KAŻDY MA SWOJĄ GÓRĘ… – KORCZAK ZIÓŁKOWSKI I RZEŹBA SZALONEGO KONIA (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Korczak Ziółkowski i jego – największa na świecie – rzeźba Szalonego Konia w Dakocie Południowej.
Pisząc o tym człowieku i jego nadludzkim przedsięwzięciu można bezwiednie ugrząźć w patosie. Bowiem rzeczywiście wymiar jego wizji, marzenia i czynu był w samej swej istocie monumentalny. Wzniosłość potrafi by zaraźliwa. To właśnie decyduje o wielkości człowieka: jego życie staje się dziełem sztuki, nierozerwalne z celem; pasja i oddanie przenika każdą jego tkankę – unikając przy tym fanatyzmu i naiwnego idealizmu. Sen o wielkości przekuwany w czyn przestaje być mrzonką wielkości urojonej.
A jednak przeczuwamy, że prawdziwa wielkość człowieka może się urzeczywistnić tylko w jego umyśle – wielkością ducha, serca i idei. Zacytujmy Korczaka Ziółkowskiego: “Kiedy legendy umierają, kończą się marzenia; kiedy kończą się marzenia, nie ma już wielkości”.
Czarne Wzgórza w Południowej Dakocie, gdzie urzeczywistnia się sen Ziółkowskiego, pozostają dla Indian ziemią świętą. Rzeźba Szalonego Konia czyni to miejsce jeszcze bardziej szczególnym, nie tylko dla pierwszych mieszkańców Ameryki, ale i dla wszystkich, którzy na własnej “górze swojego życia” chcą zostawić po sobie jakiś ślad.

*

Korczak Ziółkowski

POLSKI SIEROTA

Przygoda Korczaka Ziółkowskiego mogła się przydarzyć tylko w Ameryce. On sam mówił: “Co za honor dla małego polskiego chłopca, sieroty z Bostonu, być poproszonym przez indiańskich wodzów, aby opowiedzieć historię ich rasy. Co za honor! Tylko w Ameryce człowiek może rzeźbić górę”.
Korczak Ziółkowski jest już teraz człowiekiem legendarnym. Człowiekiem legendą dla Amerykanów, dla Polaków i dla Indian. O nim i o jego nadludzkim przedsięwzięciu, które jedną z gór Dakoty zamienia w wodza Siuksów, słyszało miliony ludzi na całym świecie.
Szczególnie przypadek Korczaka winien poruszyć Polaków. Mimo, że urodził się on już na ziemi amerykańskiej, jego dziadkowie przybyli tu znad Wisły. Wprawdzie rodzice Korczaka zginęli w wypadku, kiedy miał on zaledwie rok, to jednak jego polska – romantyczna a zarazem szlachetna – natura była w nim ciągle obecna i dawała o sobie znać przez całe życie. Polski romantyzm, honor i upór – ta domieszka szaleństwa i wiary, która może przenosić góry. W życiu Korczaka to ostatnie urzeczywistniło się niemal dosłownie – za jego przyczyn góra naprawdę się poruszyła.

SUBTELNOŚĆ I SIŁA

Jeszcze jako niemowlę Korczak Ziółkowski został odcięty od swoich polskich korzeni. Od pierwszego roku życia wychowywał się w rodzinach zastępczych i sierocińcach, szczególnie okrutnie traktowany przez pewnych Irlandczyków. O tamtym okresie swego życia nie chce mówić. Wspomina tylko, że był on okropny – źle go traktowano, bito i zmuszano do pracy niczym niewolnika. Nic więc dziwnego, że jego niezależna natura jak najszybciej chciała się wyzwolić od tego jarzma. W wieku 16 lat Korczak zaczyna właściwie samodzielne życie. Ima się różnych zajęć – od prasowacza spodni po odźwiernego w kinie. Kończy szkołę średnią i podejmuje pracę w bostońskiej stoczni. Przez następne 6 lat poznaje tajniki ciesielki i stolarstwa, wykazując od razu niezwykły talent rzeźbiarski, dzięki któremu tak wcześnie  ujawniły się cechy stylu Ziółkowskiego, widoczne w całej jego późniejszej twórczości: połączenie artystycznego smaku i subtelnością z męską siłą, solidnością i zdecydowaniem.
Dostrzeżono prace młodego chłopca, znalazło się nawet kilku możnych i wpływowych protektorów. Na dodatek jeden z nich wyczulił go na jego polskie pochodzenie, budząc w nim poczucie pewnej solidarności z polskim narodem i ze swoimi przodkami. (Dlatego też rzeźbiarz obrał obie  imię Korczak, wywodzące się – jak to odkrył – od herbu rodziny Ziółkowskich). To nie przypadek więc, że pierwszą rzeźbą z marmuru, która przyniosła mu uznanie i sławę, było popiersie wielkiego polskiego męża stanu i genialnego pianisty Ignacego Paderewskiego. W 1939 r. dzieło to zdobyło w publicznym głosowaniu pierwszą nagrodę na Targach Światowych w Nowym Jorku. Samouk, który w swoim życiu nie wziął ani jednej godziny nauki w tym kierunku, który nie ukończył żadnych wielkich szkół i uniwersytetów, znalazł uznanie zarówno wśród koneserów, jak i laików.
Jeszcze w tym samym 1939 r., Korczak znalazł się na Czarnych Wzgórzach. Jednak nie śnił mu się jeszcze wówczas wielki jak góra Szalony Koń. Pracował bowiem jako asystent Gutzona Borgluma przy rzeźbieniu w skale słynnych dzisiaj głów prezydentów, zaledwie 17 mil od miejsca, w którym 10 lat później zacznie tworzyć swoje własne dzieło. Trzeba dodać, że Korczak z Borglumem pracował krótko, bo niespełna jeden sezon. Powodem były ciągłe nieporozumienia z synem Borgluma, Lincolnem.

