ZUPA ZE SROMOTNIKÓW (o filmie „OBŁAWA”… i nie tylko)


Nie ma dobrych ani złych?

Szarość to bez wątpienia bardzo modny ostatnio kolor w polskim kinie. I choć mnie osobiście to odpowiada (mimo, że lubię też świat jasny i ukazywany w kolorach), to można się zastanowić nad tym, czy rzeczywiście owa szarość zawsze jest taka cool, i czy zawsze, kiedy babramy w błocie wszystkich ludzi, to dopiero wtedy dochodzimy do „prawdy” o człowieku i jego rzeczywistej naturze?

*

INNE SPOJRZENIE

O filmie tym pisali już chyba wszyscy, więc darując sobie kolejną krytyczną rozprawę na jego temat, chciałbym poruszyć tutaj pewną kwestię, która stała się ostatnio w naszym kraju na tyle istotna – i symptomatyczna dla zachodzących w polskim społeczeństwie zmian i podziałów – że warto jej się przyjrzeć z bliska.
Myślę, że dobrym punktem wyjścia będzie tu rozmowa przeprowadzona przez redaktora polskiego wydania „Newsweeka” z reżyserem filmu Marcinem Krzyształowiczem i z odtwórcą jednej z głównych ról, Maciejem Stuhrem.
Oto jej fragmenty:
„Newsweek”: „Obława” to film, który na długo zostaje w pamięci. To najokrutniejszy, najmroczniejszy, ale być może najlepszy polski film ostatnich miesięcy. Perfidną siłą tego filmu, choć to trudne do zaakceptowania, jest fakt, że polscy partyzanci tak samo jak Niemcy są bezwzględni, brutalni, okrutni, żyjąc niczym zwierzęta w leśnym obozie.”
Krzyształowicz: „Nie mam żadnego szacunku dla bohaterów, bo w moim filmie nie ma bohaterów. Wszyscy są zbrukani (…) Niemcy mówili na nich (tj. polskich partyzantów – przyp. LA) „polnische Banditen”. To bolesne sformułowanie, ale może coś w nim jest. (…) W efekcie nie wiemy, czy opowiadamy o bohaterach, czy wprost przeciwnie. A może to nie ma znaczenia, czy opowiadamy o Polakach, czy Niemcach, bo opowiadamy o ludziach? Zło było po jednej i po drugiej stronie. Wśród naszych i wrogów były elementy człowieczeństwa i diabelstwa. (…) Ja jak większość nie żyję przeszłością. Po prostu każdy reżyser chce zrobić intensywny film na wyrazisty temat. Bo zrobić film bez znaczenia to tragedia.
„Newsweek”: „Zapełnia pan białą plamę, ale czy potrzeba aż tyle okrucieństwa, przemocy?”
Krzyształowicz: „A myśli pan, że flagi biało-czerwone i orzełki coś dziś znaczą? One dla młodego widza nic nie znaczą! Dla młodych coś znaczy emocja i utożsamienie się z postaciami, zrozumienie ich słabości, ambiwalencji. (…) Popularne polskie seriale wojenne zakłamują historię! Ta landrynka telewizyjna, którą się karmi młodzież, nie ma nic wspólnego z prawdą. Pokazuje jeden wielki fałsz, a młodzi ludzie nabierają przekonania, że wojna była jakąś fajną, bajkową przygodą. W tym sensie schlebia mi zarzut, że mój film jest nihilistyczny. Wolę filmy podszyte nutką nihilizmu czy cynizmu, bo one są ostre, wyraziste. To lepsze niż kolejny epos martyrologiczny i fresk wzniecający płomień patriotyzmu.”
„Newsweek”, zwracając się do Stuhra: „Patrioci okazują się perfidni, zdrajcy – zasługują na litość. Nikt w tym filmie nie jest szlachetny, większość jest podła, okrutna, bezwzględna i zła.”
Stuhr: „Moim zdaniem, poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami, większość ludzi na wojnie się ubabrała.(…) Jak będziemy opowiadać dalej o dobrych partyzantach i złych gestapowcach, to będzie dopiero nihilizm. To by oznaczało, że możemy spać spokojnie, bo przecież to my jesteśmy ci dobrzy, a źli zawsze będą Niemcy i Rosjanie. A to nieprawda!”
(Cały tekst przeczytać można TUTAJ.)

DYSKRETNY UROK NIHILIZMU

Ale czy prawdą jest, że opowiedzenie się wówczas (a chodzi jednak konkretnie o II wojnę światową) po którejś ze stron, to też było wszystko jedno? (bo przecież każdy i tak był ubabrany i tak naprawdę – jak powiedział Stuhr w innym wywiadzie  – „nie ma dobrych ani złych”?)
Osobiście uważam – jakkolwiek atrakcyjnie by to w kinie nie wyglądało – że ta relatywizacja idzie jednak zbyt daleko. I że rzeczywiście blisko jest już temu wszystkiemu do nihilizmu, podobnie jak i cynizmu, który – w przeciwieństwie do zauroczenia nim Krzyształowicza – nie stanowi jednak dla mnie żadnej atrakcji.

