KINO TEATR SZTUKA – słowo o książce

.

Kolej na prezentację trzeciej książki spośród czterech, które się niedawno ukazały. Jest jeszcze obszerniejsza niż poprzednie (693 strony), a że traktuje o kinie (teksty filmowe stanowią zdecydowaną większość treści tomu), teatrze i sztuce, to znalazło się w niej znacznie więcej ilustracji – kadrów filmowych, zdjęć z przedstawień teatralnych oraz reprodukcji dzieł sztuki, głównie malarstwa. Być może niektórzy pamiętają, ale okładkę pomogli mi wybrać czytelnicy Wizji oraz goście mojej strony fejsbukowej, dzięki czemu trafił na nią wdzięczny kadr z filmu „Fanny i Alexander” – jednego z najlepszych w dorobku Ingmara Bergmana (nota bene tom otwiera tekst o symbolach, jakimi posługiwał się w kinie szwedzki reżyser). Jest więc o czym czytać i co oglądać.

.

KINO TEATR SZTUKA

Wybór tekstów filmowych autora publikowanych na łamach pism krajowych (m.in. „KINO”, „Film na Świecie”, „Polityka”, „Wprost”, „Powiększenie”) oraz polonijnych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”), obejmujący okres dwóch dekad i dotyczący kina w wielu jego aspektach: od monografii największych twórców (Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski), przez kino gatunkowe (film wojenny) po fenomen artystyczny i popkulturowy. Eseje na temat głośnych filmów kina światowego ostatnich lat (Zjawa i Birdman Iñárritu, Rozstanie Farhadiego, Drzewo życia Malicka, Koń turyński Tarra, Miłość Hanekego, Snajper Eastwooda…). Zbiór zawiera także recenzje ponad 170 filmów polskich i zagranicznych, oraz kilku przedstawień teatralnych (Gombrowicz, Wyspiański, Teatr ZAR, Teatr Pieśń Kozła…). Do tomu załączone zostały również eseje i teksty na temat sztuki.

693 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 261 ilustracji barwnych, 32 ilustracje czarno-białe; ISBN 978-83-62844-84-5

.

Noty o książce:

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki.

Renata Borowiak

W swoich tekstach autor łączy publicystykę z własnego rodzaju refleksją, często moralną. Dzięki temu przekraczają one zakres recenzji, będąc zwykle mini-esejem traktującym o ważnych dla autora sprawach, które jednocześnie są istotne w wymiarze kulturowym. Widzę też w nich niezwykle ciekawe połączenie wnikliwej analizy z emocjonalnością – angażujące czytelnika zarówno duchowo, jak i intelektualnie.

Zygmunt Kałużyński

Bardzo lubię czytać taką krytykę filmową i bardzo rzadko mam po temu okazję. Stanisław Błaszczyna jest widzem poszukującym, nieobojętnym i nie ułatwiającym sobie niczego. Film prowokuje go do stawiania pytań (moralnych, społecznych, estetycznych) i do udzielania odpowiedzi, często niewygodnych, ale niemal bez wyjątku celnych. Tacy widzowie – i tak piszący – potrzebni są kinu w każdym momencie jego istnienia. Osobiście uwielbiam to, że po seansie możemy się o film inteligentnie pospierać – a ta książka jest właśnie jak spotkanie z wyjątkowo uważnym kinomanem, z którym można przegadać cały wieczór i zaplanować kolejne filmowe seanse.

Michał Oleszczyk

greydot

.

.

.

greydot

RECENZJA KSIĄŻKI

.

.

A JEŚLI ŻYCIE TO FILM…?

I

Czasem, absolutyzując sztukę, stawiamy ją ponad codziennym doświadczeniem. W artystach chcemy widzieć demiurgów. Oczekujemy, że uchylą przed nami drzwi do innego wymiaru dadzą wytrych do Tajemnicy. A przy tak wysoko postawionej poprzeczce łatwo o skrajne rozczarowania. Od nich już krok do zwątpienia, czy sztuka może coś więcej niż bajdurzyć, mamić mirażami i dostarczać zagłuszającej niepokój rozrywki. Między skrajnościami pojawia się stateczna droga środka. Założenie, by obniżyć rangę poszukiwań i wystudzić nadzieję na odpowiedzi. Uznać, że film to tylko film, nie warto kruszyć kopii, staczając bój o prawdę. Rzecz w tym, że każdy z tropów prowadzi na manowce.
To, co mnie zainteresowało w książce Stanisława Błaszczyny, wiąże się z zaprzeczeniem tym trzem wyżej opisanym manowcom: szukaniu w kinie objawień, degradowaniu go do roli rozrywki czy uznaniu, że dostarcza nam relatywnych, nieprzesądzających o niczym oglądów świata.
Po pierwsze. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Autor wchodzi w świat kina z bagażem fundamentalnych pytań. Pewnie nie zadaje ich sobie po raz pierwszy, ale stawia je twórcom, wierząc, że mają mu do zaproponowania istotną odpowiedź. Od niektórych oczekuje wiele. Terrence Malick pretenduje do godności filozofa, Alejandro González Inárritu, mistrz kontrapunktu, szuka wspólnego tonu w wielogłosie, a Asghar Farhadi – doceniony zostaje za skromność nierozstrzygania poruszających moralnych dylematów.
Jest więc respekt wobec twórcy, są serio stawiane „pytania naiwne” o sens, istotę, cel, prawdę, ale jest też pasja dyskutowania i rozczytywania wpisanych w film treści. Objawień nie przyjmuje się na wiarę.
Po drugie. Autor raz po raz przypomina o rozrywkowym rodowodzie kina, docenia dobre filmy bez intelektualnych pretensji. Wirtuozeria mistrzów kina nie rozgrywa się przecież wyłącznie na poziomie treści czy głębi. Wielokrotnie jednak – niczym memento – wraca odróżnianie kina artystycznego od popkultury. Podszyte obawą, by mainstreamowe uproszczenia nie zubożyły nam obrazu świata. I choćby po tysiąckroć wracało docenienie kina środka, umiejętności Stevena Spielberga czy innych wodzirejów masowych wzruszeń, to jednak rozmowa o kinie nie ogranicza się tu do omawiania gwiazdorskich wystąpień czy sprawnie rozegranych hollywoodzkich schematów. Kino rozrywką bywa, ale bywa też czymś znacznie więcej.
Po trzecie. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki. Lista Schindlera, Snajper, Sponsoring, Z daleka widok jest piękny – wyliczam tu tytuły z pierwszej części (te teksty bliższe są esejowi niż recenzji, a interpretacja rozszerzona jest o aspekt społeczny, psychologiczny, kulturowy). Autor pozostaje poszukiwaczem, nie zna prawdy jedynej, nie sądzę, by zakładał, że prawdę można zamknąć w jednym wymiarze. A jednak są to teksty, z których można wyczytać, co według Autora jest nadużyciem czy manipulacją. By nie być gołosłownym: nie ma zgody na nihilizm (Koń turyński Béli Tarra), na dehumanizację wroga i bezrefleksyjny patriotyzm (Snajper Clinta Eastwooda), na chłód jako metodę opowiadania o więzi, której istotą jest czułość (Miłość Michaela Hanekego), na reżyserię bez przesłanek pozwalających widzowi zrozumieć zamysł reżysera (Post Tenebras Lux Carlosa Reygadasa).
Oczywiście, ranga zakwestionowanych „prawd” jest różna i z różną siłą wypowiadana. Czasem żarliwie, z wyczuwalnym pazurem Polemicznym, który nabrałby ostrości, trafiając na oponenta. Innym razem z wewnętrznym pęknięciem, sugerującym, że pierwszym przekonywanym jest sam Autor.

II

Zaskakującym wrażeniem przy lekturze tego tomu było uświadomienie sobie, jak równorzędne względem siebie są emocje i logiczny dyskurs. Niektóre teksty znałam z wcześniejszych publikacji, więc merytoryczny ton, logika argumentacji, rozeznanie w temacie uznałam za znak firmowy. Moją uwagę przyciągały natomiast wyznawane bezpośrednio sympatie, emocjonalne deklaracje i subiektywne wrażenia.
„Ja na Birdmanie dosłownie upiłem się kinem. Pewnie wynikało to z tego, że Inárritu ma genialny dar absolutnego panowania nad filmową materią […], co przyprawia mnie o zawrót głowy, a czasem wręcz o euforię”.
„Czas na wyznanie: jestem zakochany w filmach A.G. Inárritu, dlatego też prawdopodobnie nie stać mnie na obiektywne spojrzenie na jego obrazy”.
Cytuję te najbardziej wyraziste. One nie dominują, lecz dopełniają odbiór intelektualny.

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Bo jedna rzecz film zrozumieć, druga – uwierzyć w jego prawdę.
Nie zaskoczyła mnie – lecz nie sposób o niej nie wspomnieć – skłonność do polemiki i potrzeba dyskusji. Można ją w niektórych tekstach śledzić bezpośrednio: tam, gdzie przywoływane są zapisy rozmów blogowych. Ale zaczepność i wspominane wcześniej veto wobec niektórych reżyserskich rozwiązań pojawiają się nie raz. Wracam do tej cechy Autora, bo wynika z niej zaproszenie do polemizowania z napisanymi przezeń tekstami. Ta książka to przecież nie tylko kompendium wiedzy czy admiracja sztuki. To również impuls do przemyślenia własnych refleksji. Jedni dadzą się przekonać pomysłom interpretacyjnym, drudzy – przynajmniej przy niektórych tekstach – zechcą się wewnętrznie pozżymać i choćby bezgłośnie ripostować.
Nie mogę sobie tego prawa zawłaszczać. Nadmienię tylko, że w tekście o Kieślowskim za dużo jest asekuracji. Szybciej odrzuciłabym wątpliwości polskich recenzentów i intensywniej wskazałabym to, co dla mnie w jego filmach cenne. Za najbardziej prowokacyjną recenzję uznaję Taxi Driver Revisited, będącą powrotem do filmu Martina Scorsesego. Powrotem-wiwisekcją, polegającym na tym, że wszystko, co zachwyciło wcześniej, poddane jest zaprzeczeniu. Nie zgadzam się, nawet jeśli prowokacja jest zaplanowana, sugerowana tonem zastrzeżeń, jakoby Taksówkarz był „filmem, który, owszem, dobry jest, może nawet bardzo dobry, ale żeby od razu takie arcydzieło?” Gorący odbiór może towarzyszyć również licznym wypowiedziom na temat ukazanych w kinie konfliktów wojennych. II wojna światowa (Holocaust, partyzantka AK), Wietnam, Afganistan, Irak – emocje budzi sposób ukazania konfliktu. Autor buntuje się przeciw „estetyzacji” wojny (Lista Schindlera), przeciwko odstępstwom od historycznej prawdy czy mitologizacji wojennego bohaterstwa (Snajper). We mnie najsilniejszą potrzebę dyskusji budzi tekst Zupa ze sromotników poświęcony Obławie Krzyształowicza. Pojawia się w nim wątpliwość-zarzut, że bohaterowie są „wyabstrahowani z historii”. Jak by skupianie się na ludzkiej naturze bez uwzględniania racji historycznej, tego, w imię czego się walczy – czy stoi się po dobrej czy złej stronie – było rodzajem manipulacji. Powyższe zaczepki są subiektywne.

III

Gdy kreśląc te słowa, kolejny raz wertuję i podczytuję fragmenty, uderza mnie i spójność, i zakres rozważanego materiału. Niech będzie „Kino”, choć są przecież jeszcze rozdziały o teatrze i malarstwie. Warto docenić, jak łączą się tu i przeplatają artykuły o klasykach kina, studia tematu (np. Wojna jako widowisko), konfrontacyjne zestawienia twórców czy filmów – z recenzjami najnowszych tytułów.
Liczba analizowanych filmów wynika z intensywnej pasji kinofilskiej, a także stąd, że mamy tu teksty pisane w różnym czasie. Niektóre powstawały lata temu, więc skoro bronią się dziś, mają do zaoferowania coś więcej niż komentarz do bieżącego repertuaru. Moją uwagę przykuły interpretacje pracy reżyserskiej twórców, których filmografia jest już zamknięta. Esej o symbolach u Bergmana – o twarzy i lustrze, barwach i przestrzeni zaaranżowanej tak, by oknom i drzwiom nadać znaczenie niedosłowne (Zasłony i objawienia). Tekst o wrażliwości bohaterów Witolda Leszczyńskiego (Miłość, zachwyt, lęk), wspomniane już dywagacje o Kieślowskim (Nic prócz humoru różowego, czarnego, okrutnego…). Ci, którzy wiedzą, o czym mowa, bo klasykę znają, mogą wrócić i odświeżyć wspomnienia. Kto nie zna, ten ma szansę „zobaczyć film” w asyście rzeczowych komentarzy – czasem bardziej skoncentrowanych na warsztacie, czasem na kontekstach dopowiadających poruszony w filmie temat.
Ale oprócz tytułów ze światowego kanonu (Ojciec chrzestny Coppoli, Bez przebaczenia Eastwooda, Hannah i jej siostry Woody Allena, Amadeusz Miloša Formana, Werdykt Sidneya Lumeta) przywołane są ważne filmy ostatnich lat. Szczególnie interesujący jest dobór tytułów kina polskiego, oglądanego przecież najczęściej w Chicago, tym bardziej świadomie wybieranego. Ponad pięćdziesiąt filmów to już wyrazisty pejzaż, z którego wyłania się kilka generacji tutejszych filmowców.
Owszem, nie braknie filmów, które dopiero co zeszły z ekranów kin. Ale środek ciężkości (ważności) ulokowany jest tam, gdzie filmy o największej mocy oddziaływania i inspiracji. A według Stanisława Błaszczyny jest to kino starych mistrzów. Tych niewciągniętych w pogoń za werdyktem box office’ów.
„Był taki czas, kiedy wydawało się, że w dobie pośpiechu zwięzłe kino przejmie szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury. Tak się jednak nie stało i film, zatoczywszy koło, wrócił do swych plebejskich korzeni, czyli do jarmarku. […] Kino artystycznie ambitne, autorskie przemyka się gdzieś po peryferiach”.
Gorzka refleksja, słodzona raz po raz triumfem tych „z peryferii” – jak widać zdolnych jednak poruszyć tłumy. Wraca jednak podejrzenie, że być może apogeum kina jest już za nami, że najcenniejsze zdarzyło się w przeszłości, a kanon dzieł filmowych nie potrzebuje suplementacji (Latarnia magiczna). „Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było…”
Jestem skłonna czytać tę melancholię nie tyle jako rezerwę wobec nowego, lecz zaproszenie, by wracać do tego, co już pokryła patyna czasu. Przywołam fragment wyjęty z tekstu o filmie Lecha Majewskiego Młyn i krzyż. Dotyczy co prawda mierzenia się z malarstwem Bruegla, nie ma jednak powodu, by rangi flamandzkiego malarza nie przydzielić mistrzom kinematografii: „Może więc tylko przypomnę o tym, jak wielkim przeżyciem może być dla nas obcowanie z twórczością dawnych mistrzów, jeśli tylko damy im szansę zaistnienia w naszej świadomości – poświęcając im czas, skupienie, chęć zrozumienia i zdobycia wiedzy, zarówno o nich samych, jak i o czasach, w których żyli”.

