NOTATNIK PARYSKI: Père-Lachaise

*

greydot
Cmentarz Père-Lachaise. Olbrzymia nekropolia. Miasto zmarłych. Zastygłe, znieruchomiałe – otoczone przez tętniące życiem paryskie dzielnice.
800 tys. trupów, zwłok i szkieletów w gęsto upakowanych kamiennych kwaterach.
Kultura dysponowania zmarłymi. Nasze przeklęte – ale i błogosławione – przywiązania do materii.

Obsadzone drzewami aleje wśród niekończących się grobowych pól. Nawiedzane nie tylko przez pogrzebowe orszaki. Każdego roku przewija się przez nie kilka milionów ludzi.

Czego szukają tu żywi? (Jeśli pominąć bezrefleksyjnych, zaliczających kolejną paryską „atrakcję”, turystów.) Własnych nadziei, wspomnień, tęsknot, świętości? Pamięci po zmarłych, pozostałości po czymś co się kochało? Ręki opiekuńczego Boga? Ofiar jakiejś diabelskiej egzekucji? Może to wyraz pragnienia, by obłaskawić przeznaczenie – odsunąć wyrok, klątwę, potępienie?
Uczepieni skrawka marmuru, żelaza, brązu, kamienia, betonu – zaklinamy materię, by tchnąć w nią coś, co nie ulega rozkładowi: ducha, ideę, pamięć, uczucie. Ale czy wraz z rozproszeniem materii nie ginie to, co podtrzymuje zawarte w niej tchnienie?

greydot
Nad jedną z bram wejściowych na cmentarz Père-Lachaise wyryto w piaskowcu słowa z Wulgaty: „spes illorum immortalitate plena est”. („Ich nadzieja pełna jest nieśmiertelności.”)
O czyją nadzieję jednak chodzi? Czyżby tych, którzy się już w proch zamienili? Czy może jednak o naszą?

greydot

Grobowiec Abelarda i Heloizy

Le secteur romantique.
W cieniu zarośli przypominający gotycką kapliczkę grób Abelarda i Heloizy. Wiekowe drzewa, bluszcz, zwykłe chwasty… Zszarzałe groby, zmurszałe płyty, rozsypujące się nagrobki, zamieniające się w gruz krypty.
Roślinność oplątująca i rozsadzająca kamienne pomniki, popiersia, posągi…

Jaka estetyka, jaki genre, jaki sentyment pozwala na nazwanie tej bezwzględnej zaborczości natury romantycznością?

greydot
Jesteśmy wygnańcami z niebytu, którzy chcą się gdzieś zadomowić w istnieniu. Jeśli istnienie (bycie) nas cieszy, to już wystarcza… To właśnie w takich momentach żyje się chwilą.
Lęk czai się na nas na progu przyszłości, której nie znamy. Może ogarnąć nas smutek, kiedy widzimy jak ginie chwila, która nam sprawiła radość. Bowiem lękamy się, że następna przynieść nam może ból. A może nawet unicestwienie?

greydot

Nieuniknione jest to, co się stanie.
Stanie się to, co jest nieuniknione.
Tym właśnie jest przeznaczenie.

greydot
Wszystko podlega prawom, które obowiązują we Wszechświecie.
Nawet nieśmiertelność.
greydot

Być może wszystko to, co mogło/może się stać, już się stało (a w takim świecie czas jest tylko złudzeniem).

greydot

Cały otaczający nas świat jest jednym wielkim cmentarzyskiem.
Nasze samochody poruszają się dzięki morzu oleju wyciśniętego z trylionów uśmierconych organizmów żywych. Nawet piękno marmurowych rzeźb wyryte jest w materii, która była częścią zwierząt nieżyjących już od milionów lat. Oddychamy tlenem, które zostawiły nam w spadku wymarłe lasy. Czarny węgiel, białe wapienie, tłuste pola ropy… Niezmierzone zwały miliardów zwłok, szczątków i trupów, którymi karmi się zachłanne życie.
A zatem, czyż nie jest ono jakimś pasożytem?

