PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?


Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

Advertisements

Odpowiedzi: 63 to “PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)”

    • milczacy_krytyk Says:

      Niezwykły jest to film. Wewnętrznie sprzeczny, jednocześnie zachwycający i odrzucający. Chyba jeszcze nigdy nie oglądałem produkcji przy której jednocześnie mógłbym bić prawo po skończonym seansie i ją wygwizdać. Niesamowite. Film mówiący niby o niczym, ale przy okazji poruszający tak wiele, tak istotnych tematów. Dotykający ich w tak niesamowity, osobisty, poruszający sposób. Zadający tyle istotny pytań, które pojawiają się w naszym życiu. Sens istnienia, drogi życia, nasza maleńkość i całkowita nieistotność w zderzeni z ogromem stworzenia. Ten film to życie, od jego początków do samego końca. Duchowe przeżycie, doświadczenie, któremu trzeba się poddać, traktować jako całość, bo podchodząc do niego jak do zwykłego filmu, stanie się tylko nudnym wykładem. Drugi raz w kinie co prawda go nie obejrzę, ale gdy tylko pojawi się na dvd (lub jeszcze lepiej na blu-ray), kupię od razu.

      Pozdrawiam
      P.S. Bardzo podoba mi się Twoja nota.

  1. jula Says:

    Bardzo pięknie napisane, wręcz poetycko . Nawiązałeś do tego filmu u „Kartki” przy temacie o emocjach, żywiole i etc..
    Drzewo życia, jako ,że jak sam piszesz niby film skupiony tylko na , surowych zasadach religijnych życia rodzinnego, społecznego i wyłamywanie się z tego to jednak pokazany jest cały świat , ba wszechświat i ta ciągła zmiana w czasie.
    Mnie osobiście drzewo życia to największe i jedno z najstarszych drzew świata – sekwoje http://parkiet.ovh.org/obrazek/sequoia.gif drzewa mające ok. 4500 lat, być może pamiętają i dinozaury ;) wielkość akuratna :D )))
    Najwyższe drzewo na świecie
    jest o wiele wyższe od wieżowca trzydziestopiętrowego! ..

    Stratosferyczny Gigant stracił miano najwyższego żyjącego organizmu. I to od razu na rzecz trzech konkurentów, którzy, podobnie jak on, żyją na terenie kalifornijskiego Parku Narodowego Redwood. Gigant został znaleziony w 2000 roku przez Chrisa Atkinsa. Jego wysokość wynosi 112,94 metra. Niedawno sam Atkins razem z kolegą Michaelem Taylorem, znaleźli trzy wyższe od niego sekwoje: Ikarusa (113,14 m), Heliosa (114,7 m) i obecnego rekordzistę – Hyperiona (115,2 m). Jakby te rośliny umiały mówić ludzką mową , to dopiero by nastąpiła rewolucja w filozofii i nie tylko :D ))). I powiedzmy ,że tak długo żyją nie ruszając się w ogóle z miejsca ?…. Turystów nie informują o lokalizacji tych najwyższych drzew , bo zadeptują miejsce wokół i korzenie słabo dotlenione powodują,że korona pada. :((( !!!….. Ach Ci ludzie,myślą ,że są pępkiem świata ze swoja mimo wszystko nieudolnymi cywilizacjami ;D

    • Logos Amicus Says:

      Jula, sekwoje to są rzeczywiście „drzewa życia” jak się patrzy.
      Ty wspomniałaś o sekwoi wiecznie zielonej (redwood) która jest najwyższym drzewem świata. Są jeszcze sekwoje gigantyczne czyli mamucie (po polsku nazywane bodajże „mamutowcami”) – które są drzewami największymi (spośród nich największa zaś jest sekwoja zwana Generałem Shermanem – waży ok. 1900 ton, czyli tyle ile wszystkie świerki jakie rosną w lesie świerkowym na terenie 1 ha ) Oba gatunki sekwoi rosną w Kalifornii (nawiasem mówiąc będę przy nich za kilka tygodni :) )
      Jednak największym organizmem na świecie (jeśli chodzi o objętość biomasy) jest podobno las osikowy rosnący w Utah (drzewa posiadają wspólny system korzeniowy i są genetycznie identyczne – na tej podstawie uznaje się, że są jednym organizmem) oraz gigantyczny grzyb (a właściwie miliardy grzybków połączonych ze sobą podobnie, jak wspomniane wyżej osiki) rosnący w Oregonie.

      Sekwoje mogą żyć kilka tysięcy lat (2 – 4 tys.), ale nawet najstarsze z nich nie mogą pamiętać (nawet gdyby miały tego rodzaju pamięć co my) dinozaurów, które wyginęły jakieś 70 mln. lat temu.

      Przy okazji załączę zdjęcie, które już chyba przy jakiejś okazji pokazywałem, zrobione właśnie przed Generałem Shermanem w Parku narodowym Sekwoi w Kalifornii (ten młodzian w zielonym dresie to ja – tak, tak… ja też byłem kiedyś piękny i młody… choć może tego na zdjęciu tak nie widać ;) ):

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2011/06/sekwoja-generac582-sherman-kalifornia.jpg?w=780
      General Sherman – the biggest living thing on earth (Park Narodowy Sekwoi w Kalifornii)

      • jula Says:

        ;D :D )))
        Hmm , no tak , niektóre drzewa rozrastają się od korzeni.
        Tak jest i z akacja dekoracyjną -rosomakiem , czy jakoś tak , która jak się nie kosi odrostów razem z trawą zamienia się w małpi gaj !… :(

  2. czara Says:

    Hm, Logosie. Tak jak mam mieszane odczucia, co do filmu Malicka, tam mam mieszane odczucia co do Twojej notki. Bo zawsze się tak czuję przed argumentem – nie podoba się tym, którzy nie zrozumieli (w domyśle: bo nie dorośli, żeby zrozumieć, bo nie przygotowali się na to…)

    Tylko problem polega na tym, że u Malicka wszystko jest podane na tacy, tak jak sam zresztą piszesz. Przed taką erupcją obrazów i wrażeń wizualnych i muzycznych, jakie ten film przynosi, aż by się prosiło, by zbliżyć się do jakiejś tajemnicy, by móc się nad czymś zastanowić, czegoś samemu poszukać. Ale niestety, Malick wyjaśnia wszystko od A do Z, tak jakby sama historia nie wystarczyła plus zdjęcia w stylistyce National Geographic. I to na dodatek wyjaśnia to tymi natrętnymi szeptami z offu!

    To raz. Dwa. Tak cienka czerwona linia dzieli piękno od kiczu. I tu kolejny grzech Malicka – on ją przekracza i to bez w większej żenady. Świadczy o tym choćby ta końcówka, która po całkiem niezłej środkowej części, po prostu skazuje ten film.

    „Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji? Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni”

    Mam wrażenie, że w notce sugerujesz, że ten film jest patetyczny i pretensjonalny (BO JEST), z powodu tematu jaki porusza i pytań jakie zadaje. Niestety nie! Temat jest ciekawy, pytania są ważne (szkoda tylko, że trochę to tu wszystko spłaszczone). Niestety pretensjonalna jest forma i cała otoczka, w jakiej temat jest podany. W złym guście.