Korczak Ziółkowski i wódz Henry Standing Bear

LIST STOJĄCEGO NIEDŹWIEDZIA

Po powrocie na Wschód Korczak otrzymał list ze stron, które dopiero co opuścił. Otóż wódz Siuksów Henry Standing Bear zapraszał Ziółkowskiego do siebie zapytując, czy nie byłby on zainteresowany wyrzeźbieniem w górze posągu Szalonego Konia, legendarnego wodza Indian, który wraz z Sitting Bullem przewodził powstaniem Siuksów w latach 70-tych ubiegłego wieku i zasłynął w pamiętnej bitwie pod Little Bighorn, kiedy to Indianie wycięli w pień cały oddział kawalerii amerykańskiej dowodzonej przez generała Custera. Henry Standing Bear pisał wówczas do Ziółkowskiego: “Wszyscy moi bracia wodzowie i ja, chcemy, by Biały Człowiek dowiedział się, że i Czerwonoskórzy Ludzie mieli swoich bohaterów”.
Korczak łamał się z decyzją. W międzyczasie wstąpił do wojska, walczył w artylerii amerykańskiej na frontach II wojny światowej, kilkakrotnie był ranny, dosłużył się nawet stopnia sierżanta… Jednak nawet w wojsku nie zaprzestał rzeźbienia. To właśnie przeżycia wojenne sprawiły, że Korczak Ziółkowski zdecydował się przyjąć zaproszenie Siuksów. Przez dwa lata studiował kulturę i historię Indian, wraz z indiańskimi wodzami wybrał odpowiednią górę, na której w roku 1949 odpalono pierwszy ładunek dynamitu. Ziółkowski miał wówczas 40 lat i zaczynał właściwie swoje drugie życie. Jednak wtedy nie spodziewał się jeszcze, że już do końca swoich dni zostanie na Czarnych Wzgórzach i następne 35 lat poświęci bez reszty pracy nad pomnikiem Szalonego Konia – największym przedsięwzięciem rzeźbiarskim, jakiego podjął się do tej pory człowiek.

TYTAN, MRÓWKA I GOSPODARZ

Początki Crazy Horse Memorial były skromne, żmudne i ciężkie. Korczak wykupił za swoje pieniądze działkę i licencję górniczą, która dawała mu prawo do zajęcia się Thunderhead Mountain, jak nazwał tę górę. Jednak aż dwa lata trwały przygotowania do podjęcia właściwej pracy nad rzeźbą. Korczak musiał wcześniej wyrąbać las, zrobić drogę, skonstruować specjalne schody na szczyt, doprowadzić elektryczność i wodę, zbudować dom i studio…
Przez pierwsze siedem miesięcy mieszkał w wojskowym namiocie. Kiedy więc wreszcie można było zacząć rzeźbić górę, Korczakowe fundusze były na wyczerpaniu. W kieszeni zostało mu raptem 174 dolary.

Właśnie to było zawsze głównym problemem w pracy Ziółkowskiego: finanse. Jednak należy zaznaczyć, że było tak głównie z powodu honorowej polityki, jaką sam przyjął od początku. Wierzył mianowicie w ideę tzw. free enterprise, która zakładała, że ani jednego dolara nie weźmie z pieniędzy podatników. Dlatego też m.in. dwukrotnie odrzucił 10 mln. dolarów, które rząd federalny gotów był przeznaczyć na realizacje projektu. Fundusze miano zbierać prywatnym sumptem – z dobrowolnych datków i biletów wstępu. Jednak warto też dodać, iż Korczak był zdecydowanie przeciwny, aby powstający pomnik traktować jako turystyczny wabik i kuriozum. To dlatego zawsze musiano się wykłócać z nim, by zgodził się np. podnieść opłatę za wstęp na teren obiektu. Wielu ludzi miało więc wejście darmowe, w tym wszyscy Indianie. Każdy traktowany był, niczym gość w domu.

Jeśli ktoś sądzi, że pomysł Indian i zajęcie Ziółkowskiego było jakąś szaleńczą fanaberią, jakimś wymysłem, który pozwalał rzeźbiarzowi uciec od świata i życia pełnego obowiązków, to głęboko się myli. Korczak przez te 35 lat pracy nad Szalonym Koniem udowodnił, że jest człowiekiem żelaznej woli, niesłychanie konsekwentnym  i upartym. Przez cały czas pracował ciężko jak wół i uparcie jak mrówka. A przy tym wszystkim wykazywał niezwykłą inżynierską inwencję i zaradność dobrego gospodarza. Mimo, że samo zmaganie z górą wymagało nadludzkiego wysiłku, Ziółkowski sam starał się zarobić nie tylko na swoje utrzymanie – i utrzymanie licznej rodziny – ale i na dofinansowanie własnego projektu.
Zaczął więc hodować bydło i świnie, wybudował nowoczesną mleczarnie i tartak. Sam konstruował i naprawiał maszyny, przyjmował też inne zlecenia rzeźbiarskie i stolarskie.

No i – last but not the least – założył rodzinę. Poślubił młodszą o 18 lat Ruth, swoją długoletni asystentkę i miał z nią aż … 10 dzieci! Płodny niesłychanie był więc Korczak pod wieloma względami. Niektóre ze swych dzieci sam odbierał przy porodzie. Specjalnie dla nich założono też szkołę. Tak więc Korczak, oprócz tego, że był wizjonerem, był także człowiekiem z krwi i kości, mężem i ojcem – prawdziwym family man. Wprawdzie podkreślał, że u niego na pierwszym miejscu jest góra, na drugim Ruth, a na trzecim dzieci, to w jego sercu nie było wcale takiej hierarchii. Z tym samym uczuciem oddawał je po równo wszystkim. Jego wady – porywczość, wybuchowość, szorstkość – bladły wobec jego zalet. Za te zalety podziwiali go wszyscy – Indianie, żona, dzisięcioro dzieci i tysiące innych ludzi.

Model rzeźby Szalonego Konia. W tle: góra Thunderhead, na której urzeczywistnia się wizja Korczaka Ziółkowskiego.

KAMIENNY JEŹDZIEC

Postać Szalonego Konia wybrali Indianie, natomiast wyczarowanie jej ze skały powierzyli Korczakowi. Ten wyrzeźbił na samym początku model, który przedstawiał Indianina na koniu. Długowłosy jeździec o monumentalnych rysach wyciągniętą ręką wskazuje ponad głowami narowistego konia. Jest w tym zawarta pewna anegdota. Podobno kiedy tułającego się ze swymi współplemieńcami i odmawiającego zamknięcia w rezerwacie Szalonego Konia zapytano ironicznie gdzie jest jego ziemia, ten wskazał palcem przed siebie i powiedział: “Moja ziemia jest tam, gdzie pochowani są moi przodkowie”. To właśnie ten moment został utrwalony przez Korczaka. Początkowo rzeźba miała powstać ze szczytu góry. Korczak planował jej wysokość na 30 m. Później doszedł do wniosku, że jednak Szalony Koń powinien być wyrzeźbiony z całej góry, co powiększało rzeźbę 6-krotnie. Sama twarz byłaby więc wielkości uprzednio planowanego posągu.
Skala na jaką porwał się Ziółkowski jest niesłychana. Podajmy tylko kilka wymiarów: wysokość całej rzeźby ok. 170 m., długość ponad 190 m. Wyciągnięte ramię będzie miało prawie 80 m., (czyli niemal tyle co futbolowy stadion). Zdoła się na nim pomieścić 4 tysiące ludzi. Pomiędzy ramieniem Indianina a szyją konia będzie przestrzeń, w której mógłby się zmieścić kilkupiętrowy budynek, zaś w samym nozdrzu konia można by postawić 5-cio apartamentowy dom.

