ROZSTANIE – SKROMNE ARCYDZIEŁO Z IRANU

*

Asghar Farhadi napisał genialny scenariusz. Następnie nakręcił film, który nie wahałbym się nazwać arcydziełem. Nie wiem, może jest w tym spora doza autosugestii (sugestii?), nastawienia i pewnej porywczości implikującej przesadę, ale „Rozstanie” jest filmem, który mnie totalnie zachwycił – rozbroił krytycznie, znokautował intelektualnie, zmiażdżył emocjonalnie… (Przy czym określenia: rozbroił, znokautował, zmiażdżył – należy odebrać tu jako przynależne do kategorii najwyższych superlatyw.)

*

Małżeństwo na rozdrożu - kiedy separacja zamienia się w katastrofę? (Leila Hatami i Peyman Haadi w "Rozstaniu")

Muszę podkreślić, że wcale się owej egzaltacji nie wstydzę, bo film Farhadiego to jest pierwszy od wielu, wielu lat obraz, w którym nie mogę (a może nawet wcale nie chcę) doszukać się żadnej skazy – jego egzekucja jest dla mnie doskonała, w stu procentach satysfakcjonująca.
I na dodatek jest to film zrealizowany bardzo prostymi środkami, zajmujący się zwykłymi ludźmi, ukazujący prozaiczne (choć nie pozbawione tragicznego rysu – jak to jest chyba w życiu każdego człowieka) sytuacje i perypetie; bez technicznych fajerwerków, „artystycznych” pretensji, żadnych snobistycznych ciągot, bez wielkiej filozofii, zagmatwanej psychologii i karkołomnej intelektualizacji… Z zaskoczeniem konstatuję, że są to wszystko atrybuty filmu „małego”. Ale z tej „małości” – paradoksalnie – wyrasta właśnie jeszcze wyraźniej jego wielkość.

MAŁY WIELKI FILM

Zastanawiam się teraz, dlaczego ten „mały” i „skromny” film wydaje mi się tak znakomity i wybitny. (Bo przecież nie wynika to z jego „małości” i „skromności”, które to cechy zwykle sprawiają, że coś pozostaje w cieniu, w tle albo w tyle.) Innymi słowy: na czym polega owa (zaanonsowana już na samym początku) genialność scenariusza, tudzież (też już prze mnie podkreślona) świetność jego reżyserskiej egzekucji?
Oczywiście: scenariusz ten jest napisany nad wyraz precyzyjnie. Ale to jeszcze nie wyjaśnia, dlaczego jest on tak efektywny w ukazaniu tego, co było zamiarem autora. Moim zdaniem kluczem do zrozumienia jest tu… zrównoważenie – doskonale zachowany balans w ukazywaniu racji postępowania poszczególnych bohaterów; następnie – po aptekarsku i szalenie konsekwentnie dozowana dramaturgia; i wreszcie – niezwykła psychologiczna kompetencja i trafność emocjonalna, która jednocześnie nie eliminuje możliwości racjonalnej (może nawet intelektualnie zaawansowanej) eksplikacji zachowania bohaterów.
To prawda, że konstrukcja scenariusza Farhadiego jest bardzo złożona (choć przy tym misterna i nie pozbawiona finezji – przy całej swej fantastycznej pomysłowości), ale ta złożoność po prostu nie rzuca się w oczy i nie niweluje poczucia płynności, a nawet pewnej lekkości koniecznej do tego, byśmy dotrzymali kroku narracji, rezonowali uczuciowo, wybrzmiewali się emocjonalnie i nie gubili w czymś, co przy cięższym pisaniu odbiera się zwykle jako komplikację, (a tutaj jest niczym innym jak wzbogacającym i pogłębiającym całość niuansem).

Asghar Farhadi

To od strony formalnej. A jeśli chodzi o merytoryczność, (którą jest tu dla mnie przedstawienie duchowej materii sprawy „ludzkiej”)? Cóż, ten „wkład” humanistyczny – będący nota bene treścią każdego dobrze skrojonego i zszytego dramatu – został przez tę doskonałą formę bez zarzutu zaadoptowany. Farhadi podchodzi do swoich bohaterów bardzo „demokratycznie” (mimo – a może właśnie dlatego? – że sam przecież pochodzi z na wskroś teokratycznego i rządzonego autorytarnie kraju). Wszystkich traktuje z odpowiednią uwagą, nie opowiada się po stronie żadnego z nich, nie osądza ich i nie ocenia, nie moralizuje i nie diagnozuje. Wydawać by się mogło, że jest wręcz neutralny, ale jest to jednak złudzenie. Farhadi w stosunku do swoich postaci nie jest neutralny, ani nawet tolerancyjny (co jak wiemy często skrywa zwykłą obojętność). Nie, on traktuje stworzonych przez siebie ludzi tak, jakby byli z jego krwi i jego kości – z pełnym nerwem, z wyczuciem, zrozumieniem i empatią. To przecież jego dzieci (choć na filmowym planie wystąpiła tylko jedna „rodzona” córka Farhadiego, Sarina Farhadi  – grając 11-letnią dziewczynkę, która, jak się wydaje, stanowiła dla całego filmu coś w rodzaju moralnej osi).

DRZWI, KTÓRE NIE OTWIERAJĄ SIĘ NA OŚCIEŻ

O jakim z aspektów „Rozstania” bym nie pomyślał, zawsze uderzy mnie doskonałość, z jaką opanował go Farhadi.
Weźmy choćby pod uwagę to, w jakiej przestrzeni umieszcza on swoich bohaterów.

Farhadi jako rasowy człowiek teatru (w szkole filmowej studiował na wydziale dramaturgicznym, napisał kilka sztuk teatralnych… ) ma doskonałe wyczucie sceny – czyli miejsca jakie zajmuje dana postać, jak również relacji wynikających ze wzajemnego stosunku ludzi do tego miejsca – i do samych siebie. W „Separacji” (tytuł angielski zdecydowanie lepiej oddaje charakter filmu) tę przestrzeń budują ściany, okna, drzwi, korytarze… wszystko, co ludzi (w środowisku urbanistycznym) dzieli w sposób niejako oczywisty, (czy wręcz już „naturalny”), jest w filmie Farhadiego jednocześnie tym, co dzieli ich w sposób bardziej metaforyczny i symboliczny – w przestrzeni mentalnej i duchowej. Wszyscy bohaterowie Farhadiego są więc wobec siebie w „separacji”: żona jest „oddzielona” od męża, córka od ojca, dziecko od starca, mężczyzna od kobiety, sędzia od oskarżonego, klasa wyższa od klasy niższej, człowiek bogatszy od biedniejszego… Przy czym, każdy z każdym jest w pewnej relacji (do czego zmusza ich samo życie). I wszyscy próbują jakoś radzić sobie z tą separacją, zwłaszcza wtedy, kiedy zderza ich ze sobą „los” –  kiedy muszą się liczyć z okolicznościami od nich niezależnymi (jak np. rzeczywistość społeczno-polityczna kraju, w którym żyją). Jest to swego rodzaju labirynt, w którym ludzie usiłują się – z różnym skutkiem – znaleźć i (mimo wszystko) do siebie zbliżyć. Choć doprawdy nie jest to łatwe. Także dla nas: widzów. Być może właśnie dlatego kamera w filmie Farhadiego jest tak niestabilna, na linii wzroku między nami a postaciami widnieje często jakaś (rozmyta i nieostra) przeszkoda. Zwykle jednak jest to mur, ściana albo szyba, ale też i drzwi – które wszak częściej są tu przeszkodą, niż drogą prowadzącą do drugiego człowieka.
W tym kontekście niezwykle ważna (i moim zdaniem bardzo skuteczna) staje się inscenizacja (lokalizacja) ostatniej sceny filmu – w swej prostocie genialna, potęgująca tylko niesłychane napięcie u widza, którego na dodatek „obciąża” się tym sposobem koniecznością wyboru zakończenia i konkluzji.