    I znowu – nie chodzi o to, że jak piszesz „Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko?” Nie. Nie chodzi o to, że dobre filmy to historie opowiedziane „jasno, prosto, chronologicznie, linearnie i nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko.” Myślę, że przede wszystkim dobre filmy nie ocierają się tak drastycznie o kicz i mdłości… A tego Malick jakby nawet nie próbował uniknąć.

    PS „ludzkich hiobów”?

    • Logos Amicus Says:

      Droga Czaro, nawet nie wiesz jak bardzo lubię, kiedy ktoś mi daje taką kontrę – rzeczowo, inteligentnie i ze swadą :)

      Odniosę się do tego co napisałaś, kiedy się uporam z innymi moimi zajęciami.

    • Logos Amicus Says:

      „…mam mieszane odczucia co do Twojej notki. Bo zawsze się tak czuję przed argumentem – nie podoba się tym, którzy nie zrozumieli (w domyśle: bo nie dorośli, żeby zrozumieć, bo nie przygotowali się na to…)”

      Wprawdzie to są Czaro tylko Twoje domysły, to jednak powiem, że tak, tak – często coś się komuś nie podoba, bo nie dorósł, żeby zrozumieć, albo dlatego, że się do tego nie przygotował. Czy możesz zaprzeczyć, że tak również bywa?
      Ale, jeśli odniosłaś to do tego, co napisałem o odbiorze filmu Malicka, to nieco chybiłaś. Bo ja wyraźnie zaznaczyłem, że te odmienne (czasem nawet skrajnie) różne spojrzenia na „Drzewo życia”, są dla mnie nie tylko zrozumiałe, ale i niejako równoważne (czyli jestem w stanie zaakceptować oba).

      „Tylko problem polega na tym, że u Malicka wszystko jest podane na tacy, tak jak sam zresztą piszesz.”

      Nie, czegoś takiego nie napisałem. Napisałem natomiast: „Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że (…) że poda mi na tacy ‚kino’ „.
      Moim zdaniem nie podaje. I zdecydowanie muszę zaprzeczyć, że „wyjaśnia (on) wszystko od A do Z”.
      To jest film o tajemnicy życia, materii, Boga – i tajemniczej relacji między tym wszystkim a człowiekiem. Myślisz, że Malick wyjaśnił to wszystko „od A do Z”? Jeśli tak, to proszę napisz mi o tym, oświeć mnie, bo ja jakoś tych wyjaśnień nie mogę odebrać i nadal to wszystko pozostaje dla mnie Tajemnicą. (I pewnie pozostanie na zawsze.)

      Być może, że sama historia tej rodziny by wystarczyła. Ale Malick chciał to umieścić w kontekście – dosłownie i w przenośni – uniwersalnym, (czyli kosmicznym) stąd te, jak powiadasz, „zdjęcia w stylistyce National Geographic”? (mnie akurat stylistyka NG jakoś szczególnie nie razi – być może dlatego, że jestem czytelnikiem tego magazynu od wielu, wielu lat.)

      Nie sądzę, że Malick przekracza granicę kiczu „bez większej żenady”.
      Jeśli przyjmiemy za cechę kiczu bublowatość, taniochę, prymitywizm, lichotę, tandetę – pozbawioną wszelkiej artystycznej wartości, tudzież schlebiającej pospolitym gustom, to „Drzewo życia” na pewno takim kiczem nie jest. Bo film Malicka posiada wg mnie wielką wartość artystyczną i wcale nie schlebia pospolitym gustom.
      Jeśli napisałem, że film ten balansuje na granicy kiczu, to miałem na myśli inne wyróżniki kiczu, które czasem się wymienia: synestezję (oddziaływanie na wiele zmysłów naraz), kumulację (nagromadzenie w jednym miejscu – często pozornie – nie przystających do siebie elementów i funkcji) oraz przesadę, czy też przekroczenie zasady funkcjonalności (tzn. pewną „nieadekwatność” środków przy wyrażaniu danych treści i intencji – co przypomina nieco typowy przerost formy nad treścią).
      Moim zdaniem jednak, Malick nie wypada poza artystyczną burtę i nie topi się w kiczu, nawet jeśli będziemy pojmować „kicz” w tych ostatnich znaczeniach.
      Nota bene trudno zaprzeczyć, że zdjęcia do tego filmu są miejscami genialne, podobnie jak muzyka… No chyba że ktoś uzna za kicz sposób fotografowania Emmanuela Lubezkiego, (który jest operatorem filmu), albo muzykę Bacha, Góreckiego, Preisnera czy Brahmsa, która stanowi ścieżkę dźwiękową filmu.

      Piszesz: „Myślę, że przede wszystkim dobre filmy nie ocierają się tak drastycznie o kicz i mdłości… A tego Malick jakby nawet nie próbował uniknąć.”
      Myślę, że „drastyczna” to jest ta Twoja,niestety, opinia ;)
      Sugerujesz bowiem, że Malick nie tylko wpadł „drastycznie” w kicz i mdłości, ale nawet tego nie próbował uniknąć. (Pracując nad tym filmem jakieś 20 lat?)
      Przykro mi Czaro, ale nie mogę się z tym zgodzić.

      I jeszcze na koniec spróbuję obronić obecność tych wszystkich kosmicznych obrazów i widoków Natury, jakimi Malick przeplata historię rodziny (bardzo ciekawie zresztą zaprezentowaną od strony aktorskiej, w czym zwłaszcza zasługa Brada Pitta i Jessici Chastain). Mnie one nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie. Być może dlatego, że sam w ten sposób postrzegam nasze życie na tej planecie – jako jeden z przejawów jakiejś gigantycznej kosmicznej siły, którą niektórzy ludzi skłonni są nazywać Bogiem.
      Bo to jest różnica: kiedy na potężną spiralną Galaktykę patrzy np. osoba wierząca w Boga, czy też w Niego nie wierząca; czy patrzy człowiek zafascynowany kosmosem, czy też ktoś, którego takie widoki zupełnie „nie ruszają”, czy wręcz przerażają, bo widzi on w nich tylko chaos, ślepą, nieczułą Naturę czy też nieludzką pustkę; czy patrzy ktoś, kto widzi w tym piękno, czy ktoś, kogo poraża tego potworność…
      Nie, pokazując komuś Galaktykę, nikomu nie podajemy niczego „na tacy”, nie stajemy się przy tym dosłowni, nie odzieramy niczego z Tajemnicy (wprost przeciwnie)…
      I nic na to nie mogę też poradzić, jeśli ktoś patrząc na te CUDOWNOŚCI, nudzi się, ziewa czy zażera pop-cornem.

      PS. „ludzkich hiobów”
      I tu mnie masz :)
      Ale mogę wyjaśnić, skąd to (przyznaję, niezbyt fortunne wyrażenie) się u mnie wzięło.
      Otóż pisząc „ludzki hiob” miałem na myśli doświadczanego przez los i cierpienie zwykłego człowieka (w odróżnieniu od tego Hioba biblijnego, który wydaje mi się jednak cokolwiek… hm… „nieludzki” ;) )

      Pozdrawiam

      • czara Says:

        Logosie, dziękuję Ci bardzo za odniesienie się do mojej „drastycznej-niestety-opinii” ;) Nawet kiedy się nie zgadzamy, dużo się od Ciebie uczę.

