ZERO DARK THIRTY – DOKUMENT CZY PROPAGANDA?

Na ekrany polskich kin wchodzi „Wróg numer jeden” – kontrowersyjny film Kathryn Bigelow o amerykańskim polowaniu na Osamę bin Ladena.

Uzbrojone po zęby komando Navy SEALs szturmuje kryjówkę bin Ladena ("Wróg numer jeden")

Uzbrojone po zęby komando Navy SEALs szturmuje kryjówkę bin Ladena („Zero Dark Thirty”)

*

Abstrahując od sposobu, w jaki Kathryn Bigelow, reżyserka „WROGA NUMER JEDEN” (ech, co za tytuł!), przedstawiła na ekranie polowanie na Osamę bin Ladena i akcję komandosów SEALs, w które został on zabity, trwające ponad dekadę poszukiwanie przywódcy Al-Kaidy było dla Amerykanów jednym długim pasmem upokorzeń, błędów i nieskuteczności. Na dodatek, to właśnie w tym czasie, katastrofalna polityka zagraniczna, jaką prowadziły Stany Zjednoczone (na równi z posunięciami militarnymi tego państwa), spowodowała drastyczny spadek popularności Ameryki w całym świecie (nawet wśród dotychczasowych popleczników), a z kolei w krajach muzułmańskich – dramatyczny wzrost poziomu nienawiści. Nawet jeśli spektakularna akcja amerykańskich wojskowych jednostek specjalnych w Pakistanie, zakończona uśmierceniem bin Ladena, wygląda jak sukces, to jednak, tak naprawdę sukcesem nie jest – a ściślej: jest sukcesem złudnym. Nie, nie można posądzać Bigelow o to, że zrobiła film propagandowy (wprawdzie były takie głosy, ale mój stosunek do nich jest raczej sceptyczny). Ona zrobiła dość solidny, choć przewidywalny, para-dokumentalny film, gdzie na podstawie faktów jakimi dysponowała, starała się odtworzyć proces poszukiwania bin Ladena przez CIA, nadając mu za pomocą filmowych środków dramaturgię i zachowując przy tym pewien dystans, dzięki któremu nie musiała zajmować stanowiska sędziego, a bardziej obserwatora. Jednakże, biorąc pod uwagę tylko to, co pokazano w filmie, można bez podniecania się ostatnią akcją, skonstatować: największe imperium współczesnego świata, posiadające najbardziej rozbudowane służby specjalne i najsilniejszą armię, wydając na ten cel dziesiątki miliardów dolarów, przez dziesięć lat nie może namierzyć jednego człowieka, którego podobiznę nota bene zna cały świat. Czy zaangażowanie tak gigantycznych środków do walki z rozproszoną – i zepchniętą do podziemia – organizacją liczącą raptem kilkuset (kilkudziesięciu?) aktywnych członków, nie jest absurdem? A może klucz do zrozumienia tego absurdu to wspomniane… miliardy dolarów? Globalna „walka” z terroryzmem jako dojna krowa dla wybranych – czyli tych wszystkich, którzy obsługują amerykańskie służby specjalne i system bezpieczeństwa narodowego, tracąc przy tym rozsądek, umiar, a często i poczucie zwykłej przyzwoitości?
Cóż, niech mi apolityczni miłośnicy kina razem z panią Bigelow wybaczą, ale nie mogę się przy tej okazji powstrzymać przed pewną małą polityczną tyradą. Bowiem trudno nie zauważyć, że w Stanach Zjednoczonych – zwłaszcza ostatnimi laty – obyczajem stało się drenowanie społeczeństwa przez korporacje prowadzące wojenny biznes. Pseudo-„patriotyczne” załganie osiągnęło teraz niebotyczne szczyty: polityczny establishment wmawia ludziom, że wojny prowadzone przez USA (zwykle na drugim krańcu globu) leżą w interesie państwa i są prowadzone w celach obrony amerykańskiego społeczeństwa przed (bliżej jednak nieokreślonym) zagrożeniem. Jest dokładnie na odwrót! Niemal wszystkie działania militarne USA (wliczając w to handel bronią i cyniczną militaryzację Bliskiego Wschodu) działają na szkodę Ameryki, a co ważniejsze: powodują wzrost napięcia międzynarodowego i zagrożenie nowymi wojnami. Ale wszyscy nabierają wody w usta i… nic. Amerykanie są coraz bardziej ogłupiani – przez konsumeryzm, media, reklamę, propagandę, polityczne machinacje i kłamstwa. I coraz bardziej bezsilni. Przydałby się jakiś nowy Orwell aby to wszystko opisać.

US Army vs. bin Laden, czyli polowanie na Wroga numer jeden amerykańskiego imperium

US Army vs. Osama bin Laden, czyli polowanie na Wroga numer jeden amerykańskiego imperium

Tak więc, oglądając „Zero Dark Thirty”, bez większego entuzjazmu patrzyłem na to, co dzieje się na ekranie. Tym bardziej, że już na samym początku zaserwowano mi taką dawkę tortur, że zostałem wtłoczony w fotel. Były to sceny tym bardziej niemożliwe do zniesienia, że przecież wiedziałem, iż nie są to jakiejś wyssane z palca bondowskie fantazje, ale twarde, udokumentowane fakty. A jednak, mimo tego przywiązania do faktografii, daje się zauważyć pewne wyabstrahowanie filmowej akcji ze współczesnego kontekstu. Wydawać by się to mogło dziwne, ale Bigelow, opisując przecież konkretne wydarzenie będące jednym z najważniejszych epizodów na najnowszej amerykańskiej historii, w swoim filmie niemal zupełnie pominęła najwyższe osoby w państwie, mające przecież decydujący wpływ na rozwój wydarzeń. Przepraszam, prezydent Obama pojawił się na ekranie… raz. Żeby było śmieszniej (straszniej?), można było usłyszeć, jak mówi z tą swoją udawaną pewnością i naciskiem: „America don’t torture!”, a ja nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać, patrząc jak wydłużający się coraz bardziej nos Obamy przebija płótno ekranu i – niczym w jakimś koszmarnym 3D – kole mnie prosto w oczy.
To dobrze, że Kathryn Bigelow nakręciła ten film. Chcąc nie chcąc bowiem sprowokowała do dyskusji, dzięki której można było się zastanowić nad pewnymi aspektami dotyczącymi polityki państwa, które uzurpuje sobie prawo do moralnej oceny innych, ustawiając się przy tym w pozycji jedynego sprawiedliwego, a samo postępuje w sposób – delikatnie mówiąc – moralnie dwuznaczny, gwałcąc zarówno prawa człowieka, jak i łamiąc prawo międzynarodowe (przykładem są tu zbrojne ataki dokonywane przez USA na terytoriach obcych państw, w którą giną osoby cywilne). Podejrzewam, że także w Polsce podniosą się głosy protestu po tym, jak wszyscy zobaczą na ekranie napis: „POLSKA – GDAŃSK” oraz: „CIA black site”, a następnie muzułmanina przesłuchiwanego przez agentów z uzbrojonym w karabin strażnikiem w tle. Jak wiemy nasi politycy też mają długie nosy i pewnie znów będą (jak zwykle nieudolnie) tłumaczyć się z tego, dlaczego pozwolono, by duże suwerenne państwo w środku Europy zostało potraktowane przez Amerykanów niczym jakaś, będąca na ich usługach, bananowa republika.

Trudno mi się jednakże zgodzić z Naomi Wolf, która w brytyjskim Guardianie nazwała Bigelow „orędowniczką tortur”, a już zupełną przesadą jest według mnie obecne także w tym artykule porównanie reżyserki do słynnej faszystowskiej dokumentalistki Leni Riefenstahl, która stała się częścią machiny propagandowej hitlerowskich Niemiec. Rzeczywiście, wygląda na to, że twórcy „Zero Dark Thirty” korzystali ze ściśle tajnych materiałów CIA, jak również z pomocy US Navy i Pentagonu (senator John McCaine uznał to za niedopuszczalne i zażądał nawet w tej sprawie śledztwa), ale nie sądzę aby Bigelow została tym „przekupiona” do lansowania jakiejś pro-militarnej propagandy. W każdym razie ja tego w filmie nie zauważyłem. Wprawdzie nie zauważyłem także, aby w jakikolwiek sposób twórcy filmu odnieśli się krytycznie do poczynań amerykańskiego wywiadu (w tym do „programu zatrzymań” – jak eufemistycznie nazywano oficjalnie tortury), czy też wojskowej machiny: „Wroga numer jeden” nie sposób jednak nazwać filmem anty-wojennym. I mam jednak spore pretensje do Bigelow o tę amoralną w sumie neutralność, tym bardziej, że wcześniej reżyserka dość otwarcie wyrażała swoje, skłaniające się ku pacyfizmowi, poglądy oraz sprzeciw wobec wojennego bezsensu i okrucieństwa, (który był przecież wyraźnie widoczny we wcześniejszym jej filmie, słynnym „The Hurt Locker”, gdzie przedstawiła wojnę jako morderczą pułapkę i narkotyk). Czyżby więc jednak miał na to wpływ fakt, że amerykańskie wojsko wypożyczyło realizatorom filmu swój sprzęt (wliczając w to „supertajne”, wypasione helikoptery), a służby specjalne udostępniły im niektóre dane z szuflady oznaczonej top secret?

