W CIEMNOŚCI – o najnowszym filmie Agnieszki Holland

… oraz dalszy ciąg wywiadu z reżyserką

„W ciemności” – najnowszy film Agnieszki Holland opowiadający o grupie Żydów uratowanych przez Polaka, który ukrył ich podczas niemieckiej okupacji w kanałach Lwowa, rozpoczął 23 Festiwal Filmów Polskich w Ameryce. Oto recenzja, napisana na gorąco po projekcji filmu, który na ekrany polskich kina ma wejść na początku stycznia przyszłego roku. Obraz „W ciemności” uważany jest za jednego z najpoważniejszych kandydatów do Oscara w kategorii filmów zagranicznych.

Poniżej przeczytać można również dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland.

Walka o przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa… w lwowskich kanałach  („W ciemności”)

*

1.

Niewiarygodnie trudne zadanie miała Agnieszka Holland podejmując się realizacji tego filmu. To, że w efekcie możemy obejrzeć obraz, który nie tylko przykuwa nam oczy do ekranu na ponad dwie godziny, skupiając całą naszą uwagę, ale i prowokuje nas do snucia refleksji na temat wydawałoby się dobrze już nam znany (bo przecież przerabiany w kinie wiele razy), świadczy tylko o tym, że nasza kosmopolityczna reżyserka odniosła mimo wszystko sukces. (Muszę tu dodać, że przyjdzie mi się jeszcze z owego „mimo wszystko” wytłumaczyć, choć, być może, także i nad tym „kosmopolityzmem” powinienem się też zastanowić.)

Co prawda, już sama historia jest niewiarygodna (mimo, że przecież wydarzyła się naprawdę), ale dopiero ryzyko jakiego podjęła się Agnieszka Holland, by przenieść ją na ekran, pozwala nam uświadomić sobie niezwykłość tego filmu w ukazaniu innej twarzy Holocaustu – twarzy zwykłego człowieka, z całym tym jej ludzkim brudem, brzydotą i mrożącym nas grymasem zła. Ale też i jej jaśniejszego odbicia, w którym dostrzec możemy przynoszący otuchę ciepły refleks dobra. Mało tego: tymi twarzami „zła”, które widzimy „w ciemności” są także twarze ofiar, które zwykle ikonografia Holocaustu przedstawia w sposób budzący współczucie – nie piętnując ich żadnym złem, tylko znacząc (zrozumiałą skądinąd) martyrologią.
Lecz najciekawszą twarzą w całym tym obrazie jest twarz kogoś, kto nie jest ofiarą (bliżej jest mu do prześladowców), na której dobro i zło przenikają się niemal jednocześnie. I choć nie mamy raczej wątpliwości, co na niej w końcu przeważy, to i tak pozostanie w nas dojmujące poczucie niejednoznaczności odbijającej się na ludzkim obliczu. Bo ono zmienia się nie tylko w zależności od tego co dzieje się w sercu i umyśle obdarzonego nim człowieka, ale i w sercach i umyśle tych, którzy na to oblicze patrzą.

A wszystko zaczęło się od jednego niewinnego i przypadkowego rzucenia okiem na stronę jednej z wydawanych w Toronto gazet, gdzie można było przeczytać takie oto zdanie: „Polski złodziej katolik ukrył grupę Żydów w kanałach Lwowa, które dobrze znał, bo właśnie w nich chował swoje łupy, ale i w których także pracował jako kanalarz.” Człowiekiem, który zwrócił uwagę na tę wzmiankę był Kanadyjczyk Robert Marshall, a jego zaintrygowanie było na tyle silne, że zmobilizowało go w końcu do napisania książki “In the Sewers of Lvov”, gdzie całą tę niezwykłą historię przedstawił. To właśnie na jej osnowie powstał scenariusz „Ukrytych” (taki był pierwotny, „roboczy” tytuł filmu), który następnie trafił do rąk Agnieszki Holland i… całą resztę już znamy (a jeśli nawet jeszcze nie znamy, to warto przy najbliższej sposobności się z nią – czyli z gotowym filmem „W ciemności” – zapoznać.)

Lwów pod niemiecką okupacją: za jednego zabitego Niemca wiesza się 10 Polaków

Nie spodziewajmy się jednak, że oglądanie filmu Agnieszki Holland będzie doświadczeniem lekkim i łatwym. Wręcz przeciwnie – wymaga ono nie tylko wzmożonej uwagi, ale i pewnej odwagi. A także niewątpliwie cierpliwości, jak również  nerwowej odporności. Bo to co się dzieje na ekranie jest wstrząsające: apokaliptyczna likwidacja lwowskiego getta, potworność ulicznych egzekucji, horror i przerażenie zaszczutych ludzi, na których poluje się jak na zwierzęta, poniżanie i bestialskie znęcanie się nad bezbronnym człowiekiem… I nasza szokująca niemożność ogarnięcia zła, które także wyrządzają sobie nawzajem same ofiary, (decydując np. o tym, komu dać szansę uratowania życia, a kogo skazać na zagładę – sami niejako wykonują morderczy plan swoich oprawców, co jeszcze bardziej podkreśla perfidię znęcającego się nad nimi losu i przypadku).
No i jeszcze ta dusząca nas klaustrofobia, kiedy przez dwie godziny zmuszeni jesteśmy do dotrzymywania towarzystwa ludziom, którzy przez 14 miesięcy żyją niczym szczury w podziemnych ściekach i kanałach – w ciemności, smrodzie, brudzie i zaduchu, narażeni w każdym momencie na wydanie, zdradę i śmierć.

Wszystko to pomaga nam wytrzymać jeden człowiek, dzięki któremu szansę na przetrwanie mają też ukrywający się w kanałach Żydzi. Tym człowiekiem jest (nota bene rewelacyjnie zagranym przez Roberta Więckiewicza) kanalarz, cwaniak i drobny złodziejaszek-„polaczek” Leopold Socha. Tak, tak… katolik i antysemita (bardziej z tradycji i z przyzwyczajenia niż ze złośliwości i premedytacji), który zrazu widzi w pomocy tym ludziom lukratywne źródło zarobku, ale z czasem odkrywa (niemal bezwiednie i nieświadomie) w sobie człowieczeństwo, dzięki któremu przezwycięża swój strach, wiąże się emocjonalnie z obcymi i pogardzanymi dotychczas ludźmi, i  ryzykując życiem (nie tylko swoim, ale i całej swojej rodziny), robi wszystko, by utrzymać ich przy życiu.

Dużo by tu można pisać o znakomitej kreacji Więckiewicza, którego Poldek wydaje się nam zarówno gruboskórny, jak i wrażliwy; przebiegły, ale i prostolinijny; zdecydowany, ale także niepewny; bohaterski, ale czasem też i tchórzliwy… Jednym słowem ta kreacja jest niejednoznaczna, ale też pełna i kompleksowa.
Podobnie wiele dobrego można by powiedzieć o pewnej, reżyserskiej ręce Agnieszki Holland, która mimo niezwykle trudnej i skomplikowanej materii, z jakiej zdecydowała się stworzyć swój film, zdołała ją po mistrzowsku opanować, czego rezultatem jest jeden z najlepszych filmów w całej bogatej karierze tej reżyserki o światowym formacie.

2.

Historia niezwykła: polski cwaniak i złodziejaszek ratuje grupę Żydów, ukrywając ich przez 14 miesięcy w miejskich rynsztokach

Tak, to prawda – oglądanie „W ciemności” mnie wciągnęło, ale… co jednak sprawiło, że nie pochłonęło mnie bez reszty? Zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero po obejrzeniu filmu: dlaczego obraz Agnieszki Holland wydał mi się „tylko” bardzo dobry, ale nie doskonały? Dlaczego trudno by mi było uznać ten obraz za arcydzieło? Co spowodowało, że odczułem jednak pewien niedosyt i niespełnienie? Bo na pewno powodem tego nie była wysokiej klasy, profesjonalna realizacja filmu przez jego twórców, która jest przecież ewidentna.
Przyznam, że miałem problem aby to rozgryźć, lecz w końcu parę myśli zaczęło w mojej głowie świtać i po głębszym zastanowieniu przybrało formę tłumaczących to – do pewnego przynajmniej stopnia – powodów:

– Pierwsza sprawa, to wspomniana już przeze mnie specyfika sytuacji, którą musiał ukazać film: nikt z nas nie chce przez dłuższy (ani nawet krótszy) czas przebywać w rynsztoku. Dlatego, kiedy tylko kamera wychodziła na świeże powietrze, to odczuwało się ogromną ulgę, która jednak nie trwała długo, bo zaraz z powrotem zapędzano nas pod ziemię, do smrodu, brudu i towarzystwa szczurów (80% akcji całego filmu dzieje się w kanałach).

– Po drugie: Agnieszka Holland starała się przedstawić nam „prawdę” o ludziach, a prawda o ludziach – zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnych – jest zazwyczaj żałosna, bo z większości z nas, czyli przedstawicieli gatunku Homo sapiens, wychodzi jednak wówczas zwierzę, co objawia się skrajnym egoizmem, a nawet podłością i nikczemnością, do czego wydaje się zmuszać nas atawistyczna walka o przetrwanie. Może to właśnie dlatego trudno nam było identyfikować się z ofiarami (bo któż z nas chce uświadamiać sobie to, że sam mógłby postąpić… hm… równie mało chwalebnie). I tu występował pewien dramaturgiczny konflikt (bowiem skoro się za bardzo z tymi ludźmi nie identyfikujemy, to i się do nich zbytnio nie przywiązujemy. Mało: oni zaczynają nas drażnić – więc trudno mówić o jakiejś katarktycznej empatii wiążącej nas z tymi postaciami emocjonalnie). Na szczęście są także w filmie postaci, które ten wymóg identyfikacji spełniają (jak np. mała Krysia czyli „dziewczynka w zielnym sweterku”), a zwłaszcza grany przez Więckiewicza Poldek, który w końcu staje się niemal aniołem, nie mówiąc już o tym, że zaczyna właściwie dźwigać na swoich barkach ciężar całego filmu. (A z takim herosem to bardziej jest nam już przecież po drodze.)

– W związku na permanentną ciemność i rozbiegane światło latarek, mamy niekiedy trudności z ogarnięciem i dojrzeniem tego, co dzieje się na ekranie. Stąd mała konfuzja, która może powodować, że widz czuje się cokolwiek rozbity i zdezorientowany, nie rozumiejąc do końca obrazu.

Miłość i seks pomagają przetrwać także w sytuacjach ekstremalnych

– Pewien dyskomfort mógł wywołać obecny w filmie naturalizm: seks, ekskrementy i fizjologia (np. szokujący ekshibicjonistycznie poród). Seks, jak wiadomo, jest w kinie OK, ale jeśli odbywa się w tak okropnych warunkach, w jakich uprawiali go ukazani w filmie ludzie, to jawi się on nam jako tylko li zwierzęca chuć (a kto z nas chciałby się utożsamiać z jakimś kopulującym zawzięcie zwierzakiem?). Oczywiście rozumiem zasadność takiego, zastosowanego przez Agnieszkę Holland obrazowania, ale odczuć moich nie może to zmienić.

– I jeszcze jedna mała kolizja, którą ośmieliłbym się nawet nazwać fałszem… czy też raczej czymś w rodzaju ontologicznego dysonansu. Otóż, proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić, że żyjemy w kanałach przez 14 długich miesięcy, gdzie już nawet szczury przestały budzić naszą ekscytację. Jasne, że tego sobie nie wyobrazicie, bo tego sobie wyobrazić nie można. Ale przynajmniej można się domyśleć, że mimo wszystko (zagrożenie śmiercią), najstraszniejszą rzeczą jaką by nas tam dotykała, byłaby… nuda. Tak, tak… Przecież można byłoby zwariować od monotonii i braku dziania się czegokolwiek. Siedzenie lub leżenie w bezruchu, ewentualnie kręcenie się w kółko, jak – za przeproszeniem – g… w rynsztoku. Podejrzewam, że to był główny egzystencjalny dramat uwięzionych w kanałach ludzi – beznadziejna nuda. Do niej w zasadzie sprowadziła się esencja ich szczurzego bytu. Ale tego w filmie Agnieszki Holland nie ma. Mało tego: często frenetyczny sposób filmowania wydarzeń sprawia na nas wrażenie, jakbyśmy oglądali film akcji (co skądinąd powoduje, że widz nie zasypia w kinie, tyle że „prawda” tego, jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości, zostaje chyba jednak stłumiona – a już na pewno, zmieniona jest przez to jej perspektywa).

