IMPERIUM DOBRA, IMPERIUM ZŁA… i inne bajki

(co się plecie w kajecie – z wypowiedzi rozproszonych, XIV)

.

zapiski notatki kajet notes.

 

Co poniektórzy twierdzą już dzisiaj, że międzynarodowa bajka o demokracji się skończyła.
Tylko czy ta bajka była kiedykolwiek prawdziwa?
Niestety, wszystko wskazuje na to, że marzenia o demokracji i sprawiedliwości społecznej, tudzież o poszanowaniu międzynarodowego prawa, okazują się rojeniami typu wishful thinking.
To jest ciekawe, bo dzieje się to w dobie ogólnego dostępu do informacji i bez widocznego ograniczania swobód obywatelskich (przynajmniej jeśli chodzi o państwa zachodnie).
Jak widać obecne struktury władzy tworzącej polityczno-finansowy układ, niewiele sobie z tego wszystkiego robią – ale tak będzie tylko do czasu, kiedy beneficjenci tych układów (np. szerokie rzesze urzędników zarówno UE, jak i poszczególnych państw członkowskich) będą mieli zapewnione swoje benefity. To samo można powiedzieć o tych, którzy korzystają z prosperity wielkiego biznesu, korporacji i systemów bankowych. To może jeszcze działać przez dziesiątki lat, ale w końcu musi się wyczerpać, bo wiele z tych operacji przeprowadzanych jest w przestrzeni wirtualnej (przecież zdecydowana większość środków finansowych/pieniędzy nie ma pokrycia w rzeczywistej wartości) – to wszystko zwekslowane jest niejako w próżni.

Mnie też martwi to, że obecnie świat wydaje się opanowywać pazerna wataha skorumpowanych cyników, którzy tylko drą to sukno, które wpadnie im w łapę, pod siebie, dbając tylko o własny interes. (Casus Janukowycza i spółki grabiącej Ukrainę jest tego jaskrawym, niemal karykaturalnym przykładem.)
Ale czy tak nie było zawsze?
Było.
Lecz nawet w tych czasach ciemności, barbarzyństwa i zarazy byli też ludzie, którzy byli depozytariuszami jakiejś szlachetności, przyzwoitości, klasy, wyższych wartości… Teraz takich ze świecą szukać.
Pochowali się? Wymarli? Wycofali się? Zostali zagłuszeni?
Zamiast tego nastąpił wysyp różnych takich internetowych czy medialnych mądrali – którzy znają całą prawdę i tylko prawdę, którzy mają słuszność (nikt inny jej nie ma), nieomylni, wszechwiedzący, kategoryczni, radykalni… ale skrywający swojego mola za skórą, oddający się jakiejś ekshibicjonistycznej psychoterapii… by tylko przetrwać do następnej awantury i zamieszania, które znowu utopi się w morzu słów.

greydot

Zawsze istniało pasożytnictwo. Tyle, że w ciągu ostatnich stuleci, żywiciele coś jakby bardziej się poruszyli – chcąc się wyemancypować, wyzwolić, ochronić przed wysysaniem ich życia przez pasożytów.
Pasożyt więc – a raczej kolonia pasożytów – musiał się przeobrazić, przeformować (przy okazji część żywicieli wyewoluowała i sama stała się pasożytnicza) – w najlepszym wypadku była to (pozorna zazwyczaj) symbioza.
Zresztą, wydaje mi się, że najgorszym rodzajem pasożytnictwa (bo najbardziej zdradliwym) jest to, które wygląda właśnie na symbiozę – a w rzeczywistości jest kolejną formą niewolenia ludzi.

greydot

To fakt, że Polacy są w awangardzie tych bijących się we własne piersi za grzechy swoich ojców i dziadów. Albo zmuszanych do bicia się w nie przez innych. Z drugiej strony zaś mamy do czynienia ze skłonnością do totalnego wypierania się własnych grzechów, uznania siebie za naród jedynie sprawiedliwy (i najbardziej pokrzywdzony) spośród narodów świata. A pomiędzy tymi skrajnościami miota się nasza narodowa świadomość i tożsamość.
Oczywiście, że nie można zapominać o polskich grzechach i przewinach czasów wojny i okupacji, ale nie można jednak zaburzać proporcji. A przede wszystkim: należy zawsze brać pod uwagę kontekst historyczny i zawsze mieć świadomość tego, że faktycznymi sprawcami tych zbrodni (nawet dokonywanych rękami Polaków czy samych Żydów) byli ci, którzy wojnę wywołali, czyli Niemcy. Okupacja, i to zarówno niemiecka, jak i sowiecka, stworzyła takie a nie inne warunki, w których katalizowały się różne okropieństwa, a w ludziach uaktywniała się ta ciemna strona (jasna zresztą też – bo w sytuacjach ekstremalnych następuje przecież polaryzacja dobra i zła).
„Pokłosie” Pasikowskiego wzbudziło kontrowersje (de facto wywołało burzę), bo dotknęło wrażliwego nerwu – naszego narodowego poczucia winy pomieszanego z zaszłością polskiego anty-semityzmu. Przypomniało o krwi naszych braci i sąsiadów na niektórych polskich rękach. Ale moim zdaniem film ten zrobił to w sposób trącący (niezamierzoną niewątpliwie) groteską, odwołując się do najgorszych stereotypów, wzniecając same negatywne emocje… Zresztą, wg mnie, obraz Pasikowskiego – jako dzieło filmowe per se – też nie jest jednak udany. A zakończenie jest wręcz absurdalne.

Niemcy rzeczywiście używali macew do brukowania ulic i rynków miast. Tak było np. w moim rodzinnym Leżajsku – do którego, nota bene, rokrocznie przyjeżdża dziś tysiące Żydów, nie niepokojonych raczej przez nikogo – przynajmniej mnie nic nie jest wiadomo o jakichś widocznych, znaczących przejawach antysemityzmu wśród moich krajan.
Warto wspomnieć, iż rzeczywiście w woj. lubelskim znalazł się niedawno młody człowiek, który zainteresował się kulturą żydowską, historią Żydów na swoim terenie, zaopiekował się żydowskimi mogiłami i macewami… Ale… był on przez społeczność polską szanowany a nie szykanowany (został chyba nawet starostą czy też wójtem) i raczej nikt nie chciał go ukrzyżować na wrotach stodoły. (Choćby w tym kontekście widać jednak ewidentną niedorzeczność scenariuszowego konceptu w „Pokłosiu”).

 greydot

Akurat w momencie, kiedy wojska rosyjskie opanowywały Krym, Daniel Passent na swoim blogu napisał tekst pt. „Rusofobia jest toksyczna”, którego przewodnim wątkiem było to, co wyraził on w pierwszym zdaniu swojego wpisu: „Widmo krąży po Polsce – widmo rusofobii”.
Zaś w odpowiedzi tym, którzy wyrazili opinię o niestosowności tego rodzaju uwag w takim momencie historycznym, napisał później w komentarzach, parafrazując Stalina: „Putinowie przychodzą i odchodzą, a naród rosyjski pozostaje.”

No tak, ale co z tego (nota bene trywialnego) spostrzeżenia wynika?
To, że – mimo stopniowego zmniejszania się populacji – jakaś tam liczba Rosjan przetrwa?
To, że po jednym „putinie” przyjdzie następny?
To, że wraz z przetrwaniem tego narodu, przetrwają jego cechy i mentalność, która – przez ostatnie stulecia – tak dawała się we znaki swoim sąsiadom (w tym również nam, Polakom)?

Czym się różni „rusofobia” od „putinofobii”?
Jeśli „putinizm” jest utożsamiany z mentalnością, którą charakteryzuje się obecnie większość Rosjan, to właściwie niczym (tak będzie dopóty, dopóki Rosjanie w swojej przeważającej większości, będą popierać rządy autorytarne i ich imperialne zapędy – zauroczeni i poddani polityce siły – akceptujący łamanie praw człowieka, brak wolności słowa – dający się ograbiać wąskiej „elicie” oligarchów, którzy przejęli kontrolę nad lwią częścią rosyjskiej ekonomii i niekoniecznie działają w interesie samego społeczeństwa).
Jeśli zaś myślimy o tych Rosjanach, wśród których przetrwały dobre cechy tego narodu, którzy chcą żyć w społeczeństwie (państwie) otwartym, którzy opowiadają się za wolnością słowa i swobodami obywatelskimi… to przecież o jakiejkolwiek „fobii” nie może być mowy – bo takich ludzi nikt z nas, związanych cywilizacyjnie z Zachodem, nie musi się przecież obawiać.
Tak więc, to są kolejne argumenty przemawiające za tym, że wmawianie nam „rusofobii” (i to w takim momencie, kiedy Rosja narusza europejskie granice) jest swoistym szantażem moralnym i emocjonalnym. I poniekąd antyintelektualnym.

greydot
Aleksandr Dugin, główny ideolog Euroazjatyckiego Związku Młodzieży, w jednej ze swoich uczonych książek stwierdził:

„Europa atlantycka nie jest nam potrzebna w żadnej formie. Dlatego Rosja, w walce o sprawiedliwe granice, żywotnie zainteresowana jest europejską kontynentalną rewolucją. Tak więc uwolnieniem Niemiec od amerykańskiego dyktatu (na miejsce naszych wycofanych żołnierzy, pojawili się jednak amerykańscy) i uwolnieniem od amerykańskiego dyktatu innych, okupowanych przez Atlantystów europejskich terytoriów. Konieczne są, z naszego punktu widzenia, narodowe rewolucje w Niemczech, we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w Holandii, w Szwecji, w Norwegii, w Danii, w Portugalii. Dopóki ich nie ma, dopóty zbyt wiele zagraża naszemu bezpieczeństwu. Dlatego Rosja zmuszona jest stać się bastionem rewolucji europejskiej. Dlatego Rosja nie zatrzyma się w swoim wyzwoleńczym marszozrywie na terytorium Krymu, ani na Dnieprze, ani nawet na zachodnich granicach eks-Ukrainy. Naszym celem jest wyzwolenie Europy od atlantyckich okupantów.”

Nierozsądne z naszej strony byłoby puszczanie takich rojeń – które mogą wszak mieć fatalne realne skutki – płazem. Ale problem polega też na tym, że są one odporne na jakąkolwiek rozsądną, racjonalną argumentację.

greydot

Ukraińcy wspierali Niemców w likwidacji Żydów na wschodnich terenach, które przed wojną należały do Polski, a później znalazły się pod okupacją niemiecką i sowiecką – to wszystko prawda. Ale Ukraińcy też walczyli przeciwko Niemcom – chociaż przede wszystkim zależało im na utworzeniu własnego państwa. I pod tym kątem działali. Wprawdzie Ukraińcy podjęli współpracę z Niemcami, ale bili się już głównie na własny rachunek – głównie z Polakami.
Jeden z dowódców UPA ogłosił wtedy:

“Z dniem 1 marca 1943 r. przystępujemy do powstania zbrojnego. Jest to działanie wojskowe i jako takie skierowane jest przeciwko okupantowi. Obecny jednak okupant jest przejściowym, nie należy więc tracić sił w walce z nim. Właściwy okupant to ten, który nadchodzi [ZSRR]. Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami.”

Mówiąc o rzezi Polaków na Wołyniu dokonanej przez UPA (wspomaganej oczywiście przez cywilną ludność ukraińską), należy pamiętać o kontekście historycznym, a przede wszystkim o setkach tysięcy Żydów wymordowanych na początku lat 40-tych na tamtych terenach – to kreowało “atmosferę” – niejako “standardy” – tamtej epoki. Ukraińcy zobaczyli, że to działa i postanowili w ten sam sposób pozbyć się Polaków z terenów, na których chcieli zorganizować swoje państwo.

To były straszne czasy – i zagmatwane. Nie można oczywiście o tych wszystkich zbrodniach zapominać, ale głupotą byłoby w naszych czasach się na nie powoływać, obwiniać za nie współczesne pokolenia, pałać jakąś nacjonalną zemstą, propagować rewanżyzm, a tym samym szerzyć nienawiść.

Naturalnie, należy sobie zdawać sprawę z istnienia na Ukrainie sił skrajnych nacjonalistów. Lecz to, istniejące realnie zagrożenie z ich strony należy rozpatrywać w kontekście polityki współczesnej, a nie czystek etnicznych, które miały miejsce podczas II wojny światowej. To jest właśnie rozsądne. Bo przecież wiadomo, że gdy rozum śpi, to budzą się upiory.

greydot

Wszystko wskazuje na to, że aneksja Krymu przyniesie korzyści tylko samej Rosji (ale i to wcale nie jest takie pewne).
Na razie fakt ten namieszał wyraźnie w ogólnoświatowej polityce międzynarodowej – obnażając jeszcze bardziej coraz mniejszą skuteczność polityki wobec innych powiązań (głównie ekonomicznych).
Co może być zarówno dobrym, jak i złym sygnałem – bo wszystko zależy od tego, jak się będzie rozwijać światowa gospodarka (niestety, jak na razie, więcej faktów wskazuje na to, że rozwój ekonomiczny świata – rozkład siły i bogactwa – nie idzie w dobrym kierunku).

Zawsze, wszyscy i wszędzie, jesteśmy pod czyimś wpływem, Cały świat to teraz taki układ naczyń połączonych. Chodzi jednak o to, by kraje zachowywały – w głównym zrębie – swoją niezależność, nie ulegały cwaniakom, którzy dbają tylko o własny (bynajmniej nie narodowy czy państwowy) interes (i dotyczy to zarówno urzędasów z UE, jak i gangsteryzmu Putina).

greydot

To niesłychanie, jak dalece imponuje nam nadal siła i machiaweliczna przebiegłość (ale czy to są standardy, według których chcielibyśmy uprawiać politykę w XXI wieku?). Świadczy o tym podziw dla Putina nawet wśród tych, którzy nie identyfikują się z jego obozem i interesami. Moim zdaniem jest w tym coś z atawistycznego zauroczenia samcem alfa – a tym samym respekt – i de facto akceptacja – dla uznania „racji” i skuteczności nagiej siły.
Zdumiewa mnie to, że ulegają temu nawet ludzie uważani za intelektualistów (vide: ostatnia gafa Bartoszewskiego, zachwyconego „mądrością i przewidywalnością” Putina), przywiązanych ponoć do idei wolnościowych, demokratycznych i do legalizmu.

I jeszcze jedno: niektórzy wołają i biją na alarm, że oto „barbarzyńcy u bram”!
Według mnie, w równym stopniu należy się obawiać barbarzyńców, którzy zagrażają nam z zewnątrz, co tych, którzy są w nas samych.

greydot

Ameryka jako Imperium Dobra?
To zależy od perspektywy z jakiej patrzymy.
Mimo Oceanu Dobra, jaki ponoć Ameryka rozlewa zarówno na swoim terytorium, jak i w Europie czy w innych rejonach świata, krzewiąc np. niezmordowanie – i wszelkimi sposobami, z destabilizacją i ludobójstwem włącznie – demokrację i idee wolnościowe (tak widzą to bezkrytyczni stronnicy USA, którzy ważą procentowo korzyści amerykańskiego „porządku” implantowanego światu i chcą się – np. w Polsce – chować się za pazuchę amerykańskiej siły ekonomicznej i militarnej, bo to leży w naszym interesie) – tak więc, nawet ci, którzy będą stawać na głowie, nie będą mogli zmienić faktu, że po II wojnie światowej to właśnie Stany Zjednoczone były największym agresorem, wysyłając w zmasowanej ilości wojska w najbardziej odległe rejony świata, powodując największą ilość ofiar śmiertelnych wśród ludności cywilnej (używając przy tym tak barbarzyńskich środków, jak np. napalm czy agent orange, paląc, zabijając i kalecząc setki tysięcy ludzi).
(Wyobraźmy sobie tylko, co by to się działo, gdyby tak postępowała Rosja!?)
To są fakty, których żadna ekwilibrystyka eksplanacyjna zmienić nie jest w stanie.
I piszę to jako obywatel Stanów Zjednoczonych, korzystający z wszelkich dóbr, jakie oferuje ten – wspaniały pod wieloma względami – kraj.

Lecz zdaję sobie sobie sprawę z tego, że niektórym nie mieści się to w głowie, że można w takiej sytuacji – i ten sposób – krytykować Amerykę. I że mogą nazwać to np. anty-amerykanizmem. Ale, jeśli ktoś tak myśli, to tak naprawdę nie jest w stanie wniknąć w ideę „amerykańskości”.
Do takich osób powinno dotrzeć to, że ja nie krytykuję „Ameryki” tylko pewne poczynania (militaryzm) i polityką zagraniczną amerykańskiego rządu. I dopóty mogę robić to otwarcie – i bez konsekwencji zastosowania wobec mnie represji – na terenie kraju, w którym mieszkam, dopóty wg mnie Ameryka nie jest jeszcze do końca stracona. A ja nie muszę z tego kraju uciekać, (tak jak np. Snowden – by the way: chwała gościowi!)

Chciałem napisać, abyśmy karmili tylko dobrego wilka, ale w przyrodzie nie ma dobrych ani złych wilków.

greydot
Czy Amerykanie też biją się w piersi i posypują swoje głowy popiołem wobec swoich przewin z przeszłości – jeśli chodzi o własną kinematografię?
Otóż w kinie amerykańskim filmy tzw. „rozliczeniowe” oczywiście są, ale przytłoczone są przez obrazy, które bazują jednak na historycznej propagandzie i patriotycznym, narodowym stereotypie. Warto zwrócić uwagę, że niemal wszystkie westerny przez dziesięciolecia (aż do czasów anty-westernów Penna, Peckinpaha czy Altmana) ukazywały np. Indian jako „dzikusów”, a samych pionierów jako postacie heroiczne. Zaś Frontier to była w nich zona, w której zawsze wygrywało dobro, szlachetność i sprawiedliwość (wbrew krzyczącym wręcz faktom i stanowi rzeczywistemu).

Także w większości amerykańskich filmów akcji pobrzmiewa też głośny ton nacjonalistyczno-propagandowo-szowinistyczny (exemplum: Rambo et consortes…). Takie „Zielone berety” Wayne’a to przecież czysta „patriotyczna” nacjonalistyczna propaganda. Jeśli chodzi o Wietnam, to dopiero po zakończeniu wojny w Indochinach, pokazały się filmy ukazujące jej absurd i nikczemność – wśród nich wyróżniały się obrazy Olivera Stone’a („Urodzony 4 Lipca”, a przede wszystkim pamiętny „Pluton”) także „Full Metal Jacket” Kubricka. „Czas apokalipsy” Coppoli to raczej jedna wielka metafora wojennego szaleństwa (odnosząca się do Conradowskiego „Jądra ciemności”), a nie rozliczenie się z własną niechlubną, a niekiedy i haniebną, historią. Podobnie było z filmem Altmana „M*A*S*H*” – to ukazany uniwersalizm idiotyzmu i absurdu każdej wojny – nie tylko tej w Indochinach.
Filmy tzw. gangsterskie też nie były właściwie rozliczaniem się z własnej skorumpowanej przeszłości, a wręcz przeciwnie – tworzyły nowe mity (jak np. słynny „Ojciec Chrzestny” Coppoli, czy wiele filmów Scorsesego) dość przewrotnie gloryfikując i „uromantyczniając” w pewnym sensie gwałt, przemoc i bandytyzm. W tym kierunku poszło też kino (bardzo ostatnio popularnego) Tarantino.

greydot

Inspirowało mnie kino amerykańskie lat 70-tych, bo – wbrew temu, że ukazywało opresyjną i ciemniejszą stronę amerykańskiej rzeczywistości – miało właśnie w sobie ów kontestacyjny powiew buntu i tęsknoty za wolnością, której nam jednak wówczas w zapyziałym, nudnym i szarawym PRL-u brakowało. Wystarczyło choćby spojrzeć na te bezkresne amerykańskie przestrzenie w filmach drogi, by poczuć ów zew przygody – to był dla nas synonim wolności: wiatr rozwiewający włosy i serce, które rosło w piersiach na myśl, że coś takiego można przeżyć samemu. Nawet ruch hipisowski – cały ten zgiełk Woodstock, naiwność i kolorowość dzieci kwiatów – flower power przeciwstawiona kretyńskiej, nikczemnej i morderczej wojnie w Wietnamie – wszystko to znajdowało w niektórych z nas pozytywny oddźwięk.
Oczywiście wiele z tych młodzieńczych fermentów opierało się na micie – dopiero kiedy człowiek dorastał, stawał się bardziej krytyczny wobec swoich dawnych zauroczeń.
Ale to był jednak paradoks: zauroczenie Ameryką, która kontestuje sama siebie.

