TANIEC DUCHA I MASAKRA POD WOUNDED KNEE (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

Taniec Ducha – desperacja i potrzeba nadziei przybiera formę religijnej ekstazy

*

PRERIA  WE  KRWI

Historia, podobnie jak fortuna, kołem się toczy. I choć same wehikuły wiozące nas przez dzieje zmieniają się z czasem, pewne momenty naszej podróży powtarzają się regularnie i cyklicznie. To właśnie dlatego historia nie jest naszą nauczycielką, a rzekomo winna nią być. Ciągle powtarzamy te same błędy. Zmieniają się tylko pejzaże, dekoracje. Nigdy ponoć nie wstępujemy do tej samej rzeki. Jednakże rdzeń ludzkiej natury wydaje się pozostawać niezmienny… Tak, jak niezmienne są prawa rządzące światem, rzeczywistością – prawa, na które nie mamy większego wpływu.
Maczugi, kamienie i dzidy zamieniliśmy na lasery, komputery i bombowce, techniczne cuda. Nasze argumenty wynieśliśmy na szczyt elokwencji, oblekliśmy je w krasomówcze, przeintelektualizowane korowody, opletliśmy wszystko siatką usprawiedliwień i objaśnień, które tak naprawdę tworzą ciągle to nowe zasłony dymne, pełne na dodatek samookłamywań i iluzji. Efekt jest ten sam – zabijanie, narzucanie swojej woli słabszym. Trudno nam ukryć nasze zwierzęce pazury, nie sposób wyrwać tego tkwiącego w nas nerwu bestii. Gwałt wpisany jest w mozaikę świata, w którym żyjemy. Przemoc jest w nas.

Amerykanie są (i zawsze byli) społeczeństwem zorientowanym w przyszłość. Dlatego historia czy tradycja nie zajmują w ich świadomości tak istotnego miejsca, jak w świadomości społeczeństw starszych kulturowo i cywilizacyjnie. Jest w tym pragmatyzm, ale także doszukać się tu można pewnej mądrości: bez dziejowych obciążeń łatwiej bowiem o optymizm, który uważany jest za jedną ze swoistych, typowo amerykańskich cech. Z drugiej strony pociąga to za sobą życie w pewnej nieświadomości, a nawet naiwności, dzięki której łatwiej jest tym społeczeństwem manipulować.
Być może wynika to z naszych europejskich obciążeń, ale chcielibyśmy czasem przypomnieć Amerykanom o niektórych wydarzeniach z ich przeszłości. Oczywiście nie chcę tego nazywać przestrogą, gdyż takie zapędy pedagogiczne słusznie mogłyby się wydać pretensjonalne. Inspiracją jest dla mnie wola oddania sprawiedliwości tym, którzy na amerykańskiej drodze do potęgi zostali połamani wspomnianym już kołem historii. A że przy okazji jest to przypomnienie o tych mniej radosnych stronach naszej ułomnej, ludzkiej natury? Cóż, staje się to jakby mimochodem.
Tragedia, jaka wydarzyła się 110 lat temu pod Wounded Knee (Zranione Kolano) w Dakocie Południowej, jest niewątpliwie wielkim zgrzytem, jakiego nie chciałoby się słyszeć w patriotyczno-idealistycznej melodii dziejów amerykańskiej glorii.
Jak do niej doszło?

Indianie ze szczepu Lakota w rezerwacie Pine Ridge (tereny dzisiejszej Dakoty Południowej)

KONIEC  WOLNOŚCI

O stopniowej degradacji i zagładzie kultury rdzennych Amerykanów, czyli Indian, można by spisać księgi. Podczas gdy dla współczesnych mieszkańców Ameryki, przodków dawnych kolonistów, tzw. “odkrycie” tej ziemi przez Kolumba było początkiem nowej ery znaczonej nadziejami przybywających tu Europejczyków, w swej masie uciekających najczęściej przed biedą i religijnymi prześladowaniami, to dla Indian był to początek końca ich wolności. Z jednej strony pięćsetlecie post-kolumbijskiej Ameryki to konstytuowanie się podziwianej przez wielu demokracji amerykańskiej, kształtowanie i budowa najbardziej wpływowego państwa i najbogatszego społeczeństwa na świecie. Z perspektywy indiańskiej zaś, stulecia te były niekończącym się pasmem upokorzeń, opresji, mordów i łamania umów; wygnań, przesiedleń i wyzuwania z ziemi. Lata znaczone szlakami łez i śmierci, niszczenia odwiecznych tradycji i stylu życia; demoralizacji i międzyplemiennego skłócania. Można to wszystko uznać nie tylko za koniec wolności Indian, ale i za koniec ich cywilizacji.
W ostatecznym rozrachunku politykę zastosowaną wobec Indian przez Białych nie można nazwać inaczej, jak etnicznymi czystkami. Doświadczyły tego wszystkie ludy zamieszkujące kontynenty obu Ameryk, jednak tylko jednemu plemieniu przypadło w udziale tragiczne doświadczenie, które było krwawą “kropką nad i”, końcem zbrojnego oporu wobec najeźdźcy, finalnym ciosem, ostatecznym zniwelowaniem okruchów indiańskich nadziei. Plemieniem tym byli Siuksowie, a miejscem gdzie się to zdarzyło – obozowisko nad potokiem Wounded Knee na terenie rezerwatu Pine Ridge w Dakocie Południowej. Był rok 1890. Odchodził tym samym w przeszłość nie tylko wiek XIX, ale i cała epoka.

DUCHOWA  MIKSTURA

Cechą na wskroś ludzką jest to, że w położeniu bez wyjścia człowiek, be względu na swój poziom intelektualny czy kulturowy, odwołuje się do pomocy boskiej, szuka interwencji sił nadprzyrodzonych, oczekuje porządku Idei Nadrzędnej, jakiegoś Wyższego Sensu. Jednym słowem, ucieka się do metafizyki.
Polacy pod zaborami chcieli widzieć Ojczyznę mesjaszem narodów. Idee mesjanistyczne, mające swoje źródło głównie w Starym Testamencie, były bardzo charakterystycznym motywem wielu chrześcijańskich sekt w nowo powstałych Stanach Zjednoczonych. Niektóre z nich przeniknęły do duchowego, religijno – mistycznego świata Indian.

Taniec Ducha, który w powszechnej świadomości kojarzony jest z żyjącymi na Wielkich Równinach Siuksami i ich aktywnością kultową w latach 1898 – 90, nie narodził się  na prerii, a po zachodniej stronie Gór Skalistych, wśród Pajutów zamieszkujących obszary dzisiejszej zachodniej Nevady. Świadczy to tylko o wspólnocie losowej Indian.
Podobnie mesjanizm, który wiąże się z Tańcem Ducha, również nie był nowością w czasie, kiedy zaczął głosić go prorok Wavoka w pajuckim rezerwacie Walker Lake. Wśród wielu plemion indiańskich poddanych opresji, pojawiali się w przeszłości “mesjasze” niosący swym pobratymcom pociechę, głoszący wybawienie od nieszczęść, jakie przyniosło pojawienie się Białych.

Wavoka był synem jednego z takich proroków, szamana Pajutów imieniem Tavibo. Kiedy chłopiec miał 12 lat, jego ojciec doświadczył wizji, w której Bóg oświadczył mu, iż ziemia jest już stara i zmęczona, potrzebuje więc odnowy. Stanie się to wkrótce. Przodkowie Indian zmartwychwstaną, wszyscy znów będą młodzi, ciesząc się życiem na obfitującej we wszelkie dobra odnowionej ziemi, na której nie będzie już żadnych Białych. Spełniony wszak być musi jeden warunek. Wszyscy muszą w to uwierzyć, brać udział w świętym tańcu i śpiewać objawione prorokowi pieśni.
Niestety, Tavibo rok później umarł, osieracając nieletniego Wavokę. Sam kult wygasł z braku widocznych oznak spełniania się proroctw. Chłopca przygarnęła rodzina okolicznych farmerów, nadając mu imię Jack Wilson. Byli oni gorliwymi chrześcijanami. W ich domu Wavoka, mając niewątpliwie po ojcu w genach spirytualne skłonności, zbliżył się do chrystianizmu. Później, żyjąc już samodzielnie i pracując na polach chmielowych w dolinie rzeki Columbia, poznał różne jego sektowe odmiany. Elementy każdej z nich odnaleźć można  w odrodzonym dzięki niemu kultowi Tańca Ducha, który swą tragiczną kulminację znalazł pod Wounded Knee w Badlands.

