POD RĘKĘ Z SZYMPANSEM

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XIX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

„Świat jako zlepek latających liter” – podoba mi się to określenie. Równie dobrze „litery” można by zamienić „słowami” a słowa zlepić w zdania – i oto mamy naszą tego świata narrację i nasze w tym świecie kulturowe zadomowienie.

Bez słów i języka nie byłoby człowieka. Świat by istniał – ale nienazwany. Odbijający się tylko w oku zwierzęcia, działający mu bezrozumnie na nerwy.

greydot

Wszyscy żyjemy między tym, co rzeczywiste, a nierzeczywiste, bo życie na tych antypodach jest po prostu niemożliwe: nie moglibyśmy znieść rzeczywistości bez tego, co nierzeczywiste i vice versa: życie byłoby niemożliwe w tym, co byłoby tylko nierzeczywiste.

greydot

Znany neurolog i psychofarmakolog – również wykładowca i gawędziarz – profesor nauk przyrodniczych Jerzy Vetulani o wyższości poligamii nad monogamią: „Moim zdaniem poligamia – z punktu widzenia ewolucji – jest bardziej korzystna, bo do rozrodu dopuszczane są tylko bardzo dobre samce. Te, które są słabe, odpadają z procesu reprodukcyjnego, odgrywając role pomocnicze.”

Cóż, nie pierwszy raz słyszę jak prof. Vetulani prowokuje, sprowadzając wszystko do amoralnych impulsów neurologicznych, jakie ponoć poruszają nami niczym marionetkami. Ale przecież człowiek stworzył kulturę i tym się różni od zwierząt, które kierują się jedynie instynktem. Człowiek jest zwierzęciem jedynie z biologicznego punktu widzenia (dlatego ja nie traktuję swojej żony jak samicy, a moja żona nie traktuje mnie jak samca). To kultura decyduje o naszym człowieczeństwie – a ta często stoi w opozycji do natury (a tym samym do czysto mechanicznej, redukcjonistycznej ewolucji).
Celem człowieka jest nie tylko reprodukcja, a tym bardziej ślepe podporządkowanie się instynktom i zwierzęcym impulsom. Nie idziemy pod rękę z szympansem. Nazwa Homo sapiens zobowiązuje: myślenie nie powinno być nam obce. Niestety, dysponowanie najwspanialszym (chyba) tworem Wszechświata, jakim jest ludzki mózg, nie chroni nas przed głupotą, która właśnie bardzo często wynika z naszych zwierzęcych atawizmów.

greydot

Seks i miłość nie są oczywiście antonimami. Dopełniają się nawzajem – m. in. za pomocą erotyzmu. Choć seks może istnieć bez miłości, a miłość bez seksu. Jednak miłość miedzy kobietą a mężczyzną (jeśli nie ma charakteru aseksualnego) zawsze wiąże się z erotyzmem. Innymi słowy: miłość w takim związku jest właściwie tym, co powoduje, że seks „nasiąka” w nim erotyzmem.

Erotyzmu pozbawione są wszelkie zachowania seksualne zwierząt ponieważ erotyzm łączy się ściśle z kulturą, której – ogólnie rzecz biorąc – pozbawione są zwierzęta.
Z tego wynika, że stosunek seksualny też może być sprawą kultury. Innymi słowy, nawet uprawiając seks można zachowywać się kulturalnie.

greydot

Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym bardziej skłonny jest twierdzić, że seks jest przereklamowany. Ale upojenie młodością niekoniecznie musi być tym samym co upojenie seksem. Umysł może dłużej pozostać młody, niż ciało.

greydot

Słyszę jak ktoś mówi o genach dotyczących psyche, genach biologicznych, genach kulturowych… Pada też zgrabne określenie, że „cały człowiek to jeden wielki atawizm” a kultura to „pudrowanie atawizmów”.
Lecz ja mam kłopot ze zrozumieniem czym są geny “dotyczące psyche”, a zwłaszcza geny “kulturowe”. Bo to, jak “materia” (jaką są geny) przekłada się na fenomeny psychiczne człowieka (albo memy kulturowe) nadal jest dla nas (a ściślej: nawet dla naukowców – genetyków, neurologów, psychologów) wielką zagadką.
Sięgamy w Kosmos, roimy sobie jakieś hipotezy dotyczące powstania i ewolucji Wszechświata, a mamy zaledwie mgliste pojęcie o tym, jak funkcjonuje nasz mózg.
Ponadto używanie sformułowania “geny biologiczne” jest masłem maślanym, bo przecież nie ma innych genów, jak geny biologiczne.

Jest dużo prawdy w tym, że całą naszą kulturę można nazwać pudrowaniem atawizmów, jednakże jest ona czymś znacznie więcej, bo tworzy nową jakość funkcjonowania człowieka, konstytuuje jego człowieczeństwo i stanowi jego tożsamość, wyróżniając go ze świata zwierzęcego.
Homo sapiens niekulturalny (bez kultury) zachowuje się jak zwierzę.

greydot

Czytam wspomnienie kogoś, kto odwiedził niedawno Francję i był świadkiem reakcji Francuzów na przelatujące im nad głową samoloty, które wysyłano z jakąś misją post-kolonialną do Afryki. Tą reakcją była duma. I tak się zastanawiam czy bardziej był to relikt dawnej kolonialnej świetności czy może atawistyczna radość z demonstracji siły własnego plemienia.

A jak się rzeczy z armią francuską w Afryce naprawdę mają? Otóż, jak można zauważyć, w pasie saharyjskim wojska francuskie odnoszą same sukcesy (piszę to z sarkazmem, bo w sumie ruchy te nie przynoszą żadnego rezultatu – oprócz niepotrzebnych śmierci francuskich żołnierzy), ale najbardziej udała się ich misja stabilizacyjna w Libii (tu mój sarkazm jest jeszcze większy, bo wiemy czym się skończyła interwencja zbrojna Zachodu w kraju Kadafiego).
Ofiary wśród żołnierzy? Otóż dopóki młodzi ludzie świadomie (bez przymusu) chcą umierać za rudy metali w byłych afrykańskich koloniach, to nie ma co robić z ich głupoty bohaterstwa. Należy bowiem pamiętać, że militarna gestykulacja (jaką de facto są akcje francuskich oddziałów wojskowych w Afryce) może się skończyć zejściem śmiertelnym.

Wojsko moim zdaniem powinno być formacją obronną pilnującą swojego domu – terytorium własnego kraju i zamieszkujących go ludzi – a nie włóczyć się i rozbijać po świecie – dawać się prowadzić na pasku polityków, realizując jakieś polityczne czy ekonomiczne interesy garstki cwaniaków.

greydot

Zasłyszane: “Kontestatorzy nie zmieniają świata, chyba że ich ilość osiągnie masę krytyczną.”
Bardzo trafne spostrzeżenie. Zmiany w świecie możliwe są tylko dzięki zmianom strukturalnym, a nie elementarnym.

greydot
„Samolubny” gen to chwytliwe określenie ale strasznie jednak redukcjonistyczne, bo sprowadzające nas do czegoś w rodzaju bezwolnego naczynia-wehikułu, do którego wsiadły na gapę jakieś pasożyty, by tylko przejechać się nieco dalej. Jesteśmy więc ponoć bezwzględnie przez nie (przez „coś”?) wykorzystywani.
A przecież geny nie są czymś „obcym”, stworzyły nie tylko nasze ciało, ale i współtworzą naszą osobowość i tożsamość – czyli stały się nami.

Czy to, że przydajemy życiu jakąś wartość, jest tylko sprawą samolubnych genów? Czy tylko im zawdzięczamy wszystko co tworzymy – i co stwarza nas samych?

greydotBez dysponowania wolną wolą, nasza tożsamość (podmiotowość, odrębność, autonomiczność) nie miałaby sensu.

A jednak często mam wrażenie, iż nasza wolność jest iluzoryczna – również ta wewnętrzna. Możliwe jest jedynie osiągnięcie kolejnego, wyższego stopnia wolności.
Oczywiście żyjąc na ziemi – tej ziemi – nie jesteśmy w stanie osiągnąć wolności absolutnej. To abstrakt – złudzenie.

greydot

W samym określeniu “intelektualista” czy “inteligent” nie ma nic złego. Problem zaczyna się według mnie wtedy, kiedy ów „intelektualizm” czy „inteligenctwo” obnosimy przed sobą niczym sztandar, uznając to za naszą cechę nadrzędną, z którą każdy powinien się nie tylko liczyć, ale i zgadzać – i oczywiście być pod wrażeniem.

greydot

Idealizm jest wykwitem intelektualizmu (pojęcia te pod pewnymi względami można ze sobą utożsamiać) chociaż idealizm wspiera się niekiedy na czymś w rodzaju duchowości, która nie musi mieć z intelektem wiele wspólnego, będąc domeną „serca”.

greydot

Lewis Carroll do potencjalnego samobójcy: “Jeśli się teraz zabijesz – niczym się nie będziesz różnił od miliardów innych czaszek…”
Czyli: samobójca myśli czasami, że się swoim czynem wyróżnia, ale w rzeczywistości – unicestwiając się – redukuje swoje ciało do martwej materii, upodabniając je do miliarda niczym się nie wyróżniających czaszek (cząstek).

greydot

Z listu od przyjaciela W.: „Co niektórzy (…) uważają, że do tego, by powstał Wszechświat, palec boży był potrzebny. Być może – dowodów na to nie ma.”

No właśnie – wszystko rozbija się o to „być może” (to jest znaczące i wymowne, bo określenia tego używasz, uważając się za ateistę). Ponieważ ciągle nie mamy wystarczającej wiedzy, by wykluczyć Nadrzędną Przyczynę Sprawczą (czyli ów „palec boży”), ani by twierdzić, że wszystko zaistniało dzięki aktowi wolicjonalnemu jakiegoś Wyższego Bytu (Boga). Tego (przynajmniej na razie) nie można rozstrzygnąć. Wszystko, co usiłuje ten problem rozwiązać, jest albo hipotezą, albo wiarą – bo wystarczających dowodów nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będą.
Nie przeczę teorii ewolucji (a wiem, że są ludzie, którzy – zwykle ze względu na swoją wiarę – nie chcą nawet o niej słyszeć) ale nie uważam, że wszystko (a zwłaszcza pojawienie się życia na ziemi) było dziełem przypadku (długo dochodziłem do tego przekonania – nie pojawiło się ono u mnie tak ad hoc). Nie sądzę więc, że tylko tzw. „przypadek” kieruje ewolucją – co zresztą wydają się potwierdzać pewne ostatnie badania, w których zaobserwowano, że materia/energia zachowuje się czasami tak, jakby ‚wybierała’ najbardziej optymalny kierunek działania, „omijając” niejako te, które by ją prowadziły „na manowce” (sorry, że nie używam terminów „naukowych” ale po prostu chcę przekazać tu pewną ideę tak, aby była ona zrozumiała także przez nas, laików).
Czyli jest jakiś kierunek.
A jeśli coś jest ukierunkowane (do pewnego stopnia zdeterminowane?) to nie wszystko można wyjaśnić za pomocą statystyki, która opiera się na teorii chaosu i traktuje zderzenia losowe, jak zupełnie przypadkowe. Zresztą, nawet Ty, (najprawdopodobniej bezwiednie) zaprzeczasz w swoim komentarzu istnieniu czegoś takiego jak „przypadek”, choć wcześniej (przy innych okazjach) twierdziłeś, że życie na Ziemi powstało „przypadkowo”, i że ten „przypadek” nadal ma wpływ np. na ewolucję.
Według mnie teoria ewolucji nie musi być sprzeczna z tzw. „kreacjonizmem”. Innymi słowy: kreacjonizm wcale nie musi wykluczać prawidłowości teorii ewolucji – w tym sensie, że same prawidła ewolucji zostały zawarte już w planie Stworzenia. Dla mnie, ów plan jest rodzajem kosmicznego programu „komputerowego”, jaki działa i realizuje się we Wszechświecie. Czyli sam Wszechświat można porównać w tym kontekście do pewnego rodzaju komputera.  Piszesz: „Przyjmując kreacjonizm, skazujemy się poza tym na zaprzestanie analizy źródła pochodzenia.” Trudno mi się z tym zgodzić. Nawet jeśli bylibyśmy przekonani, że takie źródło istnieje (w postaci „boga”), to i tak nie wiedzielibyśmy dokładnie jakie to źródło jest, a więc moglibyśmy dążyć do jego poznania – nota bene wykorzystując metody naukowe, które (jak pewnie mielibyśmy nadzieję) prowadziłyby nas coraz bliżej „kłębka” – czyli początku Wszystkiego.