Jak pokonać bariery, które nas dzielą?

PRAWDA, KŁAMSTWO I GRANICE

„Rozstanie” Farhadiego odnosi się do najważniejszych aspektów życia każdego człowieka, ukazując je przy tym uniwersalnie.   Zapewne dlatego film ten jest tak intensywnie odbierany na całym świecie – rozumieją go i „czują” widzowie osadzeni w różnych rzeczywistościach społeczno-politycznych, żyjących w tak wydawałoby się odmiennych środowiskach, jakie stanowią choćby zachodnia „demokracja” i islamski fundamentalizm. Może właśnie dlatego, że człowiek zawsze jest (pozostaje) taki sam, a zmienne są tylko okoliczności i systemy – czyli warunki, do których ten człowiek musi się w jakiś sposób dostosować?
Konstatacja z pozoru banalna, ale być może jednak zaskakująca dla obywatela  „cywilizowanego” Zachodu, odczuwającego (często nieuświadomioną) wyższość nad człowiekiem pochodzącym z Azji, czy Afryki. Co oczywiście jest odruchem par excellence rasistowskim – i wynikającym m.in. z odwiecznego, historycznego poczucia supremacji rasy „białej” nad rasami „kolorowymi”.
Nie bez powodu Farhadi, przyjmując niedawno amerykańską nagrodę Złotego Globu za „Rozstanie”, zamiast rozbudowanej oracji dziękczynnej, podkreślił tylko: „Chcę powiedzieć, że przychodzę od ludzi, którzy kochają pokój” – co jest oczywistym zaprzeczeniem stereotypu, jaki w amerykańskim (i nie tylko amerykańskim) społeczeństwie zaszczepia ostatnio anty-irańska propaganda mediów, idąca ręka w rękę z interesem służb specjalnych (CIA, Mossad?), które najprawdopodobniej stały za ostatnimi zabójstwami irańskich naukowców, zajmujących się fizyką jądrową (co jest wg mnie ewidentną zbrodnią – na arenie międzynarodowej niestety przemilczaną).

Jednak ostatnią rzeczą na jakiej zależało by Farhadiemu, jest „upolitycznianie” jego filmu.
Na czym więc zależało mu najbardziej?
Myślę, że na ukazaniu moralnych dylematów człowieka, który w każdej ważniejszej chwili swojego życia, zmuszony jest do dokonywania wyborów, co wiąże się z koniecznością kompromisu – zarówno wobec wyznawanego (obranego, narzuconego – prawnie, obyczajowo lub religijnie) systemu etycznego, jak i rzeczywistości polityczno-społecznej. Stąd kluczowa rola prawdy i kłamstwa w opowieści Farhadiego. A więc prawda – jako coś, co jest głęboko przed każdym człowiekiem skryte, co jeden człowiek zasłania przed drugim człowiekiem (więc może dlatego zastępuje ją „prawdą” własną? – co może wynikać zarówno z chęci manipulacji, uzyskania własnej korzyści, ale i bezradności).
Czy jednak ta „prawda własna” zawsze jest kłamstwem? I czy konieczność kompromisu z jakimkolwiek systemem etycznym nie jest przyznaniem się do tego, że coś, co nazywamy moralnością, jest – i musi być – względne? I że tym, co może ów relatywizm znieść, jest tylko… no właśnie… jakiś rodzaj fundamentalizmu (najczęściej religijnego)?

Irańskie kraty - symboliczne i rzeczywiste

Nawet jeśli podobne wnioski można wyciągnąć oglądając „Rozstanie”, to bynajmniej nie dlatego, że tak nam to podpowiada Farhadi, ale… że taką logikę wymusza na ludziach samo życie – czyli specyfika egzystencji, jaką Homo sapiens prowadzi na planecie Ziemia, usiłując przystosować się do uwarunkowań, które go niestety przerastają (choćby poprzez nierozwiązywalną konfliktowość antynomii, jaką stanowi tworzona przez ludzi Kultura przeciwstawiona przyrodzonej człowiekowi Naturze).
Sam Farhadi obsesyjnie wręcz powstrzymuje się przed jakimkolwiek sądem, przed zajmowaniem jasno określonego stanowiska, przed dokonywaniem jednoznacznego wyboru… Mam wrażenie, że powstrzymuje się nawet przed sugestią. I to bynajmniej nie ze strachu, czy z wygodnictwa.

Z tą „obsesją” Farhadiego to jednak nie przesada, skoro świadomie i z premedytacją wyeliminował on ze swego filmu niemal zupełnie muzykę, bo – jak sam to określił – muzyka zawsze wprowadza do sceny pewien „reżyserski osąd” („Music contains a director’s emotional judgment of the scene and that, I always try to avoid.”) To powoduje, że oglądając film Farhadiego, może nas uderzyć pewien paradoks – bo z jednej strony reżyser wydaje się totalnie panować nad obrazem (jego strukturą, treścią, narracją, sekwencjami…), a z drugiej pozostawia on jak gdyby wszystko otwarte. A działa ten paradoks niezwykle skutecznie: zupełna kontrola (doskonałe opanowanie) filmowej materii powoduje, że widz z niezwykłą intensywnością może odbierać dosłownie każdy kadr i moment filmu (to jest ten rodzaj niemal magicznego działania kina, którego czasami doświadczam – zdarza mi się tak kiedy oglądam np. filmy A. G. Iñárritu). Natomiast pozostawienie widzowi otwartej furtki, jeśli chodzi o interpretację, nie powoduje u niego żadnej konsternacji, a wręcz przeciwnie: pewną (podskórną?) wdzięczność i satysfakcję, że oto traktuje się go poważnie i szanuje jego wybór. (Tak było przynajmniej w moim przypadku.) Niewątpliwie jest to jeden z koronnych powodów, dla których widzowie są Farhadim – a konkretnie jego filmem – zachwyceni.