Jednakże były jeszcze inne, bardziej realne aspekty tego, co oferowała ludziom Ameryka – i w tej ofercie było wiele dobrego. Były to choćby swobody obywatelskie (abstrahując od problemu istniejącego do lat 60-tych zinstytucjonalizowanego i mentalnego rasizmu), wolność słowa, jak również – last but not the least – względy ekonomiczne (nota bene: ja bym jednak nie wyśmiewał się z tego, że miliony ludzi mogło mieszkać w swoich własnych domkach, jeździć własnymi samochodami, realizować swoje hobby – mogło zaspokajać swoje potrzeby życiowe na dość wysokim (w pewnym momencie – najwyższym w świecie) poziomie. W tym „Hi, honey” męża wracającego z pracy do domu i witającego żonę, była jednak pewna solidność spełniającego się pragmatycznie American Dream.

Nie można jednak skwitować Ameryki w kilku zdaniach.

greydot

To, co piszę o militaryzmie amerykańskim, nie jest pisane z pozycji pacyfizmu ani nawet idealizmu. (Powtarzam już chyba do znudzenia, że nie jestem pacyfistą.) Jest pisane z pozycji pragmatycznej i racjonalnej. Uważam po prostu, że angażowanie się USA we wszystkie bez wyjątku wojny (chodzi mi o okres po II wojnie światowej) odbywały się nie tylko ze szkodą dla świata (miliony zabitych i okaleczonych ludzi, nota bene w przeważającej części cywili, zrujnowanie krajów, w których toczyły się te wojny) ale i dla społeczeństwa amerykańskiego. Także – co widać doskonale z perspektywy czasu – dla Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które sukcesywnie traciło swój prestiż i nimb wszechmocnego mocarstwa. (Zaś 9/11 uznać można – zresztą nie tylko symbolicznie – za początek końca amerykańskiego mitu.) Zaangażowanie się militarne (nawiasem mówiąc, termin „zaangażowanie” jest eufemizmem, winno się właściwie nazywać rzecz po imieniu jako zbrojną agresję) USA w Wietnamie, Iraku i Afganistanie przyniosły same straty. Nie tylko humanitarne. Również polityczne.

greydot

Ktoś niedawno dość przytomnie zauważył: „Taka już ta Ameryka jest, że nawet najlepszą krytykę USA robią właśnie Amerykanie.”
No właśnie. Skoro jeszcze do tej pory Chomsky’ego nie zamknęli w więzieniu, ani mu nie wysiadły hamulce w Lexusie, to ani mi w głowie ucieczka z tego kraju, zwłaszcza do RFSRR.
Mimo wszystko – gdybym już był zmuszony wybierać – to wolałbym porządek zaprowadzony na świecie przez Amerykanów, niż przez Talibów, Chińczyków czy nawet Rosjan. (Co nie znaczy, że jestem za polityką imperialną i zapominam o zbrodniach popełnianych przez Amerykanów w Laosie, Kambodży, Wietnamie, Iraku, Afganistanie…)
I jeszcze jedna ważna rzecz: przenoszenie niechęci (wrogości) do rządu amerykańskiego (jego polityki zagranicznej) na całe amerykańskie społeczeństwo jest nie tylko nie fair, ale i niemądre. (Podobnie zresztą jak utożsamianie tego z anty-amerykańskością.)

greydot

Tiziano Terzani, jeden z najsłynniejszych dziennikarzy XX wieku, autor wielu książek, długoletni korespondent „Spiegla”: „Dla mnie spotkanie z prezydentem, ministrem, generałem z ich pompatycznymi minami, kłamstwami, które na siłę wciskają rozmówcy, zawsze napawało mnie wstrętem. Instynktownie trzymałem się od nich z daleka. Właśnie, trzeba trzymać się z daleka.”

Czy zajmując się światem polityki możemy dociec tego, czym jest świat, społeczeństwo, wreszcie sam człowiek? Bynajmniej. Widzimy tylko niektóre z jego aspektów – stąd choćby poczucie tego, że jest to świat darwinowski, domena hien, rekinów i szakali. A kto w tym świecie predatorów nie kieruje się atawistyczną, amoralną zasadą „po trupach do celu” – ten jest nieskuteczny, nie odnosi sukcesów, (więc jest polityczną niezdarą).

Tak więc, kiedy wpatrujemy się jedynie w świat polityki, wypaczone staje się nie tylko nasze widzenie świata – a zwłaszcza tego, co winno stanowić o naszym człowieczeństwie, tworzyć jakieś wyższe rejestry ludzkiej kultury – ale i nas samych. Stąd przestroga Terzaniego, by trzymać się z dala od polityków. Bo korupcja jest zaraźliwa. A w zepsutym świecie psujemy się także i my sami – wystarczy samo wdychanie zepsutego powietrza, karmienie się zepsutą strawą.
Tak dzieje się również wtedy, kiedy świat polityki staje się naszą rozrywką – ucieczką przed nudą i własnym molem.
Kiepski to więc rodzaj autoterapii.

greydot

Pytanie: czy umiejętność samodzielnego myślenia jest w ogóle możliwa?
Nota bene wiąże się to z kwestią bardziej uniwersalną: czy istnieje wolna wola?
Niestety, im bardziej się w to wgłębiamy, tym mocniej się skłaniamy (czujemy się „skłaniani”?) do odpowiedzi: NIE. Lecz jednak nie odpowiadamy jednoznacznie NIE, bo to pozbawiłoby nas podmiotowości, ergo: nie tyle zakwestionowałoby nasze EGO, co pozbawiłoby go (nas) suwerennego sensu.
Natomiast skłanianie się do odpowiedzi TAK, jest przemieszczaniem się w sferę metafizyczną (jeśli wolna wola istnieje, to musi mieć ona w sobie coś z „boskości”).

Do odpowiedzi NIE skłania nas rozum (bo tylko za pomocą rozumu możemy poddawać coś analizie), do odpowiedzi TAK – intuicja (choć pozornie wydaje się nam, że jest na odwrót – ale to dlatego, że racjonalizm i irracjonalizm miesza się w nas samych: to, co chcemy, by było racjonalne, jest często irracjonalne i vice versa).
Tak więc, czy nasze nowoczesne przeświadczenie o tym, że ludzki Rozum jest kompatybilny tylko z materią (bo tylko wobec materii możemy użyć czegoś takiego, jak ratio) nie jest aby naszym kolejnym przesądem?

Niestety, im więcej wiemy, tym większa wydaje się nasza niewiedza.

greydot

Człowiek mówi, wiatr słowa nosi…

greydot

NOWY JORK (architektura – światło i refleksy)

*

NEW YORK

*

Kilkanaście dni spędzonych w „Wielkim Jabłku”. Nowy Jork odwiedzałem wiele razy, ale po raz pierwszy zamieszkałem w epicentrum manhattańskiego szaleństwa, dosłownie o rzut beretem od Times Square – od tego wciśniętego między 42-gą Ulicę, 7 Aleję i Broadway kłębowiska babilońskich tłumów oszołamianych jaskrawymi światłami kolorowych neonów reklam, będącego ponoć „pępkiem świata”, który tym razem bardziej przypomniał mi śmietnisko konsumpcyjnej cywilizacji, niż jej komercyjny tryumf. Ale zapewne, pisząc to, jestem zbyt surowy i niekonsekwentny, bo przecież zawsze lubiłem pojawiać się na Manhattanie, który bądź co bądź jest miejscem niezwykłym, ekscytującym i podnoszącym poziom adrenaliny, jak żadne inne amerykańskie miasto. Może więc tym razem zmęczyły mnie w końcu nowojorskie tłumy? Może po raz pierwszy z taką oczywistością uświadomiłem sobie, że jednak wolę przebywać wśród kanionów z naturalnych skał, niż z betonu, szkła, aluminium i stali? Że bardziej lubię kiedy otacza mnie las drzew, niż nieprzebrane mrowie nieznanych mi ludzi?
Może więc właśnie z tego powodu postanowiłem pójść niejako „pod włos” swoim fotograficznym instynktom (bo przecież bardzo lubię fotografować ludzi) i spośród setek zdjęć, jakie przywiozłem z Nowego Jorku, zaprezentować tu tylko te, na których ludzi raczej się nie uświadczy. Nie wiem czy to jest dobry pomysł, bo przecież Manhattan bez człowieka – bez samochodów, bez ulicznego ruchu i gwaru – to nie jest jednak prawdziwy Manhattan. Lecz zaryzykuję. Będzie to jednak fotoreportaż specyficzny.

*NEW YORK (2)

*

1. BLACK, GRAY & WHITE – BRYŁY I PŁASZCZYZNY. Pozorny ascetyzm przestrzenny. Wydawałoby się, że nudna – choć nie pozbawiona elegancji – ściana wieżowca po prawej stronie, przełamana zostaje ciekawą, zaskakującą, „rozchwianą” bryłą budynku w głębi. Architektura „urywa” się i zastępuje ją białe amorficzne niebo, podkreślające kontrast między pustką a pełnią objętą przez bryły, linie i płaszczyzny. To nie jest jednak ten Manhattan, który narzuca się nam, kiedy wchodzimy na jego ulice – między budynki. Bo to nie jest absolutnie miasto ascetyczne. Wprost przeciwnie: eklektyzm, natłok i bogactwo form uderza nas i przytłacza, ale jednocześnie zmusza do większego wydatkowania energii w zmaganiu się z materią, którą próbuje się tu na różne sposoby ujarzmić, oswoić i uporządkować.

greydot

*

NEW YORK (3)

*

2. EKLEKTYCZNA DŻUNGLA. Tak, tutaj eklektyzm Manhattanu rzuca się już bardzo w oczy, choć nadal stonowany jest przez (zupełnie jednak przypadkowy) granatowo-niebieski koloryt, zarówno szkła, jak i reklamowych tablic. Jedyne chyba zdjęcie wśród pokazywanych tutaj, gdzie widać dno manhattańskiego kanionu (ulicę) i tłum – ledwie jednak zaznaczony i jakby nieistotny – skarłowaciały wobec architektonicznej dżungli.

greydot

*

NEW YORK (4)

*
3. KOLOROWA BANIA. Rzeczywiście bania – bo twór ten ma dobrych kilka metrów i jest… tak, tak… wielką bańką mydlaną – tyle że wydętą i nieregularną. Różne dziwy na manhattańskim bruku można spotkać – wszystko co tylko może zwrócić uwagę przechodzącego tłumu, bo niewykluczone, że ktoś z tego tłumu wrzuci do kosza/kapelusza/wiadra dolara lub więcej. Trzeba jednak zaznaczyć, że ci, którzy w ten sposób sobie dorabiają, nie sprawiają wrażenia, jakby byli w pracy – to znaczy bardziej wydają się tym wszystkim bawić, niż przejmować się ciułaniem pieniędzy. W tyle, za banią: mur Metropolitan Museum i fontanna, a między nami i tłem – jakby ktoś nie zauważył – przestrzeń zdeformowana i udziwniona tęczową gamą kolorów i fantastycznych kształtów.

greydot*

NEW YORK (5)

*

4. GUGGENHEIMOWY ŚLIMAK I PODNIEBNY ŚWIETLIK. Modernistyczne vertigo – zawrotu głowy można dostać patrząc na kręcące się spiralnie schody w Muzeum Guggenheima, które jest bez wątpienia jednym z najsłynniejszych przybytków sztuki współczesnej na świecie. Frank Lloyd Wright wymyślił budowlę, która stanowić miała kontrast dla znajdującego się w pobliżu Muzeum Metropolitańskiego (chciał aby to ostatnie przy jego dziele wyglądało jak „protestancka stodoła”), a która ostatecznie stała się ikoną XX-wiecznej architektury. Chociaż z tą poręcznością, jeśli chodzi o ekspozycję dzieł sztuki, jest jednak różnie. Podejrzewam bowiem, że wielki Wright bardziej był zainteresowany ekspozycją swojego architektonicznego geniuszu, niż stworzeniem dobrych warunków dla prezentacji współczesnego malarstwa: no bo krzywe ściany, strasznie kiepskie światło, mało w sumie miejsca, tudzież niewygodne wspinanie się po piętrach ślimakiem, jakby po równi pochyłej. Lecz Guggenheim to jednak wielki turystyczny przebój Manhattanu – ludzie walą tu drzwiami i… chciałoby się tu napisać oknami – ale tych tu raczej nie ma – choć oglądania też zbyt wiele w tej wielkiej wstążce z betonu się nie uświadczy (nie miałem szczęścia tym razem, bo wystawa „Picasso – Black & White” nie była jeszcze gotowa i tylko z daleka mogłem podejrzeć, co też z tych biało-czarnego picassów szykują).

greydot

*NEW YORK (6)

*

5. WIEŻE Z WODĄ POD CIŚNIENIEM. Tłok i zagęszczenie form z przeróżnych parafii. Eklektyzm na granicy chaosu – ale jednak ciągle wszystko wydaje się tu być usadzone i na swoim miejscu. Nawiasem mówiąc, jest to widok z okna hotelu, w którym się zatrzymałem (Paramount) – i pewne elementy tego krajobrazu zwróciły moją uwagę dopiero po paru dniach (czy też raczej nocach). Weźmy chociażby owe wieże ciśnień (znane to jako water towers). Są one stałym elementem manhattańskiej skyline, tak powszechnym, że zwykle się ich nie zauważa. Lecz jak się tak wgłębić nieco bardziej w temat, to odsłania się cały, nowy, zaskakujący świat z nimi związany. Bo któż by pomyślał, że niemal wszystkie (w 99%) są z drewna (cedr albo redwood), że muszą je instalować budynki Manhattanu, które mają więcej niż 6 pięter (jest ich więc na samej wyspie kilkadziesiąt tysięcy)? Imponujące wrażenie robi wielka budowla w tle – jej architektura przypomina oczywiście Europę, tyle że w skali macro (jesteśmy przecież w Ameryce). Intryguje też piętrowy parking – wskazujący na to, jak bardzo karkołomne są pomysły usiłujące dać sobie radę z koszmarnym problemem parkowania na Manhattanie.

greydot

*

NEW YORK (7)

*

6. GRAFFITI FACES ON FALISTA BLACHA. W mieście, które wydało Basquiata nie może być złych graffiti. Ta forma ekspresji może być dla miast zmorą (wtedy zazwyczaj ze sztuką nie ma wiele wspólnego), ale też i sporym wyzwaniem estetycznym (wtedy bywa sztuką par excellence). Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten widok ściśniętych ze sobą kreskowych twarzy, kiedy spacerowałem po nadzwyczaj relaksującym (jak na tę część Manhattanu, zwaną Piekielną Kuchnią i Dystryktem Pakowaczy Mięsa) nowym deptaku zwanym The High Line, będącym czymś w rodzaju pełnego zieleni mini parku i ekologicznej ścieżki, biegnącej wzdłuż torów dawnej kolejki, która ongiś z wielkim łoskotem przetaczała się nad ulicami dolno-zachodniego Manhattanu, a później, niestety, straszyła już tylko zardzewiałym żelastwem. Tak więc, idąc tym bardzo ostatnio popularnym paskiem obsadzonym przeróżnymi roślinkami, zobaczyłem takie oto twarzowe cudo – przy czym „cudo” nie jest tu bynajmniej napisane przeze mnie z sarkazmem. Bowiem pozorny chaos kreski (a raczej śladu po spray‚u) układa się w uderzająco spójny, skonsolidowany i w sumie chyba harmonijny układ – kompozycję będącą zbiorowym portretem – bez wątpienia karykaturalnych, ale jednak ciągle ludzkich, fizis.

greydot

new-york-8

*

7. ŻELAZKO Z ZEGAREM. Trudno w to uwierzyć, ale ten dziwny, zaledwie (?) 20-pietrowy budynek był przez 7 lat (1902-1909) najwyższym i jednym z najsłynniejszych budynków na świecie. Na powyższym zdjęciu tego dobrze nie widać, ale dziś jest on przytłoczony przez inne budowle (jak choćby ten mieszkaniowy mrówkowiec po lewej stronie). Napisałem dziwaczny, ale jak się tak mu lepiej przyjrzeć, to FLATIRON czyli „żęlazko” (nazwa wzięła się od żelaznego szkieletu, na jakim cała konstrukcja się wspiera) jest bryłą nie pozbawioną piękna, a być może i gracji – przypominając coś w kształcie dzioba statku prującego powietrze, tyle że nie na pełnym morzu, a u zbiegu Broadway’u i Piątej Alei. (Nie bez kozery sama Katherine Hepburn wyznała kiedyś, że chciałaby być tak podziwiana jak ta „stara, dobra budowla”). Mimo upływu czasu i odejścia w przeszłość „swojej” epoki, Flatiron pozostaje jednym z najczęściej obfotografowywanych architektonicznych brył Manhattanu. Trudno jest wszak uchwycić na zdjęciu jego niezwykłą aparycję – cały ten splendor wapiennej elewacji w stylu tradycyjnego beaux arts. Słynny nowojorski fotograf Alfred Stieglitz miał jednak ułatwione zadanie – w jego czasach wokół „żelazka” nie było takiego kłębowiska ludzi, budynków i samochodów, jak dzisiaj. Pewnie dlatego moje ujęcie jest cokolwiek dziwaczne – i jednak nie oddające sprawiedliwości urodzie wieżowca, który znalazł się tutaj nieco w cieniu zwykłego (?) ulicznego zegara.

greydot

*

new-york-9

*

8. GOLAS NA RONDZIE KOLUMBA. Wprawdzie do dzisiaj nie wiem co ten goluśki chłopaczek robi na tym „wojennym” memoriale upamiętniającym ofiary zatopionego w 1898 r. USS Maine (krążownik pochłonął Ocean u wybrzeży Kuby – zginęło wówczas 258 marynarzy a katastrofa ta była powodem strasznej awantury), to jednak ciekawe wydało mi się to ujęcie figurki jakby nie z tego świata, skontrastowanej ze szklanymi taflami wieżowców, (z których ten największy to bodajże siedziba CNN). Klasyczna rzeźba i architektoniczny modernizm wcale się tu jednak nie gryzą. Może dlatego, że cały świat, niczym Babilon, spotyka się tutaj – na Rondzie Kolumba, u Kupieckich Wrót prowadzących wprost do Parku Centralnego (którego, niestety, na zdjęciu tym nie widać).