Finałowe sceny ataku amerykańskiego „elitarnego” komanda na kryjówkę bin Ladena w pakistańskim mieście Abbottabad spotkały się ze zgodnym aplauzem zarówno widzów, jak i krytyków, mnie natomiast zachwyciły średnio. Nie wiem, może gdybym to oglądał w wieku kilkunastu lat, to i bardziej bym się tą akcją uzbrojonych od stóp do głów zabijaków podniecił? (A gdybym miał lat kilka to pewnie też chciałbym mieć taki bajerancki hełm jak oni?) Nie powiem aby te sceny nie trzymały mnie w napięciu (jeśli bowiem chodzi o aspekt czysto filmowy, to zrealizowane zostały niezwykle sprawnie), ale jednak świadomość tego, że ci – dysponujący setkami ton uzbrojenia – żołnierze wylądowali tu w środku nocy, by zabić jednego człowieka, który w tym czasie spał razem ze swoją, liczącą kilkanaście osób rodziną (na dodatek w grupie tej większość stanowiły dzieci), jakoś odbierała mi całą ewentualną radość, a nawet zwykłą przyjemność z kibicowania tej dysproporcjonalnej walce i de facto egzekucji kogoś, kto został skazany na śmierć jednym autorytarnym podpisem prezydenckiego pióra. Muszę się też tutaj przyznać, że znane na całym świecie zdjęcie przedstawiające Obamę i jego najbliższych współpracowników obserwujących całą akcję „na żywo” z Waszyngtonu wpędziło mnie swego czasu w konsternację, może nawet przygnębienie, bo to „urzędnicze” kibicowanie temu – bądź co bądź – krwawemu polowaniu, przypominało mi jakieś niezdrowe igrzyska.

No dobrze, ale jaki jest sam film? Do tej pory bowiem pisałem właściwie o jego polityczno-moralnych kontekstach, nie odnosząc się właściwie do jego – nazwijmy to – wartości artystycznej, czysto filmowej. Cóż, pod tym względem jest to obraz zrealizowany z właściwą dla Bigelow sprawnością warsztatową, tyle że jednak dość jałowy intelektualnie i pustawy etycznie. Ot, sensacyjne widowisko z elementami politycznego thrillera i filmu wojennego wywiedzione ze śledztwa, które trwało ponad dekadę i – powiedzmy sobie szczerze – nie obfitowało raczej w dramatyczne zwroty, akcje i sensacje. Innymi słowy: w całej swej rozwlekłości było pewnie nudne, jak flaki z olejem. Również postać kobiety numer jeden (granej przez Jessicę Chastain), która wreszcie zlokalizowała bin Ladena, jest przez twórców „Wroga” udramatyzowana niejako „na siłę”: to była jednak sztuka z kogoś bezbarwnego – właściwie z urzędniczego „zera” (cipher – tak wyrazili się ci, którzy tę kobietę w rzeczywistości znali) – stworzyć postać zaprzątającą uwagę widza, stawiającą czoła wymogom filmowej dramaturgii i specyfice gatunku. Lecz, niestety, mimo niewątpliwie dużej klasy aktorskiej Chastain, grana przez nią postać sprawia wrażenie jakby pojawiła się „znikąd”, zaczęła działać obsesyjnie, z determinacją, ale i automatycznie jak „cyborg”, a po spełnieniu zadania ponownie zapadła się w jakiś odpersonalizowany „niebyt” (vide: scena końcowa w pustym wojskowym samolocie).
Najbardziej z tego wszystkiego podobała mi się chyba powierzchowna aparycja obrazu Bigelow: ten zakurzony, przyszarzony, surowy, militarny – w kolorze khaki – męski, pozbawiony sentymentu, choć nie wyprany jednak z emocji i nie wyzbyty estetycznej wartości image. Ale niezła forma to za mało. Najważniejsza, mimo wszystko, powinna być treść.

*

Reklamy

komentarzy 69 to “ZERO DARK THIRTY – DOKUMENT CZY PROPAGANDA?”

  1. Kasia Says:

    Moze tez troche za wczesnie na taki film? A tak poza tym to byla troche zenada ze tyle osob, lat, pieniedzy poszlo na poszukiwania jednej osoby..

    • Logos Amicus Says:

      Słuszne spostrzeżenie: być może pewne wydarzenia muszą się „uleżeć”, aby można je było przetwarzać artystycznie (np. za pomocą filmu). Bo wydaje się, że do tego potrzebny jest pewien dystans – choćby po to, by lepiej wpisać daną historię w kontekst epoki.

    • filmy czarno białe Says:

      Moim zdaniem nawet nie trochę, a zdecydowanie za wcześnie na taki film.

  2. Onibe Says:

    takich – lub podobnych, lub niepodobnych – filmów będzie więcej. Za dwie dekady ciekawe będzie na podstawie filmów właśnie obserwowanie jak się zmieniało podejście do tematu, bo tak jak dzisiaj Amerykanie kręcą film o Lincolnie, tak ich dzieci lub wnuki będą wracały do zabójstwa Usamy. Politycznie: jest to jeden z tych tematów, w których nikt nie ma racji, a zarazem wielu ją ma. Ale są to racje nie do końca, średnie, niepełne.

    • Logos Amicus Says:

      „Politycznie: jest to jeden z tych tematów, w których nikt nie ma racji, a zarazem wielu ją ma.”

      Mógłbyś to bliżej wyjaśnić?

      • Onibe Says:

        w tym sporze masz dwie strony główne i szereg frakcji. Dwie strony są takie: zwolennicy intensywnej polityki zagranicznej USA i przeciwnicy. Przeciwnicy punktują oczywistą niesprawiedliwość takich działań, agresję, koszty społeczne wewnętrzne, koszty marketingowe itd. Wskazują przy tym na konieczność przeniesienia akcentów na soft power. Zwolennicy aktywnej polityki zagranicznej wskazują z kolei na istnienie stref wpływów oraz daleko wysuniętych rubieży obronnych, element domina w polityce zagranicznej i w polityce bezpieczeństwa. Collateral damage jest w tym ujęciu kosztem koniecznym do zapewnienia państwu przetrwania. Gdzie płoną lasy, tam nie szkoda róż. Każda ze stron jest okopana na swoich pozycjach i każda ma swoje racje. Za każdą przemawiają konkretne argumenty. Zarazem przemawiają przeciw każdej ze stron.

        • Logos Amicus Says:

          No dobrze, ale jakie jest Twoje stanowisko?

        • Onibe Says:

          a muszę mieć jednoznaczne stanowisko w tym temacie? Bawi mnie nasza skłonność do posiadania zamkniętych, krótkich, ostatecznych opinii na wszystko. A wiele tematów nie poddaje się przecież takim podsumowaniom. Bo są zbyt skomplikowane, zbyt wielopoziomowe. Decydować losowo? Albo ślepnąć selektywnie?

          Amerykanie mają prawo prowadzić politykę siły bo są mocarstwem. I totalnym bulszitem jest to co zarzuca im cała reszta świata: że niepotrzebnie dbają o własne interesy. Jak to: niepotrzebnie? Które państwo świata, może poza Polską, dba o czyjeś interesy? Przecież podstawowym interesem państwa jest dbanie o interesy jego obywateli, a nie ludzi na drugim końcu świata, więc państwo ma obowiązek w dowolny sposób zapewniać wsparcie swoim obywatelom. Dzięki Bogu, średniowiecze mamy już za sobą, czyli zakładamy, że nie musimy wszystkiego osiągać metodą miecza i ognia.

          Z drugiej strony, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli to Ty miałbyś spluwę, a ja nie, to w moim interesie byłoby zakazanie używania broni. To samo reszta świata chce osiągnąć wobec USA, tzn. sprawić, aby dobrowolnie zrezygnowały z posiadanej przewagi. Piękna idea, ale na ile logiczna?

          Teraz postaram się w możliwym skrócie ująć swoje przemyślenia aby stworzyć z nich własne zdanie w temacie: Usama rzucił wyzwanie USA i oczywiście musiał za to zapłacić. Jego śmierć była oczywistą konsekwencją jego działań. Była słuszna z punktu widzenia USA i szeroko rozumianej stabilizacji międzynarodowej – bynajmniej nie z uwagi na zagrożenie ze strony Usamy, ale raczej poprzez wpływ stabilizujący USA. USA są hegemonem, czy się to nam podoba czy nie. I dobrze, że są, bo przyroda nie lubi próżni. Pewnie jeszcze w tym pokoleniu doczekamy się upadku USA i kto wtedy próżnie zastąpi? Na arenie globalnej pewnie Chiny i Indie. W Europie Rosja, która bardzo łagodnie i po przyjacielsku ponownie włączy nas do swojej strefy wpływów i wreszcie nam będzie dobrze, wreszcie będziemy mieli wsparcie kraju miłującego pokój i takie tam…

          Czy jednak Usama był człowiekiem bezwzględnie zasługującym na śmierć? Oczywiście, że nie. On reprezentował konkurencyjne wobec USA interesy. Interesy równie dobre, ale gorzej uplasowane rynkowo.