3.

Muszę zaznaczyć, że nie było moją intencją podkreślanie ewentualnych usterek obrazu, który skądinąd zasługuje w pełni na naszą uwagę, a nawet aplauz – jak to miało miejsce podczas jego amerykańskiej premiery na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie publiczność zgotowała filmowi Holland 10-minutową standing ovation. Z czego można się tylko cieszyć, gratulując Pani Agnieszce jej wielkiego sukcesu  i pełnego osiągnięcia zamierzonego efektu, jaki wywarł na większości widzów jej film. Nie chciałbym, aby te moje zastrzeżenia rzutowały na cały obraz, ukazując go w niezbyt korzystnym świetle. Niech więc pozostaną tym czym są – na poły prywatnymi, zupełnie subiektywnymi uwagami; takim głośnym myśleniem, które być może ułatwi komuś zbliżenie się do tego wyjątkowego bez wątpienia filmu, a może nawet lepsze zrozumienie i ogarnięcie tego, co naprawdę wydarzyło się we Lwowie w tamtym czasie marnym. I co sprawiło, że ludzie, którzy w te wydarzenia byli uwikłani, stali się wielcy mimo swojej małości, i silni mimo swojej słabości. Czy wreszcie: że stali się dobrzy na przekór złu, które w nich tkwiło.

*  *  *

Uroda filmowego obrazu nie łagodzi horroru wydarzeń

*

PRZYWRACANIE CZŁOWIECZEŃSTWA

(ciąg dalszy wywiadu z Agnieszką Holland)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Jaki wpływ wywiera kino na naszą percepcję historyczną? Czy może ono w znaczący sposób wpłynąć na sposób, w jaki postrzegamy naszą narodową historię, czy też historię w ogólności?

AGNIESZKA HOLLAND: Dzisiaj zapewne w mniejszym stopniu, niż to było kiedyś, ponieważ obecnie te funkcje przejęły inne media przekazu, takie np. jak telewizja, internet… Ale nadal jest ten wpływ duży. Oczywiście są społeczeństwa, które na ten przekaz są bardziej czułe – takim społeczeństwem jest np. społeczeństwo amerykańskie, które przecież w dużym stopniu buduje sobie swoją wizję świata i system ocen historycznych na podstawie filmu. Tutaj zresztą, tak naprawdę, Holocaust zaistniał w społecznej świadomości właściwie dzięki serialowi. Dlatego, że Amerykanie nie tylko, że nie byli za bardzo przejęci tym, co się wydarzyło Żydom w Europie, ale wręcz byli w jakimś sensie winni przez zaniechanie wobec tego, co się działo podczas wojny, ponieważ wszyscy – i Roosevelt i inni politycy, którzy odmawiali pomocy Żydom, a także sami Żydzi amerykańscy – obawiali się, że upominając się o swoich europejskich braci, obudzą jeszcze silniejszy antysemityzm w samej Ameryce. Więc także i oni nabrali wody w usta. Tak, że wina Amerykanów tak naprawdę nigdy nie została wprowadzona do świadomości powszechnej.
Natomiast Holocaust – tak. Przejęcie się tym wydarzeniem i zrobienie z niego fragmentu amerykańskiej historii nastąpiło dzięki serialowi „Holocaust”, który był tu niebywale popularny.

Agnieszka Holland w Chicago (zdjęcie własne)

– To były lata 70-te?

– Tak. I to przeorało zupełnie amerykańską świadomość, ten film miał kolosalne znaczenie. Równie ważny był serial „Korzenie”. On z kolei zmienił spojrzenie na Afro-Amerykanów.
Myślę, że Obama bez seriali nie miałby żadnej szansy na elekcję. Bo to właśnie najpierw w serialach – takich np. jak „The West Wing” albo „24 Godziny”- prezydentem był kolorowy, Latynos albo Murzyn. I nagle miliony Amerykanów, które te seriale oglądają namiętnie, zobaczyło że to jest możliwe. Tak, że tutaj, w Ameryce, byłoby czymś bardzo trudnym wprowadzenie czegoś do społecznej świadomości bez użycia kina czy telewizji. Ale także w innych krajach kino i telewizja mają olbrzymie znaczenie w takiej edukacji społecznej, wpływając na to, jak ludzie postrzegają świat, historię czy wreszcie samych siebie. Już Lenin mówił, że kino jest najważniejszą ze sztuk i choć dzisiaj już chyba nią nie jest, to jest nadal czymś bardzo ważnym. Teraz doszedł do tego internet, ale on też jakby niesie podobne treści i jest tylko narzędziem.

– Tak się akurat złożyło, że dosłownie tuż przed prezentacją Pani nowego filmu w Chicago, tutejsza publiczność miała okazję obejrzeć inny film odnoszący się do ważnego momentu w naszej historii, a mianowicie „Bitwę Warszawską” Jerzego Hoffmana. Prawdę mówiąc trudno jest mi wyobrazić sobie filmy bardziej odległe od siebie pod względem sposobu podejścia do historii – sposobu narracji, stosunku do opisywanych faktów, rzeczywistości i bohaterów – w przedstawianiu tzw. „realiów”.
Czy widziała już Pani ten film? A jeżeli tak, to jakie ma Pani o nim zdanie?

– Nie, nie widziałam. Ale mogę sobie mniej więcej wyobrazić jaka jest „Bitwa”, bo znam filmy Jurka Hoffmana, a także słyszałam i czytałam o tym filmie, więc mogę się spodziewać jak wygląda. Szczerze mówiąc, tak w planie czysto ludzkim – bo to mogę ocenić niezależnie od tego, czy widziałam film, czy nie – to jestem pełna podziwu dla faceta, który w wieku 80 i iluś tam jeszcze lat…  dodałabym: przeżytych bardzo bujnie – ma tak niebywałą energię, że jest w stanie takie olbrzymie przedsięwzięcie zrobić i doprowadzić do końca.

– Bez względu na efekt?

– Bez względu na efekt! Ja mówię tu teraz o tym wymiarze czysto ludzkim, nie filmowym. A samego efektu nie mogę ocenić, bo tego filmu nie widziałam.

– Chciałem jeszcze nawiązać w naszej rozmowie do „Listy Schindlera”, bo ten właśnie film przychodził mi często do głowy, kiedy myślałem o Pani nowym filmie. Trudno nie zauważyć tego, że obraz Spielberga opisuje Holocaust raczej w biało-czarnych kontrastach, a na dodatek reżyser zdominował na koniec wszystko akordem mocno melodramatycznym. Pani zaś podchodzi do bohaterów i wydarzeń ukazanych w „W ciemności” zupełnie inaczej. Czy Pani film nie stanowi swoistego kontrapunktu, alternatywy dla filmu Spielberga?

– Ja zdecydowanie szanuję film Spielberga. Pamiętam, że kiedy go oglądałam po raz pierwszy, to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie dlatego, że uważałam, że Spielberg nie jest wybitnym filmowcem – bo jest, ale jego sfera zainteresowań tematycznych była tak odległa, że nie wyobrażałam sobie tego, że on będzie w stanie zrobić coś tak powściągliwego i jednak trzymającego się dość ściśle faktów. Rzeczywiście ten koniec zepsuł to dla mnie – bo te ostatnie 20 minut filmu są już bardzo trudne do przełknięcia dla człowieka o moim światopoglądzie i guście. I szkoda, że tak się stało, bo „Lista Schindlera” i tak by się przebiła do amerykańskiego widza, nawet gdyby nie miała tego ucukrowanego końca. Natomiast oczywiście jest to wielkie epickie kino amerykańskie z wszystkimi jego zaletami i ograniczeniami. Sama postać bohatera jest jednak kreślona taką… zbyt grubą krechą.

– U Pani jest inaczej.

– Tak, bo ja starałam się tu – po pierwsze: wyprać tę historię z jakiegokolwiek sentymentalizmu i lukrowania, czy też teatralizacji tych wydarzeń. Zależało mi na takiej fakturze prawdy, która byłaby prawie że dokumentalna, jak również na tym, żeby ci bohaterowie nie byli pokazani plakatowo, no i żeby ta grupa Żydów ukazana w tym filmie była zróżnicowana; żeby ich zachowanie nie było zawsze zachowaniem anielskich, słodkich ofiar, jednym słowem  – żeby po prostu byli zwykłymi ludźmi. Podejście Spielberga jest natomiast bardziej plakatowe, komiksowe. Moje – myślę że jednak artystycznie głębsze. Tym niemniej, taki film jak mój musi mieć – ze swojej natury – bardziej ograniczoną widownię, podczas gdy film Spielberga oglądały miliony, miliony widzów na całym świecie. Ale nie sądzę, że to jest tak, że jeden film jest przeciwko drugiemu – one po prostu mogą funkcjonować równolegle.

– Ja wkrótce po premierze „Listy Schindlera” w Stanach, napisałem recenzję o tym filmie, która się ukazała w „Polityce”. Ale, oprócz podziwu dla filmowej sztuki Spielberga, wyraziłem w niej wątpliwości, co do zasadności tak obcesowego melodramatyzowania Holocaustu. Przypomniałem też fakt, że człowiek, który już dłuższy czas pracował nad scenariuszem do tego filmu, zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, mówiąc, że nie może przystać na jego wizję tamtej historii, gdyż nie pozwala mu na to jego – jak się dosłownie wyraził – dziennikarska uczciwość. Oczywiście moja recenzja, jak i następne artykuły jakie się pojawiły w „Polityce” wywołały burzę…

– Bo świętości się nie szarga?

– Nie wiem, czy świętości. Ale wyglądało na to, że wdepnąłem właśnie na ową zaminowaną łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły. I później jednak doszedłem do wniosku, że chyba lepiej byłoby pewne rzeczy przemilczeć.

– Wie pan, zawsze jest dobrze pisać co się myśli i zawsze jest jednak lepiej iść pod prąd… moim przynajmniej zdaniem. Dlatego, że ten konformizm w ocenach dziennikarskich jest w dzisiejszych czasach tak wyjaławiający, że ja właściwie teraz już nie mogę czytać recenzji – polskich zaś szczególnie – dlatego, że z góry wiem, co tam będzie napisane. I jeżeli powstają jakieś polemiki, czy burze, to też one są w jakiś sposób zaprogramowane przez pewną przynależność estetyczno-polityczną. Ja pamiętam np. znany polski krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski, po pokazie „Pianisty” w Cannes, schlastał ten film niemiłosiernie, (zresztą miał tam swoje racje, z którymi nawet ja bym się zgodziła). Kiedy jednak film dostał nagrodę i dobrze go przyjęto w kraju, to on wtedy napisał jakąś zupełnie nową recenzję, wycofując się zupełnie z tego, co ogłosił wcześniej. Wątpię, żeby tak nagle i diametralnie zmienił swoje zdanie. Może się po prostu przestraszył, że podszedł za bardzo pod prąd? A z kolei wielu idzie pod prąd, ale tylko wtedy, kiedy się nic tym nie ryzykuje. Więc nawet tacy wybitni krytycy jak on, są dzisiaj bardzo skonformizowani. Ale nawet jeśli ktoś pisze z takiego punktu widzenia „barbarzyńcy w ogrodzie”, to mnie się to wydaje bardzo odświeżające.

– Pamiętam, że właśnie przy okazji tej awantury o „Listę Schindlera” Daniel Passent wyraził opinię, że być może kino w ogóle nie powinno się brać za taki temat, jak Holocaust, bo nie jest w stanie przekazać istoty i horroru tego, co się działo, a ponadto narusza jakby męczeńskie sacrum ofiar.

