SERCE, MÓZG I TESTOSTERON (co się plecie w kajecie – zapiski VI)

*

*

Wydaje mi się, że filozofia w pewnym czasie – zaczęło się to chyba w Oświeceniu, czyli, jak na ironię, w epoce stawiającej na pierwszym miejscu rozum – z nauczycielki starającej się objaśniać świat, zaczęła się przemieniać w służkę asystującą jedynie rozwojowi ludzkiej cywilizacji pod względem społecznym, politycznym, technologicznym.
Trzeba przyznać, że filozofia z czasem coraz bardziej traciła swój prestiż – coraz mniej ludzi brało ją „na poważnie” (nie bez znaczenia były tu kompromitacje w rodzaju Sartre’a, o Marksie nie wspominając). Wygląda na to, że filozofowie z awangardy przeszli do ogona. Zawsze są spóźnieni teraz ze swoimi diagnozami wobec pędzących czasów – rozpaczliwie starają się zrozumieć i opanować jakimiś regułkami to, co się już stało.

greydot

W filozofach pociągała mnie ich twórczość, jeśli miała walor literacki. Bardziej interesowali mnie oni jako ludzie, którzy parali się swoim życiem, niż tacy, którzy byliby zdolni odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania. Owszem, dzięki nim wnikliwiej można było patrzeć na świat, ale musiało się też pilnować, by nie poddać się ich kuszącym sugestiom, wizjom i interpretacjom (bo mogliby niejako skraść człowiekowi duszę).
W końcu dotarło do mnie to, że siłą rzeczy każdy filozof, którego myśl starałem się poznać, zamknięty był nie tylko w swoim umyśle, ale i determinowany własnym charakterem. Był ponadto ograniczony swoim czasem i epoką. Jego „prawda” wcale musi być więc naszą prawdą – i najczęściej nie jest.

greydot

Widziałem wczoraj monodram “Ecce Homo” oparty na biografii Fryderyka Nietzschego. Filozof ten wraca do mnie systematycznie i falowo. Teraz się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje? Może w mojej młodości odkryłem w nim podkłady buntu, które drzemały i we mnie samym? To pragnienie – impuls – przewartościowania wszystkiego w co kazano mi wierzyć, co narzucało mi wychowanie, religia, tradycja? Tkwiło we mnie już wówczas podejrzenie, że wszelkie wartości są jednak względne – że zostały stworzone i przyjęte przez człowieka, a nie narzucone nam z jakiejś metafizycznej góry, jak utrzymują niemal wszystkie religie świata, co jest zresztą łatwo zrozumiałe, jako że wszelkie dekalogi i kodeksy – zbiory fundamentalnych zasad normujących ludzkie zachowania – potrzebowały zawsze jakiejś nadrzędnej sankcji, sakralnego uwierzytelnienia… przynajmniej do czasów Kartezjusza. Nawet z ateistycznego (a raczej obojętnego wobec kwestii istnienia Boga) Buddy niektórzy wyznawcy jego nauk zrobili bożka.

greydot

Na pewno fascynował mnie też obłęd Nietzschego. To było jakby echo mojego własnego lęku przed szaleństwem, które przecież drzemie w każdym człowieku.
Dalej: aforystyka myśli Nietzschego. To był pisarz o wielkim talencie literackim (podobnie jak Schopenhauer). Dysponował myślami, które mogły uderzyć w człowieka jak grom. Był przy tym wszystkim poetą – stąd wizyjność jego tekstów. Jednakże poezja to muza zdradliwa. Potrafi zapędzić wyobraźnię człowieka na manowce, omamić narkotycznie myśli. Nie jest też ona dobrą doradczynią filozofa, od którego – po kartezjańsku – oczekujemy jednak pewnej trzeźwości myślenia i logiki.
Nietzsche to również wielki prowokator, z tym że prowokacja nie była jego celem. Raczej wynikała z tego, że tworzony przez niego system stawiał na głowie wiele z uznawanych dotychczas wartości, może nawet osuwał się w nihilizm.
Całą swoją siłę Nietzsche zawdzięczał pasji, która go zresztą w końcu spaliła. Intensywność jego tekstów wynikała z napięcia między sprzecznościami, które go rozrywały.
Wydaje mi się, iż w rzeczywistości był człowiekiem dobrego serca, którego własne konstrukcje filozoficzne zaprowadziły w jakieś nieludzkie sfery bezwzględności i bezlitosności. Fizyczny słabeusz i chorobliwiec stał się piewcą mocy, impotent wyskoczył z ideą nadczłowieka… etc. Czy można to jednak skwitować potrzebą kompensacji? A może to tylko kliniczny przykład tego, jak z kompleksów niższości wyrasta mania wielkości?