          Czy dziwi nas, że USA tak długo ścigały jednego człowieka? Nie, oczywiście, że nie. Po pierwsze: Usama był USA potrzebny jako symbol, taki lokalny Darth Vader. Po drugie: nie ufajmy filmom akcji, wedle których znalezienie dowolnego człowieka, w dowolnym miejscu globu jest kwestią paru minut stukania w klawiaturę superkomputera. Na tym polu, wbrew powszechnym przekonaniom, panuje mniej więcej równowaga pomiędzy obroną i atakiem, czasami funkcje „ataku”, czyli poszukiwawcze wysuwają się do przodu, ale „obrońcy” na laurach nie spoczywają.

          No, chyba mi nie wyszło z tego zdanie. A przynajmniej nie jedno. Ale starałem się zminimalizować ilość poziomów na których to można rozważać. Bardziej skrótowo po prostu nie potrafię. To tak jakby omawiać Szekspira na podstawie tylko jednego lub dwóch parametrów…

        • Logos Amicus Says:

          „…a muszę mieć jednoznaczne stanowisko w tym temacie?”
          Nie musisz. Ale przyznasz, że jeżeli nie miałbyś żadnych poglądów w tej materii, to rozmowa z Tobą nie miałaby sensu. Jesteśmy tym, czym myślimy, ale przede wszystkim – niestety/stety? – tym, jakich wyborów dokonujemy. W przeciwnym razie jesteśmy człowiekiem bez właściwości, czyli żadnym (nikim).
          Ale i tak trudno byłoby mi uwierzyć, że nie masz w tej sprawie wyrobionego zdania. I jak widać z tego co napisałeś – to zdanie masz. Ale czy nie jest ono – wbrew temu, co sam chciałbyś o tym sądzić – opinią zamkniętą?
          Innymi słowy: wygląda mi na to, że reprezentujesz postawę amoralną, a także relatywizm, oportunizm, wydajesz się też opowiadać za „prawem” silniejszego i bezwzględnym forsowaniem własnych interesów (bez ich etycznej oceny). (Ale czemu ja się dziwię: to jest przecież znak czasów – przy czym te „czasy” zaczęły się tak mniej więcej dwieście kilkadziesiąt lat temu.)
          Sorry, jeśli to co piszę wydaje się być obcesowe, ale chcę pewne rzeczy wyrazić wprost, bez zbędnej kurtuazji i ozdobników.

          „Amerykanie mają prawo prowadzić politykę siły bo są mocarstwem.”
          Na pewno?. W takim razie czy Niemcy hitlerowskie też miały takie prawo? I czy też byłoby Ci to tak obojętne? I czy również w tej sprawie nie chcesz mieć wyrobionej opinii? Czy również uważasz, że to dobrze, że Niemcy były hegemonem (bo „przyroda nie znosi próżni”)?
          Oto, wg mnie, wnioski do których prowadzi wyrażony przez Ciebie pogląd.
          Nie wiem zresztą czy zauważyłeś, że wyrażanie takiego zdania (że osiłek ma prawo użyć siły bo jest osiłkiem) to jakby właśnie proponowanie cofnięcia się do Średniowiecza (Sam więc sobie zaprzeczasz, pisząc: „Dzięki Bogu, średniowiecze mamy już za sobą, czyli zakładamy, że nie musimy wszystkiego osiągać metodą miecza i ognia.”)

          Cała reszta świata nie zarzuca Stanom, że „niepotrzebnie dbają o swoje interesy” – to jest przecież zrozumiałe, że się dba o własne interesy. Chodzi o sposób w jaki się dba o te interesy, i środki jakie się do tego wykorzystuje.

          Ale wiedz, że mój sprzeciw wobec polityki (również i militarnej) USA wychodzi właśnie z tych samych przesłanek: zależy mi aby interesy kraju, w którym żyję, były respektowane i realizowane. Ale niestety, wg mnie (oczywiście nie jest to tylko moje zdanie – podzielają je także ludzie o wiele ode mnie mądrzejsi i posiadający większą niż ja wiedzę) prowadzona obecnie polityka działa na niekorzyść Stanów Zjednoczonych. Chciałbym Ci zwrócić uwagę na to, co sam napisałeś: że pewnie jeszcze w tym pokoleniu doczekamy się upadku USA. A zastanowiłeś się dlaczego to może się zdarzyć? Może właśnie będzie to skutkiem tego, że USA – postępując tak a nie inaczej – narobią sobie wszędzie wrogów, destabilizując tym sytuację na świecie; że zniszczą swoją walutę przez niepohamowany dodruk pustych pieniędzy (w ogromnej części przeznaczonych na zbrojenia i wojsko) – przez związane z tym marnotrawstwo, nadużycia i rozkradanie; że horrendalne wydatki na zbrojenia powodują obcinanie funduszy na edukację (najgorsze, co można zrobić) i inne potrzeby społeczne…
          Ja nie chcę żeby Stany zrezygnowały ze swojej przewagi. Tylko żeby wykorzystywały ją – i starały się utrzymać – mądrze, a nie poddając się wpływom lobby, które dba tylko o własne interesy – i to niekoniecznie zgodne z interesem państwowym – czy też raczej z interesem społeczeństwa, które w tym państwie żyje, bo przecież najważniejsi powinni być ludzie, a nie jakieś abstrakcyjne „państwo”.

          Chyba jednak inaczej patrzymy na świat, jesteśmy inaczej ukształtowani. Wydaje mi się, że imponuje Ci siła, że opowiedział byś się za tym, co ma lepsze „uplasowanie rynkowe” tylko dlatego, że miałbyś z tego większą korzyść (najczęściej materialną). Być może uważasz, że świat jest jednym wielkim handlowiskiem, że wszystko da się kupić, że można (a nawet trzeba) bezwzględnie forsować własne interesy (bez względu na ich etyczną wartość), że cel uświęca środki…
          Ja tak nie uważam. Wg mnie zabójstwo zawsze pozostanie zabójstwem, oszustwo – oszustwem, kłamstwo – kłamstwem, zdrada – zdradą… bez względu na to, jak wspaniały jest (niby) cel, do którego się dąży (te wszystkie nikczemności mają się stać na dodatek świętością?)
          Zresztą, najczęściej i tak okazuje się, że i sam cel to nic innego, jak bull shit.

        • Onibe Says:

          napisałem długi komentarz, ale akurat straciłem dostęp do netu i całość chyba poszła w cholerę. To znak od Boga aby się nie wymądrzać, więc chyba na tym poprzestanę ;-)

        • Logos Amicus Says:

          Znam to uczucie ;)
          (Dlatego staram się „save’ować” to, co piszę na bieżąco – a i tak zdarza się, że „coś” mi to zjada.)

          Mimo wszystko chciałbym przeczytać Twoją odpowiedź (kto tu mówi o wymądrzaniu? ;)) bo Twoje zdanie naprawdę cenię – zmusza mnie bowiem do bardziej wyrazistego określenia swoich poglądów, stanowiąc przy tym okazję do spojrzenia na problem z innej perspektywy.
          Mam też nadzieję, że znamy się na tyle dobrze i długo (chodzi oczywiście o znajomość wirtualną – czysto „dyskursywną” ;) ), by rozmawiać ze sobą otwarcie i szczerze (więc nie będziemy sobie mieli za złe nieco ostrzejszych sformułowań, pisania wprost i bez ogródek).
          Pozdrawiam

        • Onibe Says:

          spoko, ja się nie obrażam, ale zauważyłem, że dyskusje internetowe czasami nazbyt łatwo otwierają puszkę pandory negatywnych emocji. Trudniej się kontrolować pisząc do ekranu, nie do człowieka – jednak ewolucja przyzwyczaiła nas bardziej do kooperacji z żywymi osobami, nie z awatarami ;-)

          co ja napisałem? Dziś już nie pamiętam precyzyjnie, ale przecież nie wymyśliłem tego, więc dałoby się odtworzyć.

          przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę na jeden fakt: pojawienie się Hitlera należałoby zinterpretować dokładnie odwrotnie niż to uczyniłeś. On się mógł pojawić właśnie dlatego, że mocarstwa, które mogły go powstrzymać postawiły na izolację. USA w trakcie pierwszej wojny światowej zrewidowały globalny układ sił, zepchnęły na margines Wielką Brytanię, która praktycznie bez walki zgodziła się grać drugie skrzypce (nie oficjalnie, rzecz jasna). Liga Narodów nie spełniła pokładanych założeń w niej. W ten sposób wytworzyła się próżnia, którą wypełniły Niemcy. Analogicznie, póki dzisiaj USA udowadniają, że są w stanie zbombardować każde miasto na świecie, póty ich nie lubimy, ale póty różne Putiny i lokalne watażki siedzą cicho. Bo czego miałby się bać Putin? UE? Buahaha… ONZ? Buahaha… Strach to jedno z narzędzi polityki międzynarodowej, bo strach wyznacza limes ekspansji. Bez tego każde państwo ekspandowałoby tak długo, jak długo starczyłoby mu sił, czyli wrócilibyśmy do średniowiecza.