– Coś w tym jest. Np. Lanzmann – który jest facetem dość antypatycznym, i który myśli, że ma monopol na zajmowanie się Holocaustem i że kino nie ma już prawa tego robić – uważa, że jakakolwiek rekonstrukcja tamtej rzeczywistości jest właśnie jakby naruszeniem pewnej „świętości” – tajemnicy tamtego horroru. Ja mogę zrozumieć taki punkt widzenia, no ale właśnie dlatego, że jest to takie trudne, to rodzi się pokusa, aby się z tym zmierzyć. Z kolei wydaje mi się, że gdyby takich filmów nie było – mam na myśli te obrazy, które Holocaust teatralizują czy nawet melodramatyzują – to ludziom bardzo trudno byłoby sobie wyobrazić, czy choćby tylko zbliżyć się do wyobrażenia tego, czym to naprawdę było. Jednak uważam, że jest taka granica, przed którą należałoby się zatrzymać. Ja np. nigdy nie zdecydowałabym się na zrobienie takiej sceny w komorze gazowej, jak to pokazał Spielberg. Kiedy ją oglądałam, to właśnie miałam wrażenie, że pewna granica… pewne tabu zostało przekroczone – a pewnych rzeczy się po prostu nie pokazuje.

– Lecz to tabu coraz częściej jest dzisiaj – nie tyle naruszane, co wręcz niszczone.

– Tak. Np. filmowanie czyjejś śmierci i wrzucanie tego w internet jest już dzisiaj czymś niemalże banalnym. Przyzwyczaja się nas do oglądania takich obrazów, takiego horroru, że ta nasza wrażliwość jest chyba coraz bardziej przytępiana. I wtedy, dla kogoś kto ma jakieś artystyczne ambicje, pojawia się pytanie, jak – wobec takiego zbanalizowania okrucieństwa – pokazać coś, aby ludzie na nowo poczuli przy tym jakieś głębsze emocje, a nie tylko pewien rodzaj takiej sadystycznej satysfakcji.

Bilet wejściowy na otwarcie 23 Festiwalu Filmów Polskich w Ameryce, na którym zaprezentowano nowy film Agnieszki Holland „W ciemności”

– A propos głębszych emocji. Chciałbym, abyśmy jeszcze porozmawiali o Pani najnowszym filmie. Niedawno czytałem wywiad z Krystyną Chigerową, która jako jedyna z tych, którzy zostali uratowani przez Sochę we lwowskich kanałach, przeżyła do dzisiaj. To właśnie ta dziewczynka „w zielonym sweterku”, która na plakacie filmowym, wychyla się wraz z Sochą-Więckiewiczem z rynsztokowego włazu. Ja spodziewałem się, że właśnie ta relacja między nią a Poldkiem będzie niejako stanowić oś emocjonalno-dramaturgiczną filmu, a tu nie – to pokazane jest bardziej w drugim planie, więc pewnie dlatego, ja tej więzi między nimi za bardzo nie poczułem. I tego mi trochę brakło.

– No tak, ale to musiałoby pójść wtedy bardziej w stronę sentymentalizmu, a ja nie chciałam tego robić. I tak mi się czasem zdawało, że idę w tym za daleko. Np. jest taka scena, w której Poldek wyciąga rękę, a ta mała podaję mu łapkę… W pierwszym montażu ja to wycięłam, bo wydawało mi się, że jest to właśnie za bardzo sweety, ale w końcu tę scenę przywróciłam – za radą producentów, zresztą. Tak więc, ja nie chciałam iść w coś takiego za daleko. Oczywiście to jest wzruszające, ale to nie o tym jest ta historia.

– Moja żona była nieco zawiedziona, że nie pokazała Pani w swoim filmie czegoś, o czym wspomniała w swojej książce Krystyna Chiger, a mianowicie tego, że pewnego dnia Poldek czołgał się przez dwie godziny w kanałach, żeby przynieść tej małej dziewczynce bukiet stokrotek.

–  Wie pan, on w ogóle był chyba milszym i bardziej poczciwym człowiekiem, niż gra go Robert, ale to, co jest ciekawe w tym filmie, to jest właśnie dynamika tej głównej postaci. A gdyby ją osłodzić, to ta dynamika by pewnie zniknęła i myślę, że to by zaszkodziło filmowi.

– Krystyna Chiger wydała swoje wspomnienia właśnie pod tytułem „Dziewczynka w zielonym sweterku”. Przywodzi to skojarzenia z inną znaną książką, a mianowicie „Dziewczynką w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej (chodzi o ten sam płaszczyk, który nota bene wyróżnił również w swoim czarno-białym filmie Spielberg). Czy wg Pani ta relacja może mieć jakieś głębsze znaczenie?

– Wydaje mi się, że kiedy Krystyna nadawała tytuł swoim wspomnieniom, to nie znała jeszcze książki Ligockiej.

– A ja myślałem, że jest to coś w rodzaju trawestacji.

– Nie wiem. Muszę ją o to zapytać. Ale to chyba byłoby trochę niemądre, bo np. na polskim rynku mogłoby się ludziom pomylić – czerwone, zielone… to w każdym razie jakaś dziewczynka w kolorowym ubranku. A rynek polski jest jednak ważny. Zresztą, pierwsze wydanie tej książki rozeszło się w Polsce w ogromnych, jak na nasze warunki, nakładzie 30 tys. egzemplarzy, a teraz przygotowywane jest nawet wydanie drugie.

– Warto przy tym wspomnieć, że ten zielony sweterek znalazł się nawet w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. A więc ma niewątpliwie jakieś symboliczne znaczenie.

– Prawdę mówiąc, ja o tym, że Krystyna Chiger żyje, dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy film był już prawie gotowy. Scenariusz bowiem opierał się przede wszystkim na książce Marshalla. Mimo to okazało się, że ja – może nawet intuicyjnie – zawarłam w swoim filmie to, co później znalazłam we wspomnieniach Krystyny.

– Np. moment ukazujący jej młodszego brata, który – kiedy już można było wyjść na powierzchnię – zaczął płakać, bo chciał do kanałów wracać, jakby świat pełen słońca go przerażał.

– Nie, to akurat w książce Marshalla było.

– Ale ja mam do Pani jeszcze o coś pretensję. Otóż, już po zakończeniu filmu, i po podaniu informacji o tym że Socha zginął niedługo po tym, jak wyprowadził z kanałów „swoich Żydów” (przejechał go samochód), na całą szerokość ekranu pojawia się napis, który stanowią słowa jakiegoś Polaka – jego reakcję na śmierć Sochy: „To jest kara boska za to, że uratował tych ‚żydków'”. Czy warto jest spinać cały film taką klamrą? Wypowiedzią, która jest nie tylko nikczemna, ale i głupia i chyba jednak bezmyślna. A przecież można to odbierać jako ważny i istotny akcent, który niejako komentuje cały film. Poza tym, to chyba podważało samo przesłanie, jakie można w Pani filmie odnaleźć.

– Dla mnie to było jednak bardzo ważne. Prawdopodobnie ja bez tego bym takiego filmu nie robiła. To jest ważne, bo właśnie stawia pod znakiem zapytania cały ten happy end. Gdyż ten czyn Sochy, jego dojrzenie do pewnego bohaterstwa, w społecznym odbiorze jakby nie zaistniało. On wcale nie zginął jako bohater. On zginął dość głupkowato pod kołami samochodu prowadzonego przez jakiegoś pijanego Ruska, a na jego pogrzebie, czyli kiedy o ludziach zwykle mówi się to, co najlepsze, ktoś – prawdopodobnie wyrażając szerszą opinię – mówi, że ratował żydków i to jest kara boska.

– Czy rzeczywiście była to taka „szeroka” opinia”?

– Ale to była prawda. I ci wszyscy Żydzi, którzy tam wtedy przyjechali na ten pogrzeb jak jeden mąż, i szlochali, odebrali to jako niebywały policzek dla wszystkiego, co Socha dla nich zrobił. To jest to, co spotkała tzw. „Sprawiedliwych” w powojennej Polsce.
Czy nie zetknął się Pan nigdy w Polsce ze stwierdzeniem, że Hitler, wprawdzie robił straszne rzeczy, ale jedno zrobił dobrze – że załatwił Żydów?

– Zetknąłem się, niestety.

– No właśnie. I pewnie mówili to ludzie, których by pan nigdy nie podejrzewał, że mogą coś podobnego powiedzieć.
A nie zadał pan sobie nigdy pytania dlaczego ci „Sprawiedliwi” ukrywają się przed sąsiadami? Że większość z nich nie chciała się wypowiadać, a jeśli już coś mówili, to ukrywali się pod pod pseudonimami? Irena Sendlerowa np., została bohaterką – na szczęście żyła prawie sto lat, więc zdążyła stać się znaną przynajmniej w Polsce  – i odkryły ją dopiero jakieś dwie licealistki z Karoliny Północnej, które napisały o niej sztukę. Inaczej pies z kulawą nogą by o niej nie wiedział, może poza kilkoma starymi Żydówkami, które ją odwiedzały. Nic by o niej nie wiedziano, bo nie chciano by wiedzieć

–  Dlaczego tak się dzieje?

– Dlatego, że w świadomości Polaków, ci którzy dotychczas ratowali Żydów, nie byli żadnymi bohaterami, byli wręcz czasem  zdrajcami. Ponieważ, to było tak, jakby nagle przystawiali nam lustro, w którym my widzimy swoją złą twarz. Byli wyrzutem sumienia. W Jedwabnem np., ta Antonina Wyrzykowska, która uratowała tam grupę Żydów, musiała z tego Jedwabna uciekać aż do Ameryki.

– Ale teraz ta perspektywa jakby się zmienia.

– Tak, to się zmienia, i to jest ciekawy proces. Wychodzą na jaw nowe fakty, publikuje się o tym nowe książki… Ale nagle też poczuliśmy taką potrzebę, że mówimy: zaraz! ale to nie jest cała prawda o nas! Prawdą o nas jest może to, ale także i to, że była Sendlerowa, że były te tysiące Polaków, którzy narażali własne życie i bezinteresownie ratowali bliźniego. Oni są naszymi bohaterami. Powstała potrzeba jakiejś równowagi. Tak, że paradoksalnie, te fakty o polskim antysemityzmie, czy o pewnych polskich zbrodniczych zachowaniach podczas II wojny światowej, otworzyły drogę do poznania wielkich Polaków, Sprawiedliwych. Te wrota były przedtem zamknięte.

– Czy sądzi Pani, czy dla tego młodego pokolenia, które teraz dopiero wchodzi w dorosłość, te sprawy są istotne i ważne? Czy ci młodzi ludzie chcą albo nawet… czy muszą zmierzyć się z przeszłością swoich dziadków, rodziców – odnieść się do niej i umocnić, aby tym samym poznać lepiej własną tożsamość?

– Muszą. I robią to. Tzn. nie twierdzę, że to jest ruch masowy. Ale ci najbardziej ciekawi, wartościowi i świadomi młodzi ludzie, tym się jednak zajmują. Chcieliby wiedzieć, co robili ich dziadkowie, bo to w jakimś sensie jest częścią ich samych. Nagle powstaje taka potrzeba, żeby się z tym zmierzyć.
Z drugiej strony jednak, Żyd jakby się zrobił w Polsce czymś abstrakcyjnym – bo przecież w Polsce Żydów prawie już nie ma. Choć ci, którzy są, często manifestują swoją żydowskość. Dużo też Żydów Polskę odwiedza – a mówię tu już o tych Żydach ortodoksyjnych, co wyglądają trochę tak egzotycznie, z pejsami…

– Tak, przyjeżdżają. Choćby do mojego rodzinnego Leżajska, miejsca kultu chasydzkiego.

– No właśnie. To się więc teraz wszystko zmienia. Z drugiej jednak strony, dla Izraela, który prowadzi taką politykę, jaką prowadzi – co jest moim zdaniem tragiczne – nagle Polska stała się głównym sojusznikiem. I tak było za rządów różnych politycznych opcji, zarówno za Wałęsy, Kwaśniewskiego, jak i Kaczyńskiego czy Komorowskiego… Wszyscy ci politycy stoją, czy też stali za Izraelem, prawie jak Amerykanie.

– Ale czy nie wynika to tylko z jakiejś politycznej koniunktury?

– Nie, to jest coś więcej. Zresztą obecnie koniunktura polityczna odwraca się od Izraela. Odwrócili się Francuzi, odwrócili się Niemcy… tak, nawet Niemcy.
To wynika więc z czegoś innego.

