LITERACKIE ROJENIA I PRAWDZIWE TRUPY (o książce Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”)

*

*

Śmierć jest nie tylko nieunikniona, ona jest przede wszystkim możliwa: każdy z nas może się zabić. Chwin w swoim obszernym eseju o samobójstwie posuwa się do stwierdzenia wręcz radykalnego. Oto wyznaje, że przekonany jest o tym, iż istnieją sytuacje, w których samobójstwo popełniłby każdy: „jeśli nie popełniamy go, to tylko dlatego, że jeszcze nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji”. W pierwszym momencie, ulegając zapewne sugestii pomyślałem, że to może być prawda, ale po pewnym namyśle uznałem, że mogę na to odpowiedzieć słowami samego Chwina: „Tymczasem nie jest to takie pewne”, (który w ten sposób wyraził wątpliwość w to, że „zdrowa” większość ludzi „z definicji” popełnić samobójstwa raczej nie może).
Drugi ważny motyw, który niejako wyznacza moje podejście do książki Chwina (przy okazji ją definiując), zawiera się natomiast w takim oto fragmencie: „Powiedzmy od razu: świat wewnętrzny samobójców artystów i bohaterów literackich, którzy do samobójstwa się zbliżyli bądź je popełnili, tylko w pewnym stopniu pokrywa się ze światem wewnętrznym ‚zwykłego samobójcy’, którego życiem duchowym zajmuje się psychologia i psychiatria. (…) W świetle standardowej wiedzy psychologicznej filozoficzni samobójcy (np. z powieści Dostojewskiego) mogą się wydać całkowicie ‚wymyślonymi’ istotami nie z tej ziemi. Dla literatury jednak psychologiczne prawdopodobieństwo obrazu samobójstwa zwykle nie jest sprawą najważniejszą.”

Tak więc autor „Samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni” sam przyznaje (stwierdzając to explicite), że przypadki samobójstw „artystów i bohaterów literackich”, które rozważa on w swojej książce, z tzw. rzeczywistością nie muszą mieć wiele wspólnego i że psychologia tych postaci jest cokolwiek naciągana, (czyli, jednym słowem: niewiarygodna). A my możemy z tego wyciągnąć wniosek, że w takim razie motywacje suicydalne tychże „bohaterów” są właściwie tylko literackimi rojeniami, (co zresztą można już wyczytać z samego tytułu książki). Innymi słowy: są to ledwie fantasmagorie zrodzone z ludzkiej imaginacji i jako takie mogą budzić nasze wątpliwości i podejrzliwość, jak również sceptycyzm co do ich życiowej wiarygodności, a tym samym realnej wagi.

Jeszcze dobitniej ów rozdźwięk między wyimaginowaną fikcją a praktyczną rzeczywistością zaznacza Chwin na samym początku swojej pracy: „Dodam też, że samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni artystycznej jest zwykle niepodobne do samobójstw w życiu i warto o tym pamiętać. Samobójstwo w życiu jest zawsze odpychające i bardzo bolesne. W sztuce jest ono zawsze ‚piękną śmiercią’, nawet jeśli budzi odrazę, lęk i przerażenie, bo sztuka wszystko zamienia w sztukę.”
Jednakże – i jest to moim zdaniem rzecz godna uwagi – na ponad 500 stronach książki, te dwa małe fragmenty są w zasadzie jedynym rzeczowym i bezpośrednim odwołaniem się do rozsądku w Chwinowych rozważaniach o samobójstwie. Reszta tekstu przebiega tak, jakby autor o tym na dobre (czy też raczej „na złe”) zapomniał, brodząc w chorobliwych fantazmatach zabijania samego siebie (to prawda: piszę „chorobliwych” stosując perspektywę medycznej suicydalnej prewencji).
Mało tego. W ostatnim, podsumowującym rozdziale książki Chwin zaznacza: „Nasza pewność, że ‚my na pewno czegoś takiego nie zrobimy’, oparta jest na krzepiących złudzeniach. Żyjemy tylko dlatego, że los nas jeszcze nie wrzucił w takie ‚miejsce’. O takich ‚miejscach’ sporo potrafią powiedzieć sztuka i literatura, i niektóre z takich miejsc, poprzez literaturę i sztukę rozpoznawanych, próbowałem w tej książce opisać.”

Ja widzę w tym spory dysonans i ambiwalencję: z jednej strony bowiem Chwin pisze, że motywacje i argumentacja samobójców-artystów z prawdziwym życiem nie mają wiele wspólnego (będąc przede wszystkim produktem wyobraźni czyli de facto urojeniem), z drugiej jednak oświadcza, że mogą nam one sporo o tych suicydo-gennych „miejscach” powiedzieć. Czy to ostatnie stwierdzenie nie jest przypadkiem mimowolnym wyznaniem credo przez pisarza, który literaturę i sztukę traktuje jako bardziej realną, niż samą rzeczywistość (czyli tę, w której żyją zwykli, a używając sartre’owskiego określenia – „banalni”, przeciętni ludzi, wliczając w to psychologów i psychiatrów)? Jeszcze mocniej potwierdza to jeden z ostatnich akapitów książki, wspomnianą ambiwalencję bardziej nawet zapętlając: „Większość teorii samobójstwa zakłada, że samobójstwo jest skutkiem poznawczego błędu i emocjonalnej nierównowagi samobójcy. Że samobójca myli się w rozpoznaniach swojej realnej sytuacji i właśnie dlatego się zabija. Że ma fałszywy, zdeformowany  obraz rzeczywistości i ten fałszywy, zdeformowany obraz popycha go w śmierć. Że nie widzi świata takim, jaki jest naprawdę, to znaczy nie widzi go tak, jak my – ‚zdrowi’ – go widzimy. Tymczasem bywa i tak, że samobójca wcale się nie myli w swoich rozpoznaniach. Więcej: że zabija się właśnie dlatego, że wcale się nie myli. Po prostu w jakiejś chwili spostrzega to, co w ludzkim losie jest naprawdę nie do zniesienia, a czego my wolimy nie dostrzegać. Właśnie wtedy staje się samobójcą ‚egzystencjalnym’. Odrzuca życie dlatego, że uznaje kondycję ludzką na Ziemi za ‚nieuleczalną’.”

Należy zwrócić uwagę, że to co pisze Chwin jest równoznaczne z przyznaniem rację temu, kto kondycję ludzką uznaje za coś, co jest „nieuleczalne”. A jest to nic innego jak uznanie samego życia człowieka za pewnego rodzaju chorobę. Wygląda więc na to, że taki jest również pogląd samego Chwina (skoro pisze on, że jeśli ktoś w ten sposób postrzega życie, to „wcale się nie myli” i że w ludzkim losie jest coś „naprawdę nie do zniesienia”). A jest to pogląd – mimo że skrywany – na wskroś pesymistyczny, którego ja osobiście nie podzielam. Dlatego mam pretensje do Chwina, że pod pozorem obiektywnego studium „samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni”, zatruwa on czytelnika kulturowym depresantem, budując wokół niego świat z obrazów nie do zniesienie, wsączając mu w duszę autodestrukcyjne jady i – napawając się ich walorem literacko-artystycznym – wciąga go w urojone światy samobójczych fantasmagorii, babrając się w przeróżnych samobójczych miazmatach.

Choć rzeczywiście jest to wina nie tyle samego Chwina, co literacko-artystycznej wyobraźni, którą nam on w swojej książce przedstawia i analizuje. Trudno mi tu zresztą mówić o winie, gdyż odczuwam jednak pewien opór przed przystawianiem do literatury i sztuki etycznej miarki, bo pisarz wcale nie musi być moralizatorem (choć zwykle bywa moralizatorem ukrytym.) Czy jednak mam się wzbraniać w tym kontekście przed określeniem własnego stosunku do samobójstwa oraz jego „nadbudowy kulturowej” jaką się ten radykalny aktu ludzkiej woli (?) obwarowuje i otacza, szukając powodów, argumentów i motywów (usprawiedliwień?) tego, że człowiek decyduje się zabić samego siebie?

