KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA

(wierszyk nostalgiczno-sentymentalny)

.

KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA

.

Co takiego uwodzicielskiego było
na tych białych kartkach papieru
pokrytych czarnymi znaczkami liter
że wolałem wsadzić nos między okładki
książki niż pogonić kota za płotem
wybić klapką muchy w kuchni
a nawet wypuścić się z kimś w słodkie maliny?
Słońce świeciło – jak to zwykle na wakacjach
– jaśniej; trawa, bławaty i rumianek pachniały tak,
że drażniły nos; wiatr szumiał wśród gałęzi jabłoni
a woda w rzece z pluskiem obmywała kamienie,
pod którymi kryły się płotki, szczupaki i sumy.

.

Nie wabił mnie jeszcze wtedy zew
ucieczki w świat do kolorowych ludzi
na pustynie usłane gorącymi piaskami
w dżungle tętniące życiem egzotycznych stworów
nad przepaście kanionów i krawędzie otchłani,
które równie piękne są co przerażające.

.

Najpierw to wszystko obiecała mi książka,
roznieciła pragnienie wyjścia poza słowo
i uczynienie go ciałem, ale w odległej krainie
za siedmioma morzami, za siedmioma górami,
za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało
– jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych
lub strzelistych południowych cyprysów.

.

Tak to w mojej domowej biblioteczce
albo na kocu w ogrodzie między krzewami agrestu
wykuwały się moje dalekosiężne marzenia
rozbujała się wyobraźnia, gorączkowała myśl
zaostrzał się przedsmak i rozbudzała żądza
przeżycia niezwykłej przygody.

Poszedłem więc w świat.
(…)

.

A kiedy po latach wracam do domu,
gdzie na półkach zostały moje stare książki
z pożółkłymi kartami i z niemym wyrzutem,
że przez całe moje dorosłe życie
nie brałem ich do ręki i nie pieściłem wzrokiem
nie wąchałem jak kiedyś i nie podziwiałem
mądrości, bogactwa i piękna obrazów
tam zawartych i myśli wypełniających je
po okładkowe brzegi – to jednak oprócz smutku,
ogarnia mnie też cicha radość,
bynajmniej nie z tego powodu,
że czuję się bardziej doświadczony, mądrzejszy
(bo to jest cokolwiek problematyczne)
ale że znalazłem się tutaj z powrotem
– ze świadomością, że życie musi zatoczyć swój krąg
że to co było na początku, będzie i na końcu
tak samo ważne, cenne i… równie otwarte.

.

Kiedy więc patrzę teraz na książki mojego dzieciństwa,
dotykam palcami ich wyblakłych i wytartych grzbietów
myślę o nich czule, jakbym chciał opowiedzieć im w podzięce
całe moje życie – wszystkie moje złe i dobre przygody
oddać im prawdziwy zapach egzotycznych krajów
nakreślić w nich mapy odległych kontynentów
zaznaczyć wszystkie przebyte tam szlaki
opisać piękno twarzy spotkanych tam ludzi.
Ale też przyznać, że stara jabłoń w rodzinnym ogrodzie,
łąka za płotem, olchy i płynąca nieopodal rzeka
sekwoje w Big Sur i karaibskie plaże,
wielkie lodowce Alaski, pustynny skwar Tybetu
– to wszystko tak naprawdę jest tym samym światem
i że liczą się tylko nasze powroty
oraz pamięć, która ożywia to, co przeminęło
i co ciągle przemija – wszędzie tak samo
(…)

.

Wiersz po raz pierwszy opublikowany został we wpisie MOJA BIBLIOTEKA.

.

PODGLĄDANIE WIECZNOŚCI

.

Mój dom rodzinny na Podkarpaciu

Śnieżnobiała szadź – piękno (na chwilę) zatrzymane. (Zdjęcie własne: mój dom rodzinny na Podkarpaciu.)

.