        „Jeśli napisałem, że film ten balansuje na granicy kiczu, to miałem na myśli inne wyróżniki kiczu, które czasem się wymienia: synestezję (oddziaływanie na wiele zmysłów naraz), kumulację (nagromadzenie w jednym miejscu – często pozornie – nie przystających do siebie elementów i funkcji) oraz przesadę, czy też przekroczenie zasady funkcjonalności (tzn. pewną „nieadekwatność” środków przy wyrażaniu danych treści i intencji – co przypomina nieco typowy przerost formy nad treścią).”

        Pięknie wypunktowałeś wszystko to, co można temu filmowi zarzucić (moim skromnym – drastycznym zdaniem, oczywiście;). Nagromadzenie (zbyt) wielu pięknych elementów – tak, ja też nie mam nic przeciwko porażająco pięknym zdjęciom rodem z NG, uważam za wspaniałe poszczególne utwory muzyczne, uroda aktorów mnie zafascynowała itd. Ale połączenie tych wszystkich elementów razem, przyprawione mocno wzniosłą tematyką – według mnie, po prostu nie zadziałało. To tak, jakby robić potrawę, wziąć najlepsze, najbardziej smakowite składniki, a jednak… zepsuć tę potrawę zbyt wielką ilością przypraw, nieumiejętnym łączeniem smaków.
        Bardzo często oglądając filmy, instalacje, obrazy, a nawet, nomen omen, czytając blogi, dochodzę do wniosku, że dla mnie bardzo istotna jest zasada „less is more”. Jeśli pozwolisz, że przez chwilę posłużę się biblijnym słownictwem, to powiem, że mam wrażenie, że często artyści popełniają grzech pychy i braku wstrzemięźliwości, stosując za dużo środków wyrazu, bądź chcącym przedstawić, to, co z natury jest trudne lub niemożliwe do ujęcia. Innymi słowy – patrzenie na CUDOWNOŚCI tak, chętnie, bycie atakowanym CUDOWNOŚCIAMI, które w nadmiarze stają się ciężkostrawne – nie. Nie sugeruję, że Malick chciał zrobić kiczowaty film, jeśli tak zabrzmiały moje słowa to się źle wyraziłam. Po prostu dla mnie, on właśnie popełnił ten „grzech”, podchodząc do tematu i wszystkich narzędzi jakimi dysponuje kino – „bez żenady” czyli, innymi słowy, bez pokory.

        Jeśli chodzi o „podawanie tacy”, to nigdzie nie napisałam, że Malick „podał na tacy” rozwiązanie odwiecznych zagadek i odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania człowieka. Ani, żebyś mnie źle nie zrozumiał, bądź nie przekręcił moich słów, nie oczekuję tego od nikogo, nie zżymam się też na nikogo, że je zadaje w swoim dziele. Film, który traktuje o tajemnicy, jednak wcale nie jest od razu tajemniczy sam w sobie, przeciwnie, może być przeraźliwie łatwy do interpretacji (znów moje skromne i przeraźliwe zdanie;) i nie zostawiać dla widza pola do własnych dociekań.

        Podkreślam znowu – to jest tylko moja opinia. Być może do tego filmu „nie dorosłam” lub się ‚nie przygotowałam”. Trudno.

        Jurorzy w Cannes na szczęście dorośli i przygotowali się, a to raczej ich zdanie liczy się dla Malicka, nie moje. Więc tym bardziej pozwolę sobie je zachować :)

        PS Dla równowagi może napiszę o tym, co mi się w tym filmie podobało
        – aktorstwo, zwłaszcza tych dzieciaków
        – niezwykle ciekawy montaż!
        – historia tej kochającej-toksycznej rodziny, szczególnie postać ojca, świetna psychologia
        – duszny, opresyjny klimat, bardzo sugestywny.

      • Logos Amicus Says:

        Czaro, powiedzmy sobie szczerze, że „grzechu pychy” i „braku pokory” nie popełnia reżyser, tylko przede wszystkim my – ci, którzy film Malicka krytykujemy.

        To jest odwieczny problem dotyczący percepcji sztuki: czy jeśli ktoś np. powie o jakimś filmie, że jest nudny, a ktoś inny, że pasjonujący, to kto ma rację? Bo przecież (zakładamy że chodzi tu o szczere wyrażenie opinii) jeśli ktoś mówi, że film go wynudził, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) nudny, a jeśli ktoś mówi, że (ten sam) film go pasjonował, to rzeczywiście ten film jest (dla niego) pasjonujący.
        Czyli, wynika z tego, że film jest zarówno nudny, jak i pasjonujący, a my się możemy zapytać: czy to rzeczywiście jest możliwe, żeby coś było jednocześnie nudne i pasjonujące?
        Naturalnie jest to możliwe, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę owe magiczne słowa „dla niego”. I tu dochodzimy do oczywistego skądinąd wniosku, że jeśli chodzi o ocenę sztuki, to wszystko zależy od wyboru punktu odniesienia, od przyjęcia takich a nie innych kryteriów, od tego, kto dokonuje tej oceny… czyli jest to jak najbardziej WZGLĘDNE. (Wniosek niby oczywisty i wręcz trywialny, ale można odnieść wrażenie, ze wszyscy jakby o tym zapominają. Dlaczego? Bo – i tu znów dochodzi do głosu nasza ludzka pycha i skupianie się na czubku naszego nosa – wszyscy jesteśmy skłonni uważać, że moja racja jest jednak lepsza – bo „mojsza” – od racji twojej, która jest gorsza, bo przecież tylko „twojsza”.)

        Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji?
        Może takie, że spróbujemy zdać się na ocenę (opinię) ludzi, którzy wiedzą więcej i lepiej od nas, którzy są mądrzejsi i bardziej doświadczeni, którzy cieszą się w danej dziedzinie autorytetem…?
        No tak, ale tu się zaczyna inny problem: jacy konkretnie to mają być ludzie? Kto ma ich wybrać i uznać? Bowiem dla kogoś ta sama osoba może być mędrcem, dla kogoś innego głupcem; ktoś uzna danego człowieka za autorytet, ktoś inny zaś powie, że to dla niego żaden autorytet, tylko zero… etc. Jednym słowem: kolejna kwadratura koła.
        Tak więc, tak czy siak, zostajemy – summa summarum – przy własnej opinii.

        Lecz może poczynię tu pewną uwagę: dobrze jest zawsze pamiętać o względności i subiektywności naszych ocen, zachować większą skromność i pokorę :) ), pamiętać o naszych ograniczeniach i niewiedzy; o tym, że jesteśmy omylni… Także o tym, ze gdzieś tam są ludzie od nas mądrzejsi, że wiedzą więcej od nas – więc z ich zdaniem warto się liczyć, i nad tym co mówią warto się zastanowić, a przynajmniej to uszanować. (To taka luźna dość dygresja, niekoniecznie odnosząca się bezpośrednio do naszej dyskusji.)
        To zresztą też nie jest taka prosta sprawa, bo nawet jeśli nasz „autorytet” uznał, że film jest wspaniały, to przecież nie może to zmienić faktu, że my wynudziliśmy się na nim jak mopsy i że przez to wydał się on nam okropny ;)

        Tak więc: jest film Malicka kiczem, czy też nie jest?
        I komu o tym decydować? Mnie, czy też Tobie? A jeśli zadecydujemy, to czy to cokolwiek zmieni, sprawę przesądzi i definitywnie ten film określi?