A jeśli śmierć to alter ego życia?
Może śmierć i życie stanowią jedno, będąc dwiema stronami tego samego medalu? Może to kurioza, które pojawiły się we Wszechświecie będąc wielkim żartem znudzonego Boga? Albo eksperymentem, który wymknął się spod kontroli? Programem kosmicznego komputera? Piekłem determinizmu? Przemijaniem bez celu? Efemerydą?
Niestety, przekleństwo naszej niepewności polega na tym, że każda ewentualność jest możliwa.

greydot

W Naturze życie może się wydawać zachłannym potworem, który nie dba o pozostawiane za sobą trupy. Mało tego: owo witalne monstrum na tych martwych zwłokach żeruje. Człowiek, jako jedyne zwierzę, próbuje się owej przyrodzonej makabrze sprzeciwiać. Jednakże sam jest częścią Natury.
Czyżby więc Natura poprzez gatunek Homo Sapiens w jakiś sposób się nobilitowała?
Wątpliwe, zważywszy na potworności jakich dopuszcza się człowiek. I na obojętność natury wobec wszelkich ludzkich mrzonek, jak np. szlachetność, styl, nobliwość, godność, świętość, moralność, honor, nadzieja…

greydot
Możliwe, iż jedynie życie jakie się w nas tli i pulsuje (choć czasem nawet kipi i eksploduje) sprawia, że nie dostrzegamy istniejącego wokół nas cmentarzyska, a wypatrujemy tego, co się rodzi i żyje. Pierwsze wiosenne pędy, listki, pąki, owoce, nasiona i kwiaty; uśmiech i nieporadne dreptanie dziecka; namiętny pocałunek skąpanej w słońcu pary młodych ludzi…

Patrząc na życie nie możemy widzieć śmierci, gdyż jej tam nie ma.
To co żyje, nie jest (jeszcze) martwe.
Niestety, cały nasz niepokój pochodzi od owego „jeszcze”.
To właśnie przez to słowo szukamy na cmentarzach czegoś więcej, niż rozkładających się zwłok i rozsypujących się grobów.

Im większa potęga śmierci, tym większe pragnienie nieśmiertelności.

greydot

Bez śmierci możliwe jest istnienie, ale nie życie.

greydot

Rozpacz, znużenie, odpoczynek, sen wieczny – ludzkie uczucie zaklęte w kamieniu (Cmentarz Pere-Lachaise, zdjęcie własne)

Więcej zdjęć z cmentarza Père-Lachaise obejrzeć można TUTAJ w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym).

*

I NA ZAKOŃCZENIE JESZCZE ANEKS (jakim jest komentarz Magamary zamieszczony przez nią na moim poprzednim blogu oraz moja dla niej odpowiedź):

Magamara: Père-Lachaise, to jak słusznie ująłeś miasto w mieście. I miasto niezwykle, bo zastygłe w bezruchu. Wielkie pionowe grobowce wyglądają przecież bardziej jak domy mieszkalne niż stare mauzolea. I podczas spaceru po Père-Lachaise nagle drzwi grobowca się otwierają i wychodzi z nich kobiecina z wiadrem i szczotką, to instynktownie wiesz, że pierwsze zdziwienie jest właściwie niepotrzebne. Tutaj i żywi i umarli są na tych samych prawach, więc mogą się swobodnie po swoim mieście przechadzać.
To, co mnie urzekło w Père-Lachaise, to przede wszystkim piękno rzeźb na nagrobkach. Ile z nich zatrzymanych jest w ruchu, w pięknych, subtelnych pozach.
Dziękuję serdecznie za podróż sentymentalną w tamto miejsce, którą za sprawą Twoich zdjęć można odbyć z wielką przyjemnością.