Wielu reżyserów – i to nie tylko z młodego pokolenia – deklaruje dzisiaj, że nie robi filmu o konkretnym wydarzeniu historycznym, tylko o ludziach (choćby Lankosz w „Rewersie”, Smarzowski w „Róży”, Pasikowski w „Pokłosiu” czy Wosiewicz w „Tańcu śmierci. Sceny z Powstania Warszawskiego”). Ale czy naprawdę uważają oni, że takie wyjęcie człowieka z kontekstu sytuacji historycznej, powie o nim całą prawdę? A może jednak chodzi im o coś innego: wcale nie o człowieka, ale o… „intensywny film na wyrazisty temat” (czyli znowu: nie ważne jest CO, tylko JAK)? I tak naprawdę nie interesuje ich naród, tożsamość, patriotyzm, historia… (bo to wszystko jest już przecież passé – takie pojęcia prawie że „obciachowe”, do których wstyd się jest teraz odwoływać) – tyle, że nie wszyscy mają jeszcze na tyle śmiałości, by wyrazić to wprost?

Moim zdaniem człowiek jest określony nie tylko przez samego siebie, ale i przez epokę, w jakiej żyje. Również przez ludzi, z którymi wchodzi w pewne relacje. Człowiek sam dla siebie jest tak naprawdę nikim i niczym. Wartości (i cech) nabiera dopiero w zetknięciu się z drugim człowiekiem – a także z czasami, w których przyszło mu żyć. Dlatego nie można ignorować epoki, w której umieszcza się konkretnych ludzi. A tym samym nie należy – jeśli chce się przybliżyć nam prawdę o człowieku – ignorować wszystkich uwarunkowań etycznych, jakie w danej epoce stanowiły o „człowieczeństwie” czy też ewentualnie o „nieludzkości” konkretnego osobnika Homo sapiens. Zwłaszcza, jeśli się miało przed sobą jakiś wybór. A wygląda na to, że jednak zdecydowana większość bohaterów wymienionych przeze mnie filmów, pewnych konkretnych wyborów dokonywała sama – co wiąże się zarówno z odpowiedzialnością za swoje czyny, jak i możliwością moralnego ich osądu. No ale osądzać kogokolwiek to też nie jest cool w czasach, w których niemal każdy chce się czuć kimś „wyzwolonym” – chyba, że chodzi o osądzanie polskiego „motłochu”, który – jak już w świecie coraz powszechniej wiadomo – dyszał cały nienawiścią do Żydów, wydając ich gremialnie na śmierć, a nawet samemu paląc i mordując.

TO TYLKO KINO?

Lecz odchodząc od tych dygresji i abstrahując od całej tej ideologicznej nadbudowy interpretacyjnej wypada mi stwierdzić, że „Obława” to kawał solidnej filmowej roboty. Obraz ten, mimo nietypowej struktury narracyjnej (brak chronologii, „porozrzucane” wątki, czasowe zapętlenia, uwaga poświęcona nie tylko głównemu bohaterowi…) ma w sobie spójność skończonego dzieła sztuki. Stwarza to nie tylko klimat, plastyczna surowość obrazu, stylistyczna konsekwencja zastosowana przez jego twórców, ale i wielka umiejętność aktorów odnalezienia w swoich kreacjach właściwego tonu, gestu, barwy słowa, rysu charakteru… – na tym głównie opiera się autentyzm odgrywanych przez nich postaci. Odnosi się to zwłaszcza do Marcina Dorocińskiego i Macieja Stuhra, którzy powołali do (ekranowego) życia bohaterów wielowymiarowych, niejednoznacznych  i – co dla reżyserskiej koncepcji było chyba najważniejsze – wzbudzających zarówno niechęć (może nawet odrazę), jak i sympatię (choćby pomieszaną z litością i zażenowaniem). Oto mamy kolejne świetne wystąpienie Dorocińskiego i pewną odmianę w emploi aktorskim Stuhra, który wreszcie doczekał się roli nieco przyczernionej, choć nie do końca nikczemnej.
Podobało mi się to, że w tym filmie wszystko się ze sobą zgrało, mimo dość ryzykownej próby poszarpania czasowego wątków, co wśród niektórych widzów mogło wzbudzić pewną dezorientację, może nawet konsternację utrudniającą im pełne zaangażowanie emocjonalne, które zwykle budowane jest wzrostem napięcia stopniowanym przez linearnie prowadzoną „akcję”. Jednak z drugiej strony, ten pozornie skomplikowany – choć w sumie prosty – zabieg formalny niejako wymuszał na widzu większą uwagę, a ponadto sukcesywnie dodawał z czasem każdej z postaci dodatkowego wymiaru, odcienia, motywu… większej psychologicznej głębi. To prawda – nie były to jakieś głębie oceaniczne, ale jednak – w powodzi płaskich jak decha i szablonowych postaci lansowanych przez kino czysto rozrywkowe i popularne – robiących mimo wszystko wrażenie i zmuszających do pewnej refleksji.
Nie miałem też nic przeciwko mocno przyciemnionej i lekko koszmarnej „poetyce” „Obławy”, (którą nie bez kozery lansowano jako wojenny thriller). Tym bardziej, że przemoc w niej stosowano z umiarem i jeśli już epatowano widza jakimś gwałtem, to było to dość mocno umotywowane logiką obrazu, tudzież prawdopodobieństwem zachowania się filmowych postaci (no, może z wyjątkiem pewnej nadreprezentacji motywów masturbacyjnych). Zupa z trupa i sromotników też była OK – jak znalazł w upiornym lesie, w którym trzeba się było zemścić za śmierć współtowarzyszy partyzanckiej walki. Wprawdzie nie było w tym filmie puszczania szelmowskiego oczka – jak robił to choćby w swoich napawających się przemocą filmach Quentin Tarantino – lecz dzięki temu gwałt mógł nabrać dla nas jeszcze większej powagi, a przemoc zrobić wrażenie bardziej dobitne, niźli tylko zwykła zabawa dużych chłopców w wojnę.