W innym liście do mnie W. napisał coś, co mnie – w sensie pozytywnym – rozbroiło:
„W życiu chodzi o harmonię, o wzajemne poszanowanie i zrozumienie. (…) Argument uczuciowy, Bóg jest miłością przemawia do mnie najbardziej i na tym chciałbym się chwilę skupić. Ta zależność i potrzeba jest chyba kluczem do zrozumienia ewenementu religii. To jak potrzeba dziecka bycia kochanym. To co powiedział Einstein (‚Wrażenie, że za wszystkim, czego doświadczamy, ukrywa się coś, czego nasz umysł nie może ogarnąć i czego piękno i majestat dosięga nas jedynie pośrednio jako słabe odbicie, to jest religijność. W tym sensie jestem religijny.’) mógłbyś włożyć w usta zakochanego chłopca zachwycającego się urodą swojej dziewczyny. Miłość. W tym sensie jestem też religijny.”
Nie spodziewałem się tych słów po W.

greydot

Osoby zaprzeczające prawdziwości teorii ewolucji odrzucą każdy potwierdzający ją dowód – po prostu nie przyjmą go do wiadomości. Byłoby to zbyt duże obciążenie dla ich pojęcia Boga i człowieka – równające się zaprzeczeniu ich wiary.
Większość ludzi unika konfrontacji z myślą, która mogłaby zburzyć ich światopogląd, kwestionować „prawdy” ich wiary, burząc ich (iluzoryczny moim zdaniem) spokój.

Myślenie niby ma przyszłość, ale większość ludzi nie chce jednak myśleć – zwłaszcza o tym, co kwestionowałoby ich przekonania, co mogłoby „wysadzić” ich z utartych schematów myślenia, zburzyć stereotypy jakimi się posługują i jakim się poddają.

greydot

Ludzie, generalnie rzecz biorąc, unikają (myślowej) konfrontacji z czymś, co mogłoby zburzyć ich poukładany (?) świat wierzeń, przekonań… A jeśli o tym już myślą, to w formie odrzucenia i negacji, a nie porównania i analizy, czy też chęci zrozumienia. Tak więc przedstawiciele Homo sapiens w zdecydowanej większości nie są – użyję tu trochę prowokacyjnego określenia – „wolnomyślicielami”. Wręcz przeciwnie: są w swoim myśleniu zwykle konformistyczni, zachowawczy, poddający się stereotypom, wpływom środowiska… I wiedziano o tym na długo przed tym, jak Fromm opisał tę ludzką cechę w swojej słynnej książce „Ucieczka od wolności”.
Oczywiście, że jest to uogólnienie i są tacy, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni, niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym. Lecz wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało. I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka.
Ale czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
Wydaje mi się jednak, że chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.

greydot
W ostatnich kilkudziesięciu latach nasza (naukowa) wizja świata ulegała rewolucyjnym nieraz przeobrażeniom, ale wiedza na ten temat raczej nie dociera do tzw. szerszego ogółu – ludzie nadal przebywają w swoich bardzo ograniczonych wyobrażeniach o otaczającym nas, „rzeczywistym” świecie.
Nie możemy sobie np. wyobrazić tego, że coś takiego, jak „materia” w rzeczywistości nie istnieje (to tylko nasze określenie czegoś, co „materię” w naszej percepcji zastępuje, co jest tej „materii” odpowiednikiem).
Sądzę jednak, że uświadomienie sobie tego pomogłoby nam w odnalezieniu się w świecie i w życiu. Dzięki tej pogłębionej świadomości łatwiej byłoby nam ten świat „znosić”, rozumieć – może nawet pomogłoby nam wyzbyć się egzystencjalnego lęku, odnaleźć nasze miejsce w ogromie Wszechświata – poczuć z nim pewną jedność. W pewnym sensie, mogłoby to być nawet przeżycie religijne. Pozbawione na dodatek dogmatów.

greydot
Jest taki aforyzm Kisiela: „Gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Z tego wniosek, że durnie rekrutują się jedynie spośród ludzi pewnych, że nie są durniami.”

Nie do końca bym się tu z Kisielem zgodził. Bowiem, według mnie, dureń, który wie, że jest durniem, tym durniem być nie przestaje – jeśli nie zmieni swego postępowania.
Jednakże to prawda: głupiec, który nie widzi własnej głupoty, to najgorszy rodzaj głupca.
Ale czy nie jest tak, że większość z nas nie dostrzega własnej głupoty? Bo przecież żaden człowiek nie jest zupełnie od tej głupoty wolny.

greydot
Nasze strony rodzinne skłonni jesteśmy postrzegać jako centrum świata, bo tam miały początek nasze jego postrzeganie i poznawanie. Czy tego chcemy czy nie, z tym miejscem związana jest nasza (pierwotna) tożsamość.

Ojczyzna jest tylko jedna. Ale zakotwiczyć można się nie tylko w miejscu naszych narodzin.

greydot
Opozycja: nomadyzm a zadomowienie.
Muszę się przyznać, że mam taką dziwną naturę, która – w zależności od okoliczności – jest mieszaniną zamiłowania zarówno do koczowniczego, jak i osiadłego trybu życia. Czyli mam w sobie zarówno coś z podróżnika, jak i domatora. Bo kiedy jestem w podróży, to lubię te wszystkie migracje i ekscytacje podsycane adrenaliną zdobywcy i eksploratora. A znów kiedy jestem w domu, to lubię domowy komfort, spokój i poczucie bezpieczeństwa jakie dają własne cztery ściany i dach nad głową. I ktoś bliski.

greydot

Schyłek Stanów Zjednoczonych. Czy nie oznaczałby schyłku świata takiego, jaki znamy? Bo przecież ryba psuje się od głowy. Trudno jest jednak snuć analogie z upadkami innych imperiów, bo Ameryka jest jednak w historii ludzkości ewenementem – także ze względu na globalny kontekst naszych czasów, w jaki pchnęła nas niewiarygodnie rozwinięta technologia i rewolucja informatyczna. Dodatkowym problemem jest to, że – jak powiedział w jednym ze swoich wywiadów słynny socjobiolog Edward O. Wilson – mimo że dysponujemy techniką „o boskich możliwościach”, to nadal mamy emocje na poziomie epoki kamienia łupanego, żyjemy z naszą paleolityczną agresją i wojowniczymi popędami, a struktura naszych instytucji przypomina te ze Średniowiecza.
To dlatego wszystko się może zdarzyć – i trudno jest cokolwiek przewidzieć.
Stany Zjednoczone ekonomicznie mogą podupadać przez całe dziesięciolecia i w jakimś sensie ten proces, paradoksalnie, może być swoistą stabilizacją, tzn. przebiegać w miarę stabilnie. A jeśli nie będzie tej stabilności?

Czy Stanom Zjednoczonym może zagrozić ktoś z zewnątrz? Fizycznie – żadnego najeźdźcy nie będzie (Chiny i Rosja za daleko, Indie za słabo zorganizowane, Ameryka Południowa za leniwa, Kanada za mała, Meksyk za słaby…) Wchodzą w grę tylko siły wewnętrzne, które mogą rozsadzić (czy też przeobrazić) Stany Zjednoczone od środka.

greydot
Czasami nurtuje nie pytanie, czy Amerykanie zdolni są do społecznego protestu na szeroką skalę. Pewnie tak – jak każe społeczeństwo. Np. sprzeciw wobec wojny w Wietnamie w latach 60-tych był zakrojony na szeroką skalę, podobnie jak ruch emancypacyjny murzynów na początku tamtej dekady.

Ciekawe jest również to, jak zareagowałyby na taki masowy protest tzw. służby specjalne i policja. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło to przebiegać podobnie, jak np. w Egipcie (choć jak się przekonujemy ostatnio, amerykańscy policjanci są jednak brutalni, czasem nawet zabójczy).

greydot

W „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” Miłosza zadziwia mnie nieco ustęp o „Czarnych”. Miłosz pisał swój esej w latach 60-tych, a wówczas rasistowskie resentymenty były w Ameryce o wiele mocniejsze, niż dzisiaj – i niestety w tekście Miłosza jest to bardzo wyczuwalne. Ot, choćby takie zdanie: „Naprawdę prawie nikt nie lubi Czarnych” – jest jakby z zupełnie innej epoki.
Ale ja się temu za bardzo nie dziwię, bo tacy ludzie, jak Oprah Winfrey, Michael Jackson, Arsenio Hall, Eddie Murphie, Morgan Freeman, Denzel Washington, Michael Jordan, Spike Lee, Whoopi Goldberg, Colin Powell… przyszli później, a gdyby wówczas ktoś wspomniał o czarnym prezydencie, to uznany by został za szaleńca.

Oczywiście nie podejrzewam Miłosza o rasizm, ale język jakim pisze on o Czarnych (myślę, że używa go świadomie i celowo) wydaje mi się jednak językiem dawnej, minionej epoki:
– „tym przeklętym spadkiem kolonialnej Ameryki”
– „to niewolniczo przymilne, to znów aroganckie i bezczelne, niepokojące, bo krzywdzone, zbyt poufałe jeśli nie krzywdzone, przybierało w Europie kształt dwunożnych istot ubranych w wypłowiałe szmaty…”
– „ich człowieczość zresztą nadal jest dla wielu wątpliwa”
– „mój pradziadek mógł być właścicielem całego ich stada”
– „nie nauczyli się żadnego języka, zmieniając angielski w śmieszny dialekt”
– „te istoty celujące tylko na sportowym boisku, poza tym niezdolne skorzystać z równych szans i dostać minimum dobrych stopni”
– „Nienawistni. Nie można wkupić się we względy Czarnych, jeżeli ma się białą skórę, i nie mam zamiaru tego próbować”
– „Jak więc przyjąć ten wzorzec, murzyński, zwierzęcego ciepła, ciągłego wzajemnego dotyku, natręctwa, niedbalstwa, lenistwa, lekkomyślności?”

W pewnym momencie Miłosz pisze nawet: „poza tym niech sobie robią co chcą, byle dalej ode mnie.”
Przy czym on to pisze w taki sposób trochę asekuracyjny: niby od siebie, niby w imieniu stereotypów i tendencji myślenia o Czarnych, panujących wówczas wśród Białych – tak, że w końcu nie wiadomo, czy to są jego myśli i odczucia, czy nie. A jednak ta litania, którą powyżej wymieniłem, wydaje się być dzisiaj już anachronizmem. Oprócz jakichś strasznych, zacofanych zaścianków, nikt już obecnie – w społecznej skali – tak o murzynach nie myśli, a tym bardziej – nie wypowiada.
Sądzę, że Miłosz to wszystko pisał pod presją ówczesnych niepokojów społecznych, związanych konkretnie z rebelią Czarnych Panter, (która odbywała się właściwie tuż obok, w jego sąsiedztwie, bo siedziba Czarnych Panter, Oakland, graniczy z Berkeley, gdzie na Uniwersytecie wykładał Miłosz). To chyba dużo tłumaczy i wyjaśnia.

greydot
Myślę, że współczesne obawy ludzi przed łatką “rasisty” ewentualnie “antysemity” są czkawką po czasach, kiedy rasizm i antysemityzm był na porządku dziennym i jakoś nikt się tym za bardzo nie przejmował (z wyjątkiem garstki sprawiedliwych).
Warto też odróżniać prawdziwy rasizm i antysemityzm od krytyki pewnych zachowań społecznych, politycznych i obyczajowych, ale to trudne – choćby dlatego, że nie wiemy jakie są intencje i co się za taką krytyką kryje (a niestety, dość często, rzeczywiście kryje się coś brzydkiego). Wydaje mi się jednak, że zawsze, w końcu, rasista czy rasowy antysemita zdradzi swoją prawdziwą twarz.

greydot

Od dawna sądzę, że bez kultury nie byłoby okrucieństwa. Jest ono bowiem jej rewersem, antynomią, rozeźlonym odbiciem. Istnieje na zasadzie opozycji, wypaczenia, kontry, degeneracji…Innymi słowy: okrucieństwo i zło może istnieć tylko w kontekście kultury jaką stworzył człowiek. Zwierzęta są bez kultury, dlatego nie mogą być okrutne. To jest jednak zdumiewający paradoks.