JEDNO ŻYCIE TO ZA MAŁO

Praca nad Szalonym Koniem była tytaniczna i zdawać by się mogło – syzyfowa. W każdym razie przerastała możliwości i długość życia jednego człowieka. W niczym nie przypominała konwencjonalnej pracy rzeźbiarza. Samym drogom i ich naprawie, całej tej – można tak nazwać – infrastrukturze – poświęcił Korczak niemal połowę czasu. Odstrzeliwanie za pomocą dynamitu samego zarysu głowy do poziomu ramienia, zajęło mu niemal całą dekadę. Następne 10 lat poświęcił Korczak na pozbycie się nadmiaru granitu znad głowy konia. W międzyczasie Korczak łamał sobie żebra, kości rąk i nóg, z krzyża parokrotnie wyskoczyły mu dyski, przeżył dwa ataki serca, nabawił się artretyzmu i głuchoty… Nie złamało to jednak jego determinacji, ducha, ani nawet nie pozbawiło siły fizycznej.

Ziółkowski już na samym początku zdał sobie sprawę, że jedno życie jest za krótkie, by doczekać ukończenia rzeźby. Zmarł w 1982 r. mając 73 lata. Zdążył do tego czasu odstrzelić prawie 7 mln. ton skały (na tym właściwie polegała jego “rzeźbiarka”). Nie wystarczyło to jednak, by z góry wyłonił się choć zarys całej rzeźby. Przez następne lata malowało się więc np. kontury końskiego łba, by oglądający łatwiej mogli wyobrazić sobie ostateczny kształt posągu. Pod koniec lat 90-tych wykończono twarz Indianina i goście, którzy przybywali pod pomnik w tamtym czasie, widzieli jak góra zmienia się wprost na ich oczach. Jednak najprawdopodobniej dopiero ci, którzy przybędą na Czarne Wzgórza gdzieś w połowie XXI w., będą mogli zobaczyć pomnik gotowy, w pełnej okazałości.
Korczak, wiedząc iż nie dokończy rzeźby, przygotował odpowiednio swoją żonę Ruth (przed śmiercią Korczaka wyrysowali dokładne plany, na których opierać się miały dalsze prace), jak również 10 sowich dzieci, które wyrosły w cieniu góry Thunderhead i w większości przejęły pasję ojca. Nie tylko dla nich stał się on wzorem i bohaterem. Do dzisiaj tysiące ludzi z przykładu tego niezwykłego człowieka czerpie natchnienie, moc i wytrwałość dla własnych wysiłków i zamierzeń. Bowiem, jak mówił sam Korczak: “Każdy człowiek ma swoją górę. Ja rzeźbię swoją.”

Korczak Ziółkowski z żoną

HOŁD INDIAŃSKIEJ KULTURZE

Crazy Horse Memorial to nie tylko gigantyczna rzeźba rodząca – podobnie jak w przypadku Mt. Rushmore – podejrzenia o megalomanię. Tym, co zjednało Korczakowi i jego przedsięwzięciu szerokie rzesze ludzi, jak również w końcu przychylność władz stanowych i federalnych, był humanitarny wymiar projektu. U podnóża góry powstać ma bowiem cały kompleks poświęcony kulturze indiańskiej, złożony m.in. z Muzeum Indian Ameryki Północnej, Uniwersytetu i Centrum Szkolenia Medycznego dla Indian.
Nie trzeba podkreślać, jak specjalnym człowiekiem stał się Korczak dla Indian. Co ciekawe, sprawa Indiańska nie leżała mu jeszcze tak bardzo na sercu, gdy rozpoczynał pracę nad rzeźbą. Prawdziwa solidarność i uznanie, szacunek i przyjaźń dla nich przyszły później. Na początku było tylko zlecenie wodza Stojącego Niedźwiedzia, które rzeźbiarz zobowiązał się wykonać. Być może nawet z przekory, i po to, by udowodnić tym ludziom od prezydenckich głów na pobliskiej Mt. Rushmore, że i on potrafi rzeźbić górę.
Dla indiańskich wodzów zaś ówczesne motywacje Ziółkowskiego były nieistotne, choć pod względem charakteru pokrywały się z ich własnymi. Dla nich ważne było to, by pokazać światu, że Indianie nie dzikusy i też swoich bohaterów mają. Zapewne wielu z nich bolało to – i nie mogło znieść tego – że na ich świętych Czarnych Wzgórzach wyrzeźbiono  podobizny wodzów Białego Człowieka – tych, którzy uosabiali dawną opresję, wrogów, morderców…
Niezręczny to obecnie temat i nic dziwnego, że nie eksponowany, i to zarówno przez większość Indian, jak i Jankesów. Tylko od czasu do czasu, takie incydenty, jak w Alcatraz, czy w 1973 r. na miejscu masakry pod Wounded Knee z 1890 r., uświadamiają nam, że zadra ciągle tkwi w indiańskich duszach.

Tak więc, Korczak Ziółkowski stał się wyznawcą, reprezentantem i protektorem kultury Indian. Przyjrzał się im uważniej, bez uprzedzeń, nabrał szacunku dla ich kultury i dziedzictwa. Przy czym zawsze podkreślał, że nie jest żadnym “Indian Lover” – żadnym tam indianofilem. Wszystko to emanowało z niego w sposób naturalny.
W mądrości indiańskich wodzów dostrzegł tę samą mądrość, która wcześniej uderzyła go w traktatach Arystotelesa. Uświadomił też innym ludziom, że każda rasa, plemię, naród ma prawo do tego, by eksponować i kultywować to, co w nich najlepsze, najszlachetniejsze – z czego mogą czerpać dumę i poczucie godności. Każdy ma do tego prawo, na przekór krążącym stereotypom, degradujących innych ludzi do poziomu prymitywów, dzikusów i barbarzyńców.
Zrozumiał to Ziółkowski i przejął się tym tak, że 35 lat swojego życia poświęcił katorżniczej pracy i wytrwał przy swej górze do końca swych dni. A mógł przecież prowadzić lekkie i wystawne życie uznanego rzeźbiarza, artysty, przyjmować atrakcyjne zlecenia od bogaczy, produkować drogie meble, dłutkować i cyzelować małe cacka w przytulnej pracowni. Zamiast tego zamienił się dobrowolnie w galernika zmagającego się z górą, z niepogodą, z niechęcią innych, z wszelkimi przeciwnościami; wysadzającego przez dziesiątki lat miliony ton skały, pokaleczonego, połamanego, głuchego…
Kiedy Korczak Ziółkowski wziął stronę Czerwonych Braci, kosztowało go to wiele. Wśród mieszkańców okolicznego miasteczka Custer (nazwanego tak na cześć niefortunnego generała spod Little Bighorn), wzniecił on rasowe resentymenty i dawną wrogość do Indian, rodem jeszcze z pionierskich czasów. Pewnej nocy zakradł się ktoś do pracowni i potłukł młotkiem jego posągi. Jeszcze wiele lat po tym incydencie, można było pod górą Thunderhead zobaczyć zniszczone popiersia i twarze z obtłuczonymi nosami. Szkody długo nie naprawiano. Zapewne słusznie – uwidoczniono tym symbol i przestrogę przed ślepą nienawiścią i wandalizmem.

