AMOUR – PORNOGRAFIA UMIERANIA

o filmie Michaela Hanekego „Miłość”

jean louis trintignant emmanuelle riva amour miłość reż. Michael Haneke*

Mam problem z najnowszym filmem Michaela Hanekego, odczuwany z tym większą konsternacją, że jest on chyba najwyżej ocenianym filmem ubiegłego roku: Złota Palma w Cannes, Złoty Glob w Ameryce, nominacje do Oscara (to jest ewenement, bo „Amour” został tu nominowany w kategorii Best Picture podwójnie: zarówno tej głównej „amerykańskiej”, jak i obejmującej filmy nieanglojęzyczne). Na dodatek, wysokie noty krytyków dość zgodnie współbrzmią z aplauzem widowni. Ja niestety miałem inaczej: film mną nie poruszył i nie dostrzegłem w nim wystarczających przesłanek, by uznać go (w moim prywatnym panteonie kina) za film wielki.
I teraz muszę się zastanowić – dlaczego?
Bo przecież uważam Hanekego za jednego z najwybitniejszych reżyserów współczesnego kina; bo przecież tematem swoich filmów czyni on to, co i mnie zajmuje; bo pierwszy jego film obejrzany przed laty („Funny Games”) to był dla mnie totalny nokaut (nie pamiętam, żebym jakikolwiek inny film oglądał w takim permanentnym – nieznośnym, ale przykuwającym do ekranu – napięciu, jak to było właśnie w przypadku „Funny Games”).
Skąd więc ten zawód złamanych oczekiwań?
Tym bardziej jest to zastanawiające, że gra aktorska (Emmanuelle Rivy i Jeana-Louisa Trintignanta) jest tu bez mała genialna a reżyser wydaje się panować nad filmowym materiałem z niesłychaną precyzją; ponadto film w sposób niezwykle otwarty odwołuje się do jednego z najważniejszych dla nas wszystkich doświadczeń egzystencjalnych (mowa oczywiście o umieraniu i śmierci), no i estetyka obrazu plasuje go bez wątpienia w obszarach sztuki wysokiej…
A jednak, mimo tego wszystkiego wyczułem w tym filmie coś, co mnie powstrzymało… nie piszę tu nawet „przed zachwytem”, ale przed zwykłym docenieniem, nie tyle jego artystycznej wartości, co, rzekłbym, aksjologicznej wagi i intelektualnej nośności, którą można by rozpatrywać w szerszym kontekście kulturowym i humanistycznym.
Co to było?

Jeśli musiałbym to określić jednym słowem, to brzmiałoby ono: chłód. Zdaję sobie sprawę, że i to jest na przekór temu co chcą w tym obrazie widzieć jego admiratorzy, ale niestety zabrakło mi jednak w tym filmie zwykłego ludzkiego ciepła i empatii (co ciekawe, zauważyli to także apologeci filmu, tyle że nazwali to „brakiem sentymentalizmu” – określeniem bardziej dla nich akceptowalnym, bo nie brzmiącym tak pejoratywnie jak „brak ciepła”). Ale to nie tylko to.
Haneke jest niezwykle sprawnym reżyserem jeśli chodzi o przekazanie istniejącej w ludzkim świecie agresji, wrogości, deprawacji – podskórnej nienawiści, lodowatej psychotyczności, czającego się (za pozorami stabilności i spokoju) zła, czy wreszcie: wszechogarniającego poczucia zagrożenia – suspensu, którym wręcz torturuje widza, paraliżując go strachem i zmuszając do oczekiwania „najgorszego” – czegoś co przyniesie ból, cierpienie, utratę tego, co najważniejsze. Jest przy tym precyzyjny jak chirurgiczny skalpel i jak stal tego skalpela zimny. (I to wystarczyło, by zaliczyć go do mistrzów współczesnego kina.)