Od mormonów przejęta została idea Indian, jako ludu wybranego, potomków zaginionych plemion hebrajskich. Również słynne “koszule ducha”, mające chronić Indian przed kulami, mogły mieć swój początek w obyczaju noszenia przez mormonów specjalnych szat, zabezpieczających ich przed złem i zapewniających ostateczną chwałę w zaświatach. Od Shakerów pochodzi być może koncept ekstatycznego wpadania w trans dzięki rytmicznym pląsom i podrygom. Z kolei tzw. Śniący, idąc za nauką swego proroka Smohalli nienawidzącego Białych, a zwłaszcza ich barbarzyńskiego sposobu obchodzenia się z “matką ziemią”, uważali, że tylko w czasie snu czy wizji może się objawić człowiekowi prawdziwa wola i przykazania Wielkiego Ducha. Stąd przywiązywanie przez wyznawców kultu wielkiego znaczenia do treści i znaków otrzymywanych podczas transowych wizji.
Oczywiście, mikstura ta wzbogacona została dodatkowo przez elementy tradycyjnych wierzeń samych Indian, których natura zresztą, w wielu miejscach pokrywała się  z motywami innych religii.

Wavoka

CZERWONY  CHRYSTUS

Wavoka z rozbudzoną i wzbogaconą spirytualnie świadomością wrócił do stron rodzinnych. Zrazu nic nie zapowiadało jego mesjanicznego potencjału. Jako Jack Wilson założył rodzinę i wśród okolicznej ludności dorobił się opinii pracowitego człowieka. Jednak nie było to w stanie go zadowolić. Wewnątrz męczyła go frustracja. Biali – nawet rodzina, w której się wychował i jego bracia – nigdy nie uznają go za “swego”, wśród Indian zaś nigdy nie zajmie tak ważnej pozycji, jaką miał choćby jego ojciec.
Nie jest pewne, gdzie Wavokę po raz pierwszy nawiedziła ta wizja. Czy stało się to wtedy, gdy leżał w łóżku trawiony gorączką, czy też podczas rąbania drewna w lesie. Jednak co do treści widzenia nie ma żadnych wątpliwości. Podczas wizji Wavoka zmarł, został zabrany przez Wielkiego Ducha do nieba, gdzie Bóg objawił mu prawdę o konieczności odnowy i życia w braterstwie, a także zapowiedział rychłe zapanowanie wiecznej szczęśliwości na świecie. Następnie Wavoka został odstawiony na ziemię i przywrócony do życia.
Od tego czasu zaczęło się posłannictwo Wavoki. Nad jeziorem Walkera odtańczono pierwszy po latach Taniec Ducha, który miał prowadzić Indian ku nowemu przeznaczeniu. Zrazu kult rozwijał się wolno i to tylko wśród Pajutów, jednak z czasem ogarnął prawie wszystkie plemiona na zachód od Mississippi. Bowiem desperacja wszystkich szczepów była jednaka. Przypominało to rozprzestrzeniający się po prerii pożar.

Bez wątpienia, w głoszeniu nowej ewangelii pomogły Wavoce trzy cudy, jakie zaczęli mu przypisywać jego wyznawcy. Być może Wavoka sam zorganizował swój pierwszy “cud”, choć też mogło się to odbyć bez jego wiedzy. Otóż w środku lata zapowiedział on, że na rzece pojawi się lód. I rzeczywiście, zarówno wierni, jak i sceptycy zgromadzeni na moście wokół modlącego się Wavoki, zobaczyli wkrótce płynące z wodami kry. Nie wiedzieli, że przybrani bracia Wavoki, wywalili w górze rzeki cały wóz lodu, jaki produkowali w swojej fabryczce. Nie jest pewne, czy Wavoka o tym wiedział, czy też Wilsonowie, chcąc ocalić twarz swego brata, pomogli mu w spełnieniu “cudu”.
Następne cudowne wydarzenie miało miejsce dokładnie 1 stycznia 1898 roku. Wavokę ponownie zwaliła z nóg gorączka. Był bliski śmierci i w tym samym czasie “umierać” też zaczęło Słońce. Indianie nie byli przygotowani na zaćmienie i ogarniające ziemię ciemności wywołały wśród nich prawdziwą panikę. Jednak Wavoka wstał wkrótce z łoża i Słońce ponownie zaświeciło pełnym blaskiem na niebie. Jak pamiętamy z lektury Prusa, nie pierwszy to tego rodzaju wybieg ziemskich czarodziei.
Za trzecim razem, po pomoc do Wavoki udali się okoliczni ludzie gnębieni trwającą od jakiegoś czasu suszą. Wavoka powiedział im, aby się nie martwili, bo w ciągu trzech dni będą mieli wystarczająco dużo wody. Na trzeci dzień lunął deszcz, a rzeka wystąpiła z brzegów. Przekonało to nawet jednego z najbardziej zatwardziałych niedowiarków, indiańskiego milicjanta Josephusa, który stwierdził: “Wierzę teraz mocno w nadnaturalną moc nowego Chrystusa”.

Trzeba przyznać, że sam Wavoka na początku swych proroctw nie uważał się za syna bożego. Jednak rosnąca gorliwość jego wyznawców umocniła go z czasem w przekonaniu, iż rzeczywiście jest on Zbawicielem, a w końcu, że jest samym Chrystusem. Niektórzy ponoć widzieli nawet stygmaty na jego dłoniach.
Bez względu na to, jak absurdalna może się wydać postronnym świadkom cała ta czarodziejsko – mesjanistyczna aura, Wavoka dawał Indianom wraz z nadzieją religię, która w swej istocie i moralnej wymowie nie odbiegała od tego, co głosił Chrystus dwa tysiące lat wcześniej. Choćby takie słowa Wavoki świadczą o chrześcijańskim duchu jego nauk: “Nie krzywdźcie nikogo. Czyńcie zawsze dobro. Nie kłamcie. Nigdy nie walczcie. Indianie nie muszą się niczego obawiać. Nasi zmarli przodkowie powstali i czekają na nas razem z Wielkim Duchem. Indianie muszą wierzyć i ufnie odprawiać święty taniec”.

WIELKI  SMUTEK  REZERWATÓW

Aby zrozumieć to, co stało się pod Wounded Knee i jak wiąże się to wydarzenie z Tańcem Ducha, musimy wspomnieć o sytuacji, w jakiej w drugiej połowie XIX wieku znaleźli się Siuksowie, jedno z najznaczniejszych plemion Indian Ameryki Północnej. Świadomość niewiarygodnego pasma klęsk i upokorzeń doznanych wtedy przez nich, niewątpliwie pozwoli nam ogarnąć istotę fermentu, jakiemu uległ wówczas ten lud Wielkich Równin.
Przez blisko 100 lat Siuksowie, (którzy notabene nazywają siebie Lakota – “Przyjaciółmi”) byli niekwestionowanymi władcami prerii. Przebywali tu stosunkowo od niedawna, spychani przez coraz bardziej panoszących się na wschodzie Białych. Ich przodkowie żyli  niegdyś daleko od Wielkich Równin, prawdopodobnie gdzieś między Apallachami a Atlantykiem, na terenie dzisiejszej Karoliny Północnej i Wirginii. W XVIII wieku, dysponując końmi i bronią palną, stawszy się niezrównanymi jeźdźcami i wojownikami, zdominowali północne połacie prerii i konkurujące z nimi plemiona, głównie Szoszonów, Crow, Arikarów i Czejenów. Dla pokoleń Siuksów urodzonych w pierwszej połowie XIX wieku, prerie te były już ziemią rodzinną, a Czarne Wzgórza (Black Hills) – nawet świętą. Co najważniejsze, preria i pasące się na niej bizony, stały się dla nich podstawą egzystencji.
W połowie XIX stulecia fale białych osadników ze Wschodu, zachęconych przez rząd waszyngtoński dogodnymi ustawami, zaczęły wciskać się na obszary będące terenami łownymi Siuksów. Konfliktów i starć nie można było uniknąć.