greydot

Najżywszy, związany z Nietzschem obraz jaki we mnie utkwił, to moment, od którego zaczęło się jego psychiczne załamanie. Pięknie i przejmująco opisał go Herling-Grudziński w swoim “Dzienniku pisanym nocą”. Na turyńskiej ulicy Nietzsche widzi jak pijany woźnica okłada batem konia. W porywie litości dla zwierzęcia Fryderyk rzuca się ze łzami na szyję konia, by go obronić przed przemocą i okrucieństwem.

greydot

W najwyższym ataku szaleństwa Nietzsche utożsamiał się na przemian z Dionizosem, (za którym stała zwierzęca siła życia) i Chrystusem (człowiekiem litościwym, przebaczającym i cierpiącym) – podpisując się raz jako Dionizos to znów jako Ukrzyżowany. Potem nastąpiło 10 lat milczenia – zapadnięcie się w chorobę psychiczną, od której wyzwoliła go dopiero śmierć.
Nietzsche poniósł klęskę, ale był na nią przecież skazany. Obłęd bywa karą za usiłowanie ogarnięcia całej złożoności świata myślą, zrozumienia wszystkiego… A to jest przecież niemożliwe, bowiem ludzki umysł jest ograniczony –  nigdy nie pojmie Tajemnicy Wszechświata; nigdy nie uzyska odpowiedzi na podstawowe egzystencjalne pytania: skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy – które, mimo uczynienia z nich banału, nadal odnoszą się do nieprzejrzanej istoty sensu człowieczeństwa.
W przypadku Nietzschego stało się też to, przed czym przestrzegał Oscar Wilde: “Kto sięga pod powierzchnię świata i zjawisk, ten czyni to na własną odpowiedzialność”. Ponadto, chciał zburzyć to, co jednak stanowiło fundament europejskiej cywilizacji chrześcijańskieja tym samym ukształtowało jego samego. To musiało się skończyć katastrofą.

Jaka prawda powaliła w końcu tego wielkiego małego człowieka? Co wzięło nad nim górę? Umarł w nim pogański bóg zwierzęcej witalności, pozostał Ukrzyżowany – dola człowiecza, przed którą nie było dla niego ucieczki.

greydot

(Z listu do W.)
Drogi W., o szaleństwie to ja mógłbym długo, bo ten temat kiedyś mnie bardzo interesował (przeczytałem wtedy m.in. całego Kępińskiego), a i teraz intryguje i na swój sposób przyciąga. Sam się bowiem swego czasu o coś podobnego otarłem (…) Lecz temat szaleństwa jest także ciekawy z innej przyczyny. Wiele mówi o samej naturze człowieka, o jego kulturze, popędach, psychice… Ktoś powiedział (bodajże Freud, może Jung?), że jak się patrzy na szpital wariatów, to można odnieść wrażenie jakby się patrzyło na zwykłe społeczeństwo, tyle że przez szkło powiększające. To jest prawda – szaleniec to wydanie człowieka w wersji psychicznie ekstremalnej, czyli bardziej wyrazistej, kolorowej, pierwotnej…

Myślę, że nie doceniamy roli szaleństwa w rozwoju ludzkości. A to przecież niemal kliniczni szaleńcy i maniacy (tak by ich dzisiaj zapewne zdiagnozowała współczesna psychiatria) w dużej mierze wyznaczali bieg naszej historii, wpływali w sposób znaczący na kulturę… Dość wspomnieć z jednej strony Chrystusa, z drugiej – Hitlera; z jednej strony był Św. Franciszek, z drugiej – Napoleon; był Budda, Gandhi  – był Henryk VIII, Dżingis Han… etc. (Przy czym muszę się tutaj zastrzec, że nie mam zamiaru przez to w jakimkolwiek stopniu dyskredytować tych ludzi. Oni tak mocno wyryli się w naszą kulturę i cywilizację  – jako depozytariusze pewnych symboli, wzorców, postaw i wartości – że każdy z nas, chcąc nie chcąc, musi się wobec nich określić.)
Piszesz, że często to sam chciałbyś być szalony. Ale chyba sam nie wiesz co piszesz. Ja się obawiałem szaleństwa jako psychicznego pomieszania, które by oznaczało śmierć mojej osobowości. Gdyż bardziej widzę obłęd, jako tragiczną degradację człowieczeństwa, odbywającą się niekiedy w sposób wręcz horrendalny. Właśnie… szaleństwo bardzo często przynosi ze sobą bezbrzeżne cierpienie. Tego sobie nie można wyobrazić… właśnie dlatego ludzie „tracą zmysły”… bo już nie mogą znieść bólu, który rzeczywiście staje się nie do zniesienia. Obłęd jest wtedy jakby samoobroną organizmu przed fizjologiczną katastrofą i kompletnym załamaniem – bo takiej intensywności już nie mogą przetrwać neurony, receptory, przekaźniki… czy co tam jeszcze.
Co natomiast w życiu się przydaje, to odrobina szaleństwa. Na swój sposób to nawet sama miłość jest pewną formą obłędu, pociągając za sobą pewną niepoczytalność. Życie bez tej przyprawy szaleństwa byłoby nudne niewymownie, a bez miłości nie warto byłoby żyć.

