OBRAŻALSKIE UCZUCIA albo o smaku (i sensie) prowokacji

Scena w The Brooklyn Museum of Art. Zgorszony widz wystawy 'SENSATION" zamalowuje białą farbą pracę Ofili'ego "The Holy Virgin Mary", do stworzenia której artysta użył m.in. zwierzęcych odchodów. Kardynał Nowego Jorku John O'Connor uznał obraz za atak na katolicką religię.

SKATOLOGII CIĄG DALSZY

Największa awantura kulturalna (jeśli w ogóle jakaś awantura może być kulturalna) końca ubiegłego wieku miała miejsce we wrześniu 1999 roku w Nowym Jorku. Brooklinskie Muzeum sztuki wystawiło kolekcję marszanda Saatchi’ego złożoną z dzieł młodych brytyjskich artystów. Kolekcja nazywała się „SENSATION”.
I rzeczywiście, jak stwierdzili jej bywalcy, obcując z tą sztuką można było doświadczyć „sensacji”… głównie żołądkowych. W salonach szacownego Muzeum czekały bowiem na zwiedzających m.in.: rozkładająca się głowa zjadana przez żerujące na niej muchy i robaki, przecięta na połowę świnia z wywalonymi na zewnątrz wnętrznościami, głowa mężczyzny uformowana z  zamrożonej krwi autora, zamarynowany rekin… etc. Lecz największy szok wywołał portret podpisany jako „The Holy Virgin Mary” i udekorowany… wycinkami z pornograficznych gazet i łajnem słonia.

Wybuchł skandal, który wkrótce przerodził się w otwartą wojnę między dyrekcją Muzeum a władzami miasta Nowy Jork z burmistrzem Rudolpho Gulianim na czele. Wstrzymał on wynoszącą 7 mln. dolarów – dotację dla brooklynskiej placówki i polecił zamknąć wystawę. Sprawa trafiła do sądu federalnego, który rozstrzygnął ją na korzyść Muzeum, powołując się na pierwszą poprawką do konstytucji dotyczącą wolności wypowiedzi. W werdykcie napisano, że władze miejskie muszą finansować Muzeum „nawet gdy wystawia on przedmioty (czyimś zdaniem) obsceniczne, obrażające uczucia religijne, nacechowane agresją, chore, obrzydliwe i pełne nienawiści”.
W ankiecie CNN zwolennicy i przeciwnicy obu stron podzielili się równo fifty-fifty.

Podczas kazania w Katedrze Św. Patryka na Manhattanie, kardynał Nowego Jorku John O’Connor powiedział: „Jestem zasmucony tym co wydaje się być atakiem nie tylko na naszą Błogosławioną Matkę… ale można zapytać, czy nie jest to atak na naszą religię i w szczególny sposób na Kościół katolicki”. Głos zabrała także Hilary Clinton, nie aprobująca posunięć burmistrza: „Jest to niewłaściwe, by karać taką instytucję, jak Muzeum Brooklynskie”; co Guliani skomentował w słowach: „Cóż, w takim razie ona się zgadza, by używać publicznych funduszy do ataków na religię katolicką”.

Nazajutrz po tych wystąpieniach, do sal wystawowych ruszyły tłumy. Pierwszego dnia sprzedano ponad 9 tys. biletów po 10 dolarów każdy. W 175-letniej historii Muzeum padł frekwencyjny rekord. Ktoś jednak zasugerował, by do każdej wejściówki dołączyć torebkę na wypadek wymiotów, podobną do tych, jakie dostają pasażerowie w samolotach.

Skutek potępień był taki, że na pniu wykupiono wszystkie dostępne – wykonane podobną techniką – obrazy autora, płacąc za każdy z nich po 45 tys. dolarów. Dla Chrisa Ofili’ego, czarnoskórego Brytyjczyka, którego najsłynniejszym dotychczas obrazem było dzieło zatytułowane „The Adoration of Captain Shit”, burza ta i kondemnacja okazały się żyłą złota. A wszystko zaczęło się podobno w Zimbabwe, gdzie artystę zainspirował robiący kupę słoń. Tam też zaopatrzył się on po raz pierwszy w materiał „malarski”, który następnie uzupełniał w londyńskim zoo.
Groteskę tę ubarwił dodatkowo pewien 72-letni pan, który przemycił na wystawę białą farbę, a następnie rozsmarował ją gołymi rękami na obrazie (action painting?) Natychmiast powstał problem, który z restauratorów będzie w stanie oczyścić… gówno z farby.