Indiański obóz w rezerwacie

*

W 1851 roku podpisano z Siuksami pierwszy traktat uznający ich suwerenność i nienaruszalność granic. Warunków oczywiście nie dotrzymano. Następne 40 lat przyniosło wymuszone podpisanie kolejnych dokumentów, na coraz gorszych zresztą dla Indian warunkach – pozbawiając ich z ziemi, spychając na coraz mniejsze skrawki nieużytków. Mało tego, każdy traktat był przez Białych łamany, dokument stawał się bezużytecznym świstkiem papieru. Największymi wygranymi byli zawsze spekulanci ziemią.
Tym samym umacniała się wśród Indian opinia, według której Biali to najwięksi kłamcy pod słońcem.

Miara się przepełniła, gdy w 1874 roku odział tzw. “ekspedycji Custera” wkroczył bezprawnie na teren Black Hills. Znalezione wówczas złoto roznieciło gorączkę, która trwała przez następnych parę lat i spowodowała zalanie Czarnych Wzgórz białymi osadnikami i poszukiwaczami fortuny. Tym samym pogwałcono traktat 1868 roku, stanowiący Wielki Rezerwat Siuksów, nadający im na własność Black Hills po wsze czasy. “Wsze czasy” nie trwały nawet dekady, bo już w 1876 roku Czarne Wzgórza przestały należeć do Indian.
Mimo wygranej w tym samym roku przez Siuksów słynnej bitwy nad Little Bighorn, ich klęska była nieunikniona. Stopniowo Indian spacyfikowano, ubezwłasnowolniono; zakazano im polowań, a nawet swobodnego poruszania się poza rezerwatami. Skazano ich na życie niegodne, zdając na jałmużnę rządowych przydziałów racji żywnościowych. Indianie znaleźli się w potrzasku.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej tragiczna, kiedy przydziały ograniczono, a rezerwaty bardziej rozdrobniono i rozparcelowano. Tak było np. w 1889 roku, kiedy to odebrano Siuksom połowę zajmowanej przez nich ziemi, pozbawiając ich tym samym własności gwarantowanej wcześniejszymi umowami. Bizony, które do niedawna były dla Indian Prerii podstawą egzystencji, zostały już prawie doszczętnie wytępione.
Życie w rezerwatach stało się nie do zniesienia. W lecie nękały Indian bezlitosne upały i susze, w zimie zabójczy mróz. Głód, choroby i nędza wycieńczały stopniowo wszystkich – nawet tych najodporniejszych i najtwardszych.
W takiej sytuacji tylko cud i siły nadprzyrodzone mogły zmienić indiańską dolę. To właśnie wtedy do rezerwatów Prerii dotarły obietnice Wavoki i nadzieje, jakie niósł ze sobą Taniec Ducha.

STRACH  I  OBIETNICA  RAJU

Wodzowie słyszeli o indiańskim proroku, który głosił swoim współbraciom dobrą nowinę za “Lśniącymi Górami” (Rocky Mountains). Jednakże były to wieści niedokładne, pełne fantastycznych przeinaczeń i plotek.
Wysłali więc latem 1898 roku własną delegację, by ta sprawdziła wszystko naocznie. Grupa Siuksów, w której prym wiedli Niski Byk i Kopiący Niedźwiedź, wyruszyła pociągiem na zachód, docierając jesienią do rezerwatu Walker Lake w Nevadzie, położonego nieopodal kalifornijskiego jeziora Tahoe. Nie byli sami. Po drodze dołączyli do nich Indianie z innych plemion.
Na wiosnę następnego roku Niski Byk i Kopiący Niedźwiedź z powrotem byli wśród swoich, przejęci misją. Niestety, to co mówili odbiegało znacznie od pacyfistycznego w sumie posłania Wavoki i sprowadzało się do zapowiedzi żywiołowej zagłady gotowanej przez Wielkiego Ducha Białym. Indianie zaś mogą się spodziewać zapanowania rajskiej szczęśliwości i powrotu zmarłych przodków. Znów pełno będzie zwierzyny, rzeki kipieć będą od ryb, nie braknie dyń, orzeszków i kukurydzy. Jedynym warunkiem jest powszechne uczestnictwo w Tańcu  Ducha.

Kult ogarnął wkrótce wszystkie rezerwaty Siuksów: Pine Ridge, Rosebud, Standing Rock, Cheyenne River… Chrześcijańska w duchu doktryna Wavoki zastąpiona została przesłaniem bardziej wojowniczym, powodującym napięcie. Już mowa o konieczności noszenia chroniących od kul wroga “koszul ducha” sugerowała wojnę, gwałtowne stracie, potęgowała psychozę strachu i tak już pogłębionego przez tragiczną sytuację, w jakiej się znaleźli Indianie po kolejnych rozbiorach ich ziemi.
Owa psychoza ogarnęła zresztą obie strony, nakręcając spiralę strachu, tworząc błędne koło. Biali, zarówno osadnicy, jak i wojskowi, obawiali się indiańskiego powstania. Zaczęli więc słać do Waszyngtonu alarmujące depesze, naglące do interwencji. Te dziwne i niezrozumiałe taneczne obrzędy Czerwonoskórych napełniały ich początkowo niepokojem, który wkrótce zamienił się w panikę. Jesienią, na preriach, pojawiły się dodatkowe oddziały wojska.
To z kolei wzmogło trwogę Indian. Świeża była jeszcze wśród nich pamięć śmierci wodza Szalonego Konia – walecznego zwycięzcy spod Little Bighorn (1876), który w rok po bitwie zginął zadźgany bagnetami w forcie Robinson – kiedy oto wieść o kolejnym wydarzeniu obiegła prerie. W rezerwacie Standing Rock, z poduszczenia władz wojskowych planujących unieszkodliwienie największych “podżegaczy” i “mącicieli”, indiańska milicja zamordowała najsłynniejszego wodza Siuksów, Siedzącego Byka.
W takiej atmosferze nietrudno było o iskrę wzniecającą pożar.

Wielka Stopa i jego żona Biały Jastrząb

TUŁACZKA  WIELKIEJ  STOPY

Na liście “podżegaczy” znalazło się kilku indiańskich wodzów, wśród nich Wielka Stopa. Również i on miał być aresztowany, a ludzie, którym przewodził, zamknięci w okolicznym forcie. Wielka Stopa, nie zdając sobie sprawy z tych planów władz amerykańskich, udał się z grupą około 350 Indian w drogę do fortu, po pomoc dla swych głodujących ludzi. Po drodze dołączyło do nich kilkudziesięciu Siuksów uciekających z rezerwatu Standing Rock. Powiadomili oni Wielką Stopę o śmierci Siedzącego Byka, który zginął dwa dni wcześniej. Mimo jeszcze większych obaw, wódz postanowił kontynuować podróż na wschód. Jednak wkrótce Indianie natknęli się na oddział kawalerii amerykańskiej, który miał za zadanie pojmanie ich i odstawienie na zachód, do leżącego na Czarnych Wzgórzach fortu Mead. Dowodzący oddziałem pułkownik Sumner pozwolił jednak Siuksom rozbić obóz i przenocować w nim, sam oddalając się z  żołnierzami o kilka mil. Wielka Stopa dał mu słowo, iż następnego ranka podąży za wojskiem. Na Indian padł jednak blady strach i po krótkiej a nerwowej naradzie i głosowaniu, postanowili uciekać na południe, do rezerwatu Pine Ridge. Mogli tam znaleźć opiekę wielkiego wodza Siuksów, Czerwonej Chmury, który odnosił do tej pory największe sukcesy w negocjacjach z Białymi. Wielka Stopa, pod presją towarzyszy, musiał poświęcić swoje słowo honoru i jeszcze tej samej nocy zarządził ucieczkę. Nie zapominajmy, że był to grudzień. Indian czekała więc mordercza 150-milowa tułaczka w mrozie i o głodzie. Na domiar złego, Wielka Stopa nabawił się w dzień Bożego Narodzenia ostrego zapalenia płuc. Mimo tego, leżąc na wozie i plując krwią, prowadził grupę po bezdrożach prerii, którą znał tak dobrze z dawnych szczęśliwych dni, kiedy jako młody myśliwy polował tu na bizony, sarny i antylopy.
W tym samym czasie, na odległych “mesach” Badlands, wśród niesamowitych scenerii “Złych Ziem”, zdesperowani Siuksowie odprawiali swój Taniec Ducha. Nie wiedzieli jeszcze, że jest to ich ostatni taniec.