greydot
W czasie mojej podróży do Nepalu, w jednej z dzielnic Katmandu, uderzył mnie widok domu z olbrzymim bannerem przedstawiającym portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. Jak się okazało, nie była to żadna dekoracja do filmu o komunistycznym kulcie jednostki z akcją rozgrywającą się w jakiejś zamierzchłej przeszłości, tylko współczesna siedziba jednego z biur partii maoistowskiej w Nepalu.
Muszę przyznać, że widok ten był dla mnie małym szokiem. Bowiem wydawać by się mogło, że Marks, Engels, a zwłaszcza Lenin, Stalin i Mao to do cna przejrzane i skompromitowane indywidua, których myśli i działania doprowadziły (pośrednio lub bezpośrednio) do masowych śmierci i ludobójstw, które pochłonęły dziesiątki milionów ofiar, a tu – w XXI wieku – wystawia się im jeszcze takie oto ołtarzyki, uznając za swoich bohaterów, mistrzów i nauczycieli.
Rodzą się tutaj pytania: Jakim nurtem podąża historyczna pamięć? Jakie są przyczyny społecznej ślepoty wydającej ludzi na żer autokratów i demagogów? Dlaczego zbrodnia nie odstrasza narodu, a wręcz przeciwnie – bywa nawet czymś, co go konsoliduje?
Czy to wszystko jest tylko sprawą perspektywy, z jakiej się patrzy na świat? Jeśli tak, to dlaczego zabija się przy tym wyobraźnię i elementarną zdolność rozróżniania dobra od zła?

greydot
Ktoś na moim blogu napisał: „Wiara w Boga, bogów czy ogólnie wiara w to, że wszechświatem porusza jakaś określona siła typu ‚coś w tym musi być’ jest dla mnie w dzisiejszych czasach przejawem lęku przed Niewiedzą. Wolimy naiwność dziecka niż ‚puste miejsce’. Wychowałam się w otoczce i wartościach katolickich (chrzest, komunia, katechezy oraz przejawy dziecięcej dewocji). Dziś, jako 40-letnia osoba, nie potrafiłabym inaczej zdefiniować siebie niż ‚ateistka’, dla której raczej popędem współczesnej myśli jest Niewiara i poszukiwanie własnej filozofii, wartości w nieokreślonym ich zbiorze życia. Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga, bogów (religie), wydaje się anachronizmem i jest niewystarczalna, jeśli nie sprzeczna z tym co wiemy, widzimy, czujemy. Ja wkładam w to ‚puste miejsce’ odkrywanie świata, poznawanie zmysłowe, intelektualne, każde. To całkiem Nieskończony proces i ciekawe zajęcie…”

Na co odpowiedziałem: Wydaje mi się, że np. pisanie takich słów, jak Niewiedza, Niewiara z dużej litery jest właśnie przejawem tego samego anachronizmu, o który oskarżasz wiarę w Boga. Jest w tym jakieś… bałwochwalstwo, tyle że à rebours. Piszesz: „Wobec odkryć naukowych i dzisiejszej świadomości, wiara w Boga wydaje się anachronizmem”. Zważ jednak, że to Tobie tak się „wydaje”. Setkom milionów ludzi – jeśli nie miliardom – na całym świecie tak się nie wydaje. I właśnie to, co „wiedzą, widzą i czują” powoduje, że wierzą w Boga, czy też w jakiś byt metafizyczny, który Bogiem nazwać można. Nie chcę już przypominać oczywistości, że ludźmi „wierzącymi” są również naukowcy, astrofizycy, biolodzy, matematycy… ludzie wybitnie inteligentni, których doprawdy trudno byłoby nazwać „naiwnymi dziećmi”, nieukami czy ignorantami.

Według mnie ateizm nie jest wcale jakimś wyższym, bardziej świadomym, dojrzałym – i mniej naiwnym – stanem ludzkiej świadomości. Wręcz przeciwnie – myślę, że to w ludziach wierzących jest jakaś… „pełnia”, której brakuje zadeklarowanym ateistom, od których czasem wieje jakimś dziwnych chłodem – przynajmniej ja to tak odczuwam. Wyznanie wiary jest mi czymś bliższym – albo, innymi słowy: wydaje mi się być czymś bardziej „ludzkim” (choć sam uważam się raczej za agnostyka) – niż wyznanie Niewiary (bo tym jest właśnie wg mnie zadeklarowany ateizm).

Wyznanie wiary jest ze swej natury aktem pozytywnym, zaś niewiary – negatywnym (abstrahując od etycznego wartościowania tychże aktów).

Ponadto, jeśli nie wierzymy, to czy musimy od razu tę naszą „Niewiarę” obwieszczać – i to z duże litery? Po co? Jest w tym coś deprymującego, negatywnego, może nawet depresyjnego… zwłaszcza dla ludzi wierzących.
Jednakże zdaję sobie sprawę z tego, że to, co tu piszę, jest subiektywne i nie roszczę sobie prawa do posiadania pod tym względem jakiejś uniwersalnej racji – ktoś inny może odczuwać (myśleć) coś zupełnie innego i będzie to równie usprawiedliwione. Mimo tego wszystkiego, co napisałem, (a może właśnie dlatego?) nie chcę dzielić ludzi na „wierzących” i „ateistów”. Istnieją dla mnie ważniejsze kryteria.

PS. Nie sądzę, że „popędem współczesnej myśli jest Niewiara”. Jest nim właśnie pęd do wiedzy – czyli niejako negatyw niewiary.

greydot
Ciekawy jest stosunek człowieka do mitu, bowiem może on funkcjonować w ludzkiej świadomości na wiele różnych sposobów: jako wiara, umowność, udawanie, wiedza… w formie dogmatu, metafory… na niwie poezji, sztuki, literatury, marzenia, religii… W pewnym sensie całą naszą kulturę uznać można ze pewną formę mitu. Mało tego: może nawet nasze człowieczeństwo jest takim emancypacyjnym mitem, który pozwala nam odróżnić się od zwierząt?

greydot
Nikt nie jest odporny na siłę mitologii. Nawet ten, kto będzie temu solennie zaprzeczał. Tu nawet nie tyle chodzi o odporność, co konieczność.

greydot
Paradoksalnie, kiedy człowiek uzyskał świadomość samego siebie, został niejako odseparowany od swojego wnętrza. Wyszedł poza nie, ale do tego wnętrza zaczął tęsknić. (Tego problemu, jak mi się wydaje, nie mają zwierzęta.) Innymi słowy, człowiek stworzył kulturę, ale utracił przez to kontakt ze swoim wnętrzem. To ciekawe – zapętlające się nieco i przewrotne – bo kultura w dużej części polega właśnie na poszukiwaniu przez człowieka własnego wnętrza. Niestety, wydaje mi się, że odkąd przestaliśmy być zwierzętami, czujemy się cokolwiek nieswojo.
greydot
Cytat: „Wydaje się, że współczesny świat coraz bardziej preferuje typ człowieka ‚anonimowego indywidualisty’, osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem. Człowiek taki żyje pozornymi wrażeniami i przyjmuje styl życia innych, podporządkowując się modzie, ulegając konsumpcji, żyje kosztem otoczenia. Nie posiada własnego zdania, a swoje argumenty opiera na przekonaniach lansowanych w mediach. Wprawdzie dzielnie trzyma w górze swój sztandar, jednak jego kolory zmieniają się w zależności od zdania ogółu. Nie wytęża wzroku, aby spojrzeć głębiej i dalej, nie wsłuchuje się, by usłyszeć wyraźniej.”

Wbrew pozorom określenie „anonimowego indywidualisty”, jako „osoby, która nie potrafi samodzielnie myśleć, nie żyje swoim własnym życiem” ma swoją logikę. Kluczem do zrozumienia tego paradoksu człowieka indywidualisty, a zarazem takiego, który zachowuje się stadnie, jest określenie „pozornymi”. Czyli właściwie jest to złudzenie indywidualizmu, bo człowiek taki, mając przeświadczenie, że idzie za własnym oryginalnym wyborem, w rzeczywistości powiela „oryginalność”, którą przejawiają (i którą łudzą się) podobni jemu „indywidualiści”. To jest doskonale widoczne choćby w reklamach, które zapewniają potencjalnego konsumenta, że jest on jeden, jedyny i niepowtarzalny – właśnie „oryginalny” – a w rzeczywistości (kierując to samo przesłanie do setek tysięcy ludzi), chcą go przygiąć do określonego szablonu i narzucić mu pewien wzorzec zachowań. I to się niestety specom od marketingu i konsumerskiej propagandy udaje.
Podobnie jest w subkulturach: np. tzw. „hipsterzy”, z których każdy chce być wielką indywidualnością i oryginalnością, w rzeczywistości upodabniają się – w sposób mimikryczny – do swojego otoczenia (zachowując przy tym złudzenie swojej wyjątkowości i indywidualizmu, oraz poczucie tego, że się „wyróżniają”)

greydot
Nie zawsze gorsza rzecz wypiera lepszą – częściej jednak to co naprawdę dobre, w końcu się wybija i utrwala (na przestrzeni wieków) jako pewna niezbywalna wartość kulturowa (vide: malarstwo, muzyka, rzeźba, literatura…) Przy czym, tak się działo do XIX-go stulecia, zanim nie pojawił się modernizm i nie porozbijał wszystkich obowiązujących (i używanych) dotychczas kanonów. Później wartościowanie sztuki się pogubiło (pogłębił to jeszcze bardziej postmodernizm) i dzisiaj rzeczywiście ludzie mają wielki problem z oceną tego, co jest dobre a co złe (ulegając szarlatanerii, manipulacji, merkantylizmowi, wmówieniu… przez co, niestety, często wygrywa badziewie i hucpa – odnosi się to zwłaszcza do sztuki współczesnej).
Dla mnie najważniejszy jest AUTENTYZM odbioru kultury i sztuki. Inaczej mówiąc, uczestnictwo w kulturze i sztuce musi być szczere. Bo jeśli takie nie jest, to mamy tylko pozę, snobizm, pozór i udawanie.

greydot

Niestety, wydaje mi się, że jeśli chodzi o sztukę poza-mainstreamową, więcej jest udawaczy, niż autentycznych miłośników (odbiorców) kultury. Dochodzi jeszcze do tego pewien rytuał jej konsumpcji. Wobec tego nie dziwi tak bardzo to, że ktoś, kto naprawdę lubi (kocha) muzykę klasyczną, operę, jazz, balet… nie chce się z tym obnosić i afiszować, co najwyżej podzielić się swoim hobby (zamiłowaniem, pasją) z innymi, czującymi (myślącymi) podobnie.
Nie chce, ale i też nie czuje większej potrzeby takiej manifestacji – wszem i wobec – swoich upodobań, zainteresowań i gustu. I to właśnie świadczy o ich autentyzmie.
A jeśli ktoś, będąc „konsumentem” kultury „wyższej”, wstydzi się tego, że i na „nizinach” coś mu się podoba, to poświadcza tylko swoją własną niepewność co do istoty i autentyzmu swojego odbioru kultury i sztuki, podlegającego przecież jego własnym gustom i zainteresowaniom, (które tym samym również mogą być przez to zakwestionowane).

greydot

Ludzie oczekują powtarzalności, bo to im głaszcze utarte kanały percepcji. To jest w sumie ucieczka przed refleksją i głębszą myślą – jedna z cech masowej konsumpcji.
Cóż, jako gatunek, jesteśmy pochłaniaczami i przeżuwaczami trawiącymi w kółko tę samą karmę.

greydot

Podoba mi się takie podejście do kultury, w którym człowiek poddaje się własnemu doświadczeniu – ma zaufanie do własnej wrażliwości, nerwów, inteligencji i serca – ale i jest otwarty na to, co nowe i być może trudniejsze w odbiorze, bo nie poddające się utartym zainteresowaniom i gustom.
Ten wysiłek jest jednak istotny, bo dzięki niemu możemy własne zainteresowania rozwijać, posuwać się do przodu w przeżywaniu i przyswajaniu czegoś, co może zburzyć nasze „konsumpcyjne” wygodnictwo, przełamać schematy, rutynę, przyzwyczajenia…

greydot

Stanisław Ignacy Witkiewicz w „Nowych formach w malarstwie i wynikających stąd nieporozumieniach” pisze: „Widzimy, że dzieła sztuki i odpowiadające im wrażenia artystyczne możemy uszeregować według wzrastającej komplikacji ich elementów i intensywności estetycznego zadowolenia i że to, co nazywamy Sztuką, będzie leżeć gdzieś w środku tego szeregu, a sfera jej będzie niezupełnie ściśle określona, zależnie od osobników, tworzących i przyjmujących wrażenia. Chodzi tylko o to, aby móc mówić o tych samych jakościowo wrażeniach, o konstrukcji jakości, o Czystej Formie, o uczuciu metafizycznym, nie marząc o ścisłym podziale, niemożliwym z powodu względności i subiektywności panującej w tej sferze, ale i nie mieszając w niej elementów zupełnie jej obcych. Jednak dla 95% „zdrowo myślących ludzi” sfera, o której mówimy, jest czystym urojeniem, wytworem chorej wyobraźni natur przewrotnych – tak wielką jest sugestia poczętego w czasach renesansu i dziś zamierającego realizmu w malarstwie, tej zupełnie nieistotnej jego odnogi, powstałej na tle odrodzenia naturalistycznej rzeźby greckiej i olejnego malowania, zdolnego do naśladowania wszystkich stanów natury, tego działu, który ze sztuką malarską ma tyle tylko wspólnego, że używa się i tam, i tu jednych i tych samych środków, farb, pędzli itp., ale do zupełnie innych celów.”

