NIE CZAS UMIERAĆ albo o tym jak Bond staje się sentymentalnym tatusiem, monogamistą i śmiertelnikiem

.

James Bond mięknie, ale nie jako eksterminator swoich adwersarzy (Daniel Craig w „Nie czas umierać„)

.

       Spoilery są już w tytule tego wpisu, znajdą się też w nim i inne, ale nie będę za nie przepraszał, bo właściwie nie ma za co – ci, zainteresowani najnowszym „bondem” już pewnie o tym wielkim halo z zakończeniem wiedzą. Poza tym atrakcyjność bajek o agencie 007 nie zasadza(ła) się raczej na ich prawdopodobieństwie, więc wszelkie fabularne wyskoki udające rzeczywistość koniec końców brane są przez widzów (nawet tych od konsumowania masowej rozrywki) z przymrużeniem oka, mimo że mogą wzniecać w kinie niejakie emocje. Czy wreszcie: nikt o zdrowych zmysłach – i podstawowej wiedzy o działaniu przemysłu rozrywkowego – nie uwierzy w to, że można świadomie zabić kurę znosząca złote jajka (a franczyza bondowska warta jest ok. 20 miliardów dolarów!)
Osuszcie więc łzy wszyscy opłakujący filmowe unicestwienie Bonda, bo zaprawdę powiadam wam, że już wkrótce zostanie on wskrzeszony i pojawi się znów na ekranach, by uciekać, gonić, uprawiać seks i zabijać bezlitośnie arcy-łotrów wraz z towarzyszącymi im tabunami pomagierów (pod warunkiem, że nie zostanie do końca wytrzebiony przez polityczną poprawność, feminizację i co tam jeszcze „progresiści” nam szykują).
Jednakże wszystko wskazuje na to, że nie będzie to już Daniel Craig. Wprawdzie po „Spectre” aktor ten zastrzegał się, że prędzej „podetnie sobie żyły” niż wystąpi w następnym „bondzie” – i jednak pojawił się w „Nie czas umierać” (nigdy nie mów nigdy!) – to tym razem wszystko wskazuje na to, że ten ostatni film jest jego łabędzim śpiewem w serii, która angażowała go przez kilkanaście lat. „Granie Bonda to żart i wyzwanie – jest jak cholernie natrętny koszmar” – miał ponoć powiedzieć Sean Connery, dla którego wcielanie się w agenta 007 stało się ciężarem uziemiającym jego aktorską karierę, (jaka nota bene rozkwitła, kiedy już dał sobie spokój z udawaniem tego, że jest Bondem). Craig pewnie odczuwał podobnie, bo – jak wieść niesie – z pędzących motocykli, łodzi i samochodów przenosi się wprost na deski teatru by zagrać… Makbeta.

       Sam nie wiem jak mam potraktować to, że ostatni film o Bondzie miał swoją światową premierę w londyńskim Royal Albert Hall z udziałem członków rodziny brytyjskiej królewskiej (jak pisała prasa, znaleźli się wśród nich: The Prince of Wales, The Duchess of Cornwall and The Duke and Duchess of Cambridge, czyli, wyrażając się już bardziej po ludzku: książę Karol i jego żona księżna Kamila, książę William i jego żona księżna Katarzyna). Poza nimi – i resztą śmietanki towarzyskiej nie tylko Londynu – zjawiły się również występujące w filmie gwiazdy, z Danielem Craigiem (w różowej marynarce!) na czele. Oczywiście, że ten mariaż tronu z pop-kulturą (i brytyjską ekonomią) nie powinien dziwić, bo zarówno jedno, jak i drugie stanowi pożywkę dla masowej wyobraźni, ale czy infantylizm połączony z anty-intelektualizmem nie posuwa się tu za daleko?
Z pewnością Ianowi Flemingowi piszącemu na Jamajce swoją pierwszą książkę o Bondzie, nie śniło się, że oto powołuje do (fikcyjnego) życia najsłynniejszego agenta na świecie; że napisze jeszcze 11 tomów o jego przygodach, czy wreszcie: że powstanie 26+ filmów, których bohaterem będzie Bond, James Bond. Co ciekawe, on sam nie lubił tego gościa, który według niego miał być tylko „tępym narzędziem” służącym państwu i instytucjom od wydawania specjalnych poruczeń.  Bo cóż było nobliwego w facecie, który – wprawdzie sprawny fizycznie, ale bez żadnych wyższych kulturalnych ambicji – w chwilach „wolnych” zajęty był głównie piciem, uwodzeniem kobiet (w tym mężatek), grą w karty, jazdą samochodem i wypalaniem 60 papierosów dziennie? Kto wie, czy kreacja takiego „męskiego”, heteroseksualnego, ale zupełnie niezdolnego do głębszej refleksji gostka nie była cichą zemstą Fleminga za swój homoseksualizm? Bo to, że pisanie książek o Bondzie było dla niego ucieczką przed wypełnianiem małżeńskich „obowiązków”, wiadomo (chyba) na pewno.

James Bond – „tępe narzędzie” z licencją na zabijanie?

.  