          I jeszcze jedna rzecz: może jest teraz gorzej pod kątem moralności i etyki niż półtora wieku temu, ale:
          – aby wyjść na ulicę nie musisz przypasywać szabli ani chować pistoletu pod kapotę
          – nie musisz się bać o swoje przetrwanie – w ogóle przetrwanie większość z nas rozumie w abstrakcyjnych barwach, podczas kiedy półtora wieku temu zapewnienie sobie przetrwania było codziennym znojem
          – mamy chyba, mimo wszystko, mniej wojen.

        • Jula :D Says:

          Onibe,
          nie tyle mniej , co inaczej umiejscowione geograficznie , czy raczej geopolitycznie.
          Teraz mniej w Europie, co nie znaczy , że wcale , że wspomnę np. była Jugosławię. :(
          No i wcześnie prawie wszystkie na naszym kontynencie przetaczały się niestety , przez terytorium Polski.
          Jak będzie w przyszłości – nie wiadomo ? ..
          Polska może znowu się stać takim geograficznym „buforem” pomiędzy !? . ..
          Byłaby to wygoda dla niektórych państw , tak myślę. :(

        • Logos Amicus Says:

          To prawda, obecnie w wojnach zaangażowany jest znikomy procent ludzkiej populacji. Na szczęście od zakończenia II wojny światowej nie przewalił się po naszym świecie żaden wojenny kataklizm na globalną skalę, choć przecież zdarzały się wojny, w których ginęły miliony ludzi (i dla nich to była gehenna). Moim zdaniem nie można o tym zapominać. Wojna – jak to już ktoś wcześniej powiedział – to zbyt poważna sprawa, by zostawiać ją tylko politykom i wojskowym. ;)

          Masz rację w tym co piszesz o Hitlerze: on wyczuł słabość ówczesnych światowych „potęg” (czy też ich pobłażliwość i niechęć angażowania się w wojnę z Niemcami).Dlatego się tak rozzuchwalił i porwał na wojnę kontynentalną – z ambicją o zdobyciu w końcu całego świata.
          Ale nie jestem pewien, czy można tu snuć jakieś bliższe analogie między tamtą sytuacją a czasami nam współczesnymi.

          Chcę być mnie dobrze zrozumiał. Ja także jestem za tym, aby Stany Zjednoczone były silnym krajem i miały najsilniejszą na świecie armię (bądź co bądź żyję w tym kraju – więc siłą rzeczy jestem tym bardziej zainteresowany, niż Ty ;) ). Co jednak nie oznacza przyzwolenia na to, by wojskowi (czy też służby specjalne) robili wszystko co chcieli, by politykę zagraniczną Stanów zdominował militaryzm, by z wojny robiono biznes, (z którego korzyści czerpie garstka korporacyjnych cwaniaków), by zabijano ludzi testując nowe rodzaje broni… etc. (nie chcę się powtarzać – mój punkt widzenia na te sprawy wyraziłem już wcześniej).

          I niestety: jeśli nadal wydaje się nam, że tym, co ma zapewniać pokój na świecie jest strach, to dalej jesteśmy Średniowieczu (choć, niestety, Machiavelli, dzięki któremu ta doktryna się rozpowszechniła, żył już w Renesansie ;) )

        • Onibe Says:

          nie twierdzę, że instytucja wojny zanikła, ale jednak trochę się zmieniło w tym temacie. Pogardzane USA, dla przykładu, starają się minimalizować straty ludzkie i niezależnie od przyczyn tego postępowania (oczywiście nie stoi za tym czysty humanitaryzm), nie mieliśmy wcześniej mocarstwa chcącego planować wojny pod paradygmatem minimalizacji collateral damage. Gdybym wierzył w to, że wojen może w ogóle nie być, to powiedziałbym, że takie osiągnięcie, to żadne osiągnięcie. Ale nie wierzę ;-)

          myślę, że z nieczystą grą (czyli np. akcjami służb specjalnych) to jest tak jak z próżnią w innych sprawach: jeśli USA sobie odpuszczą, to poletko trafi w ręce innych służb. A posiadanie wielkiej armii, potężnych służb bezpieczeństwa, wywiadu i kontrwywiadu niestety, ale prowadzi do patologii, które są wbudowane w system, choć zarazem są w tym systemie zbędne.

        • Logos Amicus Says:

          Ja wierzę w to, że wojen w ogóle mogłoby nie być (albo innymi słowy: mogę sobie taką sytuację wyobrazić). Tylko nie jestem pewien, czy kiedykolwiek ludzkość zdoła się wynieść na taki poziom etyczny – tzn. zupełnej rezygnacji ze zbrojnej agresji w rozwiązywaniu międzypaństwowych sporów i konfliktów.

          Nie wierzę natomiast w to, że działalność służb specjalnych może być zupełnie „czysta”. Jednakże sądzę, że istnieją granice, których przekroczyć nie można (jak np. torturowanie ludzi, czy ich mordowanie – i to nie chodzi mi tylko o mordowanie własnych obywateli). Nie zgadzam się z Twoją tezą, że jeśli „my” tego nie będziemy robić, to będą to robić „oni”. (Waśnie ta nasza niezgoda na stosowanie zbrodniczych środków winna różnić „nas” od „nich”.)

          Nie jestem pewien, czy dobrze rozumiem Twoje ostatnie zdanie. Mówisz o patologiach (służ specjalnych), które są zbędne, czy też o samych służbach specjalnych? (Te ostatnie jednak są wg mnie niezbędne.)

        • Onibe Says:

          zbędne są patologie służb specjalnych. Służby są niezbędne.

          na temat tego jak daleko można się posunąć w stronę zła aby ratować dobro trwa dyskusja. Od paru tysięcy lat. Nie wynajdziemy nowych argumentów, a starych przewalać nie ma sensu… Moim zdaniem jeszcze nie znaleziono optymalnej odpowiedzi na ten problem, skądinąd bardzo ważny i złożony.

          a co do wojen – właściwie sam napisałeś, że jednak nie ma opcji by ich nie było. Chęci kontra realizm. To tak jak z jednostronną likwidacją zamków w drzwiach: Ty sobie możesz wymontować aby pokazać, że świat jest pięknym miejscem, ale ktoś inny doceni to w sposób odwrotny od tego, który byś sobie życzył.

          Niestety.

        • Logos Amicus Says:

          Nie, ja nie napisałem, że nie ma opcji, by wojen nie było. Jest taka opcja, tylko nie jestem pewien, czy ludzkość zdoła taką opcję (kiedykolwiek w przyszłości) wybrać (i utrzymać).
          Ale zgadzam się z Tobą: na dzień dzisiejszy (wziąwszy pod uwagę realia panujące obecnie w świecie) takiej opcji (jeszcze) nie ma.

          Oczywiście istnieją sytuacje, w których trzeba wybrać tzw. mniejsze zło, albo uczynić zło, by zyskać coś, co jest dobrem, ale ten kompromis jest jednak bardzo zdradziecki i mający jednak w sobie coś z kompromitacji dobra, które się tym zyskuje.
          Uważam, że istnieje jednak granica, której przekraczać się nie powinno – bo wtedy Zło staje się czymś, czego już nie można usprawiedliwić (a czynione tym sposobem Dobro staje się skażone).
          Ziemia pełna jest trupów (a nasza historia nikczemności), które były wynikiem tego, że Dobro starano się uzyskać za pomocą czegoś, co było jednak ewidentnym Złem (faszyzm, komunizm, anarchizm, rewolucjonizm… o zbrodniach popełnianych w imię Kościoła nie zapominając).

        • Onibe Says:

          no właśnie – najgorsze co się przydarzyło do tej pory ludzkości, to silnie zmotywowani idealiści. Bo to idealiści jak do tej pory wyrządzili więcej zła niż realiści. Moim zdaniem, rzecz jasna.

          a czy istnieje coś takiego jak dobro absolutne? Chyba nie, by gdyby istniało, to musiałoby istnieć coś co byłoby dobre dla wszystkich ludzi jednocześnie, a może i nie tylko ludzi – wszak „dobro” to także dbałość o środowisko, świat itd. To jest tak, że jak chcesz zmniejszyć bezrobocie i uszczęśliwić ludzi, to budujesz fabrykę, ale w ten sposób zabierasz komuś piękny widok z okna i czystą wodę…

        • Logos Amicus Says:

          Jeśli ktoś wierzy w Boga, to może uważać, że takim dobrem absolutnym jest właśnie Bóg.
          Ja się nie mogę na ten temat wypowiadać, bo po prostu nie wiem.
          Poza tym uważam, że człowiek jednak – żyjąc w świecie jaki jest mu dany – nie ma dostępu do Absolutu (jeśli nawet Absolut istnieje).
          Mówimy o bytach nie z tego świata, więc co tu dużo gadać? ;)

          Nie każdy idealizm jest zły. Ale trudno się z Tobą nie zgodzić: więcej szkody na świecie wyrządzili idealiści, niż realiści.
          Najgorsze jest zaślepienie idealizmem. Ale racjonalizm w stanie czystym też byłby nie do zniesienia.