ŚMIERĆ  W  BADLANDS

Amerykanie zaniepokojeni tymi wszystkimi wydarzeniami i aktywnością Tańca Ducha w rezerwacie Pine Ridge, dokąd uciekli pozostali jeszcze na wolności wyznawcy kultu, wysłali z Nebraski w kierunku Badlands żołnierzy. I tak się właśnie złożyło, iż to właśnie ten odział przejął nad potokiem Wounded Knee grupę Wielkiej Stopy. Stało się to dosłownie w przeddzień dotarcia Indian do celu, czyli do obozu Czerwonej Chmury.
Na nieszczęście była to Siódma Brygada Kawalerii, ta sama, która pod dowództwem Custera, kilkanaście lat wcześniej rozgromiona została pod Little Bighorn. Służyło w niej jeszcze kilku oficerów pamiętających tamtą haniebną porażkę i żądza zemsty na pewno nie była im obca.
Niemniej jednak spotkanie Indian z żołnierzami odbyło się raczej spokojnie. Wielka Stopa nie stawiał żadnych oporów, kiedy amerykański dowódca zażądał bezwarunkowego poddania. Zatknięto białe flagi.

Jednak tym razem żołnierze nie oddalili się od obozowiska, które Indianie rozbili się na noc, a otoczyli je. Na wzgórzu ustawiono nawet baterię lekkich działek Hotchkiss miotających granaty. Mimo tego Indianie do końca nie wierzyli, że skoro się poddali, zostaną zaatakowani. Udali się na odpoczynek. Ciężko chorego wodza Wielką Stopę przeniesiono nawet do wojskowego ambulansu, gdzie udzielono mu pomocy. Jego ludziom rozdzielono też koce i żywność.
Złowróżebny mógł być jednak rozkaz, jaki od pułkownika Forsytha otrzymali żołnierze: “Rozbroić wszystkich Indian. Przedsięwziąć wszelkie środki uniemożliwiające im ucieczkę. Jeśli wybiorą walkę, zlikwidować ich”.
Następny ranek powitał jednak wszystkich słoneczną pogodą, mimo że był to środek zimy, a dokładnie 29 grudnia 1890 r. Indiańskie dzieci, po raz pierwszy od wielu dni, zaczęły się nawet bawić. Wokół namiotu Wielkiej Stopy zgromadzili się mężczyźni, tworząc krąg. Pułkownik Forsyth zapewnił ich, że żołnierze są przyjaciółmi Indian, że zostaną zwiększone ich racje, i że mogą się czuć bezpiecznie. Wielka Stopa zaś, przekonany wcześniej przez misjonarzy i oficerów, zdając sobie sprawę z beznadziejności wszelkiego oporu, polecił swoim ludziom złożyć broń.
Nie spotkało się to z entuzjazmem. Przymus ten odebrano jako jeszcze jedną wielką zniewagę. Indianin bez broni nie był mężczyzną. Złożono więc ledwie parę zdezelowanych strzelb. W takiej sytuacji Forsyth zarządził przeszukanie indiańskich tepee, skąd wyciągnięto wszystko, czym można było walczyć – noże, siekiery, szable, strzelby, rewolwery – i ułożono z tego spory kopczyk. Żołnierze wiedzieli jednak, że Indianie  posiadają jeszcze parę nowoczesnych, szybkostrzelnych Winchesterów. Zabrali się więc za rewizję osobistą, nakazując Indianom rozewrzeć poły koców, w jakie byli oni obleczeni.

Niezadowolenie i niepokój Indian wzrastały. W międzyczasie szaman plemienny Żółty Ptak rozpoczął swój taniec, rzucając w górę garści piasku i nucąc pieśń: “Nie obawiajcie się! Niech wasze serca będą mocne na spotkanie tego, co was czeka! Żołnierzy jest wielu i mają oni wiele kul. Ale preria jest wielka i kule was nie dosięgną, a polecą nad wielką prerią”.
Nikt ze starszych mężczyzn nie miał broni. Dwóch młodych wojowników oddało karabiny. Żołnierze podeszli do trzeciego zwanego Czarnym Kojotem, słusznie podejrzewając, że ukrywa on w zanadrzu broń. Ten wydobył nagle spod koca swój nowy Winchester i zaczął krzyczeć, że nie odda strzelby, która kosztowała go majątek. Między nim a żołnierzami doszło do szarpaniny i broń przypadkowo wypaliła.
W tym momencie rozpętało się piekło.
Żołnierze zaczęli strzelać do Indian niemalże na oślep. Kilku wojowników miało jeszcze strzelby, lecz po chwili obrony leżeli już martwi na ziemi. Na nic zdały się “kuloodporne” “koszule ducha”. Wielką Stopę zastrzelono, kiedy próbował się podnieść. Zastygł  jakby w geście powstrzymania wszystkich.
Na obozowisko, gdzie znajdowały się właściwie same kobiety i dzieci, z działek posypał się grad wybuchających pocisków, rozrywających wszystko na strzępy. W niedługim czasie padło ponad 100 Indian, jak również kilkudziesięciu żołnierzy, wielu uśmierconych kulami swych towarzyszy. Bezsensowna i nieusprawiedliwiona rzeź trwała jednak jeszcze długo. Strzelano do bezbronnych, uciekających ludzi, głównie kobiet i dzieci. Szczególnie mordercza okazała się pułapka w postaci wąskiego jaru, w którym próbowała się schronić część nieszczęśników. Tych, których nie zmasakrowały tam granaty, dobili wkrótce niebiescy żołnierze.
Kiedy strzały wreszcie umilkły, zebrano z pola 40 rannych i 25 zabitych żołnierzy, oraz 50 rannych Indian. Zaraz potem rozpętała się śnieżna zamieć. Trupy Indian – a było ich około 200 – zostawiono na miejscu masakry.

Ciało Wielkiej Stopy pozostawione na miejscu masakry pod Wounded Knee

*

EPILOG

Zwłoki leżały na polu przez trzy dni. W Nowy Rok wysłano pod Wounded Knee grabarzy i parę wozów. Wykopano wielki rów, do którego wrzucono zamarznięte na kość ciała. Odbyło się to bez żadnego uszanowania dla zmarłych, bez jakichkolwiek obrządków.
Zachowały się fotografie z tamtego dnia, na których utrwalono groteskowe pozy, w jakich zastygły ciała. Szczególnie upiorne wrażenie robią zwłoki Wielkiej Stopy.
Pod zwałami koców znaleziono 3-miesięczną dziewczynkę, która przetrwała zamieć i mróz. Ciągle przyssana była do piersi nieżyjącej już od paru dni matki.
Władze federalne mord pod Wounded Knee nie nazywają masakrą a bitwą. Kongres amerykański przyznał 18 żołnierzom biorącym udział w tamtej akcji najwyższe ówczesne odznaczenie wojskowe, Medal Honoru.

Prawie wszystkie publikacje mówiące  o przyczynach tragedii, wskazują, często nieświadomie, na Taniec Ducha, który jakoby wszystko zapoczątkował, prowadząc w konsekwencji do Wounded Knee. Co ciekawe, czynią tak nawet autorzy, którzy sympatyzują z Indianami, uznając ich racje moralne i prawne. Otóż mylą oni wszyscy skutek z przyczyną. Kult był bowiem skutkiem opresji Białych wobec Indian i trudno jego wyznawców obwiniać za to, co się stało pod Wounded Knee w grudniu 1890 roku. Decydującym powodem było łamanie traktatów i niekonsekwentna polityka rządu amerykańskiego, której rezultatem były czystki etniczne na podbitych terenach.
15 stycznia poddali się ostatni Indianie praktykujący Taniec Ducha, którzy schronili się na pustkowiach Badlands. Było ich około 4 tysiące. Wśród innych plemion – również na terenie Terytorium Indiańskiego (dzisiejsza Oklahoma), gdzie Taniec Ducha był celebrowany szczególnie mocno – kult wygasł w ciągu paru miesięcy w obliczu braku spełniania się proroctw Wavoki, który zapowiadał koniec świata indiańskiej udręki na wiosnę 1891 roku.
Sam Wavoka żył jeszcze długo po całym wydarzeniu. Kiedy dotarła do niego żałosna wiadomość o Wouded Knee, narzucił na głowę koc i rozpaczał czas jakiś. Wreszcie powstał i ogłosił: “Moje dzieci, dzisiaj wzywam was, abyście obrali nowy szlak, jedyny szlak, jaki jest dzisiaj otwarty – szlak białego człowieka”.