Podział sztuki na różne zbiory, kategorie i rodzaje ma oczywiście sens (bo człowiek ma skłonności do tego, by wszystko nazywać, segregować, porządkować… ułatwia mu to bowiem orientację w świecie), ale tak naprawdę nie ma to większego wpływu na to, jak sztukę odbieramy (no chyba że jesteśmy snobami kierującymi się sztucznie ustalaną hierarchią – wartościowaniem sztuki opartym na kryteriach poza-artystycznych, np. prestiżowych czy merkantylnych).
Bardzo ciekawy cytat z Witkiewicza. Ale też potwierdzający niemożliwość ścisłego określenia linii podziałów sztuki, co jest zrozumiałe, bo już w czasach Witkacego samo pojęcie Sztuki wymknęło się czytelnej kategoryzacji i ścisłej, aprobowanej powszechnie, definicji. Taka była cena modernistycznej rewolucji.
Witkacy był zwolennikiem tzw. Czystej Formy, ubolewał nad zanikiem „uczuć metafizycznych” – nie dziwi więc jego niechęć np. do realizmu, któremu odmawiał racji do bycia częścią sztuki malarskiej. Jednakże, według mnie jest to zbyt daleko posunięty radykalizm.

greydot

Pewne wartości etyczne wydają się nam „ponadczasowe” ale one ponadczasowe nie są, bo wykształciły się w czasie – tak jak kształciła się i sublimowała etycznie nasza kultura i cywilizacja, a wraz z nią system etyczny, który przecież nie jest czymś niezmiennym, a tym bardziej uniwersalnym.
Np. „uniwersalne” według niektórych przykazanie (norma etyczna) „nie zabijaj”, wcale nie jest uniwersalne. Uniwersalna zasada naturalna jest wręcz przeciwna: „zabijaj, kiedy tylko to przynosi ci to korzyść” – i stosuje się do niej cała Natura, co widać aż nadto oczywiście, kiedy bliżej przyglądniemy się temu, co się dzieje w świecie zwierząt.

Również w świecie ludzkim, i to współcześnie, daje się przyzwolenie na zabijanie (wojny, wojsko, drony, „broń”, kara śmierci, obrona własna…) – mordowanie ludzi jest sankcjonowane w wielu przypadkach – więc ochrona ludzkiego życia nie jest wartością uniwersalną. Świadczą o tym również miliony aborcji, (które de facto są likwidowaniem ludzkich zarodków, czyli zabijaniem życia), dokonywanych każdego roku na świecie.

greydotNie podoba mi się ta wojna polsko-polska, w której jedna strona uważa się za oświeconą “elitę” intelektualną, patrzącą z góry na katolicki “nawiedzony” “ciemnogród”, sama nie zauważając swojego prymitywizmu, jaki często przejawia w atakach na ludzi wierzących, Kościół Katolicki i księży.
Nie podoba mi się ten pełen pychy i besserwisserstwa przemądrzały ateizm (którego wielu wyznawców sprawia wrażenie właśnie nawiedzonych), skupiający się jedynie na negatywnej stronie religii, ignorując jej znaczenie pozytywne.
Nie podoba mi się, że taki naukowiec jakim jest Dawkins (“papież” ateistów) staje się de facto ideologiem, który jedzie po religii (i po ludziach wierzących) jak po burej suce…

Wydaje mi się, że tu nie tyle chodzi o wyrażenie swego zdania, ani o polemikę, tylko o zaznaczenie swojej intelektualnej “gnostycznej” wyższości i dalsze utwierdzanie się w swoich jedynie słusznych, nieomylnych poglądach. A jeśli chodzi o tzw. “wojujący” ateizm i jego reprezentantów, to wydaje mi się on jeszcze jedną przesiąkniętą ideologicznie – zabarwioną nawet totalitarnie – sektą.
Niestety.

greydot
Publicysta „Polityki” Jacek Kowalski obdarzył swój blog tytułem „Listy ateisty” oraz mottem z Philipa K. Dicka: “Rzeczywistość to coś, co nie znika, kiedy przestaję w to wierzyć.”

Muszę przyznać, że dość dziwne to motto, jak dla strony zadeklarowanego ateisty. Bo przecież rzeczywistość nie jest domeną wiary tylko percepcji. Nie wierzy się w TO, co się widzi, tylko TO się postrzega i przyjmuje do wiadomości. Na tej podstawie buduje się, czy też gromadzi wiedzę, a nie wiarę.

Właśnie ktoś, kto wierzy w Boga mógłby powiedzieć ateiście: Bóg to jest coś, co nie znika, kiedy przestaje się w niego wierzyć.

greydot

W „Listach ateisty” doszło do małej polemiki między mną a ich autorem. Oto ona:

Ja: Nie segreguję religii na fałszywe i prawdziwe, bo według mnie taki podział jest bez sensu. Piszę to oczywiście jako agnostyk.

Jacek Kowalczyk: „A agnostycyzm to też jakaś religia? Bo niektórzy Polacy podczas spisu powszechnego wpisywali to słowo do rubryki ‚wyznanie’. Czy też pozwala Panu po prostu zawiesić osąd i wszystkie religie traktować równo, wudu i Kościół Scjentologiczny także?

Ja: To jest właśnie to, o czym pisałem: poczucie wyższości i drwina (może nawet ledwie skrywane szyderstwo?) ateisty, który każdy inny światopogląd (nie wykluczający istnienia Boga – o przekonaniu o jego istnieniu nie wspominając) chce nazywać “wyznaniem”, w ten sposób go dyskredytując. Przecież każde dziecko wie, że agnostycyzm nie jest żadnym “wyznaniem”. Jest oświadczeniem, że się nie wie. To już bardziej wyznaniem jest właśnie ateizm, którego wyznawcy wierzą w to, że Boga nie ma. Piszę “wierzą”, bo przecież nie mogą tego wiedzieć na pewno.
Naturalnie piszę “Bóg” w szerszym znaczeniu tego słowa: mając na myśli pewien byt metafizyczny, Ideę Nadrzędną, Zasadę Porządkującą, Moc Sprawczą… etc. (trudno jest mi TO nazwać, bo ujęcie tego w słowa, zważywszy na nasze możliwości – ograniczenia percepcyjne i poznawcze – jest według mnie niemożliwe).
Agnostycyzm, (do którego się – bardziej lub mniej – skłaniam) pozwala mi zawiesić osąd nad religią (unikam osądzania religii jako takiej – czyli jako kulturowego fenomenu, dzięki któremu powstała ludzka cywilizacja) choć naturalnie nie zamykam oczu na jej negatywne strony, czy też skutki.
Oczywiście, że kieruję się swoim systemem etycznym (tak się stało, że wywodzi się on z tradycji judeo-chrześcijańskiej – tego nie mogę zaprzeczyć – choć nie jest on tożsamy z “przykazaniami” jakiegokolwiek kościoła ani nawet z Dekalogiem) i to on wyznacza mój stosunek do pewnych zachowań (faktów) mających swoje źródło w danej religii czy wyznaniu. To właśnie na tym opiera się moja orientacja aksjologiczna jeśli chodzi o różne religie.
W pewnym sensie to także “hierarchizuje” (i praktycznie wartościuje) w mojej świadomości religie.
Dla mnie nie ulega wątpliwości, że powinna istnieć wolność religijna. Ale przecież nikt nie może twierdzić, że wszystkie praktyki religijne mogą być dozwolone. (Dlatego jestem przeciwny np. rytualnemu ubojowi zwierząt, praktykom uszkadzającym ciało – o składaniu ofiar z ludzi nie wspominając.) Granice tego, co dozwolone, a co niedozwolone (w praktykach religijnych) powinno wytyczać prawo (ja np. akceptuję w zasadzie te jurysdykcje, jakie wypracowały sobie demokracje liberalne świata zachodniego – bez wątpienia opierającego się głównie na tradycji judeo-chrześcijańskiej, ale też oświeceniowej – zgodne także z zasadami społeczeństwa obywatelskiego i otwartego).
To nie jest więc tak, że ja się pozbawiam możliwości nazwania pewnych praktyk religijnych (czy też zachowań, które mają swoje źródło w wyznawanej religii) bzdurą, a nawet (w ekstremalnych przypadkach) zbrodnią.

Jacek Kowalczyk: Czyli totalny miszmasz – religie ogólnie są lepsze od ateizmu, bo zaspokajają ludzką potrzebę mitu, nauka nie odpowiada na pytania metafizyczne (choć ani musi, ani chce), ale za to Pan z pozycji jednej z religii (źródła judeo-chrześcijańskie) może oceniać jako wartościowe lub nie inne religie (nawet jako zbrodnicze), odwołując się przy tym do społeczeństwa obywatelskiego i otwartego ufundowanego na projekcie oświeceniowym, odrzucającym religię jako źródło stanowienia prawa. A dzięki agnostycyzmowi może Pan unikać przesądzania o istnieniu świata duchowego.
No i pięknie! Tak też da się żyć. Ale po co od razu wyzywać ateistów od fanatyków?

Ja: Mój zarzut o fanatyzm odnosi się do tych, którzy wojują z religią pod sztandarem ateizmu, obnosząc się z tym swoim ateizmem jak z jedynie słusznym światopoglądem. Zamiast przyznać się do tego, że nie wiedzą, są pewni, że wiedzą.

greydot
Kilka cytatów a propos powyższej dyskusji:

„Ateista podobnie jak chrześcijanin, utrzymuje, że wiemy, czy bóg jest czy go nie ma: chrześcijanin twierdzi, że wiemy, iż bóg jest, ateista – że wiemy, iż go nie ma. Tymczasem agnostyk zawiesza sąd, utrzymując, że nie ma dostatecznych podstaw, by przyjąć lub zaprzeczyć istnieniu boga.”
(Bertrand Russell)

„Ateizm to także postawa religijna. Szczery ateista myśli o Bogu bezustannie, choć istotnie w terminach negacji. Zatem ateizm jest formą wiary. Gdyby ateista naprawdę nie wierzył, nie przejmowałby się (wiarą innych) lub nie przejmowałaby się zaprzeczaniem.”
(Terry Pratchett)

greydot
Warto wspomnieć, że “papież” ateistów Richard Dawkins w swojej książce “Bóg urojony” (nota bene tytuł równie zwodniczy i niewydarzony, jak “Samolubny gen”) także nie wyklucza istnienia Boga (jednakże to wymaga nie tylko przeczytania książki Dawkinsa, ale przeczytania jej ze zrozumieniem, co dla niedouczonego i zacietrzewionego fanatyka ateizmu może być wysiłkiem ponad siły i intelektualne możliwości).

greydot
Obsesja religią: dość powszechna u ateistów.

greydot
Kryzys uchodźczy w Europie, zalew migrantów… Wśród niektórych Europejczyków lęk przed „Innym” nabiera znamion histerii.
Ja bym jednak nie demonizował “obcych”. W Stanach, w pewnym sensie są sami “obcy” i jakoś nie ma tu większych spięć na tle etnicznym czy religijnym. Jeśli są konflikty to z powodów ekonomicznych, a nie ideologicznych (a do takich zaliczam konflikty religijne). Wydaje mi się zresztą, że dotychczasowe “spięcia” w Europie (Wielka Brytania, Francja a nawet Szwecja) z udziałem “czarnych” czy też muzułmanów, również miały przede wszystkim przyczyny ekonomiczne: był to właściwie protest “prekariatu” – “biedoty”, młodych ludzi bez perspektyw, grup “upośledzonych” konsumpcyjnie – przeciwko “systemowi”, który (według nich) ich dyskryminuje i pozbawia lepszych warunków życia (pracy, rozwoju i konsumpcji).

To nie religia zabija, ale fanatycy (a fanatyzm jest moim zdaniem religijną, czy też ideologiczną patologią), ludzie zdesperowani, niestabilni psychicznie, opętani agresją… Także – jeśli chodzi o agresję na większą skalę – ci, którzy chcą zdobyć władzę, kontrolę nad innymi (podboje kolonialne, wojny krzyżowe i terytorialne, wreszcie takie zbrodnicze fenomeny, jak ISIS). W wojnach, które nazywamy “religijnymi”, także chodziło o zdobycie władzy (a tym samym bogactwa – środków, zasobów, terytoriów), a nie o dogmaty, które większość rządzących (włącznie z niektórymi papieżami) miała w… głębokim poważaniu.
Religia zawsze była narzędziem (pretekstem, “usprawiedliwieniem”) zdobywania władzy, bogactwa, kontroli nad innymi (w rzeczywistości motywy ekonomiczne i polityczne zawsze dominowały nad motywami religijnymi).
Papiestwo, jak również cała europejska “wierchuszka” królewska (wszystkie te nadęte, degenerujące się dynastie), która sprawowała w Europie władzę przez kilkanaście stuleci, dokonała niejako “kidnapingu” idei chrześcijańskiej (utożsamianej z nauką Jezusa Chrystusa), zamieniając ją w praktyce w jej przeciwieństwo (utrzymywanie więc, jak robią to niektórzy, że to chrześcijaństwo ma największe zbrodnie na swoim sumieniu, jest według mnie nie tylko nieuczciwe, ale i niemądre – a już twierdzenie, że faszyzm był ruchem “chrześcijańskim” jest zupełną głupotą, wynikającą najprawdopodobniej ze ślepej nienawiści do wszystkiego, co “chrześcijańskie”).