PIASKI CZASU

Tłum pod twarzą Szalonego Konia

Przemijanie, ludzka krzątanina – złudzenie, że pozostanie po nas jakiś trwały ślad… W wiecznie ruchomych piaskach czasu?
Albert Camus wyznał kiedyś, że żyje po to, by zostawić na ziemi bliznę. Jeden z przyjaciół Janusza Głowackiego, autora “Antygony w Nowym Jorku”, powiedział mu, że różnica między nimi polega na tym, iż on koło grobu chodzi, a Głowacki biega.
Bez wątpienia dzieła przedłużają – jeśli nie życie, to pamięć o twórcy. Jakaś cząstka Leonarda da Vinci została w uśmiechu Mony Lisy; ziarno trwogi, bólu i szaleństwa Van Gogha nadal tkwi w jego płótnach; odbicie mądrości Tołstoja czy Balzaka do dzisiaj możemy znaleźć w ich książkach; pytania Bergmana nadal padają w jego filmach; piękno Bazyliki św. Piotra uderza po wiekach…
Wszystko to zostało zaklęte w materii.
Na jak długo?
Bernardo Bertolucci, reżyser zarówno “Ostatniego tanga w Paryżu”, jak i “Ostatniego Cesarza”, nie ukrywa fatalizmu, jeśli chodzi o trwałość swoich filmów. Mówi, że dla niego wszystko mogłoby zniknąć i dodaje, że jego stosunek do filmów – nie tylko do własnych – jest podobny do tego, jaki miał mnich z “Małego Buddy”, który robił wspaniałe rysunki kolorowym piaskiem: “talent, pasja, godziny pracy – a nagle zawieje wiatr i wszystko znika”.

Jesteśmy skazani na to, by komunikować się w świecie materialnym i w materii wyrażać nasze sny, przekazywać je innym. Jednak często wielu z nas dochodzi do tego, że prawdziwą i niewzruszoną wartość może mieć dla nas właśnie to, co kryje się za materią. Jest to jeden z największych paradoksów ludzkości: chcemy, aby to, co jest najbardziej ulotne, okazało się czymś najbardziej trwałym i niewzruszonym. Na tym chcemy budować opoki – w tym szukamy oparcia.
Ile w tym rozpaczy i desperacji? Ile nadziei, ile tęsknoty, ile prawdy…?
Kamienne tablice dawno rozsypały się w proch, jednak przecież nie na kamieniu opierała się ich trwałość.

Góra Korczaka Ziółkowskiego to nie tylko granit, który przeobraża się się w pomnik jeźdźca na koniu. To wykuta w skale idea. Idea szlachetności, wielkości człowieka – jego dumy, honoru, wytrwałości, dyscyplinie i pracowitości (wartości, które we współczesnym świecie stały się niemodne a nawet cokolwiek wstydliwe). Tak odbierają ją teraz rzesze ludzi, którzy przybywają na Czarne Wzgórza. Świadczą także o tym tysiące listów, które przychodziły na ręce rzeźbiarza, a później – po jego śmierci – docierały do żony i rodziny Korczaka. Wśród nadawców znalazł się i papież, i prezydenci, i zwykli ludzie. W jednym z takich listów ktoś napisał: ”Swoją energią i swoją wizją oświecał on ludzkość i uczynił świat nieco lepszym miejscem, wartym tego, by jakiś czas tutaj pożyć.”
Z góry Thunderhead  wyłania się z wolna pomnik Szalonego Konia. U jego stóp powstanie zapewne kiedyś centrum kultury indiańskiej, dające tym ludziom zadośćuczynienie i hołdujące ich najlepszym wartościom.

Gdzieś tam, u podnóża góry spoczywają też doczesne szczątki Korczaka, a napis na grobie głosi: “Storyteller in Stone”. Jego duch jest jednak stale obecny wśród ludzi. Duch człowieka, który “opowiadał w kamieniu” – duch człowieka, którego sen i opowieść będzie trwała jak góra i skała.
A może jeszcze trwalsza? Może nieśmiertelna jak idee, których nie imają się przecież zęby czasu?

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

PREZYDENCI WIELCY JAK GÓRA – MT. RUSHMORE

Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce

Wykute w skale popiersia amerykańskich prezydentów: Waszyngtona, Jeffersona, Roosevelta i Lincolna (Mt. Rushmore, Dakota Południowa – zdjęcie własne)

*

Wykute w górze Rushmore głowy prezydentów są bez wątpienia jedną z najsłynniejszych ikon funkcjonujących w obiegowej świadomości świata jako symbol typowo amerykański, podobnie jak guma do żucia, Statua Wolności czy Myszka Miki. Prawdą jest również, że obecnie jest to największa rzeźba na świecie. Tak będzie do czasu, kiedy za kilkadziesiąt lat rodzina Ziółkowskich ukończy powstający nieopodal – zaledwie 25 km. od Mt. Rushmore – pomnik wodza indiańskiego Szalonego Konia, w którego głowie już teraz można byłoby zmieścić wszystkie prezydenckie głowy razem wzięte. Dziś ten monument na Czarnych Wzgórzach Dakoty Południowej jest najliczniej odwiedzanym miejscem Środkowego Zachodu. Co roku przybywa tu ponad 3 mln. gości.

*

Jak wszystko, co wiąże się z kulturą amerykańską, również i Mount Rushmore National Memorial trudno jest określić jednoznacznie, zwłaszcza gdyby tak – odrzucając patos i uprzedzenia – zastanowić się nad jego istotą, wartością i znaczeniem. Jednak, czy po odarciu Mt. Rushmore z patosu, coś jeszcze zostaje? Czy potrzeba dużej dozy złośliwości, by zarzucić temu pomnikowi, że jest produktem nacjonalistycznej gigantomanii? Bo przecież wyzierała ona niewątpliwie z jego ideologicznej motywacji, artystycznego konceptu i całej późniejszej realizacji.
Twórca pomnika Gutzon Borglum pisał w swoim dzienniku wkrótce po rozpoczęciu prac na Mt. Rushmore: “Kolosalna sztuka ma swoją wartość – ludzką i ogarniającą ducha – która powinna być na stałe włączona we wszystkie formy narodowej ekspresji – z pełną świadomością i zamysłem, na skalę godną swojego znaczenia i wielkości ludzi, których życie przedstawia”. Zaraz potem z ironicznym przekąsem opisuje przypadek rzeźbiarza, który z dumą przedstawił mu głowę prezydenta wyrzeźbioną w… główce od szpilki. Następnie Borglum dodaje, iż poraził go bezsens i próżność tego “dzieła”.