       James Bond był też produktem post-wojennej i post-imperialnej Wielkiej Brytanii, która chciała zachować iluzję panowania nad światem – zwykle pod pretekstem ochrony Zachodu przed wrogami ze Wschodu. Ewentualnie przed katastrofą, którą gotowali ludzkości nieobliczalni wariaci, półobłąkani geniusze zła opanowani jakąś szatańską i morderczą idée fixe. Taki „produkt”/ktoś musi posiadać „licencję na zabijanie”, likwidować swoich przeciwników nie uważając ich za ludzi. No i nie może mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, bo przecież byłyby one czymś „nieprofesjonalnym”, a co gorsza: czymś zatruwającym śmiertelnie duszę. A że James był przy tym (w książkach Fleminga) homofobem, rasistą oraz seksistą…? Cóż, Nobody is Perfect!

       Łapię się teraz na tym, że do tej pory właściwie nic nie napisałem o samym filmie, marudząc coś o pop-kulturowym fenomenie i charakterze postaci Jamesa Bonda oraz związanych z nim wątkach pobocznych. Ale to dlatego, że jednak wydaje mi się to ważne, bo w jakiś sposób świadczy nie tylko o naszych czasach, ale i o nas samych – drążąc przy tym istotę jednej z ważniejszych ikon współczesnej kultury masowej i jej relację ze zmieniającym się wokół nas światem.
A może to zbyt szumnie powiedziane, bo wszystkie filmy z bondowskiej serii były przede wszystkim rozrywkową zabawką skrojoną pod gusta masowej publiczności i nie ma większego sensu przypisywać im jakichś głębszych epokowych znaczeń? Tym bardziej, że – jak już wspomniałem na początku – opierały się one na pewnej konwencji/formule, która zakładała daleko idącą umowność, rozbrajającą poniekąd generowany przez nią często absurd.
Rozsądźcie sami, ale według mnie – mimo swego eskapizmu i ludyzmu – wszystkie „bondy” jakimiś tam znakami czasu były. I takim znakiem czasu jest również „bond” ostatni.

       Wprawdzie „Nie czas umierać” nie jest tak nasycony sadyzmem i cynizmem, jak seriale telewizyjne, które święcą ostatnio tryumfy na platformach streamingowych (wręcz przeciwnie: twórcy filmu starają się Bonda oraz tych, którzy wspomagają go w zmaganiu się z nikczemnikami „uczłowieczyć”) to jednak nad całością ciąży atmosfera jakiejś katastroficznej dekadencji, no i oczywiście trup ścieli się gęsto, głównie za sprawą wyczynowej sprawności strzelecko-likwidacyjnej Bonda (bo, jak widać, mimo wzmożonej wrażliwości feministyczno-genderowo-rasowej progresistów, masowe zabijanie na ekranie – zwłaszcza to wzbudzające aplauz widowni – nadal ma się w popkulturze świetnie).

       Jak na ironię, to co miało „zmiękczyć” bondowski charakter, wprowadzić pewną korektę do DNA odpowiedzialnego za kreację kolejnych klonów serii, zadziałało moim zdaniem na niekorzyść filmu, rozbijając go formalnie i stylistycznie. Mnogość wątków – ich zagmatwanie, brak ciągłości w budowaniu napięcia – nie tylko tego wynikającego z akcji, ale i dotyczącego emocji… wszystko to sprawiało, że film się nieco rozłaził, nie trzymając się kupy. Kilka świetnie nakręconych sekwencji z szaloną jak zwykle akcją, tylko to wrażenie potęgowało.
Trzeba przyznać, że jakość produkcji tego filmu jest na najwyższym poziomie, jego aparycja robi wielkie wrażenie, wiele kadrów prezentuje się na ekranie fantastycznie… Wszystko wskazuje na to, że te 250 mln. dolarów, jakie wydano kręcąc ten film, nie poszło na marne. Jednakże, jak mi się wydaje, niektóre sceny wstawiono do filmu cokolwiek na siłę, tylko ze względu na ich widowiskowość (jak np. totalna rozwałka z udziałem Any de Armas na Kubie), bo prawie niczego nie wnosiły do opowiadanej historii (rozwlekając przy okazji film do tych 2 godzin 40 minut, co nawet niektórym z tych najbardziej zagorzałych fanów Bonda, wydało się przesadą.) Gorzej jest więc z warstwą fabularną, co pewnie jest winą zbyt wydeliberowanego scenariusza.

W „Nie czas umierać” nie ma już „dziewczyn Bonda”. Wieczny kawaler w monogamicznym związku? (Léa Seydoux i Daniel Craig)

.