IV

Jak by tu zdefiniować „życie” i „film”, by dało się uzasadnić zdanie pojawiające się w tekście o Lęku wysokości Bartosza Konopki: „[…] przecież do końca nie wiemy, czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?”
Najpierw zachodzi transformacja życiowych doświadczeń w sztukę. Z chaosem świata, z jego absurdalnością, bezwzględnością, nadmiarem mierzymy się – między innymi – kreując światy własne. Nad nimi mamy władzę, a przynajmniej są od nas zależne. Sztuka (również sztuka filmowa) jest próbą oswojenia tego, co niepojęte w nas samych i mechanizmów, kierujących tym, co wobec nas zewnętrzne. Jest iluzją. „Zawsze więc należy mieć na uwadze umowność i fantasmagoryczny charakter filmowego obrazu”.
Nie sposób jednak dotrzeć do wpisanych w sztukę sensów, trzymając się kurczowo założenia, że to tylko na niby. Iluzja jest jednocześnie prawdą. Granica między doświadczonym realnie, a przeżytym czy zrozumianym w kontakcie z dziełem artysty jest płynna. „Sztuka bowiem wymaga od nas dwoistego przeżycia: jednocześnie trzeba zapomnieć, że jest ona zmyśleniem, i nie zapominać o tym” (Latarnia magiczna).
W tym napięciu między realnością a iluzją, o której pisze Autor, podobnie jak w sprzężeniu ufności i sceptycyzmu, emocjonalności i intelektu tkwi cała przyjemność filmowych seansów. Ich koherentność z życiem. Co teksty zawarte w tej książce potwierdzają, wyjaśniają, a może nawet potęgują.

Renata Borowiak

greydot

.

Reklamy

„POWIDOKI”, „PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE”, „LAS, 4 RANO”, „PLANETA SINGLI” – o filmach 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Cena uprawiania sztuki jest wysoka (Bogusław Linda jako Władysław Strzemiński w filmie Andrzeja Wajdy

Cena uprawiania sztuki jest wysoka (Bogusław Linda jako Władysław Strzemiński w filmie Andrzeja Wajdy „Powidoki”)

„POWIDOKI”  (reż. Andrzej Wajda)

.

      Moje rozczarowanie tym filmem było zupełne. Znałem burzliwe dzieje związku Władysława Strzemińskiego z Katarzyną Kobro – którzy, oprócz tego, że byli małżeństwem, byli także jednymi z najbardziej prominentnych przedstawicieli sztuki modernistycznej pierwszej połowy XX wieku – więc spodziewałem się, że nawet jeśli Wajda wykroił z życia Strzemińskiego tylko końcowy jego fragment i umieścił postać tego artysty w centrum swojego filmu, to jednak nawiąże w jakiś sposób do życia osobistego Strzemińskiego w kontekście jego związku z najważniejszą dla niego osobą, jaką była Katarzyna Kobro – której nota bene, jak sam mówił, zawdzięczał swoje zainteresowanie sztuką oraz to, że sam stał się twórcą. Liczyłem też na głębsze wejrzenie w jego artystyczną osobowość; na to, że zobaczę portret człowieka o złożonym charakterze – również istotę z krwi i kości – a nie ikonę nonkonformizmu złamaną przez komunistyczny „nowy porządek” i jedynie słuszny socrealizm.
Przy tym wszystkim najnowszy film Wajdy jest taki ładny i elegancki – do bólu niemal poprawny i sprawny technicznie – nakręcony na domiar złego w bardzo staroświeckiej według mnie konwencji. To trochę dziwne, bo stoi w sprzeczności z duchem awangardy, jaki rezydował w samym Strzemińskim.
W ogóle całość sprawiała na mnie wrażenie, jakby była skrojona pod poziom współczesnego gimnazjalisty, któremu trzeba – kawa na ławę i w formie bryka – wyłożyć na czym polegała represyjność ustroju socjalistycznego, gdzie zaczęła obowiązywać jedynie słuszna treść i estetyka, tłamsząca wolność artysty i sprowadzająca całą sztukę do jej utylitarnej roli w służbie społeczeństwu – w jego dążeniu do świetlanej przyszłości.
Równie zdawkowe, szkolne i powierzchowne były odniesienia do samej sztuki – jak np. komentarze czy teoretyczne wyimki z wykładów Strzemińskiego – tym bardziej niesatysfakcjonujące, że zaistniałe w filmie reżysera bardzo uzdolnionego plastycznie i świetnego rysownika przecież.
Oczywiście można w Powidokach zobaczyć i odczuć dotknięcie ręki prawdziwego Mistrza, (którym Andrzej Wajda był niewątpliwie). Taka jest np. scena, w której czerwona poświata olbrzymiej, wieszanej za oknem płachty z gigantycznym obliczem Stalina, ścieli się na płótnie obrazu, malowanego właśnie przez Strzemińskiego, który wstaje, sięga za okno, rozcina płótno i wpuszcza do swojej pracowni jasne, normalne światło. Albo scena upadku wycieńczonego artysty na wystawie z manekinami, której upiorność przypomina dramatyczną, ale jakże spektakularną i symboliczną śmierć Maćka Chełmickiego w Popiele i diamencie.
Grającemu Strzemińskiego Lindzie też niewiele można zarzucić. Wystąpił on tu bowiem w roli wykreowanej wstrzemięźliwie – stonowanej, wzbudzającej sympatię, „miękkiej” – dokładnie tak, jak zażyczył sobie tego pewnie reżyser – i dokładnie takiej, na jaką pozwalał mu scenariusz. Zobaczyliśmy więc na ekranie człowieka wyraźnego i z pewną charyzmą, szkoda tylko, że nieprawdziwego i niemalże już pomnikowego.
Małą katastrofą jest również ukazanie relacji Strzemińskiego ze swoją córką, której zachowanie – bez znajomości perypetii małżeństwa Strzemińskich – musi się wydawać zupełnie niezrozumiałe. (Grająca Nikę córka Zamachowskiego przykuwa wzrok, ale braki w sztuce aktorskiej dziewczynki nie pozwalają jej unieść tej roli.) Jak to możliwe, by nieletnie dziecko samo pakowało walizki i decydowało się na pobyt w domu dziecka? (W rzeczywistości oddał tam Nikę jej ojciec).
Nie wiemy jak umierała Kobro, nie mamy pojęcia dlaczego nie chciała, by mąż był na jej pogrzebie… Z tego co widzimy na ekranie, zupełnie niewiarygodne wydawałoby się to, że ten wzbudzający sympatię – a nawet litość – człowiek, mógł robić w domu takie karczemne awantury, okładać swoją żonę szczudłem, wyzywać ją od „kacapki” i „folksdojcza”, czy wreszcie pisać (jak np. w liście do Przybosia: „prowadzę proces z tą parszywą Kobrą o odebranie jej dziecka”). A tak było w rzeczywistości. Zamiast tego mamy czystego jak łza cierpiętnika.
Schematyczne i w sumie sztuczne są też relacje Strzemińskiego z jego studentami, a już romans z zakochaną w nim po uszy dziewczyną jest ukazany tak, jakby to było skierowane do 10-letniego podlotka.
I jeszcze te „niebieskie kwiaty” – niewykluczone, że wymyślone przez dorosłą Nikę, która przecież kochała oboje swoich rodziców i napisała nawet o nich książkę.

greydot.

„PROSTA HISTORIA O MORDERSTWIE”  (reż. Arkadiusz Jakubik)

.

Portret rodziny policyjnej we wnętrzu (

Portret rodziny policyjnej we wnętrzu („Prosta historia o morderstwie”)

      Prosta historia o morderstwie łączy thriller kryminalny z rodzinnym dramatem psychologicznym i moim zdaniem, reżyserowi Arkadiuszowi Jakubikowi lepiej wychodzi ten ostatni. Tytuł jest trochę kokieteryjny, bo film – prowadząc akcję w dwóch różnych wymiarach czasowych – nie jest znowu tak prosty, choć rzeczywiście dość prosta (czytaj: schematyczna) jest historia, jaką opowiada. Bo przecież nieraz widzieliśmy w kinie alkoholika policjanta, którego nałóg, przemoc i ekscesy prowadzą do rodzinnej tragedii a jej finałem jest morderstwo. Sukcesem reżysera jest to, że tę w sumie ograną historię prezentuje nam w sposób zajmujący, ciekawy i wcale nie banalny. Na dodatek robi to posługując się sprawnie językiem kina gatunkowego i pokazując nam obrazy, które skutecznie oddziałują na naszą wyobraźnię, wprowadzając nas w specyficzny, miejscami bardzo mroczny i surowy klimat.
Tak więc dramat rodzinny wypada (pod względem filmowym) lepiej, niż wątek kryminalny, którego intryga jest mało porywająca i nieco naciągana – bo cóż to za mafiozi mogą być w prowincjonalnych, nudnych i banalnych Strzelcach?
Mimo retrospektyw i przeplatania się scen rozgrywających się w różnym czasie, tempo filmu jest dobre, napięcie stopniowane i raczej nie mamy większego problemu, żeby się w całej tej mozaice połapać, tym bardziej, że reżyser posługuje się środkami (filmowymi „chwytami”), które nam to ułatwiają (powracające motywy, światło, atmosfera…) a łamigłówka sensacyjna nie jest znowu aż tak zagmatwana.
Jak już wspomniałem, bardziej przejmujemy się tym, co się rozgrywa w rodzinie policjanta (Andrzej Chyra w roli męża i ojca, Kinga Preis jako żona i matka, wreszcie Filip Pławiak grający syna i partnera ojca w dochodzeniówce – wszyscy oni aktorsko wypadają świetnie) niż jesteśmy zaintrygowani kryminalnymi machlojami lokalnego układu przestępczego kombinatorów i krętaczy – choć te dwie płaszczyzny fabularne przenikają się w filmie dość wiarygodnie i sprawnie, co pewnie jest zasługą nieźle napisanego scenariusza i dobrego montażu. Portrety psychologiczne postaci są pogłębione, ich konflikt prawdziwy, katastrofa nieuchronna… mimo wysiłków Pławiaka, by ochronić matkę i braci przed tracącym kontrolę policjantem-seniorem i uchronić całą rodziną przed katastrofą.
Reżyser Jakubik blisko współpracował z Wojciechem Smarzowskim (jako aktor), napatrzył się więc na jego warsztat i to w Prostej historii o morderstwie widać – choćby w sposobie ujmowania planu, prowadzenia aktorów, charakterze narracji, używania dialogów… wreszcie w tworzeniu specyficznego, ciemnego nastroju desperacji i zagrożenia, co jest niejako znakiem firmowym Smarzowskiego, twórcy choćby Domu złego (gdzie też grał Jakubik), z którym niejedną analogię można by tutaj znaleźć.
Koniec końców otrzymaliśmy kino solidne, trzymające w napięciu, miejscami przejmujące, choć skierowane raczej do pewnego zamkniętego kręgu widowni.

greydot.

„LAS, 4 RANO”  (reż. Jan Jakub Kolski)

.

     Filmy Jana Jakuba Kolskiego śledzę uważnie od samego początku jego reżyserskiej (wielkoekranowej) kariery, czyli od niezwykle oryginalnego Pogrzebu kartofla, który obejrzałem dokładnie 26 lat temu (nota bene miało to miejsce w Chicago, na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce). Ujmowała mnie ich nostalgiczna nuta, urzekał magiczny realizm, przejawiający się nie tylko w bajecznej fabule i cudacznych postaciach, ale również w plastycznej urodzie obrazów, która swoje apogeum osiągnęła w przepięknej Wenecji przed sześcioma laty. Film ten bardzo mi się podobał, kręcony był – jak sam przyznał Kolski – w najlepszym okresie jego życia. A mimo to już wtedy uderzyło mnie coś, czemu dałem wtedy wyraz w mojej recenzji pisząc, że chociaż film jest taki ładny, to „…zauważam tu lekko niepokojącą nutę w ewolucji Kolskiego, jako twórcy kina. Czyżby to była skłonność do postępującego z wiekiem poddania się fatalizmowi, a nawet pesymizmowi ludzkiego losu?”
Wygląda na to, że wykrakałem, bo dwa lata później ukazał się na ekranie mroczny dramat Zabić bobra (moim zdaniem film bardzo niedoceniony), no a teraz dotarła do nas mocno depresyjna jednak metafora Las, 4 rano, w której (pokaleczonego życiem) bohatera przyrównuje się tu nawet do biblijnego Hioba. (Swoją drogą Kolski zawsze mnie czymś zaskakiwał, ale jednak zupełnie nie spodziewałem się, że jego budzący skądinąd sympatię bohater, posunie się w swojej sui generis do kanibalizmu.)