IRAŃSKA CZYSTKA

Sytuacja jest co najmniej dziwna: oto Iran przedstawia się ostatnio amerykańskiemu społeczeństwu jako największe obecnie zagrożenie Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie produkt irańskiej kultury wydaje się szturmem zdobywać serca i umysły amerykańskich widzów, (oczywiście tym, którym udało się film obejrzeć – a to nie jest bynajmniej takie proste) w tym również artystów i innych ludzi kina (i to mi się akurat w Hollywood podoba – to pójście pod włos intencjom amerykańskiej administracji).
Ale jest jeszcze jedna osobliwość: w Iranie, w ostatnich miesiącach, państwo zmiotło dosłownie niemal całe środowisko filmowe. Tak znani i poważani na świecie reżyserzy, jak Abbas Kiarostami czy Jafar Panahi (również Mohammad Rasoulof, o którego filmie „Bé Omid é Dida” pisałem TUTAJ), otrzymali wieloletnie wyroki więzienia, zlikwidowano Dom Kina – główną organizację skupiającą twórców kina), a Asghar Farhadi jeździ sobie po całym świecie, przyjmuje wszelkie honory i oznaki uwielbienia, ściska rękę Angelinie Jolie (za co spotkał się z reprymendą w swoim ultra-religijnym kraju, bo przecież coś takiego nie przystoi żonatemu mężczyźnie – dlatego Madonnie się już tylko ukłonił), odbiera złote trofea (oprócz Złotego Globu – Złotego Niedźwiedzia, czyli główną nagrodę, jaką dostał za „Rozstanie” na ostatnim Festiwalu w Berlinie), i być może zjawi się na najbliższej uroczystości rozdania Oskarów, gdzie najprawdopodobniej odbierze statuetkę za najlepszy film nieanglojęzyczny (film Agnieszki Holland miał jednak pecha, że trafił na „Rozstanie”), a może nawet także i za scenariusz…

I bardzo dobrze, że Farhadi może być z nami.
Wydaje się bowiem, że jest to możliwe tylko dzięki wielkiej powściągliwości reżysera jeśli chodzi o krytykę irańskiej rzeczywistości: niemal zupełnie powstrzymuje się on w swoich wypowiedziach od komentowania polityki irańskiego rządu i sytuacji w kraju. Jest to niewątpliwie bolesna dla niego cena, jaką musi płacić za swobodę prezentacji swojej twórczości i dotarcia ze swoim przesłaniem – i swoją sztuką – do szerszej, światowej publiczności.
A co jest tym przesłaniem?
Jest ono w sumie bardzo proste: traktować Irańczyków jak ludzi, bo w gruncie rzeczy są oni – ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami – tacy sami jak my. A jako że sam jest wielkim artystą, którego głos można usłyszeć w różnych zakątkach naszego globu, to tym większą to przesłanie może mieć moc.

*  *  *

Życie to mgła i labirynt, w którym błądzimy - dzielą nas zasłony utkane z kłamstw i nieporozumień (Leila Hatami w "Rozstaniu")

*

PS. Międzynarodową karierę i filmy Asghara Farhadiego śledzę już od kilku lat, a konkretnie od 2006 roku, kiedy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago obejrzałem jego świetny „Perski Nowy Rok” („Chaharshanbe-soori”/„Fireworks Wednesday”) – film, który wówczas zdobył główną nagrodę Golden Hugo. Później był dramat społeczny „Co wiesz o Elly?”  („Darbareye Elly„) – o którym pisałem TUTAJ (był to zresztą pierwszy wpis na moim blogu). Farhadi powinien być też znany polskim kinomanom, choćby dzięki temu, że jego film „Piękne miasto”  („Shahr-e ziba„/„Beautiful City”) zdobył Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Warszawie w 2004 roku.

Advertisements

Odpowiedzi: 37 to “ROZSTANIE – SKROMNE ARCYDZIEŁO Z IRANU”

  1. mmadalena79 Says:

    Logosie, sama sobie „zgotowałam” ciężki weekend i ciężki wybór, bo w ciągu dwóch dni obejrzałam Biutiful i Rozstanie i choć nie było to doświadczenie lekkie i przyjemne, to ciężko będzie powtórzyć takie wrażenia filmowe w najbliższym czasie. Aż się dziwię, że tyle udało Ci się o Rozstaniu napisać, bo mnie pozostawiło z tyloma myślami, że jeszcze ich „nie przetrawiłam”. Muszę powiedzieć, że to film doskonały i dawno, dawno, nie widziałam nic, co wywarłoby na mnie takie wrażenie. I masz rację, choć to film skromny w pewnym sensie, to w tym jego siła, gra na emocjach i uderza człowieka w łeb pełną siłą, poza tym tak wciąga, że nieświadomie zaciskamy pięści i nie możemy się oderwać.

    • Logos Amicus Says:

      „Biutiful” i „Rozstanie” obejrzane w ciągu dwóch dni. No, to się nazywa koncentracja wrażeń! ;)
      Jeszcze tego by brakowało, byś trzeciego dnia obejrzała jakiś film Hanekego :)

      PS. Może po „przetrawieniu” tych myśli, z którymi pozostawiło Cię „Rozstanie”, podzielisz się nimi? Np. w postaci recenzji na swoim blogu lub komentarza tutaj? Ciekaw ich jestem.

  2. Ewa Says:

    Piękna nacja ci Persowie. Piękna ciałem, duchem, historią.
    Na tym pięknie, kładzie się miażdżącym cieniem kolejna satrapia. I kolejna zewnętrzna opresja.
    A jednak udaje im się ocalić co najważniejsze – delikatność, wyważenie i mądrość życiową.

    • Logos Amicus Says:

      Piękni – nie piękni… Ot, zupełnie podobni do nas.
      Ale żyjący w absolutnie nie pięknym ustroju – wielu z nich cierpi przytłoczonych Systemem.
      To, co my jednak uznajemy już za wartości niezbywalne i oczywiste (wolność słowa i wyznania, swoboda poruszania się… ) – jest dla nich ciągle nieosiągalne w ich własnym kraju.

  3. Peckinpah Says:

    Do irańskiego kina miesza się chyba często cenzura, więc irańscy twórcy muszą być ostrożni w pokazywaniu swojego kraju (nie mówiąc już o krytyce rządu). Ta wielka powściągliwość reżysera wynika pewnie z tych koniecznych ograniczeń, jakich muszą się trzymać wszyscy reżyserzy, tworzący filmy w Iranie. Agnieszka Holland miała więcej swobody twórczej, dlatego jej film jest chyba bardziej brutalny i dosłowny. Ale to przypuszczenie, bo nie oglądałem jeszcze ani „W ciemności” ani „Rozstania”. Na razie trzymam kciuki za Agnieszkę Holland, aby dostała Oscara, ale jeśli „Rozstanie” jest faktycznie lepsze to niech lepiej wygra, albo chociaż dostanie statuetkę za scenariusz :)

    • Logos Amicus Says:

      „Miesza się” to nie jest chyba odpowiednie słowo. Każdy scenariusz musi być w Iranie zatwierdzony przez odpowiedni urząd.
      Agnieszka Holland (podobnie jak wszyscy reżyserzy na Zachodzie) nie muszą się ze swoimi scenariuszami udawać do żadnych państwowych cenzorów – trudno w ogóle porównywać ze sobą warunki w jakich tworzą filmowcy na Zachodzie z tymi jakie panują w rządzonym tak autorytarnie kraju, jak Iran. Tam twórcy ryzykują nie tylko wolnością, ale i życiem. Może powtórzę to, co napisałem w tekście o „Rozstaniu”:
      „… w Iranie, w ostatnich miesiącach, państwo zmiotło dosłownie niemal całe środowisko filmowe. Tak znani i poważani na świecie reżyserzy, jak Abbas Kiarostami, Mohammad Rasoulof czy Jafar Panahi otrzymali wieloletnie wyroki więzienia, zlikwidowano Dom Kina – główną organizację skupiającą twórców kina)…”
      Wg mnie, to nic innego, jak państwowy terror.