Skoro mowa o wadach filmu wspomnę jeszcze o dwóch według mnie dość istotnych:

  • Brak chemii miedzy Bondem i jego partnerką Madeleine (Léa Seydoux) oraz mizerna wiarygodność tego związku, wynikająca prawdopodobnie z wkładu Phoebe Waller Bridge, dokooptowaną do tworzącego scenariusz teamu (oprócz niej: Neal Purvis, Robert Wade Cary i reżyser filmu Joji Fukunaga), która postanowiła wprowadzić doń „świeżą kobiecą” perspektywę, czyniąc występujące w filmie kobiety bardziej „ludzkimi”, a nie tylko seksualnymi obiektami, jakimi były dotychczas „dziewczyny Bonda” (co jest tylko częściową prawdą, bo jednak silne i niezależne kobiety w orbicie Bonda się pojawiały). Tutaj jednak coś nie zagrało: postać Madeleine okazała się tworem sztucznym, bo ani nie dorastała do standardu urody występujących w Bondzie kobiet (których pewien rodzaj glamour zawsze był znakiem firmowym), ani jej „zwyczajność” nie była autentyczna, gdyż scenariusz wpakowywał ją w taką rolę i sytuacje, w jakich „zwyczajna” dziewczyna nigdy nie mogłaby się znaleźć – więc po co udawać? (Nie mówiąc już o tym, że na ekranie bardziej przypominała córkę Bonda, niż jego partnerkę/kochankę… ale to w sumie drobiazg.) Na domiar złego Bond spłodził z nią dziecię, (o czym dowiedział się pięć lat po fakcie!), które oczywiście też musi bronić przed złoczyńcami, przy okazji pałając (nagle) do niego czymś w uczuciowym repertuarze Bonda niesłychanym: ojcowską miłością! Swoją drogą wykorzystanie dziecka w tych wszystkich naładowanych przemocą, gwałtem i zabijaniem scenach uważam za niedopuszczalne nadużycie (jakoś kłóci mi się to z feministyczną i progresywną wrażliwością), a sentymentalna do granic śmieszności maskotka dziecka zatknięta za pas Bonda w finałowej scenie, to już według mnie zupełne przegięcie.
    Prawdę mówiąc to, że – idąc dalej po feministycznej linii – w roli agent(a)(ki) 007 obsadzono czarnoskórą kobietę (Lashana Lynch), zupełnie by mi nie przeszkadzało, gdyby dano jej do odegrania bardziej kompleksową postać, a nie tylko genderowy rekwizyt na doczepkę Bondowi – prawdziwemu agentowi 007! No ale żyjemy w czasach, kiedy czarnym kolorem skóry i kobiecą płcią należy się cieszyć i chlubić – w przeciwieństwie do białego koloru skóry i płci… za przeproszeniem… męskiej, która stała się cokolwiek podejrzana i wstydliwa. Nie na tyle jednak, by miało to pozbawić testosteronu Bonda.
  • „Nie czas umierać” ma też według mnie problem z tzw. „villainami” (ubolewam tu nad brakiem odpowiedniego polskiego słowa – bo złoczyńca, drab, łotr czy nawet padalec nie oddają adekwatnie kogoś, kto niby Diabeł ex-machina skupia w sobie wszelkie zło filmowego universum – i bez kogo miotanie się po świecie Bonda w zabójczym amoku nie miałoby żadnego sensu). W „Nie czas umierać” takim adwersarzem jest Lyutsifer Safin (podobieństwo do słów Lucyfer i Szatan jak najbardziej nieprzypadkowe – prawdę mówiąc to autorzy scenariusza mogliby się wysilić na mniej dziecinną/trywialną aluzję i skojarzenie) grany przez sztywnego do bólu Ramiego Maleka. Postać tak sztuczna i wydumana, dziwacznie i marnie wpleciona w intrygę, z tak absurdalnym i niewydarzonym pomysłem na zagładę świata, że nawet najlepsze chęci, by się go wystraszyć, nie pomogły mi w kinie powstrzymać się od westchnienia: really?! James Bond ma swój ciężar właściwy, który wymaga podobnego ciężaru po drugiej stronie, by porządnie zmierzyć się z przeciwnikiem. A tu… beka! Bo po drugiej stronie jest jakieś eteryczne dziwadło. Również pojawienie się w filmie arcy-wroga Bonda Blofelda (Christoph Waltz à la Hannibal Lecture) – ikonicznej ponoć dla całej serii postaci – jest bez sensu, bo to właściwie nic nie wnoszący do filmu epizod, podobnie jak wiele scen w filmie obliczonych na tani efekt (choć pewnie całkiem kosztownych). W filmie widzimy też kilku innych drabików pomniejszych, ale to pewnie tylko po to, by dostarczyć mięsa armatniego dla agentów M16. Innymi słowy: tak niski poziom złoczyńców to dla Bonda prawdziwy afront.

       Nie wiem, być może trochę zapędziłem się z tą krytyką ostatniego Bonda, traktując go zbyt poważnie? I wychodzę na nudziarza, który psuje zabawę innym? Nie chcę tego robić więc namawiam do spotkania się z „Nie czas umierać” w kinie i osadzić film samemu – zobaczyć go na własne oczy i doświadczyć na własnej skórze. Moja żona wyszła z sali kinowej trochę roztrzęsiona, bo akurat trafiliśmy na seans w systemie Dolby i przy każdym wybuchu, kraksie i większej demolce trzęsły się pod nami fotele – co ja miałem gdzieś, ale moja żona już nie bardzo.