KONIEC

*

*

*

*

Na zdjęciach: ofiary masakry pod Wounded Knee leżały na mrozie kilka dni, zanim wrzucono je do zbiorowej mogiły (zdjęcia dokumentalne)

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*

BITWA NAD LITTLE BIGHORN (Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce)

ZWYCIĘSTWO, KTÓRE PRZYPIECZĘTOWAŁO KLĘSKĘ

*

Krwawe starcie nad rzeką Little Bighorn, jakie miało miejsce w 1876 roku w Montanie należy do najsłynniejszych bitew amerykańskich. Jest to zarazem najgłośniejsza, najczęściej opisywana bitwa w historii podboju tzw. Dzikiego Zachodu, jak i największa klęska, jaką poniosła armia Stanów Zjednoczonych w wojnach z Indianami.
Ironią dziejów jest to, że ta spektakularna wiktoria Indian Prerii, była jednocześnie początkiem ich końca. Bizony na preriach zostały już prawie wytępione, teraz przyszła kolej na Indian.

*

Obóz indiański nad rzeką Little Bighorn

*

DROGA ZŁODZIEI

Traktaty z Indianami zawierano po to, by je łamać. Świadczą o tym fakty. Oblicza się, że złamano około pół tysiąca traktatów. Prawie zawsze ponosili za to winę Biali, a konsekwecje Indianie.
Nie inaczej było na północnych Równinach, gdzie dominowali Siuksowie. W 1868 roku w forcie Laramie podpisano z nimi traktat przyznający temu plemieniu prawo do wyłącznego władnia ziemią na zachód od Missouri, aż po Góry Bighorn, włączając w to Czarne Wzgórza. W ten sposób powstał Wielki Rezerwat Siuksów. Dokument zapewniał m.in.: “Żadna biała osoba czy osoby nie mają prawa do osiedlania się lub zajmowania jakiejkolwiek części tego terytorium, jak również przekraczania jego granic bez zgody Indian”.
Doprawdy trudno uznać, że to co działo się w następnych latach na ziemiach Siuksów, odbywało się za ich przyzwoleniem. W 1870 roku zaczęto budować linię kolejową na zachód od Czarnych Wzgórz. Na tychże Czarnych Wzgórzach wkrótce znaleziono złoto i na tereny rezerwatu wtargnęli rozgorączkowani Biali. Było ich coraz więcej. Indianie dalecy byli od tolerowania tego najazdu i niekiedy napadali na przybyszów.
W lipcu 1874 roku Amerykanie zorganizowało pierwszą wojskową ekspedycję. Siódmą Brygadą Kawalerii w sile ponad 1000 żołnierzy dowodził generał George Armstrong Custer. Długi sznur okrytych białym płótnem wozów wojskowych znaczył szlak prowadzący wprost na Paha Sapa (Tak nazywali Siuksowie Czarne Wzgórza, które uznawali za ziemię świętą). Indianie byli wzburzeni, lecz nie interweniowali.

Ekspedycja Custera na Czarnych Wzgórzach (1874 r.)

Różnie się mówi o zadaniach ekspedycji Custera. Trudno dziś wskazać, które motywy brały wówczas górę. Jedno jest pewne – każdy chciał na tej wyprawie ubić swój własny interes.
Oficjalnie miała ona uporządkować coraz bardziej niejasną sytuację, a nawet powstrzymać białych osadników i poszukiwaczy złota od wkraczania na tereny indiańskie. Na ile jednak szczere były słowa prezydenta Ulissesa Granta, który kreował się na zwolennika humanitarnej i pokojowej polityki wobec Indian?: “Chcę zapobiec inwazji tej krainy przez intruzów, tak długo, jak zapewniają to Indianom prawo i traktaty”.
Skądinąd wiadomo, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. To, co miało służyć zapobieżeniu inwazji, samo stało się inwazją. Żołnierze Custera znaleźli nowe pokłady złota i wieść o tym rozeszła się po całym kraju, wzniecając ogromną ekscytację na nieznaną dotąd skalę. Rozpętała się prawdziwa histeria, ludzi ogarnęło szaleństwo kolejnej gorączki złota. Szlakiem przetartym przez Custera zaczęły w kierunku Czarnych Wzgórz ciągnąć złaknione bogactwa hordy. Podnieceni Biali zaczęli tę drogę nazywać “Szlakiem Wolności”. Indianie mieli na jej określenie bardziej trafną ich zdaniem nazwę: “Droga Złodziei “.
W 1874 roku na Czarnych Wzgórzach było już około 15 tysięcy Białych. Wojsko dość nieśmiało próbowało interweniować. Na nic się to zdało. Ci, których usunięto, za kilka dni wracali w to samo miejsce. W stosunku do gwałcicieli umowy nie wyciągano żadnych konsekwencji. Wreszcie Grant wydał dyskretne polecenie, by ignorować te fale najeźdźców.

TARGI

Indianie na gwałt zareagowali różnie. Choć wszyscy sprzeciwiali się mu całą duszą – wszak w sposób haniebny odbierano im drogocenne Paha Sapa, święte ziemie, które stanowiły też dla nich zasobnik żywności – to wielu z nich uznało, że sytuacja jest bez wyjścia. Przy czym uważali, że jeśli już mają odstąpić Czarne Wzgórza, to niech się to stanie jak największym dla Białych kosztem.
Kilkanaście tysięcy Siuksów zebrało się u stóp Czarnych Wzgórz, by wynegocjować warunki nowej umowy ze specjalną komisją senacką, jaka przybyła z Waszyngtonu. Amerykanie gotowi byli wynająć Czarne Wzgórza, ewentualnie zapłacić za nie 6 mln. dolarów. W imieniu Indian mieli wystąpić cieszący się wśród nich wielkim poważaniem wodzowie – Czerwona Chmura oraz Nakrapiany Ogon ze szczepu Siuksów Brule. To właśnie dzięki ich ostremu protestowi skierowanemu do Wielkiego Ojca (tak Indianie nazywali Indianie prezydenta) przeciw inwazji Białych, przybyła na Czarne Wzgórza delegacja rządowa.
Zanim jednak doszło do pierwszej debaty, wszyscy otrzymali wymowne ostrzeżenie. Do obozowiska wtargnął bowiem Mały Wielki Człowiek na czele trzystu wymalowanych w barwy wojenne wojowników. Wzniecając tumult i wymachując strzelbą rzucił gotującym się do ugody wodzom wyzwanie: “Zabiję tego, kto pierwszy zacznie mówić o sprzedaniu Paha Sapa!”. Po czym odjechał, zostawiając za sobą tumany kurzu.
Przypomniało to wszystkim o tych niepokornych Indianach, których wysłannikiem był właśnie Mały Wielki Człowiek. Odmawiali oni zamknięcia w rezerwatach, nie odbierali w agencji racji i przydziałów, odmówili hańbiącego ich zdaniem życia “na garnuszku” Białych. Nie chcieli być żebrakami i zniżać się do brania jałmużny. Takich Indian było około 3 – 4 tysiące, głównie Siuksów, choć przyłączyli się do nich również Czejenowie. Przez swoich zwani byli “wolnymi”, przez Białych “wrogimi”, “dzikimi” lub – nieco bardziej przychylnie – Indianami “nie-traktatowymi”. Było wśród nich wielu wodzów, jednak najsłynniejszymi z nich byli Szalony Koń i Siedzący Byk. Ten ostatni wykrzyczał kiedyś prosto w twarz ugodowcom: “Spójrzcie na mnie! Czy jestem biedny? Biali mogą mnie w końcu dostać, ale do tego czasu mogę zażywać słodkiej wolności. Jesteście głupcami robiąc z siebie niewolników za kawałek tłustego boczku, parę sucharów, trochę cukru i kawy”.