SCHODY, MINY, KŁY…

Jako czyste kino więc „Obława” się sprawdza. Schody się zaczynają, kiedy trzeba wyjść poza filmową umowność – umieszczając film w szerszym kontekście kulturowym, społecznym oraz historycznym.
A czy jest to zasadne? – mógłby ktoś zapytać.
Myślę, że tak – bo któryż z bardziej ambitnych filmów nie rości sobie prawa do posiadania jednak większego kulturowego ciężaru, do bycia czymś więcej niźli tylko rozrywką, do zabrania głosu na ważny temat – skomentowania pewnej historycznej rzeczywistości, dokonania głębszej eksploracji ludzkiej natury, dotarcia do jakiegoś sedna sprawy…? I nawet jeśli nie mówi się tego wprost, to sam wybór ważnego momentu historycznego w jakim osadza się akcję filmu ma swoje znaczenie, prowokując do głębszych polemik i rekolekcji naszej przeszłości. Tak już jest.

No więc dobrze – może ktoś powiedzieć: kino to tylko kino… Ale…
I właśnie o to „ale” rozbijają się – zwłaszcza ostatnio – wszystkie dyskusje wokół filmów tzw. kontrowersyjnych, które w ten czy inny sposób dotykają spraw dla nas „delikatnych” i newralgicznych; utworów, które – celowo, albo i nie – nadeptują nam na odciski, poruszają drażliwe wątki (nie tylko narodowe), rzucają wyzwanie naszym stereotypom, denuncjują zagnieżdżone w nas kompleksy…
Ot choćby sprawa polskiego antysemityzmu („Pokłosie”) czy kolaboracji z okupantem podczas II wojny światowej. A w wymiarze bardziej uniwersalnym i antropologicznym: niejednoznaczność ludzkich postaw w sytuacjach ekstremalnych, dokonywanych pod wielką, dziejową presją. W problematykę tę – chcąc nie chcąc – wchodzą także twórcy „Obławy”. A czy można się dziwić, że skoro zapuszczamy się na te (często zaminowane) pola, to należy się liczyć z gorącą reakcją, a nawet z tym, że można wylecieć w powietrze? Bo przecież tam gdzie drwa rąbią, zwykle wióry lecą, a wywołując wilka z lasu można w końcu mieć do czynienia z jego zębami.