        Jednakże, napisawszy to wszystko, zdecyduję się wszak na konkluzję: rację masz zarówno Ty, jak i ja (i bynajmniej nie wynika to z mojej wspaniałomyślności ;) )
        Zresztą, chcę przypomnieć, że już na samym początku swojej recenzji podkreśliłem, że dopuszczam niejako równowartość diametralnie odmiennych opinii o tym filmie – czyli jestem skłonny uznać, że argumenty obu przeciwnych stron, są podobnie mocne i równie zasadne.
        Z tym, że – biorąc pod uwagę moje osobiste doświadczenie filmu – muszę się jednak opowiedzieć po stronie jego zwolenników, a może nawet i admiratorów – zachowując sobie wszak prawo do pewnych własnych zastrzeżeń :)

        * * *
        Może jeszcze na koniec wesprę się próbkami opinii tych, którzy jednak na kinie znają się, jak mało kto:

        Roger Ebert gave the film four stars of four and wrote, „The Tree of Life is a film of vast ambition and deep humility, attempting no less than to encompass all of existence and view it through the prism of a few infinitesimal lives. The only other film I’ve seen with this boldness of vision is Kubrick’s 2001: A Space Odyssey and it lacked Malick’s fierce evocation of human feeling. There were once several directors who yearned to make no less than a masterpiece, but now there are only a few. Malick has stayed true to that hope ever since his first feature in 1973.”
        Peter Bradshaw of The Guardian giving it a perfect five stars and states it is a „unashamedly epic reflection on love and loss” and a „mad and magnificent film.”
        Todd McCarthy of The Hollywood Reporter states „Brandishing an ambition it’s likely no film, including this one, could entirely fulfill, The Tree of Life is nonetheless a singular work, an impressionistic metaphysical inquiry into mankind’s place in the grand scheme of things that releases waves of insights amidst its narrative imprecisions.”
        Peter Travers of Rolling Stone states „Shot with a poet’s eye, Malick’s film is a groundbreaker, a personal vision that dares to reach for the stars.”
        A.O. Scott gave the film much praise and stated, „The sheer beauty of this film is almost overwhelming, but as with other works of religiously minded art, its aesthetic glories are tethered to a humble and exalted purpose, which is to shine the light of the sacred on secular reality”.

        • czara Says:

          Logosie, gdybym Cię nie znała, to potraktowała bym tę odpowiedź, jako umoralniający wpis ;-) Na szczęście Cię znam trochę więc nie doszukuję się.
          Zgadzam się – wszystko zależy od punktów odniesienia, jakie przyjmuje oceniając sztukę, od kryteriów. Podkreśliłam jednak powyżej parę razy, że grzechy, jakie zarzucam Malickowi, to jedynie moja skromna opinia.
          Na pewno Twoje doświadczenie, jak i cytowanych panów, jest niewspółmierne z moim skromnym (po)czuciem kina więc już pokornie milknę. Swoje zdanie oczywiście sobie zachowując.

          PS Dodam tylko, że to podpieranie się „próbkami opinii tych, którzy jednak na kinie znają się, jak mało kto” jest dla mnie niekonieczne. Nie wgryzam się tak w krytykę jak Ty, ale jestem pewna, że mogę przytoczyć taką samą ilość cytatów „tych, którzy się znają” a są kontra. Tylko po co?

        • Logos Amicus Says:

          To prawda, sama wiesz, że w piórkach moralizatorskich raczej mi nie do twarzy ;)
          Nie miał jednak ten komentarz być w najmniejszym stopniu moralizatorski.

          Zacytowałem tych Panów bynajmniej nie dlatego, żeby wykazać Twoje „skromne (po)czucie kina”, ani tym bardziej, abyś „pokornie” – albo i „niepokornie” – zamilkła (no co to za pomysł !?!? :))
          A tak w ogóle, to Twoją opinię o filmach zawsze wielce sobie cenię (czy też ja muszę tu pisać takie oczywistości?! ;) )
          I rozmowa z Tobą zawsze jest przyjemnością… nawet wtedy – a może nawet zwłaszcza wtedy – gdy się nie zgadzamy ;)

          Poza tym:
          – nie wygryzam się (już tak bardzo ;) ) w krytykę
          – podpieranie się „próbkami opinii tych, którzy jednak na kinie znają się, jak mało kto” na pewno nie jest konieczne, ale czy to zawadzi przytoczyć sensowne opinie, które pokrywają się w dużej części z moimi?
          „Tylko po co?” – pytasz się. Może tylko po to, aby się z nimi zapoznać, bo są ciekawe? I skonfrontować z własnymi? Także po to, by zobaczyć większy obrazek.
          Jeśli chodzi o mnie, to muszę Ci powiedzieć, że z wielką ciekawością przeczytałbym te pochodzące od „tych, którzy się znają” ale „są contra”. I na pewno nie napisałbym Ci, obruszając się: „tylko po co”? :)

          Pozdrawiam

        • czara Says:

          Logosie, wystarczy trochę pogooglować… Jestem zawiedziona… miałam nadzieję, że interesuje Cię bardziej moje osobiste spojrzenie na film, a nie to tych „którzy się znają”. ;-) Nie sądziłam, że szukamy tu „uniwersalnej prawdy” o filmie (bo wierzę, że taka nie istnieje, to trochę tak jak z kolorami – czy kolor czerwony jest piękniejszy od zielonego?)
          A poważnie: gdybym odpowiedziała Ci tym samym (wklejaniem cytatów) kontra, to byłaby dopiero walka o moje lepsze i „skupianie się na czubku własnego nosa”. Dyskusja to sztuka, tak jak rozpoznanie momentu, w którym warto ją skończyć ;)
          Pozdrawiam!

        • Logos Amicus Says:

          Masz szczęście, że – pisząc o tym, że bardziej interesuje mnie spojrzenie na film tych, którzy „się znają”, niż Twoje osobiste – żartowałaś ;)
          I mam nadzieję, że dzięki tej rozmowie czegoś się jednak nauczyłaś :)
          (Bo ja – tak ;) )

  3. Iżyk Says:

    Bardzo ładnie.
    No tak, ale to przecież właściwie… standard :)

  4. REM Says:

    Malick wykorzystał w swoim filmie „Lacrimosę” Preisnera.
    Warto posłuchać:

  5. Vojtek Says:

    U Ciebie jest gigant kulturalny!
    Podziwiam. Masę pracy w to włożone.

    Pozdrawiam z Mazowsza
    Vojtek

  6. Hoko Says:

    hy hy hy, to ten też za p. Blake’a. Ależ musiał się ocierpieć przy tym filmie.

  7. tamaryszek Says:

    O rany! Jestem podekscytowana zderzeniem tak skrajnych opinii. Niesamowite. Bo sama jeszcze nie obejrzałam (jutro, koniecznie!). Tytuł ważny, z gatunku: obejrzeć, by mieć własny ogląd. Ale coś opadła mi motywacja po dość powszechnie podnoszonym larum o kiczu i banale. I bardzo się cieszę, że przywracasz mi ochotę, by zobaczyć „Drzewo życia”. Jakakolwiek by była moja własna reakcja, bardzo chcę jej doświadczyć. Tym bardziej, że oboje z Czarą patrzycie inaczej. Co, mając w pamięci zdarzającą się nam zgodność odbioru niektórych filmów, tym bardziej mnie intryguje. I mówisz, że dwa razy w jednym tygodniu? No proszę.
    Pozdrawiam
    ren

    • Logos Amicus Says:

      Czyli „Drzewo życia” jest już na ekranach polskich kin?