W., stwierdzając, że „…mnie tam Nietzsche specjalnie nie zaskoczył – ot następny filozof, który pokosztował życia jakim ono naprawdę jest i trochę na ten temat napisał. Myślę że intelektualiści to trochę jak onaniści – delektują się obrazem a zapominają, że życie się toczy i ciekawsze sprawy zdarzają się ‚naprawdę’…” nie zauważasz, że w jednym zdaniu zaprzeczasz temu, co piszesz w następnym. Że niby Nietzsche zakosztował życia jakie ono jest, a zaraz potem, że intelektualistom prawdziwe życie przechodzi koło nosa.
Moim zdaniem więcej prawdy jest w tym drugim stwierdzeniu. Przeintelektualizowanie często idzie w parze z jakimś mentalnym onanizmem – ci ludzie po prostu nadużywają intelektu, zamiast spróbować tego, co mogą dostarczyć im zmysły w konkretnym i rzeczowym świecie… i oto mamy przerost teorii nad życiową praktyką.
Byłoby wiele racji w tym, jeśli stwierdzilibyśmy, że filozofia często wynika z niemożności życia przez człowieka pełnią życia (tzn. z grubsza: filozof nie wie jak żyć, więc filozofuje, wbrew sentencji ukutej bodajże przez Hobbesa: „primum vivere, deinde philosophari„). Ale to jest jednak spore uproszczenie. Równie dobrze można by wskazać – jako źródło filozofowania – zadziwienie i zaciekawienie światem, dociekliwość, pęd do wiedzy i skłonność do analizy… no i może nawet „umiłowanie mądrości” (bądź co bądź, to właśnie etymologicznie oznacza słowo filo-sophia.)

Jeśli zaś chodzi o Nietzschego, to moim zdaniem było właśnie odwrotnie jak piszesz: ten biedak wszystkie dramaty rozgrywał w swojej głowie. Jestem prawie pewien, że gdyby skonsumował seksualnie tę swoją Salome, w której się platonicznie – a do tego na zabój – kochał, to odbiłoby się to dramatycznie na jego poglądach i może nawet Hitler et consortes nie mieliby się do niego po co odwoływać, opiewając wolę mocy i kult silniejszego, a nihilistycznym guru nadczłowieczeństwa zostałby kto inny.
Nietzsche miał niesamowity umysł, ale okazał się też być wielkim naiwniakiem z tymi swoimi zaratustrami i zmierzchami bogów… Nie da się ukryć, że zapędził się ze swoją megalomanią i fantazjami w jakiś groteskowy kozi róg i skończył jako katatonik.
A ta jego dysząca nienawiść do chrześcijaństwa to przecież kliniczne, zaślepione pieniactwo. Co za mędrzec! Potrafił pożałować biednego konika, ale parę milionów ludzi to by chętnie posłał do piekła (niespełna pół wieku po nim znaleźli się tacy, którzy to uczynili naprawdę).
Tak, tak… człowiek to dziwne zwierzę…
Wspaniałe i żałosne zarazem.
A Nietzschego to na przemian kocham i nie znoszę; widzę w nim zrazu głupca, to znów mędrca; człowieka słabego, to znów tytana odwagi i pełnego poświęcenia dla swojej myśli… Strasznie paradoksalny to był człowiek – tak, jak paradoksalna jest ludzka egzystencja i jak niepewne budowanie przez nas wizji świata – właściwie na „piasku” naszych iluzji, przypuszczeń, ignorancji, dociekań i złudzeń.