greydot

*

new-york-10

*

9. W MIEDZIANYM ŚRODKU WIEŻY TRUMPA. Tak jak samego Donalda Trumpa nie za bardzo kocham, to jego „wieża” przy ekskluzywnej i prestiżowej w skali światowej Piątej Alei (warto zauważyć, że tuż obok – po sąsiedzku – znajduje się to słynne wystawowe okno, do którego wzdychała Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego”) swego czasu robiła na mnie spore wrażenie (ale to było dość dawno i sam już nie wiem czy prawda). Wysokie na sześć pięter atrium, obłożone od posadzki po sufit różowym marmurem, ma na swój sposób uwodzące wnętrze. Być może przyczynia się do tego specyficzny, miedziany połysk i kolorystyka, za którą odpowiedzialna jest nie tyle miedź, co oświetlenie. Ciekawostka: gdzieś tam w górze, ponad całym tym szpanerskim shopping-mallem, mieszkali ponoć niegdyś „boski” Michael Jackson i niezbyt chyba jednak „boska” Madonna.

greydot

*

new-york-11

*

10. BLACK MERC SHINING. Czarno, lśniąco, refleksowo, może nawet elegancko (bo limuzyniasto?) Jak widać Merc ma niezłe towarzystwo (Audi) i wypucowany jest na Glanz, dzięki czemu mogą się przeglądać w nim – czy też raczej w jego masce – okoliczne budynki. Ciekawe zagęszczenie czerni, zagiętych linii, jasnych plam i metalicznego lśnienia. Niewykluczone, że Mercem tym przyjechał właśnie jakiś Broadway’owy artysta – ewentualnie jeden z bossów tubylczych drug-dealerów.

greydot

*NEW YORK (12)

*

11. POSZATKOWANA LUSTRZANKA. W takim małpim architektonicznym gaju jakim jest Manhattan, kusi niekiedy człowieka by pójść  na łatwiznę i fotografować po prostu to, co mu się jawi przed oczyma – często odbijając się w lustrach. A że tafle szklane są tu przeolbrzymie, to i efekt wręcz mąci człowiekowi w głowie, przypominając widoki zmieniające się – i mieniące – jak w jakimś gigantycznym kalejdoskopie. Bo czymże innym, jak nie takim monstrualnym kalejdoskopem, jest cały ten odjazdowy Manhattan?

greydot

*

KAŻDY MA SWOJĄ GÓRĘ… – KORCZAK ZIÓŁKOWSKI I RZEŹBA SZALONEGO KONIA (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Korczak Ziółkowski i jego – największa na świecie – rzeźba Szalonego Konia w Dakocie Południowej.
Pisząc o tym człowieku i jego nadludzkim przedsięwzięciu można bezwiednie ugrząźć w patosie. Bowiem rzeczywiście wymiar jego wizji, marzenia i czynu był w samej swej istocie monumentalny. Wzniosłość potrafi by zaraźliwa. To właśnie decyduje o wielkości człowieka: jego życie staje się dziełem sztuki, nierozerwalne z celem; pasja i oddanie przenika każdą jego tkankę – unikając przy tym fanatyzmu i naiwnego idealizmu. Sen o wielkości przekuwany w czyn przestaje być mrzonką wielkości urojonej.
A jednak przeczuwamy, że prawdziwa wielkość człowieka może się urzeczywistnić tylko w jego umyśle – wielkością ducha, serca i idei. Zacytujmy Korczaka Ziółkowskiego: “Kiedy legendy umierają, kończą się marzenia; kiedy kończą się marzenia, nie ma już wielkości”.
Czarne Wzgórza w Południowej Dakocie, gdzie urzeczywistnia się sen Ziółkowskiego, pozostają dla Indian ziemią świętą. Rzeźba Szalonego Konia czyni to miejsce jeszcze bardziej szczególnym, nie tylko dla pierwszych mieszkańców Ameryki, ale i dla wszystkich, którzy na własnej “górze swojego życia” chcą zostawić po sobie jakiś ślad.

*

Korczak Ziółkowski

POLSKI SIEROTA

Przygoda Korczaka Ziółkowskiego mogła się przydarzyć tylko w Ameryce. On sam mówił: “Co za honor dla małego polskiego chłopca, sieroty z Bostonu, być poproszonym przez indiańskich wodzów, aby opowiedzieć historię ich rasy. Co za honor! Tylko w Ameryce człowiek może rzeźbić górę”.
Korczak Ziółkowski jest już teraz człowiekiem legendarnym. Człowiekiem legendą dla Amerykanów, dla Polaków i dla Indian. O nim i o jego nadludzkim przedsięwzięciu, które jedną z gór Dakoty zamienia w wodza Siuksów, słyszało miliony ludzi na całym świecie.
Szczególnie przypadek Korczaka winien poruszyć Polaków. Mimo, że urodził się on już na ziemi amerykańskiej, jego dziadkowie przybyli tu znad Wisły. Wprawdzie rodzice Korczaka zginęli w wypadku, kiedy miał on zaledwie rok, to jednak jego polska – romantyczna a zarazem szlachetna – natura była w nim ciągle obecna i dawała o sobie znać przez całe życie. Polski romantyzm, honor i upór – ta domieszka szaleństwa i wiary, która może przenosić góry. W życiu Korczaka to ostatnie urzeczywistniło się niemal dosłownie – za jego przyczyn góra naprawdę się poruszyła.

SUBTELNOŚĆ I SIŁA

Jeszcze jako niemowlę Korczak Ziółkowski został odcięty od swoich polskich korzeni. Od pierwszego roku życia wychowywał się w rodzinach zastępczych i sierocińcach, szczególnie okrutnie traktowany przez pewnych Irlandczyków. O tamtym okresie swego życia nie chce mówić. Wspomina tylko, że był on okropny – źle go traktowano, bito i zmuszano do pracy niczym niewolnika. Nic więc dziwnego, że jego niezależna natura jak najszybciej chciała się wyzwolić od tego jarzma. W wieku 16 lat Korczak zaczyna właściwie samodzielne życie. Ima się różnych zajęć – od prasowacza spodni po odźwiernego w kinie. Kończy szkołę średnią i podejmuje pracę w bostońskiej stoczni. Przez następne 6 lat poznaje tajniki ciesielki i stolarstwa, wykazując od razu niezwykły talent rzeźbiarski, dzięki któremu tak wcześnie  ujawniły się cechy stylu Ziółkowskiego, widoczne w całej jego późniejszej twórczości: połączenie artystycznego smaku i subtelnością z męską siłą, solidnością i zdecydowaniem.
Dostrzeżono prace młodego chłopca, znalazło się nawet kilku możnych i wpływowych protektorów. Na dodatek jeden z nich wyczulił go na jego polskie pochodzenie, budząc w nim poczucie pewnej solidarności z polskim narodem i ze swoimi przodkami. (Dlatego też rzeźbiarz obrał obie  imię Korczak, wywodzące się – jak to odkrył – od herbu rodziny Ziółkowskich). To nie przypadek więc, że pierwszą rzeźbą z marmuru, która przyniosła mu uznanie i sławę, było popiersie wielkiego polskiego męża stanu i genialnego pianisty Ignacego Paderewskiego. W 1939 r. dzieło to zdobyło w publicznym głosowaniu pierwszą nagrodę na Targach Światowych w Nowym Jorku. Samouk, który w swoim życiu nie wziął ani jednej godziny nauki w tym kierunku, który nie ukończył żadnych wielkich szkół i uniwersytetów, znalazł uznanie zarówno wśród koneserów, jak i laików.
Jeszcze w tym samym 1939 r., Korczak znalazł się na Czarnych Wzgórzach. Jednak nie śnił mu się jeszcze wówczas wielki jak góra Szalony Koń. Pracował bowiem jako asystent Gutzona Borgluma przy rzeźbieniu w skale słynnych dzisiaj głów prezydentów, zaledwie 17 mil od miejsca, w którym 10 lat później zacznie tworzyć swoje własne dzieło. Trzeba dodać, że Korczak z Borglumem pracował krótko, bo niespełna jeden sezon. Powodem były ciągłe nieporozumienia z synem Borgluma, Lincolnem.

Korczak Ziółkowski i wódz Henry Standing Bear

LIST STOJĄCEGO NIEDŹWIEDZIA

Po powrocie na Wschód Korczak otrzymał list ze stron, które dopiero co opuścił. Otóż wódz Siuksów Henry Standing Bear zapraszał Ziółkowskiego do siebie zapytując, czy nie byłby on zainteresowany wyrzeźbieniem w górze posągu Szalonego Konia, legendarnego wodza Indian, który wraz z Sitting Bullem przewodził powstaniem Siuksów w latach 70-tych ubiegłego wieku i zasłynął w pamiętnej bitwie pod Little Bighorn, kiedy to Indianie wycięli w pień cały oddział kawalerii amerykańskiej dowodzonej przez generała Custera. Henry Standing Bear pisał wówczas do Ziółkowskiego: “Wszyscy moi bracia wodzowie i ja, chcemy, by Biały Człowiek dowiedział się, że i Czerwonoskórzy Ludzie mieli swoich bohaterów”.
Korczak łamał się z decyzją. W międzyczasie wstąpił do wojska, walczył w artylerii amerykańskiej na frontach II wojny światowej, kilkakrotnie był ranny, dosłużył się nawet stopnia sierżanta… Jednak nawet w wojsku nie zaprzestał rzeźbienia. To właśnie przeżycia wojenne sprawiły, że Korczak Ziółkowski zdecydował się przyjąć zaproszenie Siuksów. Przez dwa lata studiował kulturę i historię Indian, wraz z indiańskimi wodzami wybrał odpowiednią górę, na której w roku 1949 odpalono pierwszy ładunek dynamitu. Ziółkowski miał wówczas 40 lat i zaczynał właściwie swoje drugie życie. Jednak wtedy nie spodziewał się jeszcze, że już do końca swoich dni zostanie na Czarnych Wzgórzach i następne 35 lat poświęci bez reszty pracy nad pomnikiem Szalonego Konia – największym przedsięwzięciem rzeźbiarskim, jakiego podjął się do tej pory człowiek.

TYTAN, MRÓWKA I GOSPODARZ

Początki Crazy Horse Memorial były skromne, żmudne i ciężkie. Korczak wykupił za swoje pieniądze działkę i licencję górniczą, która dawała mu prawo do zajęcia się Thunderhead Mountain, jak nazwał tę górę. Jednak aż dwa lata trwały przygotowania do podjęcia właściwej pracy nad rzeźbą. Korczak musiał wcześniej wyrąbać las, zrobić drogę, skonstruować specjalne schody na szczyt, doprowadzić elektryczność i wodę, zbudować dom i studio…
Przez pierwsze siedem miesięcy mieszkał w wojskowym namiocie. Kiedy więc wreszcie można było zacząć rzeźbić górę, Korczakowe fundusze były na wyczerpaniu. W kieszeni zostało mu raptem 174 dolary.

Właśnie to było zawsze głównym problemem w pracy Ziółkowskiego: finanse. Jednak należy zaznaczyć, że było tak głównie z powodu honorowej polityki, jaką sam przyjął od początku. Wierzył mianowicie w ideę tzw. free enterprise, która zakładała, że ani jednego dolara nie weźmie z pieniędzy podatników. Dlatego też m.in. dwukrotnie odrzucił 10 mln. dolarów, które rząd federalny gotów był przeznaczyć na realizacje projektu. Fundusze miano zbierać prywatnym sumptem – z dobrowolnych datków i biletów wstępu. Jednak warto też dodać, iż Korczak był zdecydowanie przeciwny, aby powstający pomnik traktować jako turystyczny wabik i kuriozum. To dlatego zawsze musiano się wykłócać z nim, by zgodził się np. podnieść opłatę za wstęp na teren obiektu. Wielu ludzi miało więc wejście darmowe, w tym wszyscy Indianie. Każdy traktowany był, niczym gość w domu.

Jeśli ktoś sądzi, że pomysł Indian i zajęcie Ziółkowskiego było jakąś szaleńczą fanaberią, jakimś wymysłem, który pozwalał rzeźbiarzowi uciec od świata i życia pełnego obowiązków, to głęboko się myli. Korczak przez te 35 lat pracy nad Szalonym Koniem udowodnił, że jest człowiekiem żelaznej woli, niesłychanie konsekwentnym  i upartym. Przez cały czas pracował ciężko jak wół i uparcie jak mrówka. A przy tym wszystkim wykazywał niezwykłą inżynierską inwencję i zaradność dobrego gospodarza. Mimo, że samo zmaganie z górą wymagało nadludzkiego wysiłku, Ziółkowski sam starał się zarobić nie tylko na swoje utrzymanie – i utrzymanie licznej rodziny – ale i na dofinansowanie własnego projektu.
Zaczął więc hodować bydło i świnie, wybudował nowoczesną mleczarnie i tartak. Sam konstruował i naprawiał maszyny, przyjmował też inne zlecenia rzeźbiarskie i stolarskie.

No i – last but not the least – założył rodzinę. Poślubił młodszą o 18 lat Ruth, swoją długoletni asystentkę i miał z nią aż … 10 dzieci! Płodny niesłychanie był więc Korczak pod wieloma względami. Niektóre ze swych dzieci sam odbierał przy porodzie. Specjalnie dla nich założono też szkołę. Tak więc Korczak, oprócz tego, że był wizjonerem, był także człowiekiem z krwi i kości, mężem i ojcem – prawdziwym family man. Wprawdzie podkreślał, że u niego na pierwszym miejscu jest góra, na drugim Ruth, a na trzecim dzieci, to w jego sercu nie było wcale takiej hierarchii. Z tym samym uczuciem oddawał je po równo wszystkim. Jego wady – porywczość, wybuchowość, szorstkość – bladły wobec jego zalet. Za te zalety podziwiali go wszyscy – Indianie, żona, dzisięcioro dzieci i tysiące innych ludzi.

Model rzeźby Szalonego Konia. W tle: góra Thunderhead, na której urzeczywistnia się wizja Korczaka Ziółkowskiego.

KAMIENNY JEŹDZIEC

Postać Szalonego Konia wybrali Indianie, natomiast wyczarowanie jej ze skały powierzyli Korczakowi. Ten wyrzeźbił na samym początku model, który przedstawiał Indianina na koniu. Długowłosy jeździec o monumentalnych rysach wyciągniętą ręką wskazuje ponad głowami narowistego konia. Jest w tym zawarta pewna anegdota. Podobno kiedy tułającego się ze swymi współplemieńcami i odmawiającego zamknięcia w rezerwacie Szalonego Konia zapytano ironicznie gdzie jest jego ziemia, ten wskazał palcem przed siebie i powiedział: “Moja ziemia jest tam, gdzie pochowani są moi przodkowie”. To właśnie ten moment został utrwalony przez Korczaka. Początkowo rzeźba miała powstać ze szczytu góry. Korczak planował jej wysokość na 30 m. Później doszedł do wniosku, że jednak Szalony Koń powinien być wyrzeźbiony z całej góry, co powiększało rzeźbę 6-krotnie. Sama twarz byłaby więc wielkości uprzednio planowanego posągu.
Skala na jaką porwał się Ziółkowski jest niesłychana. Podajmy tylko kilka wymiarów: wysokość całej rzeźby ok. 170 m., długość ponad 190 m. Wyciągnięte ramię będzie miało prawie 80 m., (czyli niemal tyle co futbolowy stadion). Zdoła się na nim pomieścić 4 tysiące ludzi. Pomiędzy ramieniem Indianina a szyją konia będzie przestrzeń, w której mógłby się zmieścić kilkupiętrowy budynek, zaś w samym nozdrzu konia można by postawić 5-cio apartamentowy dom.

JEDNO ŻYCIE TO ZA MAŁO

Praca nad Szalonym Koniem była tytaniczna i zdawać by się mogło – syzyfowa. W każdym razie przerastała możliwości i długość życia jednego człowieka. W niczym nie przypominała konwencjonalnej pracy rzeźbiarza. Samym drogom i ich naprawie, całej tej – można tak nazwać – infrastrukturze – poświęcił Korczak niemal połowę czasu. Odstrzeliwanie za pomocą dynamitu samego zarysu głowy do poziomu ramienia, zajęło mu niemal całą dekadę. Następne 10 lat poświęcił Korczak na pozbycie się nadmiaru granitu znad głowy konia. W międzyczasie Korczak łamał sobie żebra, kości rąk i nóg, z krzyża parokrotnie wyskoczyły mu dyski, przeżył dwa ataki serca, nabawił się artretyzmu i głuchoty… Nie złamało to jednak jego determinacji, ducha, ani nawet nie pozbawiło siły fizycznej.

Ziółkowski już na samym początku zdał sobie sprawę, że jedno życie jest za krótkie, by doczekać ukończenia rzeźby. Zmarł w 1982 r. mając 73 lata. Zdążył do tego czasu odstrzelić prawie 7 mln. ton skały (na tym właściwie polegała jego “rzeźbiarka”). Nie wystarczyło to jednak, by z góry wyłonił się choć zarys całej rzeźby. Przez następne lata malowało się więc np. kontury końskiego łba, by oglądający łatwiej mogli wyobrazić sobie ostateczny kształt posągu. Pod koniec lat 90-tych wykończono twarz Indianina i goście, którzy przybywali pod pomnik w tamtym czasie, widzieli jak góra zmienia się wprost na ich oczach. Jednak najprawdopodobniej dopiero ci, którzy przybędą na Czarne Wzgórza gdzieś w połowie XXI w., będą mogli zobaczyć pomnik gotowy, w pełnej okazałości.
Korczak, wiedząc iż nie dokończy rzeźby, przygotował odpowiednio swoją żonę Ruth (przed śmiercią Korczaka wyrysowali dokładne plany, na których opierać się miały dalsze prace), jak również 10 sowich dzieci, które wyrosły w cieniu góry Thunderhead i w większości przejęły pasję ojca. Nie tylko dla nich stał się on wzorem i bohaterem. Do dzisiaj tysiące ludzi z przykładu tego niezwykłego człowieka czerpie natchnienie, moc i wytrwałość dla własnych wysiłków i zamierzeń. Bowiem, jak mówił sam Korczak: “Każdy człowiek ma swoją górę. Ja rzeźbię swoją.”