Przeżywanie straty (Krzysztof Majchrzak w filmie J.J. Kolskiego

Ucieczka do lasu (Krzysztof Majchrzak w filmie J.J. Kolskiego „Las, 4 rano”)

Muszę przyznać, że film od pierwszych kadrów mnie wciągnął i nawet jeśli nie rozumiałem (jeszcze) tego, co dzieje się na ekranie, to zaintrygowały mnie obrazy i sceny – z jednej strony dynamiczne, z drugiej – hipnotyczne, co niewątpliwie było zasługą operatora (nota bene za kamerę chwycił tutaj sam Kolski), ale przede wszystkim charyzmatycznej („większej jak życie”) postaci (nomen omen) Forstra, w którą wcielił się Krzysztof Majchrzak, (aktor przez kino polskie nie rozpieszczany, choć absolutnie na uwagę zasługujący). Forsta widzimy wpierw jako bezwzględnego szefa korporacji, z dziwnym tatuażem na głowie, ze słabością do szybkich motocykli, kokainy i biur(k)owego seksu z podległymi mu pracownicami. Jest jasne, że coś się w nim gotuje i dusi – że musi on w końcu eksplodować. I tak się staje: Forst oglądając na monitorze rozbijający się w wypadku samochód, wyrywa z siebie druty i kolczyki piercingu, rzuca w kąt marynarę i w pokrwawionej koszuli wychodzi z biura, budząc zgrozę wśród korporacyjnych niewolników. Zaraz potem widzimy go w lesie, w ziemiance, do której przeniósł się na stałe. Forst wprawdzie uciekł od cywilizacji ale nie może uciec od nękającej go przeszłości i traumy, której natura z wolna się przed nami objawia.
Las, 4 rano to bez wątpienia najbardziej osobisty film Kolskiego, który nie tylko go wyreżyserował, sfotografował i wyprodukował, ale i nakręcił według własnej książki (pod tym samym tytułem), którą wydał parę lat wcześniej (i która spotkała się ze sporym zainteresowaniem czytelników, niejednokrotnie przez nich chwalona). Jest też rodzajem terapii po szoku, jakim bez wątpienia była śmierć córki reżysera w wypadku samochodowym (o wcześniejszym rozwodzie ze swoją wieloletnią żona i muzą, Grażyną Błecką-Kolską, nie wspominając). Stąd rozpacz, cierpienie, schyłkowość – stąd wielka neuroza, jaką jednak Las, 4 rano jest znaczony.
Stąd też moja niechęć, by pewne niewydarzone i dziwaczne (ot, choćby wspomniany już wcześniej kanibalizm) elementy filmu krytykować. Tym bardziej, że jednak z obrazu emanuje jakaś hipnotyczna moc, która ma swoje źródło w czymś autentycznym, szczerym i głębokim.
Nie wiem, czy jest to skojarzenie uprawnione, ale momentami film Kolskiego przypominał mi Antychrysta Larsa von Triera, gdzie bohaterowie też w sposób dramatyczny porali się z własną tragedią (śmierć dziecka), uciekając do lasu i wchodząc z Naturą w bardziej niż zażyły – bo horrendalny – związek. Nie jestem pewien, czy ta twórcza ewolucja (od czegoś w stylu charme’u Wesa Andersona po coś, co trąci katastroficzną melancholią von Triera) prowadzi reżysera w dobrym kierunku, ale obecność w Lesie, 4 rano ciepła (przyjaźni, miłości – której nota bene nie ma w zimnym uniwersum von Triera) rodzi pewne nadzieje, że Kolski podniesie się z ziemi, otrzepie się z brudu i stanie mocno na nogi – i to nie tylko jako człowiek, ale i reżyser.

greydot.

„PLANETA SINGLI”  (reż. Mitja Okorn)

.

Z sercem nie ma żartów (Agnieszka Więdłocha i Maciej Stuhr w

Z sercem nie ma żartów (Agnieszka Więdłocha i Maciej Stuhr w „Planecie singli”)

       Reżyser polskich filmów, który bez zażenowania mówi na spotkaniu z widownią, że nie obejrzał żadnego filmu Krzysztofa Kieślowskiego, musi być niezwykłym reżyserem. I takim jest Mitja Okorn. A jest reżyserem niezwykłym bynajmniej nie dlatego, że przyjechał do Polski ze Słowenii by robić filmy nad Wisłą, ale dlatego, że potrafił genialnie wstrzelić się w zapotrzebowanie widzów na kino rozrywkowe, tworząc najbardziej kasowe polskie komedie, jakimi okazały się Listy do M, a w tym roku – Planeta singli.
Okorn jest niesiony na fali swojego entuzjazmu (zaniosła go ona nawet do Hollywood, ale czy Mitja nie rozbije się tam o brzeg, to się jeszcze okaże), swojej inteligencji, dowcipu, wyczucia humorystycznej puenty i wreszcie – nie wstydźmy się tego słowa – profesjonalizmu. Ponadto, na spotkaniu z chicagowską widownią po projekcji Planety singli Okorn udowodnił, że jest prawdziwym człowiekiem śmiechu. A ktoś taki musi też być showmanem. Na szczęście owo showmaństwo nie przejawia się tylko w trącącej kabotynizmem i narcyzmem autoprezentacji, brylowaniu i zgrywaniu się przed publiką, ale i w świetnym opanowaniu medium kina oraz w mobilizacji innych ludzi do wzięcia udziału w budowie widowiskowej machiny produkującej nie tylko śmiech, ale też inne emocje, które potrafią nawet wycisnąć łezkę.
Planeta singli świeciła pełnym blaskiem w Polsce na początku tego roku (do kin, po to żeby ją zobaczyć, ruszyła wtedy ponad dwumilionowa rzesza ludzi) chociaż – jak to jest w przypadku każdej planety – świeciła ona blaskiem odbitym od co najmniej tuzina gwiazd kina popularnego, które pojawiły się wcześniej. Lista odniesień filmu Okorna do filmowych hitów kasowych jest doprawdy długa. Jednakże, szczęśliwym trafem, zapożyczenia te nie raziły – i to z kilu powodów.
Przede wszystkim: aktorstwo. Maciej Stuhr jak zwykle koncertowo radzi sobie z rolą wymagającą komicznego sznytu (ale u niego to przecież rodzinne). Agnieszka Więdłocha urzeka czarem staroświeckiej nieco pensjonarki (a właściwie pani od muzyki w podstawowej szkole) – aż dziw bierze, że tak wstrzemięźliwie wykorzystywano dotychczas jej atuty w polskim kinie. Piotr Głowacki jest fantastyczny w nieprzerysowanej zbytnio roli geja. Weronika Książkiewicz uatrakcyjnia obraz urodą na światowym poziomie. Tomasz Karolak wnosi do filmu powiew kabaretu tudzież swoją aparycję misia i dużego chłopca – lecz nie bez dramatycznego zacięcia. Ewa Błaszczyk wyrazista, ale Michał Czarnecki już niedopracowany (i w końcu pozostawiony samemu sobie), zaś Danuta Stenka wtłoczona w ramy, które zbyt wielkiej swobody aktorskiego manewru jej nie zapewniały.
Planeta singli zgrabnie łączy w sobie wiele gatunków i smaków. Jest przede wszystkim komedią, ale i sporo w niej satyry, ironii, sarkazmu… gdzieś w tyle pobrzmiewa dramat, a nawet tragedia (brawurowa scena w warszawskich Łazienkach, gdzie w roli chóru antycznego występują menele). Naturalnie opiera się to wszystko na schematach (scenariusz skrojono społem i jednak według szablonu), ale na ekranie wszystko wygląda raczej świeżo – a to jest wielka sztuka podać ludziom coś, co oni doskonale znają, ale odbierają tak, jakby pierwszy raz to widzieli na oczy. (To jest zresztą żelazna zasada Hollywoodu, a w ogólności: kina masowego i komercyjnego – by stare wyglądało jak nowe; by było tak jak do tej pory, a jednak inaczej.)
Warszawa tylko czasami udaje Manhattan, w filmie prawie wszystko jest na wysoki połysk (sporo kilowatów poszło na oświetlenie planów), ludzie często zachowują się jak idioci – ale jak widać ma to wzięcie, bo gra się przy tym na czułych strunach ludzkiej potrzeby miłości – na sentymentach, które są wiecznie żywe, a którym ulegamy gremialnie. To prawda, że w całym tym procesie zbytnio się zbliżamy do ckliwości a może nawet do żenady (ech ten łzawy finał, w którym wszyscy się ściskają w takt niemiłosiernie katowanej piosenki Grechuty), ale jak moglibyśmy wytrzymać na tym świecie bez poczucia solidarności – choćby miała być to solidarność w iluzji?

.
greydot.

Niełatwo być singlem (Maciej Stuhr w

Niełatwo być singlem

.

Recenzje z innych festiwalowych filmów: „Ostatnia rodzina”, „Marie Curie”, „Zaćma”, „Zjednoczone stany miłości”, „Niewinne”

.

NIEWINNE

Czy można zachować czystość w tak brudnym i pełnym gwałtu świecie?

Czy można zachować czystość w brudnym i brutalnym świecie?

.

I

      Film o kobietach, zrobiony przez kobiety – w świecie mężczyzn, który gwałtem się na nich odciska – zwłaszcza na tych, które są „niewinne”. Uciekając w mury klasztoru, chroniąc się w religii – w ezoterycznym królestwie, które na pewno nie jest z tego świata – kobiety zuniformizowane habitem oraz ideałami czystości i wyrzeczeniem się grzesznego świata, zostają poddane próbie, która bardziej wygląda na diabelską, niż boską instalację, testując nie tylko ich wiarę, ale i fizyczną oraz psychiczną wytrzymałość.

      Niewinne to zaskakująco udana pod względem filmowym kolaboracja Polek i Francuzek: te ostatnie film wyreżyserowały (Anne Fontaine), napisały scenariusz (Sabrina B. Karine, Fontaine, Alice Vial – na podstawie wspomnień Madeleine Pauliac) i sfotografowały (Caroline Champetier, która nota bene była też autorką zdjęć do filmu o podobnej tematyce, czyli Ludzie Boga, jak również do śmiałego formalnie Holy motors); te pierwsze zaś fantastycznie zagrały (Agata Buzek, Agata Kulesza, Joanna Kulig…) i film wyprodukowały, nadając mu taki a nie inny kształt i oprawę (lista Polek zatrudnionych przy realizacji Niewinnych jest imponująco długa).
No ale to kuchnia, a nas bardziej interesuje strawa.

      Akcja Niewinnych dzieje się na (bliżej nieokreślonych, choć mowa jest o Polsce) terenach „wyzwolonych” spod niemieckiej okupacji, w grudniu 1945 roku. Z klasztoru (szaty zakonne sugerują benedyktynki) wydostaje się jedna z sióstr i biegnąc przez las dociera do francuskiej misji Czerwonego Krzyża. Skierowana do młodej lekarki Mathilde (Lou de Laâge) błaga ją o pomoc dla będącej w ciężkim stanie osoby znajdującej się w klasztorze. Przy tym bardzo jej zależy na tym, aby o przypadku nie dowiedział się żaden polski, ani tym bardziej radziecki lekarz. Okazuje się, że na Mathilde w klasztorze czeka rodząca dziewczyna, a poród wymaga cesarskiego cięcia. Wkrótce wychodzi na jaw, że w ciąży jest jeszcze siedem innych zakonnic, które kilka miesięcy wcześniej zostały zgwałcone przez sowieckich żołdaków. Matka Przełożona (Agata Kulesza) godzi się na potajemną pomoc Francuzki, aczkolwiek z wielkimi oporami, obawiając się skandalu, potępienia okolicznej ludności, a nawet rozwiązania zgromadzenia i zamknięcia klasztoru.

      Anne Fontaine znalazła doskonałą formułę na wygranie dramatycznego napięcia, przenosząc nas w mury zamkniętej przestrzeni (klasztor – dodatkowo odizolowany od świata wielkim borem) i ukazując grupę kobiet zmagających się z potworną traumą – poddanych przy tym surowej klauzurze zakonu.
Okrutny paradoks całej sytuacji wynikał z tego, że kobiety, które złożyły śluby czystości, zostały „zbrukane” przez akt seksualny, który, mimo że wymuszony, stał się dla nich doświadczonym faktem, na dodatek hańbiącym. Efektem tego było nowe, poczęte w nich życie, które zgodnie z ich chrześcijańską wiarą, winno być traktowane jak święte. Fizjologia i reprodukcja zderza się tu z duchowym ideałem seksualnej wstrzemięźliwości i wymogiem zachowania cnoty. To dlatego dla wielu ludzi czymś szokującym etycznie jest brzuch ciężarnej kobiety ubranej w zakonny habit. Oblubienice Chrystusa nie zachodzą z nim w ciążę, więc każda ciąża takiej kobiety jest zdradą.
Mimo podobnej sytuacji, każda z sióstr reaguje na nią inaczej. Jednakże, w dość krótkim czasie – mimo tego, że habit wtrąca je w homogeniczną anonimowość – dają się między nimi zauważyć wyraźne różnice (i to nie tylko dlatego, że jedna z nich podczas badania lekarskiego chichota, a inna woli umrzeć, niż się odsłonić).
Te różnice są widoczne choćby w radzeniu sobie z konfliktem między naturalnym instynktem macierzyńskim a kulturowym paradygmatem religijnej ortodoksji, który tylko pozornie tożsamy jest z opozycyjnością duszy i ciała.