       Jak już powiedziałem, produkcja filmu – jego strona techniczna i wizualna – jest na najwyższym poziomie. Niektóre ujęcia kamery są niesamowite, sceny akcji zrealizowane perfekcyjnie, niezwykle pomysłowo i piekielnie dynamicznie. A i aktorstwo całkiem niezłe – zaś w przypadku Craiga i Ralpha Fiennesa to nawet świetne. W ogóle cała seria z Bondem, w której wystąpił Daniel Craig jest dobra – pięć filmów z nim na przestrzeni 15 lat to jest jednak spore osiągnięcie. Mimo zamknięcia w pewnej formule, wyłamywały się one niektórym schematom, również dzięki kreacjom Craiga, jego niewątpliwemu, choć nie tak oczywistemu, seksapilowi i mocnej fizycznie ekranowej prezencji, o kompetencji aktorskiej nie wspominając. Z tych pięciu filmów co najmniej dwa są naprawdę bardzo dobre. Mam oczywiście na myśli „Casino Royale” i „Skyfall”. „Nie czas umierać” pozostanie jednak za nimi w tyle – mimo tego, że jest to chyba pierwszy w czasach pandemii prawdziwy hit kinowy na taką skalę. Tylko czy świadczy to o jego klasie, czy też może widownia na całym świecie stęskniła się już tak bardzo za wielkim ekranem?

*  *  *

6.5/10

Komentarzy 49 to “NIE CZAS UMIERAĆ albo o tym jak Bond staje się sentymentalnym tatusiem, monogamistą i śmiertelnikiem”

  1. małgosia Says:

    Kolejne zjawisko, które mnie ominęło Bondomania. Oczywiście znam temat, oglądałam lata temu, kiedy w rolę agenta 007 wcielali się aktorzy z pokolenia moich rodziców. Ostatniego Bonda oglądałam z Brosnanem. I chyba sam sobie odpowiedziałeś na pytanie, czy można od Bonda oczekiwać czegoś więcej niż to, do czego przyzwyczaił widownię od pięćdziesięciu niemal lat. Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Myślę jednak, że można, bo jednak Daniel Craig nacechował Bonda czymś innym, niż np. Sean Connery Roger Moore, czy Brosnan – tym razem swoją niewątpliwą charyzmą. A kiedy tak starałem się teraz przypomnieć sobie poprzednie serie z Bondem, to jednak te wszystkie filmy się od siebie różniły o podlegały jakiejś tam ewolucji, będąc produktem swojego czasu/epoki.
      PS. W którym miejscu sam sobie odpowiedziałem na pytanie, „czy można od Bonda oczekiwać czegoś więcej niż to, do czego przyzwyczaił widownię od pięćdziesięciu niemal lat” ? Sam, jestem ciekaw ;)

  2. małgosia Says:

    Wyczytałam to z całokształtu wypowiedzi, być może błędnie. Na pewno błędnie, skoro sam jesteś ciekaw gdzie. No cóż jak wspomniałam ominęła mnie Bondomania, więc moja wiedza o Bondzie jest znikoma. Miłego dnia

  3. Tadeusz Nowak Says:

    Ładnie opakowana bajka, którą się z przyjemnością ogląda. Umowna konceptualna konwencja, od lat ta sama.
    „Produkt post-imperialnej Wielkiej Brytanii” – świetne, trafne określenie.
    Tak sobie myślę, że jak stoją w kolejce po benzynę i widzą puste półki w marketach to urojony Bond poprawia im humor. 😉

  4. Jacek Szumlas Says:

    No ale kolego chyba na tym zawsze polegala ‚zabawa’ w najlepszych filmach Bonda – ( tak jak to z reszta sie przedstawialo juz na samym poczatku, ponad 50 lat temu, w pierwszych 3-ech filmach, i.e. „From Russia with Love”; „Dr.No” & „Golfinger” i ostatnich 3-ech: „Casino Royale”; „Skyfall” jak i teraz w: „No Time To Die”) – taka jest ich konwencja i albo sie temu poddajemy i idziemy z ta ze swiadomoscia do kina, albo nie. Ale z gory chyba wszyscy wiemy ze to nie „Dekalog” i nie mamy takich to a nie innych wymagan & oczekiwan, rzecz jasna. 🙏🏻 Xxxx

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ale to nie ma nic wspólnego z tym, by się poddawać (czy nie poddawać) konwencji (która jest przecież oczywista, choć jednak na przestrzeni lat jednak zmienna – bo jednak każdy „bond” był inny). Zabawa zabawą, ale każdy film albo się podoba albo nie – i oczywiście można podejść do niego krytycznie (sam piszesz, że najnowszy „bond” „nagle zaczyna się wlec i wręcz siada” – więc co z tą Twoja zabawą i poddaniu się „konwencji”?).

      Ja wiem, że to nie „Dekalog” ale przecież idąc na taki film mamy jednak jakieś oczekiwania – zwłaszcza jeśli chodzi o „bonda”, który stał się wręcz instytucją i w pewnym sensie ikoną kina popularnego/rozrywkowego. Ja właśnie zwróciłem w swojej recenzji uwagę na to, jak podeszli twórcy do schematu – i co wprowadzili do niego nowego. I czy to zagrało, czy nie. Ale, jak widzę, Ty zupełnie nie odniosłeś się do tego, co napisałem i pewnie nie przeczytałeś nawet mojego tekstu.