      „Rozstanie” i „W ciemności” – te filmy są bardzo różne. Oczywiście cieszyłby mnie Oscar dla Agnieszki Holland, ale chyba jeszcze bardziej dla Farhadiego (bo wiem, że w obecnej sytuacji, ten Oscar miałby chyba wielkie znaczenie poza filmowe… choć przecież zdaję sobie sprawę, że jeśli ci szaleńcy – i cynicy – w Izraelu naprawdę gotują wojnę z Iranem, to raczej ta statuetka ich przed tym nie powstrzyma).

      • qui Says:

        Ostatnie zdanie – bolesnie prawdziwe… niestety, to sie juz dzieje np. w Syrii… bylem w obu krajach swego czasu… i smialo moge stwierdzic, ze ludzie tacy jak u nas… a sytuacja przypomina PRL z lat 80-tych. Choc nad nimi wisi duzo wiekszy konflikt… (no powiedzmy, ze nad nami tez wisial – vide Plk Kuklinski)… tak, ze ciesze sie, ze film „Rozstanie” dostal Oskara… na pewno opinia publiczna bedzie bardziej obiektywna i wyczulona…

        Sam film przypomina mi egipski obraz „Przyjezdza orkiestra”… (chyba taki byl tytul) w podobnym klimacie prozy zycia i banalnosci tematu, braku albo minimalizmu muzyki… jakis psychologizm sytuacji… troche dlugie oddechy i czas na zastanowienie, i powiewajacy gdzies wiatr… dlugie ujecia, zupelnie inne niz krotkie kadry i pelne wartkiej akcji wspolczesne filmy z Zachodu… Temat rzecz jasna powszechnie/globalnie interesujacy… zwlaszcza w kontekscie prawa szariatu jakze inaczej oddany niz w takiej Mrs. Doubtfire…

        • Logos Amicus Says:

          Pisząc o szaleńcach i cynikach gotujących wojnę z Iranem, nie wspomniałem o… politycznych manipulatorach i handlarzach, czyli o tych, którzy podsycają to zagrożenie tylko po to, by umocnić swoje wpływy w tej strefie i zarobić więcej pieniędzy (pod tą presją podpisuje się coraz to nowe kontrakty zbrojeniowe, w których niestety największy udział mają Amerykanie – w ten sposób postępuje militaryzacja Bliskiego Wschodu, czyniąc z tego rejony świata coraz groźniejszy punkt zapalny – tym groźniejszy, że znajdują się tam jedne z największych pól roponośnych na świcie).

          A propos kina: myślę, że z Twoim zainteresowaniem spotkałby się film „Pogorzelisko”, (o którym pisałem TUTAJ). Także i on przenosi nas na Bliski Wschód – choć stanowi pewnie kontrast z lekkością filmu, o którym wspominasz.

  4. czara Says:

    Przeczytałam tylko nagłówek, ale podpisuję się! (Nie nadążam za Tobą, musiałabym dokupić trochę czasu wolnego na czytanie Twoich notek :)

  5. Katon Najmłodszy Says:

    Sztukę Persów zacząłem poznawać we wczesnej młodości za sprawą lektury Ślepej sowy Hedajata. Oczarował mnie ten świat i stan ten trwa do dzisiaj. Po Twojej zachęcie nie mam wyboru – pora obejrzeć obraz.

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem, czy dużo z tej starożytnej Persji zachowało się w dzisiejszym Iranie (być może tyle ile starożytnej Grecji w Grecji dzisiaj, albo starożytnego Egiptu w Egipcie teraźniejszym? – czyli raczej niewiele), ale na pewno jest to kraj o wysoko rozwiniętej kulturze, kraj pełen mądrych i inteligentnych ludzi… co raczej trudno sobie wyobrazić wielu zapatrzonym w siebie i zadufanym obywatelom Zachodu.

      No tak, wyboru nie masz – ale też masz małe szane, że „Rozstanie” Cię zawiedzie.

  6. tamaryszek Says:

    O, tak, Agnieszka Holland ma pecha, że przyszło jej mierzyć się z „Rozstaniem”. Może zresztą nie tyle Agnieszka Holland, co wszyscy podekscytowani przeznaczeniem tegorocznej statuetki.

    Ja o tym filmie napisałam tylko krótką notkę w podsumowaniu NH, każdy kolejny tydzień oddalał mnie od tego, by filmowi przyjrzeć się tak uważnie, jak bym chciała. Rozpracować go to naprawdę nie lada sztuka. Z jednej strony – pamiętam już za mało, tam przecież żadna scena nie jest zbędna, a jeszcze ile wnosi ich układ! Z drugiej strony – zapamiętałam film Farhadiego bardzo dobrze, bardzo intensywnie. Rzadko się zdarzają filmy o takim natężeniu emocji. Przy czym nie są to emocje skrajne (jak w „Róży” czy „W ciemności”).
    Poza wszystkim innym (waga problemów: prawda-kłamstwo, wiara w kogoś-zwątpienie, tradycja-wolność od niej) ważne są dla mnie sceny. Perełki. Gdy w scenie pierwszej małżonkowie mówią do kamery (do sędziego, ale to my jesteśmy w tej roli), że chcą separacji, bo w pewnej istotnej kwestii nie mogą się dogadać.- to jest rewelacyjna charakterystyka ich postaw, wzajemnej relacji i samej kwestii. Wyrabiamy sobie jako takie, subiektywne, stanowisko. A potem kilkakrotnie je podważamy, bo raz wydaje się, że główny bohater ma rację, a raz, że jednak coś tu nie gra. I tak do końca, aż do genialnej sceny końcowej. która ma coś rozstrzygnąć, ale my pozostajemy już na zewnątrz, bez rozstrzygnięcia. Można by się godzinami spierać, jak brzmiało zeznanie córki.

    Właściwie nie wiem, dlaczego widziałam ten film tylko raz. Zasługuje, by do niego wracać.

    ps
    A ja znam tylko ten jeden tytuł Farhadiego. Ale w Polsce dużo mówiło się, no i można było obejrzeć właśnie „Co wiesz o Elly”.
    Podobno teraz reżyser zdecydował się tworzyć poza krajem, o ile się nie mylę – odchodząc od irańskich tematów. Ciekawe, czy to będzie mało przełożenie na efekt, na zmianę aury.