      Bardzo jestem ciekaw Twojego odbioru.
      Mam nadzieję, że żadną z tych naszych opinii się nie zasugerowałaś i że nie przeszkodzi Ci to w autentycznym przeżyciu tego filmu.
      Pozdrawiam and… good luck! :)

  8. Rob_Sawyer Says:

    Zastanawia mnie jedna rzecz: Malick przez cały film ani razu nie zakwestionował istnienia Boga (wręcz pokazał go jako chmurę świecącego pyłu), jako filozof przyzwyczaił nas do wątpliwości, nigdy nie opowiadał się wyłącznie za jedną ze stron. Tym razem wszystko tłumaczył boską mocą i wolą (przynajmniej tak to odebrałem).

    Oczywiście film nie jest doskonały i Terrence się miejscami zagalopował (przedobrzył chyba z tymi obrazami natury i kosmicznych wydarzeń), ale nie można tego, żadną miarą nazwać niewypałem, po prostu trzeba przywyknąć do stylu reżysera, który jest ciężki, miejscami niezrozumiały…

    • Logos Amicus Says:

      Może nie tyle ciężki jest sam styl Malicka, co „ciężkie” są obrazy, które on pokazuje. Wprowadzają moim zdaniem na ekran taką jakąś „przemożność”, może nawet monumentalizm i fizykalną dosłowność.
      Ale to prawda: warunkiem niezbędnym do tego aby film „Malicka” pozytywnie odebrać i głębiej przeżyć, jest zaakceptowanie (poddanie, przyzwyczajenie się, zrozumienie?) jego filmowego języka.

      PS. Mnie również zaskoczyło jednoznaczne opowiedzenie się Malicka po stronie – nazwijmy to – wiary w Boga. Ale przecież miał on do tego prawo, nawet jako filozof.
      Przy czym, to że słowa credo wkłada on w usta swoich bohaterów, nie musie jeszcze oznaczać, że on sam identyfikuje się z tym, co oni mówią. Jednakże sam finał nie pozostawia chyba wątpliwości, po której stronie Malick umiejscawia samego siebie.

  9. dude Says:

    Film zdecydowanie w duchu Tarkowskiego. Działa na emocje poprzez wrażenia wizualne, a nie intelektualne. Podobnie jak u rosyjskiego twórcy da się wyczuć u Malicka chrześcijańskie postrzeganie rzeczywistości. Trudno było mi uwierzyć, że taki film można zrobić w Ameryce. Starałem się podchodzić z dystansem do „Drzewa życia”. Okazało się jednak, że o Bogu mogą opowiadać nie tylko Rosjanie, którym przychodzi to łatwiej, gdyż oni nigdy nie żyli w demokracji, zawsze potrzebowali swojego „dobrego ojca” cara na najwyższych szczeblach władzy.

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem, czy zdecydowanie w duchu Tarkowskiego. Ale zgadzam się, że jest bardziej „zmysłowy” niż „intelektualny”.

      Dlaczego trudno uwierzyć, że taki film powstał w Ameryce?
      To prawda, że nie przypomina on standardowego filmu hollywoodzkiego, ale przecież – dajmy na to – „A Single Man” też takiego nie przypominał, a zrobiony był w Stanach.

      A że mówi o Bogu?
      Przecież w Ameryce też można opowiadać o Bogu. Może nawet bardziej, niż w Europie, gdzie niektóre kraje są zdecydowanie bardziej – jeśli chodzi o światopogląd społeczeństwa – ateistyczne, niż Ameryka.

  10. giocarte Says:

    Heh, mam prośbę do Logosa – mógłbyś, mianowicie, obejrzeć Melancholię von Triera i coś o niej napisać? ciekawy jestem twojej interpretacji.
    ja wiem, że to nie koncert życzeń etc., ale nie prosiłbym o to, gdyby nie fakt, że pamiętam twój wpis o Antychryście i sądzę, że Duńczyk to reżyser w wielu względach ciebie fascynujący.
    Proszę o to, bo czytając o Drzewie Życia momentami miałem wrażenie, że piszesz o pewnych cechach Melancholii. Patetyzm
    to domena nie tylko Malicka, owszem, ale to, jak opisujesz jego posłużenie się nim w Drzewie, każe mi szukać analogii między tymi dwoma canneńskimi tuzami (oglądałem, co prawda, tylko Melancholię, ale nadrobię Drzewo niebawem ^^ ).
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      giocarte, Twoja prośba poniekąd mi pochlebia :)
      „Melancholia” jest na mojej liście filmów do obejrzenia, ale nie wiem kiedy się ona w tej Ameryce pojawi ;)
      Kiedy będę miał taką możliwość, to ją pewno obejrzę i całkiem prawdopodobne, że coś o tym napiszę (choć sporo innych tematów czeka w kolejce na mim blogu). Bo najnowszy film von Triera mnie ciekawi… ale żeby mnie ten reżyser – jak piszesz – „fascynował” – to chyba nie aż tak ;)
      Również zauważyłem, że te „Drzewo życia” i „Melancholię” coś ze sobą łączy. Tylko na razie nie wiem za bardzo co…

      I jeszcze a propos „canneńskich tuzów”. Podobno von Trier, (który rzeczywiście z festiwalem w Cannes związany jest od dawna i na wiele sposobów), został z ostatniego Festiwalu wyproszony i uznany za persona non grata. Nie wiem dokładnie co się stało, ale chyba chodziło o jakąś wypowiedź reżysera o współczuciu dla Hitlera, czy coś w tym stylu. Podobno miał to być żart, ale jakoś nie wszyscy się na tym poznali ;)

      Pozdrawiam

  11. giocarte Says:

    Dziękuję ^^
    Śledziłem trochę Cannes i faktycznie, von Trier w pewnym momencie powiedział coś takiego, że potem zapytał się dziennikarzy „how can i get out from this sentence?” ^^ . Ale już o tym , że ,,jest nazistą” , mówił z ironią, to
    raczej serwisy informacyjne zrobiły swoje i rzecz rozdmuchały. W ogóle ten incydent chyba zaważył na werdykcie jury. a szkoda… bo o Melancholii nie można mówić mimochodem…

    • Logos Amicus Says:

      Von Trier „podmęczył” nie tak dawno Cannes (i nie tylko Cannes) swoim „Antychrystem”. (Do tego jeszcze doszło to nieporozumienie z „nazizmem” reżysera.)
      Wygląda na to, że nagradzając w tym roku „The Tree of Life”, canneńskie jury szukało już innego rodzaju „podmęczenia” ;)

      • giocarte Says:

        ach, Amicusie, wiem już dlaczego Drzewo przedstawia mi się podobnie do Melancholii… od tego zaczynasz ten tekst.
        Melancholia to dla mnie – tak jak dla ciebie Drzewo – pierwszy film w życiu, na który poszedłem dwa razy w krótkim odstępie czasu.
        Ciekawe. ^^
        ani chybi coś w tym jest ( tzn. w tych filmach ^^ )

  12. Torlin Says:

    Nie widziałem filmu. To jest zawsze dla mnie kłopot z komentarzami u Ciebie, bo chcę być aktywny – ale w jaki sposób?
    Tutaj zaciekawiło mnie nawiązywanie cały czas do Boga. Dla mnie to jest fascynujące patrzeć, jak nowocześni ludzie z XXI wieku pogrążają się w odmętach średniowiecznych przesądów. Dawniej Bóg stworzył świat w 7 dni, teraz już to jest cała wieczność, te 7 dni to jest tylko metafora. No bo nie stworzył świata, bo on powstał z Wielkiego Wybuchu. Ponieważ nauka aktualnie jest w takim stadium, to Bóg stworzył Wielki Wybuch. Gdy nauka stwierdzi, że Wielki wybuch był spowodowany Pranicością, to wszyscy gremialnie stwierdzą, że Bóg stworzył Pranicość.