Niespodziewana przyjaźń? (Agata Buzek i Lou de Laâge w Niewinnych)

Niespodziewana przyjaźń? (Agata Buzek i Lou de Laâge w Niewinnych)

      Kilka rzeczy ujęło mnie w tym filmie. Przede wszystkim wspomniana już, znakomita gra wszystkich bez wyjątku aktorek. Agata Buzek jako siostra Maria – to najbardziej zrównoważona i rozsądna, silna osobowość, znająca życie nie tylko zakonne… Jej mocna prezencja w filmie znakomicie się „paruje” z racjonalną acz subtelną Mathilde, której piękno ma wszak coś z ezoterycznej kruchości – tutaj w kontraście z jej siłą, odwagą i determinacją. Agata Kulesza, choć podpada nieco pod stereotyp surowej i kostycznej przeoryszy, wyraźnie ugina się pod brzemieniem syfilisu, który jednak wydaje się niczym w obliczu rozdzierającej ją walki między zachowaniem tajemnicy (równoznacznej tu z godnością zakonnic) a poradzeniem sobie z rodzącymi się raz po raz dziećmi.
Dalej: zderzenie się świata laickiego z religijnym. Racjonalistka (a na dodatek komunistka czyli materialistka) Mathilde zaprzyjaźnia się z zakonnicą Marią i okazuje się, że obie kobiety łączy podobna wrażliwość etyczna, która w przypadku tej pierwszej wynika z obowiązku humanitarnego, u drugiej zaś – z metafizycznego. Racjonalną i świecką perspektywę zachowuje też reżyserka Anne Fontaine, jednak ukazuje ona siostry zakonne w sposób empatyczny, na pewno nie oskarżycielski. Jest ona powściągliwa w światopoglądowej krytyce religii czy kościoła, nie ocenia też wprost zachowań, które z jej punktu widzenia mogłyby się wydawać irracjonalne, czy wręcz absurdalne.
Oprócz tego: plastyczna spójność obrazu. Ascetyczne, zaciemnione wnętrza klasztoru animowane postaciami zakonnic w habitach – i to wszystko skąpane w odcieniach szarości, bieli, niebieskości, czerni… z połyskującym tu i ówdzie światłem świec i promieni słonecznych wkradających się przez szczeliny okien i drzwi. Las – piękny ale i tajemniczy, groźny, okryty śnieżną szadzią… Dekadencja zmurszałych, rozsypujących się murów – ulice pełne błota, ze śladami wojennych zniszczeń… (od mojej znajomej wiem, że Niewinne kręcono w jej rodzinnej Ornecie).
Wszystko to wyróżnia film spośród zwykłej konfekcji kina.

II

      Jak zwykle w przypadku, kiedy twórcy filmu obwieszczają, że jest on oparty na historii, która wydarzyła się naprawdę, dochodzi do konfrontacji z tymi, którzy na to, co działo się rzeczywiście, mają inne spojrzenie – posiadają inną wiedzę i znają inne fakty. W Polsce, po projekcji Niewinnych ukazały się protesty – nie tylko sióstr zakonnych – że film Fontaine nie jest zgodny z tym, co działo się na ziemiach polskich po wojnie; że w zakonie benedyktynek żadnych gwałtów nie było; że jednak „rzeczywistość” klasztorna w Niewinnych jest cokolwiek kosmiczna; że twórcy filmu mimo wszystko nie wyszli poza hołubione przez francuskie elity kulturalne stereotypy na temat Polski, religii, kościoła… Jednym słowem: film jest zakłamany.

      Mnie samemu wiele do myślenia dał bardzo ciekawy artykuł pt. W Polsce, czyli nigdzie. Po obejrzeniu ‘Niewinnych’, którego autorką jest Małgorzata Krupecka. Pisze ona m.in.: „Uwikłanie w stereotypy myślowe widać także w jej [reżyserki – przyp. S.B.] postrzeganiu życia zakonnego. Zostawiając już na boku postać przeoryszy, niezrozumiałe dla polskiego widza jest również kompletne wyizolowanie filmowego klasztoru. W istocie bowiem zawsze tak było i jest, że w klasztorach furta się niemal nie zamyka, bo siostry, zarówno ze zgromadzeń czynnych, jak i zakonów kontemplacyjnych, są mocno powiązane ze środowiskiem. A powojenna bieda – i moralna, i materialna – sprawiała, że ludzie tym bardziej garnęli się do klasztorów, szukając wsparcia. Siostry zresztą bez oparcia w innych ludziach też nie byłyby w stanie przeżyć. W filmie francuska komunistka przyprowadza dzieci do klasztoru, żeby mniszki się nimi zajęły. W realnym życiu to dzieci przyprowadziłyby ją do klasztoru, bo już dawno wydeptałyby do niego ścieżkę, chodząc po jedzenie. (…) Końcowy happy end, w którym widzowi obiecywano przeżycie katharsis, jest na miarę nie tragedii greckiej, ale raczej telenoweli. Francuska komunistka doradza zakonnicom założenie sierocińca, w którym będą mogły ukryć także swoje własne dzieci, potem uszczęśliwione mniszki robią sobie ‘słitfocię’ ze swoimi niemowlakami i wysyłają wybawczyni.”
Rzeczywiście, mnie również uderzyło to, że dość płaskie zakończenie filmu nie osiąga jego wagi ani rangi intelektualnej całości i że psuje to w pewnym sensie film, schlebiając gustom tej mniej wybrednej, a bardziej sentymentalnej, widowni. Ale – jako że film jako całość się obronił – nie wspomniałem o tym w powyższej recenzji.

      Później jeszcze trafiłem na wspomnienia Madeleine Pauliac, (na kanwie których film zrobiono) i znalazłem tam fragment bez mała szokujący. Oto co pisze młoda Madeleine: „Spałam w Langfuhrcie, trzy kilometry od Gdańska, w domu Polskiego Czerwonego Krzyża (…). W dzień po moim przyjeździe przyszła do mnie delegacja pięciu niemieckich zakonnic katolickich pracujących dla Czerwonego Krzyża. Było ich 25, 15 nie żyje, zostały zgwałcone, a potem zamordowane przez Rosjan. Dziesięć ocalałych zakonnic też zostało zgwałconych, niektóre 42, a inne 35 lub 50 razy. Pięć z nich jest w ciąży i przyszły do mnie po radę, chciały dowiedzieć się więcej o aborcji, której można by dokonać w sekrecie. (…) Rosjanom nie wystarczają gwałty na Niemkach, Polkach i Francuzkach, biorą się też do Rosjanek, wszystkie kobiety między 12. a 70. rokiem życia. (…). Chirurg ze szpitala w Gdyni wyznał, że codziennie szyje krocza zgwałconych dziewczynek. Jeden Francuz opowiadał, że na porodówkę w Gdyni, gdzie pracował, napadli Rosjanie. Zgwałcili wszystkie kobiety przed porodem i wszystkie te tuż po porodzie. Porodówki pilnowali polscy żołnierze, by bronić swoich rodaczek, i codziennie odbywały się krwawe bijatyki w walce o kobiety. Są tysiące podobnych historii, co oznacza, że w granicach stu kilometrów nie ma ani jednej dziewicy. Wcale nie zdziwił mnie więc widok uprawiającego miłość żołnierza w jednym z pobliskich parków. (…) Przy Adolf Hitler Strasse odwiedziłam fabrykę, w której Niemcy robili mydło z ludzkich zwłok, widziałam kadzie, a w nich setki zdekapitowanych ciał, głowy były w kadziach obok. Na jednym z ciał widziałam tatuaż polskiego marynarza, na innym napis classe 1912 wytatuowany na ramieniu. (…) Żadne z ciał nie nosiło śladów kuli, autopsja nie wykazała uszkodzeń narządów wewnętrznych. Narzędziem śmierci mogła być gilotyna. Mydło, które znaleźliśmy, służy do mycia rąk na salach operacyjnych.”
Wśród tych wszystkich opisywanych potworności, (które naświetlają horrendalną atmosferę tamtego czasu) mowa jest wyraźnie o zakonnicach niemieckich. Zastanawiam się więc, czy gdyby ukazane w filmie skrzywdzone kobiety były Niemkami, to równie łatwo byłoby twórcom filmu wzbudzić w widzach empatię? Bo czy niemieckie kobiety mniej cierpiały? Czy bardziej sobie zasłużyły na ten los? Czy gdyby to one były bohaterkami filmu, to zmieniłaby się jego wymowa etyczna?
Wygląda na to, że łatwiej i poprawniej politycznie było zrobić film o cierpiących Polkach, niż Niemkach.
A i tak żaden film nie jest w stanie oddać horroru, jaki człowiek przeżywa niekiedy w rzeczywistości.

*  *  *
.

Między ślubami czystości a macieżyństwem

Między ślubami czystości a macierzyństwem

.
Nota: film zaprezentowany w ramach trwającego obecnie w Chicago 28. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

„UN PLUS UNE”, „KOMUNA”, „KLIENT”, „EGZAMIN”, „EKSCENTRYCY” – o filmach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago

W Chicago trwa obecnie 52. Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto kilka uwag i wrażeń wyniesionych z obejrzanych dotychczas przeze mnie filmów.

.

„UN PLUS UNE” (reż. Claude Lelouch)

Un plus une

Un plus une

     Claude Lelouch na Festiwalu Filmowym w Chicago zjawia się regularnie, przywożąc tu nowe filmy, jak również swoje kolejne nowe żony. Tak było i tym razem. Lelouchowi towarzyszyła bowiem Valérie Perrin, która była zarazem współtwórczynią scenariusza do filmu „Un plus Une”, najnowszej historii miłosnej firmowanej nazwiskiem słynnego francuskiego reżysera.
Lelouch, najbardziej znany ze swojego – mającego już pół wieku! – dzieła „Kobieta i mężczyzna”, właściwie kręci za każdym razem ten sam film, którego bohaterami są kobiety i mężczyźni uwikłani w miłość, ale pojmowaną dość specyficznie, bo znaczoną zwykle promiskuityzmem i tzw. poliamorią (w naszym kraju ten rodzaj „miłości” chciała kiedyś rozpropagować pisarka Jaonna Bator). To jest szczególny rodzaj miłości, bo wywodzący się z miłości własnej: „kocham siebie” i „kocham miłość” – mówi wprost główny bohater „Un plus Une”, słynny kompozytor Antoine, amator flirtu i jedno-nocnej przygody (one night stand), który podczas aktu miłosnego, tuż po orgazmie, pyta się swojej, leżącej pod nim, partnerki: „and what is your name, agian”?)
Powiedzmy sobie szczerze, że trzeba jednak dysponować pewnymi konkretnymi atutami, by takie zachowanie z mety nie dyskredytowało mężczyzny w oczach kobiet i nie „spalało” go na starcie. I Antoine takie mocne atuty posiada, bo jest facetem niezwykle przystojnym, „czarującym” i namiętnym – a ponadto sławą (czyli „celebrytą”) oraz człowiekiem inteligentnym i bogatym, prowadzącym wystawny styl życia (w tej roli bardzo dobrze sprawdza się Jean Dujardin, pamiętny z „Artysty” Michela Hazanaviciusa).
Lelouch, kręcąc ten film, przeniósł się z całym swoim majdanem realizatorskim do Indii, których egzotyczna malowniczość pełni ważną rolę (głównie estetyczną) w jego filmie. Niestety, nie przekłada się to na większą wartość kulturową i społeczną wnoszoną do filmu, bowiem te indyjskie obrazki są zaledwie tłem dla uczuciowych perypetii protagonistów. (Antoine spotyka w Indiach Alice, żonę francuskiego ambasadora, z którą odbywa swoistą „pielgrzymkę” – „fertility pilgrimage” – jak określa ją Alice; i z którą nawiązuje – surprise! surprise! – romans).
Ja mimo wszystko lubię ostatnie filmy Leloucha, zamykam oczy na ich narcyzm i pretensjonalność – zawieszając poniekąd krytycyzm, daję się ponieść tej bardziej naiwnej i sentymentalnej stronie mojej natury (widza). Tak stało się i tym razem. A było to o tyle łatwiejsze, że w sumie Lelouch robi kino „po bożemu” (choć, zważywszy na francuski libertynizm, brzmi to dość dwuznacznie), czyli w dobrej, romantycznej konwencji kina typowo francuskiego – z jego erotyzmem, dowcipnymi dialogami (zwykle o niczym), dość banalną sentencjonalnością upozowaną na głębszy aforyzm… Jak również elegancko – „miękko”, w sposób wręcz malarski – sfotografowanego. To jest po prostu „ładne” i – mimo etycznego błądzenia i swoistej dziecinności – sympatyczne.
Claude Lelouch cały film obejrzał z nami widzami (w wypełnionej do ostatniego miejsca sali) a po seansie dał wyraz nie tylko swojej miłości do kobiet i fanów własnej twórczości, ale i do kina samego, które mimo wszystko uważa za jedną z najważniejszych sztuk (zbieżność z opinią Lenina przypadkowa), zdolną nawet wpłynąć na zmianę mentalności całej ludzkości, a więc i na losy świata (taka według Leloucha może być siła dwugodzinnego seansu!).