    • Logos Amicus Says:

      Nie ekscytują mnie zbytnio tegoroczne statuetki. Choć cieszyłbym się niewątpliwie z przyjemności i satysfakcji, jaką (zapewne) przyniosłaby ona np. Michelle Williams, Gary’emu Oldmanowi, Malickowi, czy Farhadiemu (temu ostatniemu za scenariusz albo za sam film). I niewątpliwie sprawiłby też Oscar satysfakcję Agnieszce Holland – ale bardziej w tym „ludzkim” jednak wymiarze, niż artystycznym (co nie znaczy, że wymiar artystyczny jest wymiarem „nieludzkim” ;) ). A i niewątpliwie mnie samemu byłoby przyjemnie, być może ze względu na coś w rodzaju lokalnego patriotyzmu i ojczyźnianej solidarności, która przecież się we mnie jakoś jeszcze tli ;)
      Przyznam, że cokolwiek tu jestem rozdarty w tym kibicowaniu – tak, że będę trzymał kciuki zarówno za „Rozstanie”, jak i za „W ciemności”. (Nieźle się urządziłem, co?… bo tak czy siak będzie to trzymanie kciuków skuteczne ;) – Oscara „prawie” na pewno dostanie jeden z tych filmów ;) )

      „Rozstanie” jest jednak ewenementem. Sama piszesz: „Rzadko się zdarzają filmy o takim natężeniu emocji. Przy czym nie są to emocje skrajne.” O jakim, oglądanym przez nas ostatnio filmie, można coś takiego z pełnym przekonaniem powiedzieć? To zresztą jeszcze jeden z paradoksów „Rozstania”: wielkie natężenie emocji, ale nie wpadające w skrajność, coś jakby ekstremum rozłożone na continuum bez punktów krytycznych.

      Myślę, że do „Rozstania” warto wracać. Z tego co się niedawno dowiedziałem, w Polsce ma się ten film ukazać na DVD za jakieś dwa tygodnie (a więc gdzieś w okolicach Oscarów). I dobrze, bo ten film, moim zdaniem, powinien zapisać się w historii kina, więc im więcej ludzi będzie miało do niego dostęp, to tym lepiej.

      Farhadi ma kręcić poza Iranem?
      Tak czy owak będę czekał na jego filmy (tak jak czekam np. na filmy Iñárritu czy Hanekego).

  7. babka filmowa Says:

    Uwielbiam kino irańskie, tę jego kontemplacyjność, ciszę, jakąś dostojność, szlachetność, skupienie i piękno, także obrazów, Staram się oglądać, nie powiem, że wszystko, co mi wpadnie w ręce czy przyniesie okazja, ale jak najwięcej, żałując, że moje rozdygotanie w doborze repertuaru, nie pozwala mi na większą koncentrację nad tę kinematografią.
    Zgadzam się, reżyser nie osądza żadnego z bohaterów, daje im i nam wybór, szanuje ich prawdy, nie ukazuje realiów politycznych z wiadomych względów, ale daje się wyczuć w jego „Rozstaniu” wielki żal, że ludzie marzą, a szczególnie kobiety, by opuścić ojczyznę, zostawić wszystko, włacznie z najbliższą ukochaną rodziną i wyjechać.
    Strasznie przykra jest sytuacji filmowców w Iranie. W ubiegłym roku ukazał się film dokumentalny „To nie jest film”, w rezyserii Jafara Panahiego (widziałam kiedyś jego wzruszający „Biały balonik”), który jest zapisem czasu oczekiwania na wyrok (kara pozbawienia wolności i zakaz przez wiele lat opuszczania kraju) w sprawie nakręcenia filmu „niepoprawnego” politycznie.
    A ja dosłownie kilka dni temu widziałam, ciekawostka, film Abbasa Kiarostamiego, nakrecony we Włoszech, z Juliette Binoche „Wierna kopia”. Zapiski z Toskanii”. Ciekawe gadane kino, toskańskich widoczków tam za dużo nie uświadczysz, ale za to znajdziesz obrazek kawałka prawdziwego smętnego życia pary w wieku średnim.

    Jeśli chodzi o twórczość Farhadiego, udało mi się poznać jego „Perski Nowy Rok” – świetny, obrazujący jak daleko zaszły przemiany w tradycyjnym irańskim stadle.

    Bardzo dobrze i chwała ci za to, że pisząc o „Rozstaniu” wspomnialeś o zabójstwie irańskiego naukowca przez amerykański czy izraelski wywiad. oczywiście, nie odbiło sie to zdarzenie wielkim echem na świecie, dlatego warto to przypominać, by cały świat nie dał się tak ogłupić amerykanom w sprawie irańskiego zagrozenia, jak parę lat temu stało się to w temacie Iraku.
    Jestem bardzo ciekawa, czy Akademia filmowa zdobędzie się na gest i nagrodzi Oskarem „Rozstanie”. :)

    • Logos Amicus Says:

      „…daje się wyczuć w jego „Rozstaniu” wielki żal, że ludzie marzą, a szczególnie kobiety, by opuścić ojczyznę, zostawić wszystko, włącznie z najbliższą ukochaną rodziną i wyjechać.”

      Właśnie! Niby Farhadi jest neutralny politycznie, ale ten motyw „Rozstania” jest bardzo znaczący. Możemy się bowiem domyśleć: jak źle musi się czuć ta kobieta we własnym kraju, żeby chcieć z niego uciec, stawiając na szali dobro swojej rodziny (dziecka, małżeństwa). Tutaj mogę wspomnieć o innym irańskim filmie („Pożegnanie”), który opowiada jednak o tym bez ogródek – ukazując represje, jakie spotykają kobietę, która właśnie za wszelka cenę chce wyjechać z Iranu. Tyle, że reżysera tego filmu, Mohammada Rasoulofa, wtrącono do więzienia, (które w końcu zamieniono mu łaskawie na areszt domowy).

      To niedawne zabójstwo irańskiego naukowca to nie jest odosobniony przypadek. Pamiętam jeszcze o jednym podobnym morderstwie (trzeba tu nazywać sprawy po imieniu), jakie miało miejsce w ubiegłym roku.
      Wspomniałem o CIA i o Mossadzie, ale chyba jednak Amerykanie nie mieli z tym nic (bezpośrednio) do czynienia. Zresztą administracja amerykańska odnosi się do wojennych zamiarów Izraela ze (słusznymi przecież) obawami. Mało tego: sprzeciwiają się temu nawet sami Żydzi (jak np. były szef Mossadu). Ja bym jednak przestrzegał obarczaniem całego narodu (czy to żydowskiego, czy amerykańskiego) winą za posunięcia określonej grupy ludzi, którzy w tej wojnie widzą swój interes. Tak, jak nie możemy przenosić na cały naród irański naszej niechęci do kretyńskich wyskoków jego przywódców (vide: prezydent Ahmadinejad mówiący o „zmieceniu Izraela z powierzchni Ziemi”), jak również – co przecież powinno być oczywiste – do Systemu, który tam panuje, czyli islamskiego autorytaryzmu.

      To nie jest tak, że tu w Stanach prowadzi się jakąś intensywną propagandę anty-irańską (chodzi mi nie tylko o media, ale i o samych polityków). Ostatnie napięcie związane z ewentualną blokadą zatoki Hormus i sankcjami dla Iranu jest bardziej napięciem politycznym, ale nie przenosiłbym tego na amerykańskie społeczeństwo – mówiąc, że wśród Amerykanów wzbudza to jakąś wrogość wobec Irańczyków. Chociaż, kiedy czytałem komentarze amerykańskich internautów dotyczące tego zamachu na irańskiego naukowca, to – co tu kryć – te wypowiedzi mnie nieco podłamały. Rzadko kto napisał wprost, że była to zbrodnia – mało kto zwrócił uwagę na prawdziwe znaczenie tego, co się stało (choćby na to, że jest to eskalacja zagrożenia, a nie jego redukcja). Za to nie brakowało podnieconych głosów, którym zaimponowało „bondowskie” przeprowadzenie akcji (przypomnę: jadący na motocyklu mężczyźni „przykleili” magnetyczą bombę do samochodu, w którym jechali Irańczycy – i to, o ile sobie dobrze przypominam, w samym centrum Teheranu).

  8. bizuterialucynaoslislok Says:

    Przyłączam się do zachwytów. W dzisiejszym czarno-białym świecie, takie potraktowanie postaci nie zdarza się często. To spotkanie Holland – Farhadi jest dla mnie tym bardziej interesujące, bo oglądając „Rozstanie”, gdzieś z tyłu głowy miałam estetykę „Kobiety samotnej”. Nie jestem wielką fanką kamery z ręki, ale tutaj obraz zarejestrowany w ten sposób jest dla mnie absolutnym faworytem w rywalizacji oskarowej ( choć nie wiem, czy startuje w tej kategorii ).

    • Logos Amicus Says:

      „Kobieta samotna” – zapomniany ale przecież nietuzinkowy film (sprzed 30 lat! – jak ten czas leci!)

      Wbrew pozorom, sporo można by chyba znaleźć punktów łączących Holland i Farhadiego. Choćby to wejście wgłąb człowieka i poszanowanie jego racji.
      Nota bene, Agnieszka Holland także wyraziła się o filmie „Rozstanie” per „arcydzieło”.

  9. babka filmowa Says:

    Cytat: „Ja bym jednak przestrzegał obarczaniem całego narodu (czy to żydowskiego, czy amerykańskiego) winą za posunięcia określonej grupy ludzi, którzy w tej wojnie widzą swój interes.”
    Nikt przecież nie obarcza winą całych narodów, a przynajmniej na początku działań pewnych grup interesów. Ale niestety, tak to już jest, że te grupy interesów, nie za duże, ale mocarne, mają wielki wpływ na życie, także na media, a te robią biednym głupim ludziom wodę z mózgu. Bo to jednak nie grupy interesów udają się na pola wojenne, (one sobie palą fajeczki w zaciszu swych gabinetów), a właśnie ci ludzie, którzy teoretycznie, odmawiając co wieczór paciorek, nie mieli nic przeciwko nikomu, nagle uwierzyli, że ich ojczyzna jest za dalekimi górami i morzami i pojechali jej bronić. Bo to takie dziwne, że wszelkie wojny wytaczane przez USA są w imię Boga, ojczyzny i pokoju.
    Myślę, że każdy rozsądny człowiek potrafi wyważyć propagandę sianą, zarówno przez Zachód jak i Bliski Wschód. Ograniczone zaufanie do polityków, krzykaczy, wszelkiej maści, to podstawa.
    No dobra, nie będziemy się tu za bardzo rozwodzić o polityce, ważne by być czujnym i nie dać sobie wmawiać przez polityków, kogo mamy lubić, kogo się bać. Już w okolicach lat 40-tych ub. wieku mieliśmy takiego jednego który dyktował dobrym Niemcom, kto jest brudny, a kto czysty i dali się przekonać, wywiązując się z oczyszczania bez zarzutu. A to co państwo prawa (no chyba, że brano pod uwagę prawo zbójeckie) zrobiło z Saddamem Husainem i Bin Ladenem jest co najmniej podejrzane.

    Nie widziałam „Pożegnania”, muszę nadrobić, to właśnie ten reżyser zrobił wraz z Panahim „To nie jest film”.

    Jeśli chodzi o Oskary, to już dawno przestała mnie ta impreza fascynować. Bardziej ciekawy pod względem wydarzeń filmowych jest Berlin. Oglądam skrót z imprezy, z wielką ciekawością także kreacje gwiazd. Chociaż raz w roku wychodzi ze mnie prawdziwa baba. :)
    Kibicuję Agnieszce Holland, choć bardziej wolałam jej wcześniejsze filmy. Niestety, jeszcze nie widziałam „W ciemności”, nie wątpię, że jest bardzo dobry, sam Więckiewicz (czy Kinga Preis, nie umniejszając zasług pozostałych aktorów) jest tego gwarancją, ale czy w starciu z „Rozstaniem” obroni się? Tak czy tak, zawsze mi któregoś z tych filmów, jako przegranego, będzie żal. „Rozstania” może jednak bardziej? Nie, nie, jestem Polką, lubię Więckiewicza, będę żałować tak samo. :)

    • Logos Amicus Says:

      „Nikt przecież nie obarcza winą całych narodów…”
      Ależ obarcza – wielu (wydaje mi się nawet, że większość) ludzi przenosi niechęć do pewnych posunięć rządu, państwa, wojska, czy grup interesów, na cały naród czy też kraj (najlepszym przykładem są Stany Zjednoczone – wskutek fatalnej polityki zagranicznej rządu oraz chciwości finansjery i amerykańskich środowisk biznesowych, na całym świecie przestali się cieszyć sympatią sami Amerykanie – to niechęć do USA po prostu przeniosła się na niechęć do samego społeczeństwa.
      Podobnie jest z Iranem, czy innymi krajami arabskimi – fanatyzm fundamentalistów, nieodpowiedzialne gesty pewnych przywódców (Ahmadinejad), islamski ekstremizm i skłonność do terroryzmu szkodzi wizerunkowi wszystkich Arabów w oczach społeczeństw Zachodu.
      Wynika te pewnie z jakiejś nacjonalistycznej przypadłości – z atawizmów bazujących na niechęci do obcego plemienia, który kiedyś ułatwiał mobilizację i integrację wśród grupy odczuwającej zagrożenie z zewnątrz (a tera utrudnia dobre stosunki między narodami).

      No właśnie, co przeważy po rozdaniu Oscarów dla filmu nieanglojęzycznego: żal za przegraną czy radość z wygranej (jak widać tak czy owak będziemy postawieni przed takim dylematem, bez względu na to, czy wygra „W ciemności” czy „Rozstanie” albo raczej: czy przegra „W ciemności” czy też „Rozstanie” – bo innej ewentualności nie ma ;) )
      Czy jednak musimy do tego przykładać nasze miarki patriotyczne?

  10. babka filmowa Says:

    „Nikt przecież nie obarcza winą całych narodów…”
    Ależ obarcza…. ”

    No tak, osądziłam tym razem ludzi, narody, podług siebie, przepraszam.


    „Czy jednak musimy do tego przykładać nasze miarki patriotyczne?”

    Prawdziwy Polak musi. :)
    Żartuję, oczywiście. Uśmiechnij się,

  11. Katja Martita Says:

    Koniecznie muszę zwrócić na niego uwagę i poszukać w kinach studyjnych. Od dawna brakuje mi filmu, który właśnie „rozbroiłby mnie totalnie”…

    • Logos Amicus Says:

      Ja nie napisałem, że „Rozstanie” „rozbroiło mnie totalnie”, tylko, że „rozbroiło mnie krytycznie”, a „totalnie” „tylko” zachwyciło. ;)
      Niby „subtelne” różnice, ale jednak :)

      PS. Jednak nie mogę przewidzieć, jak ten film oddziała na innych widzów. Ale oczywiście: bardzo polecam.
      PS. Z tego co wiem, w Polsce film Farhadiego ma się ukazać na DVD pod koniec lutego tego roku.