„Chrześcijanie”, którzy mordują innych dla swoich celów (politycznych, ekonomicznych, a nawet – czy może nawet zwłaszcza – religijnych) stają się niczym innym, jak “chrześcijanami” nominalnymi – nic z nauką Chrystusa (uosabiającego sobą łagodność, miłosierdzie, prostotę, altruizm…) nie mającymi wspólnego.
Zresztą, więcej można zrozumieć, jeśli chodzi o agresywne zachowanie Homo sapiens (jako gatunku en bloc), skupiając się na jego genetycznym zaprogramowaniu i prehistorycznym dziedzictwie, niż na ideologiach, które on wymyślał.

greydot
Nie ma większego sensu porównywanie motywów “agresywnych” obecnych w Nowym Testamencie i w Koranie. W pierwszym nie ma ich prawie wcale, w drugim można ułożyć z tychże całą litanię.
Jest więc różnica w “temperamencie” (poziomie) agresji między normatywnością religijną chrześcijańską a muzułmańską (i myślę, że to co piszę jest obiektywne, mimo że sam się bardziej utożsamiam z etyką chrześcijańską, niż z szariatem).
Naturalnie odmienność ta nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o wpływ “wiary” na zachowanie i obyczajowość społeczności (a w większej skali: społeczeństw) chrześcijańskich i muzułmańskich, nie jest jednak według mnie czymś przesądzającym, radykalnym – uniemożliwiającym pokojowe współistnienie chrześcijan i muzułmanów. Ale pod warunkiem, że nie przyjmą oni postawy ortodoksyjnej, fundamentalistycznej – o fanatycznej nie wspominając. To zresztą stałoby w sprzeczności z prawodawstwem państw europejskich (mimo, że cywilizacja europejska uważana jest w głównym swoim zrębie za “chrześcijańską” czy też “judeo-chrześcijańską”), gdzie jednak rozdział kościoła (a tym bardziej “meczetu”) od państwa powinien już być cywilizacyjnym standardem.

greydot

W jednej z gazet ktoś wysmażył artykuł nadając mu tytuł: „Islam zabija”. Moim zdaniem jest to nadużycie. Według mnie istnieje bardzo mocny argument za tym, że to nie religia (i jej tzw. “prawdy” wiary) decyduje o tym, że człowiek staje się dyszącym mordem osobnikiem, “maszyną do zabijania”; o tym, że jedno państwo (naród) napada na drugie, dokonując przy tym ludobójstwa, często na masową skalę. Oto bowiem, jak świadczą o tym fakty, cywilizacja “nasza”, zachodnia (ponoć “chrześcijańska” a więc – normatywnie przynajmniej – bardziej “humanitarna”, nie-barbarzyńska, “miłosierna”) jest odpowiedzialna za największe zbrodnie ludobójstwa w historii ludzkości (wydaje mi się, że walnie przyczyniło się do tego po prostu techniczne zaawansowanie Zachodu – biorąc pod uwagę stan z XX wieku – ale przede wszystkim jednak kolonializm i ambicje mocarstwowe takich państw zachodnich jak Niemcy, Anglia, Francja i – last but not the least – Stany Zjednoczone).

Czy ta agresywna ekspansywność ma cokolwiek wspólnego z naukami łagodnego syna cieśli z Nazaretu?
W moim pojęciu prawdziwe chrześcijaństwo jest związane z tym co głosił Jezus, a nie z tym co wyczyniali chrześcijanie “nominalni” – de facto uzurpatorzy chrześcijaństwa, którzy w praktyce istotę chrześcijańskości obracali często w jej przeciwieństwo – zwłaszcza kiedy mordowali i podbijali gwałtem innych ludzi. Dlatego utrzymywanie, że to chrześcijaństwo (wiara chrześcijańska) było najbardziej zabójczą religią w dziejach ludzkości jest po prostu nieuczciwe i – mówiąc delikatnie – niemądre.

greydot
Wpływ chrześcijaństwa na losy świata nie brał się z tego, co głosił Jezus, lecz bardziej z tego, co wyczyniali chrześcijanie – jak ich nazywam – „nominalni”. Chrześcijanie nominalni tworzyli chrześcijaństwo nominalne – i to ono wpływało na losy świata. Ludzie, którzy naprawdę kierowali się nauką Chrystusa nie mieli żadnego wpływu na politykę, na wyczyny państw i narodów mieniących się “chrześcijańskimi”.

W ostatecznym rozrachunku zawsze odpowiedzialni są ludzie – a nie ideologie. Zwłaszcza te utopijne. Tak więc to nie religia (ideologia) zabija. Zabijają ludzie. To stwierdzenie nie jest odkrywcze ani nieodkrywcze. Jest po prostu stwierdzeniem oczywistego faktu.

greydot.

Advertisements

komentarze 33 to “POD RĘKĘ Z SZYMPANSEM”

  1. avemi Says:

    wiele wspaniałych – myśli zapisanych literami :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem, czy wspaniałych.
      Dla mnie w każdym razie ważnych.

      • avemi Says:

        pomyślałam o świecie tym nazwanym i zapisanym ;) bez słów są jeszcze inne doznania :)
        Jeśli nie ma Miłości to nie ma Boga…
        Seks – doznanie rzeczywiste, które zmienia wymiary … :)
        Rozpad – brak więzi wewnętrznej i siły działania z tego wynikająca…
        Rzeczywistość – wygląda inaczej ubrana w wyobraźnię każdego z nas…

        pozdrawiam :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Miłość istnieje. Bez względu na istnienie czy nieistnienie Boga.

          Seks jest doznaniem rzeczywistym, ale już erotyzm takim być nie musi, bo choć jest odczuwalny, to może być czymś ezoterycznym, „wyobrażonym” – związanym nie tylko z naszymi zmysłami, ale i z myślą.

          Rozpad – związany jest chyba często z przemijaniem.

          Rzeczywistość – czyli to, jak się rzeczy jawią – jest przez każdego z nas postrzegana inaczej. Wyobraźnia pomaga nam w uchwyceniu tego obrazu, ale jest też źródłem naszych iluzji.

        • avemi Says:

          też ładny punkt widzenia :)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wydaje mi się, że ateiści i wierzący przebywają na dwóch różnych poziomach i dlatego trudno jest się im porozumieć. Nie mogą przyznać sobie nawzajem racji, bo wtedy zarówno ich ateizm, jak i wiara w Boga stałyby się zakwestionowane przez nich samych.
      To prawda, że w dzisiejszych czasach znacznie więcej ludzi traci wiarę, niż się nawraca. Ale to również dlatego, że utrata wiary jest czymś biernym (choć niektórzy ludzie przeżywają to tak, jakby ich niebo stawało w płomieniach), natomiast nawrócenie wymaga znacznego wysiłku, może nawet czegoś w rodzaju wewnętrzne rewolucji.

  2. guesswho Says:

    Dużo tego. Trudno przełknąć za jednym razem.
    Ale ciekawe, ciekawe…

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ten wpis składa się z luźno powiązanych zapisków, wypowiedzi, komentarzy… i jest tego sporo, więc nawet nie oczekuję tego, by wszyscy to czytali jednym cięgiem. Do tego, bo o czymś podyskutować, wystarczy skupić się na jakimś jednym akapicie, nawiązać do któregoś z wątków.
      W tym wpisie poruszam kilka dla mnie spraw istotnych, które wcale nie muszą być istotne dla kogoś innego. Ja jednak uważam, że są one ważne dla współczesnego świata i dla naszego życia w tym świecie.

      PS. Pewnie, że trudno jest przełknąć to wszystko za jednym gryzem. Ale przecież można to jakoś podgryzać, może nawet smakować… Łatwiej wtedy o lepsze trawienie ;)

  3. liritio Says:

    Ciężko za jednym zamachem wczytać się w całość, tyle przemyśleń. Uznajmy, że wnikałam w co drugie, mam nadzieję, że Cię to nie urazi.

    Wiara, ideologie, ewolucja, w tym wszystkim tkwi dokładnie ten sam problem, że ludzie robią to, na co im pozwolą inni ludzie, z tym że zawsze ktoś musi być tym pierwszym. I niezmiennie mnie zadziwia, że pojedyncze osoby nie myślą same za siebie, a z drugiej strony mam (dość przykrą) świadomość tego, że moja moralność i ramy zachowań są w całości uwiązane do lokalnej kultury, w której miałam szczęście się urodzić i wychowywać. A jak odebrać człowiekowi to wychowanie w społecznych normach, jest jak zwierzątko, tyle że możliwości ma znacznie większe. I to nie jest zła rzecz, gdyby nie ludzkie wyrachowanie, które robi z głupca mordercę. I wszyscy się boimy siebie nawzajem.

    Taka miłość, o czym pisałeś na początku, podporządkowana kulturze, bo jaki mąż ukamienuje żonę za to, że sąsiad ją zgwałcił? Ze złości i przyzwolenia? Ja sobie nie wyobrażam w ogóle aż takiej nienawiści, żeby kogoś zabić, tutaj wejdzie racjonalizacja wzięta z codziennego otoczenia. Ale wyobrażam sobie aż taką złość, taką chwilę, kiedy racjonalizacja nie nadąży za czynem.

    A zwierzętom moralności nie potrzeba, nie działają irracjonalnie i chociaż jestem wielką zwolenniczką przykładania odcieni szarości do wszystkiego, akurat tylko ludzie potrzebują takiej szarej skali. Zwierzęta, natura, tam wszystko jest czarno-białe. Przeżyć, podstawa, stado czy jednostka, wszystko ma swoje uzasadnienie. Nie są okrutne, nie są bezsensowne, może anomalie występują, ale ogółem natura się normuje i działa, o ile jej nie przeszkadzamy. A przeszkadzamy paskudnie. Tyle że, nie da się zaprzeczyć, w naturze podziały są okrutne same w sobie, niezmiennie drapieżnik i ofiara, tylko my się wymykamy jako byt ostateczny (ostatecznie agresywny). Ciekawe, że zwierzęta rozprawiają się między sobą raczej „międzygatunkowo”, a my co? Wszyscy tacy sami ludzie, a zarżniemy się za kawałek złota. Może ewolucja nas rozdziela na gatunki? Że Czarny to jedno, Żyd drugie, kobieta trzecie, mężczyzna czwarte, i tak się mieszamy między zbiorami.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To prawda, jesteśmy „uwiązani” do naszej kultury (środowiska kulturowego, w którym wyrośliśmy)… na dobre i na złe. Nie chcę tu wychodzić na moralizatora, ale lepiej byłoby, gdybyśmy starali się te więzy jakoś „korygować”, tzn. bardziej świadomie orientować się na te „na dobre”, niż te „na złe”. Ale to wymaga wysiłku, pewnego uświadomienia, dokonywania wyborów. Niestety, większość z ludzi na to nie stać, płyną więc sobie jak ta rybka z prądem, czasem się tylko dziwiąc, że oto nagle znaleźli się w szambie.
      Ale gdyby nie te oportunistyczne właściwości ludzkiej natury, to pewnie niemożliwe byłoby stworzenie i funkcjonowanie społeczeństwa (plemienia, narodu).

      W sumie to sposób w jaki traktowana jest kobieta w niektórych kulturach, świadczy nie tyle o miłości (czy nienawiści) do niej, co do podejściu do niej jak do przedmiotu – uważanie jej za jakąś patriarchalną własność.

      Zwierzętom moralność nie jest potrzebna, bo obywają się bez kultury (w naszym rozumieniu tego słowa). Z tego wynika wniosek, że kultura nie może się obyć bez etyki – że musi być w tej kulturze nazwane (i odróżniane od siebie) zło i dobro.
      Do tego, by zachowywać się racjonalnie lub irracjonalnie, potrzebny jest rozum. A czy zwierzęta swój rozum mają? Pewnie tak, ale jest to raczej – sorry zwierzątka – „rozumek” opierający się na popędach i instynktach potrzebnych do tego, by przeżyć.
      PS. A jednak w obrębie niektórych gatunków zwierzęta nawzajem się zwalczają i zabijają. W niektórych przypadkach osobniki tego samego gatunku nawet się nawzajem pożerają. Szympansy prowadzą nawet ze sobą coś w rodzaju wojen.