greydot

„KOMUNA” (reż. Thomas Vinterberg)

Komuna

Komuna

     Tytuł jest mylący, bo nie jest to film o komunie (i to w żadnym tego słowa znaczeniu) a o rozpadzie tradycyjnej rodziny; zaś w swoim rdzeniu i największym ciężarze emocjonalnym – o niewyobrażalnym cierpieniu odrzuconej kobiety (żony, matki), która, wbrew deklaracjom o kontestacji „mieszczańskich” wartości, nie może się pogodzić ze „zdradą” męża, który wiąże się ze znacznie młodszą siebie kobietą, nota bene swoją studentką (Erik jest wykładowcą architektury na jednym z kopenhaskich college’ów).
Erik otrzymuje w spadku olbrzymi dom, którego pustkę chce zapełnić jego żona, Anna, tyle że nie swoją własną rodziną, a zbieraniną dość przypadkowych ludzi, tworzących (tutaj zgodność z charakterem wszelkich „komun” jest zbieżna) charakterologiczne panopticum kilkunastu postaci w poszukiwaniu własnego miejsca w życiu.
Jak już wspomniałem, tytuł jest mylący, bo ta grupa jest zaledwie tłem dla głównego wątku całej historii, którym są drama rozgrywające się w trójkącie tworzonym przez Erika, jego żonę Annę i kochankę Emmę (siłą rzeczy uwikłana jest w to również córka Erika i Anny – Freja). Nie ma więc w filmie żadnych poważniejszych nawiązań do istoty (kulturowych, filozoficznych i socjologicznych znaczeń) rewolucji obyczajowej, jaka przewaliła się przez świat zachodni na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Same postaci tworzące „komunę” są przeważnie płasko-kartonowe i okazjonalne – sądząc z tego, co widzimy na ekranie, ich życie składa się głównie z biesiad przy wspólnym stole, tudzież z picia wina lub piwa, które to trunki wymykają się spod kontroli wspólnotowej buchalterii.
Ta stereotypowość dziwi (może nawet razi) tym bardziej, że sam reżyser filmu Thomas Vinterberg, wychował się w latach 70-tych w podobnej „komunie”, więc miał chyba możliwość, by wejść głębiej w tkankę tego tworu (socjologicznej anomalii?), a tu raczy nas płycizną. Reżyser ma jednak wyczucie dramaturgicznego nerwu (co dało się odczuć zwłaszcza w przypadku jednego z ostatnich jego filmów, jakim było „Polowanie”; nie bez znaczenia tutaj jest również fakt, że „Komuna” jest ekranową adaptacją jego własnej sztuki teatralnej) dlatego tragedia Anny jest zdolna wywrzeć na widzu wstrząsające wrażenie, zwłaszcza że kreacja grającej ją Trine Dyrholm jest znakomita (nagroda Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszej aktorki na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Berlinie).
Przy tym wszystkim Vinterberg idzie wyraźnie w stronę melodramatu, kręcąc film w sposób jakże odległy od tego, co (wraz z Larsem von Trierem) postulował w manifeście kina Dogma 95. Wydaje się, że tylko realistyczne nad wyraz wystąpienie Dyrholm ratuje film przed soap-operowym rozmydleniem.
Lecz choć jest ona wiarygodna w roli przeżywającej rodzinny dramat kobiety, to już jako kontrkulturowa propagatorka – nie za bardzo. Jej Anna (nota bene to ona namawia swojego męża zarówno do „komunowego” eksperymentu, jak i do tego, by wpuścić kochankę męża pod wspólny dach) zupełnie mi nie pasuje do głoszącego „wolną miłość bez konsekwencji” świata Dzieci Kwiatów, wykwitu libertynizmu i kontrkultury. Innymi słowy zupełnie mi na hipiskę nie wygląda, zwłaszcza że – jako znana komentatorka telewizyjnych wiadomości – jest obecnie częścią medialnego establishmentu. Ale już jako kobieta cierpiąca Anna jest powalająca. Jej tragizm jest przeszywający, a okrucieństwo (deklarujących harmonijne współżycie, solidarność i wzajemną pomoc) członków komuny (wliczając w to jej męża i córkę) obezwładniające, zwłaszcza że jest ono skryte za maską współczucia i empatii. Ci ludzie, tak naprawdę pozbawieni są nie tylko „wolnej” miłości, ale miłości jakiejkolwiek. Odnosi się to zwłaszcza do męża Anny, Erika, którego namiętność do Emmy, ma swoje źródło wyłącznie w produkujących testosteron jądrach, niewiele mając wspólnego z prawdziwą miłością, która pochodzi z serca i jest zakorzeniona w kulturowym (nie tylko romantycznym) micie – z całą jego aplikacją etyczną.

greydot

„KLIENT” (reż. Asghar Farhadi)

Klient

Klient

     Kolejny „farhadi” nie zawodzi, choć nie sięga szczytów genialnego „Rozstania”. Co tam nie zawodzi! Jest to film znakomity, ogląda się go z rozdziawiona gębą… Ale poprzeczka wyniesiona została przez (nota bene oscarowe) „Rozstanie” tak wysoko, że trudno będzie irańskiemu reżyserowi przeskakiwać ją z każdym swoim filmem (na pewno tak się nie stało w przypadku ostatniego obrazu Asghara Farhadiego „Przeszłość”, który nie był wybitny, a tylko przyzwoity). „Klient” (tytuł angielski jest jednak o niebo lepszy: „The Salesman”) swoją strukturą bardziej przypomina „Rozstanie”, niż „Przeszłość” (i to nie tylko dlatego, że Farhadi, opuszczając Paryż, wrócił z akcją swojego najnowszego filmu do Teheranu), ukazując psychiczne perypetie pewnego małżeństwa (Emad i Rana), w którego życie wtargnął brutalnie przypadek (Rana zostaje napadnięta przez nieznanego sprawcę, biorąc prysznic w swoim domu). Trauma, lęk, poczucie winy, wstyd, upokorzenie, niepewność, podejrzliwość, żądza zemsty i odwetu… wszystko to zaczyna się kłębić w życiu wewnętrznym (i zewnętrznym) bohaterów, zmuszonych do dokonywania wyborów, które zaważyć mogą na ich losach i trwałości samego małżeństwa. Farhadi, w swoim mistrzowskim jak zwykle scenariuszu (nagroda w Cannes w kategorii Best Sreenplay), zaczyna film od trzęsienia ziemi i kontynuuje swoją historię tak, by jego napięcie nieprzerwanie rosło, osiągając w finale apokaliptyczny niemal climax. (No, może nieco przesadziłem z tą „apokalipsą”, choć ostatnie sceny filmu potrząsnęły mną nieźle, mimo – a może właśnie dlatego? – że były jednak zbytnio, jak na film tej klasy, melodramatyczne… co dotarło do mnie nieco później.)
Trzęsienie ziemi nie jest naturalne (powoduje go budowa w sąsiedztwie domu, w którym znajduje się mieszkanie Rany i Emada), może dlatego ma dość symboliczne znaczenie dla wymowy całego filmu, wprowadzając przy tym atmosferę zagrożenia i niepewności (gorączkowa ewakuacja mieszkańców, pękająca szyba…), która będzie towarzyszyć bohaterom już do samego końca. Rana i Emad przenoszą się do nowego lokum, gdzie wkrótce ma miejsce wspomniany już wypadek (należy przy tym zaznaczyć, że nigdy w samym filmie nie pokazany; mało: tak oględnie się o nim mówi, że możemy się tylko domyślać tego, co właściwie zaszło, i że była to napaść seksualna.) Rana nie godzi się na to, by zawiadomić policję (boi się stygmatyzacji, która zwłaszcza w krajach muzułmańskich jest dotkliwa dla ofiar gwałtu). Emad (nagroda w Cannes dla Najlepszego Aktora), ze swoją ugodzoną boleśnie męską dumą (ta zniewaga wydaje się go boleć bardziej niż fizyczny i psychiczny ból poranionej Rany) postanawia odszukać sprawcę i wymierzyć mu sprawiedliwość, co naturalnie jest jednoznaczne z dokonaniem zemsty. W międzyczasie oboje biorą udział w próbach amatorskiego przedstawienia (wystawianą sztuką jest „Śmierć komiwojażera”/”Death of the Salesman” Arthura Millera), nie mogąc oczywiście uniknąć tego, że ich osobisty dramat przenosi się także na teatralną scenę (co tylko wzmacnia dramaturgiczną misterność całego obrazu).
Fantastyczną reżyserią i scenopisarstwem Farhadiego zachwycałem się już niejeden raz (choćby TUTAJ), nie chcę się więc powtarzać. Może tylko wspomnę o tym, co jest według mnie najbardziej dla nich charakterystyczne. Otóż to, że Farhadi, pisząc scenariusz (a później reżyserując) jest piekielnie precyzyjny, totalnie panując nad swoim dziełem, a mimo to dając zarówno widzom, jak i aktorom taką wolność i swobodę, że tej jego „demiurgowej” wszechmocy zupełnie nie odczuwamy. Rzeczywistość jaką kreuje na ekranie Farhadi naszpikowana jest przez niego dramaturgicznymi gadżetami, a jednak wydaje się nam bardzo realistyczna i płynna jak w prawdziwym życiu, zaś same gadżety… one stają się po prostu faktami, które się tej rzeczywistości zdarzają. To dlatego jesteśmy tak nią – a tym samym filmami Farhadiego – pochłonięci i zaabsorbowani.

greydot

„EGZAMIN” (reż. Cristian Mungiu)

Egzamin

Egzamin

     Cristian Mungiu zbiera zewsząd same pochwały (zwłaszcza w Cannes, którego jest ulubieńcem, vide: Złota Palma dla „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” w 2007 r. za najlepszy film; Złota Palma dla „Za wzgórzami” dwa lata temu za najlepszy scenariusz i Złota Palma dla „Egzaminu” za najlepszą reżyserię w tym roku) a ja się zastanawiam ile w tym mody na zaściankowe par excellence kino rumuńskie, ile promocji ze strony art-house’ów, a ile maestrii samego Mungiu… Nie ulega wątpliwości, że wypracował on swój własny, rozpoznawalny styl, jest sprawnym scenarzystą i konsekwentnym reżyserem, co przenosi się na obrazy skromne, zgrzebne, wręcz ascetyczne (to od strony wizualnej), a zarazem gęste, ciężkie i wieloznaczne (to od strony treściowej). Charakter jego filmów nierozerwalnie związany jest z atmosferą rumuńskiej rzeczywistości kraju złamanego i skorumpowanego poprzednim ustrojem, czego mentalne, kulturowe i aparycyjne skutki społeczeństwo rumuńskie odczuwa do dzisiaj, wiele lat po tzw. „transformacji”, która raczej nie zredukowała tutejszej mizerii, może nawet bardziej ją uwypukliła, bo zestawiła z (materialnym) dobrobytem Europy Zachodniej.
Na pewno kino Mungiu wymaga skupienia. Także pewnej cierpliwości. Może być nużące, a jednak – kiedy wciągnie nas jego specyficzna narracja i klimat – bez mała fascynujące, bo ukazujące wiwisekcję rzeczywistości, w której zagłębieni są ludzie ze swoimi małymi wielkimi sprawami, które i nas zaczynają obchodzić. Możliwe jest to dzięki temu, że Mungiu jest również znakomitym psychologiem, a jednocześnie analitykiem, który zarazem rozkłada, jak i scala przedstawianą nam na ekranie rzeczywistość. A to jest wielka sztuka – być analitykiem, katalizatorem i integratorem jednocześnie.
„Egzamin” przedstawia nam obraz dzisiejszego społeczeństwa rumuńskiego, skupiając swoją uwagę na rodzinie lekarza imieniem Romeo, którego wybitnie uzdolniona córka Eliza ma przystąpić do matury, co z kolei (pod warunkiem bardzo dobrego wyniku) ma jej otworzyć drogę na studia w Anglii, czyli de facto ucieczkę z zapyziałego, smętnego, beznadziejnie dołującego wszystkich kraju. To co widzimy na samym początku filmu – kamień rzucony w okno mieszkania lekarza, trzask rozbitej szyby – zapowiada serię bardziej lub mniej gwałtownych zdarzeń, w zasadzie tajemniczych, bo zrazu trudno nam jest uchwycić ich znaczenie i wpływ na życie bohaterów. Romeo (to chyba jest nomen omen, bo 50-letni lekarz ma młodą kochankę, do której ucieka przed wypaleniem i chłodem własnego małżeństwa) stara się pomóc córce w egzaminie, wchodząc w coraz większe uwikłania i kompromisy, które jednak są dla niego wielkim ciężarem, bo w istocie jest on człowiekiem uczciwym, niepozbawionym nawet pewnej szlachetności (dzięki temu jego postać może działać empatycznie na widza). Jednak w realiach społecznych, w których wszyscy są w mniejszym lub większym stopniu skorumpowani, trudno o zachowanie czystości (jak to określił jeden z polskich recenzentów filmu: „ręka rękę myje, ale jakimś cudem wszystkie są brudne”). Niepostrzeżenie wciąga człowieka bagno udawanej lojalności i fałszywej przyjaźni, pozbawiając go nawet tej małej cząstki wolności, jaką miał dotychczas.
Siłą rzeczy, po obejrzeniu „Egzaminu” Cristiana Mungiu i „Klienta” Asghara Farhadiego, narzuciła mi się pewna analogia między tymi dwoma obrazami, i to nie tylko dlatego, że w obu filmach centralnym motywem jest seksualna napaść (choć w żadnym z nich nie dochodzi do gwałtu). Otóż są one bardzo podobnie skonstruowane – podobny jest sposób narracji, podobna jest gęstość dialogów, podobnie prowadzi się kamerę, wreszcie podobnie ukazuje się rzeczywistość… W obu podejście do postaci jest niemalże intymne. Gdybym jednak miał wskazać na zwycięzcę w tej komparatystyce, to byłby to Farhadi. Filmy Irańczyka są jednak bardziej… trudno mi to nazwać… precyzyjne, wręcz misterne, a jednocześnie obdarzone jeszcze większym polotem, niż dzieła Rumuna. Także nieskazitelne w sposobie realizacji i bardziej jednak uniwersalne, mimo że – podobnie jak filmy Mungiu – osadzone są w konkretnej, a specyficznej rzeczywistości krajów, w których ludzka wolność jest jednak ograniczona (ekonomicznie i obyczajowo w Rumunii, politycznie i ideologicznie w Iranie). Jednakże obu reżyserom należy się podobna uwaga, bo wnoszą oni do światowego kina coś, co jest ważne i niezbywalne – i to nie tylko w humanistycznym wymiarze.