      PS. Dziękuję za zaszczyt nazwanią mnie Twoim „kolegą” 😉

  5. Małgorzata Sławińska Says:

    Cenię opinię. jednak się nie zgadzam.

  6. marchewa79 Says:

    Film średni. Niestety widać fascynację „In Her Majesty Secret Service” na każdym kroku (który to film przypomnijmy też wizualnie był bez zastrzeżeń ale „ciężka” fabuła ze śmiercią żony Bonda zupełnie go pogrzebała). Bond to musi być eskapistyczna rozrywka. I o ile możemy zaakceptować Vesper jako tę wymarzoną i wyidealizowaną miłość Bonda o tyle przedziwna i pozbawiona charyzmy Léa Seydoux ciągnięta niepotrzebnie przez dwa filmy jest po prostu straszna. Zwłaszcza jak porównamy ją z np. postaciami kobiecymi z filmów z Moorem (zwłaszcza major Amasowa czy dr Goodhead) czy Connerym (Pussy Galore :) ). A te korekty scenariusza panienki Phoebe Waller Bridge to już w ogóle koszmar. Zresztą Craig to miał być ten współczesny Bond, maszyna do zabijania a mamy fragmenty jak z kina moralnego niepokoju. Dobrze że palenie jest passe bo z pewnością mielibyśmy zaciągającego się papierosem Craiga wzdychającego jak mu ciężko.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wszystkie spostrzeżenia według mnie trafne – moja opinia jest podobna.
      Podejrzewam, że masowa eksterminacja przeciwników, jakiej dokonuje Bond („maszyna do zabijania”) nie może stać się passe, bo już nic by z Flemingowego Bonda nie zostało (zwłaszcza, że pozbawiono go w tej części wystrzałowych kobiet/dziewczyn, z którymi idzie do łóżka, a później wychodzi z niego bez żadnych konsekwencji rozglądając się za innym przedmiotem pożądania męskiej części widowni i zazdrości/podziwu żeńskiej ;))
      Kino eskapistyczne z definicji nie może wlec za sobą kramu problemów (zgryzot i utrapień) teraźniejszej rzeczywistości.
      Racja z tym brakiem charyzmy Léa Seydoux. Ona po prostu nie pasowała do tego filmu. A przecież jest bardzo dobrą aktorką, co było widoczne chociażby w „Blue Is the Warmest Colour”.

  7. Małgorzata Pawełczak-Grzegrzółka Says:

    Jako wierna fanka serii byłam 😊 i mam podobne odczucia, co do filmu.
    Recenzja w punkt.
    Co do czarnego charakteru, to wydaje mi się, że Malek nie miał za bardzo czego grać 🤷‍♀️
    Bardzo dziwny był ten Bond (tak jak Madeleine, która do ucieczki z Bondem i córką wybrała buty na obcasie🤦‍♀️😜)

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Ja Maleka lubię, dlatego żałuję, że lepiej nie napisano jego roli i źle go jednak „wyreżyserowano”.

      PS. W filmie można znaleźć jeszcze więcej absurdów (niż te nieszczęsne buty na obcasie i (niezamierzonych) śmiesznostek, ale przecież nie będziemy się tak bardzo czepiać, bo mimo wszystko to jest solidna produkcja 🙂

      • Małgorzata Pawełczak-Grzegrzółka Says:

        To prawda, że film jest solidną produkcją i nie mogę powiedzieć, że w ogóle mi się nie podobał. Nie miałam też tak skrajnych emocji jak moja koleżanka, która wyszła z kina wyraźnie wkurzona za to jak poprowadzili wszystkie wątki (całkowite unicestwienie ośmiorniczki przewijającej się w Bondach od samego początku, czarny charakter jednak trochę bez charakteru, o zakończeniu już nie wspomnę).
        Myślę, że gdyby nie zrobiono takiego zakończenia, które miało być smutne a okazało się jednak trochę śmieszne, z pewnością nie mielibyśmy takich mieszanych uczuć co do tego filmu (lub ciut mniejsze).
        Pomimo wszystko uważam, że warto go obejrzeć i to w kinie (bez względu na ryzyko pogorszenia słuchu przez Dolby czy też prawdopodobieństwo załapania infekcji gardła z powodu przesadnej klimatyzacji😜).