Jaki jest zatem sens góry Rushmore?
Otóż napisać trzeba, że pełni ona z powodzeniem dwie zasadnicze role. Jedna jest praktyczna, druga ideowa. W sferze idealnej Mt. Rushmore sprawdza się jako patriotyczny symbol. Rzeźbę przedstawiającą, zdaniem Amerykanów, czterech najznamienitszych liderów w historii tego kraju, nazywa się nawet “Świątynią Demokracji”, uważając ją za manifestację amerykańskiego przywiązania do tradycji oraz do wartości o charakterze narodowym. W sferze praktycznej zaś, przedsięwzięcie Borgluma i władz stanowych, a później i federalnych, okazało się znakomitym interesem, przynosząc Dakocie Południowej oraz państwu setki milionów dolarów zysku. Stało się tak, jak przewidywali pomysłodawcy projektu – głowy zapoczątkowały turystyczny boom na Czarnych Wzgórzach, dzięki któremu turystyka jest obecnie drugą po rolnictwie, najbardziej dochodową gałęzią przemysłową stanu.

KOLOROWI BOHATEROWIE  I  EKONOMIA

Od zarania swego państwa Amerykanie przejawiali zamiłowanie do wielkości. Skłonność ta jest zresztą do dziś jedną z głównych charakterystycznych cech tego społeczeństwa. Co ciekawe, nie zawsze jest to li tylko przejaw megalomanii. Często przekonanie, że coś jest tu “naj”, ma realne podstawy w rzeczywistości.
Stany Zjednoczone w XIX w. były już wielkim państwem z ambicjami mocarstwa. I jak twierdzili niektórzy, wielki kraj powinien mieć wielką sztukę. Już w 1849 r. rzucono pomysł, by w Górach Skalistych wyrzeźbić olbrzymiego jak góra Krzysztofa Kolumba. Jednak, zważywszy na możliwości techniczne tamtych czasów, było to niewykonalne.

Musiało upłynąć ponad 70 lat, by podobna idea mogła przybrać realne kształty. Zrodziła się ona w głowie Doane’a Robinsona, historyka stanowego Dakoty Południowej i miała z początku ściśle komercyjny charakter. Robinson nie ukrywał, że chodzi o wykreowanie turystycznej atrakcji, która mogłaby przyciągnąć do Dakoty rzesze turystów, co przyczyniłoby się niewątpliwie do prosperity ekonomicznej stanu. To, że na temat rzeźby proponował tak odległe od siebie w wymowie historycznej postaci, jak kapitanowie Lewis i Clark oraz wódz indiański Czerwona Chmura, świadczy, że kontekst polityczny był mu właściwie obojętny. Chodziło o kolorowych bohaterów Dzikiego Zachodu, nieważne, po której stronie barykady się wsławili. Robinson wybrał też miejsce. Postaci miały być wyrzeźbione ze skalnych iglic zwanych “Needles”, które uważane są dziś za jeden z najciekawszych zakątków Czarnych Wzgórz. Dzięki Bogu i nieprzydatności do tego rodzaju projektu, zostały one zachowane tak, jak przez tysiące lat rzeźbiła jej natura.

Gutzon Borglum ze swoim modelem prezydenckich głów

ARTYSTA  I  BOGOWIE

Inicjatywę Robinsona poparło jednak kilku lokalnych polityków i na Czarne Wzgórza zaproszono Gutzona Borgluma, w którym widziano kompetentnego fachowca i artystę zdolnego podołać podobnemu zadaniu.
Borglum, urodzony w Idaho potomek duńskich Mormonów, był już wówczas znanym rzeźbiarzem, który sprawdził się w dawaniu sobie rady z górą. To on właśnie był twórcą słynnej płaskorzeźby (notabene też największej na świecie) konfederackich przywódców wykutej w ścianie gigantycznego skalnego jaja zwanego Stone Mountain, kamiennej góry leżącej pod samą Atlantą w Georgii. Oprócz tego, że Borglum mocował się  z górami, był on także odpowiednio ukształtowanym artystą, choćby dzięki edukacji w Paryżu, gdzie mógł nauczyć się pewnego romantyczno-secesyjnego wyrafinowania od samego Augusta Rodina.

Dobiegający 60-ki Borglum przybył na Czarne Wzgórza w 1924 r. i z miejsca wykluczył skalne “Igły”. Jego zdaniem miały one złe proporcje i były zbyt zerodowane, by udało się wyrzeźbić w nich jakichkolwiek bohaterów. Uznał też, że postacie Dzikiego Zachodu to temat raczej wąski i lokalny. Jego zdaniem lepiej byłoby nawiązać do bardziej ogólnonarodowej tradycji budowy państwowej potęgi, utrwalając w górach twórców amerykańskiego “Imperium”: “Wierzę, że pomnik narodowy powinien, jak Waszyngton, Jefferson, Lincoln i Roosevelt, posiadać spokój, godność i potęgę odzwierciedlającą bogów, którzy ich inspirowali, jak również sugerować bogów, jakimi sami się stali”.
Po kilkudniowych poszukiwaniach Borglum znalazł odpowiadającą jego wymaganiom górę. Ogromny granitowy blok, dostatecznie wyeksponowany i korzystnie ustawiony względem słońca. Górę tę nazywano Mt. Rushmore.

Tym, którzy ciekawi są pochodzenia tej nazwy, mogę zdradzić, że jest ono dość humorystyczne i zupełnie przypadkowe. W 1885 r. właściciele działek górniczych na Czarnych Wzgórzach wynajęli w Nowym Jorku prawnika, aby zajął się sporną sprawą dotyczącą pewnych tytułów własności. Ten, jadąc na koniu przez wzgórza, zwrócił uwagę na wyniosłą, odróżniającą się od innych skałę i zapytał towarzyszącego mu tubylca o jej nazwę. Usłyszał odpowiedź, że góra ta jeszcze nie ma swojej nazwy, ale od tej chwili może się nazywać tak jak on. Nazwisko adwokata brzmiało Charles Rushmore. Tym oto sposobem zostało utrwalone na wieki wieków.
Sam Rushmore nie mógł pewnie się nadziwić, kiedy dowiedział się o wyborze Borgluma, który niewątpliwie rozsławić miał “jego” górę. Notabene był jednym z pierwszych sponsorów projektu, składając w początkach jego realizacji donację w wysokości aż 5 tys. dolarów, sumę na owe czasy znaczną.