CZŁOWIEK POD PRESJĄ

Odnoszę niekiedy wrażenie, że w niektórych filmach współczesnych (a należy do nich także „Obława”) usiłuje się wyabstrahować człowieka z historii, twierdząc, że tym sposobem można odkryć uniwersalną prawdę o ludzkiej naturze (albo o naturze jakiegoś narodu, społeczności). A to się tak nie da: bo ta natura zawsze jest pod presją epoki i można ją zrozumieć tylko w kontekście czasów, w jakich jest zanurzona. Odnosi się to np. do zachowania Polaków (także Żydów) w czasie II wojny światowej. Jeśliby się to właśnie wzięło pod uwagę, to być może oszczędziłoby się wielu niepotrzebnych oskarżeń, kłótni i ujadań – całego tego wzajemnego psucia sobie krwi.
Wywołana przez Niemców wojna nie odkryła „prawdziwej” natury człowieka, ona tę naturę skorumpowała, brutalizując międzyludzkie relacje, stawiając człowieka przed koniecznością dokonywania wyborów, które decydowały o życiu i śmierci. Innymi słowy: w wielu wypadkach cofała człowieka do quasi-zwierzęcego stadium walki – nie tylko o byt, ale wręcz o fizyczne przetrwanie. Nie można się więc chyba za bardzo dziwić, że jeśli czasy są nikczemne, to także wielu ludzi zaczyna zachowywać się nikczemnie. Czy to świadczy o tym, że ludzka natura jest z gruntu parszywa? Wątpię. Ona jest jak plastelina, którą sami w dużym stopniu możemy formować. Ważne jest więc to, jak ukształtujemy naszą epokę i czas, w którym żyjemy. A temu służy przede wszystkim nasza kultura – czyli to, jaki obierzemy system wartości i jakie ustalimy reguły zachowania się wobec siebie. I jakkolwiek moralizatorsko by to nie zabrzmiało, to nie ma innej drogi wyjścia, jeśli chcemy się mienić ludźmi – gatunkiem cywilizowanym.

POLITYKA WSTYDU

Jest jeszcze jedna sprawa, która mi nie daje od jakiegoś czasu spokoju – i też jest powiązana z tym, co moim zdaniem niedobrego dzieje się w naszym kraju, dzieląc społeczeństwo jak nigdy od momentu, kiedy Polska wyzwoliła się spod sowieckiej kurateli. I niestety, nie wynika to tylko z (naturalnych poniekąd) różnic i zmian pokoleniowych, ale przede wszystkim jednak z pobudek politycznych i ideologicznych. Nie piszę „światopoglądowych”, bo mimo wszystko uważam, że są one w istocie zbyt płytkie i powierzchowne… na swój sposób bezmyślne, bo często poddające się – na przekór indywidualistycznym deklaracjom – odruchom stereotypowym a nawet stadnym. (A niestety tzw. „salon” też jest pewnym rodzajem stadka – na przekór temu, że chce się mienić „elitą”.)

W moim odczuciu źle się dzieje, że linia podziału polskiego społeczeństwa biegnie przez takie pojęcia (i wartości) jak patriotyzm, rodzina, tradycja, katolicyzm, religia… (zwróćmy uwagę, jak wstydliwie one teraz brzmią i jak skrzętnie omija się je w niektórych środowiskach). Przy czym jedna strona chce za wszelką cenę skompromitować drugą. Niestety, atakuje przy tym nie tylko swojego przeciwnika, ale i dyskredytuje wartości wokół których się on skupia, i z którymi jest on kojarzony. Tym sposobem skompromitowano choćby patriotyzm, który stał się niemal synonimem szowinistycznego zaścianka, ksenofobii i nacjonalizmu prowadzącego niechybnie do krwiożerczego faszyzmu. Tym sposobem kompromituje się życie religijne i samą religię, insynuując, że jest ona samym złem wcielonym i perfidnym kłamstwem – i że człowiekiem religijnym może być tylko głupiec i zacofaniec o mentalności niewolnika. Atakuje się cały Kościół (bo to przecież nic innego jak ciemnogród i zasklepiona mentalnie kruchta). Oskarża się na prawo i lewo księży, w których widzi się samych tylko dwulicowców, chciwców, bigotów i pedofilów. Milczy się wtedy o pozytywnej roli, jaką Kościół spełnia w społeczeństwie. Nie wypada się też już odnosić do tzw. „wartości rodzinnych”, podobnie jak przyznawać się do „tradycji” – bo to naturalnie przeżytek, zaścianek i obciach. I co ciekawe w tym wszystkim: ci, którzy rzekomo ze stereotypami walczą, sami nowe stereotypy tworzą i wzmacniają.  (Swoją drogą, czy dzisiejsi wrogowie Kościoła, wszyscy ci kontestatorzy przywiązania do tradycji i patriotyzmu, zdają sobie sprawę z tego, że właśnie dzięki owym wstydliwym obecnie wartościom mogliśmy przetrwać jako naród, ocalić swój język i – co najważniejsze – zdobyć ostatecznie niepodległość, dzięki czemu nie musimy już żyć w takim getcie i skansenie, jakim pod wieloma względami była PRL?)