– Może jest to czymś w rodzaju zadośćuczynienia?

– Tak. Myślę, że coś w tym jest – również takie poczucie wspólnoty losu.

– Uważam, że do tego pozytywnego procesu zmian może się także przyczynić Pani nowy film „W ciemności”, który ukazuje Żydów w zupełnie inny niż jak to było dotychczas w zwyczaju,  sposób – a mianowicie z tej strony… hm… bardziej ludzkiej, ale ze wszystkimi tego konsekwencjami. Np. uświadamiając nam, że wszyscy oni mieli swoje wady i słabości – i że nawet same ofiary nie zawsze zachowywały się chwalebnie.

– Ja sądzę, że jest to szalenia ważne. Bo na czym polegał trick faszyzmu, czy jakiegokolwiek agresywnego anty-semityzmu? Na takim odebraniu Żydom cech ludzkich – na zrobieniu z nich nie-ludzi. Dlatego łatwo było ich zabijać.
Ale proszę zauważyć, że taka apologetyczna twórczość o Żydach robi coś podobnego. Ona oddziela Żydów od cech ludzkich – przez co nie są oni już ludźmi, tylko aniołami. Tak więc przywrócenie Żydom człowieczeństwa – ale takiego zwykłego człowieczeństwa – jest czymś najlepszym, co można teraz zrobić.

– Myślę, że filmem „W ciemności” to się Pani udało.

*  *  *

Inny fragment wywiadu z Agnieszką Holland („Bardzo ważny jest Dekalog”) można przeczytać TUTAJ.

*

Reklamy

komentarzy 56 to “W CIEMNOŚCI – o najnowszym filmie Agnieszki Holland”

  1. sarna Says:

    Mądra kobieta.

    • Logos Amicus Says:

      Zdarza się ;)

      Wersja alternatywna (do wyboru):

      To prawda :)

      • sarna Says:

        :) Twój jeden komentarz do komentarza, a codziennie ma inny wydźwięk ;)

        Wiesz, co? Nieme kino obecnie nie ma już racji bytu choćby dlatego, że dziś mając klawiaturę kobieta może mówić nawet nie ruszając ustami :)

        • sarna Says:

          – zgadza, się liczba komentarzy do komentarza,
          – zgadza się, że codziennie inny wydźwięk,
          – nie zgadza się to, że jest to codziennie ta sama treść Twojego komentarza do komentarza

          Chyba miałeś rację, że nuda nam nie grozi – zbyt długo w nie wytrzymujemy w stanie rozejmu

  2. Ewa Says:

    Jak to dobrze, że świat nie jest czarno-biały. I dobrze, że są ludzie którzy swoje racje przekazują komunikatywnie i logicznie, nie pozostawiając niemiłego wrażenia rozziewu pomiędzy słowami a czynami (efektami). Zadałeś Pani Holland ciekawe, szczere pytania, a Ona miała szansę wyjaśnić swój sposób postrzegania historii i teraźniejszości – w sposób w jaki mało kto potrafi. Może dlatego, że oboje widzicie świat wielowarstwowo; oboje potraficie te kolejne warstwy objaśnić.

    Jednak nie wiem czy mogłabym ten film oglądać, choćby po to tylko, by zweryfikować to co przeczytałam, z tym co na ekranie. Pewnie bym go ‚odchorowała’, więc nie wiem czy mogę sobie ‚na to pozwolić’ . Zresztą, takie postrzeganie mizerii ludzkiej jest mi bliskie, tak mam to przemyślane. Chyba nie potrzebuję więcej kamyczków w moim ogródku.
    Więc… tylko gratuluję wywiadu i recenzji.
    Ciekawa jestem opinii komentujących; przeważy Dur czy moll. Ciekawe, gdzie zawiodą nas rozważania. Czy wywiad i film będą miały w dyskusji dominujące znaczenie. Będę wracać (to arcyciekawe tematy) i ‚obserwować’; po to są blogi.

    • Logos Amicus Says:

      Film Agnieszki Holland, mimo że trudny w odbiorze (przede wszystkim ze względu na tematykę), wart jest moim zdaniem obejrzenia. Bo temat Holocaustu jest tematem bardzo ważnym. I niestety, ciągle aktualnym. Wątpię bowiem, czy nie grozi nam – nawet w Europie – popełnienie podobnego błędu, czy też raczej zbrodni.
      A co do dyskusji – ta zależy wyłącznie od tych, którzy mój blog odwiedzają. Jest tych wejść na moją stronę sporo, ale z tych, kórzy mój blog odwiedzają, zabiera głos tylko znikoma ilość osób. A szkoda.
      Bo np. chętnie przeczytałbym głosy młodszego pokolenia na temat stosunków Polaków do Żydów, albo przejawów anty-semityzmu we współczesnej Polsce (chciałbym wiedzieć, czy rzeczywiściejest to teraz problemem, jakie są tego źródła…) Liczyłbym na wypowiedzi pozbawione tzw. politycznej poprawności, czyli – jednym słowem – szczere.

  3. sarna Says:

    Ponieważ postrzegam holocaust i antysemityzm podobnie jak Pani A. Holland, w pierwszej chwili po przeczytaniu wywiadu (starannie przemyślany, mądry) pomyślałam, że tyle razy rozmyślałam nad poruszonymi tu zagadnieniami, że w zasadzie, dla mnie nic nowego ta rozmowa nie wniosła, nie dowiedziałam się niczego czego bym już nie wiedziała. Ale jednak zostało w tej rozmowie powiedziane „coś”, co znowu posadziło mnie przed monitorem.
    Otóż Pani Holland zauważyła coś istotnego, a mianowicie, że na co dzień jesteśmy epatowani obrazami przemocy z którymi się oswajamy, a przez to stajemy się obojętni na dziejące się dookoła nas i na świecie zło.

    „Np. filmowanie czyjejś śmierci i wrzucanie tego w internet jest już dzisiaj czymś niemalże banalnym. Przyzwyczaja się nas fo oglądania takich obrazów, takiego horroru, że ta nasza wrażliwość jest chyba coraz bardziej przytępiana. I wtedy, dla kogoś kto ma jakieś artystyczne ambicje, pojawia się pytanie, jak – wobec takiego zbanalizowania okrucieństwa – pokazać coś, aby ludzie na nowo poczuli przy tym jakieś głębsze emocje, a nie tylko pewien rodzaj takiej sadystycznej satysfakcji”.

    Mogłoby się wydawać, że w dobie postępu technologicznego reżyser ma obecnie łatwiejszą pracę niż w pionierskich czasach kina, ale jednak, jeśli nawet dziś ma lepszy „warsztat” i możliwości, to jednak chyba ma trudniejszego widza. Trudniejszego, bo znudzonego, przekonanego, że kino nie może mu już nic nowego zaoferować. Trudniejszego, bo właśnie znieczulonego na drugiego człowieka. Trudniejszego, bo dziś świat ma do zaoferowania tyle innych form rozrywki.
    Zatem pytanie Pani A. Holland jak opowiedzieć widzowi o czymś, co już zapewne wie w sposób, który wywoła głębsze emocje? – jest tym, które drąży teraz moją szarą komórkę.

    Twój wywiad jest dowodem, że film Ciebie i innych poruszył, skoro były owacje na stojąco – za co moje wirtualne brawa dla Reżysera i całej ekipy filmowej.
    Recenzja filmu napisana tak sugestywnie, że muszę :) go zobaczyć.

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli reżyser ma teraz ławiej w robieniu filmu, to jest to raczej większa łatwość techniczna, niż stricte artystyczna. Nie wiem bowiem czy w obecnej dobie nawału obrazów i informacji, łatwiej zwrócić (i przykuć) uwagę widza, „zepsutego” już niewątpliwie ilością propozycji, jakich mu dostarcza tzw. „przemysł rozrywkowy” oraz sztuka (w tym sztuka kina). Dlatego bardzo ważna jest moim zdaniem nasza zdolność wybiórcza – szukanie i odbajdywanie tego, co ma jakąś wartość. A do tej kategorii zaliczają się wg mnie filmy Agnieszki Holland.

      Chciałabyś zadać reżyserce pytanie: „jak (można dzisiaj) opowiedzieć widzowi o czymś, co już zapewne wie, w sposób, który wywoła głębsze emocje?”
      Ja myślę, że poniekąd Agnieszka Holland odpowiada na to pytanie swoim filmem.
      (To nie jest tak, że widz wszystko wie. Sądzę, że widz – a i ja jestem takim widzem – ciągle wie jednak mniej niż więcej ;) )

  4. Peckinpah Says:

    Zaczynam się bać tego filmu, może to być dla mnie zbyt ciężkie kino :) „Listę Schindlera” próbowałem kiedyś obejrzeć, ale nie wytrwałem do końca i jakoś nie mam ochoty do niego wracać. Wydaje mi się, że „Pianista” jest lepszym filmem, dostarczył mi większych emocji, bardziej mnie poruszył.
    Widzę, że w trakcie dyskusji z panią Agnieszką padł tytuł mojego ulubionego serialu „24 godziny”. Również myślę, że Obama bez tego serialu nie miałby szansy na elekcję. W ciągu ośmiu sezonów tego serialu prezydentami USA byli dwaj Murzyni oraz jedna kobieta. Może więc wkrótce prezydentem Stanów zostanie kobieta :) Wtedy byłaby już pewność, że serial ma duży wpływ na politykę czy – jak to wyraziła pani Agnieszka – na postrzeganie przez ludzi świata, historii czy samych siebie.
    Co do Sobolewskiego to myślę, że mógł zmienić zdanie o filmie, czemu nie. Mi często się zdarza zmieniać zdanie dotyczące jakiegoś filmu, np. jak się dowiem, że film zdobył jakąś prestiżową nagrodę to staram się w takim filmie zobaczyć coś, czego nie dostrzegłem za pierwszym razem i wtedy mogę film bardziej docenić. Tak było np. z „Gladiatorem”, który z początku mi się nie spodobał, ale dość szybko zmieniłem o nim zdanie.

    • Logos Amicus Says:

      Jesteś prawdziwym kinomanem, więc nie możesz się „bać” tego filmu ;)

      Zaciekawiła mnie Twoja reakcja na „Listę Shcindlera”. Czy nie mogłeś wytrwać na tym filmie do końca dlatego, że poruszał on tak drastyczny temat, czy też nie podobał Ci się film jako taki (tzn. od strony realizacyjnej, warsztatowe)?
      Chyba jednak to pierwsze – bo Spielberg zrobił „Listę” według klasycznych hollywoodzkich procedur, które jednak zapewniają popularne wzięcie.

      Tak, Sobolewski mógł zmienić zdanie – czemu nie?
      Ale jeśli to była zmiana tylko li koniunkturalna (żeby np. komuś nie podpaść, lub przeciwnie – aby komuś się podlizać) to dla mnie jest to zachowanie poniżej uczciwości – może nawet godności – szanującego się, poważnego krytyka kina. Z tego względu np. bardzo lubiłem Zygmunta Kałużyńskiego, który w swoich sądach wydawał się zawsze człowiekiem nie idącym na żadne układy, czyli niezależnym a nawet bezkompromisowym (a ponadto… ten jego język ! ;))

      Mnie również zdarza się (choć rzadko) zmienić własne zdanie o filmie – z tym że nie jest to jednak zmiana drastyczna – takie odwrócenie kota ogonem, o 180 st.) Najważniejsze jest dla mnie jednak pierwsze wrażenie – to, co zykle czuje się swoimi „bebechami”. Temu w zasadzie zawierzam. I tego nie można zmienić.
      Natomiast niewątpliwie, inna perspektywa kogoś, kto widzi film zupełnie inaczej, może wzbogacić, a także i czasem zrewidować nasze własne spojrzenie (które przecież zawsze jest subiektywne i – o tym też nie można zapominać – ograniczone). Dlatego warto moim zdaniem czytać filmowe recenzje. I kto wie, czy nie są dla nas bardziej cenne te, które wyrażają odmienna od naszego zdanie?