greydot

„EXCENTRYCY” (reż. Janusz Majewski)

Excentrycy

Excentrycy

     Janusz Majewski do wytrawny reżyser kina rozrywkowego, robiący swoje filmy w stylu starego dobrego kina – solidnie wyprodukowane, z wielką dbałością o jakość realizacyjną (scenografia, kostiumy), w doborowym towarzystwie popularnych aktorów… Tak też jest i tym razem, bo jego „Excentrycy” (nota bene tytuł kłóci się nieco z charakterem samego filmu, który jak najbardziej plasuje się w centrum kina popularnego) to obrazek lekki, łatwy i przyjemny ale absolutnie przy tym nietandetny. To prawda, że bardziej przypomina (jak to już ktoś określił) „bibelot” niż klejnot, ale jego oglądanie dostarcza sporej przyjemności, do czego przyczyna się nie tylko jego ładna aparycja, ale przede wszystkim ścieżka filmowa, którą stanowią znakomicie wykonane (zagrane i zaśpiewane) standardy jazzowe – te ze „słonecznej strony ulicy”, a więc melodyjne, swingujące, wpadające w ucho i powodujące, że same nogi rwą się do tańca, czy choćby tylko do przytupu.
Można powiedzieć, że Majewski specjalizuje się w kręceniu filmów „z epoki”, czyli zwykle umieszcza akcję w jakimś bardziej lub mniej oddalonym czasie historycznym – wraz z całym jego anturażem, dekoracjami, atmosferą i sztafażem. „Excentrycy” przenoszą nas w drugą połowę lat 5o-tych ubiegłego wieku, do Polski (ponoć) Ludowej, w której stalinizm ustąpił miejsca gomułkowszczyźnie. Ale odwilż alla polacca nie przynosi ze sobą słońca, wszystko się tapla w (bardziej już teraz) swojskim błotku – nadal jest zgrzebnie, szaro, drętwo i socrealistycznie. Jazz, który zaczyna grać (w Ciechocinku!) grupa zapaleńców pod wezwaniem „przesiedleńca” (z Londynu!) Fabiana (Maciej Stuhr), brzmi więc jak import z jakiejś obcej planety (czyli z Ameryki!) – z krainy kolorowej, rozegranej, spontanicznej, rozluźnionej i nagrzanej. W dobie zimnej wojny coś takiego jak jazz może być agentem, który drąży mentalną skorupę zindoktrynowanego społeczeństwa, jak również dywersantem zdolnym rozsadzić obóz od środka. Trzeba więc z nim ostrożnie. I najlepiej mieć wszystko pod kontrolą (angażując nawet do tego służby specjalne).
Ale na razie puszcza się to w Polskę – grupa Fabiana („Sunny Side Band”) poczyna sobie – i brzmi – coraz lepiej, ludziom się podoba, nawet sztywny partyjny beton mięknie nieco na dźwięk standardów Duke’a Ellingtona, Tomy’ego Dorsey’a, Glenna Millera, Louisa Armstronga… Pytanie: jak długo to potrwa? I jaką cenę trzeba zapłacić za garść rozbudzonych pragnień marzeń – za romans, miłość (do muzyki i kobiety) – za powiew wolności i złudzenie szczęścia?
Mimo pewnej fabularnej cienizny, filmu pulsuje muzyką i świetną grą aktorów, którzy ukazują nam barwną grupę charakterów, począwszy od szpanującego w Benteley’u Stuhra, (który ponadto świetnie czuje się na muzycznym poletku, co w tym filmie jest jednak ważne), przez Sonię Bohdziewicz, (która zaskoczyła mnie swoimi wokalnymi zdolnościami) i Annę Dymną (fantastyczna w roli diametralnie odmiennej od swojego aktorskiego emploi), po Wojciecha Pszoniaka grającego stroiciela fortepianów – dziwaka, który w każdym polskim pisarzu węszy pederastę (tutaj Pszoniak mógł przeszarżować, ale na szczęście tego nie zrobił).
Wszystko fajnie, tylko film Majewskiego ma jeden (oprócz dość przewidywalnej i mało porywającej fabuły) mankament: brak realizmu epoki. Otóż w filmie wszystko jest takie kolorowe (a w rzeczywistości przecież było strasznie szare); postacie są bardziej groteskowe, niż prozaicznie blade; niewiele jest śladów tej peerelowskiej brzydoty, która wciskała się przecież w każdy możliwy zaułek. Kiedy więc porównuję film Majewskiego z takim „Był jazz” Falka, (który, jak pamiętamy, również zajmował się perypetiami jazzu w PRL-u) to widzę jednak realistyczną przepaść. Ten ostatni był obrazem kompleksowym i ważnym, ten pierwszy – mało treściwym i jednak błahym. Ale muzyka wymiata.

*   *   *

.

KINO POLSKIE A DULSZCZYZNA

o fimach XXVII Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

.

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie ("Panie Duslkie" w reżyserii Filipa Bajona)

Wirus dulszczyzny przenoszony z pokolenia na pokolenie („Panie Dulskie” w reżyserii Filipa Bajona)

.

MĄDROŚĆ PANI DULSKIEJ?

Niestety, z filmami Filipa Bajona – bądź co bądź twórcy w kinie polskim znaczącego – jest coraz gorzej. Po znośnym jeszcze „Przedwiośniu”, były niezbyt udane „Śluby panieńskie”, zaś teraz reżyser zaserwował nam niezborne „PANIE DULSKIE”, według mnie filmowe nieporozumienie par excellence. Intencje były dobre, pomysł ciekawy, obsada aktorska doborowa… jednakże cały film okazał się w moich oczach fiaskiem. Próbuję więc teraz zrozumieć, dlaczego tak się stało.
W tym, że wraca się do klasycznych dzieł polskiej literatury – nawet tych szkolno-lekturowych, które starszym pokoleniom mogą się wydawać wręcz oklepane – nie ma oczywiście nic złego. Zresztą film Bajona nie jest adaptacją sztuki Gabrieli Zapolskiej, raczej wariacją na jej temat, rozpisaniem dalszych losów rodziny Dulskich, umieszczeniem ich w kontekście innych epok. Tak więc, oprócz tego że wracamy się do początku XX wieku, gdzie dzieje się akcja znanej nam sztuki, to przenosimy się także do lat 50-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Bajon, sądząc z tego co mówił w wywiadach, miał ambicję ukazania tej wędrującej – „dryfującej” jak sam to określił – „dulskiej duszy” (dzisiaj nazwalibyśmy to pewnie przenoszeniem rodzinnego genu) – tego jak się ona przystosowuje do środowiska w zależności od zmieniających się warunków historycznych i społecznych. Zamiar ambitny, niestety z wykonaniem poszło już coś nie tak, bo rezultat jest moim zdaniem mierny.

Zabrakło jednak spoiwa, które by łączyło te przeskoki w czasie, przez co zapanował na ekranie bałagan. Wskutek tego film nie porwał a konsternował – utrudniając uchwycenie wątku, zrozumienie tego, co dzieje się na ekranie – i wreszcie eliminował empatię, emocjonalne „wczucie się” w bohaterów. Z logiką wydarzeń – z ich prawdopodobieństwem – też nie było najlepiej, wliczając w to „tajemnicę” rodzinną, przedstawioną tu niczym jakąś kryminalną zagadkę, na domiar złego „okraszoną” elementami horroru.
Nie wiem, może przyczyną był tutaj pośpiech w jakim kręcono „Panie Dulskie”, może błędy scenariusza, albo zły montaż, który nie był w stanie zapewnić obrazowi spójności, zarówno tej narracyjnej, jak i estetycznej? Ciągle miałem wrażenie, iż oglądam jakiś materiał „roboczy”, próbę – film przed obróbką, która nadałaby mu ostateczny, satysfakcjonujący kształt. Nawet to, że wystąpienia aktorów (Krystyna Janda, Katarzyna Figura, Maja Ostaszewska, Olgierd Łukaszewicz) same w sobie były świetne, nie uratowało filmu, bo przecież żywioł aktorski też musi być na swój sposób artystycznie ujarzmiony – podporządkowany ogólnej koncepcji, ujęty w jakąś zborną formę – dla dobra obrazu jako całości.

Jeśli „Panie Dulskie” miały być satyrą na „dryfujące” mieszczańskie kołtuństwo, to okazały się satyrą mało śmieszną, bo komediowość nakreślona tu została zbyt ciężką ręką. Jeśli film miał ukazać kolejne wersje „dulszczyzny” w takt zmieniających się czasów, to było to zbyt grubymi nićmi szyte – entourage epoki był nieautentyczny, świat wyglądał jak dekoracja do filmu. Bowiem stereotyp i gadżet nie jest w stanie oddać rzeczywistości w przekonujący sposób, zwłaszcza jeśli zawodzą także swą kartonowością pojawiające się na ekranie postacie (i nie pomogło tu nawet dobre aktorstwo).
W sumie film Bajona jest według mnie przekombinowany, a na dodatek niedopracowany. Daleko mu do nośności sztuki Zapolskiej, której prostota stanowiła o jej dramaturgicznej sile, a jednoznaczna wymowa moralna – o etycznej uniwersalności, zachowującej swą wartość do dzisiaj. Dlatego też zadziwił mnie Filip Bajon, kiedy na konferencji prasowej, po premierze „Pań Dulskich” na Festiwalu w Gdyni stwierdził, że dla niego pani Dulska jest postacią… pozytywną. Ot, czyż nie jest to oświadczenie jakimś znakiem czasu – wraz z ekshibicjonizmem naszej epoki, w której wszystko jest na sprzedaż, choć nikt nie ma nic do oclenia?

greydot

.

OD BOHATERA NARODOWEGO DO LEGENDY SERYJNEGO MORDERCY

.

Dzięki chicagowskiemu Festiwalowi miałem okazję obejrzeć na dużym ekranie kilkanaście filmów – względnie nowych produktów naszej rodzimej kinematografii. Do większości z nich odniosłem się – bardziej lub mniej obszernie – w ostatnich wpisach na mojej stronie. Chciałbym jednak wspomnieć także o tych, które do tej pory, z różnych względów, tutaj pominąłem. Układają się one w mozaikę obrazów o różnej jakości.

"Pilecki"

„Pilecki”

Zwracając uwagę na film o Janie Karskim, ciekaw byłem także tego, jak potraktowano filmowo inną słynną postać, równie kontrowersyjną, choć przez wielu Polaków uznaną za narodowego bohatera. Chodzi oczywiście o Witolda Pileckiego, który, podobnie jak Karski, ryzykując własnym życiem, chciał zaświadczyć o hitlerowskich zbrodniach, decydując się na dobrowolne zamknięcie w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, a następnie, już po zakończeniu wojny, stawiając opór nowemu porządkowi politycznemu, narzuconemu naszemu krajowi przez Sowietów.
Niestety, film „PILECKI” nie spełnił moich oczekiwań, głównie z powodu nader słabej realizacji, która – przykro to pisać – sprawiała wrażenie amatorskiej. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad brakami tego obrazu (a znalazłoby się ich sporo), lecz doprawdy szkolne przedstawienie suchych faktów z życia Pileckiego, na dodatek wynoszonego zbyt ostentacyjnie na piedestał sprawy narodowej patriotyzmu, nie pomagało w poznaniu prawdziwego człowieka, a zamiast tego niebezpiecznie upodobniło przedstawiający go obraz do hagiografii. Tych, dla których Pilecki jest postacią świętą, mogło to zadowolić, lecz tych, którzy chcieli go poznać bliżej, na pewno zawiodło.

"Fotograf"

„Fotograf”

Spodobał mi się natomiast „FOTOGRAF”, najnowszy film Waldemara Krzystka, twórcy w zasadzie solidnego kina, który obok filmów średnich („80 milionów”), potrafi nakręcić coś bardzo dobrego („Mała Moskwa”). Również i w „Fotografie” Krzystek (podobnie jak w „Moskwie”) nawiązuje do tematu stosunków polsko-rosyjskich przez pryzmat obecności wojsk radzieckich w naszym kraju, jednak w tym przypadku nie ukazuje tego (jak poprzednim razem) w konwencji romantycznej, tylko w mroczno-kryminalnej, realizując psychologiczny thriller, którego gęsta atmosfera przywodzi nawet skojarzenia z klasycznymi horrorami typu „Milczenie owiec”, „Zodiak” czy „Siedem”. Sam klimat odczuwamy autentycznie, nieco gorzej jest z kryminalną intrygą w filmie, który na dzień dobry ujawnia nam to, kim jest seryjny zabójca, obdarzając go na dodatek pewnym (zupełnie niewiarygodnym) atrybutem: nie może on mówić własnym głosem, naśladuje tylko głosy innych. Niemniej jednak film psychologicznie się sprawdza, jego atmosfera się udziela i przekonuje, postaci są ciekawe (zwłaszcza po stronie rosyjskiej), dzięki czemu całość ogląda się nieźle. Na szczęście Krzystek nie zmarnował swojego oryginalnego pomysłu na scenariusz, a zakończenie sugeruje, że nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego.