greydot

Nadajemy tak wielkie znaczenie wolności ponieważ – tak naprawdę – w głębi odczuwamy, że jednak człowiek tej wolności w rzeczywistości nie posiada. Już w chwili naszego poczęcia skazani zostaliśmy na niewolę bytu. Jednak człowiek stał się człowiekiem dopiero wtedy, kiedy zaświtała mu w głowie koncepcja wolnej woli.
Wolność więc to największy paradoks istnienia człowieka – i ów paradoks jest zarazem esencją człowieczeństwa.

greydot

Nie jesteśmy w stanie stworzyć żadnego obrazu świata w oderwaniu od naszego w nim umiejscowienia. Opisujemy więc świat tylko tym, czym dysponujemy – w naszej świadomości, która jest przecież mocno ograniczona. Jest to tak oczywiste… Dlaczego więc mamy pretensje, by dotrzeć do prawdy o tym świecie? Nigdy nie będzie to możliwe.
Trudno jest żyć z podobną świadomością, gdyż wiąże się to z niemożnością poznania sensu istnienia czegokolwiek. Dlatego sami próbujemy nadać sens naszemu życiu – i jeśli czujemy się wolni, to uznajemy, że to życie ma właśnie taki sens, jaki mu sami nadajemy.

greydot

Kiedy boli nas ząb to wydaje się nam, jakby cały świat składał się z bólu zęba – ta myśl, (którą zapisał bodajże Rochefoucauld) powinna nas nauczyć pewnej pokory w postrzeganiu świata. Ale nie nauczy ponieważ każdemu z nas wydaje się, ze stanowi centrum wszechrzeczy – że jest pępkiem Wszechświata.

greydot

Człowiek w swojej pysze i megalomanii ubzdurał sobie, że może stworzyć (odkryć?) system filozoficzny opisujący Wszystko.
Ale co to jest Wszystko? “Wszystko” mógłby ogarnąć tylko Bóg.
Takie holistyczne zapędy świadczą więc o tym, że człowiek rości sobie pretensje do bycia Bogiem. I oto jest dowód choroby umysłowej “największych” filozofów (czyli takich, którzy stworzyli własne systemy filozoficzne, stanowiące w ich mniemaniu wartość ultymatywną rozumu – będące ostatecznym wyjaśnieniem Wszechświata).

greydot

Między cierpieniem i udręką, a radością i ekstazą rozciąga się doświadczenie ludzkiego życia. Nie można więc zdać się na filozofię człowieka, który tylko cierpi (np. Pascal), tak samo, jak tego, który jest spokojny i szczęśliwy (czy jednak możliwe jest znalezienie kogoś takiego  – choćby wśród stoików i buddystów?) Nawet najuczciwszy z nich będzie tylko opisywał samego siebie – i tylko to, co się mu wydaje.

greydot

Udręką jest posiadanie wybitnej inteligencji przez ludzi bez charakteru – wyraźnej osobowości. Pozbawiony kotwicy umysł miota się w oceanie myśli, rozpaczliwie chwytając się wszelkich dryfujących kłód, a nawet i brzytew (bynajmniej nie Okhama).

greydot

Czy brak charakteru też można uznać za charakter?

greydot

Człowiek na tej ziemi nie może dotrzeć do prawd fundamentalnych (jeżeli takowe w ogóle istnieją). Przerasta to jego możliwości. Stąd wynika konieczność poddania się złudzeniom.
Nadzieja nie jest jednak jeszcze jedną formą złudzenia. Nie bez przyczyny zawsze wiąże się ona z wiarą – a im bliżej jest wiary, tym mniej wydaje się człowiekowi złudzeniem.

Mistycyzm jest ludzką desperacją, by przezwyciężyć niemożność kontaktu z Bogiem – ekstatyczną determinacją kogoś, kogo nie może zadowolić zwykła wiara w istnienie Boga.
Jest swego rodzaju tryumfem natury człowieka to, że potrafi on poprzez mistycyzm osiągnąć pewność. A może pewność to tylko kolejne złudzenie? Tym razem złudzenie doprowadzone do ekstremum? Jednakże, taką wątpliwość może wyrazić tylko sceptyk.

greydot

Z czasem pozbywałem się swego bałwochwalczego stosunku do wybitnych intelektów. Może dlatego, że w końcu zrozumiałem, iż jest on w wielu kwestiach bezsilny. Ważniejsza stała się dla mnie ta sfera fenomenu istoty człowieka, która związana była – zabrzmi to może naiwnie i sentymentalnie – z jego sercem. A więc zwykłe wyczucie dobra i przyzwoitości, bez którego najbardziej nawet genialny umysł traci orientację w otaczającym nas świecie, zawisając w nieludzkiej próżni.
To właśnie dlatego tak wielką według mnie postacią był Jan Paweł II. To był jeden z tych ludzi, którzy ratowali człowieka w jego wymiarze duchowym – przedkładając miłość nad intelekt… a w tym przypadku – nad wielki intelekt. Serce pozostało ważniejsze od mózgu.