Nie będę ukrywał, że mój stosunek do samobójstwa wpływał na odbiór tego, co zawarł w swojej książce Chwin. Czy mogło być jednak inaczej? Czy to, jak odbieramy literaturę, nie zależy od tego, jakie są nasze poglądy, system etyczny, który przyjęliśmy (wyznajemy), od naszej konstrukcji psychicznej wreszcie? Po co udawać, że tak nie jest? Obwieszczanie wszem i wobec tego, że jesteśmy obiektywni i że nikogo i niczego nie oceniamy, jest zmyłką… zmyłką innych, a często i samego siebie.

Tak, każdy człowiek może się zabić. A czy ma do tego prawo? Nie wiem. To zależy od tego, przez kogo to prawo jest ustalane. Jeśli w naturze istnieją samobójstwa, to świadczy o tym, że natura na to „przyzwala” (czyli istnieje w niej takie prawo – bo przecież nic nie może się stać w naszym świecie wbrew prawom przyrody).
Jeśli zależałoby to ode mnie, to takie prawo do zabicia się człowiekowi bym przyznał (czy też – jeśli już takie prawo człowiek ma – to bym mu go nie odbierał). Wprawdzie nie wiem, czy samobójstwo jest (może być?) aktem wolnej woli, ale wiem, że istnieją sytuacje, kiedy śmierć staje się dla człowieka wybawieniem i ulgą, wydaje się jedyną drogą „wyjścia”, czy też raczej ucieczki. I choć samobójstwo zawsze jest wyrazem skrajnego egoizmu, to według mnie te sytuacje człowieka (decydującego się na przerwanie swojego życia) usprawiedliwiają.

Stefan Chwin na karty swojej książki przywołuje cały szereg samobójców, ale skupia się na przypadkach niejako „klasycznych”, mocno zakorzenionych w literaturze, sztuce i mitologii. Są to m. inn. Kiryłłow z „Biesów” Dostojewskiego, Józef K. z „Procesu” Kafki, Lukrecja, Ofelia… Także sami pisarze (stanowiąc zresztą w eseju tym pewną nad-reprezentację): Jerzy Kosiński, Aleksander Wat, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Rafał Wojaczek, Sylwia Plath, Mishima… Nawiązuje też do motywu samobójstwa w malarstwie (choć dość wyrywkowo i wybiórczo). Na samym początku mamy zaś ikonę wisielca – Judasza, która w całej judeo-chrześcijańskiej kulturze europejskiej odcisnęła piętno penalizacji samobójstwa, jako czynu nikczemnego, tchórzliwego, złego… (w opozycji choćby do kultury antyku, gdzie samounicestwienie się było niekiedy aktem chwalebnym, heroicznym i godnym, czasem nawet wzniosłym i pożądanym, co w końcu przejął w Europie etos romantyczny w postaci tzw. samobójstwa altruistycznego, które zresztą zawsze kołatało się pod skórą chrześcijańskiej mitologii kreującej kult poświęcających się dla społeczności męczenników).

Samobójca samobójcy nierówny, metafory życia – jego podtrzymywania, afirmacji albo unicestwiania – są niewyczerpane. Zawsze samobójstwo wpisane jest w swój kontekst kulturowy – nie jest więc żadnym niezmiennym toposem. I jednak każde samobójstwo jest inne i (nomen omen) niepowtarzalne – tak jak inny i niepowtarzalny jest każdy człowiek.
Zdawałem sobie z tego sprawę czytając traktat Chwina i pewnie dlatego nie dziwiłem się, kiedy do pewnego rodzaju samobójców czułem coś w rodzaju idiosynkrazji (choć raczej nigdy nie było w tym potępienia), innych zaś obdarzałem współczuciem. Jedni irytowali mnie swą dziwaczną pozą i rojeniami, wydumaną pseudo-filozofią, snuciem bzdurnych sofizmatów, które przybierały formę zwykłej… no cóż… głupoty. Natomiast u innych wyczuwałem ból prawdziwy i przejmujące na wskroś cierpienie, widziałem rozpacz, na którą zostali skazani przez sytuację i okoliczności, wtrąceni do piekła niewyobrażalnych mąk i czarnej beznadziei.
Teraz spostrzegam, że te pierwsze – budzące moją rezerwę i niechęć samobójstwa – należą do samobójstw „egzystencjalnych” (tu odwołuję się do klasyfikacji zastosowanej przez samego Chwina), natomiast te drugie – do tzw. „interakcyjnych”. Pierwsze odnoszą się do postawy jaką przyjmuje wobec świata i życia sam samobójca (odbierając życie jako „obrzydliwy” przymus bezzasadnego istnienia, a świat za coś immanentnie dla człowieka wrogiego – miejsce, w którym istota ludzka czuje się kimś obcym, wyalienowanym, więc jej samounicestwienie się jest wyrazem radykalnej niezgody na istnienie). Drugie są skutkiem dramatycznej, niefortunnej i tragicznej sytuacji życiowej, w jakiej znalazł się człowiek; rezultatem okoliczności wynikających z tzw. „zrządzeń” losu, na które nie mamy w zasadzie żadnego wpływu. Pierwsze wynikają z pobudek filozoficznych i światopoglądowych, mając bardziej charakter konceptualny, intelektualny i mentalny, czyli właśnie „wyobrażony” (by nie rzec „urojony”). Drugie odwołują się do praktyki i realiów życia, są więc czymś utylitarnym i empirycznym, naocznym i namacalnym – konkretnym i „niewymyślonym” (a przez to może bardziej dla nas rzeczywistym i zrozumiałym?)
To dlatego, kiedy czytałem o sposobie w jaki postrzega wszystko Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”, (dla którego każdy byt, a zwłaszcza człowiek, jest właśnie „obrzydliwością”, czymś w rodzaju samo powielającego się nowotworu), albo zaznajamiałem się z nader pokrętną i fantasmagoryczną filozofią Kiryłłowa, (który zabija się, bo uważa to za najwyższą manifestację własnej woli, za jedyny sposób na wyrwanie się z matni natury, jaka nim zawładnęła; za ucieczkę od życia będącego niczym innym jak swego rodzaju „szatańską farsą” wyreżyserowaną przez złego/złośliwego demiurga – i zabijając się chce osiągnąć tylko ten jeden orgazmistyczny moment absolutnej wolności, w którym jego ciało ulec ma swoistemu „przebóstwieniu”), to mnie to nużyło a nawet zniesmaczało, jeśli nie śmieszyło, to zadziwiało, tudzież niebezpiecznie prowadziło w pobliże konstatacji, że oto mam do czynienia z jakimś humbugiem i bzdurą (i nie powstrzymał mnie przed tym fakt, że firmowane to było takimi tuzami intelektu i literatury, jak Dostojewski i Sartre – choć oczywiście niekoniecznie oni sami się z taką postawą utożsamiali czy też ją aprobowali).
Z kolei, kiedy Chwin przypominał mękę chorego Wata, albo całą tę – obnażoną do nagiego nerwu – jaskrawość bolesną Stachury, czy też ból udręczonego nadwrażliwością Van Gogha, to ogarniało mnie dogłębne współczucie. Byłem pewien, że jedynym skutecznym ukojeniem dla tych nieszczęśników jest jednak śmierć.
Podobnie było z Sylvią Plath, Virginią Woolf… może także z Rafałem Wojaczkiem, choć ten ostatni nie uwolnił się jednak moim zdaniem od pozy. Większą rezerwę czułem do Mishimy (zawsze drażnił mnie ten jego patos i narcystyczna megalomania), także do Witkacego, którego wybitność – błyskotliwa inteligencja i rozliczne talenty – przytłoczona chyba jednak została przez eksces, wygłup i – co tu kryć – dziwactwo. Ujął mnie natomiast Gombrowicz, który wychodząc od mało (dla mnie) przekonujących dywagacji egzystencjalnych motywujących samobójstwo (dość kuriozalna metafora „człowieka-samobójcy-skorpiona”), doszedł do „ludzkiego” argumentu, że horror fizycznego doświadczenia, jakim jest ból nieznośny i nieprzemijający doznawany przez ciało, może tylko przerwać tego ciała unicestwienie, czyli śmierć.