Logos Amicus: jest jakiś fenomen w tym, że najczęściej na cmentarzach odczuwamy spokój. Oczywiście, kiedy właśnie straciliśmy kogoś bliskiego, to możemy odczuwać smutek, czasem nawet rozpacz. Ale jednak cmentarze działają na nas tak jakoś… kojąco.
Ile w tym naszej mądrości, ile braku wyobraźni, ile zaprzeczenia, ile działania jakiegoś mechanizmu obronnego?
Mimo wszystko śmierć jest w nas obecna zawsze, bez względu na to, czy myślimy o niej świadomie, czy też spychamy ją w nieświadomość.
Próbujemy sobie dawać z tym radę, najczęściej uciekając się do religii, jakiegoś systemu wierzeń, światopoglądu.
Uśmierzamy w jakiś sposób ból przemijania. Obłaskawiamy śmierć na wiele różnych sposobów. Np. obdarzając sentymentem (lub aurą romantyczności) cmentarze. Stąd te piękne i wdzięczne figurki, rzeźby, romantyczne nagrobki, górnolotne epitafia, kolorowe kwiatki, obsadzone drzewami dróżki…
Usiłujemy się zachowywać tak, jakby nic się takiego strasznego nie działo, jakby świat zmarłych był przedłużeniem naszego świata żywych. Stąd groby jak domy, cmentarne alejki jak ulice, a sam cmentarz jak miasto.
Zwykle też, tzw. refleksji i zadumie oddajemy się społecznie tak jakby… na komendę – zazwyczaj przy okazji Święta Zmarłych (czyli Wszystkich Świętych – swoją drogą ciekawe zestawienie).
Zawsze mnie jednak zastanawiało: na czym właściwie polega owa „zaduma”?
Nad konstatacją banalnego (tak naprawdę) cytatu z Wulgaty: „Vanitas vanitatum et omnia vanitas”?
Ile w tym głębi, a ile powierzchowności? Czyż nie jest to zwykły odruch? Potrzebny może tylko do tego, by tak naprawdę o tym wszystkim nie myśleć?

greydot

Sentymentalnie, romantycznie, wdzięcznie… na różne sposoby obłaskawiamy śmierć na cmentarzu (Père-Lachaise, zdjęcie własne)

*

ŻAŁOBA I TEATR

*
*
*  *  *
Czy gdybym mieszkał w kraju i oglądałbym za oknem to wszystko, co dzieje się obecnie na placach i ulicach Polski, to myślałbym tak samo jak teraz, kiedy od fizyczności tego wszystkiego dzieli mnie Ocean?
Nie wiem.
Lecz, tak sobie myślę, że pewnie nie poddałbym się jednak całej tej zbiorowej histerii, która ludzki gest solidarności i współczucia zamieniła w jedno wielkie narodowe żałobne teatrum.
(Zastanawiałem się nad słowem „histeria”… czy aby nie jest ono jakąś obrazą ludzkiego odruchu, pochopną diagnozą społecznego zachowania Polaków. Ale nie… po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że jednak – w kontekście tego, co się wydarzyło/dzieje – mogę takiego słowa użyć, bo jest ono do tego wszystkiego adekwatne.)
*

REZERWA

*
Mimo niemal programowego założenia, iż na moim blogu nie będę zajmował się polityką ani komentował aktualnych wydarzeń; i mimo pierwszego odruchu, by tę tragedię przeżyć prywatnie – sam ze sobą na sam i z najbliższymi mi ludźmi – nie mogłem się jednak oprzeć wewnętrznej potrzebie, aby w jakiś sposób bardziej „zewnętrzny” wyrazić to, co się działo z moimi uczuciami i myślami (a co wcale nie musi być od razu jakimś ekshibicjonizmem).
Zrazu sądziłem, że najlepiej – i w pewnym sensie najdyskretniej – odda to poezja i muzyka (stąd Czesław Miłosz i „Symfonia Pieśni Żałosnych” Henryka Góreckiego).
To jednak okazało się za mało, więc w następnym wpisie zawarłem kilka ogólniejszych myśli, które stanowiły niejako odbicie dominujących wątków – refleksji, jakie zajęły moją uwagę po tej tragedii.
Cały czas wszak starałem się powstrzymywać od wyrażania swoich komentarzy wprost – odnosząc je do tego konkretnego wydarzenia. Nie chciałem się poddać tej presji określania własnego stanowiska, ustawiania się po tej, a nie innej stronie, przybierania takiej a nie innej pozy… co było jednak odruchem gremialnym.
Jednakże teraz, kiedy już opadł nieco żałobny pył, trumny większości ofiar katastrofy zniknęły w kryptach i grobowcach, odczuwam pewną potrzebę wyrażenia (i uporządkowania) myśli, które – bardziej lub mniej gwałtownie – kołatały się ostatnio w mojej głowie.
*