  13. katasia_k Says:

    Piszesz: „Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze.” Ciekawe, ja odnioslam wrazenie, ze to natura miala tu byc czula (dinozaur, ktory odchodzi zamiast zabic drugiego), a czlowiek okrutny (przynajmniej do koncowej sceny pojednania i spotkania sie w niebie.)
    Moj seans bardzo roznil sie od Twoich, poniewaz nikt nie wychodzil z kina (trudno mi sobie wyobrazic kogos, kto jest oburzony takim nieszkodliwym filmem, musza to byc osoby, ktore na co dzien ogladaja tylko produkcje Disneya…), za to jedna dziewczyna obok mnie zasnela, a inna – bawila sie komorka ;) Sama czesc „realistyczna” obejrzalam z przyjemnoscia, czesc „kosmiczna” z pewnym zazenowaniem (ta patetyczna muzyka…), ale gdyby nie pojawiajace sie w roznych miejscach nowe recenzje filmu, pewnie juz bym o nim zapomniala, mimo pieknych zdjec i lagodnego przeslania troche w stylu New Age.
    Nie wiem czy widziales ubiegloroczny „Enter the Void” Gaspara Noé. Noé podobnie jak Malick probuje wprowadzic do swojego filmu religie, ale udaje mu sie obyc bez patosu i przemycic w filmie sporo ironii i humoru. Moim zdaniem „Enter the Void” (wbrew pozorom podobny nawet konstrukcyjnie do fimu Malicka) jest bardziej udany.

  14. katasia_k Says:

    Przepraszam, nie wiedziec czemu zdublowal mi sie poprzedni komentarz. Jeszcze jedna ciekawa recenzja tym razem dziennikarza „Tygodnika Powszechnego”: http://michaloleszczyk.blog.onet.pl/Drzewo-zycia-2011-Malick,2,ID428963642,n

  15. Logos Amicus Says:

    Witam katasiu,
    w filmie wyraźnie słyszymy: „Jest droga Natury i droga Łaski”, czyli Natura jest przeciwstawiona Łasce.
    Wydaje mi się przy tym, że Malick nie utożsamia Boga z Naturą. Bo przecież nie można jednak utożsamiać Dzieła Stworzenia ze Stwórcą (chyba że jest się deistą ;) )

    Ale ja nie chciałbym roztrząsać kwestii teologicznych, a tym bardziej dyskutować o Bogu (bo uważam wszelkie rozmowy o Bogu za nie mającego większego sensu, gdyż o Bogu żadnej wiedzy nie mamy, a tylko wyobrażenia – więc właściwie niczego nie możemy rozstrzygnąć).
    Zresztą, jeśli ktoś jest ateistą (a to zdarza się nawet najlepszym krytykom kina ;) ) to nigdy, może nie tyle nie „kupi”, co nie poczuje „rozmowy” Malicka z Bogiem, ani też nie przyjmie jego teologicznej perspektywy.
    Tak więc zdanie (Sobolewskiego): „Bog Malicka jest tylko sztucznym światłem, prawdziwego Boga widziałem dziś u braci Dardenne” – zupełnie mnie nie przekonuje. Bo skąd pan Sobolewski wie, że Bóg Malicka jest tylko „sztucznym światłem”? (na pewno sam Malick, jeśli wierzy w Boga, to nie uważa Boga za „sztuczne światło”). Sobolewski, stwierdzając to, pisze na dodatek: „prawdziwego Boga widziałem dziś u braci Dardenne” – i wobec tego to już zupełnie jestem bezradny, a i zdumiony, że PRAWDZIWY Bóg objawia się Sobolewskiemu w filmie u braci Dardenne, ale już nie u Malicka (z czego można wnioskować, że Sobolewski doskonale wie, jaki jest Bóg PRAWDZIWY ;) A jeśli ja napiszę, że prawdziwy Bóg objawia mi się w książeczce o Kubusiu Puchatku, to co?
    Oto dowód na to, że zwykle rozmowy o Bogu prowadzą człowieka ad absurdum.
    Więc wolałbym o tym nie dyskutować.

    Przy czym i tak recenzja Tadeusza Sobolewskiego wydaje mi się bardziej godna uwagi (jednym słowem – „lepsza”), niż ta Michała Oleszczyka z „Tygodnika Powszechnego”.
    Jeśli np. Oleszczyk pisze takie oto zdanie: „Prolog (…) wprawił mnie w osłupienie; jest katastrofalnie zły”, to ja widzę w tym arogancję młodzieńca, który jednak wszystko wie jednak lepiej, a zwłaszcza wie lepiej od samego Malicka (sam coś o tym mogę powiedzieć, bo w przeszłości także i ja skłonny byłem się poddawać podobnej arogancji, lecz teraz staram się jednak tego unikać).
    W jednym zdaniu Oleszczyk pisze, że „film stanowi misterną budowlę” i zawiera „mnóstwo scen zapierających dech” a w następnym, że „patos, kicz, nuda i wtórność dają zabójczą mieszankę” oraz, że był to dla niego film „niezmiernie frustrujący”.
    Ja także zaznaczyłem w swoim tekście to, że film wywołać może różne, a czasem nawet i skrajne reakcje, nie posunąłem się jednak do tego, by stwierdzić, że to wszystko było mieszanką „zabójczą”, czyli taką, która film zabiła a mnie pozostawiła w stanie „niezmiernej frustracji”. I choćby tylko dlatego mój odbiór filmu różni się od odbioru pana Oleszczyka.

    PS. Piszesz: „Moj seans bardzo roznil sie od Twoich, poniewaz nikt nie wychodzil z kina (trudno mi sobie wyobrazic kogos, kto jest oburzony takim nieszkodliwym filmem, musza to byc osoby, ktore na co dzien ogladaja tylko produkcje Disneya)”, co trąci mi stereotypem postrzegania widza amerykańskiego jako kogoś kto ogląda tylko disney’owskie kicze, a w domyśle – widza niezbyt rozgarniętego ;)
    Otóż nie, na tych seansach była jednak widownia, która zazwyczaj ogląda filmy nie będące w tzw. „szerokim” rozpowszechnianiu (a film Malicka w takim rozpowszechnianiu jednak nie jest – na setki kin jakie znajdują się w Chicago, „Drzewo życia” wyświetlane jest TYLKO w JEDNYM kinie, które specjalizuje się pokazywaniu tego rodzaju „niepopularnych” obrazów, więc ci, którzy do niego chodzą wiedzą, że nie mogą się spodziewać obejrzenia tam standardowego, rozrywkowego filmu hollywoodzkiego. Jeśli kilka osób z sensu wyszło, to jednak nie dlatego, że coś ich w tym filmie oburzyło, a raczej dlatego, że po prostu język filmowy Malicka do nich nie przemówił i że się na filmie zaczęli cokolwiek nudzić.)