Tak więc, nawet jeśli skutek samobójstwa zawsze jest taki sam (śmierć człowieka), to same samobójstwa mają nieskończenie wiele faset – tak jak nieprzebrana w swoim zróżnicowaniu i bogactwie jest rzeczywistość egzystencjalna i kulturowa, którą człowiek jest otoczony i… jaką sam poniekąd stwarza. I ta ostatnia możliwość jest według mnie bardzo (zwłaszcza w rozważaniach o samobójstwie) istotna.

Jak już zwróciłem uwagę, Stefan Chwin, zajmując się samobójstwem jako „doświadczeniem wyobraźni”, pisze w jednym miejscu, że z prawdziwym życiem nie ma ono wiele wspólnego, by zaraz potem zaznaczyć, że literatura i sztuka rozpoznają jednak te „miejsca” i sytuacje, które powodują, że człowiek się zabija. (Problem w tym, że częściej te „miejsca” i sytuacje kreują, niż rozpoznają – o czym świadczy w zasadzie cała rozprawa Chwina.)
Co to jest? Niekonsekwencja? Sprzeczność pozorna czy prawdziwa? A może wynika to po prostu z paradoksu całej ludzkiej kultury: sami tworzymy wokół nas rzeczywistość, która – mimo, że fikcyjna (fałszywa?) – oddziałowuje na nas całkiem realnie? Skoro tak, to mamy jednak władzę, by wpływać na nasz los, wybierać takie a nie inne wartości, decydować o tym co dobre a co złe, budować świat, w którym lepiej i pełniej nam się żyje… – a przynajmniej tak się zachowywać, jak byśmy taką władzę mieli. I choć jesteśmy w tym wszystkim ograniczeni czymś co nas przerasta i czego ani na jotę zmienić nie możemy (to ta olbrzymia czapa Wszechświata z jego żelaznymi prawami, które cały czas nad nami wiszą i którym w żaden sposób nie możemy się wymknąć), to jednak mamy wpływ na to, co stanowi naszą kulturę, czyli na naszą wyobraźnię – a tę można przecież formować, nadawać jej kształt i kierunek, wypełniać ją sensem. Dlaczego więc pchać się używając tej wyobraźni w destrukcję, albo (zwłaszcza) w autodestrukcję? Dlaczego wyobrażać sobie – a tym samym kreować – coś, co nas w końcu może zabić? Możliwe, iż życie samo w sobie nie jest dobrem absolutnym, ale przecież zawsze lepiej jest dla nas stanąć po jego stronie, zostać sojusznikiem vis vitalis – wybrać raczej jasność, a nie ciemność, sens a nie bezsens, cel a nie absurd, coś a nie nicość – nazwać złem to, co nas zabija, a dobrem to, co pozwala nam żyć. Bo to nieprawda, że nie mamy wyboru. Jeśli nie spadnie na nas miecz Damoklesa, jeśli nie przebije nas „pocisk zawistnego losu” – to cała reszta leży jednak w gestii naszej wyobraźni, czyli tam, gdzie ten wybór mamy.

Nie muszę się pytać Chwina, dlaczego do swoich szerokich rozważań, które ujął w dość opasłym tomie, wybrał temat samobójstwa. A nawet jeśli Chwin by takie pytanie usłyszał, to wcale nie miałby obowiązku na nie odpowiadać. Jednakże trudno byłoby czytając tę książkę nie uświadomić sobie tego, że dla autora samobójstwo jest czymś fascynującym. Że zanurza się on w tych wszystkich literacko-artystycznych obrazach „przygotowujących” śmierć (takiego określenia używa autor, choć moim zdaniem nie jest to „przygotowywanie” śmierci a raczej przygotowywanie zadania tej śmierci samemu sobie – co stanowi jednak dość istotną różnicę) i że robi to z pasją nie wolną chyba od pewnej masochistycznej przyjemności, mimo pozornego analitycznego chłodu i dystansu referenta, (któremu na szczęście udaje się zazwyczaj uniknąć akademickiej sztywności). Zapoznając się z traktatem Chwina, ciągle jednak odnosiłem wrażenie, że pisarz niejako bardziej jest po stronie śmiercionośnej przecież argumentacji samobójczej, niż tej, która wybiera życie. Że gotów jest się zgodzić z tym, że życie nie ma w sobie żadnego majestatu i że tego majestatu pozbawiona jest także każda śmierć. Tylko w jednym jedynym zdaniu, bardzo zresztą dwuznacznie brzmiącym, zdobywa się on na pewną deklarację sugerującą sprzeciw i mającą w sobie jakieś ziarno oceny: „Nie interesuje mnie podporządkowywanie mojego wywodu intencji ‚zapobiegania samobójstwom’, którą zresztą jak najgłębiej pochwalam.” Mnie osobiście to oświadczenie nie bardzo przekonywuje – wydaje mi się być ono cokolwiek wymuszone i wyrażone tylko gwoli dydaktycznej poprawności. Bo skoro Chwin zapobieganie samobójstwu „jak najgłębiej pochwala”, to dlaczego nie czuć tego zupełnie w tym, co o samobójczej wyobraźni pisze? (A wręcz czuć jest coś wprost przeciwnego?) I nie chodzi mi tu o to, by Chwin uraczył nas moralitetem, by wykazał się jakimś wyrażonym wprost i jednoznacznie stosunkiem taksującym (ani tym bardziej kondemnującym) samobójców, a o pewną „podskórną”, wyczuwaną intuicyjnie przez czytelnika, po(d)stawę etyczną pisarza, (do zasygnowania której wcale się nie musi wchodzić w skórę moralizatora).

Czcze „filozofowanie” na temat samobójstwa, rojenie sobie suicydalnych fantazmatów, okupowanie własnej wyobraźni chorobliwymi a podniecającymi tanatycznie obrazami zabijania siebie samego, wydaje mi się mieć w sobie coś „nieludzkiego”, z gruntu niedobrego (zwłaszcza w konfrontacji z pragnieniem trzymania się życia za wszelką cenę, które często spotyka się u ludzi cierpiących, „skazanych” na śmierć przez chorobę, dotkniętym jakimś prawdziwym nieszczęściem, wypadkiem czy kalectwem – rzeczywistym już a nie urojonym). To zaś, czym zajmuje się Chwin, przypomina mi coś w rodzaju pornografii autodestrukcji. I moim zdaniem lepiej by było, gdyby to poza literaturę i sztukę nie wychodziło. Ale jednak wychodzi. Bo nawet jeśli w literaturze uchodzi bawienie się w „być albo nie być”, „zabójcze” rojenie sobie tego i owego, to przenoszenie owych fikcji do życia, może już niestety zapachnieć prawdziwym trupem.