Korczak Ziółkowski z żoną

HOŁD INDIAŃSKIEJ KULTURZE

Crazy Horse Memorial to nie tylko gigantyczna rzeźba rodząca – podobnie jak w przypadku Mt. Rushmore – podejrzenia o megalomanię. Tym, co zjednało Korczakowi i jego przedsięwzięciu szerokie rzesze ludzi, jak również w końcu przychylność władz stanowych i federalnych, był humanitarny wymiar projektu. U podnóża góry powstać ma bowiem cały kompleks poświęcony kulturze indiańskiej, złożony m.in. z Muzeum Indian Ameryki Północnej, Uniwersytetu i Centrum Szkolenia Medycznego dla Indian.
Nie trzeba podkreślać, jak specjalnym człowiekiem stał się Korczak dla Indian. Co ciekawe, sprawa Indiańska nie leżała mu jeszcze tak bardzo na sercu, gdy rozpoczynał pracę nad rzeźbą. Prawdziwa solidarność i uznanie, szacunek i przyjaźń dla nich przyszły później. Na początku było tylko zlecenie wodza Stojącego Niedźwiedzia, które rzeźbiarz zobowiązał się wykonać. Być może nawet z przekory, i po to, by udowodnić tym ludziom od prezydenckich głów na pobliskiej Mt. Rushmore, że i on potrafi rzeźbić górę.
Dla indiańskich wodzów zaś ówczesne motywacje Ziółkowskiego były nieistotne, choć pod względem charakteru pokrywały się z ich własnymi. Dla nich ważne było to, by pokazać światu, że Indianie nie dzikusy i też swoich bohaterów mają. Zapewne wielu z nich bolało to – i nie mogło znieść tego – że na ich świętych Czarnych Wzgórzach wyrzeźbiono  podobizny wodzów Białego Człowieka – tych, którzy uosabiali dawną opresję, wrogów, morderców…
Niezręczny to obecnie temat i nic dziwnego, że nie eksponowany, i to zarówno przez większość Indian, jak i Jankesów. Tylko od czasu do czasu, takie incydenty, jak w Alcatraz, czy w 1973 r. na miejscu masakry pod Wounded Knee z 1890 r., uświadamiają nam, że zadra ciągle tkwi w indiańskich duszach.

Tak więc, Korczak Ziółkowski stał się wyznawcą, reprezentantem i protektorem kultury Indian. Przyjrzał się im uważniej, bez uprzedzeń, nabrał szacunku dla ich kultury i dziedzictwa. Przy czym zawsze podkreślał, że nie jest żadnym “Indian Lover” – żadnym tam indianofilem. Wszystko to emanowało z niego w sposób naturalny.
W mądrości indiańskich wodzów dostrzegł tę samą mądrość, która wcześniej uderzyła go w traktatach Arystotelesa. Uświadomił też innym ludziom, że każda rasa, plemię, naród ma prawo do tego, by eksponować i kultywować to, co w nich najlepsze, najszlachetniejsze – z czego mogą czerpać dumę i poczucie godności. Każdy ma do tego prawo, na przekór krążącym stereotypom, degradujących innych ludzi do poziomu prymitywów, dzikusów i barbarzyńców.
Zrozumiał to Ziółkowski i przejął się tym tak, że 35 lat swojego życia poświęcił katorżniczej pracy i wytrwał przy swej górze do końca swych dni. A mógł przecież prowadzić lekkie i wystawne życie uznanego rzeźbiarza, artysty, przyjmować atrakcyjne zlecenia od bogaczy, produkować drogie meble, dłutkować i cyzelować małe cacka w przytulnej pracowni. Zamiast tego zamienił się dobrowolnie w galernika zmagającego się z górą, z niepogodą, z niechęcią innych, z wszelkimi przeciwnościami; wysadzającego przez dziesiątki lat miliony ton skały, pokaleczonego, połamanego, głuchego…
Kiedy Korczak Ziółkowski wziął stronę Czerwonych Braci, kosztowało go to wiele. Wśród mieszkańców okolicznego miasteczka Custer (nazwanego tak na cześć niefortunnego generała spod Little Bighorn), wzniecił on rasowe resentymenty i dawną wrogość do Indian, rodem jeszcze z pionierskich czasów. Pewnej nocy zakradł się ktoś do pracowni i potłukł młotkiem jego posągi. Jeszcze wiele lat po tym incydencie, można było pod górą Thunderhead zobaczyć zniszczone popiersia i twarze z obtłuczonymi nosami. Szkody długo nie naprawiano. Zapewne słusznie – uwidoczniono tym symbol i przestrogę przed ślepą nienawiścią i wandalizmem.

PIASKI CZASU

Tłum pod twarzą Szalonego Konia

Przemijanie, ludzka krzątanina – złudzenie, że pozostanie po nas jakiś trwały ślad… W wiecznie ruchomych piaskach czasu?
Albert Camus wyznał kiedyś, że żyje po to, by zostawić na ziemi bliznę. Jeden z przyjaciół Janusza Głowackiego, autora “Antygony w Nowym Jorku”, powiedział mu, że różnica między nimi polega na tym, iż on koło grobu chodzi, a Głowacki biega.
Bez wątpienia dzieła przedłużają – jeśli nie życie, to pamięć o twórcy. Jakaś cząstka Leonarda da Vinci została w uśmiechu Mony Lisy; ziarno trwogi, bólu i szaleństwa Van Gogha nadal tkwi w jego płótnach; odbicie mądrości Tołstoja czy Balzaka do dzisiaj możemy znaleźć w ich książkach; pytania Bergmana nadal padają w jego filmach; piękno Bazyliki św. Piotra uderza po wiekach…
Wszystko to zostało zaklęte w materii.
Na jak długo?
Bernardo Bertolucci, reżyser zarówno “Ostatniego tanga w Paryżu”, jak i “Ostatniego Cesarza”, nie ukrywa fatalizmu, jeśli chodzi o trwałość swoich filmów. Mówi, że dla niego wszystko mogłoby zniknąć i dodaje, że jego stosunek do filmów – nie tylko do własnych – jest podobny do tego, jaki miał mnich z “Małego Buddy”, który robił wspaniałe rysunki kolorowym piaskiem: “talent, pasja, godziny pracy – a nagle zawieje wiatr i wszystko znika”.

Jesteśmy skazani na to, by komunikować się w świecie materialnym i w materii wyrażać nasze sny, przekazywać je innym. Jednak często wielu z nas dochodzi do tego, że prawdziwą i niewzruszoną wartość może mieć dla nas właśnie to, co kryje się za materią. Jest to jeden z największych paradoksów ludzkości: chcemy, aby to, co jest najbardziej ulotne, okazało się czymś najbardziej trwałym i niewzruszonym. Na tym chcemy budować opoki – w tym szukamy oparcia.
Ile w tym rozpaczy i desperacji? Ile nadziei, ile tęsknoty, ile prawdy…?
Kamienne tablice dawno rozsypały się w proch, jednak przecież nie na kamieniu opierała się ich trwałość.

Góra Korczaka Ziółkowskiego to nie tylko granit, który przeobraża się się w pomnik jeźdźca na koniu. To wykuta w skale idea. Idea szlachetności, wielkości człowieka – jego dumy, honoru, wytrwałości, dyscyplinie i pracowitości (wartości, które we współczesnym świecie stały się niemodne a nawet cokolwiek wstydliwe). Tak odbierają ją teraz rzesze ludzi, którzy przybywają na Czarne Wzgórza. Świadczą także o tym tysiące listów, które przychodziły na ręce rzeźbiarza, a później – po jego śmierci – docierały do żony i rodziny Korczaka. Wśród nadawców znalazł się i papież, i prezydenci, i zwykli ludzie. W jednym z takich listów ktoś napisał: ”Swoją energią i swoją wizją oświecał on ludzkość i uczynił świat nieco lepszym miejscem, wartym tego, by jakiś czas tutaj pożyć.”
Z góry Thunderhead  wyłania się z wolna pomnik Szalonego Konia. U jego stóp powstanie zapewne kiedyś centrum kultury indiańskiej, dające tym ludziom zadośćuczynienie i hołdujące ich najlepszym wartościom.

Gdzieś tam, u podnóża góry spoczywają też doczesne szczątki Korczaka, a napis na grobie głosi: “Storyteller in Stone”. Jego duch jest jednak stale obecny wśród ludzi. Duch człowieka, który “opowiadał w kamieniu” – duch człowieka, którego sen i opowieść będzie trwała jak góra i skała.
A może jeszcze trwalsza? Może nieśmiertelna jak idee, których nie imają się przecież zęby czasu?

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

PREZYDENCI WIELCY JAK GÓRA – MT. RUSHMORE

Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

Wykute w skale popiersia amerykańskich prezydentów: Waszyngtona, Jeffersona, Roosevelta i Lincolna (Mt. Rushmore, Dakota Południowa – zdjęcie własne)

*

Wykute w górze Rushmore głowy prezydentów są bez wątpienia jedną z najsłynniejszych ikon funkcjonujących w obiegowej świadomości świata jako symbol typowo amerykański, podobnie jak guma do żucia, Statua Wolności czy Myszka Miki. Prawdą jest również, że obecnie jest to największa rzeźba na świecie. Tak będzie do czasu, kiedy za kilkadziesiąt lat rodzina Ziółkowskich ukończy powstający nieopodal – zaledwie 25 km. od Mt. Rushmore – pomnik wodza indiańskiego Szalonego Konia, w którego głowie już teraz można byłoby zmieścić wszystkie prezydenckie głowy razem wzięte. Dziś ten monument na Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej jest najliczniej odwiedzanym miejscem Środkowego Zachodu. Co roku przybywa tu ponad 3 mln. gości.

*

Jak wszystko, co wiąże się z kulturą amerykańską, również i Mount Rushmore National Memorial trudno jest określić jednoznacznie, zwłaszcza gdyby tak – odrzucając patos i uprzedzenia – zastanowić się nad jego istotą, wartością i znaczeniem. Jednak, czy po odarciu Mt. Rushmore z patosu, coś jeszcze zostaje? Czy potrzeba dużej dozy złośliwości, by zarzucić temu pomnikowi, że jest produktem nacjonalistycznej gigantomanii? Bo przecież wyzierała ona niewątpliwie z jego ideologicznej motywacji, artystycznego konceptu i całej późniejszej realizacji.
Twórca pomnika Gutzon Borglum pisał w swoim dzienniku wkrótce po rozpoczęciu prac na Mt. Rushmore: “Kolosalna sztuka ma swoją wartość – ludzką i ogarniającą ducha – która powinna być na stałe włączona we wszystkie formy narodowej ekspresji – z pełną świadomością i zamysłem, na skalę godną swojego znaczenia i wielkości ludzi, których życie przedstawia”. Zaraz potem z ironicznym przekąsem opisuje przypadek rzeźbiarza, który z dumą przedstawił mu głowę prezydenta wyrzeźbioną w… główce od szpilki. Następnie Borglum dodaje, iż poraził go bezsens i próżność tego “dzieła”.

Jaki jest zatem sens góry Rushmore?
Otóż napisać trzeba, że pełni ona z powodzeniem dwie zasadnicze role. Jedna jest praktyczna, druga ideowa. W sferze idealnej Mt. Rushmore sprawdza się jako patriotyczny symbol. Rzeźbę przedstawiającą, zdaniem Amerykanów, czterech najznamienitszych liderów w historii tego kraju, nazywa się nawet “Świątynią Demokracji”, uważając ją za manifestację amerykańskiego przywiązania do tradycji oraz do wartości o charakterze narodowym. W sferze praktycznej zaś, przedsięwzięcie Borgluma i władz stanowych, a później i federalnych, okazało się znakomitym interesem, przynosząc Dakocie Południowej oraz państwu setki milionów dolarów zysku. Stało się tak, jak przewidywali pomysłodawcy projektu – głowy zapoczątkowały turystyczny boom na Czarnych Wzgórzach, dzięki któremu turystyka jest obecnie drugą po rolnictwie, najbardziej dochodową gałęzią przemysłową stanu.

KOLOROWI BOHATEROWIE  I  EKONOMIA

Od zarania swego państwa Amerykanie przejawiali zamiłowanie do wielkości. Skłonność ta jest zresztą do dziś jedną z głównych charakterystycznych cech tego społeczeństwa. Co ciekawe, nie zawsze jest to li tylko przejaw megalomanii. Często przekonanie, że coś jest tu “naj”, ma realne podstawy w rzeczywistości.
Stany Zjednoczone w XIX w. były już wielkim państwem z ambicjami mocarstwa. I jak twierdzili niektórzy, wielki kraj powinien mieć wielką sztukę. Już w 1849 r. rzucono pomysł, by w Górach Skalistych wyrzeźbić olbrzymiego jak góra Krzysztofa Kolumba. Jednak, zważywszy na możliwości techniczne tamtych czasów, było to niewykonalne.

Musiało upłynąć ponad 70 lat, by podobna idea mogła przybrać realne kształty. Zrodziła się ona w głowie Doane’a Robinsona, historyka stanowego Dakoty Południowej i miała z początku ściśle komercyjny charakter. Robinson nie ukrywał, że chodzi o wykreowanie turystycznej atrakcji, która mogłaby przyciągnąć do Dakoty rzesze turystów, co przyczyniłoby się niewątpliwie do prosperity ekonomicznej stanu. To, że na temat rzeźby proponował tak odległe od siebie w wymowie historycznej postaci, jak kapitanowie Lewis i Clark oraz wódz indiański Czerwona Chmura, świadczy, że kontekst polityczny był mu właściwie obojętny. Chodziło o kolorowych bohaterów Dzikiego Zachodu, nieważne, po której stronie barykady się wsławili. Robinson wybrał też miejsce. Postaci miały być wyrzeźbione ze skalnych iglic zwanych “Needles”, które uważane są dziś za jeden z najciekawszych zakątków Czarnych Wzgórz. Dzięki Bogu i nieprzydatności do tego rodzaju projektu, zostały one zachowane tak, jak przez tysiące lat rzeźbiła jej natura.

Gutzon Borglum ze swoim modelem prezydenckich głów

ARTYSTA  I  BOGOWIE

Inicjatywę Robinsona poparło jednak kilku lokalnych polityków i na Czarne Wzgórza zaproszono Gutzona Borgluma, w którym widziano kompetentnego fachowca i artystę zdolnego podołać podobnemu zadaniu.
Borglum, urodzony w Idaho potomek duńskich Mormonów, był już wówczas znanym rzeźbiarzem, który sprawdził się w dawaniu sobie rady z górą. To on właśnie był twórcą słynnej płaskorzeźby (notabene też największej na świecie) konfederackich przywódców wykutej w ścianie gigantycznego skalnego jaja zwanego Stone Mountain, kamiennej góry leżącej pod samą Atlantą w Georgii. Oprócz tego, że Borglum mocował się  z górami, był on także odpowiednio ukształtowanym artystą, choćby dzięki edukacji w Paryżu, gdzie mógł nauczyć się pewnego romantyczno-secesyjnego wyrafinowania od samego Augusta Rodina.

Dobiegający 60-ki Borglum przybył na Czarne Wzgórza w 1924 r. i z miejsca wykluczył skalne “Igły”. Jego zdaniem miały one złe proporcje i były zbyt zerodowane, by udało się wyrzeźbić w nich jakichkolwiek bohaterów. Uznał też, że postacie Dzikiego Zachodu to temat raczej wąski i lokalny. Jego zdaniem lepiej byłoby nawiązać do bardziej ogólnonarodowej tradycji budowy państwowej potęgi, utrwalając w górach twórców amerykańskiego “Imperium”: “Wierzę, że pomnik narodowy powinien, jak Waszyngton, Jefferson, Lincoln i Roosevelt, posiadać spokój, godność i potęgę odzwierciedlającą bogów, którzy ich inspirowali, jak również sugerować bogów, jakimi sami się stali”.
Po kilkudniowych poszukiwaniach Borglum znalazł odpowiadającą jego wymaganiom górę. Ogromny granitowy blok, dostatecznie wyeksponowany i korzystnie ustawiony względem słońca. Górę tę nazywano Mt. Rushmore.

Tym, którzy ciekawi są pochodzenia tej nazwy, mogę zdradzić, że jest ono dość humorystyczne i zupełnie przypadkowe. W 1885 r. właściciele działek górniczych na Czarnych Wzgórzach wynajęli w Nowym Jorku prawnika, aby zajął się sporną sprawą dotyczącą pewnych tytułów własności. Ten, jadąc na koniu przez wzgórza, zwrócił uwagę na wyniosłą, odróżniającą się od innych skałę i zapytał towarzyszącego mu tubylca o jej nazwę. Usłyszał odpowiedź, że góra ta jeszcze nie ma swojej nazwy, ale od tej chwili może się nazywać tak jak on. Nazwisko adwokata brzmiało Charles Rushmore. Tym oto sposobem zostało utrwalone na wieki wieków.
Sam Rushmore nie mógł pewnie się nadziwić, kiedy dowiedział się o wyborze Borgluma, który niewątpliwie rozsławić miał “jego” górę. Notabene był jednym z pierwszych sponsorów projektu, składając w początkach jego realizacji donację w wysokości aż 5 tys. dolarów, sumę na owe czasy znaczną.

Kamienne oblicza prezydentów (od góry: Jerzy Waszyngton, Tomasz Jefferson, Teodor Roosevelt, Abraham Lincoln)

KOGO NA ŚWIĄTYNNY OŁTARZ ?

Na początku w “Świątyni Demokracji” miał się znaleźć tylko Waszyngton, później Waszyngton i Lincoln, jeszcze później Waszyngton, Lincoln i Jefferson, wreszcie na koniec do grupy “Twórców Imperium” dołączono Teodora Roosevelta.
Całą tę czwórkę uznano za najważniejszych prezydentów w historii państwa – za tych, którzy najbardziej przyczynili się do budowy potęgi Stanów Zjednoczonych, przeprowadzając je z czasów kolonialnych do XX w. Każdemu z owych przywódców przypisuje się kluczowe zasługi; każdy też jest symbolicznym nośnikiem specyficznych wartości, które  Amerykanie deklarują, jako święte i niezbywalne w ich pojmowaniu patriotyzmu, racji stanu i obywatelskich praw. Wartości te mają także znaczenie uniwersalne, uwidaczniając się ich zdaniem w “… umiłowaniu wolności, szacunku dla humanizmu oraz gotowości do poświęcenia życia i własności dla chwalebnych celów. Kryją się one w sercu każdego wielkiego człowieka” – jak głoszą oficjalnie protektorzy monumentu.

Najważniejsze miejsce wśród tych narodowych asów zajmuje Jerzy Waszyngton, pierwszy prezydent niepodległych Stanów Zjednoczonych (dwie kadencje: 1789 – 1797); dowódca naczelny Armii Kontynentalnej w czasie amerykańskiej Rewolucji. Reprezentuje “wolność, niepodległość, inspirującą wizję przyszłości Narodu oraz prezydencką godność”.
Tomasz Jefferson, trzeci prezydent (1801 -1809); autor główny Deklaracji Niepodległości, promotor amerykańskiej ekspansji terytorialnej na Zachód, uosabia niezawisłość państwa, ideę rządu wybieranego przez cały naród, prawo każdego obywatela do “Życia, Wolności i Dążenia do Szczęścia”.
Abraham Lincoln (1861 – 1865) piastował urząd prezydenta w czasie Wojny Secesyjnej, był więc głównodowodzącym wojsk Unii. Uznaje się go za tego, który nie dopuszczając do secesji stanów południowych, ocalił jedność państwa, jak również – zdecydowanie na wyrost – za likwidatora niewolnictwa i wyzwoliciela Murzynów. Lincoln, wg apologetów jest  “przykładem umacniania naszego Narodu, zachowywania i utrwalania tego, co zaczęli Waszyngton i Jefferson. Jego ręka prowadziła do przeznaczenia naszego Kraju w najczarniejszej dla niego godzinie, wskazywała drogę  ku wolności i tolerancji dla wszystkich jego obywateli.”
Teodor Roosevelt (1901 – 1909) to krzewiciel wolności ekonomicznej, rzecznik ochrony środowiska i przyjaciel “zwykłego człowieka pracy”. “Jego przywództwo inspirowało nas do sięgania ku nowym granicom.” Za jego prezydentury wybudowano ważny strategicznie i ekonomicznie Kanał Panamski. Wcześniej zyskał uznanie, biorąc udział w wojnie hiszpańsko – amerykańskiej (szarża Rough Riders na Kubie).