        • Onibe Says:

          realizm też oczywiście ma swoje złe strony – wszak klasyczną odmianą realizmu jest realpolitik i koncer mocarstw. Z drugiej strony, realizm to także koncepcja MAD i pokój w cieniu nuklearnych zbrojeń. Gdyby w czasach zimnej wojny do czerwonych przycisków dorwał się jakiś idealista… strach pomyśleć ;-)

          swoją drogą, przypomniałem sobie, a propos wątku tortur, że pisaliśmy z Izą kiedyś, na naszym blogu, o filmie, który porusza ten temat – „Unithinkable” – http://onibe.wordpress.com/2012/07/04/unthinkable-recenzja-filmu/
          Niby film mainstreamowy, niby lekki i banalny, ale w gruncie rzeczy niegłupio przedstawiono tam rozbieżności tematyczne…

        • Logos Amicus Says:

          Problem w tym, że czasem idealiści chcą być realistami (i na odwrót) – i często kończy się to równie żałośnie.

        • Onibe Says:

          ale zarazem wszystkich nas powinien obowiązywać zarówno realizm jak i idealizm, bo to mieszanina obu stanowi o prawdziwej wartości człowieka. Czasami słucham wypowiedzi ludzi w wieku np. 18-20 lat o tym jak się powinno zbawić świat i śmieję się, bo wiem, że tracą powietrze proponując coś, co nie ma szans działania. Z drugiej strony słucham ludzi w wieku 50 lat, którzy są na ogół na wskroś pesymistyczni i poza totalną zagładą nie widzą innych perspektyw. A życie polega nie tylko na wymyślaniu bzdurnych konstruktów myślowych, ale i ich wdrażaniu ze skutkiem. Ergo: trzeba wymyślać coś, co działa, a nie coś, co nadaje się tylko na kolejną rozprawę naukową przeznaczoną dla studentów i kolegów profesorów.

          ciężko jednak łączyć jedno z drugim…

        • Logos Amicus Says:

          Zgadzam się na postulat wyrażony w pierwszym zdaniu.
          Ale przede wszystkim: realizm – tyle że podparty i wzbogacony idealizmem. Bo w życiu powinno się nie tylko myśleć. Należy również działać ;)
          I tym wiekopomnym wnioskiem zakończymy chyba tę naszą dyskusję ;)

  3. Miriam Says:

    Ciekawy jest wywiad, jaki Dawid Rydzek przxeprowadził z Michałem Kolanko.
    Oto fragment:

    Bigelow poświęca tym torturom, czy też rozszerzonym technikom przesłuchiwania, sporo czasu. Mamy tu przekrój wielu sposobów wydobywania informacji: od niesławnego waterboardingu, poprzez obnażanie przed kobietą, wieszanie pod sufitem, po powstrzymywanie snu i zamykanie w niewielkiej szafie. Egzemplifikując te metody, reżyserka daje odbiorcy wyraźnie znać, że tortury były nieodłączną częścią wojny z terroryzmem.

    – Moim zdaniem to akurat bardzo uzasadniona teza, takie metody na pewno stosowano. Co ciekawe, Leon Panetta, odchodzący sekretarz obrony, ostatnio w „Meet the Press”, jednym z najważniejszych amerykańskich programów publicystycznych, mówił, że bin Laden zostałby złapany nawet i bez tych technik. Nazwał je w ogóle eufemistycznie „metodami stosowanymi w tym czasie”. Skala całego programu, którym interesujemy się na tyle długo, że powstało już wiele materiałów dziennikarskich na ten temat, sprawia, iż nawet zwolennicy tych metod nie mogą powiedzieć, że było to stosowane incydentalnie. Był to szeroko zakrojony program, miał określone zasady, był legalnie uzasadniany przez prawników administracji George’a W. Busha. Fakt, że jest to pokazane jako jeden z elementów całej machiny CIA w tym czasie, jest jak najbardziej uzasadniony. Nie ma się tutaj o co oburzać.

    W pewnym momencie Barack Obama jednak skończył z torturami.

    – Nie tylko skończył z torturami, ale też zmienił cały program zwalczania terroryzmu. Tę mityczną nazwę „wojny z terroryzmem” przekształcił na „zwalczanie wrogów Ameryki poza jej granicami”. Administracja zrezygnowała z tego wcześniejszego terminu. Zaczęło się też o tym mówić jako o długiej wojnie, od angielskiego long war. Ten nowy program ma jednak pewne elementy, które wciąż są stosowane, a wydają się dużo bardziej kontrowersyjne – na przykład drony. Trwa właśnie wielka debata w Stanach Zjednoczonych na temat tego, czy drony naruszają prawo międzynarodowe, czy nie jest to czyste morderstwo bez podstawy prawnej. Obama rzeczywiście skończył z torturami, choć cały program zaczął już być wygaszany znacznie wcześniej, zanim został prezydentem. Jego apogeum miało miejsce 2-3 lata po 11 września. Oprócz tortur i dronów, od lat ciągnie się też sprawa Guantanamo. Dyskusja, co zrobić z niesławnym więzieniem, wciąż trwa. Departament Obrony Stanów Zjednoczonych zakończył ostatnio działalność biura ds. zamykania Guantanamo. Od jakiegoś czasu istniała taka komórka, ale została właśnie zlikwidowana. To więzienie to kolejny element kontrowersyjny, ale też symbolizujący wciąż dające o sobie znać dziedzictwo Busha. Ta sprawa zdążyła już się zakotwiczyć w amerykańskiej popkulturze (…)

    Cały wywiad tutaj:

    http://hatak.pl/artykuly/28779/Kontrowersje_wokol_Wroga_numer_jeden_Czy_film_promuje_tortury/

    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Ciekawy wywiad, wyjaśniający wiele spraw.
      Chciałbym się tu odnieść do jednej tylko sprawy: to prawda – Obama (oficjalnie) skończył z torturami (zresztą nawiązuje się do tego w filmie), ale jednak zezwolił na ataki dronów, w których giną przypadkowi ludzie, a nawet obywatele USA (Obama podpisał stosowny akt zezwalający na to). Zamienił więc stryjek siekierkę na kijek: bo ataki dronów dokonywane na terytoriach obcych państw są jednak przestępstwem, a zabijanie niewinnych ludzi jest jednak – jak by na to nie patrzeć – morderstwem.

    • Logos Amicus Says:

      Tyrada Jeffa Danielsa robi wrażenie. W końcu napisał ją Aaron Sorkin ;)
      To wygląda na prowokację, ale w rzeczywistości jest oczywistością. Te „najbardziej szczere trzy i pół minuty w historii amerykańskiej telewizji” (określenie trochę jednak na wyrost) stały się internetowym przebojem. Ale jak się tak w to wsłuchać, to jest w tej mowie Danielsa zawarta pewna schizofreniczność: pierwsza część to brawurowa prowokacja wygarniająca zszokowanej publiczności to, że Ameryka nie jest (już) najwspanialszym krajem na świecie (najdziwniejsze jest dla mnie to, że ci ludzie są tym zdziwieni – może nawet właśnie zszokowani); natomiast część druga to jakby powrót do idealistycznego BS, który tak naprawdę rzadko w amerykańskiej rzeczywistości się sprawdzał (choć rzeczywiście były w historii Stanów Zjednoczonych momenty, kiedy owe ideały traktowano poważnie.

  4. Simon Says:

    Bigelow, co oczywiste, ukazała akcję polowania na bin Ladena jako rzecz chwalebną. Tym samym nie pokazując najważniejszych ludzi w państwie chciała jakby oddać hołd tym pomniejszym, anonimowym osobom. Pewno masz rację – być może jest w tym mnóstwo propagandy. Ja sam jakoś nie wnikałem w to szczególnie, bo cała ta historia nie wywołuje we mnie większego entuzjazmu. A sam film poprzez swoją formę praktycznie nie oddaje żadnych emocji, co też skutkuje mniejszym zaangażowaniem. Dla mnie, przede wszystkim jako widza, nie koniecznie śledzącego z zainteresowaniem amerykańską (i nie tylko) politykę, film był na swój sposób męczący. Ale miał też mocniejsze elementy, szczególnie jeśli chodzi o Chastain. Cała jej postać i sposób przedstawienia bardzo mi się podobały. Ogólnie do filmu mam ambiwalentny stosunek.