  4. elen Says:

    Hm… Czy na pewno tak daleko od siebie odeszliśmy? ;)

    Nie chcę być złośliwa, ale te chłopak na pewno mógłby sobie pod rękę z szympansem pochodzić ;)))

  5. Dariusz Wiśniewski Says:

    Pogoda jest taka, jaką państwo widzicie za oknem. Chcielibyśmy cieplej i słoneczniej, ale jest tak, jak jest. Nie ma innego chrześcijaństwa, książkowego, wydumanego i przygładzonego, albo jak pan pisze „normatywnego” niż to, które jest. Ja wolę się zastanawiać nad chrześcijaństwem nie normatywnym, tylko tym istniejącym. Czy religie zabijają? To skrót myślowy. Oczywiście, że nie. Ale ten skrót myślowy powstał historycznie. W przeszłości i teraz ludzie się chętnie zabijają, gdy mają pewność, że za nimi stoi Bóg i daje im przyzwolenie. Wtedy, zabijając, służymy Bogu, gdyż to on tak chciał. My wypełniamy tylko jego wolę. Religie więc, dzisiaj bardziej islam, ale jeszcze do niedawna chrześcijaństwo, znosiły z człowieka poczucie winy za popełniane okrucieństwa. Mówiąc inaczej – nie było grzechu. „Bóg jest z nami” – to zawołanie faszystowskich Niemiec, rozwiewające poczucie winy. Fanatyzm? Jest według mnie częścią każdej religii. Dla ateizmu się nie zabija. To rzadkie przypadki. Zgodzi się pan? O ile wiem nie mieliśmy w historii wojen ateistycznych, które pochłonęły 50 mln. istnień. Można być fanatykiem jakiejś cudownej diety, czy sportowych samochodów, ale z tego powodu nikt nie podrzyna gardeł.

    • Simply Says:

      ,,….Dla ateizmu się nie zabija. To rzadkie przypadki. Zgodzi się pan? O ile wiem nie mieliśmy w historii wojen ateistycznych, które pochłonęły 50 mln. istnień….”
      Lol jak stąd na Aldebarana. Propsy m. in. od Mao i Lenina za zaniżanie body count’u.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Właściwie wszystko, co miałbym do powiedzenia w odpowiedzi na pana komentarz, jest już zawarte w moim tekście.
      Ludzie walczą ze sobą, by zdobyć władzę, terytoria i różne bogactwa – by podporządkować sobie swoich rywali – a sama religie zwykle jest tylko tłem, pretekstem, usprawiedliwieniem, usankcjonowaniem tej agresji.
      Ateiści też niestety mordowali. Nie w imię Boga, ale m.in. po to, by wytępić w ludziach wiarę religijną, co zresztą na jedno wychodzi – jeden pretekst (negacja Boga) warty drugiego (Bóg z nami).

      Mimo wszystko chrześcijaństwo wprowadziło do ludzkiej cywilizacji pewne wartości, którym – chcąc nie chcąc – podlegają do tej pory nawet ci, którzy to chrześcijaństwo chcą zwalczać.
      Tym, co dała ludzkości religijność przesiąknięci są nawet ateiści (często sami nie zdając sobie z tego sprawy).

      • Dariusz Wiśniewski Says:

        „Ludzie walczą ze sobą, by zdobyć władzę, terytoria i różne bogactwa – by podporządkować sobie swoich rywali – a sama religie zwykle jest tylko tłem, pretekstem, usprawiedliwieniem, usankcjonowaniem tej agresji”.
        Moje wrażenie: jakby pan czegoś nie chciał dopowiedzieć, panie Błaszczyna. Masowy mord potrzebuje ideologicznego uzasadnienia. Zresztą, jedną z funkcji religii jest właśnie przygotowanie zwykłego człowieka do śmierci w obronie Boga, ojczyzny itd. Bo człowiek nie chce zabijać, ale jeżeli już się decyduje, to musi wierzyć, że robi to dla wielkiego celu. Łatwiej się umiera dla Boga, mówiąc prościej.
        To prawda, że ateiści też uczestniczyli w mordach. Ale znowu, ci którzy zabijali bez żadnych wyrzutów sumienia, zawsze byli ukąszeni jakąś wiarą, niekoniecznie religijną, a to że ich rasa jest dominująca, i jakas inna jej zagraża, a to że trzeba walczyć o przewodnictwo proletariatu, a są narody, które się temu sprzeciwiają itd. Musi być mit, który jest potrzebny, aby ludzie nie wahali się zabić drugiego, zupełnie niewinnego człowieka. Ten mit jest niezmaterializowany. To abstrakcja, która wymaga wiary, aby funkcjonowała. Religie też oferują mity i wskazują często wroga, który swoim istnieniem przeszkadza osiągnąć Królestwo Boże, jakieś idealne państwo. Bo wróg zespala społeczność, czyniąc je wspólnotą i stadem owiec, których pasterzem zostaje Kościół.
        Jasne, dzisiaj jest inaczej, ale jeżeli spojrzy pan na konflikt jugosłowiański, to linie wzdłuż których biegła przemoc są granicami religijnymi. Próba wyjaśnienia maskary w Srebrenicy chęcią rabunku i wzbogacenia się byłaby chyba nieporozumieniem. To była rzeź na tle religijnym.
        Jednym ze skutecznych sposobów, aby nie dopuszczać do konfliktów religijnych to rozdział Państwa i Kościoła, czy wyraźne, prawne odróżnienie sfery prywatnej od publicznej, wprowadzone głównie w wysoce rozwiniętych państwach i demokracjach, gdzie prawo świeckie jest podstawą państwowości. Jestem gorącym zwolennikiem tego rozwiązania. Pozdrawiam.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Nie wiem, czy pan zauważa, ale swoim komentarzem potwierdza tylko to, co wyraziłem w swoim wpisie: że to niekoniecznie wiara religijna leży u źródeł tego, że ludzie ze sobą walczą i się zwalczają. Zwykle nie jest. Bo to równie dobrze może być jakaś ideologia – np. ateistyczna ideologia komunistyczna, czy rasistowsko-faszystowska, która de facto była zaprzeczeniem wiary chrześcijańskiej (sam Hitler mówił, że walczy z chrześcijaństwem, tak samo jak z komunizmem). Niemcy walczyli nie w imię Boga, tylko w imię swojej rasy – o zasoby i Lebensraum – zauroczeni darwinizmem i koncepcją „survival of the fittest”, wpisujący się w zasadę „bellum omnium contra omnes”.

          Zresztą, wpada pan w swoje własne sidła, bo z jednej strony krytykuje pan religię, która jakoby popycha ludzi do ludobójstwa (mając pewnie głównie na uwadze „chrześcijaństwo”), a z drugiej – będąc bezkrytycznym zwolennikiem przyjmowania w Europie muzułmanów – zamyka zupełnie oczy na zagrożenie ze strony wojowniczego islamu, który wraz z migrantami, może przeniknąć do Europy.

          Rzezie w byłej Jugosławii odbywały się nie z powodu różnic religijnych, tylko etnicznych i narodowościowych.

          Również i ja jestem za rozdziałem kościoła od państwa, jestem przeciwny lekcjom religii w szkołach publicznych, nie chcę zbytniego nasycenia sfery publicznej religią… etc. Pluralizm etniczno-wyznaniowy jaki istnieje np. w Stanach Zjednoczonych, mi odpowiada. W naszym rodzinnym kraju nie jest z tym tak łatwo, bo społeczeństwo polskie jest zdecydowanie bardziej homogeniczne, niż amerykańskie.

        • Dariusz Wiśniewski Says:

          O uchodźcach rozmawialiśmy kilka tygodni temu. Pan się wtedy obraził, ponieważ posiłkowałem się esencjonalną myślą Kapuścińskiego, że o stosunku do drugiego człowieka (uchodźcy – moje) decyduje poziom rozwoju społecznego. Skrzyczał mnie pan, abym nie wymachiwał Kapuścińskim przed pana nosem, gdyż pan Kapuścińskiego świetnie zna. Pamięta pan? Ta rozmowa jeszcze wisi w internecie. Później zamieścił pan jeszcze jeden wpis, a następnie go wymazał. Coś się z panem działo. W porządku. Ale przecież odkrycie, że znamy tego samego pisarza, że czytaliśmy jego książki, powinno raczej dać nam zadowolenie, prawda? Ale pan zareagował dość porywczo. Obaj wiemy dlaczego. Myśl Kapuścińskiego zmusza do konfrontacji. To nie tylko myśl,to również pytanie.

          Ja od początku uważałem, że uchodźców trzeba przyjmować, nie tylko zresztą z humanitarnych i demograficznych powodów. Uchodźcy są dla Europy jak szczepionka – początkowo powodująca przykre efekty uboczne – ale chroniąca na przyszłość przed dużo gorszą chorobą. Pan był trochę za, trochę przeciw. Ale temat ten został zamknięty, gdyż pan się obraził. Unikając dalszej konfrontacji.

          Nie rozmawiamy też o dokonaniach chrześcijaństwa i wkładzie w światową kulturę. W poprzednim wpisie poświęcił pan tej sprawie cały paragraf. Z pewnością interesujące, ale może kiedy indziej.

          I jeszcze drobna uwaga, którą może pan zignorować, jeżeli ponownie poczuje się pan dotknięty. Pisze pan, że wpadłem sam w sidła, które zastawiłem na pana. Dużo ciekawiej będzie wyglądała nasza rozmowa, jeżeli pozbędzie się pan myśliwskiej metaforyki. Ja na pana nie poluję z garścią sideł i naładowanym sztucerem. Proszę się nie czuć jak łowna zwierzyna. To nie jest polowanie tylko intelektualna przygoda, czy jak pan chce – popołudniowa rozrywka. To wszystko.

          Przyznaję panu już drugi raz rację, że mordy i grupowe rzezie miały miejsce nie tylko z powodów religijnych. Różne ideologie nacjonalistyczne, komunistyczne, nazistowskie czy rasistowskie też. Pełna zgoda. Ale za uproszczenie uważam pogląd, że głównym motorem masowego mordu jest chęć wzbogacenia się, zagarnięcie mienia, terytorium, a religie czy inne ideologie stoją sobie gdzieś z boku, że niby tworzą tylko tło etc. Nie w przypadku mordów masowych.
          To kwestia wyobraźni, a nie wysiłku intelektualnego.
          Proszę sobie wyobrazić fryzjera i mechanika samochodowego mieszkających gdzieś w niemieckim miasteczku w roku 1939. Ich życie wygląda dobrze. Mają pracę i małe domki. Żona fryzjera jest w ciąży i wkrótce urodzi drugie dziecko. Ich rodziny mieszkają w pobliżu. Oni nie chcą nikogo zabijać, zabierać terytorium i kosztowności. Oni chcą dalej żyć swoim życiem. Ale jest coś, co potrafi tych ludzi poderwać do zbrodniczego czynu, bez poczucia winy i brzemienia grzechu. To wiara. Niekoniecznie religijna. Jeżeli komuś uda się wmówić tym ludziom, że należą do najlepszej rasy na świecie, że celem tej rasy jest dominacja nad światem, i że temu boskiemu przeznaczeniu sprzeciwiają się przykładowo Żydzi, Cyganie, homoseksualiści i Słowianie, to wtedy fryzjer wraz z mechanikiem i wieloma innym porządnymi ludźmi mogą być gotowi do popełnienia zbrodni.

          Ideologie tworzą abstrakty, w które ludzie wierzą. Te abstrakty to nic innego jak pojęcia absolutne, ideały, jak „naród wybrany”, „najwyższa rasa”, Chrystus narodów”, „jedynie prawdziwa religia” „nowy człowiek”, „Królestwo Boże” itd. Wielu ludzi wierzy, że te abstrakty są osiągalne i tylko coś, albo ktoś, stoi temu na przeszkodzie jak Żyd, Słowianie, brudny Arab, burżuj, kułak, Cygan, muzułmański Bośniak itd. Jeżeli ktoś kontroluje te abstrakty, może też sterować namiętnościami mas. Religie od wieków znają tę zależność.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Niepotrzebnie sprowadza pan naszą dyskusję do argumentów ad personam, mówiąc że się obrażam (nieprawda), albo że na pana krzyczę (to też niedorzeczne posądzenie).
          Nie poczułem, że zastawia pan na mnie jakieś sidła, ale napisałem, że wpada pan w swoje własne sidła z jednej strony twierdząc, że religia (wiara) popycha ludzi do gwałtu, a z drugiej ignorując zupełnie zagrożenie Europy ze strony islamistów (bo w pierwszym wypadku jest to zgodne z pana misją ataku na religijność Polaków i przywiązanie do wartości chrześcijańskich, w drugim zaś – zgodne z pańskim bezkrytycznym poparciem dla przyjmowania muzułmanów w Europie).