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Koleżanka, niestety, miała trochę (sporo?) racji, Ty zresztą też: film warto obejrzeć, najlepiej w kinie (w systemie Dolby czy nawet z klimatyzacją 😉)

        • Małgorzata Pawełczak-Grzegrzółka Says:

          Najlepsze jest to, że z koleżanką miałyśmy praktycznie takie same wspólne uwagi do filmu, w dużej mierze tożsame z twoją recenzją, ale inne do niego nastawienie po wyjściu z kina. Ona była wściekła na film, a ja bardziej zawiedziona, ale jednak cieszyłam się, że go obejrzałam😜
          Moje podejście było takie być może z tego powodu, że uwielbiam Bondy i mogę im wybaczyć trochę więcej niż koleżanka😜 obawiam się tylko o następny film z serii bo mogą już z tego co zrobili nie wybrnąć i nakręcić coś o czym nie będzie warto już dyskutować 🤷‍♀️ obym się myliła😜

          Ale oczywiście nie żałuję, że byłam. Wy mieliście mocne Dolby, a my mieliśmy włączoną na maksa klimatyzację 🤦‍♀️

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          i co ciekawe, zarówno Wam, jak i nam, chciano tym „zrobić dobrze” 😉

        • Małgorzata Pawełczak-Grzegrzółka Says:

          Być może próbowano tymi zabiegami odwrócić naszą uwagę od tego co teraz jednak trochę krytykujemy 😜😜 wiem – moja teoria jest trochę naciągana, ale współgra z filmem, który w pewnych momentach naciągany również był 😜

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          I to jak naciągany! 😉 Ale to nie tylko dlatego w wielu miejscach się rwał 😉

  8. Anna Poszepczynska Says:

    W kinie za głośno, system nagłaśnia jest nie do zniesienia dla mnie. Poczekam aż będzie na DVD. Wielka fanką nie jestem. Najlepszy Bond był moim zdaniem w wykonaniu Sean’a Connery.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      To fakt, że w kinie za głośno. Chcąc nie chcąc trafiłem na seans z dźwiękiem w systemie Dolby, który jest może dobry do oddania strzelaniny, pisku opon i wybuchów, ale nie do dialogów, które momentami były tak zniekształcone, że trudno było zrozumieć, co mówią aktorzy. Ale zdjęcia/ujęcia na wielkim ekranie robią wrażenie.

      • Anna Poszepczynska Says:

        Jeżeli chodzi o mnie, to mój telewizor wystarczy, choć oczywiście żal mi tych czasów kiedy chodziło się do kina aby wspólnie przeżyć dobre kino.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym (w Chicago), przed wejściem na salę kinową zażądano ode mnie (oczywiście, od innych również)… zaświadczenia o tym, że jestem zaszczepiony.
          Świat jednak robi się coraz bardziej niemądry 😉

        • Anna Poszepczynska Says:

          Określenie ” niemądry” wydaje mi się zbyt łagodne w odniesieniu do tego co się wokół nas dzieje. Obawiam się, tylko, że wcześniej czy później ONI dorwą się do naszej skóry.
          A jak Pan wybrnął z tej sytuacji?

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          To prawda, bardziej na określenie naszych czasów pasuje określenie „głupie”, ale ja jednak staram się unikać tego słowa 😉
          Jak wybrnąłem z sytuacji? Pokazałem im jakiś papierowy świstek 😉 … i… zostałem zaobrączkowany 😉 dzięki czemu wpuszczono mnie łaskawie na kinową salę 😉

  9. Katarzyna Dyaczynska Says:

    Proroczo przewidziałam zakończenie 😀 Czekam na platformę streamingową.
    Ponad trzygodzinny seans kinowy, poświęcony dogorywaniu tego wszystkiego co utożsamiała dotąd marka pt. „James Bond”, jest chyba ponad moje siły. Do tego Daniel Craig w marynarce koloru Magenta na premierze… to nie wróżyło dobrze. Łamanie konwencji ma swoje granice. This is the end, hold your breath and count to ten 😉

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Proszę jednak sprawdzić samej. Trochę miałem wyrzuty sumienia, że tak zaspojlerowałem już na samym początku (tytuł recenzji i wstęp) ale wydało mi się to tak mało istotne, że się z tego nie wycofałem.
      Mimo wszystko namawiam do oglądania filmów na dużym ekranie – zwłaszcza kręconych sukcesywnie „bondów” współczesnych, bo jednak ich (niewątpliwa i przyrodzona temu gatunkowi) widowiskowość aż się o to prosi.
      A konwencja w „No Time to Die” nie jest aż tak masakrycznie (jak by to mogło z mojej recenzji wynikać dla niektórych) złamana. Bond nadal jest wyczynowcem rozwalającym swoich przeciwników w szalonych scenach akcji (notabene świetnie zrealizowanych) a jego seksapil pozostaje mimo wszystko (w filmie nie osi marynarki w kolorze magenty 😉 ) nienaruszony. A że jest bliski płaczu? Kobiety ponoć to lubią – w przypadku bardzo męskich skądinąd mężczyzn 😉

  10. Beata Rosiak Says:

    Staś, czy aby film zasługuje (wybacz) na aż tak długi wywód? Przepraszam miłośników kina akcji z Bondem w roli gł. Trudno mi złapać dystans po Aidzie.