    • Logos Amicus Says:

      Właściwie to nie powinienem mieć pretensji do Bigelow o to, że nie włączyła do akcji swojego filmu najważniejszych ludzi w państwie. Bo to nie o tym był ten film. Masz rację: ona przede wszystkim chciała opisać wydarzenia na tym poziomie bezpośredniego zaangażowania ludzi w sprawę – na szczeblu, rzekłbym, praktycznym. A do tego wcale nie musiało się angażować (filmowo) państwowych prominentów, decydentów.
      Osobiście nie odczułem, że Bigelow ukazała całą akcję polowania na bin Ladena jako rzecz – jak piszesz – „chwalebną”. Tam właściwie, (o ile dobrze pamiętam) po zakończeniu wszystkiego, nie ma jakiegoś szczególnego wybuchu radości, wielkiego tryumfu – bardziej: pewna ulga, coś w rodzaju rezygnacji, jaką czasami przynosi ze sobą sukces. Bardzo wymowna w tym kontekście jest moim zdaniem scena końcowa filmu, w której grana przez Chastain kobieta, siedząc sama w oddanym jej do dyspozycji samolocie wojskowym, wybucha płaczem, (co wszak można interpretować dowolnie).
      Muszę jednak wyraźnie zaprzeczyć temu, jakobym w tym filmie widział – jak piszesz – „mnóstwo propagandy”. To chyba jednak nie wynika z mojego tekstu, w którym napisałem wyraźnie: „…nie sądzę aby Bigelow została tym “przekupiona” do lansowania jakiejś pro-militarnej propagandy. W każdym razie ja tego w filmie nie zauważyłem.” (Jak sobie tak przypomnę propagandę, jaka w kinie amerykańskim była stosowana ongiś – choćby w takich „Zielonych beretach” Wayne’a czy nawet „Rambo” Stallone’a – to jednak postęp w kierunku „odpropagandowania” tego kina jest kolosalny.)
      Mogę mieć jednak pretensję o to, że w tak neutralny sposób podeszła do kwestii tortur (pod tym względem „Zero Dark Thirty” jest filmem amoralnym) i w najmniejszym stopniu nie wprowadziła do swojego filmu elementów, które by jednak kwestionowały zasadność amerykańskiego zaangażowania militarnego w odległych zakątkach globu oraz wskazywały na ich moralną dwuznaczność.
      Ja również mam do tego filmu ambiwalentny stosunek – ale pewnie główną przyczyną jest tu jego polityczny kontekst, (z którego jednak filmu nie sposób wyjąć).

    • Jula :D Says:

      Temat filmu bardzo kontrowersyjny dla Polaków, zwłaszcza w kontekście „więzienia przejściowego w Polsce gdzieś na Mazurach”.
      Torturowali w Polsce czy nie?.. Oto jest pytanie? .. .
      Wydaje mi się, że dobrze, że ten temat jest poruszany na bieżąco.
      Ludzie powinni wiedzieć i znać kulisy powstania każdego ZŁA..
      Bo wiemy, jak rodzi się terror .. Zainteresowany może sobie wyguglać w necie. Schemat ciągle taki sam, niezmienny od wieków. W końcu w Polsce też mieliśmy takich „terrorystów ” zwalczających np. Carat.
      USA sama sobie poniekąd tych terrorystów wykształciła i sfinansowała. Ja uważam, że trzeba kuć żelazo póki gorące i pokazywać. Jak np. pokazywano wojnę w Wietnamie. Bo zło jest czasami nie tam, gdzie nam się wydaje.
      Pozdrawiam!

      • Logos Amicus Says:

        Problem z tym filmem jest taki, że jednak ZŁO umieszcza po jednej tylko stronie. A w tym przypadku jednak tak nie jest. Należałoby jednak dotrzeć do prawdziwych źródeł tego, dlaczego ekstremiści islamscy wypowiedzieli wojnę Ameryce (a w społeczeństwach islamskich nienawiść do Stanów Zjednoczonych jest tak rozpowszechniona).
        Masz rację, że pisząc że „USA sama sobie poniekąd tych terrorystów wykształciła”. Dodałbym, że niestety nadal – poprzez swoją politykę i akcje militarne – tych terrorystów mnoży: na każdego zlikwidowanego członka Al-Kaidy (o ofiarach cywilnych, przypadkowych nie wspominając) przypada kilku nowych, którzy dołączają się do organizacji i ruchów przeciwnych Amerykanom.
        Słusznie przypominasz też wojnę w Wietnamie: to właśnie przez to, że pokazywano te wszystkie nikczemności, które na tej wojnie się działy, można było tę wojnę szybciej zakończyć (jak wiemy, Amerykanie ją przegrali, ale co przemysł zbrojeniowy zarobił – to zarobił).
        I rzeczywiście, powinniśmy zawsze o tym pamiętać, że zło jest czasami nie tam, gdzie się nam wydaje.

    • Logos Amicus Says:

      Przeraża beznamiętny głos tych, którzy strzelają do tych ludzi jak do kaczek. To też jest właściwie egzekucja, bo ci Afgańczycy nie mają żadnej możliwości obrony.
      Czy może później dziwić to, że młodzi Amerykanie wracający do kraju po tego rodzaju jatkach są psychicznymi wrakami (bo dopiero tam, na froncie, dociera do nich to, czym tak naprawdę jest wojna – jakie są mechanizmy jej działania i po co było to całe pranie mózgu, jakiemu ich poddano przed wysłaniem do obcego kraju, by zabijali ludzi, którzy przecież walczą z nimi w poczucie, że bronią swojej ojczyzny).

  5. montero Says:

    ”Al-Kaida” była nazwą nadaną grupie islamskich bojowników wyszkolonych i uzbrojonych przez CIA do walki z Sowietami w Afganistanie w latach 70. i wczesnych 80. XX w. Kiedy przestali być przydatni w tej roli, a Związek Radziecki się rozpadł, ‘Al-Kaida’ została przekształcona we wroga USA (i zachodniej ‘demokracji’, tak na dokładkę) i obwiniona za ataki z 11 września 2001. Od tamtego dnia ‘Al-Kaida’ jest używana przez zachodnie ‘demokracje’ jako przykrywka dla tajnych operacji CIA (ataków terrorystycznych) oraz do uzasadniania inwazji bądź nalotów bombowych przeprowadzanych przez wojska USA lub NATO przeciwko każdemu narodowi, który wykazuje oznaki braku współpracy z dążeniem zachodnich elit do osiągnięcia globalnej hegemonii gospodarczej i pełnej kontroli nad światową populacją.
    Ironią w tym wszystkim jest to, że swoim najnowszym wcieleniem ‘Al- Kaida’ zatoczyła koło i jest obecnie używana w taki sam sposób, jak na początku była używana w Afganistanie przeciwko Sowietom – jako ‘nasi terroryści’ walczący dla amerykańskiego i zachodnich rządów oraz interesów korporacyjnych w Syrii. Do diabła z 9/11 – tak to wygląda.
    Pomimo faktu, że od lat próbuję zwrócić uwagę na kłamstwa i oszustwa wielkiego rządu, wciąż jest dla mnie fascynujące, że tak wiele osób wierzy w oficjalną wersję ‘wojny z terrorem’, a jednocześnie akceptuje finansowanie i szkolenia ‘al-Kaidy’ przez rząd USA (i rządy europejskie). W końcu, są to ideologiczni bracia porywaczy z 9/11 i ludzie, przeciw którym rząd USA prowadzi wojnę przez ostatnie 11 lat. To ci sami terroryści, którzy stanowili tak poważne zagrożenie dla społeczeństwa Zachodu, że w Ameryce i Europie dla naszej „ochrony” zlikwidowano wiele swobód obywatelskich. To ci sami ludzie, którzy – jak podaje artykuł z CFR – zabili i ranili tysiące żołnierzy amerykańskich w Iraku. Choć znowu, cała ta skomplikowana psychiczna gimnastyka, do jakiej zmuszeni są ludzie, żeby przekonać samych siebie, że oficjalna wersja ‘wojny z terrorem’ jest prawdziwa, wydaje się wywoływać jakieś zaburzenia poznawcze, które z kolei, wydają się prowadzić do imponującej zdolności akceptowania coraz bardziej rażących absurdów jako prawdy.
    (fragment tekstu z blogu PRACowniA)

    • Logos Amicus Says:

      Tak, ale należy przy tym pamiętać, że jednak okoliczności – i układ sił – ulega zmianie.
      Zdarzają się przecież sytuacje, kiedy dawny przyjaciel i sprzymierzeniec staje się wrogiem

  6. ZygmuntMolikEWA Says:

    Matko kochana LA, jak ty tych ludzi ‚piłujesz’, i jak dajesz się piłować wzajemnie. Z przyjemnością? No to… mam wolne.

  7. torne Says:

    To ciekawe, jak wiele osób skłania do refleksji scena tortur w tym filmie. Ja sam pewnie nie zwróciłbym na nią większej uwagi, gdyby nie to, że byłem świadom afery, jaka się przez tę scenę rozpętała w Stanach. Mnie się wydaje, że z prawami człowieka i torturami sprawa jest taka sama jak w Polsce z przepisami drogowymi i fotoradarami. Tj.: wszyscy udajemy, że przestrzegamy przepisów, ale de facto mamy je głęboko tam, gdzie światło nie dociera (bo jak inaczej nazwać rwetes na fotoradary, które przecież powinny stać nieużywane, jeśli kierowcy zachowywaliby się zgodnie z przepisami).