Tak – pięknie i budująco – motywuje się obecność tej czwórki na granitowym zboczu Mt. Rushmore. Najwięcej kontrowersji budziła swego czasu obecność wśród tych “gigantów prezydentury” Teddy’ego Roosevelta (nie mylić z Franklinem D. Rooseveltem, który m.in. wyprowadził Amerykę z Wielkiej Depresji za pomocą tzw. “New Deal”), człowieka współczesnego Borglumowi, zmarłego zaledwie parę lat przed rozpoczęciem prac nad monumentem. Jednak Borglum, który znał Teddy’ego osobiście, uparł się, by umieścić go wśród prezydenckich prominentów.

MŁOTY  I  DYNAMIT

Michał Anioł twierdził, że rzeźbienie jest proste: wystarczy tylko z kamienia, w którym ukryty jest posąg, odłupać zbędne kawałki.  Z Mt. Rushmore musiano się pozbyć ponad 400 tys. ton “zbędnej” skały.
Trudno, by harówka ta nie wzbudzała w nas pewnego uznania i podziwu, bez względu na nasz stosunek do patetycznego kontekstu całej rzeźby. Zważywszy na trudności piętrzące się przed wykonawcami tego zamierzenia – i to zarówno techniczne, jak i ekonomiczne – doprowadzenie go do finału jest doprawdy znacznym wyczynem.
Oficjalne rozpoczęcie prac nastąpiło w sierpniu 1927 r. Jednakże funduszy starczyło zaledwie na cztery miesiące. Następnego roku nie zrobiono z górą nic. Borglum i paru oficjeli z Dakoty zaczęli jeździć po kweście. Prywatne donacje były w sumie znikome, dopiero poparcie Waszyngtonu pozwoliło na kontynuowanie prac. Odkąd ciężar finansowy wziął na siebie Kongres, przerywano je tylko ze względu na złą pogodę. I tak, w ciągu tych 14 lat do ostatecznego odsłonięcia rzeźby w 1941 r., pracowano nad nią łącznie niecałe 7 lat. Na początku przewidywano, że koszta zamkną się w kwocie 400 tys. dolarów. Rzeźba kosztowała jednak blisko 1 mln. dolarów, z czego $840 tys. wyłożono z kasy państwowej, resztę z kies prywatnych. Sam Borglum, zamiast apanaży, narobił sobie długów, które po jego śmierci spłacać musiała rodzina.
Mimo wszystko docenić należy upór, wysiłek, pomysłowość, wytrzymałość, wprawę i kunszt ludzi, którzy mierzyli się z granitem góry Mt. Rushmore. Trzeba pamiętać, że rzeźbienie na taką skalę nie miało wówczas precedensu. Musiano opracowywać zupełnie nowe techniki. Borglum doglądał całości, przenosił wymiary ze swego modelu w studiu na górę (1 cal równał się 1 stopie).

Żmudną obróbką góry zajmowali się głównie byli robotnicy kopalni, które zbankrutowały w dobie ogólnokrajowego kryzysu, jak również drwale czy ranczerzy, którym nie za dobrze się wiodło. Brygada liczyła przeciętnie ok. 30 ludzi, czasem pracowało nawet 70 osób. Choć praca była niezwykle ciężka i niepewna, wisieli oni na górze w słońce czy słotę, radzi zarobić tego dolara na godzinę (najgorzej opłacani dostawali 50 centów za godzinę pracy). I co ciekawe, po jakimś czasie, zapalali się do projektu, mieli poczucie, iż biorą udział w czymś ważnym. Wielu z nich opanowało swe zadanie po mistrzowsku.
Praca przebiegała w trzech etapach. Najpierw odstrzeliwano dynamitem olbrzymie ilości skały, by otrzymać jajowaty kształt przyszłych głów i odsłonić solidny, niezwietrzały granit. Ogólne zarysy twarzy również uzyskiwano za pomocą odstrzałów, tyle że bardziej precyzyjnych, z dokładnością do paru cali. Pomyłka mogła być nieobliczalna w skutkach. Skały przecież nie można sztukować. W sumie, posługując się dynamitem, usunięto ponad 90% zbędnego materiału. Następnie, spuszczani na specjalnych, zawieszonych na linach siodłach “rzeźbiarze” wiercili dziury – jedna obok drugiej i na żądaną głębokość – by później odłupać łączącą je skałę. Wreszcie na koniec, specjalnym młotem pneumatycznym obtłukiwano granit, wygładzając jego powierzchnię i uzyskując teksturę podobną nieco do betonu.
Aż dziw bierze, że w ciągu tych 14 lat nie było ani jednego śmiertelnego wypadku a nawet poważniejszego skaleczenia, czy kontuzji.

Niestety, Gutzon Borglum zmarł w marcu 1941 r., mając 74 lata. Jeszcze parę miesięcy tego roku trwały prace wykończeniowe pod kierunkiem jego syna Lincolna. Ostateczny szlif dano rzeźbie 31 października. W obliczu braku pieniędzy uznano, że samo wykończenie twarzy już wystarczy, choć pierwotnie planowano wyrzeźbić całe popiersia prezydentów, łącznie z rękami.
Gwoli dopełnienia obrazu, podajmy jeszcze wymiary monumentu. Odległość od czubka głowy do podbródka – 20 m., nosy mają ponad 6 metrów (oczywiście Lincoln ma nos nieco dłuższy, bynajmniej nie dlatego, że kłamał), takież szerokie są usta, a pieprzyk Abby’ego ma ponad 40 cm. średnicy. Gdyby tak prezydenci ci wstali, mieliby po około 140 m. wysokości. Mogliby się więc zmierzyć nawet z King Kongiem, a nie wykluczone, że i z japońską Godzillą.

Oflagowana patriotycznie droga w „Świątyni Demokracji”

PROPAGANDOWY  MOLOCH

Ktoś nazwał pomnik Mt. Rushmore “czterema twarzami paradoksu”. To jedno z bardziej eleganckich określeń. Amerykanie zazwyczaj odbierają skalne głowy monumentu tak, jak im się sugeruje, czyli na modłę patriotyczną. Bardziej krytycznie patrzy na nie Europejczyk.
To, że dzieło o takich rozmiarach jest bez wątpienia sztuczną ingerencją w naturalność pejzażu Czarnych Wzgórz, można jeszcze przeboleć. Tym bardziej, że nadanie mu statusu “National Memorial” przyczyniło się podobno do ochrony środowiska wokół monumentu. Samą rzeźbę można uznać za stosunkowo udaną artystycznie, choć poszczególne twarze różnią się od siebie pod tym względem. Podobizny Lincolna, a zwłaszcza Roosevelta, mają zdecydowanie więcej wyrazu, są bardziej szczegółowo dopracowane, widać tam bardziej zdecydowaną i śmiałą rękę rzeźbiarza. Natomiast Waszyngton i Jefferson to typowo pomnikowy sztywny patos. Jednak od biedy można uznać, że całość w miarę zgrabnie wkomponowana jest w krajobraz.

Najwięcej zastrzeżeń budzić może nadęta oprawa i bezpardonowa nadbudowa turystyczna obiektu zwanego Mount Rushmore National Memorial. Podejrzewam, że Borglum miałby wielkie obiekcje, by zgodzić się na te wszystkie potężne marmurowe bloki, kolumny i cokoły, na te pretensjonalne kolorowe “Aleje Flag”… Razem z monstrualnym betonowym parkingiem, który wyrósł tam pod koniec lat 90-tych, zaburza to wszystko równowagę kompozycji, na jakiej zależało artyście. Chociaż kto wie? Wszak uznać to można za pochodną i logiczne rozwinięcie jego wielkościowych zapędów. Bez wątpienia przytłacza to jednak samą rzeźbę. Na domiar złego przywołuje kłopotliwe skojarzenia z jakimś komunistycznym mauzoleum; z sowiecką, a nawet i (za przeproszeniem) faszystowską architektoniczną megalomanią.
Odwiedziłem Mt. Rushmore przed tymi wszystkimi “monumentalnymi” przystawkami, mam więc porównanie. Dawniej głowy prezydentów – z pewną dyskrecją, choć i zaskakująco – współgrały ze swym otoczeniem, z naturalnym pięknem Czarnych Wzgórz. Dziś sprawiają wrażenie dodatku do propagandowego molocha.
Biorąc pod uwagę odporność granitu na erozję, skalne głowy mają szansę przetrwać kilkaset tysięcy lat. Pewna pociecha w tym, że żywotność parkingu jest znacznie krótsza.

Prezydenckie głowy na Mt. Rushmore zagubione wśród monumentalnej gigantomanii powiązanej z masową turystyką

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*

KRAINA WIECZNYCH CZARÓW – YELLOWSTONE

*

W Krainie Wiecznych Czarów (gorące źródła i gejzery w Parku Narodowym Yellowstone)

*

Pewna młoda osoba imieniem Agata pisała nie tak dawno pracę magisterską o Yellowstone i – widocznie uznawszy mnie za osobę kompetentną w tej dziedzinie – postanowiła jeden z jej rozdziałów poświęcić na coś w rodzaju wywiadu, w którym odpowiadałbym na jej pytania.
Jako że Yellowstone był w swoim czasie moim oczkiem w głowie i spędziłem w nim w sumie parę miesięcy swojego życia, tym chętniej przystałem na ten pomysł, czego rezultatem jest poniższy tekst.
Uważam, że Yellowstone należy do tych szczególnych i niezwykłych miejsc na świecie, które warto w swoim życiu zobaczyć.

*

Gejzer Old Faithful – najsłynniejszy gejzer świata

Dlaczego Amerykanie za największą atrakcję turystyczną uważają nie NYC, czy Las Vegas… ale właśnie parki narodowe?

Ktoś ze znanych ludzi powiedział, ze parki narodowe to najlepszy pomysł jaki Amerykanie dali światu. Rzeczywiście, parki narodowe są chlubą zamieszkujących Stany Zjednoczone ludzi. Podchodzi się tu do nich wręcz z pietyzmem, cieszą się też olbrzymią popularnością wśród turystów. Oczywiście Nowy Jork czy Las Vegas odwiedzane są równie tłumnie (może nawet bardziej), jednak prestiż parku narodowego jako turystycznej atrakcji jest wyższy. Trudno bowiem zestawić ze sobą konsumpcyjny raj na Manhattanie czy kasynową krzykliwą rozrywkę w Las Vegas z wypoczynkiem na świeżym powietrzu, na łonie natury, wśród autentycznych cudów przyrody.

Według źródeł w USA jest 58 parków narodowych. Dlaczego jednak najbardziej prestiżowy i najczęściej odwiedzany jest Yellowstone National Park?

Od Yellowstone wszystko się zaczęło – sama idea parku narodowego poczęła się i krystalizowała właśnie tutaj. Yellowstone jest najsłynniejszym z wszystkich parków, a swoją sławę zawdzięcza nie tylko animowanym filmikom z misiami Yogi i Bubu.
Bez wątpienia jest to park najbardziej różnorodny i najciekawszy. Znajduje się tutaj najwięcej zwierzyny (niektórzy Yellowstone nazywają amerykańskim Serengetti), no i oczywiście zjawisk hydrotermalnych, czyli gorących źródeł i gejzerów.
Nie bez znaczenia jest również bardzo dobrze rozwinięta infrastruktura parku, jego dostępność dla zwiedzających. Być może jeszcze więcej ludzi odwiedza znajdujący się w Apallachach Park Narodowy Smokey Mountains, lecz to wynika z przyczyn demograficznych – na wschodzie Stanów Zjednoczonych jest większe zaludnienie, do parku można wybrać się na weekend. Natomiast Yellowstone leży z daleka od wielkich skupisk ludności i dotarcie tam wymaga większego wysiłku, będąc już wyprawą z prawdziwego zdarzenia.

Kto zajmuje się marketingiem i promocją parku?

Park Yellowstone jest tak znanym parkiem, że właściwie nie potrzebuje żadnej promocji czy marketingu. Wiadomo, że i tak zawsze odwiedzi go odpowiednia ilość ludzi. Miejsca w hotelach na terenie parku rezerwowane są na kilka miesięcy wcześniej.

Bizony forsujące wpław rzekę Yellowstone

*

Jaka jest chłonność turystyczna parku i czy taka ilość turystów nie determinuje „dzikości” parku, oraz czy możliwość obcowania bezpośredniego (noclegi na terenie parku, wspinaczki, łowienie ryb, spływy ) nie mają negatywnych skutków?

Zachowanie równowagi pomiędzy udostępnieniem parku ludziom a protekcją jego naturalnych zasobów to jedna z ważniejszych idei ochrony środowiska, która kształtowała się właśnie w Yellowstone – często zwykłą metodą prób i błędów.
To jest permanentna kwestia: wpływu naszej cywilizacji na przyrodę nie da się wykluczyć, należy jednak zminimalizować jej szkodliwość.
Każdego roku Yellowstone odwiedza ponad 3 mln. turystów. Największe tłumy zjawiają się oczywiście latem (każdego dnia około 15 tys. ludzi); zimą zaś, kiedy park jest równie piękny, tyle że trudniej dostępny – 150 tysięcy w całym sezonie.
Robi się wiele, aby wpływ tak wielkiej liczby zwiedzających miał jak najmniej negatywnych skutków na tzw. „dzikość” parku.
Przede wszystkim istnieją surowe przepisy regulujące zachowanie się turystów na terenie parku, a nad ich przestrzeganiem czuwa Służba Parków Narodowych, mająca uprawnienia policji federalnej. Zdecydowana większość turystów podporządkowuje się tym rygorom, zawsze jednak znajdą się tacy, którzy owe przepisy będą łamać – bardziej lub mniej świadomie. Wtedy dochodzi do szkód. I pokrzywdzonymi są zarówno ludzie, jak i środowisko naturalne.

Ogólnie rzecz biorąc, udaje się jednak zachować pewną równowagę, również dzięki wzrastającej wśród wizytujących świadomości o konieczności zachowania pewnych reguł w naszym obcowaniu z naturą.
Ci, którzy się w parku wspinają po skałach, nocują w namiotach, idą na długi szlak, łowią ryby… są zazwyczaj bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi ludzmi, niż tzw. niedzielni turyści, którzy zwłaszcza latem zalewają park. Z ich strony Yellowstone nie doświadcza jakichś większych szkód.
Natomiast turystyczne tłumy przewijają się na stosunkowo małym obszarze parku (wokół tzw. 8-ki, czyli pętli obiegającej park). To jest najbardziej newralgiczny punkt, jednakże właśnie na tym styku egzekwowana jest najściślejsza kontrola przez służby parku.

Niedźwiedzica grizzly z małym niedźwiedziątkiem (Yellowstone NP)

*

Jakie są zagrożenia parku?

Te zagrożenia wynikają z problemu poruszonego w poprzednim pytaniu, czyli odnoszą się do przeciążenia frekwencyjnego parku.
Jednak największym zagrożeniem jest ogólna degradacja środowiska – w skali całego naszego globu, wliczając w to zmiany klimatyczne związane z tzw. „efektem cieplarnianym”.
Położenie Yellowstone jest o tyle szczęśliwe, że ów znajdujący się na wyżynie park porównać można do wyspy otoczonej „morzem” prerii – z dala od wielkich miast i ośrodków przemysłowych.
Jeśli zaś chodzi o zwierzynę, to w parku ustaliła się pewna równowaga populacji różnych gatunków. Sukcesem zakończyła się zarówno próba wskrzeszenia bizona (będącego na granicy wymarcia), jak również reintrodukcja wilków, całkowicie wcześniej wytępionych.

Pewnym zgrożeniem są także pożary, ale i one należą do zjawisk naturalnych, z którymi przyroda, prędzej czy później, daje sobie radę.
Naturalnie, w kazdej chwili można się spodziewać gigantycznej erupcji wulkanu, jakim tak naprawdę jest Yellowstone. A wtedy szkody równe byłyby w skutkach wybuchowi miliona bomb atomowych, na czym ucierpiał by nie tylko Yellowstone, ale i cała nasza planeta (taka erupcja zdarza się tu przeciętnie co 600 tys. lat, a ostatnia miała miejsce mniej więcej właśnie taki czas temu).

Czy należy obawiać się gejzerów?

Jak najbardziej!
Należy obawiać się nie tylko gejzerów, ale i gorących źródeł. Każdego roku bowiem zdarzają się w Yellowstone nieszczęśliwe wypadki, spowodowane ludzką nieostrożnością, czy wręcz bezmyślnością.
Można tego uniknąć trzymając się wyznaczonych szlaków i przestrzegając reguł bezpieczeństwa.
Rozwaga wskazana jest oczywiście nie tylko wobec zjawisk hydrotermalnych, ale również wobec zwierzyny, zwłaszcza bizonów, jeleni i niedźwiedzi.

greydot

Nastrojowa erupcja

*

YELLOWSTONE W OBIEKTYWIE

Yellowstone to raj dla fotografów. O zawrót głowy może już przyprawić różnorodność fotograficznych tematów: począwszy od krajobrazowego ukształtowania terenu, przez niezwykłość form i kolorystyki gorących źródeł i gejzerów, po zwierzynę, której w Yellowstone jest w bród. Co nie znaczy, że fotografowanie tego wszystkiego w Parku jest łatwe, nie wymagając wysiłku, skupienia czy nawet determinacji. Wręcz przeciwnie – nie można się bowiem poddać swoistemu automatyzmowi, który zwykle cechuje przeciętnego turystę, wpadającego do parku zwykle na kilka godzin, strzelającego fotki jak i gdzie popadnie, zwabionego (złudną przecież i pozorną) łatwością robienia zdjęć, wynikającą z tematycznego bogactwa i dostępności do niezwykłych obrazów. Istnieje też niebezpieczeństwo zdominowania naszej uwagi spektakularną potęgą yellowstońskiej natury kosztem detali, które absolutnie zasługują na naszą uwagę – bo to właśnie one, moim zdaniem, tworzą tę zniuansowaną unikalność nadającą Yellowstone specyficznego charakteru i smaku wyjątkowości.
Na Yellowstone – jak zresztą na wszystko – trzeba umieć patrzeć, aby następnie można było to nasze spojrzenie zaaplikować do fotografii mającej utrwalić i pokazać pikturalną urodę tego unikalnego zakątka naszej planety. Oczywiście przydaje się w tym wszystkim nasze uwrażliwienie na piękno natury, umiejętność wychwycenia przyrodniczej fotogeniczności miejsca, zdolność do odczuwania przyjemności jaką daje nam obcowanie z Naturą i jej tworami (wliczając to nie tylko pejzaż, ale także faunę i florę).