      • Peckinpah Says:

        Prawdziwy kinoman nie musi oglądać wszystkiego, każdy ma prawo wyboru ;)
        A „Listę Schindlera” oglądałem jeszcze w czasach kiedy byłem zbyt młody na takie trudne tematy, teraz pewnie inaczej bym odebrał ten film.
        To prawda, że takie drastyczne zmiany w ocenie filmu to zachowanie „poniżej uczciwości szanującego się poważnego krytyka kina”. Pierwsze wrażenie też jest ważne, np. stronę wizualną i aktorstwo można docenić za pierwszym razem, a dopiero za drugim inne atuty filmu np. scenariusz i reżyserię ;)

        • Logos Amicus Says:

          Oczywiście, że nie musi się oglądać wszystkiego.
          Ale Ty, jako powód, dla którego nie chciałbyś obejrzeć „W ciemności” podałeś strach. Dlatego napisałem, że „bać się” jakiegoś filmu nie przystoi prawdziwemu kinomanowi. A to nic nie ma wspólnego z wolnością wyboru, bo ten wybór determinowany byłby strachem a nie własną wolą. ;)

          A obejrzenie „Listy Schindlera” mimo wszystko polecam.
          (Swoja drogą, pisałem o tym filmie TUTAJ.)

        • Peckinpah Says:

          Odstraszyło mnie przede wszystkim zdanie: „Pewien dyskomfort mógł wywołać obecny w filmie naturalizm: seks, ekskrementy i fizjologia (np. szokujący ekshibicjonistycznie poród).” Obawiam się, że Agnieszka Holland przekroczyła pewną granicę, by zaszokować widzów. Mimo że sama zarzuca Spielbergowi, że w „Liście Schindlera” przekroczył granicę…

        • Logos Amicus Says:

          To, czy Agnieszka Holland przekroczyła jakąś granicę, warto byłyby jednak sprawdzić samemu.
          (Tym bardziej, że nie było moją intencją odstraszanie od tego filmu kogokolwiek, wręcz przeciwnie.)

          Zresztą, z tym przekraczaniem granic to jest różnie. To co dla jednego jest takim przekroczeniem, dla kogoś innego już czymś takim być nie musi. Ale to jest też sprawa pewnej wrażliwości estetycznej, czy może raczej odporności na ekstrema.

        • Peckinpah Says:

          Na pewno sprawdzę samemu. Wkrótce… Nie jest to jednak film, który chciałbym obejrzeć w kinie, cierpliwie poczekam na premierę telewizyjną. Dodam jeszcze, że z filmów Agnieszki Holland najbardziej podobały mi się dwie produkcje zagraniczne: „Zabić księdza” i „Tajemniczy ogród”.

        • sarna Says:

          Peckinpah, dyskomfort wywołany obecnym w filmie naturalizmem w postaci obrazu i dźwięku (seks, ekskrementy i fizjologia) widz możne jeszcze póki co zminimalizować manipulując organami wzroku i słuchu. Radzę idź teraz do kina na filmy, które Cię straszą naturalizmem, bo już niedługo efekty naturalizmu będziemy mogli w kinie odbierać również organem powonienia, a tego na dłużej nie wyłączysz ;)
          Swoją drogą zastanawiam się, jak daleko posuną się i co jeszcze wymyślą filmowcy, by zainteresować widza swoją produkcją? Czy współczesny widz jest tak obojętny emocjonalnie lub tępy umysłowo, że trzeba go epatować aż tak topornymi albo dosłownymi środkami wyrazu, by do niego dotrzeć?
          Osobiście, wolę w filmie niedopowiedzenia, którymi również można znakomicie w wyrafinowany sposób budować klimat i przemycać przesłanie autora dzieła/filmu, bez walenia widza obuchem w łeb. Poza tym niedopowiedzenia rozbudzają wyobraźnię, budując zaangażowanie widza w film, jak również pozostawiają mi małą furtkę na własną interpretację tego co widzę i czuję – co przy nieco buntowniczej naturze jest niezbędne, inaczej udusiłabym się nawet z niezatkanym organem powonienia :)

        • Peckinpah Says:

          @sarna
          Ja też lubię niedopowiedzenia, dlatego cenię stare kino, bo w starych filmach twórcy byli ograniczani przez cenzurę oraz tzw. kodeks Haysa i dzięki temu powstawały niezapomniane obrazy, które, tak jak napisałaś – „rozbudzały wyobraźnię i pozostawiały furtkę na własną interpretację”.

        • sarna Says:

          Peckinpah, zajrzałam do Ciebie :), no i zauważyłam, że cytujesz Kogoś z epoki tak starego kina, że aż niemego. Jeden z cytatów był o tym, że uroda niemego kina polegała na tym, że kobieta poruszała ustami, ale nie wydawała dźwięku. Wierzę, że Stare Kino może się podobać;)
          A poważnie, to też lubię wracać do Starych Mistrzów Kina, tyle, że moje lubienie jest czysto amatorskie.

          pozdrawiam

  5. giocarte Says:

    Pytasz o młodsze pokolenie, Logosie. Parę razy zmieniałem szkoły, starałem się wyłapywać wszelkie ekstrema w moich środowiskach, taka wprawka do zawodu (dajBóg) ;)
    Antysemityzm wśród młodych spotykałem stosunkowo rzadko; jeżeli już, to jako przedłużenie nacjonalizmu. Jeśli chodzi o ogólną tolerancję, to powszechna świadomość w Polsce zmierza moim zdaniem ku obojętności, za którą teraz płaci Zachód. Brak jest jakiegoś wyrazistego stanowiska, określonej postawy wobec Żydów i innych obcokrajowców, więc młodzi ludzie traktują ich z obojętnością. Wiadomo, obecnie w Polsce nasila się okcydentalizacja, a tam generalnie – tj. na Zachodzie – sprawę rozwiązano w ten sposób, że jej nie rozwiązano (zamieszanie z meczetem w Nowym Jorku jest sprawą z wielu względów wyjątkową, owszem, ale takich – konfliktowych – spraw chyba było sporo).
    Ale spotkałem też kilkanaście osób, u których ta nienawiść występowała w formie czystej a najgorszej. (Parę z nich nawet nie było żadnymi nacjonalistami.)Czystej a najgorszej, bo ślepej, głuchej. Podjąłem nawet próbę perswazji, lekkiej nawet, ale nie było szans. Mało kto ma dziś skrystalizowane poglądy, mało kto dzisiaj zastanawia się poważniej nad czymkolwiek, lecz ci, którzy swoją określoność jakoś uzyskali, trzymają się jej kurczowo i wręcz wściekle (może dlatego właśnie, że tak ciężko było im to – samookreślenie – osiągnąć?). Merytoryczna dyskusja z takimi ludźmi jest bezcelowa, ponieważ są doskonale niewrażliwi na argumenty, nawet najlogiczniejsze. W domu (dzisiaj właściwie na ulicy, wśród kolegów/koleżanek, a nie „w domu” ) odbierają „odpowiednie” wychowanie i potem przez większość/całe życie nie są w stanie tych wzorców przezwyciężyć. Jak się z nimi rozmawia, to masz wrażenie, że oni coś ważnego ukrywają przed tobą, wiedzą coś, o czym ty nie wiesz. Jednak im dalej indagujesz, dziwisz się, pytasz, tym bardziej to „coś” okazuje się bezprzesłankowym przekonaniem.
    Obowiązuje poza tym myślenie selektywne – „myślę tylko wtedy, gdy opłaca mi się myśleć” i co gorsza „myślę tylko tak, jak opłaca mi się myśleć”. Czyli jeżeli z jakiegoś powodu w cenie będzie antysemityzm, to wyskoczy z odpowiednim transparentami pokaźna liczba młodych ludzi. W cenie – jeżeli ktoś da im za to pieniądze. Raczej tylko wtedy. Jeżeli potrzebna będzie manifa rasistowska, też znajdą się „chętni”.

    Antysemityzm więc funkcjonował (czas przeszły? chyba tak) autonomicznie kiedyś, dzisiaj jest obecny raczej jako przejaw nacjonalizmu, bądź – jak wszystko – pragmatyzmu (tak jak wyżej – będzie koniunktura, pojawią się antysemici). Moja 85 – letnia babcia na przykład wciąż powtarza, że mam się strzec „Cyganów i Żydów”. Gdy pytam, dlaczego, to mówi, że pamięta sprzed wojny, że Cyganie chodzili i zabierali/porywali dzieci („a Cyganki to czarownice !”), a Żydzi rujnowali wioskę lichwą i „w ogóle ci Żydzi to niedobrzy ludzie, wnuczku!”. Jednocześnie z tej samej opowieści mojej babci wynika jednak, że jej wioska mnóstwo na działalności Żydów skorzystała. Na dodatek wysondowałem ostatnio, że babka mojej babci była… Żydówką.
    Raczej z uśmiechem się dzisiaj o tym mówi, bo taka postawa, jak ta mojej babci, niemal już nie istnieje – takie łączenie mistyki z ksenofobią/nacjonalizmem.

    Inne formy dzisiaj przybiera antysemityzm. I tak, jeśli chodzi o piłkę nożną i animozje między kibolami poszczególnych klubów, to jeżeli coś jest „żydowskie”, to oznacza to plugawą inwektywę. (To są jednak te same środowiska, z których rekrutują się nacjonaliści.) A że w większych miastach większość młodych mężczyzn komuś kibicuje, to problem nie dotyczy jakiejś zupełnie drobniutkiej części społeczeństwa.
    Źródłami antysemityzmu są więc dziś często jakieś chore, ufundowane na quasi-historycznych faktach animozje klubowe i – najczęściej – wynoszenie antysemityzmu wraz z wychowaniem z ulicy/domu, jako „tradycji”. To jednak dość niskie procenty ogółu społeczeństwa.

    • Logos Amicus Says:

      Z zainteresowaniem przeczytałem to, co napisałeś.

      Smutne jest to zagubienie dzisiejszej młodzieży, których wychowuje „ulica”, albo jakaś przynależność „klubowa”. Wydaje mi się, ze skomnpromitowano wszelkie autorytety (albo te autorytety same się skompromitowały) stąd zagubienie młodych ludzi i ich dezorientacja – oni nie są a stanie uwierzyć w jakiekolwiek wartości, a zamęt powiększają sprzeczne ze sobą sygnały i wzorce, jakie docierają do Polski z Zachodu. Dlatego oddają się oni takiej doraźności, nie widząc większych dla siebie perspektyw (brak widoków na dobrą, stałą pracę, nie mówiąc już o satysfakcjonującej zawodowej karierze na całe życie).
      Myślę także, że to pomieszanie potęgują media, które nie charakteryzuje rzetelność, tylko interesowne i stronnicze oddanie się jakiejś polityczno-społeczno-kulturowej opcji. Jak również internet, w którym także panuje dowolność i ogólne bezchołowie – często naprawdę tudno jest spod tej góry śmieci wydobyć coś cenniejszego, wartościowego.

      A antysemityzm starszych pokoleń?
      On już jest na szczęście czymś schyłkowym, a ponadto posiada pewien walor „folklorystyczny”, który niejako osłabia jego powagę i ewentualną złośliwość. Najlepiej jest więc chyba puszczać go mimo uszu.

      O wiele groźniejsze wydają mi się występujące w społeczeństwie ciągoty szowninistyczne, zasklepianie się we własnych złudzeniach i kompleksach, podnoszenie się skrajnego nacjonlaizmu, ksenofobia, lęk przed „obcym” i do tego „obcego” wrogość.

      W sumie przykro mi jest patrzeć na to wszystko co się ostatnio dzieje w Polsce. Na te nowe (stare?) podziały, które antagonizują ze sobą Polaków a przy tym nie wystawiają nam zbyt dobrego świadectwa przed Europą i światem.

  6. Torlin Says:

    Z przykrością stwierdzam, że nie mogę obejrzeć tego typu filmów, nie widziałem „Listy”, „Katynia”, „Pianisty”.

    • Logos Amicus Says:

      A mógłbyś Torlinie podać powody?

      • Torlin Says:

        Wiesz, właściwie nie wiem. Może po prostu nie lubię filmów smutnych? O śmierci? O brutalności, katowaniu ludzi? A sam z przykrością stwierdzam, że tematykę żydowską w okresu II Wojny Światowej usunąłem całkowicie ze swojego repertuaru. Wiem, że to strasznie zabrzmi, ale to przeszło, minęło. Ja o tym wiem, nie zapominam, ale nie uważam, żeby jeszcze o tym oglądać filmy.