    • Logos Amicus Says:

      Ja bym jednak nie porównywał tego, że łamiemy przepisy ruchu drogowego (np. jadąc 45 km./godz. tam gdzie istnieje ograniczenie do 40 km./godz.) do łamania podstawowego prawa człowieka zakazującego stosowania tortur i męczenia człowieka. Bo jednak szkodliwość społeczna (nie wspominając już o tym, co przechodzi sama ofiara tortur) obu tych przestępstw jest niewspółmierna.
      Ale domyślam się co masz na myśli: tortury będą stosowane nawet wtedy, kiedy będzie istniało prawo, które ich zabrania.

      Lecz tu jednak chodzi o coś ważnego: oficjalne przyzwolenie na stosowanie tortur to jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego (przyjętego przez wszystkie cywilizowane państwa współczesnego świata), które wyraźnie mówi:

      „Nikt nie może być poddany torturom lub okrutnemu, nieludzkiemu albo upokarzającemu traktowaniu lub karaniu.”

      Głosi to Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ powstała po zakończeniu II wony światowej. Jest to również zawarte w Kartach Praw Człowieka przyjętych przez poszczególne kraje Europy, Ameryki Północnej i Południowej, a nawet Afryki.

      Jawne pogwałcenie tego prawa stwarza precedens godzący w samo sedno przyjętych przez nas standardów cywilizacyjnych (cofając nas niejako do epoki barbarzyństwa).
      To wszystko ma też znaczenie symboliczne: skoro nawet „cywilizowany” Świat Zachodu ma gdzieś stworzone przez siebie prawo, to my (dajmy na to w Afryce, czy Azji) możemy sobie robić z człowiekiem (wrogiem) co nam się żywnie podoba: torturować, zakładać obozy śmierci, używać broni chemicznej i biologicznej, robić eksperymenty medyczne na więźniach… etc.
      To o to tu chodzi. To dlatego niektórzy ludzie tak mocno protestują przeciw łamaniu praw człowieka, w tym i stosowaniu tortur.
      Poza tym: są wśród nas ludzie bardziej uwrażliwieni humanistycznie, którzy mają odwagę powiedzieć: nie zgadzamy się na torturowanie ludzi, nie pozwalamy na takie znęcanie się nad człowiekiem (jakie miało miejsce np. w więzieniu Abu Ghraib).

      • torne Says:

        A dlaczego nie porównywać? Skoro przy tak „banalnym” zdarzeniu jak przekroczenie prędkości ignorujemy przepisy dla uzyskania własnego celu, to dlaczego mielibyśmy trzymać się przepisów, kiedy cel jest o wiele ważniejszy niż tylko szybsze dotarcie tam, gdzie się chce? W końcu przekroczenie prędkości może skończyć się czyjąś śmiercią i to nawet w przypadku tak pozornie niewielkiej szybkości jak 45 km/h

        Dla mnie oba przypadki pokazują wspólny mechanizm, który polega na tym, że prawo nie jest po to, żeby je przestrzegać, ale po to, żebyśmy żyli w błogiej iluzji, że jesteśmy cywilizowani i troskliwi i dobro innych coś dla nas znaczy. Ale jest to iluzja, która wymaga „udawania głupka”, czyli zaprzeczaniu temu, że takie łamanie ma miejsce. Bo dopóki nie złapią cię na radarze, to możesz przekonywać siebie i innych, że jeździsz odpowiedzialnie i zgodnie z przepisami. Tak samo ma się z torturami, jak długo nikt ich nie udowodni, to wszystko jest ok. I w tym względzie rozumiem aferę w senacie USA, bo skoro Bigelow miała dostęp do dokumentów CIA (a ponoć miała), to znaczy, że jej film potwierdza to, czemu władze USA zaprzeczają.

        • Logos Amicus Says:

          Prawo jest po to, by zakreślić pewne granice i stworzyć pewne punkty odniesienia, które stanowią o tym jaką cywilizację chcemy zbudować i w jakiej cywilizacji chcemy żyć. Wg mnie prawo jest czymś więcej niż tworzeniem czegoś, co pozwala nam – jak piszesz – żyć w „błogiej iluzji” i co zmusza nas do „udawania głupka”.

          Ja jednak widzę różnicę w tym, że ktoś udaje głupka, bo przekroczył właśnie o 5 km/godz. limit prędkości i nie chce zapłacić mandatu, a tym, że ktoś zamęczył człowieka, wyrywając mu na żywca paznokcie albo go topiąc czy dusząc.
          Nie gubmy proporcji.

          Ty piszesz o zwykłej hipokryzji człowieka i cwaniactwie – Twoja sprawa, jeśli na to przystajesz. Lecz nie wszystkie zachowania ludzi są hipokryzją – i nie każdy człowiek jest hipokrytą (w pewnych sprawach przynajmniej).
          To, że ktoś nie udowodni komuś, że stosował tortury, nie powoduje tego, że tortury są OK (najwyżej to, że mu to ujdzie płazem).

  8. miziol Says:

    Znowu chce zabrac glos w sprawie filmu, ktorego nie widzialem. Z przyczyn absolutnie formalnych, radzilbym ci jednak przemyslec i byc moze edytowac (:-)) opinie wyrazona w zdaniu trzecim od konca. Trudno mi, jako Polakowi, zaakceptowac ja w takiej postaci …

  9. miziol Says:

    Tym gorzej, jesli nie widzisz tego. A jednak to tam jest …

    • Logos Amicus Says:

      Czyżbym Twoją „polskość” uraził zestawieniem „powierzchowna aparycja”? ;)

      A swoją drogą to szkoda, że wobec tematu jaki poruszyłem w tym wpisie, masz tylko tyle do powiedzenia: wytknięcie mi jakiegoś (być może źle użytego) słówka.

  10. miziol Says:

    Cieplo! Doszlismy juz do tego, ze nie chodzio moje uczucia patriotyczne :-). Wobec tego mysle, ze wystarczy jak powiem, ze z tej „przenicy” chleba nie bedzie.

    • Logos Amicus Says:

      Aaaa…. Twoja „polskość” została urażona literówką w słowie „pszyszarzony”. ;)
      Sorry, zdarza się – zwłaszcza komuś tak słabo znającemu język polski, jak ja :)
      Poprawię

      PS. Czujny jesteś ;)

  11. miziol Says:

    Znowu edytujesz swoje komentarze Amicusie. To troche utrudnia rozmowe. W temacie moge najwyzej powiedziec, ze juz sie naogladalem dosyc propagandowych filmow i jeszcze jeden nic juz nie zmieni. Nawet jesli jest sprawnie nakrecony i technicznie doskonaly, to ogladanie jak najsilniejsze panstwo swiata poluje na pojedynczego czlowieka (chociaz dosyc bogatego), ktorego samo finansowalo i „stworzylo”, a potem obwieszcza calemu swiatu wielki sukces nie wydaje mi sie zbyt rozrywkowe. Tym bardziej, ze jestesmy sojusznikami. Jak mowil Sinuhe, po wyjsciu od prostytutki „mam popiol w ustach”.

    • Logos Amicus Says:

      Nie sądzą, żeby ten film był propagandą (jak sobie tak porównam go z niektórymi amerykańskimi filmami – odnoszącymi się choćby do wojen w Indochinach).
      Ale to musiałbyś sprawdzić sam.
      Jeśli oglądałeś wcześniejszy film Bigelow („The Hurt Locker”) i jeśli Ci się podobał, to moim zdaniem powinien Cię zainteresować również ten najnowszy. Tym bardziej godny jest on uwagi, że sprowokował dyskusję na ważne tematy.

  12. miziol Says:

    Ogladalem „Hurt Locker”, ale nie pamietam zbyt wiele poza ogolnym wrazeniem – schematy i nuda. Nawet nie jestem pewien czy dotrwalem do konca, bo nie potrafie powiedziec o co tam chodzilo i przypominaja mi sie tylko jakies pojedyncze sceny. Moze sie zmusze do obejrzenia ZERO DARK THIRTY, ale nie jestem pewnie czy warto. Swoja droga, Saddamowi przynajmniej zorganizowano jakis a’la proces sadowy, a Osame po prostu zabito, bez zdania racji i mozliwosci obrony. Wszystko, co wiemy na jego temat pochodzi od Amerykanow, ktorzy go zabili, chociaz mogli swobodnie zlapac i przywiezc do miejsca, gdzie bylby przesluchany i osadzony. Tylko, ze wtedy Osama mialby okazje powiedziec cos niewygodnego. Swiat jest tak glupio zorganizowany i nie widac w najblizszej perspektywie zadnej mozliwosci zmiany, ale mimo wszystko to przykre. Tym bardziej, ze my, jako Polacy, korzystamy teraz z bycia po stronie agresorow, bierzemy czynny udzial w akcjach, a oficjalnie nasi przedstawiciele, czytaj parlamentarzysci, udaja glupkow albo klamia bezkarnie w zywe oczy. Z tym, ze oczywiscie wszystkie liczace sie i nieliczace sie sily na Ziemi robia to samo, wiec lepiej jak jestesmy juz jakos zdecydowanie po jednej stronie. Przynajmniej nie dostaniemy w dupe z dwoch stron, jak w 1939 roku.

    • Logos Amicus Says:

      Jeśli „The Hurt Locker” Cię wynudził, to podejrzewam, że jeszcze bardziej mógłbyś się wynudzić na „Zero Dark Thirty” – zwłaszcza, że masz (podobnie jak i ja) sporo zastrzeżeń co do „ideologii” tego filmu.
      Ale mimo wszystko uważam Bigelow za dobrą reżyserkę (a „The Hurt Locker” za dobry film). Zresztą uważam, że „Wróg” także nie jest – mimo wszystko – złym filmem.

      Mnie również ta egzekucja bin Ladena średnio zachwyciła. Podobnie zresztą, jak cały ten cyrk z sądem nad Husajnem, który wg mnie był parodią procesu sądowego i zwykłą zemstą. Ja nawet współczułem Kadafiemu (mimo, że dla mnie zawsze był on dyktatorskim pajacem, do którego nigdy nie miałem szacunku), kiedy go tak dziko wleczono krwawiącego po ulicach Syrty i zlinczowano:
      http://swiatowidz.pl/?p=4068
      To wszystko to jest jednak powrót do barbarzyństwa, w którym niestety biorą udział „cywilizowane” kraje Zachodu.

      Ja też czuję pewien dyskomfort krytykując Stany Zjednoczone (bo przecież sam korzystam z „dobrodziejstw” życia na Zachodzie), ale niestety nie umiem tego zmilczeć i przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego. Zresztą uważam, że każdy ma prawo do krytykowania pewnych posunięć firmowanych przez kraj (czy też raczej państwo), w którym się żyje – i że nie ma w tym nic niestosownego. To nie jest jednak żadna hipokryzja (hipokryzją właśnie byłoby siedzieć cicho).

  13. Major Says:

    Film doskonały, pokazuje temat namierzania kolejnych, coraz ważniejszych członków al-kaidy. Świetnie i realistycznie nakrecone sceny tortur, namierzania poprzez logowanie telefonów komórkowych do sieci, przez maile, przekupstwo, zastraszanie. Tak – a mówię to do tzw. intelektualistów i sympatyków terrorystów, pacyfistów, putinowców, homomiłośników i zwolenników powszechnego rozbrojenia i zniewiescienia – czyli ogólnie do ignorantów w sprawach polityki i współczesnego, niezbyt pieknie urządzonego swiata – ci kolesie (o pardon – kobiety też), w tym przypadku CIA, własnie walczą za własny kraj i trzeba miec dla nich szacunek, tak jak ja mam szacunek dla naszych żołnierzy w Iraku i Afganistanie i gdziekolwiek wykonują swoje trudne i niebezpieczne misje.
    I błagam niech nikt nie pisze bzdur typu „a po co torturować”, „po co zabijać”, „po co walczyć”?
    Odpowiem – po to żeby nie przyszli do nas i nie wysadzili wam centrum handlowego, autobusu, metra i przedszkola. A ze walka jest brutalna – no cóż – taka po prostu jest…

    • Jula :D Says:

      @Majorze?
      Raczej młodociany trollu marzący o przygodzie wojennej.(sic!)
      Tam nie walczą za darmo .Teraz wstępują do armii , by jeśli się uda (nie zostanie zabitym, nawet przez swoich) i nie sfiksuje , to zarobi trochę pieniędzy dla rodziny , na studia itd…
      Nie ma armii z poboru. Są „najemnicy” na kontrakcie.
      I nie truj o patriotyzmie , bo to co piszesz to oznaka faszyzmu ! .. . Póki co , to wysadzać mogą w Polsce „sfiksowani” żołnierze , którzy tam przeżyli traumę!. . ewentualnie jako „żołnierze gangów”, z braku innej pracy. :(

    • Logos Amicus Says:

      Poglądy Majora są według mnie zbyt… hm… uproszczone ;)
      (Choć ciekawe jest wrzucenie do jednego worka terrorystów i pacyfistów, putinowców i intelektualistów ;) )

  14. miziol Says:

    Major, mnie rozpedzaj sie tak, bo zaraz na Ksiezyc dolecisz :-) W tym przybytku trzeba chwile pomyslec, zanim sie cos powie…

  15. herstoryk Says:

    „The Guardian” pisze o filmie dokumentalnym mogącym być odtrutką na hollywoodzkie usprawiedliwianie tortur we „Wróg Numer Jeden” („Zero Dark Thirty”). Zaprezentowany na Sundance Film Festival dokument „Dirty Wars: The World is a Battlefield” (Brudne Wojny: Świat jest Polem Bitwy), nakręcony przez Ricka Rowleya i prowadzącego narrację Jeremy Scahilla, opisuje m.in typowy nocny rajd amerykańskich sił specjalnych Jsoc (Joint Special Operations Command) na domostwo w Gardez w prowincji Paktia, Afganistan. Amerykanie otrzymali informację o zebraniu komórki Talibanu, przygotowującej zamach samobójczy. Wdarli się do budynku o północy i zastrzelili 3 kobiety, dwie z nich w ciąży oraz…komendanta afgańskiej policji Muhammada Dauda, wyszkolonego przez ich własnych trenerów. Skuty kajdankami brat Dauda musiał patrzeć jak amerykańscy komandosi wycinają nożami kule z ciała jego żony, dla ukrycia zabójstw, o które próbowali potem oskarżyć nożowników Talibanu. Rowley skopiował do dokumentu film nagrany na jednej z komórek ofiar, który dowodzi, że przerwane przez rajd zebranie było dla uczczenia narodzin dziecka. Na filmie z innej komórki słychać amerykańskie głosy, koordynujące zeznania, by udowodnić, że rajd nie był masakrą. Twórcy „Dirty Wars” idą dalej śladami sławionych we „Wróg Numer Jedne” agentów JSoc, przez Afganistan, Jemen i Somalię, dokumentując drugą, ukrywaną, ciemną i krwawą stronę „wojny z terrorem” prowadzonej przez administrację Obamy.
    Inny artykuł Guardiana pisze, że JSoc działa poza hierarchią służbową amerykańskiej armii, podlega bezpośrednio prezydentowi USA, jego budżet jest tajny, morduje „podejrzanych” z wciąż rosnącej „czarnej listy” (kill list) w wielu krajach i jest w zasadzie „szwadronem śmierci” amerykańskiego prezydenta.
    „Brudnych Wojen” na pewno nie będzie się wyświetlać w multipleksach i jak zwykle hollywodzkie fantazje zastępią rzeczywistość w oczach i umysłach milionowej widowni.

    http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2013/jan/28/dirty-wars-jeremy-scahill-zero-dark-thirty

    http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2013/jan/25/zero-dark-thirty-normalises-torture-unjustifiable

    • Logos Amicus Says:

      Żeby dobrze zrozumieć na czym polega i jakie są przyczyny tak zwanego zderzenia cywilizacji (kraje zachodnie, przede wszystkim USA vs. kraje muzułmańskie, islam), trzeba także sięgnąć do niewygodnych faktów.

  16. Robert Says:

    Andrzej Heyduk w weekendowym magazynie „Dziennika Związkowego” „Kalejdoskop”, pisze:

    „Już w początkowej części fabuły znajduje się scena przesłuchiwania jednego z ludzi podejrzanych o utrzymywanie kontaktów z bin Ladenem. Maya jest na tym przesłuchaniu obecna, ale w nim nie uczestniczy, lecz jedynie je obserwuje. „Mokrą robotą” zajmuje się wyłącznie jeden z jej kolegów.
    Okazuje się jednak, że scena ta jest tylko częściowo zgodna z prawdą. Z ujawnionych ostatnio dokumentów wynika, że CIA wywierała naciski na scenarzystę Marka Boala, by zmienił lub usunął co bardziej szokujące treści filmu. W przypadku wspomnianej powyżej sceny, agencja wywiadowcza „poprosiła”, by Maya była wyłącznie bierną obserwatorką tortur, mimo iż w rzeczywistości rzekomo czynnie w nich uczestniczyła. Wynika stąd zatem, że scenariusz filmu był wspólnym dziełem Boala i CIA, a ostateczna jego wersja jest pod wieloma względami wybieloną interpretacją tego, co się naprawdę wydarzyło.
    Do pewnego stopnia jest to zrozumiałe, ponieważ film prawdopodobnie nigdy by w ogóle nie powstał, gdyby nie to, że CIA pozwoliła filmowcom na wysłuchanie opowieści osób bezpośrednio zaangażowanych w tropienie Osamy bin Ladena. Reżyser i scenarzysta mieli też dostęp do niektórych tajnych dokumentów. Wydaje się zatem, że ceną za te informacje było zezwolenie agencji na wtrącanie się w szczegóły scenariusza.
    Szczegóły wywieranych przez CIA nacisków znajdują się w tomie dokumentów, które zostały odtajnione na podstawie tzw. Freedom of Information Act. Materiały te zostały przekazane internetowemu pismu „Gawker”.”

    Cały tekst przeczytać można pod linkiem:

    http://www.superkalejdoskop.com/index.php?option=com_content&view=article&id=1061%3Asztuka-czy-propaganda&catid=41%3Akontrowersje&Itemid=30

  17. annybloog Says:

    Bardzo zawiodłam się na życiu PI. Zresztą książka, także mnie nie zachwyciła.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s