Fotografując Yellowstone nie można się bać koloru – choć ktoś, kto preferuje bardziej stonowane i monochromatyczne obrazy również znajdzie w tym rejonie możliwości, by zadowolić swoje oko. Lecz, według mnie, być w pobliżu bajecznie kolorowych gorących źródeł, czy niezwykłej malowniczości Wielkiego Kanionu Rzeki Yellowstone i zamknąć oczy na owe orgiastyczne bogactwo barw, form i kształtów, byłoby zbyt daleko idącym zaniechaniem reportażowego niemal obowiązku oddania sprawiedliwości faktycznemu charakterowi ich obrazowej atrakcyjności. A tę można zrozumieć (odebrać?) chyba tylko wtedy, kiedy w jakiś sposób „ominiemy” nasze estetyczne upodobania (będące zresztą często zwykłymi uprzedzeniami) odnoszące się do sztuki (czyli czegoś z natury swej „sztucznego”) i otworzymy się na wizualne walory i splendor tego, co jest już par excellence naturalne – a co nadal może wpływać pozytywnie na nasze zmysły i estetyczną percepcję.
Tak więc: oglądając Yellowstone, otwórzmy szeroko nasze oczy – starając się przy tym nie tylko przyjąć piękno oferowanych nam obrazów, ale i zrozumieć to, na co patrzymy.

greydot

Fotogeniczny korzeń

*

*

Poranek wśród yellowstońskich osobliwości

*

*

Yellowstone to raj dla fotografów

*

WSTĘP DO YELLOWSTONE

*

Yellowstone – najstarszy i najsłynniejszy park narodowy na świecie. Bez wątpienia wart jest tej swojej reputacji jednego z najbardziej interesujących zakątków naszej planety. To właśnie tu piekło z rajem przenikają się nawzajem, a my nie do końca jesteśmy pewni, co robi na nas większe wrażenie – diaboliczny dramatyzm dzikiej nieposkromionej natury i jej żywiołów, czy też boska malowniczość pejzaży i dyskretny urok dziejących się tu nieustannie czarów.

*

Kiedy na początku ubiegłego stulecia zaczęły docierać na amerykański Wschód wieści i opisy tej nieznanej jeszcze wówczas krainy Gór Skalistych, nie dawano im wiary. Johna Coltera, członka słynnej ekspedycji Lewisa i Clarka, który w 1806 roku odłączył się od swoich towarzyszy i spędził w okolicach Yellowstone zimę, uznano za człowieka szalonego, kiedy wróciwszy do “cywilizowanego świata” opowiadał o gorących kolorowych stawach, woniejących siarką „bulgotkach”, strzelających w górę fontannach, błotnych kotłach i dymiących dziurach w ziemi. Tę jego wyimaginowaną – jak uznano  – krainę zaczęto nawet ironicznie nazywać “piekłem Coltera”. Jeszcze w latach 60-tych, tuż przed pierwszymi oficjalnymi wyprawami naukowymi w tamte rejony, nie chciano publikować w prasie relacji z Yellowstone, jako zbyt fantastycznych i niesprawdzonych. Po prostu nie chciano im wierzyć. Kiedy Thomas Moran, jeden z bardziej znanych malarzy tamtych czasów, zaczął pokazywać na Wschodzie swoje szkice i obrazy przedstawiające kaniony, rzeki, jeziora i wodospady Yellowstone, uznano, z niejakim podziwem zresztą, że ten pacykarz to ma dopiero fantazję. Tym razem obyło się bez podejrzeń o szaleństwo. Cóż, artystom przysługuje wszak licentia poetica.
Yellowstone jest przedmiotem nieustającej ludzkiej fascynacji. Co roku przybywa tu ponad 3 mln. gości, co stawia to miejsce w rzędzie największych atrakcji turystycznych świata. Cały czas trwają badania naukowe, kręci się filmy, pisze nowe książki. Interesujący jest Yellowstone zarówno dla rzeszy profesjonalistów, przyrodoznawców, jak i dla całych zastępów laików, ogarniających ten park narodowy bardziej ogólnie i powierzchownie.
Uznaje się, że jest to największy obszar stosunkowo nieskażonej przyrody na terenie kontynentalnych Stanów Zjednoczonych (nie licząc Alaski) i najbogatsze w Ameryce zbiorowisko mieszkających na swobodzie ssaków.

Jest jeszcze jeden niepobity rekord świata należący do Parku Narodowego Yellowstone. Otóż znajduje się tu połowa wszystkich gejzerów jakie zliczylibyśmy na całej Ziemi. W tym niezwykłym północno – zachodnim rogu stanu Wyoming jest ich ponad 300. Wyróżniają się one spośród 10 tys. występujących tu tzw. “tworów geotermalnych”, do których, oprócz gejzerów, zaliczają się jeszcze gorące źródła, błotne wulkany i fumarole.

Wizyta w Yellowstone jest dla każdego człowieka innym doświadczeniem. Wynika to nie tylko z naszej ludzkiej odmienności, ale również z przyrodniczej różnorodności oferowanej nam przez tutejszą ziemię. Bowiem – jak ktoś to zauważył – jest wiele parków Yellowstone. Z innej perspektywy patrzy stojący godzinami w wodzie wędkarz, z innej jadący na skuterze śnieżnym motocyklista. Czymś innym jest zetknięcie się oko w oko z niedźwiedziem, czymś innym udział w publicznym widowisku urządzanym nam regularnie przez gejzer Old Faithful. Czy można do czegokolwiek porównać zachwyt jaki ogarnia niektórych, gdy stają na krawędzi Wielkiego Kanionu Rzeki Yellowstone, patrząc na jego bajecznie kolorowe zbocza, ich niezwykłą rzeźbę oraz potężny wodospad cudownie w to wszystko wkomponowany? To właśnie w takich miejscach łatwiej jest nam uwierzyć w boski talent Wielkiego Artysty.
A jednak trzeba pewnego przygotowania, by właściwie ogarnąć całe to bogactwo Yellowstone,  czy choćby tylko jego cząstkę. Potrzebna jest nam wiedza oraz pewne nastrojenie, które to wszystko umożliwią. Bez tej świadomości może nam umknąć wiele niuansów z piękna i harmonii tego miejsca. Otwórzmy więc nasze umysły, wyostrzmy wzrok, wyczulmy serca… Może wtedy poczujemy się tak samo oczarowani, jak Thomas Wolfe, który pisał: “Jest to baśniowa kraina, jedyna taka baśniowa kraina; jedyne miejsce, gdzie cuda nie tylko się zdarzają, lecz zdarzają się cały czas”.

greydot

PS. Powyższy rozdział „Wstęp do Yellowstone”, jak również poniższe: „Zwierzęta Yellowstone” i „Skąd te kolory?” są fragmentami monografii o Parku Narodowym Yellowstone mojego autorstwa, napisanej i opublikowanej w latach 90-tych.

*

Potężny i monumentalny Wodospad Dolny (blisko 100-metrowej wysokości) położony w Wielkim Kanionie Rzeki Yellowstone to jeden z najbardziej spektakularnych widoków na naszej planecie

*

*

Łania wapiti pod malowniczymi acz groźnie wyglądającymi Gorącymi Źródłami Mamucimi

*

*

Wodospad w wąwozie żółtych skał i kamieni, (od koloru których Park wywodzi swoją nazwę)

*

*

Tarasy trawertynowe i gorące źródła w ciągłej przemianie (okolica Mammoth Hot Springs)

*

*

Niebiańsko-piekielne krajobrazy Yellowstone – więcej uroku czy grozy?

*

ZWIERZĘTA W YELLOWSTONE

Park Narodowy Yellowstone to dla dzikiej zwierzyny i jej entuzjastów prawdziwe sanktuarium. Nie ma na terenie Stanów Zjednoczonych (wyjąwszy Alaskę), drugiego takiego obszaru, gdzie żyłoby tak wiele ssaków. A to właśnie one wzbudzają największe zainteresowanie przeciętnego gościa parku. Są wśród nich zarówno roślinożerne zwierzęta kopytne: ponad 3 tys. bizonów, 30 tys. jeleni amerykańskich (wapiti), kilkadziesiąt tysięcy jeleni „mulaków”, po parę tysięcy łosi, widłorogów i jeleni wirginijskich, kilkaset owiec gruborogich; jak również drapieżniki zdecydowanie mięsożerne, takie jak: wilki, lisy, kojoty, pumy, rysie, żbiki i łasice; oraz wszystkożerne niedźwiedzie – ponad 500 czarnych i około 350 grizzly.
Ta obfitość zadziwiła ludzi jeszcze przed powstaniem parku narodowego w 1872 r. Oto co na temat tej ziemi mówił jeden z poszukiwaczy złota, który zawitał tu dwa lata wcześniej: „Dotarliśmy do pięknej równiny, którą nazwaliśmy Równiną Buffalo, gdyż ujrzeliśmy tam tysiące spokojnie gryzących trawę bizonów… Widzieliśmy liczne jeziora i najwspanialsze góry na świecie. Spotkaliśmy też tam wszelkie odmiany łownej zwierzyny – oprócz bizonów, jelenie, niedźwiedzie i łosie”.

Kiedy podobne widoki ukazują się nam w Yellowstone dzisiaj, to mamy wrażenie, że czas się zatrzymał, a my zaglądamy w jego okna.
A jest co oglądać: ponad 60 gatunków ssaków, 300 gatunków ptaków, kilkanaście gatunków ryb, 100 gatunków motyli, 10 gatunków płazów i gadów. Wszystkie nosi ziemia, na której glebie rośnie ponad 1100 gatunków roślin.

greydot

Rodzinka misiów czarnych – baribali (widok niedźwiedzia w Yellowstone nie należy do rzadkości)

*

*

Jelenie wapiti jesienią prezentują swoje wspaniałe poroże

*

*

Kanadyjskie owce gruborogie przypominają o tym, że Yellowstone leży na terenie Gór Skalistych

*

*

A oto mniej spektakularne, ale przecież zawsze wdzięczne motyle

*

*

Bizonie oseski – każdej wiosny stado wzbogaca się o takie oto sympatyczne istoty

.

.

Yellowstoński zmierzch – ze stadem saren (i jednym jelonkiem)

 

*

SKĄD TE KOLORY ?

Wielki Kanion Yellowstone jest bajecznie kolorowy, takie też bywają gorące źródła. W wielu miejscach park przypomina malarską paletę. Czym to jest powodowane ?
Podczas gdy ryolit, bazalt i inne skały pochodzenia wulkanicznego, stanowiące fundament yellowstońskich wyżyn są szare i mało efektowne kolorystycznie, to przeobrażone chemicznie nabierają barw. Przykładem są malownicze zbocza Wielkiego Kanionu zbudowane z hydrotermicznie zmienionego ryolitu. Również brązowo-żółte kolumny bazaltowe znajdujące się na krawędziach północnej części Wielkiego Kanionu (bardzo blisko Tower Falls), nie tylko wyróżniają się kolorystycznie, ale stanowią również ciekawą i zaskakującą naturalną kompozycję.
Gejzeryt, skała tworzona przez gejzery, jest biało-szary. Podobnie błotne wulkany i kociołki są zwykle brudno-szare, brunatne lub popielate z niebieskim odcieniem. Czasem jednak znajdzie się jakiś ślad innego koloru, którego źródłem są minerały, substancje nieorganiczne. Kolor zółty zdradza siarkę; zaś czerwienie, brązy i pomarańcze – żelazo.
Biały trawertyn, z którego zbudowane są tarasy w Mammoth Hot Springs, to nic innego, jak węglan wapnia. A wapno jest przecież białe.

Jednak  najbardziej zdumiewa koloryt gorących źródeł: intensywne zielenie, błękity, czerwienie, pomarańcze, żółcie… Poruszyły nawet jednego z traperów, który jeszcze w latach 30-tych XIX-wieku dotarł nad Grand Prismatic Spring: “Strumień, który wypływał ze źródła, wyróżniały trzy kolory: biały, blado-czerwony i błękitny jak niebo. Czy było coś niezwykłego w atmosferze, czy też jakieś chemiczne zawartości w wodzie… Nie jestem w stanie tego powiedzieć i muszę zostawić to wyjaśnienie naukowcom turystom, którzy będą to miejsce odwiedzać w przyszłości”.
Naukowcy przyszli i objaśnili, znajdując przy okazji nieznane dotychczas nikomu organizmy żywe – bakterie termofilne, które wręcz nie mogą żyć bez bardzo wysokich temperatur. Okazało się, że są i takie, które dobrze się maję we wrzącej wodzie!

Gorące źródła swoje kolory zawdzięczają właśnie żyjącym  w nich bakteriom i algom, czyli organizmom żywym. Kolor niebieski jest zaś odbiciem nieba. Bakterie i algi te żyją w środowisku wodnym, więc pochodzący od nich koloryt świadczy o aktywności źródła i o temperaturze w danym miejscu. Bliżej wylotu źródła żyją głównie bakterie zawierające pigmenty żółte i białe. Tam też temperatura jest najwyższa. Dalej, w miarę jak woda staje się coraz chłodniejsza, zaczynają dominować pomarańczowe i brązowe algi. W niektórych miejscach błękit nieba nakłada się na kolor żółty bakteryjnych mat, czego efektem jest piękna szmaragdowa zieleń (patrz: Emerald Pool).

greydot

Jak nie z tej planety

*

*

Bajecznie kolorowe tarasy trawertynowe Mammoth Hot Springs

*

*

Mammoth Hot Springs – jedno z wielu niezwykłych miejsc w Yellowstone

*

*

Niewiarygodna paleta malarska Natury – tutaj dominują pomarańcze i żółcie

*

*

Rezultat aktywności gorących źródeł przybiera często niezwykłe formy

*

*

Jeszcze jedno niezwykłe dzieło „artystki” Natury

*

*

Kompozycja jakiej nie powstydziłby się niejeden twórca sztuki współczesnej

*

*

Marmurowe paciorki

*

*

*

*

“Odlotowe” faktury Grand Prismatic Springs (Środkowa Kotlina Gejzerów)

*

*

Grand Prismatic Sprsng – największe (i chyba najbardziej kolorowe) gorące źródło na świecie (warto zwrócić uwagę na maleńkie postacie ludzkie – widać wtedy potęgę całego zjawiska)

*

*

Robota zaiste koronkowa

*

*

Kolorystyczne abstrakcje

*

*

Dziwy nad dziwami (bąble-perełki w wulkanie „błotnym”)

*

Zapraszam do obejrzenia nowej wystawy zdjęć pt. „YELLOWSTONE – PANORAMY”, które właśnie ukazały się na stronie „brulionu podróżnego (ilustrowanego)” TUTAJ.

*

Najsłynniejsze chyba gorące źródełko w Yellowstone – wygląda pięknie i zostało obdarzone równie piękną a ponadto bardzo adekwatną nazwą: Morning Glory
.

© ZDJĘCIA WŁASNE

*

BALLADA O PUSTYNI I GÓRACH, czyli tam gdzie jest bliżej nieba i piekła

ZAPISKI Z PODRÓŻY DO NOWEGO MEKSYKU I TEKSASU

(cz. I)

EL PASO

Pustynia jako miejsce opuszczone – ale czy opustoszałe? (Miasto-widmo gdzieś na pograniczu Nowego Meksyku i Teksasu.)

Jeszcze kilka godzin temu czułem chłodne chicagowskie powietrze, a oto teraz smaga mi twarz gorący pustynny wiatr wiejący gdzieś znad doliny Rio Grande. Jestem w El Paso, mieście pogranicza. Na sąsiednich wzgórzach, tuż za rzeką, która stanowi granicę, hiszpańskie napisy obwieszczają meksykański patriotyzm mieszkańców Ciudad Juarez. Lecz Meksyk czuje się wszędzie już w samym El Paso, gdzie twarze białe gubią się wśród smagłych, gdzie częściej na ulicy słyszy się język hiszpański niż angielski, gdzie zewsząd dochodzą zapachy meksykańskiej kuchni. A wokół wieżowce, dość eleganckie, dobrze utrzymane budynki… Tak pewnie wyglądałby Meksyk gdyby poszedł amerykańską drogą.
Na przejściu granicznym znowu była dziś strzelanina. Zginęli ludzie. Sytuacja się powtarza. Pamiętam, kiedy zawitałem tu po raz pierwszy 10 lat temu, zastrzelono nad Rio Grande kilku przemytników kokainy.

Rio Grande… Wielka Rzeka. Tutaj jest taka tylko z nazwy. W rzeczywistości wygląda bowiem jak mały potok, który można by przeskoczyć jednym susem. Wąski ściek rudawej wody obwiedziony zielonkawym paskiem drzew i krzewów. Aż dziw bierze, że to granica między dwoma wielkimi państwami, które dzieli ekonomiczna i kulturalna przepaść.
El Paso nie jest jednak miastem – bohaterem mojego romansu. Zatrzymujemy się tu tylko na chwilę, by – po zdobyciu jakiegoś środka lokomocji – uderzyć w prawdziwe pustynie Nowego Meksyku i Teksasu.  Zatopić się w krajobraz, który uśmierzyłby chicagowskie, cywilizacyjne stresy.

WSTĘP DO PUSTYNI

Zawsze fascynowały mnie pustynie, a na ziemi amerykańskiej zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. Utah, Nevada, Arizona, południowa Kalifornia… obszary rozległych pustyń o zdumiewających obrazach, nie znanych nam w Europie, tym bardziej więc dla nas egzotycznych.

Pustynia jest naturalnym fenomenem, który zawsze splatał się z pewnymi aspektami kultury człowieka. Co ciekawe, często największy ferment cywilizacyjny miał miejsce na jakimś stosunkowo niewielkim a życiodajnym obszarze otoczonym rozległymi, niezbyt gościnnymi obszarami pustynnymi lub półpustynnymi. Przykładami mogą tu służyć choćby Egipt, Bliski Wschód, dorzecze Tygrysu i Eufratu, Dolina Indusu, czy nawet sama Grecja.
Pustynia jest jak archetypiczny pejzaż, stanowiąc scenę, na której zawrzeć można z bogami przymierze, albo z nimi się wadzić – lub nawet boga ukrzyżować. Nagi i ascetyczny krajobraz to także arena, na której bardziej wyraźnie i ostro widać walkę człowieka o przetrwanie – zwłaszcza wtedy, gdy człowiek ten jest samotny, zdany tylko na siebie, pozbawiony rzeczywistego oparcia w świecie, w którym nie ma już ludzkiej, ani nawet boskiej sprawiedliwości.

Znikomość ludzkiej drobiny (na Białych Piaskach)

Czym była – i jest – dla ludzi pustynia?
Żywiołem, z którym trzeba było się zmierzyć, udowodnić własną wytrzymałość? Odpowiednikiem Kosmosu, w którym człowiek czuł się zagubiony i przytłoczony? Odzwierciedleniem niszczycielskich sił natury? Przejawem boskiej władzy nad człowiekiem?
Tak, ale nie tylko. Pustynia stała się metaforą, miejscem gdzie ścierały się w człowieku różne tendencje, skłonności, dążenia… gdzie rodził się pewien kulturowy kanon. To na pustynie uciekali eremici, by odnaleźć drogę do Boga i samego siebie.
A więc pustynia jako sztafaż ascetyczny – swego rodzaju czyściec. To na pustyni Św. Hieronim tłumaczył Biblię. To na pustyni miały miejsce kuszenia Jezusa i Św. Antoniego. To na pustyni przemówił do Mojżesza krzak gorejący. A więc pustynia jako arena zmagania się tego co ludzkie, z tym co boskie czy też nawet diabelskie.