    • katasia_k Says:

      Gwoli sprostowania: piszac moj komentarz, nie wiedzialam, ze poszedles na „Drzewo…” w Chicago i nie bylo moim zamiarem obrazanie amerykanskich widzow. Napisalam o filmach Disneya, bo sa dla mnie synonimem prostej, familijnej rozrywki, ktora nikt nie moze poczuc sie urazony. Moja mama wspominala mi o swoich kolezankach, ktore widzialy film Malicka w Warszawie i – podobno – wszystkie wyszly z kina w trakcie filmu (naprawde nie rozumiem takiego postepowania – jak mozna nie dac rezyserowi szansy przekonania nas do siebie chocby koncowa scena?), dlatego myslalam, szczerze mowiac, ze Ty rowniez obejrzales go w Polsce.

      O lasce i naturze mowi w filmie matka bohatera, ktora nie jest moim zdaniem niepodwazalnym autorytetem, ale raczej jednym z wielu glosow, na rowni np. z ojcem i pastorem. Wydaje mi sie, ze dalszy ciag filmu (scena stworzenia swiata, scena z dinozaurem) przeczy tej tezie i pokazuje, ze rowniez natura jest boska, wiec dobra. Dlatego widze w „Drzewie…” panteizm w stylu New Age.

      Oczywiscie, urok kazdego filmu polega rowniez na tym, ze kazdy odczytuje go inaczej i, ze mozna po obejrzeniu wymienic sie odmiennymi opiniami na jego temat.
      Pozdrawiam serdecznie,
      katasia

      • Logos Amicus Says:

        „… nie wiedzialam, ze poszedłeś na „Drzewo…” w Chicago” ;)
        Dobrze że nie mam czarnego koloru skóry i nie jestem przewrażliwiony na punkcie niewybrednych dowcipów z wysyłaniem pewnej grupy etnicznej „na drzewo” :)
        Żarty żartami – rzeczywiście wyszło nam małe nieporozumienie z tą widownią przyzwyczajoną tylko do disney’woskiej estetyki.

        Ja także uważam, że trzeba reżyserowi dać szansę i obejrzeć jego film do końca. Dlatego też to, by z filmu wyjść przed zakończeniem jego projekcji, zdarzyło mi się bodajże tylko raz – podczas oglądania „Kill Bill 2″ Tarantino.
        Tarantino znałem dość dobrze i wiedziałem, że nawet jak zostanę do końca „Kill Bill” to niczym nie usprawiedliwi on swojej obłudnej skłonności do szpanerskiego napawania się przemocą pod pozorem jej denuncjacji, odrzucenia i potępienia.
        Ale to inna historia.

        Piszesz: „O łasce i naturze mówi w filmie matka bohatera, która nie jest moim zdaniem niepodważalnym autorytetem”.
        Kto w takim razie byłby dla Ciebie „niepodważalnym autorytetem” w filmie? Podejrzewam, że również – a może nawet zwłaszcza – nie sam Malick. Czyli mówienie a autorytetach w tym kontekście jest pewnym nieporozumieniem.

        Nie wiem czy Malick pokazując swoje „Drzewo życia” przekazywał nam jednocześnie swoje panteistyczne widzenie świata. Zważywszy na jego filozoficzną przeszłość (w której największą rolę odgrywał egzystencjalizm) – chyba jednak nie. Zwłaszcza trudno byłoby mi go podejrzewać, że robi to w „stylu New Age” (jest to wg mnie nadinterpretacja tych, którzy mają „newagowe” ciągotki).

        Pozdrawiam

    • Michał Oleszczyk Says:

      Zapewniam, że buntu młodzieńczego we mnie tyle, co na lekarstwo (tym bardziej, że trzydziestka na karku…). „Eschatologiczny” prolog filmu Malicka jest moim zdaniem estetyczną porażką, co nie ujmuje piękna i głębi innym partiom DRZEWA ŻYCIA. W przeciwieństwie do Pana Boga, Terrence Malick nie jest nieomylny — i kiedy serwuje nam obrazy jak z Discovery Channel, puentując je obrazem animowanego dinozaura wyjętego z produkcji Disneya, to mogę stwierdzić, że powinęła mu się noga. Pozdrawiam i gratuluję ciekawego bloga!

      • Logos Amicus Says:

        „…tym bardziej, że trzydziestka na karku”

        No tak, Panie Michale, rzeczywiście – to wiek poważny ;)

        Ale ja nie pisałem o „buncie” tylko o arogancji – a to jest różnica.
        Naturalnie, nie posądzam Pana, że jest Pan człowiekiem aroganckim, tylko odniosłem wrażenie, że to co Pan napisał, trąciło arogancją (i miałem nadzieję, że nie odbierze Pan tego personalnie).

        Nie wiem co uważa Pan za „prolog” w „Drzewie życia”. Jeśli ja pisałem o „eschatologii” Malicka, to raczej w odniesieniu do finału jego filmu.
        Oczywiście, że Malick nie jest nieomylny (a czy Bóg jest nieomylny to tego nie wiem – w przeciwieństwie do tych, którzy uważają się za specjalistów od Pana Boga).
        Ale jeśli stwierdza Pan, że „kiedy (Malick) serwuje nam obrazy jak z Discovery Channel, puentując je obrazem animowanego dinozaura wyjętego z produkcji Disneya, to mogę stwierdzić, że powinęła mu się noga” – to oczywiście, że ma Pan prawo do takich stwierdzeń, ale musi Pan mieć przy tym świadomość, że stwierdzając to, może się Pan również mylić. I – nie tylko moim zdaniem – myli się Pan. Bo są osoby, które tego tak nie odebrały, reagując w sposób, jaki był intencją Malicka (więc nigdy by nie stwierdziły, że Malickowi powinęła się noga).

        Pozdrawiam

        • Chihiro Says:

          Logosie, wczoraj obejrzałam „Drzewo życia”, przeczytałam Twoją recenzję oraz wszystkie komentarze i jestem zażenowana. Logosie, zażenowana jestem Twoją postawą krytykującą wszystkich, którym się ten film nie podobał. Zarzucasz panu Oleszczykowi arogancję, a sam piszesz bez wahania „I – nie tylko moim zdaniem – myli się Pan”. Czy tak kategoryczne wyrażenie zdania nie jest przejawem arogancji? Dlaczego wyżej cenisz opinię tych, na których ten film zrobił dobre wrażenie niż tych, którzy nie wyszli z kina z dobrym zdaniem o filmie Malicka? Dlaczego uważasz, że jeśli ktoś pracuje nad jednym filmem przez 20 lat to ma to świadczyć, że film jest dopracowany i dobry? Nie mogę zrozumieć, czemu tak trudno Ci pojąć, że wielu osobom forma nakręcenia tego filmu wydała się kiczowata i wtórna. W Wielkiej Brytanii ten film zbiera bardzo różne recenzje, a publiczność też miewa bardzo odmienne wrażenia. Dlaczego krytyka nieodmiennie kojarzy Ci się z brakiem pokory (o czym piszesz w komentarzu do Czary)?