Kamienne oblicza prezydentów (od góry: Jerzy Waszyngton, Tomasz Jefferson, Teodor Roosevelt, Abraham Lincoln)

KOGO NA ŚWIĄTYNNY OŁTARZ ?

Na początku w “Świątyni Demokracji” miał się znaleźć tylko Waszyngton, później Waszyngton i Lincoln, jeszcze później Waszyngton, Lincoln i Jefferson, wreszcie na koniec do grupy “Twórców Imperium” dołączono Teodora Roosevelta.
Całą tę czwórkę uznano za najważniejszych prezydentów w historii państwa – za tych, którzy najbardziej przyczynili się do budowy potęgi Stanów Zjednoczonych, przeprowadzając je z czasów kolonialnych do XX w. Każdemu z owych przywódców przypisuje się kluczowe zasługi; każdy też jest symbolicznym nośnikiem specyficznych wartości, które  Amerykanie deklarują, jako święte i niezbywalne w ich pojmowaniu patriotyzmu, racji stanu i obywatelskich praw. Wartości te mają także znaczenie uniwersalne, uwidaczniając się ich zdaniem w “… umiłowaniu wolności, szacunku dla humanizmu oraz gotowości do poświęcenia życia i własności dla chwalebnych celów. Kryją się one w sercu każdego wielkiego człowieka” – jak głoszą oficjalnie protektorzy monumentu.

Najważniejsze miejsce wśród tych narodowych asów zajmuje Jerzy Waszyngton, pierwszy prezydent niepodległych Stanów Zjednoczonych (dwie kadencje: 1789 – 1797); dowódca naczelny Armii Kontynentalnej w czasie amerykańskiej Rewolucji. Reprezentuje “wolność, niepodległość, inspirującą wizję przyszłości Narodu oraz prezydencką godność”.
Tomasz Jefferson, trzeci prezydent (1801 -1809); autor główny Deklaracji Niepodległości, promotor amerykańskiej ekspansji terytorialnej na Zachód, uosabia niezawisłość państwa, ideę rządu wybieranego przez cały naród, prawo każdego obywatela do “Życia, Wolności i Dążenia do Szczęścia”.
Abraham Lincoln (1861 – 1865) piastował urząd prezydenta w czasie Wojny Secesyjnej, był więc głównodowodzącym wojsk Unii. Uznaje się go za tego, który nie dopuszczając do secesji stanów południowych, ocalił jedność państwa, jak również – zdecydowanie na wyrost – za likwidatora niewolnictwa i wyzwoliciela Murzynów. Lincoln, wg apologetów jest  “przykładem umacniania naszego Narodu, zachowywania i utrwalania tego, co zaczęli Waszyngton i Jefferson. Jego ręka prowadziła do przeznaczenia naszego Kraju w najczarniejszej dla niego godzinie, wskazywała drogę  ku wolności i tolerancji dla wszystkich jego obywateli.”
Teodor Roosevelt (1901 – 1909) to krzewiciel wolności ekonomicznej, rzecznik ochrony środowiska i przyjaciel “zwykłego człowieka pracy”. “Jego przywództwo inspirowało nas do sięgania ku nowym granicom.” Za jego prezydentury wybudowano ważny strategicznie i ekonomicznie Kanał Panamski. Wcześniej zyskał uznanie, biorąc udział w wojnie hiszpańsko – amerykańskiej (szarża Rough Riders na Kubie).

Tak – pięknie i budująco – motywuje się obecność tej czwórki na granitowym zboczu Mt. Rushmore. Najwięcej kontrowersji budziła swego czasu obecność wśród tych “gigantów prezydentury” Teddy’ego Roosevelta (nie mylić z Franklinem D. Rooseveltem, który m.in. wyprowadził Amerykę z Wielkiej Depresji za pomocą tzw. “New Deal”), człowieka współczesnego Borglumowi, zmarłego zaledwie parę lat przed rozpoczęciem prac nad monumentem. Jednak Borglum, który znał Teddy’ego osobiście, uparł się, by umieścić go wśród prezydenckich prominentów.

MŁOTY  I  DYNAMIT

Michał Anioł twierdził, że rzeźbienie jest proste: wystarczy tylko z kamienia, w którym ukryty jest posąg, odłupać zbędne kawałki.  Z Mt. Rushmore musiano się pozbyć ponad 400 tys. ton “zbędnej” skały.
Trudno, by harówka ta nie wzbudzała w nas pewnego uznania i podziwu, bez względu na nasz stosunek do patetycznego kontekstu całej rzeźby. Zważywszy na trudności piętrzące się przed wykonawcami tego zamierzenia – i to zarówno techniczne, jak i ekonomiczne – doprowadzenie go do finału jest doprawdy znacznym wyczynem.
Oficjalne rozpoczęcie prac nastąpiło w sierpniu 1927 r. Jednakże funduszy starczyło zaledwie na cztery miesiące. Następnego roku nie zrobiono z górą nic. Borglum i paru oficjeli z Dakoty zaczęli jeździć po kweście. Prywatne donacje były w sumie znikome, dopiero poparcie Waszyngtonu pozwoliło na kontynuowanie prac. Odkąd ciężar finansowy wziął na siebie Kongres, przerywano je tylko ze względu na złą pogodę. I tak, w ciągu tych 14 lat do ostatecznego odsłonięcia rzeźby w 1941 r., pracowano nad nią łącznie niecałe 7 lat. Na początku przewidywano, że koszta zamkną się w kwocie 400 tys. dolarów. Rzeźba kosztowała jednak blisko 1 mln. dolarów, z czego $840 tys. wyłożono z kasy państwowej, resztę z kies prywatnych. Sam Borglum, zamiast apanaży, narobił sobie długów, które po jego śmierci spłacać musiała rodzina.
Mimo wszystko docenić należy upór, wysiłek, pomysłowość, wytrzymałość, wprawę i kunszt ludzi, którzy mierzyli się z granitem góry Mt. Rushmore. Trzeba pamiętać, że rzeźbienie na taką skalę nie miało wówczas precedensu. Musiano opracowywać zupełnie nowe techniki. Borglum doglądał całości, przenosił wymiary ze swego modelu w studiu na górę (1 cal równał się 1 stopie).