Ktoś, kto kocha i jest kochany, kto czuje się lub może się czuć szczęśliwy – samobójstwa nie popełni nigdy.  Ktoś, kto jest „zakorzeniony” w życiu – w świecie będącym dla niego nieustannym źródłem zaciekawienia i fascynacji – ten nie będzie dążył do unicestwienia samego siebie. Ktoś, kto potrafi zbliżyć się do ludzi, czuje się w ich otoczeniu dobrze, robi coś, co jest pożyteczne dla wszystkich, (czyli ktoś, kto identyfikuje się z ludzką wspólnotą i jest z nią związany) wcale nie będzie chciał się zabijać. Czy nie warto więc się starać, by taki pożądany stan osiągnąć, odrzucając tym samym wszelkie fantasmagorie, które wabią nas w pułapkę, gdzie jedynym wyjściem wydaje się zaciśnięcie pętli sznura na szyi, podcięcie sobie żył czy rzucenie się w przepaść? To nieprawda, że zabicie się jest przejawem naszej wolności. I choć wydaje się czasem aktem wielkiej odwagi, to najczęściej podszyte jest jednak strachem (nie bez kozery uważane jest wtedy za tchórzostwo). Wykorzystując naszą wyobraźnię, powinniśmy dążyć do afirmacji życia, a unikać tego co nas ciągnie ku śmierci. Jeśli to tylko od nas zależy – pozostańmy żywymi.

A kiedy by już od nas zależeć nie mogło… to od takiej sytuacji (bez wyjścia) uchowaj nas Boże.

* * *

Reklamy

Komentarzy 31 to “LITERACKIE ROJENIA I PRAWDZIWE TRUPY (o książce Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”)”

  1. Onibe Says:

    podobają mi się Twoje rozważania na temat „prawa do samobójstwa”. Słusznie piszesz, że takie prawo w przyrodzie istnieje – jest to prawo fizyczne, realne. Co do podejścia legislacyjnego… próba odbierania ludziom prawa do samobójstwa – i dalej: głupoty, zła, nienawiści, dewiacji seksualnych itd osłabia system legislacyjny jako taki, bowiem rozwadnia prawa stanowione, wprowadzając do nich silną grupę praw „życzeniowych” lecz nierealnych do egzekucji. Zresztą, jak ukarać kogoś kto złamie zakaz samobójstwa? Zabić go ponownie? Pewnym rozwiązaniem tego problemu w tradycji było rozszerzenie ostracyzmu na bliskich samobójcy – czysto teoretycznie, potencjalny samobójca ma prawo się bać, że po jego śmierci jego bliscy zostaną ukarani w ten lub inny sposób. Tyle, że samobójcy rzadko myślą o innych. A jeśli już, to na poziomie ponad ten, tzn. albo chcą im zaszkodzić, albo pomóc (samobójstwo w postaci eutanazji bywa próbą zdjęcia ciężaru z barków bliskich).

    nie zgodzę się z określeniem samobójstwa mianem czynności ewidentnie egoistycznej. Na tym poziomie trudno to rozważać i łatwo wpaść w jedną z licznych pułapek. Skoro samobójstwo jest egoizmem, to czym jest życie? Wyrazem altruizmu? Skoro człowiek odbierający sobie życie – a więc ucinający swój własny „horyzont zdarzeń” – jest egoistą, to kim jest jego bliski, który po śmierci samobójcy określa go mianem egoisty? Czyż i tutaj nie mamy do czynienia z egoistycznym podejściem do emocji?

    samobójstwo wymaga odwagi, ale czasami jest efektem wielkiej słabości. Może być efektem poświęcenia i odpowiedzialności, ale równie często lub częściej staje się ucieczką od odpowiedzialności właśnie.

    • Logos Amicus Says:

      Samobójstwo od dawna nie jest uważane za przestępstwo (swego czasu karane było nawet… śmiercią). Nie jest też już tak potępiane przez społeczeństwo, także podejście Kościoła się zmieniło (nie tak dawno jeszcze samobójcy odmawiano pogrzebu katolickiego), choć nadal jest uważane za grzech.
      Inną sprawą jest pomaganie człowiekowi w popełnieniu samobójstwa. Tylko w 4 krajach europejskich jest ono legalne (Szwajcaria, Holandia, Belgia, Luksemburg).

      Poza tym samobójstwo nadal stanowi temat tabu, jest czymś o czym niechętnie się mówi i pisze, co usuwa się z pola naszej świadomości.

      Samobójstwo o tyle jest czynem na wskroś egoistycznym, że samobójca stawia siebie w centrum wszystkiego (podobnie zresztą, jak człowiek, który samobójstwa popełnić nie zamierza). Wg mnie, nawet tzw. samobójstwa „altruistyczne” (gdzie człowiek poświęca swoje życie dla „dobra” innych), wynikają z pobudek egoistycznych (bo „dobrem” jest tu „dobro” puli genów pokrewnych), choć wydają się być egoizmu zaprzeczeniem.
      Ale być może idę w tym stwierdzeniu za daleko.

      • Onibe Says:

        egoizm to kłopotliwa sprawa – w zależności od przyjętego kryterium można uznać, że egoistą jest każdy lub nikt ;-). Jeśli znajdziesz najbardziej altruistyczną osobę na świecie, to stawiam żołędzie przeciw kasztanom, że spokojnie dalibyśmy radę dopasować do niej jakiś wzorzec egoizmu.

        z samobójcami problem jest ten, że post factum, nie ma z nimi dyskusji. Zostawiają listy, ale to nie to samo co długa, wielowątkowa rozmowa.

        Samobójstwo jest – lub bywa – wynikiem zaburzeń psychicznych i tutaj również wchodzimy na lotne piaski. Co jest bowiem kanonem zdrowia psychicznego? Definicje idealizujące gryzą się z definicjami statystycznymi, a summa summarum, wszystko sprowadza się do tego, że każdy z nas jest psychicznie zaburzony, tylko w różnym stopniu.

        zetknąłem się bardzo blisko z przypadkiem samobójstwa, można rzec, że niemal najbliżej jak to jest możliwe (bliżej to już by padło na mnie chyba). Myślałem o tym miesiącami, ważyłem wnioski na wszelkie możliwe sposoby. Ale nadal jestem równie głupi jak feralnego dnia. Sądzę jednak, że w tym temacie lepiej być głupim niż mądrym, bo „mądrość” oznaczałaby nadmiar pewności siebie w sprawie, w której pewności mieć nie można…

        • Logos Amicus Says:

          Egoistą jest poniekąd każdy z nas. Wynika to już z samego faktu, że każdy człowiek jest podmiotem, który – postrzegając świat – widzi siebie w jego centrum, a jako istota żyjąca posiada przy tym wrodzony instynkt samozachowawczy, (który zakłada także imperatyw działania na swoją korzyść). Paradoksalnie więc, samobójca działa wbrew temu instynktowi, a jednak najczęściej podejmuje decyzję zabicia się powodowany egoizmem (może właśnie dlatego, że uznał śmierć za coś dla siebie „dobrego”?)

          Ale to prawda: doszukując się w każdym postępowaniu człowieka motywów tylko i wyłącznie egoistycznych, daleko nie zajdziemy, bo wyjdzie nam, że skrajnym egoistą (a na dodatek wybitnie narcystycznym) był np. Ghandi, a taka Matka Teresa opiekowała się trędowatymi bo chciała z siebie zrobić (egoistycznie) coś w rodzaju Celebrytki Miłosierdzia.
          Nawet więc, jeśli ktoś w swoim postępowaniu powoduje się głównie egoizmem (jawnym czy skrywanym), to działając tym samym dla dobra innych ludzi (wtedy czynione przez niego dobro jest bezwzględnie i wymierne), staje się de facto altruistą.
          I rzeczywiście – w tym świetle, samobójstwa „altruistyczne” trudno uznać za skrajnie egoistyczne i to nie tylko ze względu na przeciwstawność semantyczną tych słów. Ktoś, kto popełnia samobójstwo altruistyczne ma w zasadzie poczucie (a właściwie pewność) tego, że poświęca się dla dobra innych ludzi (exemplum: kamikadze). A czy rzeczywiście skutkuje to czymś dobrym dla społeczności? – to jest już inna sprawa.

          Coś takiego jak „norma psychiczna” w rzeczywistości nie istnieje – bo jest to pojęcie abstrakcyjne i umowne. Czasami lepiej jest (do określenia tego, co jest chorobliwe, a co nie) zastosować nasz tzw. „zdrowy rozsądek” – choć też do końca za bardzo nie wiemy, czym ten „zdrowy rozsądek” jest.

          Ja myślę, że każdy z nas zetknął się z przypadkiem samobójstwa – często w naszym bardzo bliskim otoczeniu. Zawsze jest to olbrzymia trauma, z którą trzeba sobie jakoś poradzić. Dlatego uważam, że problem samobójstwa jest kwestią bardzo ważną dla każdego człowieka. I dlatego też podjąłem ten temat.

        • Onibe Says:

          według kryterium „zdrowego rozsądku” (bardzo sensownego, moim zdaniem) samobójstwo nie jest czymś pozytywnym – zdrowy rozsądek nakazuje walczyć do końca i liczyć na polepszenie się losu. Z drugiej strony, wymieniliśmy kilka przykładów, w których zdroworozsądkowe podejście nakazałoby usunąć się z drogi… Ponownie mamy więc sytuację trudną do jednoznacznego oszacowania. Na szczęście, wcale nie musimy generować jednoznacznych wniosków…

          słusznie poruszyłeś kwestię perspektywy – tzn. coś, co jest altruistycznym czynem z punktu widzenia samobójcy, nie musi być takim z punktu widzenia społeczeństwa. To jest ten rodzaj przeszkody, której w żaden sposób nie da się przeskoczyć. Możemy uśredniać, ale uzyskamy tylko jakieś wyniki statystyczne. Prawdy nie odnajdziemy, bo nie ma jednej, jedynej.

          Temat bardzo ciekawy, dobrze że go zapoczątkowałeś. Dobrze jest od czasu do czasu pomówić o takich rzeczach. Zawsze jest to okazja do przewietrzenia poglądów.

        • Logos Amicus Says:

          Temat niełatwy, którego trudno raczej zbyć jakimś zdawkowym stwierdzeniem.
          Pewnie dlatego dyskusji większej pod tym wpisem nie będzie.

          Błahostki wydają się ludziom wdzięczniejsze ;)

        • Onibe Says:

          Niestety, program telewizyjny jest dla wielu atrakcyjniejszy… cóż, każdy ma swoje niebo i piekło ;-)

  2. babka filmowa Says:

    Mówiąc krótko – samobójstwo jest wbrew naturze i objawem zaburzeń, wszelakich. Normalny człowiek jest obdarzony instynktem zachowawczym, który pozwala mu przetrwać najgorsze chwile, np, obozy koncentracyjne. Zawsze, czytając wspomnienia z takich przeżyć, podziwiałam tych ludzi, że nie popełniali zbiorowego samobójstwa, a wręcz przeciwnie – wszystko robili, żeby przetrwać, choćby w największym upodleniu (oczywiście nie wszyscy).
    Wg mnie, myśl o samobójstwie, jego możliwość, jest wielkim pocieszeniem, nadzieją, że nie musi się żyć, jeśli się nie bedzie chciało, że jest jakieś wyjście, w kompletnej beznadziei (Przy życiu trzyma mnie tylko myśl o samobójstwie – coś w tym stylu powiedział Cioran, i to jest genialne). Ale właśćiwie po co się zabijać? I tak umrzemy, no chyba, że jakieś cierpienie jest ponad siły, o czym zresztą wspominasz. Dlatego jestem za eutanazją, żeby skracać cierpienie, wszelakie, tym bardziej, że i tak taki człowiek umrze, więc po co przedłużać męki.
    Czy samobójstwo jest aktem egoizmu? Nie nam oceniać. Każdy jest egoistą z natury i to jest normalne. Nie oceniajmy, bo nigdy nie wiemy, czy sami nie staniemy przed wizją decyzji żyć czy nie żyć.
    Piszesz: „Ktoś, kto kocha i jest kochany, kto czuje się lub może się czuć szczęśliwy – samobójstwa nie popełni nigdy.” – no chyba, że jest beznadziejnie chory, wtedy nawet miłość nie pomoże.

    • Logos Amicus Says:

      Słusznie wspomniałaś o ludziach w obozach koncentracyjnych – znaleźli się w sytuacji horendalnej, niewyobrażalnie okrutnej i wiążącej się z wielkim cierpieniem, a jednak samobójstwa zbiorowego nie popełniali. Też o tym pomyślałem, kiedy zastanowiłem się nad oświadczeniem Chwina, że każdy człowiek popełniłby samobójstwo – i że jest to tylko sprawa okoliczności i sytuacji, w jakiej może się on znaleźć. Przykład więźniów obozów zagłady temu przeczy. Myślę, że są tacy ludzie, którzy będąc śmiertelnie chorymi i bardzo cierpiącymi, samobójstwa jednak by nie popełnili.

      Wspominasz o Cioranie. Szkoda, że Chwin – mimo, że kilkakrotnie cytuje Ciorana – nie zajął się jego „teorią” samobójstwa (bo Cioran wg mnie to taki dyżurny teoretyk samobójstwa, który dużo na jego temat gadał – i pisał – ale go nie popełnił, nawet w obliczu Alzheimera, na którego w końcu zmarł – nota bene w dość sędziwym wieku). Nie zajął się też tym, co pisał w „Micie Syzyfa” Camus – a przecież jest to w egzystencjalnej myśli europejskiej suicydalna klasyka. Nie wspomniał też o Sandorze Maraim – a przecież końcowe strony jego „Dziennika” to wg mnie jedne z najbardziej przejmujących rzeczy o samobójstwie, jakie zna literatura.
      No ale jest zrozumiałe, że nie można było napisać o wszystkim.

  3. Marcus Says:

    Fragment książki Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni” czyta Mariusz Benoit:

    • Logos Amicus Says:

      Ładnie przeczytane :)

      PS. Bardzo ciekawy i istotny dla treści książki fragment, ale chyba jednak niezbyt charakterystyczny dla całości rozważań Chwina, które bardziej odnoszą się do literatury, niż do życia.

  4. Daniel Says:

    Literatura ma swoje prawa i częstokroć ignoruje psychologiczne prawdopodobieństwo na rzecz lepszego efektu. Powinniśmy o tym pamiętać, czytając choćby Biesy Dostojewskiego, którym poświęca się w książce dużo miejsca. Odkrywając historie literackich bohaterów, nie wolno zapominać o fikcjonalności powieści, a także o fakcie, iż część autorów w ten nieco specyficzny sposób próbuje dość nachalnie zamanifestować własne, często nader utopijne wizje filozoficzne. Ostrzeżenie to jest tutaj na miejscu o tyle, że Samobójstwo jako… stanowi naprawdę potężną pigułkę opowieści o ciemnych stronach ludzkiej natury i powinno być, jeśli nie jak owe pigułki dawkowane, to przynajmniej traktowane z możliwie dużym dystansem.

    Chwin nie napisał książki łatwej. Mimo że przez lwią jej część stara się mówić do czytelnika z w miarę naukowego punktu widzenia (co nie znaczy: nieprzystępnie), to sama problematyka, jaką podejmuje, przenosi jego rozważania na grunt najbardziej grząski. Może nie dla samego pisarza, bo ten wychodzi z próby obronną ręką, ale dla jego odbiorcy. Odbiorcy, który najpierw obserwuje kolejne i kolejne obrazy samobójstw w sztuce, po czym otrzymuje garść refleksji stawiających pod znakiem zapytania kondycję człowieka w świecie. Chwin zadaje pytania niebezpieczne, podając w wątpliwość rozpowszechnioną tezę o tym, jakoby samobójstwa były wynikami błędów poznawczych oraz emocjonalnej nierównowagi samych samobójców. Pisarz odwraca sytuację – a co w wypadku, jeśli mylimy się my, ta „zdrowa” część społeczeństwa? Co wówczas, jeśli to właśnie samobójcy mają rację i ich rozpoznanie rzeczywistości – choć skutkujące autodestrukcją – jest najwłaściwsze? Jeżeli bowiem racja leży w stwierdzeniu gdańszczanina, w którym sugeruje on, że nasze nie popełnianie samobójstwa może zależeć jedynie od tego, że po prostu nie znaleźliśmy się jeszcze w odpowiedniej sytuacji, to jest to konstatacja bardzo smutna, by nie powiedzieć: tragiczna. Ale kto powiedział, że dobra literatura ma taka nie być?