POLEMIKA Z SAMYM SOBĄ

Wypada mi tu zaznaczyć, że piszę to wszystko jako człowiek, który nie utożsamia się z żadnym obozem politycznym, i który raczej daleko odszedł od instytucji Kościoła. Muszę się także przyznać, że już od dawna czuję też awersję do wszelkiej maści wojujących nacjonalizmów (swego czasu – a konkretnie po katastrofie smoleńskiej – podpadłem narodowcom tekstem „Żałoba i teatr”). Znany jest mi smak kosmopolityzmu tudzież pokusa uznania się przede wszystkim za obywatela świata. Nie interesują mnie podziały na prawicę, czy lewicę (uważam, że w dzisiejszych czasach nie mają już one większego sensu), nie określiłbym siebie ani jako konserwatystę, ani liberała – te wszystkie etykietki są dla mnie czymś krępującym, sztucznym, ograniczającym.
Ale jednak nie mogę powiedzieć, że nie jestem czuły na dialektyczne napięcia jakie między tymi biegunami się tworzą i że jest mi obojętny dyskurs toczący się po obu stronach tych granic. Czasem nawet czuję, jakby ten spór rozgrywał się we mnie samym. Np. argumenty jakie wysuwałem wobec młodych twórców „Obławy” to jest też jakby polemika z kimś, kim byłem przed laty: przyznaję, że i ja przez ten zawód człowiekiem (religią, patriotyzmem, tradycją) w swojej młodości chmurnej i durnej przechodziłem (może niektórzy z nas muszą przez to przejść jak się przechodzi w dzieciństwie przez koklusz, świnkę czy odrę?). Na szczęście zdołałem jakoś ustrzec się przed tym, by stać się chronicznym cynikiem czy szydercą, rozsiewając wszędzie nihilistyczny sarkazm i skrajny pesymizm.

Myślę, że odrzucając (dość jednak odruchowo i bezmyślnie) tzw. „wartości tradycyjne” pewne grupy ludzi (może nawet całe społeczeństwa) robią sobie niedźwiedzią przysługę. Często przypomina to wylewanie dziecka z kąpielą – nie ma wtedy świadomości, że czyniąc tak, traci się coś naprawdę cennego i istotnego. Czy można się więc potem dziwić, że nasza zdodowadziała, znergalizowana, zcejrowskowana i zwojewódczała pop-kultura wygląda tak a nie inaczej? Że masy zajmują się bzdetami, pasjonując się byle kim i podniecając tabloidową cieczką? Że ton nadaje ekstrema i ujadanie oszołomów? Że poziom społecznej dyskusji jest żałośnie prymitywny (i to nie tylko na tzw. internetowych „forach”) i że nawet spory prowadzone na wysokich szczeblach przypominają wzajemne okładanie się cepami?

NIE MA DOBRYCH ANI ZŁYCH?

A wracając jeszcze na chwilę do „Obławy” i do niezbyt fortunnego moim zdaniem określenia Stuhra, że „nie ma dobrych ani złych” i że należy przewartościować naszą historię (bo przecież nie można już mówić o „złych” gestapowcach i „dobrych” partyzantach).

Otóż nie trzeba być wybitnym znawcą ludzkiej natury ani też nadzwyczaj przenikliwym psychologiem, by stwierdzić, że nie ma człowieka, który do końca byłby tylko zły albo tylko dobry – i że zdecydowana większość ludzi to ludzie „szarzy”, czyli tacy, w których znaleźć można zarówno elementy dobra jak i zła. Nie musi się być także jakimś szczególnie mądrym filozofem ani doskonale zorientowanym w aksjologii etykiem, by skonstatować, że dobro i zło są czymś relatywnym i ściśle związanym z ewolucją ludzkiej kultury. A jednak przy tym wszystkim to od nas zależy wybór: między tym, co własne sumienie podpowiada nam że jest dobre, a tym, co czujemy, że jest złe. To dlatego nie mam teraz większych wątpliwości by uznać za zło np. przywdzianie munduru gestapowca czy donoszenie hitlerowcom na własnych rodaków, a za dobro np. decyzję o wejściu w szeregi partyzantów lub AK i zbrojnemu przeciwstawieniu się niemieckiemu okupantowi.
Ale niestety, w „Obławie” tego nie ma. Właściwie nie wiemy – biorąc pod uwagę tylko to, co widzimy na ekranie – po co ci ludzie siedzą w ziemiankach w tym upiornym lesie. I dlaczego jedni walczą z drugimi, wzajemnie się zabijając? Czyżby chciano nam przez to powiedzieć, że to wcale nie jest już takie ważne?

greydot

Advertisements

komentarzy 12 to “ZUPA ZE SROMOTNIKÓW (o filmie „OBŁAWA”… i nie tylko)”