Jakie są granice protestu? Obrażony Daniel Olbrychski w Zachęcie tnie szablą wizerunki znanych aktorów przebranych w nazistowskie mundury.

BURZE W ZACHĘCIE

Również warszawska Zachęta przeżywała swego czasu burzę po burzy. Pierwszą wywołał Daniel Olbrychski rzucając się z szablą (Kmicica) na portret przedstawiający go w hitlerowskim mundurze, a pokazany na wystawie „Naziści”. Druga to skutek umieszczenia w galerii figury Jana Pawła II przywalonej meteorytem i reakcji jednego z polskich posłów, który eksponat częściowo rozmontował.

Na pytanie: „kto się w Zachęcie wygłupił?” odpowiedziałbym: wszyscy – zarówno autorzy, jak i protestujący w ten (dość histeryczny) sposób panowie. I chyba jednak Olbrychski z posłem bardziej.
Argumenty Olbrychskiego są wg mnie niepoważne i zgoła sztubackie, zaś Wojciech Tomczyk powinien działać tam, gdzie jego miejsce, czyli w Sejmie. Obaj zdecydowali się na „obronę” pewnych wartości stosując metodę trącącą groteską i chuligaństwem.
W  moim pojęciu „Naziści” byli dość niewinną zabawą z powszechną jednak, choć nie do końca uświadomioną, fascynacją niemieckim mundurem, którą – głównie wśród powojennych pokoleń – rozbudziła kultura masowa, zwłaszcza fikcja kina. Z kolei pomysł włoskiego artysty Maurizia Cattelana raził bardziej niedorzecznością, niż bluźnierstwem przeciwko Papieżowi, i jeśli już kogoś ośmieszał, to swojego autora.
Olbrychski i Tomczyk, chcąc zaprotestować wobec domniemanym przez siebie obrazoburcom, popełnili błąd kardynalny: dali się sprowokować, poświadczając (i uwiarygodniając niejako) swym ostentacyjnym zachowaniem rangę i trafność prowokacji, wyprowadzając ją przy okazji na szersze wody.

UKRZYŻOWANA ŻABA

Swoją hecę z „obrazą uczuć religijnych” mieli także parę lat temu Włosi, kiedy to Museion Museum w Bolzano wystawiło dzieło nieżyjącego już artysty niemieckiego Martina Kippenberga pt. „Zuerst die Fuesse” przedstawiające rozpiętą na krzyżu półtorametrową, pomalowaną na zielono drewnianą żabę z wystawionym językiem, która w jednej ręce trzymała kufel do piwa, zaś w drugiej jajko.

O dziele Martina Kippenberga pt. "Zuerst die Fuesse" wypowiadał się sam papież Benedykt XVI, a szef lokalnych władz strajkiem głodowym domagał się usunięcia żaby z muzeum.

Wśród włoskich katolików zawrzało, nie obyło się nawet bez strajku głodowego przewodniczącego lokalnych władz, który w  ten sposób domagał się usunięcia żaby z muzeum. Głos w tej sprawie zabrał nawet sam Papież Benedykt XVI stwierdzając: „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego praca ta „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)

Cóż, pomyślałem wtedy, że jeśli tak bardzo owi Chrześcijanie się oburzyli i poczuli śmiertelnie wręcz obrażeni, to symbol krzyża mogą rozumieć dość infantylnie i raczej płytko, bo kojarzą go (utożsamiają niejako) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle… I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?! Dlaczego tak trudno było dostrzec to, że jest to po prostu absurdalne?
Jeśli czyjaś wiara zachwieje się na widok wyrzeźbionej z drewna i pomalowanej na zielono żaby na krzyżu, to co to za wiara?
Konkludując: czy nie byłoby lepiej gdyby papież zignorował po prostu ów pseudo-artystyczny wybryk (nazywam to wybrykiem, bo moim zdaniem żaba ta większej wartości artystycznej nie ma) – a nie wypowiadał się o nim, na dodatek w tak inkwizytorskim tonie? Czyniąc coś podobnego, można jedynie nadwyrężać i podkopać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).