greydot

W ekstazie, która jest skrajną formą szczęścia, człowiek zatraca samego siebie. To kolejny paradoks: najbardziej intensywne uczucie jednostkowe znosi poczucie tożsamości. Skrajny egoizm ekstazy prowadzi do utraty poczucia własnego ja – człowiek roztapia się w czymś bezosobowym, staje się wszystkim i … niczym.

greydot

Prawdziwą radość tworzenia odczuwamy dopiero wtedy, kiedy zapominamy o nas samych. To dlatego tak często artyści mówią o natchnieniu – czyli o czymś, co jest ponad nimi i co zwalnia ich od wszelkich egoistycznych kombinacji.
Natchnienie więc, to wspaniałe wyzwolenie od wszelkich kalkulacji.
Każda prawdziwa sztuka jest bezinteresowna. Można rzec, że jedyna jej interesowność, to interesowność metafizyczna. Sztuka, która oczekuje jakiejś ziemskiej gratyfikacji, staje się tylko rzemiosłem.
Próżność artysty to jedynie skutek uboczny jego ludzkiej niedoskonałości.

greydot

Życie to ujarzmiony chaos materii. Stąd nasza tęsknota (i przywiązanie) do harmonii. Czujemy się wspaniale, kiedy możemy obcować z czymś, co jest naszym tryumfem nad chaosem wszechświata: muzyką, rzeźbą, obrazem – z tym co nazywamy pięknem. Ale podobną satysfakcję odczuwają też np. architekci, inżynierowie, projektanci… Wprowadzają do świata swój porządek, mają poczucie ładu i celowości.
Sztuka przestaje być znośna, jeśli sama staje się chaotyczna.
Czy ktoś już wpadł na pomysł, by torturować więźniów kokofonią?

greydot

Nadużycie alkoholu daje człowiekowi złudę panowania nad rzeczywistością, a właściwie złudną możliwość natychmiastowej jej zmiany. Tak naprawdę jest jednak tylko od tej rzeczywistości ucieczką.
Jak każdy narkotyk, alkohol odgrywa wobec naszej psychiki rolę oszołoma. Warto więc w tym kontekście pamiętać o tym, że nie ma “szlachetnych” trunków. Nigdy jeszcze wódka nie uczyniła nikogo mądrzejszym, natomiast rejestr głupot i zbrodni popełnianych pod jej wpływem jest niewyczerpany…

greydot

Wydaje się, że częściej ludzie szukają w alkoholu ucieczki przed nudą, niż przed cierpieniem. Częstszym powodem upijania się jest więc pustka, a nie nadmiar stresów – przyczyna leży bardziej we wnętrzu człowieka, niż w otaczającym go świecie.

greydot

Apologia trunków, bukiety drinków, cywilizacje wina, kultury piwa… święta i festiwale alkoholowej fermentacji. Cały ten ludyczny kalejdoskop wpisuje się w historię ludzkich eskapizmów.

greydot

Schopenhauer pisał, że wszelkie używki – kawa, alkohol, papierosy – sprowadzają ludzi do jednego poziomu. Stąd ich wzięcie na wszelkiego rodzaju towarzyskich spotkaniach. Ja widzę w tym jednak efekt kosiarki, która przejechała po łące, strzygąc wszystko do możliwie najniższego poziomu.

greydot

Konsumpcja jest w swojej istocie zachowaniem biernym. (To m.in. dlatego łatwo jest konsumentem manipulować.) Więcej ma wspólnego z lenistwem, niż ze świadomym, aktywnym wyborem.

greydot

Mimo wszystko, jednak lepiej być w sytuacji, kiedy można krytykować cywilizację konsumpcji, niż cywilizacje biedy, nędzy i głodu.

greydot

Cioran napisał kiedyś zdanie okropne: “… przeszłość tylko czyha na to, co się dzieje, i gorsza jest od śmierci”. Ale to nie dziwi w przypadku człowieka, który czymś gorszym od śmierci, uznał narodziny.

greydot

Przywiązanie ofiary do kata. Nie tylko przez nienawiść. Topografia ludzkiej duszy nie mogąca się obejść bez śladów zła.