Pustynia w literaturze, w kinie…
Dla wielu z nas zaczęło się od przygód Stasia i Nel opisanych przez Sienkiewicza w nieśmiertelnej, pełnej afrykańskiej egzotyki powieści „W pustyni i w puszczy”. Później był Saint-Exupéry ze swoją przerażającą przygodą w „Ziemi, planecie ludzi”; dalej: fantastyczna „Diuna” Franka (przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha), „Kobieta z wydm” Abe Kobo, Coelho… Nasze wyobrażenie pustyni kształtowały też filmy: „Lawrence z Arabii”, „Pożegnanie z Afryką”, „Faraon”, westerny… można by tak wymieniać długo.
Specyficzną rolę zaczęła odgrywać amerykańska pustynia w kinie hollywoodzkim ostatnich dekad. Często miała ona obraz pustyń właśnie zachodniego Teksasu, obszaru Trans Pecos. Przypomnijmy sobie „Ostatni seans filmowy” Bogdanovicha, „Paris, Teksas” Wendersa, „Bonnie and Clyde” Peckinpaha, „Badlands” Malicka….
A ostatnio? Choćby „No Country For Old Men” braci Cohen, czy „There Will Be Blood” ze wstrząsającą kreacją Daniela Day Lewisa, wyciskającego bezlitośnie z pustyni płynne „czarne złoto”.
Tutaj pustynia była miejscem, gdzie kwitły egzystencjalne lęki bohaterów, gdzie wreszcie rodził się i nękał ich obłęd. Ale była również „ziemią obiecaną”, którą człowiek czynił sobie poddaną, jak robili to choćby Mormoni w Utah.

Jednym zdaniem – pustynia zagościła na dobre w naszej indywidualnej i masowej wyobraźni…. przy czym niekoniecznie tu mam na myśli pustynię kulturalną.

BIAŁE PIASKI NOWEGO MEKSYKU

Białe Piaski Nowego Meksyku. Największa gipsowa pustynia na świecie. Nieogarniony wzrokiem obszar wydm białych jak śnieg, sypkich jak mąka. Można dostać zawrotu głowy, stając na szczycie jednej z tysięcy gipsowych gór i rozglądając się wokół na rozlewające się aż po horyzont morze falujących hałd, kopców, stożków, kopuł… zwałów gipsowych ziaren, które od tysięcy lat przemieszcza z miejsca na miejsce niespokojny wiatr.
Ta biała pustynia jest tu w ciągłym ruchu, ale schwytana w pułapce kotliny Tularosa, niczym gigantyczna klepsydra pełna miliardów ton białego piasku, odmierza czas mijający od ostatniego zlodowacenia, kiedy nieckę tę wypełniało olbrzymie jezioro. Jednak te przesypujące się drobiny pamiętają czasy jeszcze dawniejsze. Są one właściwie pozostałością po organicznych depozytach, jakie odłożyły się na dnie morza, które znajdowało się tutaj 250 mln. lat temu.

Cóż nam jednak mówią owe czasowe interwały? Miliard lat nie robi na nas większego wrażenia jak milion, ponieważ nasza wyobraźnia jest pod tym względem mocno ograniczona czasem, jaki przebywamy na ziemi i trudno jest jej sięgnąć poza czubek nosa własnego krótkiego żywota. Bowiem w skali Wszechświata jest on niczym mgnienie oka jakiegoś kapryśnego bóstwa.

Dyskretne i delikatne piękno niemiłosiernej (skądinąd) pustyni

To nieprawda że pustynia jest pusta. Lepiej chyba i bardziej adekwatnie określa ją nazwa angielska a desert, bo sugeruje ona bardziej opuszczenie, niż pustkę. Opuszczenie przez człowieka, ale nie przez życie w innych formach, które w zadziwiający sposób radzi sobie w tych ekstremalnych warunkach. I odnosi się to zarówno do roślin, jak i do zwierząt.
Zdolności adaptacyjne organizmów żywych są wprost niewiarygodne, chciałoby się napisać – wielce „pomysłowe”, ale przecież mówimy tu o ewolucji, która ponoć jest ślepa i bezrozumna, zdana na przypadek i dyktaturę środowiska, podległa jednak ściśle prawom przyrody. Co byśmy jednak nie sądzili o planie stworzenia i matrycy bytów ożywionych na naszej planecie – siły witalne istnień ją zamieszkujących wydają się być niewyczerpane. Trudno mi jest uwierzyć, że jest to jedynie dziełem przypadku. No ale pisać o Bogu… nie czuję się wszak być do tego powołany.

Wróćmy jednak do Białych Piasków. Jest to bez wątpienia jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, do jakich udało mi się w moim życiu dotrzeć. Wiedziałem o nim już od dawna, i mimo że do tej pory kilkakrotnie znalazłem się w jego pobliżu, to jednak nigdy nie zdołałem tutaj trafić.
Wiedziałem, że ponad pół wieku temu wybuchła tu pierwsza bomba atomowa, wymyślona przez Oppenheimera i spółkę w ramach tajnego projektu „Manhattan”, realizowanego w laboratoriach położonego nieopodal urokliwego miasteczka Santa Fe. Wiedziałem również, że Białe Piaski otacza jeden z największych poligonów doświadczalnych na świecie (należące do US Army 4000 mil kwadratowych ziemi), gdzie testuje się najnowszą amerykańską Wunderwaffe. Nie wiedziałem jednak tego, że jest to miejsce tak spektakularne. Trzeba było dopiero samemu to wszystko zobaczyć na własne (zdumione) oczy.

JASKINIE KARLSBADZKIE

Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że pędzimy wszyscy w Kosmosie z zawrotną prędkością? Czy uświadamiamy sobie to, że żyjemy na wulkanie, a pod nami kipi gigantyczny kocioł pełen roztopionej, rozgrzanej do białości skały? Oczywiście większość z nas o tym wie, ale sobie raczej tego nie wyobraża, więc nie robi to w sumie na nas większego wrażenia…
Może jednak jest tak lepiej, że nasze zmysły ślizgają się zaledwie po powierzchni zjawisk, bo tym sposobem możemy zachować pewną równowagę?

Czy jednak ci, którzy wymyślili piekło, wiedzieli o płonących, pełnych żaru czeluściach kryjących się w głębi ziemi. Być może coś takiego przeczuwali i dlatego właśnie tam je umieścili? Otóż byli by mocno zdumieni, gdyby zobaczyli Jaskinie Karlsbadzkie. Gdyż w niczym nie przypominają one piekła, a wręcz przeciwnie – wyglądają bardziej jak bajeczna kraina pełna niewyobrażalnych cudów i dziwów.

Z wielu jaskiń jakie do tej pory widziałem, żadna nie dorównuje tej karlsbadzkiej pod względem różnorodności występujących tam tworów; żadna nie jest tak piękna i osobliwie dekoracyjna. Nie jest to właściwie jedna jaskinia, a cały system olbrzymich komnat, pełnych stalaktytów, stalagmitów, kolumn, draperii, heliocytów i kryształów, które tworzą zdumiewający obraz podziemnego świata o cudownej kompozycji, nieprzebranym bogactwie form i kształtów.
Koronkowa robota natury?

Maleńkie ludzkie postacie giną w nieziemskim otoczeniu ogromnej pieczary (Jaskinie Karlsbadzkie)

Jednakże obawiam się, że i tak nie ma większego sensu o tym pisać, gdyż mało kto uwierzy mi tu na słowo, być może posądzając na dodatek o pewna egzaltację. Podobnie nie chciano wierzyć młodemu „chłopakowi od krów” Jimowi White, który odkrył i eksplorował te jaskinie ponad sto lat temu. Dopiero fotografie, które trafiły do Waszyngtonu, a konkretnie na biurko prezydenta Coolidge’a, przekonały decydentów o konieczności nadania tym terenom specjalnego statusu – wpierw pomnika przyrody, a kilka lat później (w 1930 r.) – parku narodowego. Na swoją listę chronionych miejsc Światowego Dziedzictwa Ludzkości wpisało również jaskinie UNESCO.

Czy owe fakty czynią moją opinie bardziej wiarygodną? Być może, ale i tak w niczym nie pomogą wyobrazić sobie tego fenomenu przyrody. Podobnie jest jeśli chodzi o fotografie: żadna nie jest w stanie przekazać prawdziwego obrazu bajecznie udekorowanych jaskiń; żadna nie zrobi takiego wrażenia, jakiego się doświadcza patrząc na nie własnymi oczami. Darujmy więc sobie tu dalsze opisy.

Zamiast tego chciałbym się tu podzielić pewną kwestią, która czasami zaprzątała mi głowę, kiedy spotykałem się z niezwykłymi tworami przyrody i obserwowałem przeróżne nań reakcje – i to zarówno własne, jak i innych ludzi. W jaki sposób estetyka natury koresponduje z estetyką, którą stworzył człowiek? Co było na początku – harmonia, którą dostrzegliśmy w przyrodzie i której elementy zaadoptowaliśmy dla potrzeb naszej sztuki, czy też kanon estetyczny stworzony przez nas, a który zaczęliśmy niejako rzutować w otaczający nas świat?
Problem ten można sprowadzić do jednego pytania istotnego: co powoduje, że w naturze dostrzegamy piękno? Pomijam kwestie indywidualne, a więc rodzaj wrażliwości, zdolność do estetycznej sublimacji, inne w każdym człowieku wyczulenie na grę światła, faktury, kształtów i barw… etc. Byłem np. świadkiem setek przeróżnych ludzkich reakcji na widok Wielkiego Kanionu rzeki Kolorado. Mieściły się one w przedziale od totalnej obojętności (ktoś ledwie rzucał na Kanion okiem, i pędził do świecidełek i tandetnych suwenirów, które oferowano tuż obok), po autentyczne łzy zachwytu, mniejszy lub większy estetyczno-emocjonalny szok.
Objawy to skrajne ale charakterystyczne i stanowiące jakby estetyczną i emocjonalną skalę reakcji na ten niezwykły twór przyrody, który niektórzy gotowi są uznać za cud Natury.

To prawda, zdarzają się ludzie estetycznie indyferentni, jednakże większość z nas zdolna jest dostrzec istniejące (czy tylko dla nas?) w naturze piękno. I nazywamy to pięknem – obcowanie z tym jest dla nas przyjemnością. I uznajemy, że jest to dla nas czymś dobrym. Dlaczego? Wydaje mi się, że właśnie dlatego, iż piękno w naturze widzimy w tym, co jest dla nas jednocześnie dobrem i przyjemnością. Zwykle łączy się to z ładem i harmonią, ale niekoniecznie, bo pozytywnie estetyczne wrażenie robią na nas także żywioły… ale pod warunkiem, że nie stanowią dla nas bezpośredniego zagrożenia.

Jednak dobrze się chyba stało, że nie zaprzątałem sobie tym wszystkim głowy, kiedy podziwiałem karlsbadzkie jaskinie. (Jest czas na doświadczenie, wrażenia i czas na refleksję). Oglądałem ten fantastyczny świat dla samej radości poznawania go i eksploracji, spacerując po ciągnących się kilometrami bajecznych komnatach, które z każdego miejsca wyglądały inaczej, ale równie pięknie i zadziwiająco.
Kto by przypuszczał, że to pogranicze Nowego Meksyku i Teksasu, które tworzy monotonna równina rozciągająca się u stóp gór Guadalupe, kryje pod swoją powierzchnią takie cuda? Nic bowiem tego nie zapowiada, kiedy jedziemy po tej rozległej pustyni, a jedynym urozmaiceniem są naftowe szyby i olejowe pompy zwane obrazowo końskimi łbami. no i może jeszcze czasami czmychający nam spod kół struś pędziwiatr, który wprawdzie pędzi gdzieś na złamanie karku, ale któremu chyba już za bardzo nie chce się latać.

.

Część II zapisków z podróży do Nowego Meksyku i Teksasu przeczytać można TUTAJ.

.

Widok pustynnej równiny teksaskiej z Guadalupe Peak – najwyższej góry stanu Teksas (2667 m. n.p.m.)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć pustyni Białych Piasków w Nowym Meksyku obejrzeć można TUTAJ, jak również w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ. (Zapiski pochodzą z podróży, która miała miejsce w maju 2008 roku.)

Ponadto, niezwykłe pustynne krajobrazy (położone na terenie Kalifornii i Arizony pustynie Sonora i Mohawe) zobaczyć można TUTAJ oraz (inny zestaw) TUTAJ (Światowid).

HAWAJE – EDEN W ŚRODKU NICZEGO (zapiski hawajskie)

W kraterze wulkanu Puʻu Mahana nad zieloną plażą Papakōlea (Big Island of Hawai'i)

*

„Żaden inny obcy kraj na świecie nie ma dla mnie tak mocnego i głębokiego czaru jak ten, żadna inna ziemia tak nieustannie i nieubłaganie nie nawiedza mnie – na jawie i we śnie, przez połowę mojego życia – jak właśnie Hawaje. Wszystko inne mnie opuszcza, ale nie to; wszystko inne się zmienia, ale to pozostaje takie same. Ciągle czuję łagodny powiew tamtego powietrza, nadal widzę jak letnie morze połyskuje w słońcu; słyszę rozbijające się o brzeg fale; widzę spowite girlandami skały, spadające kaskady, palmy skłaniające się sennie na brzegu, odległe szczyty górskie unoszące się niczym wyspy nad morzem chmur; czuję duchy leśnych samotni, słyszę pluskanie strumieni; w moich nozdrzach ciągle jest zapach kwiatów, które zwiędły dwadzieścia lat temu.”

Kto by pomyślał, że autorem tych słów tak kwieciście opiewających Hawaje jest Mark Twain, jeden z najbardziej prominentnych amerykańskich prześmiewców, który zwykle suchej nitki nie pozostawiał na miejscach, do jakich w życiu podróżował. Jednakże fragment ten nie pochodzi z jego słynnych „Listów z Hawajów”, które pisał w latach 60-tych XIX wieku, podczas swojej pierwszej, czteromiesięcznej wizyty na wyspach, tylko z wykładu jaki dał ponad 20 lat później.
Jakże więc można dziwić się tej fali mitologizującej i uromantyczniającej Hawaje, która przewaliła się przez świat cały w następnym stuleciu, trwając właściwie po dzień dzisiejszy, skoro uległ temu nawet tak przenikliwy, trzeźwy i pozbawiony złudzeń człowiek jak Samuel Clemens?
Lecz potrzeba raju w ludzkich marzeniach wydaje się być nieprzemożna. To nic, że jest to raj kreowany zwykle na potrzeby masowej turystyki.

Jaki jest więc ten hawajski Eden?
Cóż, jak każdy raj, ślizga się on po cienkiej krawędzi dzielącej rozkosz od nudy – między aktywnym zażywaniem frenetycznej radości a biernym, lekko ogłupiającym lenistwem. To, jakiego doświadczenia Edenu doznasz, zależy jednak od Ciebie – bo nawet w raju, zwłaszcza tym ziemskim, nie ma żadnej gwarancji na to, że rozkosz, przyjemność i szczęście podane Ci zostaną jak na tacy, i że każdy załapie się tu na te wszystkie atrakcje bez żadnego wysiłku.

Leciałem na Hawaje z całą świadomością owych istniejących tam niebezpieczeństw. Ale czułem się w miarę bezpiecznie, tym bardziej, że nie była to moja pierwsza wyprawa na wyspy. Tym razem jednak Hawaje miały być tylko dla mnie (i dla osoby, która mi towarzyszyła, of course) – w przeciwieństwie do wyjazdów poprzednich, które, jakby nie było, miały charakter… powiedzmy sobie… służbowy.
Tym razem na rajskie doświadczenia miałem ponad trzy tygodnie – wcale nieźle, nawet jeśli postanowiłem rozłożyć ten czas pobytu na cztery wyspy: Oahu, Maui, Big Island i Kauai.

O każdej z tych wysp książkę napisać by można (nawet jeśli nie jest się Jamesem Michenerem), jednak skromne ramy tego bloga, tudzież (nie)cierpliwość (co poniektórych) Czytelników, niezbyt zachęcają mnie do przepastnego rozwodzenia się nad Sandwiczowym Archipelagiem (jak pierwotnie nazwali Hawaje Europejczycy – a konkretnie James Cook, który oficjalnie dotarł na nie w 1778 roku jako pierwszy z europejskich żeglarzy… co jest jednak wątpliwe, bo najprawdopodobniej uprzedzili go w tym, i to o dobre półtora wieku, wszędobylscy Hiszpanie).
Pozwolę więc sobie na przedstawienie tu jedynie części moich notatek – szkicu o plażach, Waikiki, drogach, przygodzie w Dolinie Waipio…  oraz  na wyznanie, że jeszcze kiedyś do tematyki hawajskiej chciałbym powrócić.

Plaża Palihale i strome skalne klify wybrzeża Napali (Kauai)

*

PLAŻE

W naszej wyobraźni obraz plaży tkwi najczęściej w wersji zbanalizowanej: żółty piasek i turkusowa woda, a nad tym wszystkim bardziej lub mniej przechylona palma. Jest ten obrazek niczym więcej jak efektem reklamowej kampanii przemysłu turystycznego podsycającego ludzkie marzenia o egzotycznym raju, gdzie pierzchają wszystkie nasze utrapienia i gdzie można oddawać się niczym nie skrępowanemu, relaksującemu wypoczynkowi (vel lenistwu).

Dla mnie jednak plaża jest ciekawym tworem, który w paradoksalny sposób łączy w sobie dwie – wydawałoby się – wykluczające się nawzajem cechy: wieczność i nietrwałość.
Plaża reprezentuje wieczność bo tworzy się z materii poddanej przeobrażeniom przez siły działające nań przez setki milionów lat (piasek gromadzony przez fale na plaży jest niczym innym jak skutkiem erozji – rozkruszania skał i sedymentów).
Plaża jest nietrwała, bo ulega ciągłej przemianie powodowanej przez potężny żywioł, jakim jest morze i ocean.
Fenomenalna poniekąd sprzeczność.
Może właśnie dzięki niej, spacerując, siedząc lub leżąc na plaży odczuwamy podświadomie to, że  jesteśmy gdzieś na granicy tymczasowości i wieczności? Że każda fala, rozpryskując się o brzeg lub skały, ma swój nagły kres, a jednocześnie – rozmywając się – tworzy następną i następną… i tak w nieskończoność?
Myślę, że w tym właśnie leży przyczyna tego, że przebywając na plaży, czujemy się często jakby zahipnotyzowani morzem, oceanem.

Jeśli miałbym wymienić rzeczy, które najbardziej lubię w życiu i które dostarczają mi niewypowiedzianej… hm… trudno to nazwać… błogości, odprężenia i prostej radości istnienia – to bez wahania zaliczyłbym do nich spacer po plaży oraz pływanie w morzu czy też w oceanie. Nie jest to jednak li tylko przyjemność wynikająca z fizycznego wysiłku, czyli wydatkowania i rozpraszania własnej energii. Jest to dla mnie również – jakkolwiek zabrzmiałoby to pretensjonalnie – doświadczenie duchowe.
Przypomina mi się tutaj coś, co przed laty napisałem w Miami Beach na Florydzie:

Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – toń ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słońce sprawia, że zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.
Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuję się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas – i w nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…
*  *  *

zachód słońca nad Ni'hau

*

Plaża plaży nierówna. I nie chodzi tu tylko o ich różnorodność geologiczną, topografię, środowisko naturalne… Również o jej… populację, czyli o to jak często i jak licznie jest ona przez ludzi nawiedzana.
Oprócz plaż „miejskich”, takich jak położona nieopodal Honolulu Waikiki Beach, są plaże tzw. „dzikie”, gdzie nie uświadczy się żywej duszy. Plaże miejskie wzbudzają jedynie moją ciekawość – nazwę ją – antropologiczną (trudniej byłoby mi napisać „kulturową”, bo jakaż to na plaży może się przejawiać kultura?). Natomiast plaże dzikie (lub „pół-dzikie”) to nie zmącony cywilizacją kontakt z żywiołem natury (nie ważne, czy dostarczający nam ukojenia, czy też wprost przeciwnie: pewnego rodzaju niepokoju, który wszak zawsze jest czymś podniecającym).
Jedną z najbardziej niewiarygodnych plaż na jakich zdarzyło mi się być, jest słynna, położona w Rio, Copacabana. Zagęszczenie na niej kolorowych tłumów i jeszcze bardziej kolorowych parasoli jest niewiarygodne. Tylko trochę ustępuje jej pod tym względem jej sąsiadka – Playa Ipanema.
Natomiast jedne z najbardziej dzikich plaż, na jakie udało mi się w życiu dotrzeć, to plaże pacyficznego wybrzeża Oregonu, ale i… to była dla mnie niespodzianka – plaże karaibskie, także te znajdujące się na Wyspach Dziewiczych, które to wyspy przecież, skądinąd takie dziewicze bynajmniej już nie są.