    • Logos Amicus Says:

      Problem w tym, że Chwin ową literaturę przenosi jednak do życia – choćby w stwierdzeniu, że samobójca (“egzystencjalny”) rozpoznaje w życiu coś, co jest “naprawdę nie do zniesienia”. Czyli, że kondycję ludzką uznaje za coś, co jest “nieuleczalne”. Tym samym poddaje on jednak w wątpliwość powszechne przekonanie o tym, że to samobójstwo jest czymś “chorobliwym”, a nie życie (jak to sugeruje sam Chwin).
      Posuwa się on nawet do oświadczenia następującego:

      “Psychoterapeuci mówią co prawda, że nadzieja jest zawsze, ale nietrudno domyślić się, dlaczego tak mówią. Gdyby mówili inaczej, straciliby wszystkich pacjentów.”

      Moim zdaniem, jeśli lekarze czy psycholodzy (psychiatrzy) starają się w swoich pacjentach (czy też w osobach chcących popełnić samobójstwo) zaszczepić nadzieję, to nie wynika to tylko z ich obawy przed utratą pracy (pacjentów). Wydaje mi się jednak, że większość z nich w tę nadzieję wierzy.

  5. dorota Says:

    muszę się przyznać, że nie raz chciałam to zrobić.
    stojąc przy oknie i patrząc w dół myślę sobie, że mogę to zrobić. coś tam w środku mnie mówi mi spokojnym głosem, że nie. o dziwo słucham się go.

  6. maria Says:

    Napisałeś , że temat samobójstwa jest tematem tabu, zgadzam się. Dlaczego jest to tabu ? Nic się nie dzieje bez przyczyny . Kiedy zaczęłam czytać ten wpis , trochę się żachnęłam, co to za temat ? Nigdy o tym nie myślałam, nie zetknęłam się z tym osobiście. Przeczytałam, i pomyślałam, że można w jakimś sensie z tym tematem się oswoić. Dla człowieka w dobrej kondycji psychicznej można o samobójstwie prowadzić rozważania akademickie, teoretyzować, analizować, rozmawiać, wyciągać jakieś wnioski, ale jest to tylko jeszcze jedno zagadnienie jak inne, nic więcej. Dla kogoś kto doświadczył samobójstwa osób bliskich może to jakaś swoista terapia ( nie wiem) , ale czy ukoi ból , nie sądzę. A co z ludźmi , którzy stoją nad krawędzią życia i śmierci? Ostatnio słychać było o fali samobójstw pracowników różnych korporacji we Francji, spowodowanymi zwolnieniami z pracy. Czy myśli samobójcze nie mogą być w pewnym sensie zaraźliwe ? Czy nie sądzisz, że oswajanie z tym tematem może być niebezpieczne dla ludzi, którzy są w złym momencie życia? Samobójstwo jest tematem tabu, jestem za tym , żeby nim pozostało.

    • Logos Amicus Says:

      Temat samobójstwa jest tematem tabu, ponieważ dotyka czegoś bardzo newralgicznego dla ludzkiego życia (i śmierci).
      Tabu – ogólnie – pełni bardzo ważną funkcję społeczną (a tym samym kulturową – Freud posunął się nawet do stwierdzenia, że to właśnie istnienie pewnych tabu umożliwiły rozwój kultury człowieka, a i dziś można znaleźć filozofów, którzy twierdzą, że łamanie wszystkich tabu jest dla naszej kultury wręcz niebezpieczne).
      Ja do tabu podchodzę jednak inaczej – nie dlatego, że chcę je łamać, ale dlatego, że chcę je zrozumieć. Nie ma więc tu dla mnie (mam na myśli łamy tego bloga) tematów tabu – na każdy temat jestem gotów rozmawiać, każde „tabu” przemyśleć, rozważyć… Ale to jest moje osobiste podejście, ograniczone właściwie do tej „niszy”, jaką jest mój blog. Inną sprawą jest traktowanie tabu w sferze publicznej, w kulturze masowej… Tutaj przychylałbym się do opinii, że jednak pewne rodzaje tabu, powinny pozostać tabu – tzn. należy traktować je bardzo ostrożnie, niejako uszanować czy też respektować, zwłaszcza w sytuacji, kiedy mamy do czynienia z oddziaływaniem masowym – na szerokie kręgi społeczne.

      Ale wróćmy do samobójstwa.
      Czy powinno ono pozostać w sferze tabu? Chyba jednak nie. Nie sądzę, że częstsze rozmawianie o samobójstwie zwiększyłoby ilość samobójstw. Kiedyś takimi tematami tabu były np. homoseksulizm, starość (i związane z tym cierpienie), różnego rodzaju choroby (np. rak)… Uważam, że to, iż obecnie o tym wszystkim bardziej otwarcie się mówi, jest zjawiskiem pozytywnym i przyczynia się jednak do redukcji ludzkiego cierpienia, a zwłaszcza do zrozumienia drugiego człowieka.

      To prawda: trudna sprawa z tym samobójstwem, bo np. to, co jednego człowieka może wzmocnić, to drugiego może zabić (to trochę jak ze szczepionką, którą można przedozować – która może zwalczyć chorobę albo ją wywołać). Dla kogoś rozważania o samobójstwie będą stanowić coś w rodzaju autoterapii (jak to było np. w przypadki Camusa, Ciorana czy Gombrowicza), dla kogoś innego zaś mogą rzeczywiście „przygotowywać” grunt pod to, by się wreszcie na swoje życie targnąć (Witkacy, Wojaczek, Stachura, Plath…)
      Tak więc: czy rozważanie tematu samobójstwa przyczyna się do jego „propagowania” czy też raczej zapobiegania, to z tym jest różnie – bowiem zależy to od konkretnego człowieka i okoliczności. Ale ja osobiście skłaniałbym się do tej drugiej opcji: zrozumienie mechanizmów samobójstwa (a zrozumieć ich nie możemy unikając rozmawiania o nim, czytania – czyli traktując go jako tabu) pozwala na większe zdystansowanie się do niego, a tym samym – obezwładnienie tego demona, który pcha człowieka, żeby się zabił.
      Nie można tego jednak mylić z inną istotną sprawą: tzw. epidemiami samobójstw, które są faktem. Te epidemie nie są wszak powodowane tym, że ludzie nagle zaczynają dużo rozmawiać o samym samobójstwie jako takim, ale to, że wśród ludzi zaczynają się rozchodzić wiadomości o popełnianych samobójstwach (nagłaśniane np. przez media). W ten sposób ci, którzy się zabijają, dają niejako przykład innym, którzy znaleźli się w podobnej co oni sytuacji, i którzy myślą, że to jest jakieś wyjście.
      A wg mnie samobójstwo jest raczej kresem, niż wyjściem.