PROWOKACJA – PO CO?

Reakcja na prowokację przede wszystkim ją uwiarygodnia, z czego nie zdają sobie sprawę ci, którzy dali się sprowokować. Bezwartościowa sztuka jest bezwartościową sztuką dopóki ktoś nie przyda jej wartości – a to może się odbywać także niejako a rebours, np. poprzez jej potępienie, „wyklęcie”, zwrócenie na nią nadmiernej uwagi, wyniesienie jej na widok publiczny w atmosferze skandalu…
Opisane przeze mnie reakcje oburzonych i (w swoich uczuciach) obrażonych nie zawsze jednak świadczą tylko o tym, że połknęli oni haczyk prowokatora, bo przejrzeli wymowę „dzieła” i zrozumieli intencje artysty. Czasem jest wprost przeciwnie: zdarza się, że ich przewrażliwiona i na wskroś neurotyczna reakcja wynika z nieporozumienia, albo wręcz z niezrozumienia utworu czy gestu artysty. Jednak zazwyczaj z artysty nie ma co robić niewiniątka, zwłaszcza jeśli jest kutym na cztery nogi kontestatorem i programowo ustawia się okoniem do powszechnego porządku oraz „tradycyjnie” szanowanych wartości, kwestionując obowiązujące w danym społeczeństwie normy i reguły. Ponadto artysta nie może się dziwić, że wkładając palec między drzwi, ktoś mu może ten palec przytrzasnąć (na co on zwykle woła z bolesną miną: „auć!”)

Jaka może być wartość prowokacji?
Nie mówimy o rzeczy trywialnej: zaistnienie w świecie „sztuki” i rosnące konto w banku (choć kto wie, czy właśnie trywialność nie jest tym, co najbardziej trafia w sedno rzeczy?)
Czy zakwestionowanie albo odrzucenie powszechnie przyjętych zasad i wartości może mieć samo w sobie jakąś wartość? Czy też raczej wprowadza w ludzkie głowy zamęt i zwątpienie w sens tego, w co dotychczas wierzyli? Scala, czy też rozbija? Jeśli jest to walka o inny porządek, to jaki to jest porządek i czy będzie on lepszy od dotychczasowego? A jeżeli lepszy – to dla kogo? A może jednak gorszy?
Czy prowokacja nie bywa po prostu zwykłą agresją i czy nie wynika z charakterystycznego dla człowieka instynktu destrukcji? Może to cios w społeczeństwo – bo skoro ja nie wierzę, to i ty nie możesz  wierzyć, bo skoro ja ginę, to i ty musisz zginąć – tak więc zróbmy jakąś zadymę, dajmy komuś po mózgu, zabalujmy raz jeszcze… a po nas choćby potop.
A może chodzi tu tylko o zabicie nudy?

Wróćmy jeszcze do obrażonych uczuć, zwłaszcza uczuć religijnych, które jakoś szczególnie – jak to często widzimy – podatne są na obrazę.
Sądzę, że dla dobra społecznej terapii, warto byłoby uzmysłowić sobie (zrozumieć) i ponownie ustalić granice między sacrum a profanum – czyli wydzielić obszary, na których obie te sfery byłyby w pewnym sensie autonomiczne, a mówiąc trywialnie – gdzie nie wchodziłyby one sobie w paradę. Mam tu na myśli także – a może nawet przede wszystkim – wymiar umysłowy i psychiczny, czyli dotyczący ludzkiej myśli i psyche.
A wyrażając się prościej: niech sobie Ofili maluje gównami Matkę Boską, a Cattelano przygniata kamieniem kukłę papieża w muzeum; niech wieszają sobie w Zachęcie fotosy idoli pop-kultury w szwabskich mundurach, a we Włoszech przybijają do krzyża drewnianą zieloną żabę z wywalonym na wierzch ozorem; niech sobie pani Nieznalska wiesza (swoje i nie swoje) genitalia gdzie chce, a inny polski artysta tarza się po podłodze, stając się dzięki temu magistrem sztuki i robiąc przy okazji swoich nauczycieli w balona…
Chodzi o to, abyśmy w balona nie dali się zrobić sami. I nie byli aż tak bardzo obrażalscy.