        • Logos Amicus Says:

          Problem w tym, że wcale nie jest takie pewne, że to wszystko „było, minęło”… Moim zdaniem trzeba o tym mówić i to przypominać, bo licho nie śpi, a potwory historii mogą się obudzić znowu, i to całkiem niepostrzeżenie: patrz: problem islamski w Europie.
          Wiadomo, że to nie jest temat radosny. Ale uciekanie od niego byłoby pewnym rodzajem braku odwagi – takim chowaniem głowy w piasek.

  7. Torlin Says:

    Tylko Drogi Amicusie co innego jest uciekanie od tematu w sensie mentalnym, a co innego jest drżeć o los jakiejś rodziny w getcie czy w Oświęcimiu. Na takiej samej zasadzie nie oglądam horrorów czy thrillerów, bo też się nie chcę denerwować bez konkretnej przyczyny.
    A co innego rzeczywistość! Niech Holland się weźmie nie za żydowskiego samograja, tylko np. nakręci film o francuskim małżeństwie w Marsylii mieszkającym w jednym domu z bezrobotnymi z Maghrebu.
    A tak nawiasem mówiąc cenię tylko dwa filmy tej reżyserki: „Tajemniczy ogród” i serial o premierze, nie pamiętam tytułu. Filmów o homoseksualistach z zasady nie oglądam.

  8. Torlin Says:

    Każdy film o tematyce żydowskiej dotyczącej Holocaustu, gett i prześladowań dostaje natychmiast jak nie Oskara, to jakieś inne bardzo ważne nagrody. Musisz przyznać, że lobby żydowskie w Stanach jest niesłychanie silne. Jak wiesz świetnie, nie jestem od spiskowej teorii dziejów, ale musisz przyznać, że w kwestii filmowej mam rację.

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście, że w tej kwestii masz rację – lobby żydowskie w Stanach jest bardzo silne.
      Ale czy jest w tym coś dziwnego, że mając pieniądze, wpływy… ktoś lansuje temat, który uważa za (dla siebie) ważny? Można by się zżymać, jeśli obraz Agnieszki Holland byłby w tej sytuacji „anty-polski”, ale przecież nie jest. Możemy więc mieć pretensję tylko do „nas”, że nie robimy filmów o innej, ważnej dla nas tematyce (niestety, brzmi to tak, jakby Agnieszka Holland nie była jedną „z nas” – a przecież musimy pamiętać, że ona nadal jest kimś „z nas”, na przekór naszej narodowej skłonności do wykluczania Żydów polskiego pochodzenia z uczestnictwa w „naszych” sprawach, zawsze podejrzewając ich, że cokolwiek robią, to robią to wbrew „naszym” interesom).

      Poza tym: to nie było tak, że Agnieszka Holland tego tematu „żydowskiego” (historii ukazanej w „W ciemności) szukała. Nie, ten temat sam niejako ją znalazł (propozycję zrobienie tego filmu dostała od Kanadyjczyków). Co w tym dziwnego, albo i złego?

      • sarna Says:

        Panowie, Wasza umowa o wspólnej wyprawie do Chin jest aktualna?
        Przepraszam za ciekawość, ale wyobraźni mi nie staje, jak Wy Obaj, „obaj-cwaj” się porozumiecie i nie pytam tu bynajmniej o znajomość języka chińskiego, bo chyba w tym by Wam lepiej szło niż w obecnym :)
        Czy będziecie iść wzdłuż Muru Chińskiego, tyle, że każdy z jego innej strony? :)

        Torlinie jesteś niesprawiedliwy z tymi Oskarami za filmy o Żydach tylko z okresu Holocaustu albo w gettcie. Był piękny musical Skrzypek na Dachu o Żydach i w oparciu o książkę autorstwa Żyda. Nie wiem jak Ty, ale ja się w tym musicalu zakochałam :)

        • sarna Says:

          cd. do Torlina :)

          Otóż ekranizacja „Skrzypka na dachu” również została nagrodzona Oskarem.

        • Logos Amicus Says:

          Po murze chińskim chodziłem już w tym roku… bez Torlina… ;)
          I to mi jak na razie wystarczy, więc do Chin się w najbliższym czasie nie wybieram.

          PS. Sądzę, że uwaga Torlina o „żydowskim samograju” (w odniesieniu do filmu „W ciemności”) była nie tylko wysoce niestosowna, ale i małostkowa (bo przecież Torlin nie uważa się za antysemitę, ale…)
          Ja bym mu przypomniał poparcie Hollywoodu (a zwłaszcza Spielberga) dla Wajdy, który raczej na żadnych „żydowskich samograjach” nie jechał, a którego w Los Angeles nie tak dawno uhonorowano Oscarem za całokształt twórczości.

        • Peckinpah Says:

          Nie jestem antysemitą, ale także trudno mi nie zauważyć, że jednak tematyka żydowska ma duże szanse na prestiżowe nagrody i wielu twórców, także polskich, zdobyło międzynarodową karierę dzięki filmom o Żydach. Andrzej Wajda pierwszą nominację do Oscara zdobył za „Ziemię obiecaną”, w którym jeden z głównych bohaterów jest Żydem. Pewnie gdyby nie ten film to członkowie Akademii nie zwróciliby uwagi na jego kolejne filmy. Z kolei film Agnieszki Holland „Gorzkie żniwa” także zdobył nominację do Oscara (główną bohaterką filmu jest Żydówka).
          A film „Skrzypek na dachu” faktycznie jest znakomity, ale Oscara zdobył w mniej ważnych kategoriach (adaptacja muzyki, zdjęcia, dźwięk).

        • Logos Amicus Says:

          „Nie jestem antysemitą, ale także trudno mi nie zauważyć, że jednak tematyka żydowska ma duże szanse na prestiżowe nagrody i wielu twórców, także polskich, zdobyło międzynarodową karierę dzięki filmom o Żydach.”

          Ale dlaczego, wspominając o tych faktach, musimy zawsze deklarować to, że nie jesteśmy antysemitami?
          Ja myślę, że wina leży jednak po obu stronach: po naszej, gdyż to wygląda tak, jakbyśmy mieli jakieś wyrzuty sumienia, że o tym w ogóle wspominamy (sami temu – wydumanemu najczęściej – antysemityzmowi zaprzeczamy); oraz po stronie tych, którzy każdą wzmiankę krytykującą coś „żydowskiego”, uznają za antysemityzm.
          A przecież krytyczna postawa wobec pewnych żydowskich zachowań (albo nawet wobec nadmiernemu wpływowi lobby żydowskiemu w Stanach) – albo np. wobec agresywnej polityki Izraela dopuszczającego się zbrodni wojennych – nie musi być dyktowana antysemityzmem (choć czasem zdarza się, że u niektórych ludzi jest nim podszyta).
          Tak czy owak: nie możemy się dać zwariować i powinniśmy mówić to, co jest zgodne z naszym sumieniem – i mówić to zwłaszcza bez nienawiści.

        • Peckinpah Says:

          „Ale dlaczego, wspominając o tych faktach, musimy zawsze deklarować to, że nie jesteśmy antysemitami?”

          Ludzie są z reguły przewrażliwieni na tym punkcie. Krytykowanie filmów o Żydach czy o gejach może zawsze sprowokować kogoś do wysunięcia oskarżeń o uprzedzenia czy postawę antyspołeczną. Ja wprawdzie tych filmów nie krytykowałem, bo po pierwsze uważam, że „Ziemia obiecana” to bardzo dobry film, a po drugie „Gorzkich żniw” nie widziałem, ale i tak na wszelki wypadek zadeklarowałem, że nie mam nic złego na myśli, wymieniając te fakty.

        • Logos Amicus Says:

          „Ludzie są z reguły przewrażliwieni na tym punkcie.”

          Kiedy więc wreszcie nauczymy się dyskutować o sprawach polsko-żydowskich – albo o sprawach dotyczących samych Żydów – bez tego przewrażliwienia?

          Z drugiej jednak strony, dość łatwo jest owo przewrażliwienie zrozumieć.

        • sarna Says:

          Peckinpah, wiem, że odbierzesz moją odpowiedź jak czystą amatorszczyznę i słusznie :), ale dla mnie jakieś tam branżowe rankingi, festiwale i tym podobne srety-berety nawet jak mają rangę poważnych, są niepoważne. Ot, jedni dorośli przyznają laurki-cenzurki drugim dorosłym, by mieć jakiś miernik branżowego geniuszu? pracowitości? kreatywności? czego jeszcze? komu to potrzebne – widzom? – nawet jeśli, to nie mnie.
          Piszesz : „Skrzypek na dachu” faktycznie jest znakomity, ale Oscara zdobył w mniej ważnych kategoriach (adaptacja muzyki, zdjęcia, dźwięk).” – to wg Ciebie jest znakomity czy nie jest, bo tak każą Ci myśleć inni? Ja – kinoman amator, chłonąc film nie rozbieram go na elementy pierwsze, by potem układać wg uznanej przez szacowne festiwale rangi ważności kategorii, celem skalkulowania czy film jest dobry, bo zdobył Oskara za scenariusz albo pierwszoplanowego aktora, czy mierny bo ma Oskara zaledwie za muzykę czy zdjęcia. Dla mnie, jak film wg wyznawanych przeze mnie wartości ” jest dobry”, to się mi podoba – jako jedna, spójna całość. Owszem, nigdy nie jest tak, że w filmie wszystko się w czambuł podoba lub nie podoba, ale istotne jest w którą stronę przeważa się szala naszego uznania dla filmu oraz to by to było nasze, osobiste uznanie, a nie opinia kreowana i narzucona przez festiwalowe werdykty.
          Reasumując – nie uznaję sztuki dla sztuki, ani nie uznaję za sztukę czegoś tylko dlatego, że tak o tym mówią inni – ech! zawsze w tym miejscu przychodzą mi na myśl puszki z g. Manzoniego :(

        • Peckinpah Says:

          Festiwale i nagrody służą temu, by wypromować filmy, sprzedać je do innych krajów. Często liczą się pieniądze, a nie jakość filmu. Wiadomo, że ludzie chętniej obejrzą film nagrodzony Oscarami niż film, który zdobył Złotą Malinę albo Złoty Gwóźdź na festiwalu Valladollid. Filmów jest zbyt dużo, wszystkich na pewno nie obejrzę, więc często sugeruję się tym, czy film zdobył jakąś nagrodę, choć równie często sugeruję się nazwiskiem reżysera lub aktora. Przy czym unikam filmów wyróżnionych Złotą Maliną, ale już Oscary są dla mnie jakimś wyznacznikiem, chociaż często się z nimi nie zgadzam. Nie twierdzę, że „Skrzypek na dachu” jest filmem gorszym, bo zdobył Oscary w mało ważnych kategoriach, ale nie twierdzę również, że nagrodzony w tym samym roku za najlepszy film „Francuski łącznik” jest najlepszym filmem 1971 roku, bo np. bardziej podobał mi się thriller „Nędzne psy”, który miał tylko jedną nominację za muzykę.

        • Logos Amicus Says:

          A propos nagród. Zrozumiała jest opinia sarny, ale i oczywiste jest to, co pisze Peckinpah.
          W ocenie filmu – koniec końców – najważniejsze jest to, jak myśmy go odebrali. I wg mnie najbardziej uczciwym podejściem do filmu jest takie, które nie bazuje ani na żadnych nagrodach, ani na opinii innych krytyków czy widzów, ani tym bardziej – na jakiejś koniunkturalnej ocenie, wyrachowaniu, polityce, marketingu, lansowaniu… Zdaje sobie sprawę, że jest to podejście cokolwiek idealistyczne, ale ja mam ten komfort, że mogę sobie akurat wobec kina na taki romantyczny idealizm pozwolić (bo pisząc o jakimś filmie piszę właściwie tylko to, co rzeczywiście o nim myślę, bez żadnych jakichś „obocznych” kalkulacji, co często jest niestety spotykane w tzw. prasie branżowej).