MARTYROLOGICZNY SKANDAL

*
Nie jest to żadnym urojeniem, iż rzeczywiście przez setki lat, my, Polacy, dostawaliśmy cięgi z każdej możliwej strony – i to od prawie wszystkich naszych sąsiadów. Tym oto sposobem Historia wtłoczyła w nas syndrom ofiary. To właśnie dlatego w XIX wieku ogłosiliśmy się – na mocno wzburzonej romantycznej fali (tudzież bardzo nośnej paranoi towiańszczyzny) – „Chrystusem narodów”, umęczoną ofiarą Europy, Mesjaszem, którego cierpienie ma przynieść zbawienie nie tylko narodowi polskiemu, ale i innym uciemiężonym nacjom.
W paradygmat ten wpisywały się kolejne, następujące po sobie, tragiczne dla Polski wydarzenia: powstańcze klęski, zsyłki na Sybir, hitlerowska okupacja, Katyń, obozy masowej zagłady (zarówno nazistowskie, jak i komunistyczne), a zwłaszcza Powstanie Warszawskie, które stało się źródłem największych chyba kontrowersji – polem, gdzie kultywowano i eksploatowano martyrologiczny mit (którego, moim zdaniem, najbardziej skandalicznym i bezmyślnym aspektem była gloryfikacja ofiary, jaką stały się w tym powstaniu walczące dzieci).
Ów cierpiętniczy rys jest oczywiście blisko spokrewniony z podobnym rysem chakterystycznym dla samego Chrześcijaństwa (a może nawet od niego w prostej linii się wywodzi), w którym męczeńska śmierć Chrystusa stanowi jeden z centralnych motywów religijnej wiary. Istotną rolę w tym kontekście odgrywa również obecny w Kościele katolickim kult świętych – męczenników, jak również sama symbolika krzyża . Nic dziwnego, że w takiej aurze, również i ten, spowodowany najprawdopodobniej przez warunki atmosferyczne wypadek we mgle, podciąga się pod ofiarno-cierpiętniczy mistycyzm – znak niebios, kolejny symbol męczeństwa i narodowej ofiary złożonej przez Polaków na „nieludzkiej” ziemi.
A z tym trzeba się raczej obchodzić ostrożnie.
Myślę, że warto przytoczyć tutaj słowa Wojciecha Eichelbergera, który przestrzegał, że „nie należy interpretować tego, co się stało w magiczny sposób, że to po to się stało byśmy zmądrzeli. Stało się coś bardzo złego i coś bardzo głupiego, a przez to jeszcze bardziej tragicznego. Nasza zbiorowa polska świadomość próbuje uciec w to, że wydarzyło się coś nadzwyczajnego o randze dziejowej, religijnej, historycznej. To nieodpowiedzialne, emocjonalne odruchy ludzi, którzy powinni bardziej uważać na słowa, bo takie słowa potem wpadają w taką zbiorową świadomość i żyją w niej bardzo długo, dając potem owoce zupełnie niezamierzone (…)”
Widząc te morza żałobne i ogarnięte smutkiem twarze nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest w tym również jakaś domieszka… narodowego (ale i osobniczego) narcyzmu. W tej powszechnej solidarności rekoncyliacyjnej tłumy ludzi znajdowały pociechę i komfort, co zbliżało niektórych do stanu, w którym był pewien odcień… przyjemności.
Wiem, że podobne stwierdzenie wydać się może obrazoburcze i zabrzmieć w tych okolicznościach jak dysonans, ale zwróćmy uwagę, że jeśli chodzi o chrześcijańską ikonografię i rytuał, to w gorzkich żalach dość często możemy wyczuć jakąś szczyptę słodyczy (nie bez przyczyny, na wielu religijnych obrazach, trudno jest na obliczu męczennika odróżnić grymas bólu od spazmu rozkoszy).
Może właśnie dlatego, tak – w rzeczy samej, choć przewrotnie – lubimy ten nasz żałobny ceremoniał? A samą śmierć zaczynamy (dość bezwiednie) uznawać za coś „pięknego”? (Proszę się nie oburzać, takie stwierdzenia, że w śmierci tych ofiar jest coś „pięknego” również do mnie dotarły.)
Mimo, iż mam świadomość tych psychologicznych mechanizmów, to jednak w zdumienie wprowadziły mnie także słowa, które przeczytałem na stronie mojej dawnej szkolnej koleżanki (posiadającej nota bene wykształcenie filologiczne): „Kogo Bóg darzy wielką miłością, w kim pokłada wielkie nadzieje, na tego zsyła wielkie cierpienie, doświadcza go nieszczęściem. Dziś Polska cierpi….”
Można z tego wnioskować, że Boża miłość do człowieka jest tym większa, im większe ten Bóg zsyła na człowieka cierpienie, ból i nieszczęście.
Niepojęte… (przynajmniej dla mnie).
*