greydot

Płacz bez łez, studnia bez wody – wyschnięte pokłady żalu…
Smutek ocalonego, który nadal czuje się skazańcem.

greydot

Świat zarażony złem?
Przeklęta metafizyczna grypa ludzkości.
A wszystko przez to, że Adam i Ewa chcieli się w końcu ubrać.

greydot

Człowiek jako anioł, człowiek jako bestia… I morze słów pomiędzy.

greydot

Jedna z właściwości wiary jest to, że znosi ona pojęcie absurdu. Mało tego – czyni dogmatami to, co osobom niewierzącym (lub wyznającym inną religię) wydaje się absurdem. Bezradność logiki, obstrukcja rozumu… Tego nie można znieść bez pokory. Taka jest cena chwilowego komfortu.

greydot

Szum cywilizacji. Osaczenie hałasem, na który człowiek przestał już nawet zwracać uwagę. Świadczy to tylko o stopniu naszego zatrucia. Przesiąkamy jakąś nienaturalną sztucznością, nie wiedząc nawet kiedy. Przygotowanie do życia w totalnie sztucznym środowisku?

greydot

Nasze czasy wcale nie są zdominowane przez sceptycyzm, który starali się już człowiekowi zaszczepić niektórzy myśliciele Oświecenia. Umberto Eco pisze, że żyjemy w epoce nieprawdopodobnej łatwowierności i przytacza słowa Chestertona: “Gdy człowiek przestaje wierzyć w Boga, jest wówczas zdolny uwierzyć w byle co”.

greydot

Sceptycyzm jest obcy naturze i może dotyczyć jedynie kultury.

greydot

Anarchista stanowi być może zagrożenie dla kultury, ale już natura potrafi radzić sobie z nim znakomicie.

greydot

Moje sny mają swoją topografię. Czasami wracają do miejsc, które wyśniły mi się wiele lat temu. Dzięki temu mam wrażenie, iż prowadzę jakieś podwójne życie. Intrygujące jest przechodzenie z jednego świata do drugiego. Być może dotykamy wtedy sfery istniejącej gdzieś na styku życia i śmierci, wyobraźni i konkretu.  Ogarnia nas jakiś odmienny stan świadomości.

greydot

Wielka księga “Prób” Montaigne’a. Połączenie rozwlekłości z przebłyskami geniuszu, erudycji ze znajomością życia, praktyki ze spekulacjami… Jeden wielki egzystencjalny strumień. Miejscami bystry i przejrzysty, to znów płynący spokojnie rozległym korytem.

Ciągle fascynuje mnie głębia myśli, jaką zdolni byli osiągnąć ludzie żyjący przed wiekami, a nawet przed tysiącami lat. To zadziwienie może wynikać z naszej skrywanej (nieuświadomionej?) pogardy dla wieków “ciemnych”, “prymitywnych” – z cichego przekonania, że przed nami żyli ludzie głupsi od nas.
Jakiż błąd!
To właśnie my żyjemy w epoce, która rozwadnia ludzkie mózgi – która chce oduczyć człowieka myślenia, podsuwając mu informacyjną sieczkę i osaczając zewsząd sztucznymi obrazkami. Wszechobecność wodolejstwa! Topimy się w zalewie informacji. Megabitowy potop, w którym ginie nasza mądrość (jeśli w ogóle taką posiadamy).

greydot

Nietzschemu bardzo dobrze wyszła negacja człowieka, ale jego próba afirmacji człowieka była już tylko klęską i szaleństwem.

greydot

Według Heideggera myślenie nie prowadzi do mądrości. (Jadnak mamy aż nadto dowodów, że może prowadzić do głupoty.)

greydot

Przeciążenie filozofią w tekstach Tischnera – poczucie dramatu, smutku, tragedii… W pointach zaś – powiew liryzmu i sentyment.

Kiedy w filozofach odzywa się poeta, ich systemy pękają. I to właśnie najbardziej zbliża ich do nas, zwykłych śmiertelników.

greydot

Jest tylko jeden ratunek przed szaleństwem filozofii: prostota. Ewentualnie… niemyślenie?

greydot

Najpełniejszy jest człowiek, który wypełnia swoje przeznaczenie.
Niestety, w odgadywaniu przeznaczenia ludzka świadomość jest bardziej przeszkodą niż pomocą. Dlatego najmniej spełnieni czują się ludzie najbardziej skomplikowani.
Być może to właśnie łączy pełnię z prymitywizmem… a może jednak z prostotą? (Bo czasem trudno jest jednak odróżnić jedno od drugiego.)