    Żeby nie było…oglądałam na spoko i nim się spostrzegłam 3 godz. przebiegły…nie widzę potrzeby rozbierać filmu na części i roztrząsać się nad dłużyznami, technologiami i poprawnością rasową. Piękne zdjęcia zawsze mnie wbijają w fotel i pozwalają pomarzyć…:))

    Pozdrawiam

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      „nie widzę potrzeby rozbierać filmu na części i roztrząsać”

      To pewnie dlatego nie piszesz filmowych recenzji 😉
      Co ja robię od jakichś 30 lat 😉

      • Beata Rosiak Says:

        Wiem Staszku, że to robisz😁 z pasją, oddaniem i wiedzą. Że od 30.lat to wspaniale!!! Wznoszę toast i serdeczności 😊

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Aida” to zupełnie inne kino. I masz rację: zawsze warto mieć świadomość filmowej konwencji, którą posługuje się dany film, bo od tego jednak powinno zależeć to, jakie do niego przykładamy miarki. Np. kinu rozrywkowemu/popularnemu wiele uchodzi na sucho („nie widzę potrzeby rozbierać filmu na części i roztrząsać się nad dłużyznami, technologiami i poprawnością rasową”) co jednak nie oznacza, że ni można go poddawać krytyce/analizie – nawet w obrębie jego konwencji, jakości czy nawet kontekstu kulturowego.
          Lecz najważniejsze jest spontaniczne/zwykłe/niewykalkulowane podejście do kina. Dlatego ja, mimo wszystko, uważam się przede wszystkim za widza, a dopiero później – ewentualnie – za filmowego krytyka :)

        • Małgorzata Pawełczak-Grzegrzółka Says:

          O tym filmie nie można powiedzieć, że był bardzo dobry, ale też nie można powiedzieć by był bardzo zły. To powoduje, że długa analiza jest nawet wskazana, by opisać co dobre a co złe. Film wzbudza mieszane uczucia dlatego jego recenzja nie może być krótka i oczywista 😜

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dzięki Małgośka za wsparcie. Ja zresztą postanowiłem nigdy nie tłumaczyć się za swoje długie teksty. Bardziej już za krótkie 😉

        • Beata Rosiak Says:

          Staś, moja reakcja była b. spontaniczna. Włączył się odruch, reakcja na dłuższą recenzję. Oczywiście, wszystko, co niejednoznaczne prosi się tym bardziej o wyjaśnienie. I wszystko zrozumiałe, tylko ta długość wywodu mnie zniewoliła..😜.
          Nie mam nic przeciwko argumentom, z którymi mogę się zgadzać lub nie.

          Wiesz Staszku, że lubię podczytywać Twoje teksty. Nie oczekuję byś się tłumaczył z tych przydługich. Ale zostawiasz przestrzeń na komentarz i uwagi?
          Polemika jest wtedy bardziej soczysta :) czymże jest wymiana myśli, jeśli wokół ma się samych pochlebców:))

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Wiem, że Twoja reakcja na film była spontaniczna :)
          Takie reakcje w kinie bardzo sobie cenię, również u siebie samego ;) – bo to ten najbardziej szczery i autentyczny rodzaj reakcji na film.

          Nie mów Beatko, że nie zostawiam przestrzeni na komentarz, bo zawsze jest przecież przycisk „Co o tym myślisz?”, pod którym można napisać, co się chce – odnośnie wpisu, albo i nie ;)

          Wiem, że lubisz „podczytywać” moje teksty, bo robisz to już od kilkunastu lat. Gdybyś tego nie lubiła, to byś tego nie robiła ;)
          (Oj, wiedzę że w Twoim przypadku ,moje odpowiedzi Tobie się rymują – czy to o czymś świadczy? ;)

          Ale pisząc już poważnie: wbrew pozorom ja lubię, kiedy ktoś się ze mną nie zgadza, bo wtedy bardziej mnie to mobilizuje do myślenia.
          Na mojej stronie (Wizja Lokalna) jest sporo takich dyskusji (naprawdę „soczystych”) z iskrzącą polemiką – z rozmówcami, którzy niekoniecznie byli pochlebcami, ale mieli swoje zdanie i solidne/ciekawe argumenty, często w opozycji do mojej opinii – tak, że nawet kilka z nich trafiło do mojej książki.

          Pozwolisz, że może przy okazji załączę jedną z takich rozmów:

          MIT

        • Beata Rosiak Says:

          Dziękuję Staś za wymianę myśli. Wielokrotnie czytałam Wizję i śledziłam rozmowy na tematy, których byłeś autorem oraz inteligentne riposty Twoich rozmówców. Długo nie zaglądałam do tego pokoju. Dziękuję za przypomnienie.
          O opiniotwórczą przestrzeń i swego rodzaju wolność wypowiedzi pytałam w kontekście pisania odważnych i nieco innych niż Twoje opinii.
          I ja cenię sobie Staś konstruktywną krytykę, bo mogę zobaczyć więcej, zatoczyć szerszy krąg. Tak jak napisałeś – zbyt długo „się znamy’, by sobie bez powodu ‚dokuczać’ (nie ten etap i poziom abstrakcji :) ) Jestem daleka od tego, by atakować.Tylko swoboda myśli i wypowiedzi może stworzyć interesujący dialog.
          Czego i Tobie, i sobie życzę.
          Z jesiennymi pozdrowieniami. Czuła obserwatorka: rzeczywistości :)

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „…w kontekście pisania odważnych i nieco innych niż Twoje opinii”

          Dlatego, jeśli masz inną opinię od mojej, to… zachęcam Cię do odwagi 😉

          PS. To, żebyś mnie kiedykolwiek zaatakowała, nigdy mi przez myśl nie przeszło 😉 To ostatnia rzecz o jaką bym Cię posądzał