TO CO NAJWAŻNIEJSZE…

*
Naprawdę nie chcę tu być źle zrozumiany. Ani tym bardziej posądzony o jakąś…. nieczułość, oschłą analizę, brak empatii, czy też przemądrzałość …
Nie, to nie tak.
Ten wypadek przeżyłem chyba najmocniej z wszystkich katastrof, jakich byłem świadkiem w swoim życiu (no… może na równi z atakiem na nowojorskie wieże WTC, który dla większości ludzi zamieszkujących Stany Zjednoczone był wielkim wstrząsem).
Tyle że, zamiast poddać się zbiorowemu amokowi ekshibicjonistycznej żałoby, starałem się dać sobie z tym radę w inny sposób: poddając właśnie racjonalnej analizie zarówno to, co się stało, jak i same ludzkie reakcje (a zwłaszcza reakcje moich rodaków).
Najbardziej bolało mnie wtedy, kiedy uświadamiałem sobie, jak wielkie cierpienie spowodowały te nagłe śmierci wśród rodzin ludzi, którzy zginęli (dotyczy to również przyjaciół i osób im najbliższych). Ich ból jest najgłębszy i najbardziej prawdziwy. Ta rozpacz nie zna hierarchii, politycznych rankingów, partyjnej czy też narodowej przynależności – jest dogłębnie ludzka, bezwarunkowa…
Reszta z nas powinna zachować się (także w swojej żałobie) godnie – tak, jak przystało ludziom dojrzałym, ale i… powściągliwym. To wydawało mi się najważniejsze, to należało uszanować. Zamiast żałobnej pompy, stosowniej byłoby we wszystkim zachować bardziej rekolekcyjny, stonowany charakter.
Niestety, tak się nie stało. I to co widziałem zbyt często wpędzało mnie w zażenowanie.
*

DLACZEGO LAMENT?