greydot

Tęsknota za prostotą to tęsknota za rajem utraconym.
Niestety, wszyscy zostaliśmy z niego wygnani.
A prostota pozostała w krainie utopii.

greydot

Nosić w sobie tysiące przodków!
To ciężar, który nas urabia. Tylko dlatego jesteśmy w stanie go znieść.
Należało stać się człowiekiem, by na przekór temu uznać, że istnieje coś takiego, jak wolność woli.

greydot

Jakże kruche są często nasze ideały w konfrontacji z testosteronem.

greydot

Islam – cywilizacją testosteronu?
Ale czy jakakolwiek cywilizacja mogłaby się obyć bez hormonów?
Jeśli tak, to jaki gruczoł był najbardziej aktywny przy tworzeniu Chrześcijaństwa?

greydot

Od kilku dni czytam “Zeszyty” Ciorana. Żeby było śmieszniej robię to do poduszki. Jeden ze sztandarowych nihilistów XX-wieku jako lektura na dobranoc! To przewrotność (a może konsekwencja?) godna autora “Zmierzchu myśli”.
Rzadko który pisarz budził we mnie tak skrajne emocje (może tylko Nietzsche?) Czegóż innego można byłoby się spodziewać po kimś, kto tak nienawidził swoich narodzin i jednocześnie rejestrował każde drgnienie własnej egzystencji? (W pewnym miejscu Cioran pisze: “Typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć. Jestem rezultatem nieuwagi, nie byłem przewidziany w dekretach Stworzenia”.)

greydot

Chciałbym sobie poradzić z Cioranem odrzucając go całkowicie, ale nie mogę. Mimo wszystko mam wrażenie, że dotyka on pewnych prawd o kondycji i postrzeganiu człowieka, dla którego byt jest jednym wielkim rozczarowaniem, a cały świat iluzją.
Ktoś, kto tak totalnie deprecjonuje samego siebie, wytrąca nam z ręki wszelką broń.
Jak można polemizować z kimś, kto własną osobę (nie tylko swoje życie) uważa za istotę pozbawioną sensu? Tym bardziej jest to trudne, że Cioran doskonale potrafi posługiwać się językiem. I swoje pisanie uczynił tym, czym uczynił własną egzystencję: igraniem z myślą, pulsowaniem uczuć, intelektualną szarpaniną, rzucaniem się z kąta w kąt… absurdu i nicości.
I niczym więcej. (Bo tego “więcej”, po prostu, wg Ciorana, nie ma.)

greydot

Ten Cioran to jednak przeraźliwa ględa. Na poły z uporu dokończyłem te jego grube jak cegła “Zeszyty”, które niejednokrotnie wpędzały mnie w konsternację. Niby Cioran rozprawia się w nich ze wszystkim z brutalną szczerością, jest otwarty do bólu, bryluje ostrą przenikliwością, gardząc ponoć wszelką liryką i pseudofilozoficzną watą, a jednak czasem nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko stroi on miny, przyjmuje jakieś pozy – na swój sposób się wygłupia… z tym, że są to wygłupy erudycyjno-intelektualne, i co gorsza – czynione na serio!
Cioran jest przybity swoim charakterem, mówi do nas z głębokiej studni własnej neurastenii, maluje wszystko ciemną farbą malkontenta. To z tych powodów, mimo dysponowania niepoślednim umysłem, jego spojrzenie jest katastrofalnie zawężone.
A może owe myśli w “Zeszytach” to tylko jakieś lepkie, woniejące i toksyczne wydzieliny mózgu, których pozbywa się organizm, by zachować swoją witalność? Mimo totalnej degrengolady ducha, hipochondrii i światopoglądowej obstrukcji, Cioran spaceruje dziennie po kilka godzin, stosuje dietę, nie pije, nie pali… Ktoś dziwi się nawet, że tak czarny pesymizm wychodzi od tak żywotnego człowieka.