  12. armani Says:

    The 10 Films You Need to See to Understand Iran

    http://theculturetrip.com/middle-east/iran/articles/the-10-films-you-need-to-see-to-understand-iran/?utm_source=facebook&utm_medium=facebook&utm_campaign=211214iranfilm

    The circumstances that Iranian film makers are forced to contend with are notoriously difficult: all films are subject to intense scrutiny from the Ministry of Culture and must adhere to strict cultural, moral and religious codes. Despite this, Iranian film has became a tour de force of world cinema, featuring numerous films which navigate the limits and pose challenging questions about the country’s culture and society. Here we list the top 10 Iranian films that offer insight into contemporary Iranian life.

  13. Beata Rosiak Says:

    świetny, świetny, ogląda się jak dobry film obyczajowy podszyty sensacją pełną niedomówień i pytań,
    ludzie z filmu Farhadiego to my

  14. Dariusz Wiśniewski Says:

    Nie oglądałem filmu. Ale lubię czytać recenzje. Z książek i filmów. Czytuję również pana recenzje. Są nieco za długie, ale to nie jest poważny zarzut. To raczej moje preferencje. Pan jest niezłym stylistą. Czuję, jak pan dba o język i o zasady interpunkcji. To rzadkość. Już tylko z tego powodu jestem pana sojusznikiem. Ale ta recenzja (Rozstanie) nie jest najlepsza, chyba, że jest napisana dla innych krytyków filmowych, którzy już obraz zdążyli obejrzeć. Dla kogo napisał pan tę recezję? Tak z ręką na sercu? W każdym razie, nie dla mnie. Po pierwsze nie zarysował pan plotu. Bohaterowie są oddzieleni społecznymi i fizycznymi barierami. Dobrze. Rozumiem, że jest to jakaś metafora. Ale o co chodzi? Dlaczego są oddzieleni? Bo historia tak kazała? Kod moralny? Nierówności społeczne? Jaka jest dynamika tych oddzieleń? Kto je przełamuje, kto nie? Co nam to mówi o społeczeństwie i o zmianach w nim się dziejących? itd. To zaledwie kilka zdań. A pan nic. Nie chodzi, rzecz jasna, aby opowiadać film, ale musi być jakaś zajawka działająca na wyobraźnię. Powinna być – niech będzie. Nie musi. Ale powinna być dlatego, że bez niej traci pan czytelnika, z prostego powodu – on przestaje widzieć.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dobrze pan zauważył, że moje recenzje nie zawierają streszczenia filmu. I ja to robię celowo – mnie po prostu szkoda miejsca na przedstawianie „plotu”, bo treść filmu można znaleźć w pierwszej lepszej witrynie filmowej – za jednym kliknięciem myszy. No wiec po co mam to powielać?
      To prawda również, ze często moje teksty o filmach (nie zawsze wypełniają one formułę klasycznej recenzji, ale ja sobie zdaję z tego sprawę i robię te odstępstwa świadomie) są bardziej dla tych, którzy już film widzieli. Lecz nie tylko dla tych, bo staram się jednak rzucić pewne światło na film, tak by czytelnik zorientował się o czym on traktuje. Także jaki jest mój stosunek do filmu – czy warto go obejrzeć, czy nie? – ale zazwyczaj nie piszę tego wprost (również celowo, gdyż uważam, że ostateczne zdanie co do wartości filmu powinno należeć do widza – już po jego obejrzeniu w kinie. Nie chcę nikogo zbytnio zasugerowywać.
      Dla kogo piszę moje teksty? Dla tych, którzy odwiedzają moją stronę. Z czasem dorobiła się ona jednak grupy dość wiernych i stałych Czytelników – tych bardziej uważnych, na których mi bardziej jednak zależy, niż na tych przelotnych a powierzchownych, choćby byli najbardziej liczni.

      Tak więc, moje pisanie jest takie trochę niszowe. Filmem jest tylko jednym z tematów, które poruszam na moim blogu. Piszę więc o filmie po swojemu, sam ustalając formę, przez co mam więcej swobody, niż gdybym pisał dla jakiejś gazety. Swoją drogą, kiedy moje teksty były publikowane w prasie – zarówno tej popularnej, jak i profesjonalnej – to starałem się, ze zrozumiałych względów, o większy formalizm tych tekstów. Miałem swego czasu kontakt z kilkoma profesjonalnymi krytykami filmowymi w Polsce (korespondowałem m.in. z Zygmuntem Kałużyńskim), którzy cenili jednak to moje pisanie o filmie (mimo, że z wykształcenia jestem inżynierem ;) )

      PS. I może jeszcze jedno. Pisze pan: „Bohaterowie są oddzieleni społecznymi i fizycznymi barierami. Dobrze. Rozumiem, że jest to jakaś metafora. Ale o co chodzi? Dlaczego są oddzieleni? Bo historia tak kazała? Kod moralny? Nierówności społeczne? Jaka jest dynamika tych oddzieleń? Kto je przełamuje, kto nie? Co nam to mówi o społeczeństwie i o zmianach w nim się dziejących? itd. To zaledwie kilka zdań. A pan nic.”

      Pan chyba raczy żartować. Czy naprawdę pan sądzi, że ja o tym wszystkim powinienem napisać (bo pan sobie tego życzy? ;) ) Przecież można zadać tysiąc innych pytań, na które też nie odpowiadam w moim tekście – z różnych względów, a głównie dlatego, że wszystkich zagadnień związanych z filmem nie sposób jest wyczerpać, nawet gdybym napisał o nim książkę. (Przecież to oczywiste, że odpowiedzi na te swoje „osobiste” – bo interesujące pana – pytania, powinien pan poszukać w filmie, oglądając go samemu. Nawet reżyser nie daje na nie odpowiedzi – i też robi to celowo, bo nie chce by jego film był jednoznaczny. Dotyczy to zwłaszcza Farhadiego.)

      • Dariusz Wiśniewski Says:

        Skomentuję tylko ostatni akapit, gdyż pierwsze trzy są irrelewantne. Wyraziłem nie życzenie, tylko sugestię. Pana recenzja, ale moja opinia. Zgoda? Ja nie zmieniam pana recenzji, a pan nie steruje moją opinią. Upieram się, że pewna wizualizacja, na tle której lokuje pan swoje myśli, jest jednak konieczna. „Pewna” nie oznacza jednak streszczenia filmu.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Ja także uważam, ze „pewna wizualizacja”, jak to Pan nazywa, jest konieczna. Ale ja ją jednak w moich tekstach (notach, recenzjach) przedstawiam, czyli rysuję ogólne tło filmu – tak, by można się było zorientować o czym film jest. Unikam streszczania, bo mi szkoda na to czasu i miejsca – to byłoby zresztą pójście po najmniejszej linii oporu, czyli na tzw. „łatwiznę”: pisać streszczenie filmu i przedstawiać to jako recenzję filmu (niestety, jest ten proceder często stosowany).

          Nie uważam, że pierwsze akapity mojego komentarza były „irrelewantne”. Ja w nich dość obszernie odpowiedziałem na pańskie zarzuty, jakie pan czyni mojemu pisaniu o filmie. Szkoda że pan tego nie widzi.

