dżungli
zmysłów zamkniętych w ciele pełnym
ciemnej i jasnej materii

Wszelkie odcienie szarości i barwy
rozszalałe na firmamencie nieba i ziemi
okrytej gęstą siatką życia wciskającego się
w każdą piędź ziemi i betonu z rozlaną plamą
ropy i rozległym brudnym kalejdoskopem śmietniska

To miasto udaje świetlistą katedrę a jest tylko
sztucznym ludowiskiem pełnym kominów
banków, spiżarni, latryn i kościołów
z wysuniętymi ku niebu czułkami wież

A jednak cuda nie tylko się zdarzają
ale i płyną nieustannym strumieniem
w moich żyłach i nerwach drżących
ciągłym podnieceniem, gdy tak patrzę i czuję
jak kaskadą spływa na moje ramiona, barki
i głowę… cała ta lekkość i cały ten ciężar
małych i dużych niesamowitości

 

„Krzątająca się pszczoła” (Mt. Rainier, stan Waszyngton, USA)

 

II.

Weźmy taki wschód słońca, któremu wszak daleko jeszcze
do zachodu – tego morza krwawej czerwieni
albo pszczołę opętaną zapachem nektaru i lepką
od słodyczy upychanej w każdy plaster miodu

Weźmy lekką mgiełkę i ulewny deszcz,
szum wiatru, pisk kurczęcia lub odgłos pioruna
pajęczynę srebrną z kosmosem pająka
czekającego na zbłąkaną muchę
A także szkliste oko sarny, pomruk niedźwiedzia
wydrę z nosem zadartym do góry i bobra
machającego ogonem przy obgryzaniu drzewa

Czy to nie cud taka tęcza na przykład?
Albo cud jeszcze większy – chłopiec na plaży
z zadartą do góry głową i z oczami
utkwionymi w cudowne spektrum barw
– w ten wielki spektakl na niebie
pełen chmur skłębionych, rozświetlonych,
łapiących ostatnie promienie słońca
które kładą się gdzieś na dnie naszej duszy
uciekając przed nadchodzącą burzą

III.

Czyż nie jest to zdumiewające
jak mocno lgniemy
do materii, którą skądinąd mamy
za śmiertelnego wroga?

Jakże miły naszemu oku jest ten błysk
– ów refleks na krawędzi szafiru, opalu czy złota.
Srebrne łańcuchy, pyszne branzolety
jasny kryształ z wyrżniętymi zeń dłońmi
albo jedwab gładki niczym skóra niemowlęcia

Zachwycamy się kamieniem
rozświetlonym jak klejnot w górskim potoku
igraszkami porannego słońca.

Jest „gwiaździsty dyjament” Norwida
bajecznie kolorowe jajo Fabergé
niezwykłe desenie marmuru z Carrary
granit, którego abstrakcji
nie powstydziłby się sam malarz Pollock…
Stalowy, świetlisty ptak Brancusi’ego
i zwykły gliniany garnek Picassa
(nie wspominając już o boskiej Piecie
równie boskiego Michała Anioła)

IV.

Kto mówi, że nie ma cudów?
A czy on sam nie jest cudem
mimo, że nazywa siebie tylko
… workiem na stare kości?
Czy cudem nie jesteś Ty sam (albo sama)
– mimo, że czasem wstydzisz się spojrzeć
w lustro, albo zajrzeć wgłąb swego wnętrza?

Czy nie jest cudowne to, że zdołałaś (zdołałeś)
przeczytać ten wiersz do końca
i zrozumieć cokolwiek z tego co tu napisałem?
A może nawet poczuć to, co i ja poczułem?
I zamienić to w elegię, sonet, rapsod, poemat…
Albo zwykły żart, który na moment rozbudzi
Twoje niewątpliwe poczucie humoru?
Hm…

*  *  *

 

„Iluminacja na pustyni” (Białe Piaski, Nowy Meksyk, USA)

*

„Pajęczy mikrokosmos” (Park Narodowy Lodowców, Montana, USA)

 *

Kamienie w strumieniu igrają ze słońcem (Góry Skaliste, Kanada)

Wielki spektakl na niebie (zachód słońca nad rezerwatem Nawahów, Arizona, USA)

*

Uśmiech.
Czym byłoby życie bez uśmiechu?
Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego – uważamy go za coś zwykłego.
A przecież śmiech jest czymś cudownym.
Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię…
Rozjaśnia mroki egzystencji.

Świat bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.

* * *

 
 © ZDJĘCIA  AUTORA 

Ilustrujące tekst fotografie pochodzą z następujących zbiorów:

– chłopiec na plaży   ( MEKSYK: JUKATAN )

– pszczoła na kwiatku   (  MT. RAINIER LATEM  )

– człowiek na piasku   (  WHITE SANDS )

– pajęczyna w lesie i kamyczki w strumieniu   (  WATERTONE – GLACIER

– chmury na niebie   (  GDZIE SŁOŃCE WSCHODZI I KĘDY ZAPADA )

– uśmiechy   (  LUDZIE INDIILUDZIE NEPALU,  LUDZIE JAMAJKI,  LUDZIE PERU  )