Żmudną obróbką góry zajmowali się głównie byli robotnicy kopalni, które zbankrutowały w dobie ogólnokrajowego kryzysu, jak również drwale czy ranczerzy, którym nie za dobrze się wiodło. Brygada liczyła przeciętnie ok. 30 ludzi, czasem pracowało nawet 70 osób. Choć praca była niezwykle ciężka i niepewna, wisieli oni na górze w słońce czy słotę, radzi zarobić tego dolara na godzinę (najgorzej opłacani dostawali 50 centów za godzinę pracy). I co ciekawe, po jakimś czasie, zapalali się do projektu, mieli poczucie, iż biorą udział w czymś ważnym. Wielu z nich opanowało swe zadanie po mistrzowsku.
Praca przebiegała w trzech etapach. Najpierw odstrzeliwano dynamitem olbrzymie ilości skały, by otrzymać jajowaty kształt przyszłych głów i odsłonić solidny, niezwietrzały granit. Ogólne zarysy twarzy również uzyskiwano za pomocą odstrzałów, tyle że bardziej precyzyjnych, z dokładnością do paru cali. Pomyłka mogła być nieobliczalna w skutkach. Skały przecież nie można sztukować. W sumie, posługując się dynamitem, usunięto ponad 90% zbędnego materiału. Następnie, spuszczani na specjalnych, zawieszonych na linach siodłach “rzeźbiarze” wiercili dziury – jedna obok drugiej i na żądaną głębokość – by później odłupać łączącą je skałę. Wreszcie na koniec, specjalnym młotem pneumatycznym obtłukiwano granit, wygładzając jego powierzchnię i uzyskując teksturę podobną nieco do betonu.
Aż dziw bierze, że w ciągu tych 14 lat nie było ani jednego śmiertelnego wypadku a nawet poważniejszego skaleczenia, czy kontuzji.

Niestety, Gutzon Borglum zmarł w marcu 1941 r., mając 74 lata. Jeszcze parę miesięcy tego roku trwały prace wykończeniowe pod kierunkiem jego syna Lincolna. Ostateczny szlif dano rzeźbie 31 października. W obliczu braku pieniędzy uznano, że samo wykończenie twarzy już wystarczy, choć pierwotnie planowano wyrzeźbić całe popiersia prezydentów, łącznie z rękami.
Gwoli dopełnienia obrazu, podajmy jeszcze wymiary monumentu. Odległość od czubka głowy do podbródka – 20 m., nosy mają ponad 6 metrów (oczywiście Lincoln ma nos nieco dłuższy, bynajmniej nie dlatego, że kłamał), takież szerokie są usta, a pieprzyk Abby’ego ma ponad 40 cm. średnicy. Gdyby tak prezydenci ci wstali, mieliby po około 140 m. wysokości. Mogliby się więc zmierzyć nawet z King Kongiem, a nie wykluczone, że i z japońską Godzillą.

Oflagowana patriotycznie droga w „Świątyni Demokracji”

PROPAGANDOWY  MOLOCH

Ktoś nazwał pomnik Mt. Rushmore “czterema twarzami paradoksu”. To jedno z bardziej eleganckich określeń. Amerykanie zazwyczaj odbierają skalne głowy monumentu tak, jak im się sugeruje, czyli na modłę patriotyczną. Bardziej krytycznie patrzy na nie Europejczyk.
To, że dzieło o takich rozmiarach jest bez wątpienia sztuczną ingerencją w naturalność pejzażu Czarnych Wzgórz, można jeszcze przeboleć. Tym bardziej, że nadanie mu statusu “National Memorial” przyczyniło się podobno do ochrony środowiska wokół monumentu. Samą rzeźbę można uznać za stosunkowo udaną artystycznie, choć poszczególne twarze różnią się od siebie pod tym względem. Podobizny Lincolna, a zwłaszcza Roosevelta, mają zdecydowanie więcej wyrazu, są bardziej szczegółowo dopracowane, widać tam bardziej zdecydowaną i śmiałą rękę rzeźbiarza. Natomiast Waszyngton i Jefferson to typowo pomnikowy sztywny patos. Jednak od biedy można uznać, że całość w miarę zgrabnie wkomponowana jest w krajobraz.

Najwięcej zastrzeżeń budzić może nadęta oprawa i bezpardonowa nadbudowa turystyczna obiektu zwanego Mount Rushmore National Memorial. Podejrzewam, że Borglum miałby wielkie obiekcje, by zgodzić się na te wszystkie potężne marmurowe bloki, kolumny i cokoły, na te pretensjonalne kolorowe “Aleje Flag”… Razem z monstrualnym betonowym parkingiem, który wyrósł tam pod koniec lat 90-tych, zaburza to wszystko równowagę kompozycji, na jakiej zależało artyście. Chociaż kto wie? Wszak uznać to można za pochodną i logiczne rozwinięcie jego wielkościowych zapędów. Bez wątpienia przytłacza to jednak samą rzeźbę. Na domiar złego przywołuje kłopotliwe skojarzenia z jakimś komunistycznym mauzoleum; z sowiecką, a nawet i (za przeproszeniem) faszystowską architektoniczną megalomanią.
Odwiedziłem Mt. Rushmore przed tymi wszystkimi “monumentalnymi” przystawkami, mam więc porównanie. Dawniej głowy prezydentów – z pewną dyskrecją, choć i zaskakująco – współgrały ze swym otoczeniem, z naturalnym pięknem Czarnych Wzgórz. Dziś sprawiają wrażenie dodatku do propagandowego molocha.
Biorąc pod uwagę odporność granitu na erozję, skalne głowy mają szansę przetrwać kilkaset tysięcy lat. Pewna pociecha w tym, że żywotność parkingu jest znacznie krótsza.

Prezydenckie głowy na Mt. Rushmore zagubione wśród monumentalnej gigantomanii powiązanej z masową turystyką

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*

SEKS W ŚWIĄTYNI (erotyczny splendor Kadżuraho)

*

*

„To jedyny kraj, w którym spółkowanie nie jest występkiem, lecz warunkiem trwania w przyzwoitości”.
(Mircea Eliade o Indiach)

*

Kiedy przechadzałem się pośród niezwykłych świątyń Kadżuraho, uświadomiłem sobie to, jak niewiele wiem o prawdziwym znaczeniu tych pysznych erotycznych rzeźb, które tysiąc lat temu wyczarowali tu z kamienia jacyś anonimowi artyści. Mimo, że z ponad 80 pokrytych rzeźbami świątyń pozostało zaledwie 25, to jednak w niczym nie umniejsza to wrażenia bogactwa i obfitości tej wyrytej w piaskowcu sztuki. Tysiące posążków, w które zaklęto Indie sprzed millenium. Obecność nie do końca uświadomionych bóstw. Strzelające w niebo sikhary, wyrażające – niczym falliczne symbole linga skryte w ich wnętrzach – witalność ludzkiej natury.
Erotyka stanowi zaledwie część tematyki wszystkich rzeźb Kadżuraho, ale jednak niemal wszyscy odwiedzający to miejsce wpatrują się z większą uwagą w tę wykutą w skale Kamasutrę, niż w scenki rodzajowe odtwarzające powszednie życie mieszkańców okolicznych wiosek i miast, dworów i klasztorów, jakie rozgrywało się za czasów dynastii Czandela, kiedy to świątynie owe powstały. Trudno się dziwić: nigdzie indziej na świecie nie miała miejsce taka eksplozja erotyki w rzeźbie; nigdzie indziej na tak wielką skalę nie łączono sakralności z seksem.

Żadne z zasłyszanych na miejscu wyjaśnień co do sensu owego fenomenu nie mogło mnie zadowolić. Kilka zabrzamiało wręcz absurdalnie. A to – mówiono – zabezpieczano w ten sposób świątynie przed piorunami (takie decorum pozyskujące przychylność bóstw i gwarancję ochrony przed destrukcyjnymi siłami przyrody); to znów uważano, iż te rzeźbione pozycje były jakby podręcznikiem seksu dla wchodzących w życie, a szkolących się przy świątyniach, młodych braminów…
Jednakże wszystkie te teorie pod względem humorystyki przebiła ta, wedle której seksualne wygibasy posążkow są niczym innym jak sugestią, iż tak naprawdę ów seks jest sposobem praktykowania… wstrzemięźliwości, a to ze względu na kontarast gorących uścisków z pozbawionym emocji wyrazem twarzy spółkujących. (Czy jednak ktoś z twórców owego konceptu słyszał o kamiennym obliczu? To akurat nie jest tutaj prawdą – wystarczy spojrzeć na zmysłowość i ekspresję wypisaną nie tylko na pupach i biuście tych wszystkich świątynnych nimf i kurtyzan, ale również na kamiennych fizys zwierząt, wśród których uśmiechają się nawet… słonie, o małpach nie wspominając!)

Panuje jednakże powszechna zgoda, że owe erotyczne parady przedstawiają sceny z zaślubin boga Siwy z Parvati, uosabiającą boską kobiecą moc (shakti), i są niczym innym jak tantryczną manifastacją potęgi i znaczenia seksu w kreacji, nie tylko ludzkiej, ale i kosmicznej – twórcza siła boskości miała bowiem charakter seksualny. (Świat, który powstał podczas stosunku seksualnego bogów, to jeden z motywów hinduskiej kosmogonii.)
Wiąże się to wszystko z obecną w Hinduiźmie tendencją do sakralizacji seksu – uznania prokreacji za jeden z głównych aspektów egzystencji. Szła za tym religijna konfirmacja przyjemności i poszukiwanie rozkoszy (kama), jako jednego z trzech głównych celów życia, obok dotrzymywania praktyk religijnych (dharma) i uczciwego bogacenia się (artha). Mimo więc istnienia mocnych inklinacji ascetycznych i purytańskich, tworzyły się również sekty, w których stosunki seksualne stawały się wręcz elementem religijnego rytuału. Stąd tylko krok dzielił ich od sakralnych orgii, które miały również na celu zdobycie jakiejś nadnaturalnej mocy. Działo się tak nie tylko w hinduiźmie, ale i w buddyźmie.

Jak pisze Arthur Basham w swoich monumentalnych „Indiach”: „W obrzędach seksualnych tantrycznego buddyzmu anulowano wszelkie rodzaje tabu. Dozwolone było nawet kazirodztwo, gdyż to, co było grzechem dla człowieka pogrążonego w niewiedzy, stawało się cnotą dla wtajemniczonego. Podczas tantrycznych sabatów pito alkohol, spożywano mięso, zabijano zwierzęta, a czasem nawet istoty ludzkie – dozwolone były wszelkie występki, jakie tylko można sobie było wyobrazić. Wszystko to jednak odbywało się pod ścisłą kontrolą i dostępne było tylko dla ludzi wtajemniczonych w święte obrzędy. Podobnie jak tantryści bengalscy w późniejszych czasach, wyzanawcy wadzrajany mogli być w codziennym życiu zupełnie normalnymi ludźmi, okresowa rozpusta sakralna stanowiła jakby katharsis dla ich złych skłonności psychologicznych i mogła im rzeczywiście pomagać w prowadzeniu godziwego w ich pojęciu życia”.

Podobne zachowania spotykamy w innych kulturach (sabaty, dionizje, bachanalia), ale zawsze stanowiły one raczej margines, i błędem byłoby kojarzyć te ekscesy z głównymi nurtami życia społecznego i religijnego. Także w Kadżuraho interpretacja tych wszystkich erotycznych wątków jakie ukazują rzeźby, nie powinna iść aż tak daleko. To, co widoczne gołym okiem jest po prostu tym, czym jest, czyli pełną artyzmu, gracji i humoru gloryfikacją sił witalnych, piękna kobiecego ciała i męskiej potencji, jako siły ważnej w stwarzaniu i rządzeniu światem. Sądząc po efektach ich pracy, rzeźbiarze musieli po prostu odczuwać radość wyczarowując z bezdusznego i zimnego kamienia te jakże wdzięczne, emanujące gorącą namiętnością ciała kobiet i mężczyzn łączące się w odwiecznym rytuale płciowej atrakcji i przedłużania życia.

Oczywiście, że wiele z pozycji ukazanych na ścianach świątyń w Kadżuraho ma walor wręcz akrobatyczny, zdarzają sie motywy zoofilne, nie brakuje też bestiarium, ale ma to według mnie charakter bardziej estetyczny niż wyuzdany czy orgiastyczny, jest też nasycone sporą dawką humoru – i jako takie winno być postrzegane… No, chyba że ma się mocno purytańskie zacięcie, tudzież jest się wypełnionym po brzegi pruderią, niczym owi brytyjscy odkrywcy, którzy w pierwszej połowie XIX-go wieku natknęli się na te zagubione w dżungli Madyah Pradesh światynie i pozostawili po sobie zdegustowane komentarze traktujące o „dzikiej rozwiązłości”, jaką ich zdaniem ukazywały rzeźby.
Sądząc po reakcjach współczesnych turystów, mentalność purytańska jest raczej w odwrocie. Nikt się nie oburza, nie gorszy, nikogo to nie szokuje… Cóż, większość odwiedzających to miejsce przybyszów traktuje je jako kolejną turystyczną atrakcję, jakich w Indiach wiele.
Czyżby to skutek przesycenia dzisiejszej pop-kultury seksem? A może, po prostu – wśród natłoku wrażeń – straciliśmy umiejętność patrzenia na takie kulturowe unikaty, jak te cudowne erotyczne rzeźby w Kadżuraho? Kto powiedział, że kamienia nie można obdarzyć sex-appealem ?

*  *  *

( © ZDJĘCIA WŁASNE )

Więcej zdjęć świątyń w indyjskim Kadżuraho zobaczyć można w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym) .

Natomiast więcej o Indiach przeczytać można w  ZAPISKACH INDYJSKICH .