          Ja, pisząc o rzeczywistych przyczynach wojen, wskazywałem na to, że były one zazwyczaj innej natury, niż religijna (podbój cudzego terytorium, zawładnięcie jego zasobami, podporządkowanie sobie obcej populacji, wrodzona agresja…) Religia była zwykle tłem, usprawiedliwieniem, pretekstem…
          Jeśli zaś chodzi o masowe mordy, to miały one niemal zawsze charakter czystki etnicznej – i znów popychała do tego ludzi nie wiara religijna czy wiara w Boga, tylko chęć eliminacji konkurencyjnego plemienia, nacji… Bóg nie miał z tym nic wspólnego. Religia mogła być czynnikiem konsolidującym, ale nie sprawczym.

          Pełna zgoda, co do zaczadzenia ideologią – w tym religijnym fanatyzmem. Ale wtedy mamy do czynienia raczej z patologią, niż normą (bo przecież to jest normalne, że ludzie jakieś wartości i przekonania mają, jakiś światopogląd wyznają a nawet, że są wyznawcami jakiejś religii i chcą ją praktykować – przecież to wszystko jest elementem kultury liberalnej, którą obaj chyba cenimy i w której chcemy żyć).

          Pisze pan: „Ale jest coś, co potrafi tych ludzi (zwykłych) poderwać do zbrodniczego czynu, bez poczucia winy i brzemienia grzechu. To wiara. Niekoniecznie religijna.”
          No właśnie – NIEKONIECZNIE RELIGIJNA. Czyli to nie wynika z natury człowieka jako tego Homo religiosus tylko jego podatności na propagandę ideologiczną w różnej postaci, NIEKONIECZNIE RELIGIJNEJ.
          Według mnie bardziej należy to obwiniać plemienność, konformizm i oportunizm, trzymanie się własnej grupy interesów – NIEKONIECZNIE RELIGIJNOŚĆ.
          Człowiek ma to do siebie, że prawdziwe motywy swojego postępowania, skrywa za jakimś przebraniem.
          Często te motywy są banalne – stąd koncepcja Hanny Arendt o banalności zła.

  6. Rataj Says:

    MARSZ POLSKICH ATEISTÓW – DZIEJE SIĘ

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To taka walka o przestrzeń światopoglądową – jakby nie można było żyć obok siebie w zgodzie bez względu na wiarę i światopogląd.
      Moim zdaniem wiara, podobnie jak ateizm, nie powinna być domeną publiczną, narzuconą całemu społeczeństwu.

      Podobnie jak jestem za oddzieleniem religii od państwa, jestem także za oddzieleniem ateizmu od państwa.

  7. sarna Says:

    Wpadłeś jak W. we własne sidła – choć czy wpadł kto wie, w pewnej rozmowie kilkakrotnie podkreślał rangę balansu jako regulatora. Czasami czucie i wiara silniej mówi niż mędrca szkiełko i oko, a życiowy pragmatyzm często jest uzasadniony, wskazany i wręcz pożądany.

    Co do twoich przemyśleń na zasadzie ‚krok do przodu, dwa do tyłu’ piszesz np.;
    – ”Oczywiście, że jest to uogólnienie i są tacy, którzy rzeczywiście w swoim myśleniu są naprawdę niezależni, odważni, niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym. Lecz wydaje mi się, że takich ludzi jest jednak bardzo mało. I nie jest to sprawa ewolucji człowieka (jako gatunku), ale raczej indywidualnego rozwoju umysłowego – czyli „ewolucji” świadomości konkretnego człowieka. Ale czy jest to bardziej kwestia chęci, czy możliwości?
    Wydaje mi się jednak, że chęci – bo do tego, by zrozumieć pewne podstawowe zasady kierujące życiem i światem, nie jest konieczna jakaś wybitna inteligencja. Konieczna jest jednak wola poznania faktów i pragnienie ich zrozumienia.”

    Czyli jak rozumiem wg ciebie wybór jest prosty – na zasadzie albo, albo, jedno z dwóch.

    Nieco dalej w tekście piszesz; ‚W czasie mojej podróży do Nepalu, w jednej z dzielnic Katmandu, uderzył mnie widok domu z olbrzymim bannerem przedstawiającym portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Mao. …. Muszę przyznać, że widok ten był dla mnie małym szokiem. Bowiem wydawać by się mogło, że Marks, Engels, a zwłaszcza Lenin, Stalin i Mao to do cna przejrzane i skompromitowane indywidua, których myśli i działania doprowadziły (pośrednio lub bezpośrednio) do masowych śmierci i ludobójstw, które pochłonęły dziesiątki milionów ofiar, a tu – w XXI wieku – wystawia się im jeszcze takie oto ołtarzyki, uznając za swoich bohaterów, mistrzów i nauczycieli.”
    Można by śmiało zgodzić się z oboma stwierdzeniami gdyby każde było opublikowane w odrębnym poście, ale w takim zestawieniu zaczynam wątpić czy pochwalasz, że są ludzie rzeczywiście w swoim myśleniu naprawdę niezależni, odważni, którzy niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym, czy ubolewasz, że takich ludzi jest jednak bardzo mało, zwłaszcza, że jak zauważasz wystarczy tylko chcieć i nie jest do tego niezbędna inteligencja.

    Piszesz też, że ‚W ostatnich kilkudziesięciu latach nasza (naukowa) wizja świata ulegała rewolucyjnym nieraz przeobrażeniom, ale wiedza na ten temat raczej nie dociera do tzw. szerszego ogółu …..Nie możemy sobie np. wyobrazić tego, że coś takiego, jak „materia” w rzeczywistości nie istnieje …’ – zatem już za ziemskiego życia, a nie tylko po nim jestem jak ten eter?

    – interesujące rozważania cofające przemyślenia i badania fizyków do korzeni tej dziedziny, bo z teorii względności wynika, że materia może być przekształcona w energię i vice versa, przy czym dopiero materia + energia = const. Poza tym głowię się nad odpowiedzią na pytanie za co prof. Higgs dostał nagrodę Nobla?

    Takich perełek jest w twoim tekście więcej, a może tylko tak mi się wydaje, co tylko potwierdzałoby teorię Kisiela ;)
    Ogólnie, bardzo absorbujący w wielu aspektach tekst.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie jestem pewien czy dobrze Cię zrozumiałem – o jakim wyborze „albo-albo” mówisz.

      Zauważ, że nie ma żadnej sprzeczności w tym, jeśli z jednej strony pochwalam, „że są ludzie rzeczywiście w swoim myśleniu naprawdę niezależni, odważni, którzy niszczą stereotypy i nie cofają się przed niczym”, a z drugiej ubolewam, „że takich ludzi jest jednak bardzo mało”.

      Ale to prawda, że zestawiając obok siebie dwa różne stwierdzenia-akapity, można się złapać na pewnej sprzeczności jaka jest w nich zawarta. Pewnie wynika to z tego, że były one pisane w innym czasie i w różnych kontekstach. Bo nasze myślenie jednak się zmienia: nasza myśl biegnie różnymi torami – w zależności od okoliczności.
      W końcu ta moja pisanina, to też jest takie poszukiwanie mojej „prawdy” – próba zrozumienia świata, który jednak umyka naszemu zrozumieniu do końca.

      Ustęp o „materii” nawiązywał właśnie do tego, że nie jesteśmy tak do końca uchwycić natury i istoty „materii” (rzeczywistości) i że stworzyliśmy jej pojęcie, które jest czymś w rodzaju atrapy przydatnej nam w tych próbach.

  8. Krzysztof Says:

    Wiara/Niewiara – to są przecież dwie strony tego samego medalu :) I w tym sensie wszelkie walki/wojny opierające się o kontekst religijny uważam za anachronizm. Sama istota wiary nakłada pewien obowiązek wyrazu jej, więc współczesnym wojowniczym ateistom nie odmawiam prawa do tak ostrej polemiki. Jakby nie patrzeć dopiero po XX wieku niewiara mogła znaleźć swój (wyraźny) wyraz w życiu publicznym.

    Ja osobiście, jak to bywa wychowując się w Polsce, z deklarowanego katolicyzmu stałem się ateistą, ale wbrew temu co napisałem powyżej, mierzi mnie ateizm na sztandarach. Taki wojujący ateizm wchodzi w taką samą retorykę jak zabobony katolicyzm (lub jakakolwiek inna religia) i staje się równie absurdalny. Doceniam dziedzictwo i „zasługi” religii, ale nie uważam, aby religia mogła znaleźć jakieś szersze pole oddziaływania w życiu publicznym po XX wieku – a na pewno nie będzie miała takiego jak przed XX wiekiem.

    Poza tym każdy ma w sobie „naturalną duchowość” i dobrze, że można ją realizować poza nurtem religijnym. Innymi słowy, dla mnie ateizm nie jest zaprzeczeniem religii, ale , jakby to ująć paradoksalnie, wpisaniem jej w inne – według mnie – szersze ramy. Bo czy egzystencjalizm i umiarkowany bergsonizm siłą rzeczy wpiszę w nurt religijny? Raczej nie, a są to poglądy które wyrażają moją „duchowość”, moje „okulary” na świat. Nawiasem mówiąc, to co napisałem powyżej wcale mi nie przeszkadza cenić i czytać katolicki „Tygodnik powszechny” ;)

    I masz rację, nie jest przesadą, że kultura jest tym co chcemy, aby wyróżniało nas od pozostałych zwierząt, bo jednak każdy człowiek w życiu stara się robić coś ponad radosnym napełnieniem brzucha i kopulacją – co nie umniejsza tezom Darwina ;)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja również nie odmawiam ateistom prawa do wyrażania swego anty-credo. W końcu istnieje wolność słowa. Uważam też, że ateiści w żaden sposób nie powinni być dyskryminowani – wydaje mi się to w obecnych, laicyzujących się czasach oczywiste. Lecz symetrycznie: również ludzi wierzący powinni mieć prawo do swobodnego wyrażania swojej wiary – do praktykowania swojej religii – bez szyderstw ze strony „niewierzących”. To jest właściwie liberalny standard jaki obowiązuje współcześnie na Zachodzie i nie tylko.

      Zgadzam się, że swojej „duchowości” można szukać poza „tradycyjnymi” religiami – a nawet ją tam znaleźć, bo przecież psychika wszystkich ludzi (będąca źródłem i instrumentem doznań „duchowych”) jest – przynajmniej pod względem neurologicznym – taka sama. Wszystkim ludziom dostępne są te same – albo bardzo podobne doznania.

      Tezom Darwina nie sposób zaprzeczyć, ale raczej ostrożnie należy stosować je dla opisu i zrozumienia ludzkich zachowań – o stosowaniu ich w życiu społecznym nie wspominając – bo nawet sam wielki orędownik teorii ewolucji Dawkins uważa, że człowiek – tworząc swoją cywilizacją i kulturę – powinie niejako iść „pod włos” ślepej w końcu ewolucji, (która eliminuje np. osobniki słabe), przeciwstawić się owemu samolubstwu genów.

  9. Dariusz Wiśniewski Says:

    Nie ma pan nic przeciwko, że podsumuję naszą rozmowę? I to będzie koniec dla mnie. Czuję, że kółka mi się kręcą a nie posuwam się do przodu. Pan, jeżeli mnie pamięć nie myli, zadeklarował intelektualny bezruch już w pierwszym wpisie, gdzie zapowiedział szybciutko, że na wszystkie pytania – które jeszcze nie padły – odpowiedział już wcześniej. Jak jakiś cudotwórca, albo Borys Spasky, który przewidział wszystkie ruchy na szachownicy na głębokość pięćdziesięciu posunięć do przodu.

    Otóż pan uważa, że mordy czy wojny religijne to patologie i dalej, że religie są zaledwie tłem do tych mordów. One sobie stoją niewinne gdzieś z boku. Prawdziwym powodem masakr – które dokonywane są nie tylko przez wierzących – ale również przez ateistów, jest pragnienie posiadania władzy, kosztowności, terytorium, władzy itd. To nie religie są winne – przekonuje pan w obronie chrześcijaństwa – a zwykłe patologie.