"Król życia"

„Król życia”

Z dość ponurej atmosfery kryminałów i dreszczowców pozwalała się otrząsnąć widzowi komedia Jerzego Zielińskiego „KRÓL ŻYCIA”, głównie dzięki temu, że po(d)niósł ją swoim talentem niezastąpiony jak widać Robert Więckiewicz, grający zatrudnionego w korporacji workoholika, którego w normalność (pieniądz i praca przestają być najważniejsze w jego życiu) wpędza… wypadek. Jak się okazuje, dopiero trwałe uszkodzenie głowy potrafi w dzisiejszych czasach zrobić z kogoś normalnego człowieka: wydobyć go z marazmu, wykorzenić cynizm – obdarzyć energią, inwencją i tchnąć weń optymizm; spowodować, by zaczął wreszcie dostrzegać świat i bliskich mu ludzi – aroganta przemienić w kogoś uważnego i spolegliwego. „Król życia” jest w zasadzie pozbawiony fabuły, pełen jest natomiast obyczajowo-komediowych gagów i sytuacyjnych anegdot, w których bryluje ze swoim komicznym sznytem Więckiewicz. Kilka świetnych i zaskakujących momentów, dobre towarzystwo aktorskie, jazda na luzie… to wszystko sprawia, że film ogląda się nieźle. Zrobione w Polsce kino „feel good” i w dodatku niegłupie? Okazuje się, że jest to jednak możliwe.

"Czerwony pająk"

„Czerwony pająk”

No tak, zbyt długo nie cieszyliśmy się komediowym wicem, jasnym światem i lekkością bytu, bo oto w mrok koszmaru i fascynację mordem wciąga nas Marcin Koszałka swoim fabularnym debiutem „CZERWONY PAJĄK”, zajmującym się seryjnym zabójcą z Krakowa, który w latach 60-tych zamordował kilkanaście osób i ponoć stał się przez to legendą. Tak twierdzi sam reżyser, który na dodatek raczy nas takim oto stwierdzeniem: „Zło jest dużo ciekawsze od dobra, jest w nim tajemnica. Podobnie w lęku. W dobru tkwi tylko banał. Jest zbyt oczywiste. Dlatego tak trudno jest zrobić świetny film o czymś dobrym. Odrzuca mnie pomysł zrobienia filmu o dobrym człowieku.”
Efektem tego odrzucenia wydaje się być właśnie ostatni jego film, w którym poświęca swoją uwagę dwóm odrażającym psychopatom, skrytym wszak za maską banału i psychologicznej szarzyzny. Jeśli chodzi o mnie, to mnie w tych postaciach nic a nic nie pociągało,wręcz przeciwnie: wydały mi się one obrzydliwe i odstręczające, ale skoro Koszałka uparł się zrobić z nich swoich bohaterów, to ja, tak trochę z recenzyjnego obowiązku pochylam się nad tym jego twórczym aktem i mimo uznania dla jego niewątpliwego (głównie operatorskiego) talentu dziwię się… I może nawet mu współczuję, że tak celebruje zło – że pociąga go człowiek zły, a odrzuca dobry.
Dźwięczy mi w uszach cytat z Koszałki i jestem gotów zgodzić się z tym, że ludzi bardziej (nie tylko w kinie) ciekawi (i pociąga) zło, niż dobro. Ale czy jest to takie odkrywcze, skoro ja zauważyłem to będąc jeszcze pacholęciem? Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że dobro jest banalne, nieatrakcyjne i mniej widowiskowe. Sądzę bowiem, że łatwiej jest być człowiekiem złym niż dobrym – że łatwiej poddać się złu, niż dobru – że większej siły wymaga czynienie dobra niż zła, którego najbardziej banalnym wyrazem jest obojętność.
Być może sukces filmu Koszałki wynika już z tego, że prowokuje on do podobnych dywagacji na temat natury dobra i zła, ale czy jest to obraz rzeczywiście strawny dla tzw. „szeregowego” widza? Sam reżyser nastawiony był do frekwencyjnego powodzenia filmu w kinach sceptycznie, po części dlatego, że nie kręcił klasycznego thrillera (podobnie jak w „Fotografie” Krzystka, również i tutaj wiedzieliśmy kto jest mordercą od początku), a przedstawiał swoją wizję fascynującego dlań zła, więc nawet Kraków w jego obrazie zagrał rolę czarnego charakteru. I wszystko jest OK, bo kiedy ma się w sobie na tyle zaparcia, by kręcić kino autorskie i na tyle siły, by zamiar swój doprowadzić do końca, to można przyjąć to z respektem. Jeśli jednak na siłę kreuje się legendę z mordercy i psychopaty – na dodatek czując się nim zafascynowanym – to… sorry Houston, ale mamy problem.

"Hiszpanka"

„Hiszpanka”

Według mnie „HISZPANKA” to jedna z najbardziej spektakularnych porażek w polskim kinie ostatnich lat. Tym bardziej rzucającą się w oczy, iż formalnie jest to obraz imponujący rozmachem, scenografią, kostiumem, użytymi środkami technicznymi… Od strony estetycznej dawno nie mieliśmy w kraju tak okazałej i efektownej produkcji. Niestety, wszystko się sypie, kiedy próbujemy zajrzeć do środka tej wydmuszki w poszukiwaniu sensu oraz tego, co mogłoby ewentualnie usprawiedliwić to formalne rozbuchanie i plastyczny eksces. Usiłując zrozumieć zamysł reżyserski Łukasza Barczyka i jego intencje, wysłuchałem tego, co mówi on o kinie i dopiero wtedy dotarła do mnie przyczyna tej klęski, którą upatruję w typowo post-modernistycznej przypadłości zachwytu reżysera formą, przy jednoczesnym lekceważeniu treści, która jest dla niego zaledwie jednym (i to wcale nie najważniejszym) z elementów dzieła.
Tak więc, wcale nie mam za złe Barczykowi, (będącemu jednocześnie autorem scenariusza i producentem filmu), że do polskiej historii (w tym przypadku: powstanie wielkopolskie w 1918 roku) podchodzi bez większej rewerencji – bez dbałości o realia i zwykły rozsądek, wprowadzając okultyzm, spirytualizm, i telepatię w sam środek wydarzeń, które decydowały o naszym wybiciu się na niepodległość. Nie, ja mam mu za złe to, że napisał tak niewydarzony – nie trzymający się kupy – wyprany z emocji, napięcia, logiki i sensu scenariusz. Przykro to pisać, ale stężenie głupoty w tym filmie przekroczyło jak na mój gust stan krytyczny (jeszcze jeden dowód na to, że wysoka inteligencja twórcy niekoniecznie chroni go przed bzdurą). Co z tego, że w „Hiszpance” roi się od cytatów, nawiązań, aluzji i zapożyczeń ze światowego kina, skoro ich rozpoznanie nie przynosi widzowi żadnej satysfakcji (o tych, którzy ich nie dostrzegli nawet nie wspominam), wręcz przeciwnie – powoduje przesyt i percepcyjną niestrawność. Cały czas odnosiłem wrażenie, że film w swój (teatralny, a przez to i sztuczny) świat chce nas wciągnąć – pusząc się przed nami, jaki to on jest atrakcyjny; a z drugiej strony, że nas z tego świata wypycha – zakręcając nam w głowie fantasmagorią, oniryzmem i fikcją. Może to zawracanie głowy nie powodowało mdłości, ale już na pewno dezorientację, zdziwienie, a w cięższych przypadkach – to nawet osłupienie. Lecz mimo to ciekaw jestem następnego filmu Barczyka.

greydot

KUCHNIA POLSKA FILMOWA

Trudno jest podsumować chicagowski Festiwal, bo siłą rzeczy prezentuje nam miszmasz krajowego kina – taki trochę groch z kapustą, mieszankę tytułów, w której problemem jest wyróżnienie jakiegoś trendu, tendencji, kierunku w jakim zmierza polskie kino. Bowiem nigdy chyba jeszcze nie było ono tak zróżnicowane, zarówno pod względem tematycznym, jak i stylistycznym. Nie to, co w przeszłości, kiedy mieliśmy wyróżniającą się szkołę polską, kino moralnego niepokoju – nurt komediowy, historyczny, psychologiczny, społeczny… Kiedy wszystko było bardziej spójne i uporządkowane – co pewnie wynikało z większej kontroli na kinem, zarówno jeśli chodzi o państwowe instytucje, jak i zespół reżyserów, którzy wyrobili sobie mocną pozycję w rodzimej kinematografii.
Teraz niekoniecznie robią filmy ci, którzy mają jakiś pomysł na kino. Kręcą przede wszystkim ci, którzy potrafią zdobyć pieniądze na ich realizację. Jest Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który próbuje się rozeznać w tym, co bardziej wartościowe – decydując o tym, na co przeznaczyć dość ograniczone środki, jakimi dysponuje mecenat państwowy.
Zdolnych twórców nam nie brakuje, świetnie sobie dają radę zwłaszcza operatorzy, mamy trochę ciekawych debiutów. I to jest pocieszające, bo niektórzy z uznanych już filmowców ze znacznym dorobkiem, są jakby nie w formie – zawiodła ich kondycja bądź utknęli na swej drodze z jakimś ciężarem przeszłości.
Nie mogło być dla mnie zaskoczeniem to, że w repertuarze tegorocznego Festiwalu Filmowego w Chicago, znalazło się najwięcej produkcji średnich (w końcu wynika to z zasad samej statystyki), jednak liczyłem na parę pozycji, które by we mnie uderzyły mocniej – takich wyrastających ponad filmową konfekcję. Niektóre obrazy się do tego poziomu zbliżyły, ale zawsze znalazło się coś, co powstrzymywało (mnie przynajmniej) od stuprocentowej satysfakcji. Niemniej jednak to, że już od ponad ćwierćwiecza odbywa się w Wietrznym Mieście takie święto kina, jest fantastyczną sprawą. Zwłaszcza dla tych, których dostęp do filmów polskich na dużym ekranie jest mocno ograniczony (na bieżąco praktycznie niemożliwy), a którzy ciekawi są tego, co się w polskiej kuchni filmowej gotuje na co dzień.

greydot.

O innych filmach  Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce  przeczytać można w poprzednich wpisach: „Body/Ciało”, „Warsaw by Night”, „Carte Blanche”, „Ziarno prawdy”, „Anatomia zła”  (TUTAJ); „Chemia”, „Żyć nie umierać”  (TUTAJ); „11 Minut”  (TUTAJ); „Karbala”  (TUTAJ); „Karski”  (TUTAJ).

.

„KARBALA”, albo o tym PO CO JECHALIŚMY DO IRAKU

.

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew ("Karbala")

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew („Karbala”)

.

Po co wysyłaliśmy wojsko polskie do Iraku? Przyczyny oficjalne znamy: chodziło o tzw. misję stabilizacyjną. Na ile jednak było to wypełnianie zobowiązań wynikających z sojuszu, a na ile „wysługiwanie się” Amerykanom – naszemu kolejnemu Wielkiemu Bratu? Czy w związku z tym, że agresji na Irak dokonali Amerykanie, którzy de facto zaczęli ten kraj okupować, nie czyni automatycznie z tych, którzy wkroczyli tam jako ich sojusznicy, również agresorów i okupantów? A jakie były motywy polskich polityków, którzy mieli parcie na (wspomagającą Amerykanów) interwencję zbrojną Polski w Iraku? Czy nie chodziło o wzmocnienie własnej pozycji politycznej, jak również o materialne zyski (kontrakty, ropa) naszego kraju w związku z tym angażującym nas militarnie w obcym kraju posunięciem?
Czy polscy żołnierze, którzy zgadzali się na wyjazd na wojnę do Iraku (wypełniając rozkaz?), robili to z patriotycznych pobudek? Czy raczej jechali tam po to, aby zarobić pieniądze na utrzymanie siebie i swojej rodziny, na spłatę długu, na wybudowanie domu?

Ja nie mam kłopotu z tym, by uznać wojnę Stanów Zjednoczonych z Irakiem za wojnę niesprawiedliwą – uważam że pobudki i powody wywołania tej wojny były niewystarczające, by ją moralnie uzasadnić. Zaatakowanie Iraku przyniosło w rezultacie ruinę tego kraju, chaos i setki tysięcy ofiar; również destabilizację tamtego rejonu świata, dzięki której wyrosła hydra ISIS i kto wie, czy w konsekwencji tego wszystkiego nie rozpętało się piekło w Syrii? Każda wojna oparta na kłamstwie (tutaj: pretekst nieistniejącej broni masowego rażenia) i motywowana ekonomicznie (tutaj: surowce, olbrzymie pieniądze zarobione przez prywatne firmy, które konflikt w Iraku obsługiwały) jest wojną nieetyczną. W związku z tym każdy, kto wspiera tę wojnę – wliczając w to walczących w niej żołnierzy – postępuje nieetycznie.

