ZABÓJCZA SAMOTNOŚĆ W SIECI (o filmie Jana Komasy „Sala samobójców”)

*

Każda epoka ma takich Hamletów, na jakich zasługuje… czy też raczej – na jakich ją stać. Skłócony z całym światem (i z własnymi rodzicami), uzależniony od internetu, uciekający w wirtualne światy uczuciowych ersatzów Dominik, jest właśnie taką para-szekspirowską pacynką, rozdartą między swoją mangową powierzchownością uczernionej fryzury i podmalowanych oczów a autentycznym dramatem cierpienia, które wdziera się do jego wnętrza, grożąc totalną – i już wcale nie na niby – destrukcją.

.

Bo to nieprawda, że nudne, pozbawione sensu i spektakularnych wydarzeń życie nie może być tragiczne, a tym samym – dramatyczne. Gdyż jałowe i absurdalne życie jest jednak tragedią, a usiłowanie położenia mu kresu samobójczą śmiercią  – dramatem.
Podobnie jak opieranie własnych uczuć na iluzji wirtualnych światów nie przekreśla ich rzeczywistego wpływu na nasze życie w realu.
Dominik to – wydawałoby się – dziecko szczęścia. Nic mu bowiem nie brakuje (bogaci, wpływowi rodzice, uroda, inteligencja, wrażliwość, powodzenie u dziewczyn), z wyjątkiem takiego drobiazgu jak… miłości matki i ojca, czy choćby ich uwagi i zainteresowania synem. Wystarczy jednak małe potknięcie (młodzieniec odkrywa właśnie, że może być gejem), oraz pewna (choć rutynowa zapewne i dość bezmyślna) złośliwość otoczenia (w sieci zaczyna krążyć filmik szydzący z jego, uzewnętrznianej zresztą w dość głupi sposób, orientacji), by chłopak zamknął się w sobie (dla rzeczywistości „realnej”) i otworzył na odnaleziony w internecie świat „sali samobójców” – dziwny klub avatarowych indywiduów, napawających się kultem autodestrukcji, którzy tę swoją susyidalną aberrację nobilitują niejako odwoływaniem się do takich person jak Sylvia Plath czy Virginia Wolf, dyżurnych samobójczych prominentów pop-literackiej kultury. Ale – powiedzmy sobie szczerze – daleko im do językowego wyrafinowania i intelektualnej głębi rzeczonych celebrytów, którzy skończyli ze sobą z głową w piekarniku (Plath) albo w rzece (Wolf). Co jednak nie przekreśla wagi i dramatyzmu sytuacji, w jaką się sami wpędzili, ujawniając pewne uniwersalnej prawdy o naszym współczesnym świecie.

A ten współczesny świat omotuje się jednak coraz bardziej internetową siecią. Mamy już nawet choroby psychiczne wywołane totalnym uzależnieniem się od internetu, z których najbardziej znana jest – zdiagnozowana już ponad 10 lat temu przez Japończyków – hikikomori. Zapewne większość z tych, którzy czytają te słowa, doskonale wyczuwa to, o co może w tej chorobie chodzić – bo przecież któż z nas, korzystających intensywnie z internetu, nie poczuł tych jego macek, próbujących wciągnąć człowieka w przepastną głębię, utkaną z sieci naszych pragnień, potrzeb i złudzeń? Haruki Murakami napisał kiedyś: „Wszystko, od seksu po grę w piłkę, lepiej wychodzi na ekranie komputera. Kombinacja niesamowitej presji z cudownie łatwym dostępem do najnowocześniejszej technologii stworzyła we współczesnej cywilizacji nową odmianę uzależnienia”. Zanim naszej cywilizacji zaczną zagrażać cyborgi, niepostrzeżenie może ją rozwalić (a przynajmniej mocno w niej zamieszać) cyberiada w wersji bardziej soft – technologia przekazu informacji; wszystkie te ajpody, twittery, laptopy, pecety, laptopy, fejsbuki… (mam nadzieję, że mój blog jednak do tego towarzystwa się nie załapie ).
To prawda, że nasza ludzka skłonność uciekania (się) do świata iluzji i fantazji, tudzież do hipostazy i mitu, pomogła nam wynieść się ponad tę przyziemną biologiczną masę pozbawioną wyobraźni, ale też całkowity rozbrat z tzw. twardą rzeczywistością i namacalnym zmysłowo konkretem (jaki czasem z tym się wiąże), może się odbić jakąś paranoiczną czkawką, która wyrzuci nas poza nawias „normalnego” świata, w którym już zupełnie przestanie funkcjonować nasz rozum i rozsądek.

Lecz wróćmy do filmu: który, oprócz tego, że zajmuje się niszczącym ludzi światem iluzji, to jest także opowieścią o samotności w sieci i o szukaniu w tej sieci drugiego człowieka. To jest zresztą fascynujący temat: na ile nasze, ulokowane w wirtualnej przestrzeni uczucia, (wśród których nota bene odnajdujemy też coś, co skłonni bylibyśmy nazwać przyjaźnią, a nawet miłością) są „prawdziwe”, a na ile są kolejnym złudzeniem, które tylko nas zwodzi, okłamuje i odrywa od realnego świata?