Można więc było nabrać pewnych podejrzeń i obaw, że kiedy weźmie się za „Miłość” (ta ostentacja tytułowa nie jest tu przypadkowa), a więc za uczucie, które przecież nie może być zupełnie wyzbyte sentymentu i czułości, to ten jego wykalkulowany sztafaż – owo zimne instrumentarium i specyficzny arsenał środków filmowego wyrazu – może się po prostu w nowym, innym pod względem uczuciowym i wrażeniowym emploi, nie sprawdzić. Ja takiego nastawienia nie miałem (wręcz przeciwnie – z ciekawością i pełen dobrej woli wyczekiwałem nowego filmu Hanekego, po którym spodziewałem się pogłębionej eksploracji czegoś, czego wcześniej w obrazach austriackiego reżysera nie było). Lecz niestety okazało się, że takie obawy nie byłyby czymś bezpodstawnym.
Cóż się więc stało? Napiszę wprost: mam wrażenie, że Hanekemu trudno jest uchwycić to, co w powszechnym odczuciu brane jest za ludzkie ciepło. A to, niestety, przekłada się według mnie na niemoc przekazu tego rodzaju uczuciowości i klimatu w tworzonych przez siebie filmach. To dlatego „Miłość” wydała mi się jednak być filmem nie o miłości, a o powolnym i bezlitosnym umieraniu, o rozpadzie ludzkiej osobowości, o degradacji nie tylko ciała, ale i psyche, o próbie zmierzenia się z tym ciężarem przez człowieka, który sam się starzeje i który przywiązany jest do odchodzącej w niewyobrażalnym cierpieniu bliskiej osoby. Zapewne w życiu pary głównych bohaterów filmów była miłość, ale w obliczu przeżywanego obecnie nieszczęścia, stała się ona przede wszystkim rozpaczą, która poprzez swoją przewlekłość i swoistą mechaniczność, nabrała cech jakiejś nieludzkiej rutyny. I to w filmie widać, słychać i czuć. I to właśnie udało się Hanekemu przekazać: przerażające spustoszenie ludzkiej duszy, bezsens cierpienia, horror czający się za drzwiami w życiu każdego człowieka. Tylko czy ma to cokolwiek wspólnego z Miłością, czy może raczej z tej miłości destrukcją? I czy tak winno się pokazywać Miłość? Czy właśnie to mamy sobie – skoro mowa o miłości – uświadomić? Według mnie, doszukiwanie się w tym wszystkim jakiejś wartości katarktycznej, (która przecież cechuje prawdziwie wielką sztukę ukazującą ludzką tragedię) miałoby w sobie coś z perwersji.

Wydaje mi się, że Haneke – wbrew temu, co wynikło z gremialnego zachwytu filmem i zbiorowej sugestii (bo czyż zwykle nie widzimy tego, co sami chcemy widzieć?) – wcale nie chciał nam pokazać Miłości. On chciał wygarnąć nam prosto w oczy swój strach, rzucić nam w twarz własne przerażenie światem i pozbawiony wszelkiej nadziei pesymizm. Brzmi to ostro i kategorycznie, ale czy ja to sobie wyssałem z palca? Bynajmniej. Posłuchajmy co o sobie – i właśnie o sposobie postrzegania przez siebie życia i świata – mówi sam Haneke: „Z przeczytanych książek i obejrzanych filmów jedyną rzeczą, która mi po nich zostaje w głowie, jest wspomnienie trwogi, przytłaczającego lęku, panicznego przerażenia światem, w którym żyję. (…) Kultura masowa robi wszystko, abyśmy o egzystencjalnym strachu zapomnieli. Należy się temu przeciwstawić. Z tego m.in. powodu stosuję estetykę szoku. (…) Po co kłamać? Strach jest naszą rzeczywistością. Człowiek nie potrafi się od niego uwolnić. (…) Żyjemy w społeczeństwie przemocy i aby zmusić ludzi do refleksji, kino musi to dosadnie pokazywać.” (Wypowiedzi Hanekego pochodzą z wywiadu jaki z reżyserem przeprowadził Jacek Żakowski i który opublikowała „Polityka” Nr 44/2012, podkreślenie moje).
Zastanówmy się teraz: czy – mając takie przekonania i poglądy, i tak jednostronnie postrzegając rzeczywistość – można wiarygodnie i kompetentnie ukazać najwspanialsze i najbardziej afirmatywne ludzkie uczucie, jakim jest Miłość? Wydaje mi się to wątpliwe. Haneke nie daje nikomu żadnej pociechy, bo sam tej pociechy – w obliczu pustego nieba – nie może znikąd czerpać. Można więc odnieść wrażenie, jakby tą swoją okrutną wizją i pesymizmem chciał zarazić innych ludzi. I być może czyni tak dlatego, gdyż jemu samemu przynosi to pewne wytchnienie. (Haneke: „Jestem przekonany, że konfrontacja z tym, co wytrąca z równowagi, przed czym chce się uciec, ma sens i swoją wagę. A nawet przynosi w końcu ulgę, bo uświadamia, że nie tylko my się boimy, cierpimy w samotności i przeżywamy coś wyjątkowo bolesnego. Dzięki temu rodzi się poczucie głębszej wspólnoty, solidarności w klęsce i wstydzie.” A ja chciałbym się zapytać: Jaki sens? Jaka waga? (Bo z jego filmu nie można tego jednak wyczytać) Dlaczego „w klęsce i wstydzie”? (Czy klęska i wstyd są w życiu człowieka konieczne i nieuniknione?) I czy wskazanie, że może to przynieść ulgę, nie jest czymś przewrotnym, trącącym nawet pewnym masochizmem? No i co to wszystko ma wspólnego z Miłością? Czy aby jednak nie jest tej Miłości zaprzeczeniem?
Jeśli więc film Hanekego obwieszcza się jako „być może najpiękniejszy film o miłości”, to ja śmiem w to wątpić. Mało tego: w decyzji Hanekego, by nazwać swój film „Amour”, zaczynam podejrzewać pewną perfidię, która – żerując bez skrupułów na naszym naturalnym odruchu przerażenia wobec niszczącej ludzkie ciało śmiertelnej choroby – chce upichcić jakiś artystowski placek, który udaje tylko, że jest bogaty w treść mogącą sycić ducha i zaspokajać nasz głód uczuć wyższego rzędu, a który tak naprawdę jest w środku pusty jak nadmuchany suflet. Nic dziwnego, że widzowie w kinie się tym dławią – w przekonaniu jednak, że dławią ich łzy rozczulenia nad Wielką Miłością, (którą dopiero śmierć może rozdzielić) – nieświadomi manipulacji, jakiej zostali przez ten film poddani.