*
Zadajmy sobie to pytanie: skąd tak naprawdę się wzięły te lamenty Polaków nad trumnami ludzi praktycznie im obcych, znanych im co najwyżej z telewizji, doniesień prasowych, widzianych zazwyczaj z oddali… ?
Nie mówię oczywiście o rodzinach i ludziach bliskich tym, którzy zginęli.
Zauważmy (a to jest bardzo wymowne i symptomatyczne), że nikt z rodzin zmarłych nie wziął właściwie udziału w tych najbardziej spektakularnych narodowych żalach, które miały miejsce praktycznie w każdym większym polskim mieście. (Mam tu na uwadze to, co działo się przez cały tydzień w kraju przed właściwymi ceremoniami pogrzebowymi w sobotę (Warszawa) i w niedzielę (Kraków).
Dlaczego?
Bo po prostu nie byli oni do tego zdolni. W swej prawdziwej żałobie wycofali się w swoją prywatność, wgłąb swojego bólu. Na pewno nie chcieliby tego swojego autentycznego cierpienia demonstrować na zewnątrz (tak jak robili to masowo inni, obcy im ludzie).
Dlaczego?
Być może dlatego, że miałoby to w sobie coś z… profanacji głębi i prawdziwości tego, co przeżywali; być może stanowiłoby pewien gwałt na ich intymności (bo prawdziwe cierpienie jest na wskroś intymne).
A cała reszta?
A cała reszta miała w tych demonstracjach jakiś „interes”: religijny, światopoglądowy, psychologiczny, państwowy, oficjalny, partyjny, historyczny, medialny, symboliczny, kościelny, socjologiczny… etc.
(Zanim się na to stwierdzenie oburzymy, zastanówmy się, czy aby jednak nie jest to prawdą?)
*

PODDANI

*
Moim zdaniem to, jak zareagowało polskie społeczeństwo na tę katastrofę, wcale nie świadczy o jego jedności. Bardziej o podporządkowaniu własnej mentalności instytucjom (państwowym i religijnym) – uleganiu presji tego, co zwierzchnie. Także o podatności na swego rodzaju emocjonalną infekcję. Również o bezwiednym poddawaniu się medialnemu „nakręcaniu”. Wbrew temu co Polacy sądzą sami o swojej niezależności i tzw. „umiłowaniu” wolności, wykazali się tutaj (po raz kolejny zresztą) mentalnością poddanego.
To poddaństwo przejawia się na kilka różnych sposobów.
Nie bez znaczenia w tym wszystkim jest to, że większość polskiego społeczeństwa to katolicy, których, jakby nie było, przynależność do Kościoła obliguje do uznania jego zwierzchnictwa… przynajmniej w kwestiach wiary, czy też „duchowości” (a ta, w podobnych przypadkach jak ten, ma przecież kluczowe znaczenie, bo dotyka sedna egzystencji, sensu życia, śmierci i cierpienia).
Ponadto, sama wiara katolicka funkcjonuje w przestrzeni mocno zhierarchizowanej, spaternalizowanej. (Nie tylko Bóg jest „ojcem”, ale także i księża zakonnicy, nie wspominając o tzw. kościelnych „hierarchach”. Również sam Jezus uznawany jest za „pasterza”, który wskazuje drogę swojej trzodzie złożonej z wymagających ciągłej opieki owieczek.)
Lecz Polacy okazują się również „z ducha” poddanymi świeckimi, co potwierdza tworzące się in statu nascendi (wprost na naszych oczach) mit i legenda prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
I raczej nie są świadomi tego, że to, co czynią (ewokują), jest jeszcze jedną odmianą kultu jednostki, przemieszanym na dodatek z kultem ofiary.
*