Wojownicy indiańscy

Mimo ostrzeżeń Małego Wielkiego Człowieka, w obozowisku na Czarnych Wzgórzach zaczęły się targi. Trwały wiele dni. Indiańskie wymagania rosły, cierpliwość członków komisji malała. W końcu doszło do zerwania rozmów. Wysłannicy z Waszyngtonu uznali żądania Indian za nierealne do spełnienia. Niektórzy zasugerowali, by postawić Czerwonoskórych przed faktem dokonanym, z góry narzucając im określoną cenę i warunki.
Następne miesiące przyniosły szereg zarządzeń wojskowych i administracyjnych, które już wkrótce okazały się brzemienne w skutkach.

Ograniczono, a w niektórych wypadkach zatrzymano, pomoc dla Indian, dopóki ci nie “zmiękną”. Było to szczególnie dotkliwe i perfidne, gdyż większość z nich od dawna była już uzależniona od przydziałów rządowych. Jednym słowem, zastosowano politykę “poddaj się lub głoduj”, która zresztą najbardziej uderzała w Indian “pokojowych”. Ci niepokorni dalej czuli się panami prerii.
Inspektorzy agencyjni zaczęli słać do władz wojskowych depesze o konieczności zbrojnej interwencji, unieszkodliwienia “niecywilizowanych dzikusów”, którzy zagrażają życiu i własności osiedleńców na Czarnych Wzgórzach i w innych rejonach położonych na terytoriach Dakoty, Montany i Wyoming.
I wreszcie pokazano Indianom gwóźdź do trumny, w której na zawsze miała być pogrzebana ich wolność. W grudniu 1875 roku wydano zarządzenie, by do końca stycznia następnego roku wszyscy Indianie zaraportowali się w swych agencjach. Ci, którzy tego nie usłuchają, będą traktowani jako wrogowie i do poskromienia tych buntowników wysłane zostanie wojsko.

KLESZCZE

Indianie nie mieli w zwyczaju wędrowania po prerii w środku zimy. Tym bardziej nie zamierzali dobrowolnie robić z siebie więźniów i skazywać na mizerię w agencjach. Wszyscy wiedzieli, że wyegzekwowanie tego rozporządzenie jest nierealne. Nikt tak naprawdę nie spodziewał się, że Indianie zgłoszą się potulnie do niewoli. Był to właściwie pretekst do siłowej pacyfikacji Indian. Zarządzenie było równoznaczne z wypowiedzeniem im wojny.
Już na początku lutego 1876 roku z chicagowskiej kwatery generała Sheridana przekazano stacjonującym na Zachodzie wojskom odpowiednie rozkazy. Zawarty w nich plan był prosty. Przeciwko obozującym gdzieś między górami Bighorn a Czarnymi Wzgórzami Siuksom i Czejenom, wysłane zostaną trzy kolumny wojska, by otoczyć i zapobiec ucieczce Indian. Każda ma wyruszyć z innego miejsca: od strony południowej, z fortu Fetterman ruszy liczący ponad 1000 żołnierzy oddział dowodzony przez generała Georga Crooka; od zachodu, wyruszając z fortu Ellis w środkowej Montanie, zaatakować ma pułkownik John Gibbon z siłą 400 żołnierzy, i wreszcie z fortu Abraham Lincoln leżącego nad Missouri (dzisiaj Bismarck w Dakocie Północnej) wysłana zostanie licząca 650 żołnierzy Siódma Brygada Kawalerii pod dowództwem generała Alfreda Terry’ego, która przyprzeć ma Indian od wschodu. Tak więc, przebywający gdzieś w dolinach rzek Powder, Rosebud i Bighorn Siuksowie i Czejeni, wzięci zostaną w trójpalczaste kleszcze Armii. Kawalerzyści mają być wspomagani przez Szoszonów i Crow, wojowników z plemion wrogich Siuksom, rywalizujących z nimi o tereny łowieckie.
Jak się okazało, nawet wojsko pod rozkazem nie mogło się pozbierać i wyruszyć w drogę w zimie. Dopiero w maju i z początkiem czerwca oddziały te opuściły forty.
Niewielu żołnierzy zdawało sobie sprawę z tego, co ich czeka. A czekały ich największe siły zjednoczonych Indian, jakie kiedykolwiek w historii przeciwstawiły się amerykańskiej armii. Wokół Szalonego Konia, Siedzącego Byka i innych wodzów zgromadzili się wojownicy, którzy mieli już znaczne doświadczenie w walce z Białymi. Poza tym, znaczna ich część była teraz lepiej uzbrojona. Indianie, utrzymując dobre stosunki z handlarzami skórą i futerkami, dysponowali nowoczesnymi karabinami i znacznymi zasobami amunicji. Byli też niezrównanymi jeźdźcami, zdeterminowani i szaleni w walce. Uważali, że walczą w świętej sprawie, sprawiedliwość i duchy są po ich stronie. Większa niż zazwyczaj była też konsolidacja międzyplemienna, zwiększająca szansę na lepsze porozumienie na wypadek walki.

Generał Custer na czele swojego oddziału wkracza na Terytorium Dakoty

*

ATAK  MARTWYCH  ŻOŁNIERZY

Siuksowie i Czejeni każdego lata zbierali się na preriach na narady i wspólne polowania na bizony. W tym roku były to jednak spotkania szczególne, zważywszy na zaistniałą sytuację i zagrożenie ze strony wojska. Pod koniec maja indiańscy zwiadowcy roznieśli wśród wszystkich szczepów wieści o nadciągających od południa niebieskich żołnierzach. Indianie, którzy nie dążyli do walki, zbytnio się owych wieści nie zlękli. Postanowili jednak bardziej niż zazwyczaj zewrzeć swoje siły. Na przełomie maja i czerwca ich wspólne obozowisko liczyło już ponad pół tysiąca tepee, blisko 5 tysięcy ludzi, w tym tysiąc wojowników. Co kilka dni przenoszono je coraz bardziej na zachód, podążając za stadami bizonów i szukając nowych pastwisk dla koni, których Indianie mieli tysiące. W drodze znad rzeki Powder do potoku Rosebud, nad którym rozbito obóz z początkiem czerwca, dołączyło do grupy jeszcze wielu Indian z dalszych stron. Byli wśród nich Czejeni oraz różne szczepy Siuksów – Oglala (Teton), Brule, Sans Arc, Hunkpapa, Minneconjou i Czarne Stopy. Wszyscy wodzowie postanowili stawić czoło nadciągającemu wojsku, jednak Siedzący Byk, który cieszył się wśród nich największym posłuchem odradzał, by Indianie zaatakowali pierwsi

Jako że była to pora corocznego Tańca Słońca, Siedzący Byk przystąpił do obrzędów, których celem było uzyskanie wizji. Ta miała być wskazówką i przepowiednią przyszłości. Aby wpaść w trans, Siedzący Byk pozwolił zadać sobie ponad 100 krwawych ran, tańczył i modlił się przez kilka dni, patrząc w słońce. Na trzeci dzień ogłosił wszem i wobec treść wizji, jaką go obdarzyły duchy. Ujrzał w niej coś, co przypominało szarańczę polnych koników. Byli to galopujący ze wzgórza żołnierze. Z początku wydawało się mu, że atakują oni indiańską wioskę, jednak po chwili okazało się, że zjeżdżają oni ze wzgórza głową w dół, do góry nogami (i kopytami). Wszyscy byli martwi. Wyjawiwszy to, Siedzący Byk upadł wyczerpany na ziemię.
Wizja sprawiła, że przez obóz przebiegł dreszcz radości. Dla Indian bowiem była to oczywista  zapowiedź klęski bladych twarzy, którzy wtargnęli na ich ziemie tylko po to, by ponieść śmierć.

Kto pierwszy?