Tak więc, ponownie chciałbym tu zaznaczyć: obraz Hanekego nie jest według mnie filmem o miłości. Bardziej niż jakikolwiek inny genre, przypomina mi on horror, w którym eksploatuje się nasz pierwotny lęk przed cierpieniem, rozkładem ciała i fizyczną zagładą. Z tym, że klasyczny horror zyskuje swój efekt katharsis poprzez kanalizację strachu za pomocą groteskowej przesady, natomiast Haneke, decydując się na realizm (czy też nawet naturalizm), staje się zbyt dosłowny. I niestety, tej dosłowności nie są nawet w stanie zniwelować zastosowane przez niego wstawki symboliczne czy też oniryczne.

Przecież kwestia naszej śmiertelności, podatności na chorobę, ból i czy cierpienie – to jest temat zawierający w sobie tak wielkie bogactwo i potencjał dla głębokiej artystycznej eksploracji, i to nawet wtedy, kiedy rezygnuje się z odwoływań do jakiejkolwiek metafizyki. Jednakże redukowanie tego do fizykalności (a miejscami wręcz do fizjologii) powoduje, że już nie eksplorujemy tego co duchowe i ludzkie, a eksploatujemy to, co czysto materialne, funkcjonalne, organiczne i w istocie swej nieludzkie. A gdzie kultura? Zwróćmy uwagę, że Haneke mówi nam w swoim filmie wyraźnie, iż wyrafinowanie, duchowość, sublimacja, sztuka… – wszystko to, co człowiek w całym życiu w sobie rozwija by dokonać transgresji i przezwyciężyć opór ordynarnej materii – w obliczu „zwierzęcego” cierpienia i definitywnego „końca” staje się zupełnie bezużyteczne, a my zostajemy jedynie „sam na sam” z tępym i bezsensownym bólem osuwania się w nicość. Według mnie jest to (niezbyt nawet zakamuflowany) nihilizm. Czy rzeczywiście w cierpieniu nie ma nic oprócz cierpienia, a w śmierci jest tylko zagłada? Tego tak naprawdę nie wiemy. Ale Haneke uważa, że wie. Wie – a raczej wydaje mu się, że wie – iż POZA nie ma już NIC. Jego film pozbawiony jest jakiejkolwiek tajemnicy, nie ma w nim żadnej furtki – żadnej nadziei na znalezienie jakiejś drogi wyjścia. I na dodatek wygląda to tak, jakby Haneke chciał nas tym swoim beznadziejnym przekonaniem zarazić.

Jest jeszcze sprawa „pornografii” tego obrazu i pewnego reżyserskiego w nim „bezwstydu”. Nie sądzę, abym używając tego słowa przesadził, bo reżyser wyraźnie kładzie emfazę na kliniczne przedstawienie procesu umierania ciała i jego rozkładu, przez co zaczyna to sprawiać wrażenie jakiejś mechanicznej rutyny, w której ból staje się zaledwie czymś funkcjonalnym, a w konsekwencji czymś „bezdusznym” i eliminującym wyższą uczuciowość. (W tym właśnie sensie film nabiera według mnie pewnych cech pornograficznych.) Ponadto, podejście Hanekego do swoich bohaterów wydaje mi się być nieetyczne. Zwróćmy uwagę, że robią oni wszystko, aby dramat i cierpienie, którego doświadczają pozostały tylko między nimi, czymś przeżywanym w prywatności czterech ścian własnego mieszkania. Innymi słowy: nie życzą sobie tego, aby stało się publicznym to, co w rzeczywistości jest dla nich czymś bardzo intymnym. To dlatego umierająca Anna wymusza na mężu przyrzeczenie, aby ten nie oddał jej do szpitala czy hospicjum. To dlatego – w bardzo wymownej scenie – gwałtownym ruchem odsuwa ona lustro, które podsuwa jej przed twarz opiekująca się nią kobieta. Lecz Haneke tego sam nie respektuje, wystawiając poniżenie i ból Anny na widok publiczny, robiąc z tego de facto widowisko. I jakby tego było mało, stosuje w tym wszystkim swoją „estetykę szoku”.
Na koniec muszę jeszcze raz podkreślić, że (abstrahując już o pewnej jałowości filozoficznej obrazu) najbardziej w tym filmie zabrakło mi czułości i ciepła – zwykłej ludzkiej empatii, którą wyparł kliniczny chłód reżyserskiej precyzji. A jak można ukazać prawdziwy obraz Miłości bez tego, co w tej miłości jest najbardziej istotne i najważniejsze?

greydot