Przez te kilkanaście lat zapisków, co parę stronic Cioran wspomina o samobójstwie. Robi to tak często, że po jakimś czasie przestajemy te jego autodestrukcyjne wzmianki traktować poważnie i myślimy: no dobrze, jeśli rzeczywiście uważasz samobójstwo za jedyne sensowne wyjście dla człowieka, który w niczym nie widzi sensu, to co ty tu jeszcze robisz? Nie stać Cię na to, by przyznać, że mocniejsza jest jednak w tobie – silna jak u kota – wola przeżycia. Ulegasz, podporządkowujesz się życiu, więc dlaczego nie przyznasz wreszcie racji bytu temu, co prężne, radosne, jasne i witalne?
Ponuractwo niewątpliwie jest przypadłością, ale nie powinno być zaślepieniem. Rejterada w smutek jest tylko jedną z dróg naszej egzystencji. Ta ucieczka jest wyborem, który zawsze w jakiś sposób nas ogranicza.

greydot

Ktoś kto zaakceptował byt, nie ma prawa być nihilistą.
Życie to ciągła afirmacja stworzenia.
Narodziny, mimo wszystko, są chyba jednak bardziej darem (choć czasem odbieranym jako brzemię), niż wyrokiem.

greydot

Totalny nihilista, jeśli miałby być konsekwentny, powinien również odmówić sobie prawa do życia. Tym jednak sposobem ustawiłby się poza naturą. A przecież jest to niemożliwe – nie jemu o tym decydować, (podobnie jak nie od jego decyzji zależało jego zaistnienie).
Oto dowód nie tylko na to, że nihilizm nie godzi się z naturą, ale że po prostu jest nierealny, czyli niemożliwy.

greydot

Nihilista to człowiek niekulturalny per se.
Lepiej więc z takim się nie zadawać.

greydot

Jeśli zadeklarowany nihilista okazuje się być człowiekiem miłym i towarzyskim, to albo ta ogłada jest pozą, albo pozą jest ten jego nihilizm. Tertium non datur.

greydot

Podział na rzeczywiste i nierzeczywiste jest w gruncie rzeczy wielkim uproszczeniem. Istnieje przecież całe spectrum pomiędzy – widma pośrednie.

greydot

Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać.

greydot

Wystarczy przyjrzeć się bliżej choćby wspaniałym pręgom na tygrysiej sierści, by ponownie zachwycić się cudownością stworzenia. Cały Wszechświat mieniący się w szklistej źrenicy zwierzęcego oka. Doskonałość tych wszystkich wzorów i deseni życia – mieniący się kalejdoskop, który chaos przeobraża w ład.
Nieprzebrane bogactwo ornamentów bytu.

greydot

Obawiam się, że gdy zacznę myśleć dłużej o tym co wyprawia się w rzeźniach, to będę się musiał w końcu pożegnać z moim ulubionym fillet mignon.

greydot

Czy jesteśmy tylko nośnikami i przekazicielami genów? Jeśli tak to dlaczego obdarzono nas tak wielką samoświadomością a nasz mózg jest tak niewyobrażalnie złożoną i zadziwiającą konstrukcją?
(Jestże mózg Cudem Wszechświata, czy też może jednak jest to coś w rodzaju Tumor Universum?)
Po co to wszystko?
Czy to możliwe, by tylko przypadek decydował o tak fenomenalnej złożoności i cudowności życia? Trudno mi w to uwierzyć – w przeciwieństwie do tych, którym się wydaje, że to wiedzą. (Piszę „wydaje” – bo przecież nie można o tym posiąść wiedzy).

greydot

Już chyba ktoś się nad tym zastanawiał: a może największą tajemnicą jest to, że nie ma żadnej tajemnicy?
Ale, czy przyznając to, nie godzimy się aby z przypadkiem?

greydot

PS. Zapiski pochodzą z lat 2002 – 2005.

( © zdjęcia własne)

*

WAGA PIÓRKOWA

 

* * *

Ludzie piszący to istoty szalenie naiwne.
 
Naiwne po trzykroć:
Po pierwsze – dlatego, że naiwnie się łudzą, iż to, co piszą, inni przeczytają.
Po drugie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co innni przeczytają, zarazem zrozumieją.
Po trzecie – dlatego, że się naiwnie łudzą, iż to, co inni przeczytają i zrozumieją, coś zmieni.
 
A może zmieni?…
 
* * *
Notować własne myśli?
Co za pycha – mógłby ktoś powiedzieć.
Uważać, iż narodzą się w naszej głowie idee nigdy jeszcze nie pomyślane, a w duszy – uczucia nigdy jeszcze nie doświadczone.
A przecież miliardy mózgów, kłęby nerwów…
Oryginalna myśl?
To ponoć tylko nie wykryty plagiat. Nic nowego pod słońcem – słyszymy.
A my sami?
Czy ktoś wcześniej cierpiał nasz ból, lękał się naszych demonów, śnił nasze marzenia?
I ten szum oceanu, ciepły piasek pod naszymi stopami, fale dotykające skóry… bicie serca…
 
* * *  
 
 

 

"Akrobatyka - waga piórkowa" (koncepcja i rysunek autora)

 *