    Ja natomiast utrzymuję, że najbardziej okrutne mordy, dokonywane masowo, są zawsze popychane ideologią – rasistowską, nacjonalistyczną, komunistyczną, religijną czy inną. Pragnienie odebrania komuś dóbr materialnych nie może uzasadnić zabijania maczetami niewinnych dzieci czy masowej eksterminacji tysięcy ludzi, którzy skończyli swoje życie w komorach gazowych. Czy rzeczywiście uważa pan, że ucinanie głów małym dzieciom czy rozcinanie motyką narządów rodnych kobietom jest konieczne, aby odebrać im kosztowności? Nie. Do takich okrucieństw potrzebne jest przekonanie o własnej wyższości – rasowej, narodowej, seksualanej czy religijnej. Potrzebna jest głęboka pogarda do drugiego człowieka i brak poczucia winy. To zapewniają ideologie, również religie, doktrynując ludzi abstraktami – Bożym Królestwem i Idealnym Człowiekiem – w które ludzie zaczynają wierzyć, że są ziszczalne (Dominus Iesus, pamięta pan tę encyklikę? – nasza religia jest najważniejsza i jedynie prawdziwa, reszta mniej). I już tylko krok do masowej rzezi. Nie możemy osiągnąć tych ideałów ponieważ są na świecie Żydzi, burżuje, brudasy Araby, lewacy, Cyganie, pedały i inni. Oni nie dopuszczają nas, abyśmy osiągnęli nasze przeznaczenie. Musimy więc ich usunąć.

    Jeżeli pan spojrzy na świat, to najwięcej ginie ludzi z powodów religijnych. Gdzie? Nie wszędzie. Głównie tam, gdzie religie wzajemnie się stykają, a więc gdzie jeden Bóg zostaje skonfrontowany przez drugiego (mamy teraz taką sytuację w Europie). Dzisiaj, w zglobalizowanym świecie, niemal wszędzie. Każdy Bóg jest jedyny, każdy jest największy. W Indiach chrześcijanie są mordowani w pogromach organizowanych przez wyznawców hinduizmu. Podobnie jest w Afryce, w Nigerii, w Czadzie, Republice Środkowej Afryki i oczywiście w Syri (ISYS) i wielu innych państwach. Tam muzułmanie mordują chrześcijan. Nieraz jest odwrotnie. Pana argument, że są to pogromy nie mające wiele wspólnego z religią, jest nie tyle nieporadny, ile nieuczciwy.

    Niżej zamieszczam dwa linki. Jeden dotyczący Srebrenicy (z wyimkiem), drugi omawiający krótko aktualne konflikty religijne oraz ich nasilenie. Pozdrawiam. DW

    At Srebrenica, over the course of several days beginning on July 13, 1995, approximately 8,000 Bosnian Muslim men and boys between the ages of 12 and 77 were murdered at the hands of paramilitary Christian Bosnian-Serbian thugs in the worst atrocity of the 1992-1995 Bosnian War.

    http://www.jpost.com/Opinion/The-Srebrenica-massacre-must-be-recognized-as-a-genocide-409417

    http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/middleeast/10572342/Religious-conflict-in-global-rise-report.html

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dariusz Wiśniewski: „Czy rzeczywiście uważa pan, że ucinanie głów małym dzieciom czy rozcinanie motyką narządów rodnych kobietom jest konieczne, aby odebrać im kosztowności?”

      Jakie znowu kosztowności? Ja nigdy nie użyłem słowa „kosztowności”. Celowo trywializuje pan moje wypowiedzi, by mi następnie zarzucić brak refleksji.
      A je uważam, że to pańskie rozumowanie jest stereotypowe, zideologizowane (stąd pana krucjata anty-religijna, anty-chrześcijańska i anty- katolicka).

      Przecież to ja niejednokrotnie pisałem, że ludobójstwo czy rzezie jakie sobie ludzie wyrządzają nie odbywają się tylko na tle religijnym, i że to nie religia jest najczęściej wina, tylko inne ludzkie mało chwalebne cechy, jak np. zaczadzenie ideologiczne, nienawiść rasowa i etniczna, wrodzona agresja, podbój cudzego terytorium i zawładnięcie jego zasobami, podporządkowanie sobie i eksploatacje drugiego człowieka…
      Oczywiście, że często się to odbywa pod jakimś sztandarem religijnym, ale to jest „przykrywka” – bo to jest przede wszystkim czystka etniczna, zwalczanie obcego plemienia dlatego, że jest innym plemieniem, a nie dlatego, że wierzy w innych bogów.

      Ileż razy mam to powtarzać, żeby pan wreszcie to zrozumiał?
      I jeszcze zarzuca mi pan w tym wszystkim nieuczciwość. Paradne.

      Źle się z panem dyskutuje, bo jest pan jednak pełen złej woli.

      • Dariusz Wiśniewski Says:

        „Ludzie walczą ze sobą, by zdobyć władzę, terytoria i różne bogactwa – by podporządkować sobie swoich rywali – a sama religia zwykle jest tylko tłem, pretekstem, usprawiedliwieniem, usankcjonowaniem tej agresji” (Stanisław Błaszczyna)

        Estetyzowanie rzeczywistości jest formą dewocji – silnej wiary, że świat wygląda tak, jak byśmy chcieli, aby był, a nie, jaki jest. Normalnie, estetyzacja – dość powszechna jako działalność pozorująca sztukę i twórczość w ogóle – nie przeszkadza mi. Jeżeli ktoś fascynuje się godzinami spadającym liściem, albo obraca szyszkę z jakiegoś parku narodowego i cmoka nad jej pięknem przez 3 strony maszynopisu bez żadnego odniesienia do losu człowieka, to ja, jak to się mówi – mam to gdzieś. Ale jeżeli ktoś pakuje się z tą skłonnością w rzeczywistość społeczną i ją opisuje – trochę mnie irytuje. Dlatego zareagowałem na pana wstępny komentarz, który od razu „zapachniał mi rybą”.
        Na czym polega estetyzowanie społecznej rzeczywistości? Na przykrajaniu ostrych rogów, pudrowaniu brudów, albo zakrywaniu faktów – tych, które nie pasują do naszej wizji. Estetyzowanie przyjmuje pozory intelektualnej analizy. W rzeczywistości jednak jest antyintelektualne i nie dopuszcza do żadnej zmiany. Jest bezruchem, a bezruch nie odpowiada na argumenty. I tak powstaje zupełnie nowa rzeczywistość, która istnieje tylko w głowie estety.
        Cytat, który przywołałem na początku, wskazuje, że pan uległ tej manierze. Nie wiem, jak mógłby pan wytumaczyć rzeź chrześcijańskich małych dzieci przez terrorystów z ISYS. Chęcią zdobycia władzy? Bo dzieci były niegrzeczne? W rzeczywistości to klasyk – mord na tle religijnym, wymagający od zbrodniarzy głębokiej pogardy dla drugiego człowieka i do innej wiary. Wysłałem panu link do Washington Post, który pan wygodnie pominął milczeniem. Jest to w zasadzie gęsta mapa konfliktów religijnych na świecie, gdzie ginie tysiące ludzi. Pan powie, że to nie przez religie? Że to fanatycy, nie mający nic wspólnego z religią? Naprawdę? Ale skala zjawiska – również jeżeli sięgniemy do historii – mówi klarownie, że fanatyzm oparty na wierze jest immanentnym aspektem religijnej ekspansji. Nieprzypadkowo, oprócz miłości i miłosierdzia, religie również wpajają wyższość nad innymi ludźmi i religiami. To samo robi nacjonalizm i rasizm. Ekspansja bowiem potrzebuje wroga. I religie – dzisiaj głównie islam, ale i nadal chrześcijaństwo – tego wroga wskazują.
        Jasne – łatwiej krytykować niż przyjąć krytykę. Autor zamieszczający teksty publicznie, musi jednak liczyć się z różnymi opiniami. Może pan, oczywiście, wyrzucić mnie z listy swoich znajomych. Tak czy inaczej, proszę liczyć na moją szczerość. Ale nie na litość.
        Na koniec przywołam cytat pisarza, którego obaj znamy i cenimy. (Ryszard kapuściński, Imperium) „Światu grożą trzy plagi, trzy zarazy.
        Pierwsza – to plaga nacjonalizmu.
        Druga – to plaga rasizmu.
        Trzecia – to plaga religijnego fundamentalizmu.
        Te trzy plagi mają tę samą cechę, wspólny mianownik – jest nim
        agresywna, wszechwładna, totalna irracjonalność. Do umysłu porażonego jedną z tych plag nie sposób dotrzeć. W takiej głowie pali się święty stos, który tylko czeka ofiary”

  10. Onibe Says:

    * wydaje mi się, że tezy na temat przereklamowania seksu zgłaszają faceci, którzy go mają za mało bądź w niewłaściwej jakości. Sam raz na jakiś czas uderzam w podobny lament, ale później dochodzę do wniosku, że to swoista próba uporania się z brakiem możliwości właściwego rozwiązania problemu. Bo brak seksu to np. przemęczenie w pracy, choroba partnerki itd. Nierzadko problemy te przechodzą w stan chroniczny i wtedy już nie wiadomo co jest jajem a co kurą. Rozwiązanie – jeśli jest się w związku – sex na boku. Nieakceptowalny dla wielu. A skoro się nie akceptuje jedynego rozwiązania praktycznego (nie twierdzę, że wskazanego na płaszczyźnie etycznej itd) to pozostaje nazwać problem inaczej. Na przykład stwierdzić, że sex jest kiepawy i że właściwie już nam nie zalezy. To tylko jedna koncepcja nie wykluczająca miliona innych. Bo, na dobrą sprawę, sex teoretycznie powinien być przereklamowany. Jest wszak powtarzalny i nudny, a w dodatku wymaga wykonywania szeregu ruchów, od których człowiek się męczy i w ogóle ;-P

    * kreacjonizm w wąskim zakresie to „plan siedmiodniowy”. Ale przecież słowo „Bóg” nie jest precyzyjnie zdefiniowane. Jeśli uznamy, że nie musi to być facio z brodą siedzący na chmurce, ale może być określeniem dla jakiejś odgórnej, choćby bezrozumnej siły, to w zależności od widełek definicyjnych prędzej czy później dopasujemy koncepcję do rzeczywistego Boga. Dla mrówek bogiem może być wiatr zwalający tysiącletniego dęba i tworzący w ten sposób nowy świat możliwości, zarazem grzebiący w gruzach stary świat. Dla nas bogiem jest – chyba – fizyka, ale ta prawdziwa, nie ta którą znamy i rozumiemy (ta może być zakresem tej pierwszej, ale z pewnością nie obejmuje wszystkich tajemnic). A skoro jakiś bóg istnieje, to choćby ekspansję wszechświata, prawidła ewolucyjne i entorpię uznać możemy za elementy szerzej rozumianego kreacjonizmu…

    * kiedyś kpiłem z Buddyzmu, wyśmiewając tamtejszą skłonność do czczenia krów. Zostałem wyprowadzony z błędu przez kogoś dostatecznie mądrego. Od tego czasu unikam wartościowania religii. Ilekroć mam ochotę skrytykować imamów i Islam przychodzi mi na myśl polityka naszego rodzimego kościoła, który wychodzi z założenia, że lepsze dziecko martwe niż coś, co podpada pod aktualną listę grzechu.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      – Nie ma bardziej intensywnego doznania sensualnego, jak orgazm. Przemożny (decydujący) wpływ na nasze życie seksualne mają hormony, ale my – jako istoty, które stworzyły kompleksową kulturę – skłonni jesteśmy sublimować seks, dzięki czemu pojawiło się w naszym przeżywaniu świata coś takiego, jak erotyzm: sprzężenie fizjologii i duchowości człowieka.
      Mimo, że się starzeję, to nie twierdzę, że seks jest przereklamowany (bo przecież wiem z doświadczenia, że bywa on wspaniały – i że był solą mojej młodości ;) ). Jednakże, im jestem starszy, tym bardziej do mnie dociera to, że seks jest tylko jednym z elementów – i to wcale nie najważniejszym – prawdziwej miłości.
      Miłość – podobnie jak nasze ciało – również podlega pewnemu rozwojowi, zmianom, ewolucji…

      – Jeśli istnieje jakaś celowość we Wszechświecie (a jestem skłonny uznać, że jest), to jest to równoznaczne z tym, że istnieje jakaś Nadrzędna Idea (Siła Sprawcza) regulująca i powodująca ewolucję Wszechświata, którą można nazwać Bogiem (choć nie jest to konieczne). Tak bym pojmował kreacjonizm.
      Wydaje mi się, że nasze percepcyjne ograniczenia jeśli chodzi o poznanie Wszechświata ściśle łączą się z naszą niemożnością poznania Boga.

      – Buddyzm od dawna mnie intryguje, wiele z jego elementów nastraja mnie do tej filozofii/religii pozytywnie. Wśród ludzi wyznających buddyzm zawsze czułem się bardzo dobrze (a odwiedziłem niemal wszystkie buddyjskie kraje Azji). Jest jednak w buddyzmie coś, co mi w jakiś sposób przeszkadza, a mianowicie obecny w nim nihilizm (lecz nie wykluczam tego, że wynika to z mojej błędnej interpretacji buddyzmu).


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s