  1. Torlin Says:

    Dziwisz się Polsce, ale przecież dokładnie to samo masz w Stanach Zjednoczonych. To państwo jest identycznie podzielone jak my.
    Druga sprawa, nawet nie wiem, czy nie ważniejsza. Wymieniasz wiele fragmentów linii podziału w rozdziale „Polityka wstydu”, tylko nie zauważasz, że sam występujesz w dwóch rolach, czlowieka raczej związanego ze stroną narodowo – kościelną i jako mężczyzna z XX wieku. Bo pomijając Boga cała reszta jest też ważna dla drugiej strony, ale jej nie fetyszyzuje. Dla mnie patriotyzm nie polega na odwracaniu się od sąsiadów, wzmacnianiu granic czy autarkii, ale na dopingu sportowym. My się wstydzimy – jak piszesz – jak się wymawia słowa: „patriotyzm, rodzina, tradycja, katolicyzm, religia…”. Nie, my się wstydzimy tego, co kryje się w konserwatywnych głowach, wstydzimy się tego, co kluje się pod czaszkami tamtej strony. Patriotyzm to jest dla nich nienawiść do Rosji i Niemców, i sprzeciw wobec Brukseli, rodzina, to jest mama, tata i pięcioro dzieci. A jak jest inaczej, to już nie jest rodzina? Tradycja, jeżeli to ma polegać na wspominaniu, jak to polscy bohaterowie rzucali się na szańce i dali się wybić, to ja dziękuję za taką tradycję.
    Piszesz: „właśnie dzięki owym wstydliwym obecnie wartościom mogliśmy przetrwać jako naród, ocalić swój język”. Ale to było w czasach katastrof, teraz też śpiewasz „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”? I to jest ten drugi wielki zarzut wobec Twojego rozumowania, myślisz jako człowiek XX-wieczny, a nie z XXI wieku. Myślisz szablonami dziewiętnastowiecznymi, kiedy to tworzyły się państwa narodowe i siłą wykuwały się na niepodległość. Dzisiaj to nie jest potrzebne. Myślisz, że jak będziemy bez granic w wielkim państwie o nazwie „Europa”, to przestaniemy mówić po polsku?
    A religia? Nie wypowiadam się, jestem tylko strasznie zdziwiony, że w XXI wieku ktoś może jeszcze myśleć o Sile Sprawczej, że w swojej wierze wyłącza rozum. Zupełnie, jakbym czytał „Faraona”.

    • Logos Amicus Says:

      – Nie Torlinie, Stany Zjednoczone nie są państwem identycznie podzielonym jak Polska. Są oczywiście podzielone, ale inaczej (długo by pisać jak).
      – Nie jestem człowiekiem związanym ze stroną narodowo-kościelną, ale stram się dostrzegać jej racje i nie odrzucam wszystkich ich argumentów.
      – Jestem mężczyzną, który się urodził w XX wieku, ale żyje w wieku XXI i jego sprawami. Poza tym: od ponad dwudziestu lat mieszkam poza Polską i raczej nie w zaścianku ani tym bardziej w kruchcie.
      – Nie sądzę, że patriotyzm polegać powinien tylko na „dopingu sportowym”.
      – A dlaczego masz się wstydzić tego, co kryje się pod czaszkami innych? Jeśli już, to można się wstydzić tego, co jest pod czaszką naszą.
      – Jesteś zadeklarowanym ateistą, ja agnostykiem uznającym ważność religii w kształtowaniu ludzkiej cywilizacji, więc siłą rzeczy nasze opinie o religii będą się różnić.
      – Ludzie religijni, wierzący w Przyczyną Sprawczą to nie tylko półgłówki, głupcy i zacofańcy, jak insynuujesz. Wśród nich są także ludzie wybitnie inteligentni (tak jest, chociaż nie może Ci się to pomieścić w głowie).
      – Sam przyznajesz, że “właśnie dzięki owym wstydliwym obecnie wartościom mogliśmy przetrwać jako naród, ocalić swój język”. Choćby dlatego warto jest je szanować a nie wyszydzać i kompromitować. A że było to w XX wieku, w wieku katastrof? To dobrze, że jak na razie oszczędza się nam większych katastrof w wieku XXI.
      – Tej tradycji martyrologiczno-straceńczej też nie lubię i daleko mi do jej kultywowania
      – Nie śpiewam “Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”? (A to jest – jak piszesz – Twój największy wobec mnie zarzut). Polska jest teraz wolnym i niepodległym krajem – no, może tylko zależnym od manipulujących nią polityków, mediów i pieniądza (ale to jest przecież chleb powszedni we wszystkich demokracjach).
      – Nie myślę szablonami XX wiecznymi
      – Okazuje się, że to Ty myślisz schematami, pakując mnie do obozu „narodowo-kościelnego”. (Widocznie w naszym kraju nie można już rozmawiać bez szufladkowania ludzi.)
      – Widzę, że nie zrozumiałeś tego, co chciałem powiedzieć w swoim tekście i poszedłeś najłatwiejszą drogą na skróty: posądzając mnie o przynależność do jakiegoś tam obozu i przyjęcie jego perspektywy – a nawet skrajnej pozycji. Nic bardziej błędnego. Nie identyfikuję się z żadną opcją polityczną, a tym bardziej z narodowościową.