          Do wszystkich tych nagród, jakie dostają filmy, podchodzę z rezerwą, bo zdaję sobie sprawę z tego, że aż nazbyt często są one wyrazem jakiejś koniunktury właśnie – układów, polityki, promocji, biznesu, pieniędzy… i niekoniecznie odnoszą się do rzeczywistej wartości artystycznej filmu. Ale trudno zaprzeczyć, że jednak zdobycie przez film jakiejś ważniejszej „prestiżowej” nagrody, zwraca na niego naszą uwagę (bo, jak pisze Peckinpah, nagrody służą przede wszystkim lansowaniu i promocji – filmu, reżysera, aktora, producenta, a nawet kinematografii danego kraju), dzięki czemu decydujemy się ten film obejrzeć. I dopiero wtedy może nastąpić ewentualnie konfrontacja naszej opinii z werdyktem jury – wart on był wg nas tej nagrody, czy też nie?

          A jeśli chodzi o Oscary? Ja wielokrotnie o nich pisałem – najczęściej z przekąsem. Ale i tak, niemal każdego roku, z ciekawością śledzę, jak też tam w tej hollywoodzkiej stajni owo Towarzystwo Wzajemnej Adoracji się nimi obdziela ;)

        • sarna Says:

          Wow – jaka ulga ! Panowie, zawiedliście moje oczekiwania – byłam przekonana, że tym razem nie zostawicie na mnie suchej nitki :)

        • Logos Amicus Says:

          „…byłam przekonana, że tym razem nie zostawicie na mnie suchej nitki”

          Swoją drogą, mogłoby to wyglądać całkiem interesująco ;)

  9. Torlin Says:

    Sarno!
    Ja marzę, żeby była aktualna, ale to bardziej zależy od Logosa, a mnie nie bardzo wypada naciskać.
    Odwracasz sprawę. Ja napisałem, że każdy film o Holocauście lub gettach natychmiast dostaje nagrody, a nie to, że nie dostaje żaden inny.
    Takim przykładem są „Fałszerze”, austriacki film w reżyserii Stefana Ruzowitzky’ego, który walczył z naszym „Katyniem”.
    Logosie!
    Nie zrozumiałeś mnie, ja jej tego nie zarzucam. Ja podejrzewam autorkę, że bierze na tapetę filmy (tematykę), które są trampoliną do sławy i nagród, jak żydowska rodzina, wielcy homoseksualiści, zamordowany ksiądz. Dlatego tak cenię te dwa filmy, o których mówiłem – ten drugi to „Ekipa” – przypomniałem sobie.

    • Torlin Says:

      Mówiliśmy o trekkingu wokół Annapurny, a nie o Chinach. Ale dopiero 2013, dużo się może zmienić.
      Proszę Was, nie róbcie ze mnie antysemity, bo takiego obrońcy w blogach „Polityki” Izrael nie ma nigdzie.
      Wajdę też podejrzewałbym o samograja, gdyby nie znane fakty dotyczące jego ojca. Więc tu ta zależność nie następuje.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, akurat tego jestem pewien: Agnieszka Holland żadnego filmu nie zrobiła dla jakiejś tam nagrody. Jestem też przekonany, że gdyby ona jakiegoś tematu „nie czuła”, czy też nie interesowałby ją on artystycznie, to by się za niego nie brała. Bowiem nie podejrzewam jej jednak o takie wyrachowanie i koniukturalizm – o żądze sławy i „zaszczytów”.
      Do tego ewentualnego Oscara za swój ostatni film też podchodzi – jak sama mówi – z rezerwą… I ja tu w jej szczerość wierzę.

  10. Miriam Says:

    Ciekawa publikacja Tygodnika Powszechnego:

    „Liczba ofiar polowania na Żydów, w którym Polacy wystąpili w roli zabójców lub denuncjatorów, wynosi co najmniej 120 tysięcy – twierdzą naukowcy z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Słowa „biednego chrześcijanina” z wiersza Miłosza, lękającego się, że będzie policzony „między pomocników śmierci”, można więc odczytywać dosłownie.”

    Więcej – http://tygodnik.onet.pl/35,0,70725,1,artykul.html

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Rzeczywiście ciekawy tekst.
      I dość intrygująco się zaczyna:

      „Premierę nowej książki Centrum Badań nad Zagładą Żydów poprzedziła interesująca polemika. Tomasz Łubieński, wybitny eseista historyczny, podejmujący w swoim pisarstwie m.in. kwestię sensowności Powstania Warszawskiego, zarzucił autorom związanym z Centrum (a także Janowi Tomaszowi Grossowi) „podtrucie toksycznym materiałem, z jakim mają do czynienia”. Trudno się dziwić, wywodził, „skoro czyta się jedna po drugiej relacje o chciwości, podłości, zezwierzęceniu, że przyjmuje się taki obraz za jedynie prawdziwy”. Po czym porównywał badaczy zajmujących się Zagładą ze stereotypowym historykiem IPN-u: „Czytanie dniami i nocami ubeckich materiałów tworzy obraz świata, który zamieszkują figuranci, tajni, jawni i dwupłciowi agenci, współpracownicy oraz kandydaci na nich”.

      Oskarżenie autora „Bić się czy nie bić” było mocne: „Wyziewy tego ludzkiego bagna są trujące, ale autorzy lekceważą sobie higienę intelektualną, która zalecałaby od czasu do czasu podnieść głowę, oderwać wzrok, strzec się fascynacji złem. Dobro bywa naiwne, pozytywizm żmudny, bez wdzięku; cnota – jak napisał kiedyś Jan Błoński – śmierdzi niestety”.

  11. Marcus Says:

    A ja polecam ciekawy artykuł o Poldku Sosze i jego „żydach”, który można przeczytać na blogu Zapiski z granitowego miasta tutaj:

    http://blogbiszopa.blog.onet.pl/Aniol-z-podziemi,2,ID418299330,n

    Ignacy Chiger zapytał kiedyś Poldka dlaczego to wszystko dla nich robi. Przecież mógłby po prostu ich wydać Niemcom, albo jeszcze prościej – zapomnieć o nich. Socha zwierzył się mu ze swojej tajemnicy.
    Był przestępcą. Przed wojną spędził wiele lat w więzieniu za kradzieże, bójki, paserstwo i inne sprawy. Jego kartoteka w lwowskiej policji była bardzo gruba. Pomoc Żydom traktował jako próbę odkupienia win.

    „Anioł z podziemi”

  12. REM Says:

    W „dzienniku.pl” znalazłem ciekawy list zaadresowany do p. Holland:

    „Droga Agnieszko,
    wybacz poufały ton, ale znając się ponad 30 lat chyba możemy sobie mówić publicznie po imieniu. Poznaliśmy się przy okazji kina moralnego niepokoju, Ty je odważnie tworząc, a ja zażarcie broniąc. Nabrałem wtedy szacunku nie tylko dla Twego talentu, lecz także charakteru.
    Twój pierwszy film kinowy „Aktorzy prowincjonalni” wykorzystujący wątki „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego dowiódł, że masz polskie serce. „Gorączka” ostrzegając Solidarność przed daremną rewolucją pokazała, że masz mądrą żydowską głowę. Jest to zapewne zasługa Twoich rodziców – polskiej matki i ojca Polaka żydowskiego pochodzenia Potrzeba w kraju takich twórców, aby byli uczciwymi pośrednikami w rosnącym konflikcie polsko-żydowskim. Potrzeba ludzi z Twoim autorytetem znających obie strony sporu, którzy mogą wzbudzić u każdej zaufanie i pomóc we wzajemnym zrozumieniu.
    Aparat państwowy PRL ciężko skrzywdził Twojego ojca, ale to nie powinno być przyczyną resentymentu wobec Polaków. Czyż Twój ojciec nie skrzywdził nas biorąc udział w narzucaniu komunizmu? Skoro PRL urządził czystkę antysemicką w roku 1968, czemu w polskim kinie nie pojawiło się pytanie, skąd się wzięli Żydzi w aparacie partyjnym i państwowym i co robili 20 lat wcześniej? Wśród wypędzonych byli oprócz niewinnych – również nasi okrutni prześladowcy. Czemu więc Marzec 68 jest uważany za przykład ciemnego polskiego antysemityzmu, a nie za bunt polskich uczniów wobec żydowskich nauczycieli komunizmu w celu zajęcia ich posad, albo rewanż, albo – kara w ujęciu filmowców wrażliwszych moralnie?
    Dzisiaj Polacy są oskarżani o udział w Zagładzie lub obojętność wobec tamtej niemieckiej zbrodni. Oskarżyciele przemilczają, że inaczej niż w Europie zachodniej, w Polsce groziła śmierć całej rodzinie za ukrywanie Żydów. Mimo to tysiące Polaków zdobyło się na bohaterstwo, w tym Twoja matka „Sprawiedliwa wśród narodów świata”. Czyż nie zmyli z nas hańby za tych, którzy współpracowali z Niemcami przy Zagładzie? Obecnie z cofniętego w rozwoju przez komunizm kraju – samozwańczy spadkobiercy chcą wycisnąć miliardy dolarów odszkodowań za mienie ofiar Zagłady zmarłych bezpotomnie, choć według prawa takie mienie przechodzi na skarb państwa. Taki jest kontekst oskarżenia o udział Polaków w Holocauście, które ostatnio wyszło z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Czy rezultatem ma być wywołanie u Polaków poczucia winy i zgody na bezprawną wypłatę? A co się stanie, jeśli nastąpi inna, gwałtowna reakcja?
    Gdy Europa wypędzała Żydów, przygarnęła ich Polska dając stosunkowo dobre warunki bytowania. Teraz płaci rachunek za tamtą wielkoduszność. Historia nieraz pokazała, że brak powściągliwości i pycha mają katastrofalne skutki. Trzeba więc położyć kres prowokacjom: poniżaniu flagi narodowej, czy religijnego symbolu polskości, jakim jest krzyż dla wielu Polaków, a to tylko niektóre przykłady. Trzeba działać, zanim znowu dojdzie do nieszczęścia. Żaden naród nie toleruje bez końca upokorzeń na własnym terytorium.
    Agnieszko,
    Twoje miejsce w tym konflikcie nie jest po żadnej stronie, ale pomiędzy nimi jako pośrednik godny zaufania. Masz tę rolę do odegrania jako prezydent Polskiej Akademii Filmowej. W przeciwnym razie wyrządziłabyś szkodę środowisku filmowemu w Polsce. Publiczność musi mieć pewność, że reprezentujesz polską instytucję kulturalną, która zgodnie z naszą najlepszą tradycją służy tolerancji narodowej i wyznaniowej, zamiast podsycać tego rodzaju waśnie. Liczę na Twój rozum i twardy charakter. Bo trzeba mieć charakter, żeby w międzynarodowym świecie filmu pamiętać o Polakach.
    Twój wielbiciel talentu,
    Krzysztof Kłopotowski Nowy Jork”

    • REM Says:

      A, i znalazła się tam też taka wypowiedź niejakiego „emigranta”:

      „Kim jest Agnieszka Holland ?
      Specjalna komisja powołana przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego podjęła decyzję, że najnowszy film Agnieszki Holland „W ciemności” będzie polskim kandydatem do filmowej nagrody Oscara za 2011 rok. Ten werdykt bulwersuje, bo opis fabuły nie pozostawia złudzeń, że i tym razem nasz kraj zostanie przedstawiony w niekorzystnym ujęciu. Główny bohater Leopold Socha jest Polakiem pracującym w lwowskim getcie. Nie interesuje go los Żydów, ale za wysokie wynagrodzenie pomaga uciekinierom z getta ukryć się w kanałach, co miesiąc bezwzględnie egzekwuje zapłatę. Socha powoli – jak pisała „Gazeta Wyborcza” – „coraz mniej widzi w nich jednak Żydów, a coraz bardziej ludzi” („GW”, 12 lipca). Szczególnie bulwersująca jest końcówka filmu, w której poznajemy główne przesłanie – ocaleni z getta wychodzą po zakończeniu okupacji z kanału, a Socha triumfalnie obwieszcza sąsiadom: „To moje Żydy!”. „Wyborcza” z satysfakcją podsumowuje tę scenę jednoznacznie: „Jest w tej deklaracji coś wzruszającego i obrzydliwego zarazem. Tak jak w całej tej postaci”. Przekaz filmu Agnieszki Holland jest więc oczywisty – Polacy wprawdzie pomagali Żydom, ale czynili to z motywów finansowych. W dodatku po wojnie obrzydliwie szczycili się tym i próbowali uzyskać z tego tytułu korzyści, jeśli nie materialne, to przynajmniej społeczne uznanie.