*  *  *

Marcel Duchamp, "Fontanna" - przez wielu europejskich krytyków sztuki pisuar ten uznany został za najważniejsze dzieło sztuki XX wieku (Muzeum Sztuki Współczesnej, Paryż, zdjęcie własne)

PASJA OKRUCIEŃSTWA CZY ANATOMIA CIERPIENIA? (Więcej niż kino: „Pasja”)

Czy w obrazie torturowanego i ukrzyżowanego ciała Chrystusa można się doszukać sadomasochizmu? („Pasja”)

*

W przeszłości zdarzało się czasem, iż miałem wątpliwości, czy film jako artystyczne medium może się adekwatnie (i kompetentnie) zajmować każdym tematem, ważąc się na egzegezę czegoś co przechodzi ludzkie wyobrażenie (jak np. Holocaust), zrośnięte jest z mitem lub też wynika ze sfery sacrum (jak w przypadku religii).
Moim zdaniem wrzawa wokół filmu Gibsona wynikała właśnie z nieporozumienia co do kompetencji kina w tym względzie.

Jest to zresztą szerszy temat: na ile sztuka zdolna jest dotknąć i przekazać NIEWYPOWIEDZIALNE?

Niekiedy też mam wątpliwości: czy coś, co jest prawdziwie, głęboko i metafizycznie święte może być „zszargane” przez cokolwiek na tej ziemi (nie tylko przez takie niegroźne w sumie medium jak film)?
Albo też: czy jakiekolwiek dzieło sztuki, (wliczając w to film) jest w stanie oddać – i przekazać – dogłębne cierpienie, horror egzystencji czy mękę agonii?

Ja jednak odpowiadam sobie na oba te pytania: NIE.

Zanim jeszcze „Pasja” pojawiła się na ekranach, napisano już o niej wszystko. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek tak rozpisywano się i rozwodzono o jakimś filmie przed jego projekcją. Dominowały dwa wątki: rzekomy antysemityzm filmu (wynikający ponoć ze wskazania palcem przez Gibsona żydów jako sprawców śmierci Jezusa Chrystusa) oraz sposób zobrazowania okrucieństwa i przemocy na ekranie.

Pierwszym zarzutem w ogóle nie będę się zajmował, gdyż uważam go za bzdurny. Drugi jest według mnie poważniejszy, bo dotyka etycznej strony dzieła, podważa jego estetykę, może nawet kompromituje artyzm wizji jego twórców.
* * *

Czy kino dotknąć może sfery sacrum? (Monica Bellucci jako Maria Magdalena w filmie „Pasja”)

*

Jedno trzeba wszak reżyserowi przyznać: „Pasja” dotyka prawie każdego widza, nie sposób przejść obok niej obojętnie. Również od strony warsztatowej jest to chyba film wybitny. Lecz ja nie chciałbym wchodzić do kuchennego atelier, podglądać rzemieślników kina. Są to dla mnie w tym przypadku sprawy drugorzędne. Chcę się natomiast wypowiedzieć na temat czegoś, co wydaje mi się o wiele ważniejsze. Mianowicie: interesuje mnie racja zaistnienia, intencje i etyczne przesłanie filmu. Jakie było rzeczywiste źródło inspiracji Mela Gibsona? Co spowodowało, że ten wyczynowiec hollywoodzkiego ekranu porwał się na taki temat, jak Pasja Jezusa Chrystusa. Jakie jest moralne uzasadnienie tego epatowania nas ekstremalnym okrucieństwem przez dwie godziny projekcji?

Otóż nie jest ono dla mnie jasne.