 

Połów ryb na czarnej plaży (Big Island)

*

Plaże wypełnia nie tylko piasek (w kompleksach miejskich często zresztą uzupełniany przez ciężarówki). Także kamienie i żwir, bardziej lub mniej skruszone muszle i korale, oraz – co jest powszechne na Hawajach – zastygła czarna lawa. Naturalnie, najlepiej chodzi się po plażach piaszczystych, jednak wg mnie, najbardziej fotogeniczne są plaże kamieniste i żwirowe. Bo to właśnie na ich pourywanych i postrzępionych klifach rozgrywają się najbardziej dramatyczne spektakle, jakie urządza podczas sztormów Natura (czego doświadczyłem chyba najmocniej w kanadyjskim Parku Narodowym Pacific Rim położonym na północny zachód od Vancouver).

Plaża plaży nierówna również dlatego, że i piasek piaskowi nierówny. Bo z jednej strony – jak to jest w przypadku florydzkich plaż nad Zatoką Meksykańską – mamy bielutki i drobniutki jak cukier puder piasek, (będący efektem trwającej kilkaset milionów lat erozji Apallachów, z których to gór został on zniesiony do zatoki przez strumienie i rzeki); z drugiej zaś posiadający wiele odcieni piasek plaż położonych po atlantyckiej stronie amerykańskiego wybrzeża, który oprócz kwarcu posiada także wapienne drobiny muszelek i koralowców.
*  *  *

Zadziwienie - na zielonej plaży Papakōlea (Big Island)

*

Na Hawajach, naturalnie, oprócz plaż klasycznych z zieloną palmą, turkusową wodą i żółtym piaskiem, są także plaże dziwolągi, które wszak przy odrobinie krajoznawczej przychylności nazwać można plażami niezwykłymi, a ulegając pewnemu entuzjazmowi – fascynującymi. Bo któż z nas nie byłby zadziwiony, a w niektórych wypadkach – zachwycony czy zdumiony, gdyby nagle znalazł się na plaży, której piasek jest… czarny, czerwony, albo nawet… zielony?
A na hawajskich wyspach, owszem – takie dziwy się zdarzają.

Oto na Big Island znajduje się znana geologom całego świata Plaża Zielonego Piasku Papakōlea powstała wskutek erozji wulkanicznego stożka Pu’u Mahana. Kolor swój zawdzięcza małym kryształkom olivinu, zwanego też hawajskim diamentem. Nie prowadzi do niej żadna droga – trzeba jechać jeepem przez wertepy, lub iść parę godzin na piechotą. Na Maui, nieopodal Hana jest zaś Plaża Czerwonego Piasku zwana przez Hawajczyków Kaihalulu – utworzona przez zerodowaną skałę bogatą w związki żelaza. Jej głęboka czerwień kontrastuje z niebieską wodą oceanu, czarnym klifem i zielonymi drzewami tworząc dość zdumiewający konglomerat. Też trudno dostępna. Większość plaż Wielkiej Wyspy (Hawaii) jest czarna. Najbardziej znaną (i niestety – ze względu na łatwy do niej dostęp – najbardziej obleganą) jest Punaluu, Plaża Czarnego Piasku położona na wschodnim zboczu wulkanu Mauna Loa. Powstała w miejscu, gdzie do Oceanu wlała się lawa, która stygnąc zamieniła się w czarny bazalt.
Wszystkie te kolorowe plaże budzą zrozumiałe zainteresowanie, ale żadna z nich nie jest jednak w stanie przebić, jeśli chodzi o przyjemność plażowania, zwykłych, rzec można swojskich, plaż, na których leży piasek żółty.

WAIKIKI

Plażowy szyk i elegancja (Waikiki Beach)

„Najsłynniejsza” plaża na świecie jest plażą sztuczną. I jest to znaczące: sztuczny raj, który udaje „raj” tropikalny. Lecz nie jest to bynajmniej raj i nie tropik, tylko – gwoli ścisłości – sub-tropik. W języku rdzennych Hawajczyków waikiki oznacza „tryskającą wodę”, ewentualnie „źródło” lub „strumień”, bowiem było ich tutaj przed rozrostem honolulskiej metropolii kilka. Niestety, jeśli w jakiś sposób one przetrwały, to zostały wchłonięte przez okalające Waikiki (rozumiane tu jako rozbudowane przedmieście Honolulu) kanały. Naturalnie, była tu jeszcze przed tą cywilizacyjną inwazją dzika plaża (nota bene uczęszczana przez hawajską „arystokrację”, w tym tę „królewską”), lecz z czasem uległa erozji i budowlanym przeobrażeniom nie do poznania. Doszło do tego, że zaczęto zwozić na nią piasek sprowadzany z… Kalifornii.

Plaża jest zaskakująco krótka – liczy niewiele ponad pół kilometra – ale nagromadzone na niej tłumy sprawiają, iż wydaje się ona sporym organizmem, pewnego rodzaju mikrokosmosem tworzącym swój własny klimat. Wejść na nią to jak zanurzyć się po uszy w ludzką magmę osobników oddających się temu, co określa się mianem „plażowania”, czyli wszelkiej aktywności związanej z obecnością słońca, piasku i wody. Należy jednak zauważyć, że w wielu przypadkach owa „aktywność” ogranicza się do leżenia plackiem na ziemi i smażenia się w promieniach palącego się na niebie słońca.

Waikiki to kolorowa i hałaśliwa mikstura snobizmu, proletariackości, luksusu, szczęścia, mizerii, luzu, napięcia, dezynwoltury, konwenansów, piękna, brzydoty… czyli wszystkiego tego, co tworzy ludzki biotop, na dodatek skondensowany tu na małym spłachetku ziemi, stanowiący epicentrum powszechnego zainteresowania i przyciągający całe mnóstwo nie zawsze pasujących do siebie elementów i indywiduów.
Skąd ten misz-masz? Otóż ze współistnienia obok siebie – i to w pozbawionej większego dystansu bliskości – skrajnie różnych socjologicznie sfer: wymieszanie się klas, gdzie na jednym biegunie znajduje się nieprzyzwoita nędza widocznych niemal na każdym kroku bezdomnych, a na drugim… równie nieprzyzwoite bogactwo i zbytek reprezentowany przez gości bogatych ekskluzywnych mega-resortów tupu Hilton, Hyatt, Sheraton, Marriott…

Bezdomny na Kalakaua (Waikiki, Oahu)

Oczywiście, że homelesi przytłoczeni są całym tym rozbuchanym konsumpcyjnym zgiełkiem (a większość z oddających się owemu niczym nieskrępowanemu używaniu wszelkich możliwych uciech i dóbr, zapewne w ogóle ich nie zauważa – lub udaje, że nie zauważa).
*  *  *
I jeszcze jedno. Nocny spacer rozświetloną, kolorową aż do bólu oczu promenadą Kalakaua muszę uznać za najbardziej nudną i nużącą dla mnie godzinę spędzoną na Hawajach. I bynajmniej przyczyna tego nie leżała w trwającym wiele godzin locie samolotem przez Pacyfik.
Kalakaua biegnie równolegle do plaży Waikiki, której nie można jednakże widzieć, jako że po obu stronach tej ulicy znajdują się wspomniane już resorty, które już dawno zatraciły swój nimb ekskluzywności, stając się czymś w rodzaju okazjonalnego substytutu zaspokajającego (chwilowo i dość iluzorycznie przecież) snobistyczno-konsumpcyjne aspiracje tzw. upper-middle-class.
Kalakaua to także jeden wielki ciąg sklepów i handlowych „galerii”, gdzie przewalające się tłumy poszukują… właściwie nie wiadomo czego, a jeśli już znajdują, to najczęściej rzecz, która do niczego nie jest im potrzebna, będąc po prostu zbytkiem – kompulsywnym zaspokojeniem potrzeby posiadania, którą zaszczepiła w nich cywilizacja materialnego „sukcesu”, gromadzenia „dóbr” i rozchełstanego konsumpcjonizmu. Do sklepów już nie chodzi się wtedy, gdy człowiekowi coś potrzeba; do sklepów się chodzi – i w nich kupuje – dlatego że one są i dlatego, że postępują tak inni.

HAWAJSKIE DROGI (I BEZDROŻA)

Hawajskie drogi to nie tylko typowy pan-amerykański kontrast ale i miejscowy szok. Ich jakość rozciąga się od super-nowoczesnej wielopasmowej autostrady na Oahu po pełne błota dziury i wertepy obecne już na wszystkich wyspach, gdzie tylko koleiny i ślady jeepowych opon wskazują na obecność czegoś, co można nazwać prowadzącym dokądś traktem.
Trudno sobie wyobrazić bliższe poznanie hawajskich wysp bez dysponowania własnym (a ściślej – wypożyczonym) samochodem. Aby jednak trafić do najbardziej „dzikich”, a tym samym najbardziej niezwykłych i ciekawych zakątków, należy dysponować jeepem, a co najmniej SUV-em z napędem na cztery koła.

Nieraz zastanawiałem się, czy aby to, że pozwala się na istnienie takich „dróg” nie jest celowe. Bo przecież cóż to dla amerykańskiej technologii i budowlanych środków utwardzić, wyasfaltować czy też wybetonować drogę – o czym świadczy choćby obecność takichże dróg w najbardziej nawet niewiarygodnych miejscach amerykańskiego kontynentu? Czy przypadkiem nie chodzi tu o utrudnienie dostępu masowej turystyki do pewnych wybranych miejsc? O niedopuszczenie do stratowania ostatnich połaci dzikich zakątków? O zlitowanie się nad fauna i florą – czyli o zachowanie pewnych rezerwatów przyrody w stanie nieskalanym zbytnio motoryzacyjnym hałasem i spalinami? Pewnie o wszystko po trochu. A efektem – przynajmniej jeśli chodzi o nasze egoistyczny instynkt odkrywania i eksploracji – jest również poczucie pewnej ekskluzywności i dreszczu przygody.
Powiedzmy sobie jednak szczerze: jakież może nam grozić niebezpieczeństwo w miejscu gdzie ma zasięg nasza komórka?
Chyba jednak może… o czym świadczyły spalone wraki samochodów, jakie pospadały w przepaść ze stromego urwiska na jednej z takich dróg na Wielkiej Wyspie (z tą drogą wiąże się zresztą pewien niezwykły przypadek, jakim nam się tam zdarzył… ale o nim może za chwilę).
*  *  *

W otoczeniu zielonego szaleństwa dżungli - droga do Hana i... zagubiony na niej mały biały samochodzik (Maui)

*

Bez przesady można stwierdzić, że na Maui istnieje jedna z najbardziej malowniczych dróg na świecie. Jest to słynna Droga do Hana, prowadząca wzdłuż wybrzeża, po północno-wschodnim stoku wulkanu Haleakala. 80 kilometrów, 56 mostów i 617 zakrętów nad spienionym Oceanem, wśród tropikalnej roślinności, obok wodospadów, poszarpanych, utworzonych przez czarną lawę brzegów, podtopionych pól uprawnych taro, bambusowych zarośli, cyprysowych gajów…
Tak, droga do miejscowości Hana jest asfaltowa, ale za tym miasteczkiem, (które bardziej przypomina nadmorską wioskę) nagle jeszcze bardziej się zwęża,  kończy się asfalt, a zamiast niego mamy piasek i żwir, a na dodatek, w pewnym momencie natrafiamy na szlaban ze znakiem „Road closed. Local traffic only”.  Tutaj przestaje działać  polisa ubezpieczeniowa kompanii wypożyczających samochody (a tym samym kończą się żarty), natomiast zaczyna jeszcze ciekawszy i jeszcze bardziej niezwykły odcinek drogi, po której jadąc można okrążyć Haleakalę i przedostać się na drugą stronę wyspy.
Co też uczyniliśmy i muszę przyznać, że oprócz tego, że ten fragment drogi należał do najciekawszych na całej naszej trasie, to była to jednocześnie droga najbardziej wstrząsająca… także z powodu niezliczonej ilości dziur i wybojów, które zelżały dopiero wtedy, gdy wjechaliśmy na rozległe, falujące łagodnie zielone łąki i rancza pełne pasących się, swojsko wyglądających, choć czarnych jak najczarniejsza lawa, krów.

PRZYGODA NAD DOLINĄ WAIPIO

Gdybym był przesądny (albo wierzył w Opatrzność – co na jedno wg mnie wychodzi) to to, co się wydarzyło na spadzistej  drodze, która prowadziła z wysokiego klifu na dno doliny, uznałbym za oczywistą sprawę działania sił nadprzyrodzonych.
Dolina Waipio należy do najpiękniejszych na całych Hawajach. Leży w północno-wschodnim rejonie Wielkiej Wyspy (Hawai’i), na Wybrzeżu Hamakua. To kilkadziesiąt akrów płaskiej niczym namorzynowa delta ziemi otoczonej amfiteatrem wysokich na pół kilometra klifów, z których spływają liczące po kilkaset metrów wodospady.
Większość z nielicznych, docierających tu turystów, ogląda dolinkę z tarasu widokowego, którym kończy się droga z Hilo.  Niestety, mnie ten tarasik nie mógł zadowolić, więc zdecydowałem się zjechać do Waipio stromą, prowadzącą skalnymi półkami, żwirową drogą. Byłem pewny, że jeep z łatwością z tym sobie poradzi, tym bardziej, że droga przecież używana była nie tylko jako szlak pieszy, ale i uczęszczana była przez mieszkających w Waipio (nielicznych, co prawda) ludzi, którzy każdego dnia pokonywali ją swoimi pick-upami.

Hawajskie drogi (Big Island)

Aby zjechać na dół, należało pokonać jakieś półtora kilometra drogi, co zajmowało ok. 15 minut lub… 15 sekund, jeśli ktoś miał to nieszczęście sięgnąć dna doliny w linii prostej, spadając po prostu w przepaść (a widoczne z daleka wraki potwierdzały, że nie jest to tylko możliwość hipotetyczna).
Byłem już u wylotu biegnącej w dól drogi, kiedy do okna samochodu podeszła kobieta w średnim wieku i zapytała, czy nie mogłaby się z nami zabrać. Nieco zdziwiony zapytałem się, dlaczego nie chce zejść do doliny na piechotę – przecież to taki piękny szlak (wziąłem ją po prostu za turystkę). Odparła, że zawsze stara się aby ją ktoś podwiózł, bo ona… w Dolinie Waipio mieszka. Aaa!  Skoro tak – to proszę bardzo! Zmieniłem bieg na najniższy, nasza pasażerka przypomniała, by sprawdzić również hamulec ręczny (przy okazji zorientowałem się, gdzie go można znaleźć) po czym zaczęliśmy zjeżdżać po niezwykłej stromiźnie na dół. Nie ujechaliśmy stu metrów, gdy wtem silnik Wranglera zgasł, a tym samym przestały działać wszystkie urządzenia elektroniczne, w tym układ kierowniczy i hamulec główny. Samochód bezwładnie zaczął się zbliżać do krawędzi przepaści a ja już oczami wyobraźni zobaczyłem, jak roztrzaskujemy się u podnóża skalnej ściany. Usłyszałem głośne: „handbreak”! i odruchowo zacisnąłem dłoń na hamulcowej rączce. Jeep jednym kołem wisiał już nad przepaścią.

Ale to jeszcze nie był koniec całej przygody. Bo cóż się okazało? Otóż… wskaźnik poziomu paliwa wskazywał „zero”, więc i tak nie mogliśmy ponownie uruchomić silnika. Samochodu nie dało się ruszyć, a na dodatek tarasował on skutecznie całą drogę i nie bardzo było wiadomo, czy można go będzie stamtąd wyholować.
Potrzebna była benzyna, ale jak tu zdobyć na tym odludziu „gas” i to o tak już późnej porze? Ledwie człowiek przeżył a tu znowu wpakował się w niezłe tarapaty.
Ale, ale… czy uwierzycie, że nasza pasażerka wyciągnęła wtedy ze swojej torby… pełen paliwa kanister!? (Benzyna potrzebna jej była do zasilania domowego generatora prądu). Nasze zdumienie (a i radość) nie miała granic. Silnik „załapał”, wszystko zaczęło działać i po kilku minut znaleźliśmy się bezpiecznie na dnie cudownej skądinąd Doliny Waipio.
Zadziwił mnie ten brak paliwa, gdyż przypomniałem sobie, że sprawdzałem jego poziom nie tak dawno i że wskaźniki wychylony był na ok. 1/3 skali. Jednakże, gdy znaleźliśmy się na stromiźnie, cała benzyna spłynęła do dolnej części baku i zasysanie przestało działać. Dziwne, bo co jak co, ale jeep powinien być raczej niezawodny w takich warunkach.

Dzięki tej przygodzie poznaliśmy Kamaleę – bowiem takie imię nosiła nasza towarzyszka, co mnie trochę zdziwiło, jako że była białą kobietą. Mieszkała (samotnie) w Dolinie Waipio już od dwudziestu lat. Urodziła się  na Hawajach, a jej rodzice byli potomkami portugalskich imigrantów, którzy przybyli na wyspy jeszcze w XIX wieku  i zaczęli hodować tu bydło oraz uprawiać kawę.
Nie chciała przyjąć zapłaty za dostarczoną nam benzynę i dopiero później, kiedy już jechaliśmy na nocleg do Hilo, zreflektowałem się, że przecież mogłem – jako symboliczny dowód wdzięczności – podarować jej… ananasa, którego dzień wcześniej kupiliśmy od sprzedającego napoje chłodzące (przy położonej na Maui drodze do Hana) pewnego Niemca. O nim także można by tu opowiedzieć całą historię, jak zresztą i o wielu innych imigrantach, którzy postanowili na Hawajach ułożyć sobie życie, stworzyć swój dom.
Ale o tym to już może innym razem…

* * *

HAWAJSKIE OBRAZY:

Zmierzch na Maui

*

Mierząc się z Wielką Falą srebrnego oceanu (Oahu)

 

Wodny wachlarz (Kauai)

*

Wszędobylskie palmy (Oahu)

*

Zachód słońca nad Kauai (Wybrzeże Napali)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć z ostatniej podróży na Hawaje obejrzeć można TUTAJ (panoramy) oraz TUTAJ (hawajski misz-masz) – w brulionie podróżnym (ilustrowanym), jak również- inny zestaw – TUTAJ – na moim blogu fotograficznym Światowid.

*