“…chybił celu życia, kto nie zaznał goryczy rozpaczy,
choćby jego życie było nie wiem jak piękne i radosne”
Soren Kierkegaard, “Albo-albo”

Kiedy wyludniają się krainy, w których kiedyś żyliśmy – robi się zimno i pustka zatacza coraz szersze kręgi na rzeczach, które czuliśmy w rękach, na skórze, pod naszymi stopami… Materia, którą jeszcze widzimy, staje się coraz bardziej obca w miarę jak słabnie nasza pamięć i obojętnieje serce, bo przecież musi się ono żywić tym, co żyje w drugim człowieku.

Lecz jeśli tego drugiego człowieka zbraknie?

Nostalgia, elegijny spleen… sentyment, który przez jakiś czas ogrzewa nasze stygnące wnętrza. Skoro może być nam tak bardzo żal obcych światów, które odchodzą w przeszłość, to czy dziwne jest to, że ogarnia nas rozpacz utraty i tęsknota za światem najlepiej nam znanym, bo naszym – tym, w którym byliśmy obecni – a który teraz przemija nieuchronnie, znikając kawałek po kawałku, rozpływając się we mgle coraz bardziej przezroczystej nicości?

Piękno? Cóż po pięknie w czasie minionym, zmarniałym? Jego ślady wzmagają tylko smutek spełnionej-niespełnionej miłości do świata i ludzi, która rodziła się jedynie po to, aby zaraz umierać… z coraz bardziej bladą i stężałą twarzą, na coraz mniej wyraźnej fotografii; z coraz bardziej zacierającymi się konturami rzeczy – z wszystkim co z wolna przepada za horyzontem zdarzeń.

A może piękno nie znika? Zwłaszcza wtedy, kiedy zamykamy oczy, chcąc pod powiekami zachować obraz kogoś lub czegoś, co stało się dla nas czymś bliskim i drogim?

A może piękno nigdy nie zniknie – nawet wtedy, kiedy nasze oczy zamkną się na zawsze?

Gdzie jest droga, którą można dotrzeć do tego, co najważniejsze? Z czego musi być zbudowane to, co mogłoby trwać wiecznie? Jaka powinna być świadomość, by mogła oprzeć się trwodze, złu i marności? Czy lepsze światy znajdują się tylko w zaświatach? I czy wszystko, co wydaje się nam dobre (lub złe), jest tylko złudzeniem?

Jednakże chwila gorzkiej rozpaczy również nie może trwać wiecznie. Dopóki oddech pobudza serce do bicia i krew do krążenia; dopóki oczy spotykają się ze spojrzeniem kogoś, kto umie trafić do naszego wnętrza, chroniąc nas przed zranieniem – dopóty dziać się w nas może święto życia, ale i koić ulga śmierci, która tak naprawdę jest – tak jak wszystko – niczym…

A może jednak początkiem czegoś innego?

.

ODDALENIA I POWROTY…

*


*

„Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu.”
Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem. I byłoby mi trochę smutno, bo ten powrót do strumienia i gęsi dowodziłby, że nie zyskuje się niczego przez techniczną umiejętność, poza szacunkiem dla prawideł gry. A ja wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę, pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne.

Czesław Miłosz, „Życie na wyspach”

*

Odkryć „ukrytą formułę”. Ale czy taka formuła istnieje? A jeśli istnieje, to czy jest nam dostępna?
Wyrosłem w ogrodzie rodzinnego domu – w ogrodzie mojego dzieciństwa. Chciałem poznać inne ogrody, także ten ogród rzeczywistości, o którym pisze Miłosz.
Ale dlaczego? Co mnie do tego skłaniało? I do czego ta wiedza była (jest) mi potrzebna? Czy naprawdę łudziłem się, że odnajdę ów Master Key of Perception – czyli klucz do wszystkiego, który otworzyłby mi Drzwi Poznania na oścież?
A może to była zwykła ciekawość? Albo odwieczny atawizm pchający nas z miejsca na miejsce – za następną górę, za kolejne lasy, jeziora, rzeki, morza i oceany… bo być może tam, i być może nawet tuż za rogiem jest… jeśli nie raj, to nasza Ziemia Obiecana, albo co najmniej jakiejś miejsce ciekawe i ekscytujące, gdzie będzie nam dobrze tak, że zechcemy się tam rozmnażać?
Była to (jest) pogoń za czymś. Ale może też i ucieczka? Chęć odnalezienia siebie prawdziwego, czy może pragnienie, by o sobie – a raczej o tym, co nam sprawiało ból i cierpienie – zapomnieć?