  2. Luiza Says:

    Film – układanka. Niesamowity. Niezwykle precyzyjnie skonstruowany. W ogóle nie ma zbędnych fragmentów, Każdy kadr jest istotny. Wiele razy byłam zaskakiwana fabułą. „Obława” to opowieść, która nie jest jednoznaczna.

    • Nick Says:

      A ja mam nieco inne zdanie. Owszem, nie jest to zły film, zrobiony z autentycznej potrzeby zrobienia takiego polskiego, wojennego westernu. Jednak… Dlaczego Krzyształowicz stawia na ten cały cierpiętniczy, pokutujący ton? Te zimne barwy, wszyscy chodzą z zaciętymi minami, jakby mieli rzepy w majtkach. Młody Stuhr grający z jakąś kretyńską zupełnie manierą. Do kogo on chce się upodobnić? Do cesarza Leopolda z „Bitwy pod Wiedniem?” No i naturalnie dwie panie. Obie chodzące definicje boleści plus to kiczowate kadrowanie. Panie w centrum kadru jak cokół – zastygnięte w jakieś cierpiętniczej pozie a za nimi w głębi kadru panowie. Nikt dziś nie robi w ten sposób nowoczesnego kina a Krzyształowicz ma upodobanie do tandety fabularnej i ją lansuje. I ten tekst „Byłem gotów na śmierć, bylebyś tylko na mnie spojrzała” Kur…a, to jest jakaś neotelenowela czy film fabularny? Jak można tworzyć takie bezpardonowe, pretensjonalne teksty?

      • Logos Amicus Says:

        Trochę za dużo w tym komentarzu złośliwości. Moim zdaniem film Krzyształowicza na to nie zasługuje. Na pewno nie jest obrazem tandetnym, a aktorzy – szczególnie mężczyźni, bo kobiety rzeczywiście za dużo tam do grania nie miały – wypadli w swych rolach bardzo dobrze, zwłaszcza Stuhr i Dorociński.
        Że zimne barwy? Taka jest tonacja filmu, którą wybrali reżyser i operatorzy. Zresztą, nie uważam aby ton tego filmu był jakoś szczególnie cierpiętniczy i pokutny, choć rzeczywiście radosne to wszystko nie jest (ale takie to były czasy – i taki temat).

  3. maria Says:

    A może poszukajmy pozytywnych stron zmian, które dzieją się na naszych oczach. Upadek tradycji ? Tak, ale co w zamian? Nowe pokolenie, które nie ma zamiaru staczać wojen. Pokolenie podróżujących Polaków, dla których obcokrajowiec to nie ten obcy, którego należy się bać, tylko towarzysz, z którym się rozmawia.
    Może współczesna forma patriotyzmu to np. dbania o ekologię, tworzące się społeczeństwa obywatelskie, dbające o własne osiedla, miasteczka.
    Upadek rodziny, niestety tak, ale za to wzrastająca świadomość kobiet, wg. mnie bezcenna. Może te świadome kobiety sprawią, że rodziny nie będą tradycyjne, ale wniosą inną wartość.

    Wierzę w tzw mądrą ewolucję, tzn. że zmiany ostatecznie idą w dobrym kierunku.
    Oczywiście to nie jest łatwa i prosta droga, ale im dalej tym musi być trudniej, innej drogi nie ma, musimy iść do przodu.

    Co do ‚Obławy’, może to swoisty znak czasu? Może już czas zamknąć ten etap historii, wziąć to co było ważne z przeszłości, ale nie tylko mity, tylko twardą prawdę i iść z tą świadomością dalej?
    W dzieciństwie, młodości obejrzałam wiele wojennych filmów polskich, radzieckich (innych w TVP nie było). Był taki jeden film: ‚Tak tu cicho o zmierzchu’, jako dziecko zapamiętałam ogromną tragedię grupy radzieckch żołnierek, które po kolei umierały w tragicznych okolicznościach. I ten film był dla mnie obrazem wojny, wojny, która oznacza po prostu śmierć człowieka.
    W większości filmy te były oczywiście z jedynym słusznym przekazem, ale generalnie już wtedy miałam i mam teraz tego tematu serdecznie dość.
    Teraz jestem dorosła i wiem, że życie ma wiele stron i odcieni. Nie jestem zdziwiona, że taki film jak ‚Obława’ powstał. Swoją drogą może to już jest ostatni polski wojenny film. Cóż można jeszcze pokazać na ten temat ?
    Temat wyczerpany ?
    I niech tak będzie. Jeżeli tak, to jesteśmy świadkami wielkiego wydarzenia :)

    • Logos Amicus Says:

      Dziękuję Ci za ten komentarz. Wprowadza w tę naszą dyskusję… pewną trzeźwość, rozsądek, no i optymizm, który zawsze jest potrzebny, zwłaszcza w momentach kiedy tracimy trochę cierpliwość i zaczynają nas przytłaczać pewne ciężary, albo robi się za ciemno.