W tym samym czasie w dolinę Rosebud  wkroczył oddział generała Crooka. Pierwsi z Siuksami i Czejenami starli się towarzyszący wojsku Szoszoni i Crow. Wkrótce do walki wciągnięci zostali także żołnierze. Bitwa trwała niemal przez cały dzień. Po stronie Siuksów wyróżnił się zwłaszcza Szalony Koń, znany z kilku wcześniejszych potyczek z Długimi Nożami, w których ujawnił się jego talent indiańskiego taktyka. Amerykanie stracili 10 żołnierzy, Indianie doliczyli się 30 zabitych wojowników.
Generał Crook uznał tę bitwę za swoje zwycięstwo, gdyż to on został na polu walki, a wycofali się jego wrogowie. W konsekwencji jednak starcie pod Rosebud w dniu 17 czerwca uznać można za sukces Siuksów i Czejenów. Ich postawa, determinacja i skuteczność walki uświadomiły generałowi wielkość wojowniczego potencjału Indian i w konsekwencji pomieszały mu szyki. Generał doszedł do wniosku, że musi poczekać na posiłki i zarządził odwrót. Tym samym oddział, którym dowodził, zniknął praktycznie z wojennej areny, przynajmniej na jakiś czas. Indianie, jak by na to nie patrzeć, wyeliminowali tym samym z gry najsilniejszą z trzech kolumn wysłanych do rozprawy z nimi.
Po tym wydarzeniu Indianie skierowali się w dalszą drogę na zachód. W dolinie rzeki Little Bighorn, którą nazywali ziemią Śliskiej Trawy (Greasy Grass) rozłożyli się obozem, jakiego jeszcze nikt na preriach nie widział. Trudno było wszystkich zliczyć, jednak sądzono, że obóz w ciągu niespełna tygodnia rozrósł się dwukrotnie. Złożony był teraz z nie mniej jak 10 tysięcy osób, w tym od 2 do 3 tysięcy wojowników. Nieopodal pasło się ponad 20 tysięcy koni.
Wodzowie domyślali się, że ostatnia bitwa nie była jeszcze tym, co objawiło się w wizji Siedzącemu Bykowi. Nie przypuszczali jednak, że jego proroctwo spełni się tak szybko.

MÓZG  NA  TWARZY

W międzyczasie Gibbon ze swoimi ludźmi zapędził się bez sensu i za daleko na wschód, gdzie połączył się z oddziałem Terry’ego, w którym znajdował się również Custer. Wszyscy zawrócili na zachód, podążając już razem w górę rzeki Yellowstone. W miejscu gdzie łączy się z nią rzeka Rosebud, generał Terry, który był zwierzchnikiem obu kolumn, zarządził ich rozłączenie. Siódma Brygada Kawalerii miała podążyć na południe w górę Rosebud. Dowództwo tego oddziału powierzył Terry Custerowi, który tylko na to czekał. Wraz z Gibbonem i resztą wojska zaczął się natomiast  poruszać dalej na zachód, w górę Yellowstone, by odbić później na południe tam, gdzie Yellowstone łączy się z rzeką Bighorn.
Podział wojska nastąpił 21 czerwca. Planowano, że za 5 dni oba oddziały się spotkają, otaczając jednocześnie Indian. Na odchodne Gibbon rzucił Custerowi: “Nie bądź zachłanny Custer, poczekaj na nas”. Ten odparł dwuznacznie: “Nie, nie będę”.
Nikt z nich nie wiedział o potyczce pod Rosebud i o odwrocie Crooka; nikt nie miał pojęcia, w jakiej sile zebrali się Indianie, ani gdzie się dokładnie znajdują.

Generał Custer ze swoimi zwiadowcami (Krwawy Nóż wskazuje palcem na mapę)

Custer, nie wiadomo dlaczego, zwlekał jeden dzień z wymarszem. Za to później narzucił mordercze tempo. Za dwa dni jego indiańscy zwiadowcy rekrutujący się z plemion Arikarów i Crow, donieśli mu o odkryciu śladów indiańskiego szlaku i ostrzegli, że Siuksów jest wystarczająco wielu, by mogli walczyć przez trzy dni. “Jest ich więcej, niż Żołnierze mają przy sobie kul” – stwierdził Krwawy Nóż.
Custer nie przejął się tym zbytnio. Palił się do walki i mimo wyczerpania żołnierzy, postanowił zaatakować. Aby szybciej dopaść “czerwonych dzikusów”, zarządził marsz na skróty. Podążył ze swoimi 11 kompaniami na zachód, kierując się wprost na obóz Siuksów i Czejenów rozłożony nad rzeką Little Bighorn.
Następnego dnia rano, czyli 25 czerwca, ludzie Custera dostrzegli ze wzgórza część obozowiska, które w całości znajdowało się po drugiej, zachodniej  stronie rzeki. Nie wiedzieli, że rozciąga się ono na długości aż trzech mil.
Każda z komend, jakie wtedy wydał generał Custer, okazała się wkrótce wielką pomyłką, mimo że daje się usprawiedliwić, jeśli weźmiemy pod uwagę ówczesną świadomość Custera i jego dotychczasowe wojenne doświadczenia. Otóż rozbił on brygadę na trzy oddziały. Kapitanowi Frederickowi Benteen polecił, by wraz z trzema kompaniami liczącymi 125 żołnierzy, odbił na południe, spenetrował teren i ewentualnie zatrzymał Indian, którzy mogą w tamtym kierunku uciekać. Zaraz po odprawie Benteena Amerykanie dostrzegli grupę kilkudziesięciu wojowników i Custer skierował w pogoń za nimi następne trzy kompanie (140 ludzi) pod dowództwem majora Marcusa Reno. Żadnemu z tych oficerów nie zdradził bynajmniej swoich planów ataku na obóz. Zarówno Benteen, jak i Reno skazani zostali na działanie na oślep.
Custerowi zostało ponad 200 kawalerzystów. Pogalopował z nimi wzdłuż rzeki, na północ, mając po lewej stronie obóz położony na przeciwległym brzegu. Do dzisiaj nie jest jasne, dlaczego Custer zapędził się aż tak daleko, choć z perspektywy czasu możemy się dziś domyślać jego intencji.

Musimy mieć na uwadze, że George Custer nie bał się walki z Indianami, ale tego, że mu się oni wymkną. Prawdopodobnie, dzieląc brygadę chciał otoczyć obóz z trzech stron. Od południa zamknąłby Siuksom odwrót Benteen, gdzieś w centrum dałby się im we znaki Reno, natomiast sam zaatakowałby od północy.

Tymczasem major Reno z ponad setką ludzi przekroczył rzekę i znalazł się na południowym krańcu obozu. Indianie byli zaskoczeni, nie wierząc, że Biali z tak znikomą w końcu siłą odważyli się zaatakować tak wielkie zgromadzenie. Szybko się jednak pozbierali i wśród gradu trzepoczących o płótno tepee kul chwycili za strzelby, łuki, lance i toporki.  Już wkrótce to oni byli w natarciu, zmuszając majora i jego ludzi do odwrotu. Reno polecił wycofać się pod osłonę małego zagajnika drzew. To właśnie tam doszło do incydentu, który zupełnie wytrącił z równowagi majora. Kiedy wśród bitewnego zamieszania stał on obok Krwawego Noża, kula trafiła Arikarę w czoło, rozbryzgując krew i mózg na twarzy Reno. Wówczas zaczęła się bezładna ucieczka żołnierzy przez rzekę, w kierunku znajdującego się po drugiej stronie wody wzgórza. Prawie jedna trzecia oddziału została wybita przez Indian. Kiedy żołnierze umocnili nieco swe pozycje na wzgórzu, pojawił się z kawalerią Benteen, który przejął praktycznie dowództwo, z uwagi na szok w jakim się znalazł Reno. Nikt nie wiedział, co się dzieje z pięcioma kompaniami Custera. Kawalerzyści na wzgórzu znaleźli się pod ciągłym oblężeniem aż do następnego dnia. Nie byli w stanie zmienić swojej pozycji. Dopiero gdy Indianie zniknęli, zeszli ze wzgórza i idąc wzdłuż rzeki, po kliku milach natknęli się na to, co zostało z Custera i jego 209 żołnierzy.