  7. Bywalec Says:

    Też miałem kiedyś takie myśli, za czasów gimnazjum. Problemy typu – szkoła, dom a do tego straszne kompleksy.
    Pewnego dnia gdy szedłem do szkoły chciałem juz skręcić do niedalekiego sadu to zrobić. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jeśli to zrobie to zmarnuje coś co tak naprawde jest wszystkim. Pomyślałem o ludziach, którzy bedą przeżywali moją śmierć, o tym jak egoistycznie bym sie zachował i o tym co bedzie sie działo z moją rodziną jak bedą na nią patrzyli inni z podejrzeniami ze w domu była/jest patologia „dlatego ich syn to zrobił”. To mnie powstrzymało przed zrobieniem tego, a poza tym wyobraziłem sobie ludzi chorych, inwalidów których zdrowie jest kruche i trudne ale oni i tak walczą i sie nie poddają, potrafią iść przez życie z podniesioną głową chociaż mają o wiele trudniej od ludzi pełnosprawnych.
    Doceńmy to że mam ręce, nogi i zdrowie, wszystko co jest nam potrzebne do tego by być szczęśliwym, uświadommy sobie że możemy z życiem zrobic co chcemy i być kim chcemy, wszystko zależy od nas samych.
    Od tamtego czasu mnęło klka lat, a w takim czasie wszystko diametralnie se zmienia.
    Jakoś nie żałuję, że tego nie zrobiłem.

    • Logos Amicus Says:

      Nie wiem, sam takich badań nie prowadziłem, ale wydaje mi się, że jednak większość ludzi w pewnych okresach swojego życia ma myśli samobójcze. Oczywiście prawie nikt z tych ludzi się nie zabija, ale jednak o możliwości zabicia się myśli.
      Najbardziej chyba niebezpieczne są te myśli u młodych ludzi, którzy powodowani emocjami, hormonami czy wielkim wzburzeniem (albo depresją) rzeczywiście mogą się targnąć – i to niestety skutecznie – na swoje życie. Powodem są właśnie jakieś kompleksy, zawiedziona (nieszczęśliwa miłość), problemy w szkole lub w domu, strach przed dorosłym życiem… A więc powody raczej doraźne, które zazwyczaj mogą być – i są – przezwyciężane.
      Dobrze jest wtedy mieć w pobliżu kogoś, kto z tej trudnej sytuacji (nieważne: realnej czy wyimaginowanej) pomoże nam wyjść. Ale, koniec końców, zawsze musimy jednak polegać na sobie – i w sobie szukać siły, by godnie i w miarę bezboleśnie to nasze życie przeżyć.

  8. Ewa Says:

    Pan Chwin podoba mi się z buzi i postury.
    Ma też wiele niecodziennych umiejętności (powieściopisarz, krytyk literacki, eseista, historyk literatury, grafik, profesor na dodatek).
    Ale nie wydaje się by to wszystko cieszyło go czy satysfakcjonowało.

    Przy okazji „Panny Ferbelin” powiedział, ‚obecność silnych i dobrych kobiet rozjaśnia duszę’. Jakoś podejrzanie mi to brzmi… Nie zanosi się u niego (raczej?) na afirmację życia. Czy czeka go więc ‚pornografia destrukcji’? bo nie mam pewności czy któraś z ‚dobrych’ dam zechce mu tę drżącą duszyczkę rozjaśnić :)

    • Logos Amicus Says:

      A je się jednak nie zastanawiałem, czy pan Chwin podoba mi się z buzi i postury.
      Wyczuwam w nim jednak jakąś pretensję, by się podobać kobietom, zwłaszcza młodym (być może to przez tę dziewczęcą twarz, jaką umieszczono na okładce jego „Dziennika dla dorosłych”? ;) ) Ale, ale… który mężczyzna (nawet starszy pan) nie chce się podobać kobietom (nawet młodym paniom)?

      Ale coś jest na rzeczy z tym jego ponuractwem i charakterologiczną skłonnością do depresyjnych tematów/klimatów (choć muszę przyznać, że są to tylko moje przypuszczenia, jako że z panem Chwinem nigdy się osobiście nie zetknąłem – i wysnuwam je na podstawie tego, co pisze).

      Zupełnie przypadkowo, czytając dzisiaj zapiski Eliasa Canettiego, natrafiłem na taki – myślę, że adekwatny do Twojego komentarza – fragment:

      „Nie należy dać się zastraszyć melancholikom. Cierpią oni na pewnego rodzaju dziedziczne schorzenia, związane z trawieniem. Narzekają jakby ich pożarto i jakby leżeli w czyimś żołądku. Lepiej by było, gdyby Jonasz był Jeremiaszem. Przemawia przez nich to, co sami mają w żołądku; głos zamordowanego łupu odmalowuje śmierć jako ponętny cel. ‚Przyjdź do mnie – mówi – tam, gdzie jestem, panuje rozkład i zgnilizna. Czy nie widzisz, jak bardzo kocham zgniliznę?’
      Ale nawet rozkład umiera, a melancholik, nagle ozdrowiały, mknie szybko i lekko na polowanie.”

      Ironiczne to i nieco zgryźliwe, ale jednak spostrzegawcze i dotykające pewnej prawdy o „melancholikach” :)

      No i może jeszcze coś. Z ciekawości wszedłem na stronę facebookową pana Chwina, a tam, wśród 6 dostępnych zdjęć zamieszczonych w profilu, znalazłem takie (muszę przyznać, że mnie nieco zaskoczyło, choć przecież można go uznać za pewnego rodzaju charakterologiczny znak i „przesłanie”):

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2012/05/skull.jpg?w=780

  9. Miriam Says:

    Stefan Chwin w jednym z wywiadów: „Obok lektur o wydźwięku politycznym zachęcałbym do czytania książek, których ważniejszymi tematami są kwestie o wymiarze egzystencjalnym, dotykające ludzkiego kłopotu z istnieniem. Kiedy tak naprawdę zaczyna się życie? Czy mamy prawo do własnej śmierci? Pytań egzystencjalnych jest naprawdę wiele. W Europie Zachodniej zadaje się je często. U nas traktuje się je marginalnie, nasze literatura, kino czy teatr dość mało się tymi tematami zajmują. A to nie są wydumane zagadnienia, tylko sprawy, które dotyczą każdego z nas.”

    Czyli wszystko się zgadza?

    • Logos Amicus Says:

      W zaprezentowanych tu wypowiedziach Stefana Chwina (skądinąd ciekawych) znalazłem poniekąd potwierdzenie tego, co napisałem w odpowiedzi na ostatni komentarz Ewy: pisarz często dostrzega nad sobą ciemne, ciężkie i ołowiane chmury, a kondycji człowieka – tragizm i mocny fatalizm.
      Nie wiem… może się jednak mylę?

  10. liritio Says:

    Na razie jestem w połowie, przerwa była potrzebna, może jestem przewrażliwiona, ale mnie ta rozprawa Chwina strasznie przygnębia. I nie ukrywam, miejscami nuży, fragmenty omijam. Raczej fragmenty ogólne, podsumowujące, ale to może kwestia nadmiaru Chwina w Chwinie, a ja za tym pisarzem nie przepadam.
    Masochistka więc, po co „Samobójstwo…” czyta? Cóż, nie da się ukryć, przekrojowo jest to książka interesująca, a temat samobójstwa w jakimś stopniu mnie pociąga. Samobójstwo wzbudza tyle emocji i kontrowersji, które może niekoniecznie rozumiem, ale niezmiennie interesują mnie cudze rozważania na temat.
    Wrażenie natenczas: Chwin oszukuje. Chociaż w teorii odwołuje się do literatury i zaznacza to w swojej rozprawie, ja tego nie kupuję. Tyle samo miejsca poświęca literaturze, co jej samobójczym autorom, a autor to już prawdziwe życie. Nawet jeśli stylizowane. Każde jest stylizowane.
    I dlatego jego odnoszenie się do samobójstwa, jako pewnego aktu w sztuce jest dla mnie mydleniem oczu rzeczywistej chęci autora do drążenia, poszukiwania, roztrząsania motywu samobójstwa w realnej rzeczywistości. Jego fascynacja jest oczywista.
    Analizy różnych metod, dróg, przed i po, analizowanie samego czynu, tak, mnie się tego Chwina czyta powoli. I w sumie co innego w tej książce znajduję, niż bym chciała. Konkluzji do tematu od groma, to jest długa rozprawa, ale odczuwam lekki nadmiar analizy estetycznej czynu, który po zdjęciu całej otoczki sprowadza się do prostej zmiany: żyjesz-umierasz. I trochę mnie na dłuższą metę ta analiza wszystkiego, co samobójstwom towarzyszy, mierzi. To chyba dobre określenie, tak właśnie, ta książka mnie odrobinę mierzi.