      Ja również wierzę w tzw. dobrą ewolucję – choć z drugiej strony widzę, jak kruche bywają w pewnych sytuacjach wartości, których żeśmy się dorobili w naszym postępie cywilizacyjnym. Niestety, zbyt łatwo czasami wszystko diabli biorą – np. wskutek wojny.

      Łamanie mitów może mieć swoją pozytywna wartość (dobrze jest czasami przewietrzyć umysł, zejść z utartych szlaków myślenia, spojrzeć z innej strony), ale jeśli zostawia to za sobą pustkę – to nie jest dobrze.
      Zresztą, człowiekowi trudno się bez mitów obejść – pełnią one dość ważną funkcję kulturotwórczą.

      Na pewno „Obława” nie jest ostatnim polskim filmem wojennym. Z tego co wiem, gotowy jest już np. film o Westerplatte – też ponoć dokonujący rewizji bohaterskiego mitu obrońców Westerplatte.

      Nie mam nic przeciwko powstawaniu filmów o wojnie. Zresztą wojna (a ogólnie: agresja, przemoc) zawsze leżały w kręgu moich zainteresowań – i to nie tylko widzianych przez pryzmat kina.

  4. Miriam Says:

    Piotr Zaremba o „Obławie” w „Uważam Rze”:

    Ten film to wzorcowy przykład, jak można i może nawet trzeba pokazywać dziś wojnę. Bez upiększeń rodem z takich sympatycznych produkcji jak „Czas honoru”. Wojna u Krzyształowicza demoralizuje i zatruwa dusze ludzi, także „naszych”. A jednak nie mamy wątpliwości, kto jest sprawcą nieszczęść. Partyzanci bywają okrutni, ale „mają rację”.

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście, że nie mamy wątpliwości, kto jest sprawcą nieszczęść i kto ma rację. Ale to wynika raczej z naszej wiedzy historycznej, a nie ze sposobu w jaki film pokazuje tamten czas.

  5. Marcus Says:

    Ciekawą recenzję „Obławy” napisał Łukasz Adamski.
    Fragment:

    „Obława” jest filmem unikatowym. Po pierwsze mamy do czynienia z zupełnie innym pokazaniem żołnierzy AK, którzy obrazują w pewnym stopniu wspomnienia Stefana Dąbskiego zawarte w „Egzekutorze”. Nie są to posągowi, zawsze rycerscy młodzieńcy o twarzach aktorów z „Czasu honoru” ( z całą sympatią dla tego serialu), ale zmęczeni, brudni i ocierający się o typowe dla wojennych warunków życia zdemoralizowanie zwykli ludzie, którzy są rzuceni w bestialskie czasy. Każdy z nich ma tajemnice i grzechy. Każde z nich ma własne porachunki z Panem Bogiem i sobą samym. Każdy z nich przejawia „normalność” tylko w przyziemnych (?) gestach. Kapral (jakże inny niż w „Róży” jest Dorociński!) jedząc watę cukrową ogląda się za matką z dzieckiem, inny żołnierz chowa pod kurtką myszkę. Porucznik chce uchować od śmierci sanitariuszkę (coraz lepsza Rosati) oddalając ją do domu. Jednocześnie ci sami ludzie są gotowi brutalnie torturować więźnia czy obcinać głowy martwym wrogom. Goyowskie demony wojny są widoczne tutaj, a nie w komiksowym filmie Pasikowskiego. Krzyształowicz unika jakichkolwiek jednoznaczności nawet przedstawiając wyjątkową kanalię moralną i kolaboranta nazistów (fenomenalny Stuhr) i zdrajczyni, która wydaje cały oddział AK. Reżyser nie rozgrzesza i nie prawi taniego moralizatorstwa. On tylko pokazuje, że człowieczeństwo tkwi w każdej osobie. Szczególnie w tych, którzy są postawieni pod ścianą.

    http://wpolityce.pl/dzienniki/dziennik-lukasza-adamskiego/38850-wnaspl-wojna-bez-makijazu-ten-film-jest-nawet-lepszy-niz-roza-i-po-raz-kolejny-dowodzi-ze-potrafimy-opowiadac-o-wojnie

    Pozdrawiam,
    M.

    • Logos Amicus Says:

      Dobra recenzja. Zgadzam się z opinią Łukasza Adamskiego niemal w zupełności. Może odwołania do „Rashomona” Kurosawy są trochę na wyrost, ale „Obława” to bez wątpienia jeden z najlepszych polskich filmów roku.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s