Jedna z wielu artystycznych wersji ostatniej walki Custera (H. Steinegger, „General Custer’s death struggle”)

*

Nie przeżył nikt. Spuchnięte od upału, pokiereszowane ciała leżały rozrzucone bezładnie na zboczach wzgórz. Większość z nich była oskalpowana, niektórym odrąbano dłonie lub stopy. Zwłoki były zmasakrowane. Trudno było jednak rozpoznać, które rany były zadane w czasie starcia, które zaś pochodziły od siekier i noży Indianek. Te bowiem zajęły się żołnierzami po bitwie. Trupy wydzielały odór tak niemiłosierny, że ludzie wymiotowali w czasie urządzania im pochówku.
Nie wiadomo dokładnie jak doszło do tego unicestwienia. W rekonstrukcji wydarzeń musimy się opierać albo na domysłach, albo na relacjach Indian. A nie wszystkie z nich są wiarygodne.
Najprawdopodobniej kawaleria Custera nie przekroczyła rzeki, a została zaatakowana na jej wschodnim brzegu i to aż z trzech kierunków. Z obozu na drugą stronę rzeki przedostało się około tysiąca wojowników i to oni uderzyli pierwsi. Kompanie kawalerii rozciągnięte wzdłuż zboczy nie były w stanie się obronić. Indianie mieli przewagę liczebną, dysponowali też nie gorszymi karabinami. Żołnierze ostrzeliwali się zawzięcie, jednak ze względu na zmęczenie i brak wprawy (ponad połowa rekrutów nigdy dotąd nie brała udziału w walce), skuteczność ich ognia była niewielka. Prawdopodobnie nie minęło pół godziny, a wszyscy z nich wyzionęli ducha. Pole usłane było stosami trupów żołnierzy i ich koni.
Dwa dni po tej krwawej jatce, na miejsce bitwy przybył oddział Gibbona i Terry’ego. Czekał ich widok, który wielu z nich będzie prześladował do końca życia. Indian oczywiście już nie zastali. Odeszli oni na zachód, kierując się w stronę gór Bighorn. Po tygodniu podzielili swe siły i poszczególne grupy udały się w różne rejony prerii.

George Armstrong Custer

CZY  CUSTER  BYŁ  SZALONY ?

Podobnie jak to się dzieje z każdym ważnym wydarzeniem w historii, również i bitwa pod Little Bighorn, będąca największą klęską zadaną przez Indian armii amerykańskiej, obrosła w mity i legendy, spod których trzeba wygrzebywać prawdę, oddzielać ziarna faktów od plew fikcji. Ważna okazuje się perspektywa widzenia i zabarwienie emocjonalne, z jakim podchodzi się do tej bitwy. A emocje ciągle są gorące.
Ponawiane są np. próby rehabilitacji Custera, z którego uczyniono zresztą najbardziej chyba rozdęty symbol amerykańskiego dowódcy “pogranicza”. Jednak co ma on symbolizować – do końca nie wiadomo. Najprawdopodobniej, gdyby nie zginął nad Little Bighorn, a jego oddział nie został tam wycięty w pień, nikt by się nim dzisiaj zbytnio nie zajmował.
George Armstrong Custer był niewątpliwie chojrakiem, tyle że w tamtym czasie na Dzikim Zachodzie roiło się od chojraków. Była to właściwie norma.
Czy był szalony?
To prawda, miał pewne cechy mitomana, ale był dość inteligentny i umiał się wyrazić; cechowała go brawura, złakniony był poklasku, jednak jego zachowanie nad Little Bighorn nie było tak wariackie, jak to głoszą jego krytycy. To fakt, że popełnił szereg błędów, lecz mimo wszystko były one w granicach rozsądku i dają się dziś wyjaśnić racjonalnie. Uważa się, że mając nawet przeciw sobie 2 tysiące walczących Indian, mógłby znad Little Bighorn wyjść obronną ręką, gdyby miał lepszych kawalerzystów i inaczej nimi pokierował .

Kardynalną, krytyczną pomyłką Custera było jednak zlekceważenie siły i możliwości Indian oraz brak jasności i koordynacji działań. Nie mieściło się mu w głowie, że to Indianie będą tymi, którzy zaatakują pierwsi. Poza tym, jego szczęście i niesłychane poczucie pewności siebie, stały się już przysłowiowe. W Montanie czekać go miała tylko sława i chwała. Odegrałby się tym samym swoim wrogom w Waszyngtonie, którzy ostatnio tyle mu krwi napsuli. Zapewne też zwycięstwo ułatwiłoby mu drogę do prezydentury, gdyby zdecydował się startować w wyborach. Bowiem ambicje 36-letni Custer miał wcale wysokie, jak na najgorszego w swoim roczniku absolwenta Akademii w West Point.
Custer był ciężkim egotykiem, “twardą dupą”, jak go nazywali żołnierze, mylił się często, w wojsku stosował nepotyzm, ale wariatem nie był.

Klęska Amerykanów nad Little Bighorn zbiegła się niemal dokładnie z setną rocznicą ogłoszenia Deklaracji Niepodległości. Tym bardziej gorzki był to orzech do zgryzienia. Debatom nad przyczynami tej fatalnej porażki do dzisiaj nie ma końca. Podaje się szereg powodów, które ją spowodowały, wskazując najczęściej na przeważające siły Indian, marne wyszkolenie i wyczerpanie żołnierzy, zlekceważenie przez Custera rozkazów zwierzchników i ostrzeżeń indiańskich zwiadowców; osłabiający siły podział kawalerii; napięcie i zawiść panujące między oficerami, a nawet spisek… Militarni eksperci dorzucają jeszcze “słabą dyscyplinę ognia”, wynikającą z załamania się “dowódczej kontroli”.
A przeznaczenie? Przecież objawiło się w wizji Siedzącego Byka.

Sitting Bull

KONIEC  WIELKICH  WODZÓW

W porównaniu z 263 zabitymi żołnierzami, indiańskie ofiary nie były liczne. Jeśli wierzyć Indianom, zginęło około 35 Siuksów i Czejenów.
Tak naprawdę, wbrew krążącym romantyczno-sensacyjnym mitom, Indianami w bitwie nie dowodził Siedzący Byk, który w ogóle nie brał udziału w walce, ze względu na rany zadane sobie podczas Tańca Słońca w dolinie Rosebud. Nie był więc tym, usuniętym z West Point “Czerwonym Napoleonem”, który rozgromił – rzecz niesłychana! – białych generałów. Także Szalony Koń nie kierował całością sił indiańskich. W zaistniałej sytuacji, w całym tym zaskoczeniu, nie było po prostu takiej możliwości. Indianie mieli inny sposób walki niż Biali, walczyli bardziej instynktownie, spontanicznie. Co nie znaczy gorzej – w niektórych przypadkach działało to na ich korzyść. Szalony Koń był być może taktykiem, ale nie w tej bitwie.

Kiedy wiadomość o tym, co się stało nad Little Bighorn dotarła na wschód, niedowierzanie Amerykanów mieszało się z wściekłością władz wojskowych. Na Indian spadły ciężkie represje. Na Zachód wysłano dodatkowe ilości wojska. Terry i Crook w sierpniu dysponowali już kawalerią w sile 3 i pół tysiąca ludzi. Zaczęła się pogoń za rozproszonymi po prerii grupami Indian. Jednak efekty tej letniej kampanii były raczej nikłe. Bardziej skuteczne było działanie wojska w zimie. Siły Indian powoli się wyczerpywały. Na preriach prawie w ogóle nie było już bizonów. Dodatkowym ciosem dla tych niepokornych było zaciąganie się ich współplemieńców pod gwiaździsty sztandar. Widok Indian w niebieskich mundurach demoralizował najbardziej.
Najdłużej i z największą determinacją opierały się grupy Siedzącego Byka i Szalonego Konia. Jednakże, nawet ten ostatni, zdecydował się w końcu na poddać i przyprowadził w maju 1877 roku półtora tysiąca swoich ludzi do agencji Czerwonej Chmury w Wyoming. Cztery miesiące później już nie żył, przebity bagnetem w forcie  Robinson, w którym chcieli go uwięzić Biali, kiedy rozeszły się pogłoski, że planuje on kolejne powstanie Siuksów.
Siedzący Byk schronił się w Kanadzie. Przebywał tam cztery lata, by w końcu powrócić na teren Stanów Zjednoczonych, gdzie natychmiast został aresztowany. Dwa lata traktowano go jak więźnia, później osadzono w rezerwacie Standing Rock na Terytorium Dakoty. Zastrzeliła go w grudniu 1890 roku indiańska policja podczas próby aresztowania w związku z niepokojami wywołanymi przez kult Tańca Ducha. Ale to już inna historia.
Taki był koniec wielkich indiańskich wodzów, których wielkość wszak na nic się zdała w obliczu nadciągającej machiny cywilizacyjnej Białych.

KONIEC

Dzisiejszy widok pola bitwy nad Little Bighorn

*

Tekst jest częścią cyklu „Krajobrazy, ludzie, zdarzenia – wędrówki po Ameryce” publikowanego na łamach prasy polonijnej w latach 90-tych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”). Inne artykuły tego cyklu przeczytać można TUTAJ.

*