Weźmy choćby pod uwagę, znane nam wszystkim, tzw. wirtualne społeczności – jeszcze jeden sieciowy fenomen naszych czasów. Co powoduje, że obcy sobie ludzie wyznają sobie naraz – i to przez kable – miłość czy choćby „tylko” przyjaźń? Czy sprawia to ich głód kontaktu i zwrócenia na siebie uwagi drugiego człowieka? Dojmująca samotność, którą odczuwają w realnym życiu? Poczucie solidarności ludzi wrażliwych, myślących i czujących jednako? A może zwykła ale przejmująca nuda, poczucie jałowości własnej egzystencji? Możliwość bycia w sieci kimś lepszym, niż się jest w rzeczywistości?
Na pewno… to – i wiele jeszcze innych rzeczy.
Oto przypominam sobie słowa, które wypowiedziała niedawno osoba często biorąca udział w czacie, jaki ma miejsce na jednym ze znanych mi blogów: “A samotność… Wiesz, tak naprawdę, to każdy jest sam. I po to się ma przyjaciół, żeby o tym nie myśleć!” Ja dostrzegłem w tym wyznaniu poruszający – i jednak smutny – paradoks. Ktoś, zapewne niechcący, wypowiedział pewną istotną dla tego rodzaju ludzkich „więzów” prawdę: tworzymy (wymyślamy) sobie w wirtualnej przestrzeni „przyjaciół”, których tak naprawdę nie uważamy za przyjaciół „prawdziwych”, bo przecież zdajemy sobie sprawę z ich tymczasowości – ulotności i ezoterycznego charakteru. Jest więc tak, jakbyśmy tych przyjaciół mieli i nie mieli zarazem – a to tylko po to, by zagłuszyć swoją własną samotność.

Filmowy Dominik, upokorzony przez koleżanki i kolegów, zaniedbany uczuciowo przez własnych rodziców, trafia w sieci na Sylwię, która wiedzie prym w klubowej „sali samobójców” (nazywana jest więc przez to „Królową”). W niej znajduje oparcie, gdyż tylko ona wydaje się go rozumieć. A my do końca nie wiemy – jest ona tylko manipulatorką, bawiącą się uczuciami przywiązującego się do niej Dominika, czy też dziewczyną, która rzeczywiście przeżywa – podobnie jak on – swój egzystencjalny dramat, pchający ją na dodatek w samobójczą obsesję? A może to wszystko wynika z jej narcyzmu, z urażonego ego, a dominująca rola jaką odgrywa w klubie, jest dla niej kompensacją za jej niedopasowanie i niepowodzenia w realnym świecie?
Nie chcę zdradzać szczegółów, bo w tym filmie ważny jest jednak, trzymający widza w napięciu, suspens. Ale jest to chyba możliwe, by znaleźć w nim odpowiedzi na większość z tych pytań.

*  *  *

„Sala samobójców” jest w sumie bardzo dojrzałym filmem o bardzo niedojrzałych ludziach. Czy jednak cały nasz współczesny świat nie jest taki? Czy może jednak niedojrzałość jest atrybutem większości ludzi (nie tylko młodzieży) we wszystkich epokach? A może ta niedojrzałość to nic innego, jak zagubienie się w jakiejś aksjologicznej próżni? Nihilizm, który straszy człowieka od czasów, kiedy zaczął on podejrzewać, że za jego życiem czai się pustka – że jest on we Wszechświecie zupełnie sam, a jego sprawy wobec Kosmosu nie mają absolutnie żadnego znaczenia i sensu?

Ponadto, film Jana Komasy to naprawdę kawał solidnej filmowej roboty, nie pozbawiony realizacyjnej błyskotliwości, świeżości, którą może tylko wnieść ktoś nie zrutynizowany, jak to się niestety zdarza wielu naszym, starszym od Komasy, reżyserom-seniorom. Świetny moim zdaniem był pomysł, aby ukazać w filmie przenikanie się świata rzeczywistego, w którym żyją ludzie z krwi i kości, ze światem animowanym, gdzie tych ludzi zastępują ich avatary. Formalny majstersztyk, który, mimo pewnego ryzyka, na szczęście doskonale zadziałał, dzięki czemu „Sala samobójców” świeci własnym – nie podobnym do niczego, co dotychczas oglądaliśmy w kinie – światłem. Znakomicie też moim zdaniem wypadli występujący w tym filmie aktorzy – bardzo wiarygodny Jakub Gierszał w roli Dominika, a zwłaszcza Agata Kulesza, grająca jego, często wpadającą w furię, matkę.
Jednym słowem – mamy tu do czynienia z filmem nad wyraz oryginalnym, który ma wielkie szanse zapisać się w historii polskiego kina, a nawet stać się obrazem kultowym… co chyba nawet już nastąpiło.

7.8/10

*   *   *