Po pierwsze: nie przekonał mnie tzw. „realizm”, czy tez „naturalizm” scen ukazujących mękę Chrystusa i niewiarygodnie sadystyczne znęcanie się nad nim oprawców-sadystów. Jezus był w takich momentach człowiekiem, a żadna żywa istota nie wytrzymałaby setnej części podobnych katuszy. Jest to po prostu niemożliwe z fizjologicznego, czy też medycznego punktu widzenia. Poza tym w scenach tych za dużo było moim zdaniem „kina”: ta sikająca krew, plastyczne rozszarpywanie ciała, zwolnione tempo, werble i muzyczny patos; zbyt hollywoodzkie (mimo wszystko) kostiumy…
Po drugie: nie jestem pewien, czy skoncentrowanie się tylko na męczeńskiej śmierci Nazareńczyka oddaje sprawiedliwość Jego życiowej nauce, głoszącej przede wszystkim miłość, dobroć, braterstwo, łagodność i przebaczenie. Bowiem to właśnie jest dla mnie istotą i esencją chrześcijaństwa: wszystko, co wzmacnia człowieczą wiarę (nie tylko w Boga ale i właśnie w człowieka) oraz nadzieję; jak również: afirmacja życia i miłości.
Miłosierdzie i Zbawienie wreszcie.

Po co? Dlaczego?

A nie cierpiętnicze korzenie się w marności, bliskie masochizmu „umartwianie się”, rózgi flagelantów, włosiennice, leżenie krzyżem… i tym podobna martyrologia fundowana samemu sobie. Owszem, to również silnie przeniknęło do chrześcijaństwa (zwłaszcza w katolicyzmie), co nawet zmusiło kiedyś Petera Greenaway’a do stwierdzenia: „Jego (tzn. chrześcijaństwa) najsilniejszym, wszechobecnym symbolem jest zadziwiający, sadomasochistyczny obraz torturowanego i ukrzyżowanego ciała Chrystusa”.
Ja osobiście się z tą tradycją nie identyfikuję, więc już choćby tylko z tego powodu nie mogę się uważać za bezkrytycznego kibica ostatniego dzieła Gibsona – człowieka, którego skądinąd darzę znaczną sympatią.

Jest taka prosta zasada: czego za dużo, to się szybko przejada. Nawet przemoc obojętnieje, jeśli jest permanentna i wszechobecna. To już nawet zahacza o filmowy warsztat: brak umiaru w środkach po jakimś czasie nas przytępia. Przez nieodpowiednie dozowanie przemocy dezorientuje się nasze poczucie napięcia, przestajemy w końcu na nią reagować. Czasem jeden policzek na ekranie odczuwamy bardziej boleśnie, niż niekończące się rozszarpywanie całego ciała na strzępy przez psychopatyczne pół-głowe harpie, na jakie ucharakteryzowano aktorów grających rzymskich siepaczy.
* * *

Naturalnie film wzruszył mnie w kilku momentach, lecz bardziej miało to u mnie konotacje psychologiczne – związane raczej z zakodowaną we mnie tradycją, z religią, w której byłem wychowany, niż obrazową plastyką cielesnych tortur, jakim poddawano na ekranie odtwarzającego postać Chrystusa Jima Caviezela.

Wreszcie – film wydał mi się mało kompleksowy. Jeden zarzut już wymieniłem: zagubienie rzeczywistego przesłania nauki Jezusa. Wynikało to również z ciągłych powtórzeń i treściowej monotematyczności scenopisu. Dzięki temu moje najmocniejsze odczucie po projekcji Gibsonowej Pasji było takie: wielko-formatowy clip zdominowany przez obrazy tortur, sadyzmu i okrucieństwa.
Trudno by tu o jakiekolwiek doświadczenie natury religijnej.

Moim zdaniem o wiele bardziej złożonym i wyzywającym myślowo (choć też i bardziej kontrowersyjnym) był inny film zajmujący się postacią Jezusa sprzed kilkunastu lat, a mianowicie „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese.
Mimo tych wszystkich zastrzeżeń uważam, iż obraz Mela Gibsona warto było obejrzeć. Być może burza wokół niego była zbytnio rozdmuchana, lecz myślę, że film zasługuje na bliższą uwagę.
W końcu dla wielu ludzi był on jednak obrazem poruszającym, a dla niektórych nawet wręcz wstrząsającym przeżyciem. Cóż, każdy z nas ma inną świadomość, inną wrażliwość, inny bagaż doświadczeń…

No i jeszcze prawo do własnej opinii.
* * *

Z Pasji robi się kino: wielko-formatowy clip zdominowany przez obrazy tortur, sadyzmu i okrucieństwa.

*