No i teraz w to wszystko miesza się kino. Trudna sprawa, bo w sumie nie wiadomo jak traktować filmy zajmujące się tą wojną: jako obrazy batalistyczne, które same w sobie posiadają walory widowiska – czyli jako kino czyste, wyabstrahowane w pewnym sensie z „newsowej” rzeczywistości, czyli z publicystyki? Czy też wręcz przeciwnie: ujmować je w kontekst społeczny i historyczny, z wszystkimi tego konsekwencjami: propagandowymi, politycznymi, moralnymi – ulegając zazwyczaj stronniczości, lokując się po tej a nie innej stronie frontu, poddając się subiektywnej ocenie i określonej (naszymi przekonaniami i uprzedzeniami) perspektywie?
Nauczony przykładem ewolucji wątku wietnamskiego w kinie amerykańskim, jestem wyczulony na swego rodzaju manipulację widzem, kiedy to usiłuje się nakłonić go do przyjęcia określonej perspektywy, zazwyczaj zgodnej z intencją i zapatrywaniem autorów filmu. Niekiedy przyjmuje to postać pewnego rodzaju szantażu emocjonalnego, przez co nie jesteśmy w stanie zdystansować się do wizji twórców, grających na naszych uczuciach i wartościach.

Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej cenię te filmy, które owych manipulacji zawierają najmniej, które nie epatują widza patosem, które unikają stereotypów i czarno-białej jednoznaczności – o propagandzie nie wspominając. To dlatego najlepszym jak do tej pory filmem o wojnie w Iraku, jest moim zdaniem „The Hurt Locker”, Kathryn Bigelow, natomiast „Snajper” Clinta Eastwooda to dla mnie obraz spalony, bo wpisujący się w nurt amerykańskiego kina propagandowego, którego sztandarowym przykładem są choćby „Czerwone berety” Wayne’a (a wszelkiej propagandy, zwłaszcza wojennej, nie cierpię).
Są też obrazy, które poprzez swoją widowiskowość – dzięki posiadaniu czystych walorów wojennego spektaklu – oddziałują na nas bardziej sensorycznie, niż intelektualnie, w związku z czym poddajemy się im jako widz kina gatunkowego, czyli takiego, w którym ważniejsza jest konwencja i styl, niż realizm i przystawanie do tzw. rzeczywistości (zwłaszcza tej politycznej). Zaliczyłbym do nich np. słynny „Helikopter w ogniu” Ridley’a Scotta, jak również – zachowując jednak odpowiednie proporcje – właśnie film Krzysztofa Łukaszewicza.

Przyznam się, że „Karbala” mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Wybierałem się do kina zdając sobie sprawę z tego, jak mizerne w końcu środki przeznaczono na realizację tego filmu; wiedząc że ci, którzy zrazu projekt poparli, później się z niego wycofali; że niemal cały film nakręcono w… Żeraniu, a budżetu starczyło ledwie na 8 dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie (Jordania), gdzie też wszystko się sypało, bo sprzęt nie dotarł na czas, lokalna ludność wchodziła na plan nieproszona, zaś ekipa została oskarżona o profanację i o to, że kręci izraelską propagandę.
Byłem też w pewnym sensie do tego filmu uprzedzony, gdyż uważałem, że żołnierze polscy do Iraku jechać nie powinni.

Cóż więc się stało?
Otóż na ekranie zobaczyłem solidne kino wojenne, dobrze sfotografowane, nieźle zagrane… a co najważniejsze: pozbawione propagandowego patosu i szowinizmu wobec wroga (bądź co bądź byli to Irakijczycy, którzy walczyli w swoim kraju z obcym najeźdźcą) – czyli tego wszystkiego, co tak mi przeszkadzało – i irytowało – np. w „Snajperze”. Co ciekawe, zarówno „Karbala”, jak i „Snajper” niemal zupełnie pomijały historyczno-polityczne tło tej wojny, ignorowały racje tych, którzy się jej sprzeciwiali. A jednak, podczas gdy w przypadku filmu Eastwooda uczyniłem z tego jeden z głównych zarzutów wobec reżysera, to w przypadku „Karbali” nie miałem o to pretensji.

Zastanawiam się teraz skąd bierze się ta niekonsekwencja.
Otóż na pewno nie z powodu lokalnego patriotyzmu – z tego, że każda pliszka swój ogon chwali więc kino polskie samo przez się jest mi bliższe, niż amerykańskie. Nie, tu chodzi o zupełnie inne podejście zarówno do militarnego aspektu opisywanych wydarzeń, jak również – i to chyba zadecydowało – o stosunek do rdzennej ludności, mieszkańców Iraku. W „Snajperze” każdy Irakijczyk był dla amerykańskich żołnierzy „dzikusem”, w „Karbali” nawet „terroryści” z bojówek as-Sadra mają ludzkie oblicza, o cywilnych mieszkańcach nie wspominając. W „Snajperze” Amerykanie włamywali się do irackich domów, nie zważając na cywilów, siejąc terror i zniszczenie (jak najbardziej zasługując na to, by uznać ich za agresorów), w „Karbali” Polacy bronili się w miejscowym City Hall zaatakowani przez bojówki (była to więc samoobrona); „bohaterski” Chris Kyle strzelał z ukrycia do ludzi, znajdując ponadto w tym przyjemność, polscy żołnierze strzelali bo musieli, stawiając czoła przeciwnikom, którzy mieli nad nimi przewagę liczebną; Chris Kyle został uznany w swoim kraju bohaterem, Polacy nawet nie mogli przyznać się do tego, że w Iraku brali czyny udział w walce i bitwę wygrali (ze względów propagandowych, obronę karbalskiego City Hall przypisano sprzymierzonym z Amerykanami policjantom irackim, mimo tego, że ci stamtąd po prostu uciekli, zostawiając na placu boju Polaków i Bułgarów).

„Karbala” sprawdza się też jako widowisko. Wprawdzie bardziej uważne oko dostrzeże w tym obrazie pewne niedociągnięcia wynikające z budżetowych oszczędności; ktoś bardziej krytyczny zauważy, iż pewne wątki scenariusza mogły być wykorzystane lepiej i bardziej logicznie, to jednak film broni się swoją dynamiką i batalistyką, zachowując przy tym wiarygodność jeśli chodzi o motywacje bohaterów, dzięki czemu są oni dla nas ludźmi z krwi i kości, a nie tylko scenariuszowymi marionetkami. Kadry, mimo rozedrganego prowadzenia kamery, sprawiają solidne wrażenie, dzięki czemu cały film ma ciężar (w dobrym znaczeniu tego słowa) maskulinistyczny, co oczywiście przydaje się w przedstawieniu całego tego bitewnego zgiełku wojny i żołnierskiego znoju tak, byśmy to mogli również odczuć na własnej skórze, mimo że zanurzeni bezpiecznie w kinowym fotelu.

greydot

UWAGA: Film obejrzany w ramach odbywającego się w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

„11 MINUT”, czyli ŚWIAT W ROZSYPCE (o najnowszym filmie Jerzego Skolimowskiego)

.

11 minut reż. Jerzy Skolimowski

Czy wszystko zmierza do katastrofy?  („11 minut”)

.

Lubię w kinie polifonię, gdyż wydaje mi się że lepiej potrafi ona zbliżyć film do rzeczywistości, która, tak naprawdę, jest „poszatkowana”, rozproszona, skwantowana… rozparcelowując ludzkie losy w kalejdoskopowym obrazie świata, dzięki czemu są one jak piksele na ekranie monitora. Lecz z polifonią trzeba uważać, gdyż łatwo może się ona zamienić w kakofonię – w rezultacie nakładania na siebie zbyt wielu obrazów i dźwięków otrzymamy infromacyjny – wizualno-foniczny – szum. Na szczęście Skolimowskiemu udało się tego uniknąć, bo zbliżył nas do swoich postaci – zachowując odpowiedni dystans, na tyle jednak bliski, że mogliśmy uchwycić ich istotę i miejsce w (pozornym, mimo wszystko) chaosie świata. Świata pełnego mniejszych i większych apokalips.

Należy przyznać, iż poczucie nadchodzącej katastrofy jest w „11 minutach” wszechobecne. To, że akcję swojego filmu umieścił Skolimowski w peryferyjnej jeśli chodzi o globalne zagrożenia Warszawie, tego poczucia nie umniejsza. Bo to nie sprawa miejsca ani lokalnej atmosfery, tylko – jak mi się wydaje po wysłuchaniu tego, co mówił ostatnio reżyser – egzystencjalnej traumy samego Skolimowskiego (śmierć syna) i jego przeświadczenia, że nasz świat zmierza ku zagładzie. Tym można tłumaczyć katastrofizm „11 minut” – katastrofizm, który moim zdaniem mylnie jest interpretowany, przez co niektórzy nazywają ten film thrillerem.

Jerzy Skolimowski – jako reżyser i scenarzysta – miał pełne prawo do tego, by bawić się w swoim filmie czasem. Tak więc, w trwających niemal półtorej godziny „11 minutach” ukazał całą plejadę ludzkich postaci oraz to, co przeżywają oni w tym samym mieście od godziny 17:00 do godziny 17:11. (Nota bene, już to, że na początek akcji Skolimowski wybrał piątą po południu – godzinę, która dla Warszawy jest znacząca – mówi o jego intencji, podobnie jak eksploatowana wielokrotnie w filmie pechowa „11-ka”, będąca nieprzypadkowym nawiązaniem do daty zamachu na World Trade Center.)
Jest więc seksowna aktorka, którą taksuje zagraniczny reżyser, pod kątem jej przydatności do jego filmu i nie tylko do tego; jest zmaltretowany mąż aktorki, który szaleje z zazdrości, miotając się w hotelowym korytarzu pod drzwiami do pokoju, gdzie ma miejsce audyt jego żony; jest nauczyciel-pedofil sprzedający stadku zakonnic hot-dogi; jest jego syn, handlarz narkotyków, zaliczający żony pod nieobecność ich mężów-biznesmenów; jest rabuś przymierzający się do opędzlowania lombardu, a zamiast skarbów znajdujący tam wisielca; jest młoda skłócona para z pieskiem; jest zespół karetki pogotowia wynoszący rodzącą kobietę z mieszkania, w którym dogorywa ojciec jej dziecka; jest alpinista ze swoją sympatią, który w przerwie mycia okien wieżowca, serwuje jej na laptopie pornosy… Wszyscy ukazani są na ekranie z osobna, w rzeczywistości zmieniającej się jak w kalejdoskopie; w sekwencjach mieszających się niczym elementy kostki Rubika, ale i powoli na siebie zachodzących – dążąc do fatalnej kulminacji, w której losy tych ludzi splatają się ze sobą w czymś, co wygląda na eksplozję przeznaczenia.

Fakt, ten zbiór ludzkich indywiduów przypomina swoiste panopticum, jednak w ujęciu Skolimowskiego wydają się oni być mimo wszystko banalni. Może dlatego, że podobnie jak wszyscy ludzie, są oni wodzeni na pasku przez los i niczym bezwolne marionetki prowadzeni ku swemu przeznaczeniu, bez możliwości uniknięcia fatum? Może dlatego, że są wydani na łaskę i niełaskę przypadku, który coraz bardziej wpływa na nasze losy, bo żyjemy coraz szybciej i w coraz bardziej skomplikowanym świecie? Może dlatego, iż tylko podglądamy tych ludzi przez krótką chwilę, przechodząc w zasadzie obok nich obojętnie, bo wszyscy nawzajem w naszym życiu tak bardzo się mijamy?
Może wreszcie dlatego, że tak naprawdę są nam oni zupełnie obojętni i takimi pozostają, mimo tragedii, która ich w końcu zgładza – tragedii, którą też za bardzo się nie przejmujemy, szybko o niej w szumie i zgiełku pędzącego na łeb na szyję świata zapominając?

Rozumiem tych, którzy mówią, że film Skolimowskiego jest w sumie płytki i banalny – że tylko pokazuje powierzchnię, nie drążąc głębi. Również tych twierdzących, że nie obchodzą ich ukazani w filmie ludzie i że nie mogli uchwycić głównego wątku opowieści, bo narracja filmu była zbyt chaotyczna i poszarpana. Ponieważ  faktem jest, że „11 minut” to obraz specyficzny, na pewno rozmijający się z oczekiwaniami przeciętnego widza, chcącego obejrzeć film nakręcony „po bożemu”, czyli z linearną narracją, z bohaterem, który jest główny, a nie tylko drugo- czy trzecio-planowy.

Ja jednak „11 minut” bronię, nie tylko z tego subiektywnego powodu, że film Skolimowskiego oglądałem z uwagą, a momentami to nawet i z emocjonalnym przejęciem, bo wciągnął mnie on w swój świat i w łamigłówkę bardziej lub mniej znaczących i sensownych zdarzeń, Uważam, że jest to film bardzo dobrze zrealizowany (jeśli nie merytorycznie, to na pewno technicznie) – ze świetnymi zdjęciami i znakomitą muzyką, która stopniowo w filmie nabrzmiewa, budując napięcie i prowadząc do kataklizmowego (i głośnego) finału. Naprawdę wszystko jest tu doskonale zmontowane, współpracując ze sobą niczym w precyzyjnym mechanizmie zegarka.
Zaintrygowały mnie te obrazy i dźwięk, nawet ów czarny (martwy) – widoczny nie tylko na ekranie, ale i na niebie – piksel, który niczym klamra spinał sens (bezsens?) świata ukazanego w „11 minutach”, stając się synonimem tajemnicy życia, której i tak nigdy nie będziemy w stanie przeniknąć.

greydot

UWAGA: Film obejrzany w ramach odbywającego się w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.