WAWEL

*
Legitymizacją (i mitem założycielskim) tej nowo powstającej legendy ma być umieszczenie zwłok Prezydenta w najbardziej sakralnej dla narodu polskiego nekropolis, jaką jest Katedra na Wawelu.
Pochopna, i jak się okazało nieopatrzna decyzja władz kościelnych (na którą wyraziła zgodę rodzina zmarłej pary prezydenckiej) zburzyła nawet to kruche przekonanie o tym, że naród polski potrafi się jednoczyć dopiero nad trumnami. Okazało się, że jest wręcz przeciwnie – trupy dzielą Polaków równie skutecznie, jak i żywi.
Walka o Wawel jest symptomatyczna dla społecznego konfliktu jaki istnieje między Polską liberalną, świecką i laicką (bardziej zwróconą ku przyszłości), a wyznaniową, konserwatywną, „tradycyjną”, (dla której niezwykle ważna jest przeszłość).
Jednak zagorzali przeciwnicy obecności sarkofagu Kaczyńskich na Wawelu nie zdają sobie chyba sprawy z tego, że, paradoksalnie, podobnie jak i ich katoliccy adwersarze, poddają się irracjonalnemu w swojej istocie myśleniu „magicznemu”, dla którego bardzo ważna jest symbolika, relikwie i sakralizacja (czemu właśnie dają wyraz swoim protestem). Obie więc strony są jakby siebie warte i – zamiast zachować nad trumnami spokój i ciszę – nad owymi trumnami nieprzystojnie hałasują.
Kościół, zawłaszczając niejako ciało zmarłego Prezydenta, chce również zawłaszczyć nie tylko „przestrzeń duchową” i symboliczną Polaków (jest to więc element walki światopoglądowej), ale i – w pewnym sensie – „narodową pamięć”, która jednak w równym stopniu polega na pamiętaniu, jak i na zapominaniu (traktując przeszłość życzeniowo i instrumentalnie, segregując i wybierając to, co akurat wzmacnia taką a nie inną historyczną wizję).
Nota bene, to właśnie batalia o monopol „moralnego prawa” do Katynia, a także obrany przez poszczególne partie odmienne kursy polityki „historycznej”, przyczyniły się pośrednio do katastrofy samolotowej pod Smoleńskiem (ponieważ, gdyby nie było tego podziału, zaplanowano by jedną uroczystość upamiętniającą ofiary zbrodni katyńskiej, a nie uroczystości dwie – z których ta druga, tak nieoczekiwanie, zamieniła się w jeszcze jedną tragedię i hołd dla następnej setki ludzi, jaka zginęła w tym „przeklętym” miejscu).
*

ROZCHWIANIE, czyli jak Kaczyński stał się człowiekiem (świętym?)

*
Uderzyło mnie to, jak często ludzie powtarzali, że nagle, po tym wypadku, Prezydent (jak również inni, którzy zginęli) stał się dla nich kimś „niezwykle bliskim”.
Czy to nie dziwne?
Kiedy Lech Kaczyński był żywym człowiekiem, to tego jego człowieczeństwa nie dostrzegali? Przypomnijmy sobie, jak często zamiast tego nazywany był „kaczorem” a nawet „kartoflem” (nie wykluczone, że również przez nas samych, albo przez nasze rodziny).
Czyli co? Nagle stał się człowiekiem?! Dopiero teraz, kiedy go już właściwie nie ma? (Bo chyba jednak nieporozumieniem byłoby, gdybyśmy te zmasakrowane kawałki ludzkiego ciała jakie zamknięto w trumnie i wożono na tych absurdalnych armatnich lawetach ciągnionych przez jakieś koszmarne hammery, utożsamiali z osobą Lecha Kaczyńskiego).
Ale Lech Kaczyński po swojej śmierci stał się nie tylko człowiekiem… On stał się już niemal kimś świętym – uosobieniem Dobra i wszelkich możliwych cnót, (wśród których, jak mantrę, powtarza się zwłaszcza słowo „patriotyzm”).
Czy to jest hipokryzja? (A to słowo również słyszałem bardzo często.)
Niekiedy tak, ale jeśli chodzi o zdecydowaną większość przypadków, to jednak nie. Moim zdaniem, bardziej adekwatnym określeniem niż hipokryzja, byłoby tu słowo niezrównoważenie.
No właśnie… Wszyscy zachwycają się tą nagłą „jednością” społeczeństwa polskiego. Ja niestety widzę to bardziej jako… rozchwianie (bo mam na uwadze również to, jak się to społeczeństwo polskie zachowywało tuż przed tą żałobą, a także i podejrzenie tego, jak się będzie ono zachowywać, kiedy już nad naszym krajem rozwieją się te wszystkie czarne chmury i kir nieco wyblaknie.)
Uważam, że sposób w jaki zareagowała spora część Polaków na to wydarzenie, świadczy jednak o słabej odporności psychicznej, i – co tu kryć – pewnej emocjonalnej i psychicznej niedojrzałości.
Powtarzam – reakcja rodzin jest dla mnie czymś niezwykle przejmującym, godnym szacunku, empatii i zrozumienia. Lecz jeśli ktoś spoza bliskiego kręgu rodziny i przyjaciół ofiar reaguje w ten sam sposób, albo nawet – co przecież zdarzało się w skali niemal masowej – jeszcze bardziej dramatycznie (manifestując to na dodatek urbi et orbi), to jest to wg mnie nie tylko przesada, ale i przejaw jakiejś społecznej neurozy (by nie napisać psychozy).
*