    • Logos Amicus Says:

      Ja też raz utknąłem czytając tę książkę (gdzieś tak przy romantycznych samospaleniach i słowackich Królach Duchach ;) ) ale później wróciłem i już do końca poszło mi właściwie gładko.
      Moje zastrzeżenia starałem się wyrazić w tekście – i widzę, że w dużej części pokrywają się z Twoimi.
      Chwin moim zdaniem może nie tyle oszukuje, co ulega sprzeczności i wikła się w paradoksalnej relacji, jaka istnieje między życiem (ewidencją, prawdą namacalną i konkretem) a literaturą (wyobraźnią, fikcją i „zmyśleniem”). Ale jednak… masz rację – mydli trochę oczy krygując się, że niby on tylko o wyobraźni, by w końcu się przyznać, że ta wyobraźnia to jednak może tłumaczyć (i objaśnić) życie.

      Wygląda na to, że temat samobójstwa fascynuje Chwina (może jest nawet jego obsesją) ale nie wiem, czy pisząc taką książkę (o wymykającej się życiu wyobraźnie samobójczej), on rzeczywiście wyraża chęć, jak piszesz: „drążenia, poszukiwania, roztrząsania motywu samobójstwa w realnej rzeczywistości”. A może jednak jest to coś wręcz przeciwnego: zajmowanie się (zastępcze?) wymysłem (wyobraźnią, fikcją), aby tylko nie stawić czoła faktycznej realności samobójczej śmierci, żywego człowieczego bólu samozagłady – czyli horrorowi i tragedii prawdziwego już trupa?

      Mimo wszystko warto Chwina doczytać do końca (zwłaszcza jeśli kogoś „niezmiernie interesują cudze rozważania” na ten temat).

      • liritio Says:

        „Moje zastrzeżenia starałem się wyrazić w tekście – i widzę, że w dużej części pokrywają się z Twoimi.”, ja oczywiście Twój tekst przeczytałam :) tak dodaję, bo przez straszną chwilę miałam wrażenie, że podejrzewasz mnie o komentowanie ot tak, bez czytania.
        Chwin nie stawia czoła realności samobójstwa? No nie wiem, może pod nawałem rozmyślań na temat fantazji owego ostatniego kroku wymyka mu się oczywista brutalność i ostateczność samobójstwa, ale raczej wątpię, żeby tą „wyobraźnią samobójczą” zajmował się zastępczo.

        Pisząc, że „niezmiernie mnie interesują” nie chciałam być infantylna, taka prawda. Interesują mnie cudze, bo na temat samobójstwa jako takiego jakoś nigdy nie umiem wyrazić własnego stanowczego zdania. Mnie też się wymyka. I już stwierdzam, że wiem, co mogłabym powiedzieć na temat, chociaż też dyskusje o samobójstwach to sprawa śliska o tyle, że nie wypada chyba analizować motywów samobójców tak, jak analizuje się chociażby odwieczne pytanie „co autor miał na myśli?”… A z drugiej strony może właśnie wypada anazliować? Widzisz, nawet zaczynając temat samobójców zapętlam się momentalnie jeszcze w prologu wyrażenia jakichkolwiek opinii.
        Tak czy inaczej, co sobie jakąś mglistą ocenę przemyślę, natrafiam na zdanie cudze, które przemawia do mnie nieco bardziej, niż własne. A jako że zdania cudze często się wzajemnie wykluczają i są sobie przeciwstawne, ja zapętlam się mocniej i mocniej. Aż w końcu taka zapętlona rezygnuję ze wszystkiego i zaczynam rozmyślania od początku. Straszna historia :)

        • Logos Amicus Says:

          Nie podejrzewam. :)

          Myślę, że Chwin „wyobraźnią samobójczą” nie zajmuje się zastępczo, ale on ten akt (którego obrazowania – jak sam mówi – „przygotowują śmierć”) niejako oswaja. Czy to jest stawianie czoła realności samobójstwa? Nie wiem. Ale gdyby Chwin naprawdę chciał się dowiedzieć czym jest PRAWDZIWE samobójstwo, to wyszedłby poza (zaklęte jednak) literackie kręgi – i przyjrzał się samobójstwom realnych ludzi, a nie postaciom fikcyjnym czy pisarzom (bo dla tych ostatnich ich samobójcza śmierć zawsze – w większym lub mniejszym stopniu – wiązała się w jakiś sposób z literaturą). Bo jeśli istnieje jakaś prawda o samobójstwie, to właśnie tam – w tym nagłym akcie żywego i konkretnego człowieka, który odbiera sobie życie. Reszta jest wyobraźnią – właśnie materiałem na dywagacje i eseistyczną rozprawę, w której więcej literatury niż prawdziwego życia.

          Widocznie, jeśli zapętlasz się (jak piszesz) chcąc wyrazić swoją opinię na ten temat, to znaczy, że ciągle jeszcze w Tobie coś się „waży” – nie jesteś jeszcze do wyrażenia swojego odrębnego zdania gotowa. Ale ja myślę, że zapoznawanie się z opiniami innymi, często przeciwstawnymi (mimo, że teraz „miesza” Ci nieco w głowie, może nawet dezorientuje) w końcu – w wyrobieniu własnego poglądu – najprawdopodobniej Ci pomoże.

  11. Tess Says:

    Niełatwo zrozumieć, dlaczego niektóre osoby pragną odebrać sobie życie. Mówi się słusznie, że ktoś, kto sam nigdy nie miał autentycznych myśli samobójczych, nie może w pełni tego pojąć. Na ogół chcemy żyć, marzymy nawet o nieśmiertelności, lecz u niektórych zdaje się być inaczej, przychodzi czas, gdy poważnie rozważają odebranie sobie życia i widzą w tym najlepsze dla siebie rozwiązanie. To pragnienie śmierci może przychodzić jak potężna fala zalewająca rozum albo – może lepiej to wyrażając – jak jakaś potężna siła zawężająca myśli do kilku prostych kalkulacji, pragnień i wyobrażeń. Psycholodzy opisujący sposób myślenia osób zbliżających się do decyzji o odebraniu sobie życia używają takich określeń, jak: zespół presuicydalny, zwężenie psychiczne, zaburzenia pamięci i oceny swojej osoby oraz własnej historii. Osoba planująca swoją śmierć znajduje się więc w szczególnym stanie zdrowia i psychiki, jej tor myślenia jest specyficzny i odmienny: ona jest ciągle z nami, ale już jakąś swoją częścią po tamtej stronie życia.
    Co sprawia, że ludzie wchodzą na tę niebezpieczną drogę i czy odwrót z niej jest możliwy?

    Więcej w artykule: http://www.polityka.pl/jamyoni/1580737,1,samobojstwo–najwiekszy-problem-filozoficzny.read

  12. edyta Says:

    Nie miałabym odwagi stanowczo stwierdzić, co popycha ludzi do targnięcia się na własne życie, nie sposób nawet tego oceniać, co więcej nie mogę nawet współ-odczuwać z ofiarami, bo nie jest mi znany taki rodzaj bólu istnienia, który żąda ofiary z życia, jedyne co mogę to ponawiać próby aby zrozumieć i nie być obojętnym.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s