      Z rodziny „postępowców” i ideowych komunistów
      Agnieszka Holland urodziła się w 1948 r. w Warszawie, jest córką Ireny Rybczyńskiej i Henryka Hollanda, wieloletniego działacza komunistycznego.
      Matka, chociaż była w AK, po wojnie krytykowała podziemie niepodległościowe: „Mama miała za sobą udział w Powstaniu Warszawskim, doświadczenie dla niej dramatyczne. Była zdecydowanie antysanacyjna, antylondyńska, właśnie z powodu Powstania. W głębi duszy chyba nigdy nie była komunistką, ale była bardzo lewicowa, w duchu Żeromskiego. Holocaust był dla niej straszliwym szokiem. Pozostawił w niej trwały uraz, głębokie poczucie winy. Chociaż nie miała powodu. Jako szesnastoletnia bodaj dziewczyna razem z przyjaciółką uratowała rodzinę żydowską. Ma swoje drzewko w Izraelu. Antysemityzm, z którym spotkała się w swoim oddziale, a nawet w dowództwie AK, straszliwie obrzydził jej tych ludzi. Stała się wielką filosemitką”.
      Irena Rybczyńska pracowała w Naczelnym Komitecie Wykonawczym Stronnictwa Ludowego. Była również dziennikarką – redaktor naczelną pisma „Wolna Wiciowa Gromada”, redaktor naczelną „Nowej Wsi”, w latach 1949-1950 pracowała w redakcji oświatowej Polskiego Radia. Drugim mężem Rybczyńskiej był Stanisław Brodzki, który w czasie wojny był m.in. redaktorem naczelnym „Biuletynu Wolnej Polski” – pisma prosowieckiego Związku Patriotów Polskich. W latach 1946-1947 był attaché prasowym przy polskim konsulacie generalnym w Jerozolimie. W okresie stalinowskim Brodzki pracował jako dziennikarz w wielu reżimowych czasopismach – m.in. był kierownikiem działu zagranicznego gazety „Głos Ludu”, kierownikiem działu kulturalnego „Trybuny Ludu”. W 1956 r. został wybrany na prezesa stowarzyszenia dziennikarzy, ale zrezygnował z tej funkcji po zamknięciu tygodnika „Po Prostu”.
      Komunistyczną działalność Henryka Hollanda opisali dr Krzysztof Persak z IPN oraz prof. Jerzy Robert Nowak. Persak w książce „Sprawa Henryka Hollanda” pisze: „Od dwunastego do czternastego roku życia Holland należał do lewicowej syjonistycznej organizacji skautowej Haszomer Hacair, a w 1934 r. związał się z ruchem komunistycznym, wstępując do Rewolucyjnego Związku Młodzieży Szkolnej, który był przybudówką Komunistycznego Związku Młodzieży Polski. Rok później został przyjęty do KZMP”.
      Sama Agnieszka Holland, odpowiadając na pytanie, czy „ojciec był człowiekiem ideowym”, stwierdziła: „Tak. Należał do wierzących. Przeszło mu szybko, jak zupa się wylała, ale w owym czasie był ideowym żydowskim komunistą. (…) Był od zawsze lewicowcem. Najpierw związał się na trochę z Korczakiem, jako ******** pisywał do „Małego Przeglądu”. Później otarł się o anarchistów, a w końcu trafił do Związku Młodzieży Komunistycznej. Miał dziewiętnaście lat, właśnie zdał na medycynę, kiedy zaczęła się wojna. Uciekł do Rosji. Wstąpił do Armii, najpierw Czerwonej, a potem do Berlinga. Pobyt w Rosji oceniał pozytywnie. Tak przynajmniej mówiła matka, bo on raczej nie opowiadał mi o sobie. (…) Ojciec, jak wielu polskich Żydów po wojnie, stłamsił w sobie żydowskość i wydaje mi się, że to go blokowało emocjonalnie. Miał duże problemy emocjonalne, głównie z tego powodu”.

      W aparacie propagandy
      W czasie wojny Henryk Holland najpierw współpracował we Lwowie z sowieckimi gazetami – „Czerwonym Sztandarem” i „Młodzieżą Stalinowską”. Związał się z prosowieckim Związkiem Patriotów Polskich, wziął udział w zjeździe ZPP. W stopniu porucznika wstąpił do dywizji im. Tadeusza Kościuszki, był instruktorem w Wydziale Polityczno-Wychowawczym.
      W PRL Holland pracował w komunistycznym aparacie propagandowym. Tworzył i wchodził w skład wielu redakcji, bardzo aktywnie uczestniczył w stalinowskich nagonkach prasowych, które usprawiedliwiały represje wobec przedwojennej elity, Kościoła katolickiego, żołnierzy podziemia i środowisk opozycyjnych. Atakował wewnątrzpartyjnych oponentów, przedstawicieli nauki z rodowodem „sanacyjnej Polski” (np. filozofów ze słynnej lwowsko-warszawskiej szkoły filozoficznej).
      W grudniu 1944 r. wstąpił do PPR, w kwietniu 1945 r. został redaktorem naczelnym komunistycznego tygodnika „Walka Młodych”, którym kierował do września 1947 roku. W 1948 r. został członkiem Rady Naczelnej i Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej, rok później wszedł w skład komitetu redakcyjnego „Trybuny Wolności”. Był korespondentem na najsłynniejszym stalinowskim procesie pokazowym – węgierskiego komunisty László Rajka, byłego ministra spraw wewnętrznych. Uczestniczył również w kampanii przeciw tzw. odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu w Polsce, atakował Władysława Gomułkę.
      Jednocześnie studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Uczestniczył w nagonce na słynnego filozofa – profesora Władysława Tatarkiewicza. Był sygnatariuszem listu otwartego w sprawie tolerowania przez prof. Tatarkiewicza „wrogów Polski Ludowej” (innymi sygnatariuszami listu byli m.in. żona Hollanda – Irena Rybczyńska, Bronisław Baczko, Leszek Kołakowski). Po liście prof. Tatarkiewicz został usunięty z uczelni.
      W październiku 1950 r. Holland rozpoczął studia doktoranckie w partyjnej szkole – w Katedrze Historii Filozofii Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR. W 1953 r. zaatakował nieżyjącego od 1938 r. słynnego filozofa – profesora Kazimierza Twardowskiego.
      Agnieszka Holland tak wspomina tamte lata: „Mieszkania przydzielono ZWM-owcom. Mój ojciec był dość ważną szychą w Związku Walki Młodych. Wokół mieszkali sami znajomi. Prowadzili bujne życie alkoholowo-towarzyskie. Do nas, dzieci, docierały jego echa. Odgłosy burzliwych romansów, wybuchy rozpaczy, samobójstwa. Tylko dozorczyni była wybitnie antyreżimowa. Było to dla mnie ważne odkrycie. Kiedy umarł Stalin, wszyscy w naszej kamienicy płakali, moi rodzice nie płakali, ale byli przygnębieni. Zeszłam piętro niżej – mama Joasi leżała chora w łóżku i szlochała. Zeszłam jeszcze niżej do Ewki, córki dozorców – która też była moją koleżanką – a tam świętowano. Zrozumiałam wtedy po raz pierwszy, że rzeczywistość jest skomplikowana i wieloznaczna. Pamiętam też, jak do mojej niani przyjechała jej ukochana siostra – Antosia. Akurat byli u nas goście, a Antosia prasowała i waliła mocno żelazkiem w deskę do prasowania. Ojciec pyta: „Co Antosia tak wali?”. A ona: „Stalina po łbie walę”. Straszny skandal zrobił się z tego powodu”.
      Po październiku 1956 r. Holland poparł Gomułkę, związał się w PZPR z tzw. puławianami. Wkrótce zaczął krytykować Gomułkę. Zachodnim dziennikarzom ujawnił tekst „tajnego referatu” Chruszczowa oraz szczegóły obrad XX zjazdu KPZS. W związku z tym znalazł się pod obserwacją Służby Bezpieczeństwa. W trakcie rewizji mieszkania przeprowadzonej 21 grudnia 1961 r. przez SB wypadł z okna, ginąc na miejscu. Krzysztof Persak na podstawie dokumentów odnalezionych w IPN stwierdził, że było to samobójstwo – Holland, znajdujący się w trudnej sytuacji osobistej, załamany perspektywą czekającego go procesu i kilkuletniego więzienia, nie wytrzymał nerwowo i korzystając z nieuwagi funkcjonariuszy SB, wyskoczył z szóstego piętra, ponosząc śmierć. Dowodem na to był odnaleziony przez Persaka zapis podsłuchu w mieszkaniu Hollanda w czasie rewizji.”

      • Logos Amicus Says:

        Trochę (a właściwie mocno) to wszystko kuriozalne.
        Oto niejaki Emigrant na samym początku zadaje pytanie: „Kim jest Agnieszka Holland” po czym przytacza wszystkie „grzechy” jej ojca.
        To jest właśnie ten niegodziwy (choć przecież trącący biblijną przypowieścią o grzechu pierworodnym) trend: by winić dzieci za przewiny ojców. Jakby nie wystarczało już poczucie winy samych dzieci (też przecież irracjonalne i tak naprawdę nieusprawiedliwione).

        Poza tym: przesłaniem filmu Agnieszki Holland nie było wcale to, że „Polacy wprawdzie pomagali Żydom, ale czynili to z motywów finansowych” (choć to było chyba bliższe prawdy tamtych czasów), tylko wręcz przeciwnie. Bo kiedy Żydom skończyły się pieniądze, to Poldek jednak pomagał im nadal.
        Jeśli można mieć jakieś pretensje, to o to, że reżyserka spuentowała swój obraz stwierdzeniem, jakie usłyszano z ust jednego z Polaków na pogrzebie zabitego w wypadku samochodowym Poldka: „To jest kara boska za to, że ratował żydków” – nadając temu pewien uniwersalny i uogólniający wydźwięk.
        Cóż, jeśli Agnieszką Holland jest przekonana, że taka była wówczas opinia większości Polaków – to jest to przykre.
        Zwłaszcza jeśli jej konstatacja jest bliska prawdy.

  13. Mariola Says:

    Właśnie jestem po lekturze Roberta Marshalla „W kanałach Lwowa,”. Książka ta ukazała się dopiero w naszych księgarniach w ubiegłym tygodniu, wiec od razu ją kupiłam i po przeczytaniu odchorowałam losy tych ludzi.
    Jakiś czas wcześniej była w księgarniach książka Krystyny Chiger „Dziewczynka w zielonym sweterku” ale teraz musiałam ją zamówić i dzisiaj po kupieniu zaraz zasiadam do jej lektury. Jestem bardzo ciekawa jak te losy były widziane przez kilkuletnią dziewczynkę.To wydanie jest uzupełnione dalszymi losami bohaterów oraz z płytą filmu dokumentalnego „Wspomnienia Krystyny Chiger”.

    Z zainteresowaniem przeczytałam Twój wywiad z Agnieszka Holland. Kiedy film ,,W ciemności” trafi u nas na ekrany, to na pewno się wybierzemy. Lubie literaturę faktu – losy tych ludzi są zadziwiające, a my tu narzekamy na takie błahe sprawy jak np. brak słońca….
    Pozdrawiam ciepło

  14. tamaryszkowe pre-teksty Says:

    […] Zapraszam na stronę Logosa Amicusa, który już w listopadzie obejrzał film na Festiwalu Filmu Polskiego w Chicago. Zrecenzował i przeprowadził rozmowę z reżyserką. Tu i tu. […]

  15. KARSKI | WIZJA LOKALNA Says:

    […] Łazarkiewicz (przypominam: siostra Agnieszki Holland, reżyserki filmu „W ciemności” również nawiązującego do Holokaustu) i współtwórca scenariusza Dominik Rettinger, skupili […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s