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI

*
Byłbym głupcem, gdybym nie dostrzegał rzeczywistej skali tego – bezprecedensowego jednak – wypadku (tak, jak dostrzeżono to na całym świecie). Lecz nie przesadzajmy. Jeśli chodzi o demokratyczne struktury państwa, to nie zostały one naruszone. Polsce nie grozi żadna zagłada, czy kolejna niewola, ani nawet zamieszki (nie wspominając już o spełnieniu się złowieszczych przepowiedni Nostradamusa).
Naturalnie, żywego człowieka – jego unikalności i wyjątkowości – nie jesteśmy w stanie niczym zastąpić. Natomiast jego funkcję – tak. Czyli państwo będzie funkcjonować zupełnie podobnie, jak do tej pory.
Jak najbardziej rozumiem potrzebę poczucia bliskości drugiego człowieka, to dążenie do przebywania w podobnie odczuwającym tłumie wtedy, kiedy dzieje się coś, co sprawia nam ból, kiedy się czegoś boimy…
Ale żeby od razu skupiać się w takie żałobne masy?
Moim zdaniem nie można porównywać śmierci Prezydenta Kaczyńskiego ze śmiercią Jana Pawła II. To nie jest jednak ten sam wymiar. Dla mnie przeżycie śmierci Papieża miało w sobie coś z mistycyzmu. Teraz odczuwałem to inaczej – w proporcjach bardziej ludzkich i przyziemnych.
Dawne solidaryzowanie się Polaków wokół tragicznych wydarzeń w naszej historii jest zrozumiałe (w kontekście historycznym właśnie). Wzmacniało bowiem – w czasach utraconej suwerenności – poczucie narodowej tożsamości, dzięki czemu plemienne przetrwanie pod polskim sztandarem zwiększało swoje szanse. Teraz jednak sytuacja jest inna. Polska powinna się stać państwem nowoczesnym, otwartym na przyszłość i nie dyskryminującym nikogo, ze względu na jego poglądy i opinie. Krajem, w którym nie można deklarować „jedynie słusznego” światopoglądu.
*

KATHARSIS?

*
Każdy sobie zadaje pytanie: co będzie dalej? Czy cokolwiek w naszym kraju się zmieni? Czy przestaniemy obrzucać się obelgami, błotem, wyzwiskami?
Czy naród polski przeżył właśnie oczyszczające go katharsis?
Wątpię, choć naprawdę bardzo chciałbym się mylić.
Obawiam się, że trauma ta jeszcze bardziej wzmocni polskie kompleksy i jeszcze wyraźniej zarysują się podziały, jakie istnieją już od dawna w polskim społeczeństwie. Jeszcze usilniej będzie się przekonywać o własnej nieomylności – o tym że racja leży właśnie po tej, a nie po innej stronie; jeszcze mocniej będą chciały się utwierdzić monopole na prawdę.
Ale są to tylko obawy. Jak będzie naprawdę?… Już wkrótce powinniśmy się o tym przekonać.
*  *  *
*