  11. Maciej Sikorski Says:

    Tak samo jak Star Wars, tak samo Bond nudzą mnie od zawsze. Nie znoszę, nie rozumiem fenomenu. Nie tego szukam w kinie, nie tego szukam w sztuce. Szkoda czasu.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Szanuję ten wybór. Ja też zdecydowanie bardziej wolę inny rodzaj kina. W pewnym momencie franczyza Star Wars tak mnie znużyła, że jeżeli już wybierałem się do kina na kolejną część, to bardziej z obowiązku 😉 i przyzwyczajenia, niż w oczekiwaniu dobrego kina. Podobnie jest z serią Marvela – niektóre filmy stały się dla mnie wręcz nie do zniesienia przez tę młockę schematu, absurdalne fabuły i przeładowanie efektami specjalnymi.

      • Maciej Sikorski Says:

        Ja mam tak, że nuży i nudzi mnie kino akcji. I tak przecież wiem, że to się nie dzieje naprawdę 😉 Mamy wielki zalew takich produkcji, że zapominamy o tym, że kino to też sztuka wizualna, gdzie film jest zbiorem ożywających obrazów, prowadzących nas do uruchomienia naszej wyobraźni po to by odkrywać każdy na swój sposób ukryte w warstwie symboli i obrazu treści .Z pomocą muzyki jeszcze.
        Fabuła i jej wartkość poprowadzona poprzez przekaz werbalny głównie niekoniecznie jest najważniejsza. Chcę w kinie przeżywać, nie przeżuwać. A niestety, mam wrażenie, że do tego ostatniego sprowadziło się oglądanie filmów. Staliśmy się konsumentami filmów niczym klienci w fastfoodach. Szybko przeżuwamy i biegniemy dalej. Nie zostawia to w nas żadnego fermentu, nie pracuje. Wydajemy opinię kto jak zagrał i wyreżyserował i spożywamy następne danie. I kolejne.
        Nie tego szukam. Nie jestem typem człowieka zapychającego się masową produkcją netflixowych produkcji, nie czuję obowiązku konsumowania kolejnego Bonda, czy Star Warsa. Nie kupuję tego odruchu masowego.
        Jak kiedyś będzie jeszcze normalnie to mam nadzieję, że uda mi się przyjechać do USA z którymś z moich filmów. Chciałbym pokazać Tobiasza i opowiedzieć o nowej, planowanej produkcji – będzie to Eliasz.
        Chciałbym Cię wtedy zaprosić na pokaz, któremu zawsze towarzyszy rozmowa. Jest to czas realnego spotkania i wymiany myśli. I to jest dla mnie najcenniejsze. Wiem, niszowe mocno i niekomercyjne 😉 Tak, takie to jest. Ale nie żałuję.

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          „Chcę w kinie przeżywać, nie przeżuwać.”
          Warto zapamiętać tę frazę 😉

          Jak widzę Twoje podejście do kina jest… hm… takie higieniczne. Myślę, że bardzo dobrze to rozumiem, bo również mam awersję do fast-foodów (więc jeśli wchodzę do McDonalda, to tylko dlatego, że mają czyste toalety i dobre wi-fi 😉 )
          Jestem jednak odbiorca kina popularnego, choćby tylko z tego względu, że piszę od wielu o filmach i lubię wiedzieć, co się w tym kinie dzieje. I sądzę, że potrafię docenić to, jeśli film ma jakąś wartość – nawet w sferze tzw. „przemysłu rozrywkowego”. Poddaję się wtedy po prostu pewnej konwencji.

          Ale z drugiej strony bardzo lubię też kino, o którym piszesz – refleksyjne, nieśpieszne, klimatyczne… piękne wizualnie i wzbogacone muzycznie. Tu przychodzą mi na myśl choćby filmy Witolda Leszczyńskiego (polecam, choć podejrzewam, że się z nimi już zetknąłeś).

          Byłoby miło spotkać Cię w Chicago i obejrzeć tutaj któryś z Twoich filmów. Kto wie, może będzie nam to dane? 😊

          Dziękuję za poświęcenie czasu na ten komentarz.
          Pozdrawiam

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dziękuję i pozdrawiam serdecznie ❗
          Mam nadzieję, że dożyjemy normalności 😉 i będziemy mogli porozmawiać w realu, najchętniej po filmie ❗

          Wszystkiego dobrego.

  12. Mariusz Namoto Says:

    Nadzwyczaj łagodnie obszedłeś się z tym filmem 🙂 . Z większym zaciekawieniem czytałem Twoją recenzję niż oglądałem film. Zwykle tego typu historyjki oglądam do obiadu lub do kolacji. Na szczęście nie w tym przypadku, bo bym zasnął z głową w talerzu. A tak, usnąłem znużony na tapczanie. I to nie jest przenośnia. Ten film to dłużyzna bez pomysłu na zaciekawienie widza.
    Obudziłem się na końcówkę, więc przy następnym Bondzie będę wiedział w jakim kontekście nastąpiło wskrzeszenie agenta nad agentami.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: