SINGAPUR – cud socjotechniki czy wspaniała katastrofa?

.

Nowoczesny kompleks Marina Bay jest architektoniczną wizytówką Singapuru

.

       Nie uważałem, że Singapur wart jest tego, aby być celem osobnej podróży do Azji, ale nie miałem wątpliwości, że warto go odwiedzić. Kiedy więc wybierałem się do Birmy, postanowiłem zrobić sobie tygodniowy stop-over właśnie w Singapurze.
Siedem dni i osiem nocy w jednym miejscu to sporo, jak na stop-over, ale okazało się, że tego czasu nie było jednak za dużo – nawet jak na zwiedzenie miejsca porównywalnego obszarowo do Warszawy (choć na tym wszelkie porównania tego państwa-miasta z naszą stolicą się kończą).
Wrażenia z pobytu tamże spisywałem na gorąco, ale pojęcia nie mam, gdzie się te zapiski zawieruszyły. Jednak wspomnienia singapurskie nadal są we mnie dość żywe (nie mówiąc o setkach zdjęć, które wtedy zrobiłem, wspomagających teraz moją pamięć), więc nie sądzę, aby te kilka lat, które dzielą mnie od tamtej podróży, były przeszkodą w podzieleniu się moimi wrażeniami teraz – w formie tej relacji.

FENOMEN TYGRYSA

       Dużo myślałem o fenomenie tego cywilizacyjnego tworu, którego nie można chyba porównać z żadnym innym azjatyckim „tygrysem” (do jakich Singapur jest zaliczany) – i to z kilku powodów. Przy czym jego sukces (który paradoksalnie można też wiązać z… porażką) jest na tyle wymowny kulturowo, jeśli chodzi o przyszłość cywilizacyjną świata, że warto poświęcić mu pewną uwagę i garść refleksji.
Co też niniejszym czynię.
Nie mam zamiaru opisywać tu wszystkich ważniejszych atrakcji turystycznych Singapuru (w Internecie można znaleźć tony informacji na ten temat), a raczej skupić się na moim (oczywiście, że subiektywnym) indywidualnym doświadczeniu, jak również podzielić własnymi myślami i wnioskami, które były rezultatem pobytu w Singapurze oraz bliższego przyjrzenia się istocie i funkcjonowaniu tego maleńkiego obszarowo, ale jednocześnie jednego z najbogatszych i najbardziej rozwiniętych (technologicznie) państw świata.
To są fakty. Na Singapur z zazdrością spoglądają nie tylko kraje tzw. „trzeciego” świata, czy jego azjatyccy sąsiedzi, ale i wszelkiej maści biznesmeni, finansiści, naukowcy, technolodzy, architekci i entrepreneurzy, którzy lgną do tego raju możliwości jak pszczoły do miodu.
Dlaczego więc wspomniałem o porażce? (Wiem, że będę się musiał z tego wytłumaczyć.)
Nie będę ukrywał, że Singapur zrobił na mnie wielkie wrażenie, mimo że nie należę do entuzjastów industrializacji i urbanizacji, która w tempie wręcz galopującym zaczęła się rozprzestrzeniać w ciągu ostatnich dekad na świecie. Począwszy od ultra-nowoczesnego lotniska Changi (przez wielu uznanego za najlepsze lotnisko na świecie), przez kosmopolityczny eklektyzm i rozmach, multi-kulturowość, infrastrukturę funkcjonującą jak w precyzyjnym zegarku; po architektoniczne dziwy i cudeńka, wyjęte jakby wprost z futurystycznej fantazji i nieograniczonej niczym wyobraźni. Musiałem więc ochłonąć, aby dojrzeć to, co za tą fasadą się kryje – i jak przekłada się to na ludzkie doświadczenie w sensie kulturowych skutków i powikłań.
Nie ma wątpliwości, że Singapur w ciągu zaledwie półwiecza od ogłoszenia swojej niepodległości dokonał rzeczy niesamowitej, pod względem ekonomicznym i technologicznym osiągając z nawiązką to, co sobie (pod przewodnictwem Lee Kuan Yew, lidera Partii Akcji Ludowej, nota bene sprawującej władzę w państwie nieprzerwanie od 1959 roku) zaplanował, stając się jednym ze światowych liderów w bankowości, edukacji, transporcie, inżynierii, medycynie… charakteryzując się niezwykle gwałtownym tempem rozwoju zwłaszcza przemysłu elektronicznego, rafineryjnego, chemicznego, maszynowego. Dochód narodowy tego państwa na głowę mieszkańca jest jednym z najwyższych na świecie, podobnie jak osiągnięty standard życia.
Sukces gospodarczy zawdzięcza Singapur nie tylko bardzo dogodnemu położeniu geograficznemu, ale i konsekwentnym postawieniu na edukację, naukę i rozwój nowoczesnych technologii, przy jednoczesnym otwarciu na świat, jeśli chodzi o współpracę gospodarczą, handlową i finansową. Ów sukces ekonomiczny przełożył się nie tylko na bogactwo kraju, stabilność i wysoki standard życia jego mieszkańców, ale i na bezpieczeństwo, modernizację, czystość, zaspokojenie potrzeb komunikacyjnych i mieszkaniowych oraz wyeliminowanie przestępczości.

Na pierwszym planie: fragm. Art Science Museum, na drugim: hotel Marina Bay Sands

BÓG POSTĘPU I TOŻSAMOŚĆ

       Skoro więc jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?
Zdaję sobie sprawę z tego, że to moje stwierdzenie (podobnie jak wcześniejsze użycie słowa „porażka”) jest kontrowersyjne i może wyglądać na pewną prowokację, ale postaram się to wyjaśnić. (Jest przy tym oczywiste, że z moimi wnioskami nie wszyscy muszą się zgadzać.)
Kiedy w latach 60. XX wieku Singapur ogłaszał niepodległość – przekształcając się z kolonii w samodzielne państwo – jego liderom (i mieszkańcom) chodziło głównie o przetrwanie. Czasy były niespokojne, ekonomicznie niepewne, pełne konfliktów etnicznych i rasowych. Tak było w Singapurze przez pierwsze kilkanaście lat, ale w latach 70. kraj zanotował pierwszy boom gospodarczy i mimo okresowych spowolnień rozwoju ekonomicznego, hossa trwała przez całe dekady.
Jednakże nawet w państwie, gdzie rozwój gospodarczy, przemysłowy i ekonomiczny jest bogiem – i gdzie temu rozwojowi podporządkowane są przyjęte/wyznawane wartości etyczne – naród (społeczeństwo) musi posiadać jakąś tożsamość.
Wiedzieli o tym jego przywódcy. I oczywiście zdawali sobie sprawę z tego, jak trudne może być wykształcenie (utrzymanie?) tej tożsamości w tak zróżnicowanym religijnie i rasowo społeczeństwie – w państwie mającym na dodatek niezwykle ambitne plany nowoczesnego rozwoju – i to w perspektywie globalnej, a nie tylko zaściankowej.
Ważnym faktem w tym kontekście jest to, że 75% ludzi zamieszkujących Singapur to etniczni Chińczycy (14 % ma pochodzenie malajskie, 8% hinduskie) i mimo tego, że struktury organizacyjne państwa zostały odziedziczone głównie po brytyjskiej kolonii, to bez wątpienia Singapur jest państwem na wskroś orientalnym – stworzonym przez Azjatów.
I podobnie jak cała Azja, zderzył się z problemem westernizacji.
Z tym, że w Singapurze – właśnie ze względu na gwałtowną modernizację i rozwój ekonomiczny (który nie byłby możliwy bez współpracy z Zachodem i ogólnej globalizacji) – ten dylemat ujawnił się ze szczególną ostrością.

PÓŁKSIĘŻYC I GWIAZDY

       Kiedy tworzono singapurską państwowość, przyjęto biało-czerwoną flagę, na której – obok półksiężyca, symbolizującego młode rozwijające się państwo – znalazło się pięć gwiazd, które z kolei były symbolami demokracji, równości, pokoju, postępu i sprawiedliwości. Wraz z braterstwem (barwa czerwona), czystością i prawem (barwa biała), były to podstawowe ideały i wartości, którymi państwo zadeklarowało się kierować.
Deklaracje deklaracjami, ideały ideałami, jednak w praktyce zderzono się z największym chyba paradoksem progresywizmu na Wschodzie: jak wraz z postępującą na olbrzymią skalę westernizacją (przyjmowanie zachodnich wzorów, stylu życia, funkcjonowania różnych instytucji, infrastruktury, popkultury) zapobiec mentalno-kulturowej erozji i zachować wschodnią tożsamość?
Singapur z tym paradoksem zderzył się jeszcze mocniej: jak, mając kosmopolityczne parcie, nie wykorzenić się przy tym i nie rozmyć w globalnej brei?
Na Zachód patrzono jednocześnie z podziwem i odrazą. Przyczyniała się do tego nie tylko post-kolonialna idiosynkrazja, ale przede wszystkim postrzeganie kultury zachodniej jako zagrożenie z powodu cechującego ją indywidualizmu, liberalizmu, materializmu, narkomanii i alkoholizmu (tak to tutaj postrzegano).
Innym, nie mniej ważnym problemem, było sprostanie ideałowi równości rasowej i religijnej tolerancji w państwie multi-religijnym i multi-rasowym, jakim de facto był Singapur. Z jednej strony bowiem, nie można było oprzeć się na jednej religii i rasie, z drugiej zaś niemożliwe było wynalezienie nowych wartości a zwłaszcza dziedzictwa (czyli tożsamości) tworząc wszystko from the scratch (od samych podstaw), bo dziedzictwo/tożsamość zawsze musi mieć swoje korzenie.
Uniwersalne wartości (jak np. etos ciężkiej pracy, wytrwałości, poświęcenia, oszczędności, zapobiegliwości, zaradności) takiej tożsamości nie dostarczały. Nie można też było oprzeć wszystkiego na konfucjanizmie (choć zdecydowana przewaga liczebna etnicznych Chińczyków miała jednak ostatecznie największy wpływ na tego dylematu rozwiązanie).
Stojąc przed tym wyzwaniem Partia Akcji Ludowej zdecydowała się na krok… jeśli nie desperacki, to na pewno pryncypialny: stworzenie czegoś, co nazwano „ideologią narodową”, której fundament stanowić miały takie zasady i wartości, jak: „społeczeństwo ponad jednostką”, „rodzina jako podstawowa i najważniejsza komórka społeczna”, „pomoc wspólnotowa i poszanowanie dla jednostki”, „konsensus ponad konfliktem”, „rasowa i religijna tolerancja i harmonia”.
Jeśli komuś te ideały wydadzą się autorytarne, zalatujące komunizmem, a nawet totalitaryzmem, to są jednak podstawy, żeby się z tym zgodzić. Nie mówiąc już o kwestii jak idealna teoria przystaje do realnej praktyki.
Dla mnie krytycznym i najbardziej radykalnym postulatem jest tutaj postawienie społeczeństwa ponad jednostką, co zawsze i nieuchronnie prowadzi do łamania praw człowieka (rozumianych tak, jak to przyjęto w Powszechnej deklaracji praw człowieka, którą stworzono po doświadczeniach II wojny światowej, również w celu zapobieżenia totalitaryzmom takim, jak faszyzm czy komunizm).
To, co przed chwilą napisałem może wyglądać na marudzenie idealisty i pięknoducha, bo przecież każdy widzi, jaki „tygrys” jest – i to, że sukces Singapuru jest oszałamiający a miliony ludzi żyją tam wygodnie, nowocześnie, bezpiecznie i dostatnio.
A jednak…

Podłączeni ale czy połączeni? Scena w singapurskim metrze.

.

NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT?

       Co się dzieje, kiedy rozwój staje się celem samym w sobie? Czym jest wolność, jeśli sukces i spełnienie musi się mieścić w formie sztucznie ustalonego formatu? Dlaczego konkretne dobro indywidualnego człowieka jest uważane za mniej wartościowe niż abstrakcyjne dobro mrowia (ogółu)? Dlaczego ścisłe ceni się bardziej niż swobodne, luźne i artystyczne? Czy czystość można utrzymać tylko wtedy, jeśli będzie się nękać ludzi zakazami i groźbą niebotycznych mandatów? Czy na pewno sterylne oznacza zdrowe? Jaki to jest szacunek dla ludzkiego ciała, skoro za normalną karę przyjęło się chłostę, zostawiającą najczęściej bliznę na całe życie? Dlaczego wysokość zarobków ma być jedynie słusznym kryterium ustalania społecznej hierarchii i zależności? Czy można tchnąć ducha w maszynę?
Czy tak ma wyglądać Nowy Wspaniały Świat?
Takie pytania można zadać w konfrontacji z singapurskim „sukcesem”.
Wysłuchałem wiele opinii pochodzących od ludzi zamieszkujących – krócej lub dłużej – Singapur. Niestety, przeważały wśród nich te negatywne, choć oczywiście nie brakło też pozytywnych. Ale to też należy do moich osobistych doświadczeń, więc nie ośmieliłbym się wypowiadać w imieniu całego społeczeństwa.
Ci, którzy mieli dość Singapuru, skarżyli się nie tylko na wyścig szczurów, kształtowanie wszystkich wedle jednego schematu, brak inspiracji, sterylność, cenzurę, jałowość, brak duchowości, materializm, konsumpcyjną nudę, myślenie pod sztampę, brak wolności słowa i otwartej dyskusji…
Ci zadowoleni mówili o wysokim standardzie życia, bezpieczeństwie, wygodzie, nowoczesnej infrastrukturze, porządku, czystości, braku przestępczości, dobrych zarobkach, możliwości kształcenia się, łatwości zakładania firm, otwartości na świat, obfitości dóbr konsumpcyjnych i bogatej kuchni…
Czy w tym wszystkim można znaleźć jakiś złoty środek? A jeśli tak, to czym on jest – czy aby nie pewnym kompromisem, który będąc wymuszony, żadnym kompromisem nie jest? Albo zwykłą ludzką niemożnością, aby zadowolić wszystkich? Niezdolnością do stworzenia cywilizacji – porządku społecznego, państwa – nie tyle idealnego (bo to jest definitywnie nierealne), co bez kardynalnych wad, bo okazuje się to czystą utopią?
Moim sąsiadem w samolocie lecącym z Singapuru do Rangunu był nauczyciel języka angielskiego, który do Birmy latał często w weekendy, by odwiedzić tam swoją rodzinę. Od niego z pierwszej ręki dowiedziałem się, jakiej presji poddane są jego dzieci w szkole i jak to odbija to się na ich zdrowiu psychicznym i zachowaniu. Z tego względu myśli o wyprowadzce z Singapuru. Pytał się mnie, czy poleciłbym mu przeniesienie się do Kanady.
Wtedy zdecydowałem się na pewną summę – wyznanie braku wiary w to, że kiedykolwiek chciałbym zamieszkać na dłużej w państwie zbudowanym według tej recepty. Wynika on z następującego wniosku i spostrzeżenia, które zapisałem jeszcze przed wyjściem z samolotu w Rangunie:
„Socjotechnikę w Singapurze doprowadzono do perfekcji – całe społeczeństwo funkcjonuje według ściśle określonych przez władzę reguł i zasad. Indywidualizm jest całkowicie podporządkowany społecznej strukturze. Jego znaczenie jest czysto utylitarne – jesteś wart dokładnie tyle, ile korzyści ma z ciebie społeczeństwo, a ściślej: model społeczny stworzony i aprobowany przez państwowe władze (które np. określają procentowo w jakich proporcjach mogą mieszkać w bloku przedstawiciele różnych ras i grup etnicznych). Musisz być trybikiem dokładnie wpasowanym w tę społeczną machinę, a twoje miejsce w ścisłej hierarchii zadań i pozycji określa sposób selekcji (na bardziej lub mniej sprawnych i przydatnych) dokonujący się już od najmłodszych lat. Taki wydaje się być koszt panującego tam porządku, bezpieczeństwa i wysokiego standardu (materialnego) życia. Czy aby nie za wysoki?”

.

Kolorowy pokaz – tańczące fontanny, światło i dźwięk. A w tle: wieżowce centrum biznesowego downtown

.

OBLĘŻENIE

       Problem ze współczesną turystyką jest taki, że jest ona bardzo powierzchowna – nie wspominając już o tym, że jej masowość (oczywiście cały czas mam na myśli czasy przed koronawirusem) przynosi chyba jednak więcej szkody niż pożytku (choć z tym można polemizować, zwłaszcza w rejonach, które z turystyki „żyją”). Jedną z największych niedogodności, które się z tym wiążą są tłumy oblegające największe „atrakcje” turystyczne świata – coraz większe i coraz bardziej tratujące się nawzajem. Wiedząc, że sam do tego się przyczyniam – stając się częścią tłumu (będąc np. na Placu Św. Piotra, oglądając Mona Lisę w Luwrze, czekając na wschód słońca przed świątynią Angkor Wat; chodząc po Wielkim Murze, pod wodospadami Iguazú, stojąc na Time Square, spacerując w ogrodach Alhambry lub wśród ruin Machu Picchu) – to robię wszystko, aby tłumów uniknąć (jest to trudne, ale nie niemożliwe – wystarczy tylko zejść nieco z utartej ścieżki).
Na pewno bezpowrotnie odeszły w przeszłość czasy prawdziwego podróżowania, które było jeszcze możliwe kilkadziesiąt lat temu (im dalej w przeszłość, tym to podróżowanie było „prawdziwsze”). Teraz stało się ono nieprzyzwoicie łatwe, w związku z czym po globie przewalają się tłumy „zaliczające” kolejne turystyczne „atrakcje”. Rzadko kto wnika w istotę odwiedzanych miejsc, głębiej je poznaje – zwykle rutyna, oklepane szlaki, pośpiech, bezmyślne podążanie za przewodnikiem i szybkie omiatanie okiem widoków, zabytków, dzieł sztuki… skutecznie temu zapobiegają.
Oczywiście zdarzają się też od tego wyjątki.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mimo iż Singapur każdego roku odwiedza ponad 10 mln. turystów – i moja wizyta przypadła na tzw. „szczyt” sezonu – to tłumów tam nie doświadczyłem, co było dla mnie zaskoczeniem tym większym, że wiedziałem, iż jadę do kraju/miasta obszarowo niewielkiego, a jednocześnie niezwykle gęsto zaludnionego. Mało tego: do dzisiaj pozostało we mnie wrażenie przestronności – doświadczenie wielkiej przestrzeni, którą bez wątpienia Singapur zawdzięcza obecnej tam architekturze (o wielkim „oddechu” wyobraźni) i doskonałym rozwiązaniom komunikacyjnym.
Jak już wspomniałem na początku, rekomendację tego, co warto zwiedzić w Singapurze zostawiam innym (dzięki dostępnym informacjom można sobie wybrać to, co najbardziej kogoś zainteresuje), tutaj podrzucę jedynie garść moich wrażeń z wałęsania się po tym mieście oraz parę ogólnych impresji.
Nie musiałem się nigdzie spieszyć, więc mimo spędzania każdego dnia kilkunastu godzin poza hotelem, nigdy nie czułem się zmęczony, ani tym bardziej znudzony, bo Singapur to jednak jest miasto niezwykle różnorodne, jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni i zamieszkujących go ludzi.

MIEJSCA

       Oczywiście o Singapurze – a nawet o tygodniowym w nim pobycie – można napisać całą książkę. Ale zważywszy na to, że nawet ten tekst, który miał być ledwie wspomnieniem podróży, rozrasta się do nieprzyzwoitych rozmiarów, postaram się ograniczyć do kilku wzmianek, gdzie w Singapurze byłem i co zobaczyłem.

.

Mnisi buddyjscy pod posągiem Merliona (hybryda ryby i lwa) – symbolu narodowego (a zarazem i maskotki) Singapuru.

Marina Bay. Nowoczesny, powstały w ostatnich latach kompleks architektoniczny wokół Zatoki Marina, to doprawdy wielki zbytek i niebotyczna ekstrawagancja – taki futurystyczny bizantynizm. Weźmy choćby Hotel Marina Bay Sands składający się z trzech olbrzymich wieżowców (w kształcie przypominającym jakieś gigantyczne spinacze ze szkła, betonu i stali), na których wsparto symbolizującą łódź obłą konstrukcję, mieszczącą nie tylko deck obserwacyjny, restauracje, kasyno i bary, ale i sporej wielkości… basen. Po drugiej stronie Zatoki kręci się największe na świecie koło „obserwacyjne” czyli Singapore Flyer (miałem okazję nim się pokręcić zarówno w dzień, jak i w nocy – mając zresztą do swojej dyspozycji cały, przypominający oszkloną kapsułę, wagonik). Jest jeszcze, symbolizujące swoją formą lotus, Art Science Museum – o wielkiej sadzawce pełne nenufarów, czy kosmicznej budowli Louis Vuitton nie wspominając. Kompleks Marina Bay sąsiaduje zarówno z lasem lśniących biurowców downtown (co wieczór stanowią one tło dla odbywającego się tutaj pokazu tańczących fontann, laserowych i kolorowych świateł), jaki i zupełnie odmienną w charakterze Colonial Quarter, gdzie znajduje się słynny historyczny Hotel Raffles.

.

Futurystyczne Superdrzewa w Ogrodach nad Zatoką

Gardens by the Bay. Już tylko dla tego cudeńka warto zatrzymać się w Singapurze. Na wydartej oceanowi powierzchni ponad 100 hektarów zbudowano dziwne, ale jednak niezwykle imponujące ogrody, których artystyczna sztuczność konkuruje tylko z autentyzmem rosnących tam w nieprzebranej ilości roślin, sprowadzonych tu z całego świata. Najbardziej rzucają się w oczy tzw. Superdrzewa – wysokie na kilkadziesiąt metrów konstrukcje z betonu i stali, ale tak zarośnięte, że przypominają żywe organizmy z jakiejś nieziemskiej planety. Już w świetle dziennym robią wrażenie, ale prawdziwie oszołamia dopiero nocny show, który – przy wsparciu pompatycznej muzyki – rozświetla te kosmiczne drzewa milionami różnokolorowych świateł. Aaa… można tu jeszcze zobaczyć Flower Dome – wypełnioną tysiącami kwiatów, największą cieplarnię na świecie; czy Cloud Forest – ta z kolei szklarnia zawiera w środku… zarośniętą gęsto i spowitą tropikalną mgłą górę, na którą się można wspiąć po spiralnych schodach – zobaczyć i poczuć jej florę z bliska. W Ogrodach nad Zatoką jest jeszcze wiele innych pomniejszych dziwów.

.

Zachwyt i oczarowanie podwodnym światem: dzieci przed szybą olbrzymiego akwarium na wyspie Sentosa

Sentosa Island. Szumnie promowana jako “Asia’s favourite playground” wyspa, oddzielona niespełna kilometrową cieśniną od Singapuru „lądowego”, to niewiarygodne nagromadzenie atrakcji dla dzieci dużych i małych, wliczając w to parki wodne, Studia Filmowe Universal, mega-kasyno oraz plaże ze sprowadzonym z sąsiedniej Malezji piaskiem. Jeśli mogłem ten pstrokaty jarmark tolerować, to tylko ze względu na zaplanowaną przeze mnie wcześniej wizytę w imponującym S.E.A. Aquarium (wtedy było to jeszcze największe akwarium oceaniczne na świecie, zdetronizowane wkrótce jakimś chińskim molochem). Mimo, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem trzymania zwierząt w klatkach, to chyba jednak bardziej toleruję widok morskich stworzeń w akwariach, zwłaszcza jeśli są tak gigantycznych rozmiarów jak te na Sentosie. Muszą być takie, skoro mają pomieścić ponad 100 tys. zwierząt. Wiele z nich widziałem po raz pierwszy w życiu, ale po raz nie wiadomo który zdumiała mnie inwencja Natury w kreowaniu różnych – często fantastycznych i wręcz fantazyjnych – form życia. Łapałem się więc na tym, że przyklejam się jak zahipnotyzowany do akwariowej szyby, ze wzrokiem utkwionym na tych stworach, podobnie jak stojące obok mnie dzieciaki.

.

Wszystkie kolory sari – hinduski ślub w świątyni Sri Srinivasa Perumal Temple w dzielnicy Little India

Chinatown, Little India, muzułmańskie Kampong Glam. Jednym z największych singapurskich paradoksów jest to, że wykreowana jak pod matrycą struktura społeczna kraju, obejmuje inkluzywnie tak różnorodne rasy, grupy etniczne i religie, że zasadne staje się pytanie, co tu jest bardziej prawdziwe, trwałe i dominujące: religia i tożsamość zakorzeniona w długiej tradycji i historii, czy sztucznie stworzony „porządek” społeczny, ściśle egzekwowany w praktyce. To są dwie sprzeczne ze sobą ordynacje, więc jeśli tej drugiej podporządkowani są wszyscy (a są), to ta pierwsza musi być w opresji – i vice versa: jeśli pierwsza jest mocniejsza, to ta druga jest fałszywa. Tak czy owak, to jeszcze jeden przykład na singapurską sztuczność i nie trzymającą się kupy „tożsamość”.
Jednakże autentyzm trzyma się niektórych zakątków Singapuru, mimo że nawet w bardziej etnicznie jednorodnych enklawach, sąsiadują obok siebie meczety, świątynie hinduskie, buddyjskie czy taoistyczne – co najbardziej rzuca się w oczy w dzielnicy chińskiej. Tam też znajduje się chyba najciekawszy zabytek historyczny Singapuru, wybudowana w 1839 roku świątynia Thian Hock Keng – ikona chińskiego dziedzictwa kulturowego. Ale taka, okupowana głównie przez muzułmanów dzielnica Kampong Glam, gdzie obok ważnego dla lokalnego islamu Meczetu Sułtana i arabskich sklepów, też naznaczona jest ciekawym eklektyzmem, bo upodobali ją sobie… hipsterzy, przez co kwitnie tu nie tylko butikowo-backpackerski szpan, ale i bujne życie nocne. O rzut beretem oddalone są Małe Indie, gdzie, zwłaszcza przy ulicy Serangoon, czujemy się jak w Indiach, tyle że bez doświadczania widoku (i zapachu) świętych krów. Tam zwraca uwagę poświęcona matczynej bogini Kali świątynia (there’s no way I can spell it right without looking into the guidebook) Sri Veeramakaliamman. Warto też wstąpić do buddyjskiego przybytku (this one is much easier) Sakya Muni Buddha Temple. Jednak największa niespodzianka – najbardziej chyba intensywna etnicznie i bajecznie wręcz kolorowa – spotkała mnie w położonej tuż obok tej buddyjskiej świątyni hinduska Sri Srinivasa Perumal Temple, gdzie – zupełnie przypadkowo, i to w ostatni dzień pobytu w Singapurze – trafiłem na hinduski ślub i wesele, które swoją barwnością, egzotycznością, bogactwem rytuałów, urodą kobiet, feerią symboli i – last but not the least – fotogenicznością, zupełnie mnie oszołomiło, wprawiając nie tylko w kulturowy, ale i fotograficzny trans.

.

Przed fontanną w Ogrodach Botanicznych Singapuru

Botanic Gardens. Kiedy tak czytałem o planach rozwojowych Singapuru, to odniosłem wrażenie, iż zajmujący się tym ludzie mają obsesję na punkcie „zieleni”. Już nie wystarcza im slogan „The Garden City”, teraz musi być „The City in the Garden”. Ta obsesja akurat mi się podoba, bo lasy i zieleń roślin wszelakich to nie tylko tlen dla moich płuc, ale i balsam na moje oczy. Rzeczywiście, jeśli spojrzy się na Singapur z góry, to kolor zielony wypełnia więcej niż 1/3 część całej wyspy. A to nie tylko stworzone przez człowieka parki i ogrody, ale i lasy, w tym fragmenty pierwotnego (porastającego ongiś całą wyspę) lasu tropikalnego, litościwie ocalonego przed – kolonialną jeszcze – totalną wycinką. Dochodzą do tego ogrody wiszące (gdzie tylko się da), piętrowe a nawet wertykalne – wszystkie nowe budynki muszą uwzględnić zieleninę.
Po kilku dniach zwiedzania głównie zurbanizowanego Singapuru postanowiłem odpocząć od tego w tutejszych Ogrodach Botanicznych, z dala od miejskiego zgiełku i turystycznych korowodów. I choć (wbrew famie bycia jednym z najlepszych ogrodów botanicznych świata) bardziej mi się kiedyś spodobały ogrody, które widziałem choćby w Kanadzie (The Butchart Gardens) czy na Sri Lance (Royal Botanical Gardens pod Kandy), to ten był chyba najbardziej rozległy i relaksujący, więc nie było problemu, aby spędzić w nim prawie cały dzień, tym bardziej że mogłem usiąść w cieniu, wyjąć z plecaka swój kajet i coś tam w nim naskrobać.

ZAKAZY, CHŁOSTA I OBRAZY

       W tym samym roku, w którym odwiedziłem Singapur, dwóch młodych Niemców zostało skazanych na 9 miesięcy więzienia i chłostę za namalowanie graffiti na jednym z wagonów metra. To miasto-państwo słynie z bardzo wysokich kar za wykroczenia, które w innych krajach są po prostu zakazami, ale raczej rzadko karanymi (jak np. śmiecenie na ulicy, zrywanie kwiatów, chwytanie ptaków i łowienie ryb, wandalizm, oddawanie moczu i palenie w miejscach publicznych, ekshibicjonizm…). W Singapurze zaś kary są bezwzględnie egzekwowane, jak również bardzo wysokie, dzięki czemu wykroczenia te zostały niemal zupełnie wyeliminowane. Istnieją tu również zakazy bardzo specyficzne, nigdzie indziej nie spotykane, jak np. zakaz picia i jedzenia w środkach komunikacji miejskiej, zakaz sprzedaży gumy do żucia, plucia na ulicy, obejmowania się, karmienia małp, podłączanie się do czyjegoś wi-fi… Idący w setki dolarów mandat można dostać za… niespuszczenie wody w toalecie. Nielegalne są też związki homoseksualne, i choć prostytucja jest dozwolona, to pornografia już jest przestępstwem. Stosuje się karę śmierci, m.in. za przemyt i handel narkotykami.
Jednakże przebywając w Singapurze nie czułem się jakoś szczególnie tymi zakazami sterroryzowany. Byłem sam, więc do nikogo się nie przytulałem; nie wyżywam się artystycznie smarując po murach graffiti; nie żuję gumy, nie palę papierosów; w zasadzie nie pluję na ulicy i raczej spłukuję po sobie w toalecie… W związku z tym, wszystkie te – bardziej lub mniej dziwne zakazy – po prostu mnie nie dotyczyły. Mało tego: mogłem do woli korzystać z dobrodziejstwa czystości, porządku i higieny, jakie te przepisy tutaj na ludziach wymuszały.
Nie będę ukrywał, że mój pobyt w Singapurze wspominam bardzo dobrze. Cieszy mnie to, że mogłem zobaczyć to ciekawe miejsce, które dostarczyło mi nie tylko mnóstwa zmysłowych wrażeń, ale i uświadomiło pewne aspekty globalizacji oraz możliwe kierunki rozwoju naszej cywilizacji. Muszę jednak zaznaczyć, że w ubiegłym roku dały się w singapurskiej ekonomii zauważyć pewne znaki stagnacji, może nawet recesji i zapewne tegoroczna pandemia ten trend pogłębi, zwłaszcza że państwo to jest szczególnie narażone na straty, ze względu na uzależnienie od globalizacji, turystyki, eksportu i handlu. Jak sobie z tym wszystkim Singapur poradzi? – to okaże się dopiero w przyszłości.
Opisałem zaledwie skrawek moich singapurskich doświadczeń. Osobnego wpisu wymagałaby choćby moja wizyta w Singapurskim Muzeum Narodowym, gdzie niespodziewanie wziąłem udział w pewnym niezwykłym wydarzeniu teatralnym; jak również te okruchy rozmów ze spotykanymi przypadkowo ludźmi, którzy – bardziej lub mniej otwarcie i śmiało – użyczali przy tym swojej duszy, przez co moje zderzenie z ultranowoczesną cywilizacją nie było aż tak bezduszne.
Nie byłbym sobą, gdybym nie sfotografował Singapuru z każdej dostępnej mi strony. A jednak zdaję sobie sprawę z… nie tyle powierzchowności, co nieadekwatności takiego oglądu, bo niby jedno zdjęcie mówi czasem więcej, niż tysiąc słów, to jednocześnie mami nas często swoją formą (niekiedy też uwodzi i czaruje pięknem), ukrywając jednak treść i to, co jest głębiej. Dla zilustrowaniu tego tekstu wybrałem garść obrazów, które mogą dać wyobrażenie tego, jak zagospodarowana jest w Singapurze przestrzeń; jak wyglądają turystyczne atrakcje; jakich ludzi spotyka się na ulicy, w metrze, ogrodach, świątyniach… Składa się to na kolorową mozaikę, która jednak pozwala zwrócić uwagę na ten niezwykły zakątek naszej planety i przybliżyć nam charakter zamieszkujących go ludzi.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE 

.

NOWY JORK (architektura – światło i refleksy)

*

NEW YORK

*

Kilkanaście dni spędzonych w „Wielkim Jabłku”. Nowy Jork odwiedzałem wiele razy, ale po raz pierwszy zamieszkałem w epicentrum manhattańskiego szaleństwa, dosłownie o rzut beretem od Times Square – od tego wciśniętego między 42-gą Ulicę, 7 Aleję i Broadway kłębowiska babilońskich tłumów oszołamianych jaskrawymi światłami kolorowych neonów reklam, będącego ponoć „pępkiem świata”, który tym razem bardziej przypomniał mi śmietnisko konsumpcyjnej cywilizacji, niż jej komercyjny tryumf. Ale zapewne, pisząc to, jestem zbyt surowy i niekonsekwentny, bo przecież zawsze lubiłem pojawiać się na Manhattanie, który bądź co bądź jest miejscem niezwykłym, ekscytującym i podnoszącym poziom adrenaliny, jak żadne inne amerykańskie miasto. Może więc tym razem zmęczyły mnie w końcu nowojorskie tłumy? Może po raz pierwszy z taką oczywistością uświadomiłem sobie, że jednak wolę przebywać wśród kanionów z naturalnych skał, niż z betonu, szkła, aluminium i stali? Że bardziej lubię kiedy otacza mnie las drzew, niż nieprzebrane mrowie nieznanych mi ludzi?
Może więc właśnie z tego powodu postanowiłem pójść niejako „pod włos” swoim fotograficznym instynktom (bo przecież bardzo lubię fotografować ludzi) i spośród setek zdjęć, jakie przywiozłem z Nowego Jorku, zaprezentować tu tylko te, na których ludzi raczej się nie uświadczy. Nie wiem czy to jest dobry pomysł, bo przecież Manhattan bez człowieka – bez samochodów, bez ulicznego ruchu i gwaru – to nie jest jednak prawdziwy Manhattan. Lecz zaryzykuję. Będzie to jednak fotoreportaż specyficzny.

*NEW YORK (2)

*

1. BLACK, GRAY & WHITE – BRYŁY I PŁASZCZYZNY. Pozorny ascetyzm przestrzenny. Wydawałoby się, że nudna – choć nie pozbawiona elegancji – ściana wieżowca po prawej stronie, przełamana zostaje ciekawą, zaskakującą, „rozchwianą” bryłą budynku w głębi. Architektura „urywa” się i zastępuje ją białe amorficzne niebo, podkreślające kontrast między pustką a pełnią objętą przez bryły, linie i płaszczyzny. To nie jest jednak ten Manhattan, który narzuca się nam, kiedy wchodzimy na jego ulice – między budynki. Bo to nie jest absolutnie miasto ascetyczne. Wprost przeciwnie: eklektyzm, natłok i bogactwo form uderza nas i przytłacza, ale jednocześnie zmusza do większego wydatkowania energii w zmaganiu się z materią, którą próbuje się tu na różne sposoby ujarzmić, oswoić i uporządkować.

greydot

*

NEW YORK (3)

*

2. EKLEKTYCZNA DŻUNGLA. Tak, tutaj eklektyzm Manhattanu rzuca się już bardzo w oczy, choć nadal stonowany jest przez (zupełnie jednak przypadkowy) granatowo-niebieski koloryt, zarówno szkła, jak i reklamowych tablic. Jedyne chyba zdjęcie wśród pokazywanych tutaj, gdzie widać dno manhattańskiego kanionu (ulicę) i tłum – ledwie jednak zaznaczony i jakby nieistotny – skarłowaciały wobec architektonicznej dżungli.

greydot

*

NEW YORK (4)

*
3. KOLOROWA BANIA. Rzeczywiście bania – bo twór ten ma dobrych kilka metrów i jest… tak, tak… wielką bańką mydlaną – tyle że wydętą i nieregularną. Różne dziwy na manhattańskim bruku można spotkać – wszystko co tylko może zwrócić uwagę przechodzącego tłumu, bo niewykluczone, że ktoś z tego tłumu wrzuci do kosza/kapelusza/wiadra dolara lub więcej. Trzeba jednak zaznaczyć, że ci, którzy w ten sposób sobie dorabiają, nie sprawiają wrażenia, jakby byli w pracy – to znaczy bardziej wydają się tym wszystkim bawić, niż przejmować się ciułaniem pieniędzy. W tyle, za banią: mur Metropolitan Museum i fontanna, a między nami i tłem – jakby ktoś nie zauważył – przestrzeń zdeformowana i udziwniona tęczową gamą kolorów i fantastycznych kształtów.

greydot*

NEW YORK (5)

*

4. GUGGENHEIMOWY ŚLIMAK I PODNIEBNY ŚWIETLIK. Modernistyczne vertigo – zawrotu głowy można dostać patrząc na kręcące się spiralnie schody w Muzeum Guggenheima, które jest bez wątpienia jednym z najsłynniejszych przybytków sztuki współczesnej na świecie. Frank Lloyd Wright wymyślił budowlę, która stanowić miała kontrast dla znajdującego się w pobliżu Muzeum Metropolitańskiego (chciał aby to ostatnie przy jego dziele wyglądało jak „protestancka stodoła”), a która ostatecznie stała się ikoną XX-wiecznej architektury. Chociaż z tą poręcznością, jeśli chodzi o ekspozycję dzieł sztuki, jest jednak różnie. Podejrzewam bowiem, że wielki Wright bardziej był zainteresowany ekspozycją swojego architektonicznego geniuszu, niż stworzeniem dobrych warunków dla prezentacji współczesnego malarstwa: no bo krzywe ściany, strasznie kiepskie światło, mało w sumie miejsca, tudzież niewygodne wspinanie się po piętrach ślimakiem, jakby po równi pochyłej. Lecz Guggenheim to jednak wielki turystyczny przebój Manhattanu – ludzie walą tu drzwiami i… chciałoby się tu napisać oknami – ale tych tu raczej nie ma – choć oglądania też zbyt wiele w tej wielkiej wstążce z betonu się nie uświadczy (nie miałem szczęścia tym razem, bo wystawa „Picasso – Black & White” nie była jeszcze gotowa i tylko z daleka mogłem podejrzeć, co też z tych biało-czarnego picassów szykują).

greydot

*NEW YORK (6)

*

5. WIEŻE Z WODĄ POD CIŚNIENIEM. Tłok i zagęszczenie form z przeróżnych parafii. Eklektyzm na granicy chaosu – ale jednak ciągle wszystko wydaje się tu być usadzone i na swoim miejscu. Nawiasem mówiąc, jest to widok z okna hotelu, w którym się zatrzymałem (Paramount) – i pewne elementy tego krajobrazu zwróciły moją uwagę dopiero po paru dniach (czy też raczej nocach). Weźmy chociażby owe wieże ciśnień (znane to jako water towers). Są one stałym elementem manhattańskiej skyline, tak powszechnym, że zwykle się ich nie zauważa. Lecz jak się tak wgłębić nieco bardziej w temat, to odsłania się cały, nowy, zaskakujący świat z nimi związany. Bo któż by pomyślał, że niemal wszystkie (w 99%) są z drewna (cedr albo redwood), że muszą je instalować budynki Manhattanu, które mają więcej niż 6 pięter (jest ich więc na samej wyspie kilkadziesiąt tysięcy)? Imponujące wrażenie robi wielka budowla w tle – jej architektura przypomina oczywiście Europę, tyle że w skali macro (jesteśmy przecież w Ameryce). Intryguje też piętrowy parking – wskazujący na to, jak bardzo karkołomne są pomysły usiłujące dać sobie radę z koszmarnym problemem parkowania na Manhattanie.

greydot

*

NEW YORK (7)

*

6. GRAFFITI FACES ON FALISTA BLACHA. W mieście, które wydało Basquiata nie może być złych graffiti. Ta forma ekspresji może być dla miast zmorą (wtedy zazwyczaj ze sztuką nie ma wiele wspólnego), ale też i sporym wyzwaniem estetycznym (wtedy bywa sztuką par excellence). Sporym zaskoczeniem był dla mnie ten widok ściśniętych ze sobą kreskowych twarzy, kiedy spacerowałem po nadzwyczaj relaksującym (jak na tę część Manhattanu, zwaną Piekielną Kuchnią i Dystryktem Pakowaczy Mięsa) nowym deptaku zwanym The High Line, będącym czymś w rodzaju pełnego zieleni mini parku i ekologicznej ścieżki, biegnącej wzdłuż torów dawnej kolejki, która ongiś z wielkim łoskotem przetaczała się nad ulicami dolno-zachodniego Manhattanu, a później, niestety, straszyła już tylko zardzewiałym żelastwem. Tak więc, idąc tym bardzo ostatnio popularnym paskiem obsadzonym przeróżnymi roślinkami, zobaczyłem takie oto twarzowe cudo – przy czym „cudo” nie jest tu bynajmniej napisane przeze mnie z sarkazmem. Bowiem pozorny chaos kreski (a raczej śladu po spray‚u) układa się w uderzająco spójny, skonsolidowany i w sumie chyba harmonijny układ – kompozycję będącą zbiorowym portretem – bez wątpienia karykaturalnych, ale jednak ciągle ludzkich, fizis.

greydot

new-york-8

*

7. ŻELAZKO Z ZEGAREM. Trudno w to uwierzyć, ale ten dziwny, zaledwie (?) 20-pietrowy budynek był przez 7 lat (1902-1909) najwyższym i jednym z najsłynniejszych budynków na świecie. Na powyższym zdjęciu tego dobrze nie widać, ale dziś jest on przytłoczony przez inne budowle (jak choćby ten mieszkaniowy mrówkowiec po lewej stronie). Napisałem dziwaczny, ale jak się tak mu lepiej przyjrzeć, to FLATIRON czyli „żęlazko” (nazwa wzięła się od żelaznego szkieletu, na jakim cała konstrukcja się wspiera) jest bryłą nie pozbawioną piękna, a być może i gracji – przypominając coś w kształcie dzioba statku prującego powietrze, tyle że nie na pełnym morzu, a u zbiegu Broadway’u i Piątej Alei. (Nie bez kozery sama Katherine Hepburn wyznała kiedyś, że chciałaby być tak podziwiana jak ta „stara, dobra budowla”). Mimo upływu czasu i odejścia w przeszłość „swojej” epoki, Flatiron pozostaje jednym z najczęściej obfotografowywanych architektonicznych brył Manhattanu. Trudno jest wszak uchwycić na zdjęciu jego niezwykłą aparycję – cały ten splendor wapiennej elewacji w stylu tradycyjnego beaux arts. Słynny nowojorski fotograf Alfred Stieglitz miał jednak ułatwione zadanie – w jego czasach wokół „żelazka” nie było takiego kłębowiska ludzi, budynków i samochodów, jak dzisiaj. Pewnie dlatego moje ujęcie jest cokolwiek dziwaczne – i jednak nie oddające sprawiedliwości urodzie wieżowca, który znalazł się tutaj nieco w cieniu zwykłego (?) ulicznego zegara.

greydot

*

new-york-9

*

8. GOLAS NA RONDZIE KOLUMBA. Wprawdzie do dzisiaj nie wiem co ten goluśki chłopaczek robi na tym „wojennym” memoriale upamiętniającym ofiary zatopionego w 1898 r. USS Maine (krążownik pochłonął Ocean u wybrzeży Kuby – zginęło wówczas 258 marynarzy a katastrofa ta była powodem strasznej awantury), to jednak ciekawe wydało mi się to ujęcie figurki jakby nie z tego świata, skontrastowanej ze szklanymi taflami wieżowców, (z których ten największy to bodajże siedziba CNN). Klasyczna rzeźba i architektoniczny modernizm wcale się tu jednak nie gryzą. Może dlatego, że cały świat, niczym Babilon, spotyka się tutaj – na Rondzie Kolumba, u Kupieckich Wrót prowadzących wprost do Parku Centralnego (którego, niestety, na zdjęciu tym nie widać).

greydot

*

new-york-10

*

9. W MIEDZIANYM ŚRODKU WIEŻY TRUMPA. Tak jak samego Donalda Trumpa nie za bardzo kocham, to jego „wieża” przy ekskluzywnej i prestiżowej w skali światowej Piątej Alei (warto zauważyć, że tuż obok – po sąsiedzku – znajduje się to słynne wystawowe okno, do którego wzdychała Audrey Hepburn w „Śniadaniu u Tiffany’ego”) swego czasu robiła na mnie spore wrażenie (ale to było dość dawno i sam już nie wiem czy prawda). Wysokie na sześć pięter atrium, obłożone od posadzki po sufit różowym marmurem, ma na swój sposób uwodzące wnętrze. Być może przyczynia się do tego specyficzny, miedziany połysk i kolorystyka, za którą odpowiedzialna jest nie tyle miedź, co oświetlenie. Ciekawostka: gdzieś tam w górze, ponad całym tym szpanerskim shopping-mallem, mieszkali ponoć niegdyś „boski” Michael Jackson i niezbyt chyba jednak „boska” Madonna.

greydot

*

new-york-11

*

10. BLACK MERC SHINING. Czarno, lśniąco, refleksowo, może nawet elegancko (bo limuzyniasto?) Jak widać Merc ma niezłe towarzystwo (Audi) i wypucowany jest na Glanz, dzięki czemu mogą się przeglądać w nim – czy też raczej w jego masce – okoliczne budynki. Ciekawe zagęszczenie czerni, zagiętych linii, jasnych plam i metalicznego lśnienia. Niewykluczone, że Mercem tym przyjechał właśnie jakiś Broadway’owy artysta – ewentualnie jeden z bossów tubylczych drug-dealerów.

greydot

*NEW YORK (12)

*

11. POSZATKOWANA LUSTRZANKA. W takim małpim architektonicznym gaju jakim jest Manhattan, kusi niekiedy człowieka by pójść  na łatwiznę i fotografować po prostu to, co mu się jawi przed oczyma – często odbijając się w lustrach. A że tafle szklane są tu przeolbrzymie, to i efekt wręcz mąci człowiekowi w głowie, przypominając widoki zmieniające się – i mieniące – jak w jakimś gigantycznym kalejdoskopie. Bo czymże innym, jak nie takim monstrualnym kalejdoskopem, jest cały ten odjazdowy Manhattan?

greydot

*

TAJLANDIA – ALBUM

*

Tak się złożyło, że Tajlandia była pierwszym azjatyckim krajem, do którego miałem przyjemność zawitać. I tutaj chciałem zwrócić uwagę na słowo: „przyjemność”, bo pobyt na ziemi Tajów był przyjemnością par excellence – w żadnym innym miejscu Azji doświadczenie podróży nie sprawiało mi tak intensywnej przyjemności, jak właśnie pobyt w Tajlandii. Przy czym, aby uprzedzić wszelkie podejrzenia, iż źródłem tych rozkoszy były piękne i pełne uroku Tajki, muszę zaznaczyć, że po Tajlandii podróżowałem z moją żoną – i że pisząc o przyjemnościach mam na myśli głównie to, co ten kraj ma zaoferowania każdemu, w miarę uważnemu i otwartemu na inne, „egzotyczne” kultury turyście. Z premedytacją używam słowa „turysta”, które ostatnimi laty stało się się niemal obraźliwym epitetem (żaden szanujący się „podróżnik” wybierając się do obcego kraju nie chce być nazywany turystą, mimo że w oczach tubylców niczym się nie różni od innych zagranicznych gości, będąc – chcąc nie chcąc – częścią turystyki masowej), a przecież oznacza ono nic innego, jak człowieka, który odbywa pewną „turę” – czyli przemieszcza się z jednego miejsca do drugiego, zwiedzając i poznając nieznany sobie kraj według pewnego itinerary.

Co więc jest źródłem wszystkich tych przyjemności w Tajlandii? Można wymienić je hurtem: klimat, pogoda, słońce, woda, kultura, architektura, ludzie, jedzenie, przyroda… wszystko to, co może zaspokoić hedonistyczne skłonności – pragnienia i potrzeby – człowieka podróżującego. Ale można też je ująć bardziej subtelnie i niuansowo, z akcentem na poznanie tego, co w kulturze Tajów leży głębiej – pod powierzchnią kulturowo-obyczajowych oczywistości, za fasadowością ładnych obrazków odrestaurowanych świątyń i egzotycznych pejzaży, za słynnym (zwykle nieustającym) uśmiechem łagodnych i przyjaznych tubylców.

Pamiętam jakby trzy twarze Tajlandii: samą stolicę kraju Bangkok – wielką, rozłożoną nad brzegami rzeki Chao Phraya, azjatycką metropolię, pełną kolorów, ruchu, tętniącą życiem we dnie i w nocy, z królewskim pałacem i pysznymi świątyniami; północ kraju – z jej zabytkami pamiętającymi dawną świetność kraju, wzgórza pokryte lasami i gęstą dżunglą, w której żyją jeszcze tygrysy, małpy, rajskie ptaki i dzikie słonie… o plemionach ludów przybyłych z odległych podhimalajskich rubieży nie wspominając; no i wreszcie pełne słońca, wysp, plaż i lazurowych wód południe – prawdziwy tajski skarb przyciągający rzesze wakacjuszy z całego świata, przypominający coś w rodzaju reklamowanego w folderach biur podróży raju – z tym, że akurat tutaj raj ten okazuje się być jakby mniej fałszywy i oszukiwany, nie budzący aż tak wielkich rozczarowań, jak to ma miejsce w innych, przereklamowanych tropikalnych „rajach”.

Nie mógłbym sobie chyba tego darować, gdybym do tak fotogenicznego kraju, jakim jest Tajlandia, wybrał się bez fotograficznego aparatu, którym jednak można utrwalić niezwykłe obrazy, jakie uleciałyby zapewne z pamięci po jakimś czasie, a tak – wspomożone elektronicznym nośnikiem – pozwalają po latach delektować się całą gamą barw i przywoływać atmosferę miejsc, do których się trafiło.
Z wielu tysięcy zdjęć przywiezionych z Tajlandii wybrałem kilkaset, które uporządkowałem tworząc rodzaj albumu, gdzie poszczególne rozdziały, takie jak: Bangkok, ludzie, świątynie, plemiona wzgórz, natura… pozwalają zapoznać się z pikturalną urodą tego pięknego bez wątpienia kraju, choćby tylko wskazując na to, co warto w nim zobaczyć.
Oczywiście album ten nie ma żadnych „artystycznych” ambicji – zdaję sobie sprawę, że jest to tylko kompendium ładnych obrazków, jakimi chciałbym jednak sprawić przyjemność tym, którzy są ciekawi tajskiej egzotyki, azjatyckich akcentów i nie zamykają się na to, z czego dumni są mieszkańcy Tajlandii, a co nie zawsze pokrywa się z naszymi estetycznymi upodobaniami. Tak więc, może bajeczna kolorystyka i cukierkowość tajskich świątyń nie jest naszą cup of tea; może kapiące złotem ozdoby i mocno wystylizowane posągi Buddy nie są w stanie dostarczyć nam wysublimowanych estetycznie i duchowo wrażeń; może błękit nieba, żółte plaże i lazurowe morza odstręczają nas od tropikalnych atrakcji, przypominając nam o sztucznych rajach turystyki masowej, tudzież o banalnych pocztówkowych widoczkach… jednakże warto moim zdaniem dać szansę tej tajskiej obrazkowości, której uroda jest jednak na tyle autentyczna i bezpretensjonalna, by wykazując dobrą wolę przyjrzeć się jej bliżej, starając się dostrzec piękno w tym, co Tajowie uważają za godne pokazania całemu światu.

Oto kilka wybranych stron z albumu:

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

© ZDJĘCIA WŁASNE

PS. Album zawierający zdjęcia z Tajlandii można obejrzeć (w komplecie i znacznie większym formacie) TUTAJ.