        • Dariusz Wiśniewski Says:

          „…czyli rysuje ogólne tło filmu – tak, by można się było zorientować o czym film jest”.
          Próbuję panu powiedzieć – grzecznie i cierpliwie – że ja nie wiem o czym jest film. Nie załapałem. Dlatego pytałem wcześniej do kogo pan się zwraca z tym materiałem. Bohaterowie są od siebie odgrodzeni. Dobra. Ale dosłownie czy metaforycznie? Czym odgrodzeni? Stosunkiem do historii, kodem moralnym, wzajemną niechęcią, nienawiścią? Nie wiem. Akcja toczy się współcześnie? Nie wiem. Może to film historyczny? Dramat? Komedia? Jakaś fantazja? Nie wiem. Kto jest główną postacią? Nie wiem. Nie zarysował pan tego tła ( w Snajperze pan to zrobił). Tutaj nie chodzi o streszczenie ( i nigdy nie chodziło), ale o miniumum, które jest potrzebne do łączności z czytelnikiem – aby go nie stracić. Ale rozumiem, że na takie „wrzutki” czy zarysowania plotu nie ma pan ochoty, bo to pachnie panu „łatwizną” (w moim przekonaniu to formalny wymóg). I to jest w porządku. Bo recenzja jest pana. Moja jest opinia.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Próbuję panu powiedzieć – grzecznie i cierpliwie – że ja nie wiem o czym jest film. Nie załapałem.”

          To ja w takim razie – grzecznie i cierpliwie – zacytuję parę fragmentów moje tekstu, które mówią o czym jest ten film:

          Tak więc, jest to film „…zajmujący się zwykłymi ludźmi, ukazujący prozaiczne (choć nie pozbawione tragicznego rysu – jak to jest chyba w życiu każdego człowieka) sytuacje i perypetie; bez technicznych fajerwerków, „artystycznych” pretensji, żadnych snobistycznych ciągot, bez wielkiej filozofii, zagmatwanej psychologii i karkołomnej intelektualizacji"
          (…)
          Ostatnią rzeczą na jakiej zależało by Farhadiemu, jest „upolitycznianie” jego filmu. Na czym więc zależało mu najbardziej? Myślę, że na ukazaniu moralnych dylematów człowieka, który w każdej ważniejszej chwili swojego życia, zmuszony jest do dokonywania wyborów, co wiąże się z koniecznością kompromisu – zarówno wobec wyznawanego (obranego, narzuconego – prawnie, obyczajowo lub religijnie) systemu etycznego, jak i rzeczywistości polityczno-społecznej. Stąd kluczowa rola prawdy i kłamstwa w opowieści Farhadiego.”

          To jest właśnie to ogólne „tło” o jakim wspominałem. Myślę, że choćby tylko z tych fragmentów wynika to, czym się zajmuje film. I jakiego rodzaju jest ten film. Nie widziałem żadnej potrzeby pisania o "plocie", jak to pan nazywa.

          Pisze pan również: „Bohaterowie są od siebie odgrodzeni. Dobra. Ale dosłownie czy metaforycznie? Czym odgrodzeni? Stosunkiem do historii, kodem moralnym, wzajemną niechęcią, nienawiścią? Nie wiem.”

          Otóż znowu – grzecznie i cierpliwie – zacytuję panu fragment mojego tekstu, który mówi dokładnie czym są bohaterowie rozdzieleni, i że jest to separacja (oddzielenie) zarówno dosłowne (fizyczne), jak i metaforyczne. Proszę więc przeczytać to jeszcze raz, tym razem ze zrozumieniem:

          „Farhadi jako rasowy człowiek teatru ma doskonałe wyczucie sceny – czyli miejsca jakie zajmuje dana postać, jak również relacji wynikających ze wzajemnego stosunku ludzi do tego miejsca – i do samych siebie. W „Separacji” (tytuł angielski zdecydowanie lepiej oddaje charakter filmu) tę przestrzeń budują ściany, okna, drzwi, korytarze… wszystko, co ludzi (w środowisku urbanistycznym) dzieli w sposób niejako oczywisty, (czy wręcz już „naturalny”), jest w filmie Farhadiego jednocześnie tym, co dzieli ich w sposób bardziej metaforyczny i symboliczny – w przestrzeni mentalnej i duchowej. Wszyscy bohaterowie Farhadiego są więc wobec siebie w „separacji”: żona jest „oddzielona” od męża, córka od ojca, dziecko od starca, mężczyzna od kobiety, sędzia od oskarżonego, klasa wyższa od klasy niższej, człowiek bogatszy od biedniejszego… Przy czym, każdy z każdym jest w pewnej relacji (do czego zmusza ich samo życie). I wszyscy próbują jakoś radzić sobie z tą separacją, zwłaszcza wtedy, kiedy zderza ich ze sobą „los” – kiedy muszą się liczyć z okolicznościami od nich niezależnymi (jak np. rzeczywistość społeczno-polityczna kraju, w którym żyją). Jest to swego rodzaju labirynt, w którym ludzie usiłują się – z różnym skutkiem – znaleźć i (mimo wszystko) do siebie zbliżyć. Choć doprawdy nie jest to łatwe. Także dla nas: widzów. Być może właśnie dlatego kamera w filmie Farhadiego jest tak niestabilna, na linii wzroku między nami a postaciami widnieje często jakaś (rozmyta i nieostra) przeszkoda. Zwykle jednak jest to mur, ściana albo szyba, ale też i drzwi – które wszak częściej są tu przeszkodą, niż drogą prowadzącą do drugiego człowieka.”

          Ten fragment, oprócz tego, że mówi dokładnie co dzieli bohaterów – i na ile jest to rozdział fizyczny, a na ile metaforyczny – to jeszcze przedstawia owo tło filmu – mówi o tym kim są główni bohaterowie "Rozstania" (mam jeszcze raz to powtórzyć?)

          Czy naprawdę pan uważa, że cokolwiek w moim tekście wskazuje na to, że ten film może być filmem historycznym, komedią, jakąś fantazją?
          Nie, moim zdaniem jak byk wszystko na to wskazuje, że jest to współczesny dramat obyczajowy i film psychologiczny.

          Oczywiście ma pan prawo do tego, by twierdzić, że mój tekst jest beznadziejny i nic niewarty. To jednak bardziej świadczy o panu, niż o wartości tego, co piszę o kinie. Bo pan, tak naprawdę, nie chce zrozumieć tego, co napisałem (a może rzeczywiście nie rozumie?) tylko chce mi po prostu – tak po polsku – przyłożyć.

        • Dariusz Wiśniewski Says:

          Pan się zaraz obraża. Ten ostatni akapit był zupełnie niepotrzebny. Gdybym uważał, że pana tekst jest nic niewarty, nie ruszyłbym nawet myszką, aby to komuś powiedzieć.
          Pozdrawiam.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie obrażam się, tylko wiedzę że w pańskich komentarzach decyduje niechętne nastawienie, a nie chęć zrozumienia mojego tekstu.

  15. „UN PLUS UNE”, „KOMUNA”, „KLIENT”, „EGZAMIN”, „EKSCENTRYCY” – o filmach Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Kolejny „farhadi” nie zawodzi, choć nie sięga szczytów genialnego „Rozstania”. Co tam nie zawodzi! Jest to film znakomity, ogląda się go z rozdziawiona gębą… Ale […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s