        • Logos Amicus Says:

          „Nie mogę zrozumieć, czemu tak trudno Ci pojąć, że wielu osobom forma nakręcenia tego filmu wydała się kiczowata i wtórna.”

          Myslisz, ze trudno mi to pojac?

          Chihiro, moze przeczytasz jeszcze raz moja recenzje – tym razem ze zrozumieniem tego co napisalem i bez wrogosci (a przynajmniej bez niecheci) do mojej osoby? :)

          Chocby to:

          „Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne…”
          Albo to:

          „Jednakże, napisawszy to wszystko, zdecyduję się wszak na konkluzję: rację masz zarówno Ty, jak i ja (…)
          Zresztą, chcę przypomnieć, że już na samym początku swojej recenzji podkreśliłem, że dopuszczam niejako równowartość diametralnie odmiennych opinii o tym filmie – czyli jestem skłonny uznać, że argumenty obu przeciwnych stron, są podobnie mocne i równie zasadne.”

          No i moze jszeszcze to:

          „Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka.”

          Pozdrawiam serdecznie

  16. Michał Oleszczyk Says:

    Innymi słowy – i na to jestem w stanie przystać – we agree to disagree :-)

    Pozdrawiam i śledzę bloga z zainteresowaniem–
    –MO

  17. grześ Says:

    Brrrrr, apage Logosie:)

    Obejrzałem ten film ze 2 miesiące temu, zdążyłem już o nim zapomnieć, wręcz go wyrzucić z pamięci, a tu trafiam szperając u ciebie w blogu na taką aprobującą recenzję.

    Ja się zgadzam ze zdaniem krytyków, szczególnie z pierwszym komentarzem Czary.
    Film dla mnie (i dla dwójki współoglądaczy) był nudny, nieznośnie patetyczny, kiczowaty, niezrozumiały.
    Te wszystkie dinozaury, wybuchy, te natchnione myśli i sentencje, to wskazywanie jak masz żyć, w co wierzyć itd
    Dla mnie to było dzieło w dodatku jak wyjęte z jakiejś propagandowej czytanki,
    Nie było tam lekkości, dystansu, finezji, humoru, niedopowiedzenia.
    Nie było opowieści właściwie, nie było klimatu.
    Film był piękny wizualnie i formalnie, ale dla mnie to było takie puste piękno (z innej półki za równie pięknie puste uważam np. niektóre filmy Lyncha czy Arofonsky’ego

    W każdym razie nie znam innych filmów Malicka, ale ten mnie odstręczył od poznawania.

    pzdr

  18. Simon Says:

    Niektórzy zarzucają mu prostotę, banał i infantylność, inni przesadną głębię. A ja sobie myślę, że Malick po prostu nie trafił w odpowiedni okres (albo trafił idealnie – zależy jak na to spojrzeć). Drzewo życia to zwyczajnie nie jest film na dzisiejszą ludzką wrażliwość. No bo, spójrzmy prawdzie w oczy, kogo dziś obchodzą na ekranie tak elementarne treści jak miłość do bliźnich czy poszukiwanie Boga? Szczególnie gdy ukazane są niemal wprost, dosłownie, gdy matka mówi dzieciom, aby kochały siebie nawzajem, albo wskazuje palcem niebo i mówi, że tam mieszka Bóg. Wielu narzeka, że za prosto, że to banalne słowa, że nie ma głębi. Więc jak Malick zestawi to z oszałamiającą wizją kosmosu, nada temu zupełnie inny wymiar, to znów pojawiają się narzekania, że przekombinowane, „pseud-bełkot” itd. Ale czy do modlitwy, czy do wyrażania miłości, czy do przedstawiania relacji między rodzicem a dzieckiem potrzebne są wielkie, patetyczne słowa? Za to same w sobie te czynności, uczucia, są wyjątkowo podniosłe.
    Zresztą, widzę, że i ja sam już zaczynam się gubić. Wyrazić wszystko, co czuje się względem tego filmu jest rzeczą niemal niemożliwą. Niektóre sprawy po prostu nie układają się w żadne słowa. Dlatego tym bardziej podziwiam Cię, że napisałeś swoją opinię. A wiele z tego, co tu zawarłeś, odnajduję jako swoje własne zdanie i przytakuję, bo sam bym tego tak nie napisał:) Myślę i mam taką nadzieję, że przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy ten film zostanie należycie doceniony. Pytanie tylko, czy komukolwiek, a już szczególnie Malickowi jest to potrzebne.

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem zarzuty o banał i infantylność wobec obrazu Malicka są zupełnie nietrafione. Nawet jeśli coś rzeczywiście (w czyichś oczach) wygląda w „Drzewie życia” na banał czy infantylizm, to do twórcy tego formatu, co Malick, to po prostu nie przystaje – bo to jest człowiek o bardzo pogłębionym i świadomym stosunku do świata (i Kosmosu). A skoro tak jest – to może on sobie pozwolić na prostotę. I właśnie to, że mówi on rzeczy proste i z pozoru banalne, zestawiając je przy tym z „oszałamiająca wizją Kosmosu”, powoduje, że nabierają one głębi i na swój sposób stają się transcendentne.

      „Myślę i mam taką nadzieję, że przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy ten film zostanie należycie doceniony. Pytanie tylko, czy komukolwiek, a już szczególnie Malickowi jest to potrzebne.”
      Nie, moim zdaniem Malickowi nie jest to do niczego potrzebne. Potrzebne okaże się ludziom, którzy ten film „przeżyją” i docenią ;)

  19. la-di-da Says:

    Rozumiem Twój punkt widzenia i bardzo podoba mi się tekst. Zgadzam się z tym, że tutaj linia podziału między arcydziełem rysuje się dość subtelnie. U mnie zwyciężyła ta druga grupa uczuć, choć też ich wszystkich doświadczałam podczas seansu.
    „Drzewo życia to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian” – i ten punkt widzenia, perspektywa odczytania również uzasadniają Twoje wrażenia. Potrafisz znaleźć spójność :).
    Pozdrawiam serdecznie!

    • Logos Amicus Says:

      Czytałem Twoją recenzję, rozumiem to co piszesz ze swojego punktu widzenia. Zresztą w moim tekście zaznaczyłem, że obie te postawy (zarówno film aprobująca, jak i dezaprobująca) są niejako względem siebie równoprawne.
      Cieszę się, że mimo iż ten film tak odmiennie odebraliśmy, to jednak się zgadzamy ;)

  20. PRZETRWANIE I ZEMSTA – ODDECH W ZMALTRETOWANYM CIELE (o najnowszym filmie Alejandra Gonzáleza Iñárritu „ZJAWA”) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] von Trier w swoim „Antychryście”). Już bliżej tu do ujęcia Natury przez Malicka w „Drzewie życia”, gdzie człowiek jest występującą w przyrodzie monadą czującą – jednym ze składników […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s