Pamiętam, że pociągało mnie wszystko to, co było w kontraście z łagodną falistością wzgórz moich stron rodzinnych – łąk, pól, lasów i rzek Podkarpacia. Neony wielkich miast, egzotyczne wyspy, niezwykłe budowle i starożytne ruiny, ośnieżone szczyty gór i złote piaski pustyń, wspaniałe latające maszyny, rajskie ptaki i burzliwy ocean, ludzie o innym kolorze skóry, szybkie samochody pokonujące bezkresne przestrzenie po drogach amerykańskiego Zachodu…
Kiedy więc, po wielu latach nieobecności w kraju, lądowałem na warszawskim Okęciu i patrzyłem na roztaczającą się pode mną monotonię mazowieckiej równiny, doznałem niezwykle silnego wzruszenia – nie tylko z radości, że oto za chwilę noga moja stanie na ojczystej ziemi, że zaraz spotkam najbliższą rodzinę i dawno nie widzianych przyjaciół, ale i z wdzięczności za te wszystkie dary poznanego świata – kalejdoskop obrazów, wspomnienia o ludziach, ich twarzach i uśmiechach; wrażenia, które wiozłem ze sobą w swoim wnętrzu – zebrane na obcych ziemiach, na pustyniach i w dżungli, pod niebotycznymi górami, tudzież górami jak z bajki; wśród olśniewających kolorów, na wyspach bardziej lub mniej dziewiczych, w lasach baśniowych i fantastycznych kanionach, pod wodospadami jak z innej planety, na dzikich plażach odległych mórz i oceanów; niezwykłe widoki, te nieba wiszące nad różnymi krainami;  wschody i zachody Słońca, które jednak wszędzie było inne, choć przecież zawsze było to samo…

A wiedza? I jaka wiedza?
Czy było nią zdobywanie informacji, gromadzenie danych, kolekcjonowanie obrazów? Coraz szersze ogarnianie świata? Coraz lepsze rozumienie „prawideł gry”? I czy te przejrzane już „prawidła” mogły wzbudzić mój szacunek? A może wręcz przeciwnie: okazywały się być czymś nieludzkim, niezależnym od wszystkich naszych nadziei, wysiłków, działań i intencji? Czymś łagodzonym tylko przez kulturową otulinę cywilizacji? Poparte wysiłkiem wprowadzenia weń ładu za pomocą ludzkich przykazań, reguł, obyczajów, tradycji, nakazów i zakazów? Zasad, które wszędzie są inne ale zawsze mają ten sam antropologiczny cel i paradygmat: chcą nas wydźwignąć ze stanu zwierzęcej (bez)świadomości; wyróżnić i odseparować od tej pulsującej, poddanej ciągłej przemianie magmy, którą tworzy cała ożywiona materia.

A może Miłosz pojmuje owe „prawidła gry” trywialnie – właśnie jako techniczną umiejętność, biegłość w opanowaniu rzemieślniczego warsztatu, mistrzowską zręczność? Także jako możliwość poruszania się po ogrodowych ścieżkach, zdolność urabiania materii, nadawania formy czemuś, co jest (z pozoru) chaotyczne, amorficzne i bezkształtne?
Wtedy szacunek dla „prawideł gry” byłby po prostu szacunkiem dla sztuki.
Ale dlaczego „strumień i gęsi”?
Czy wynika to z konieczności uporania się z tym, co w nas prenatalne i pierwotne – z wizją wiecznego powrotu do źródła, czyli tam gdzie usadowiony jest konkret świata istniejącego niezależnie od widzimisię naszej (jakże mocno przecież ograniczonej) percepcji?

Po co jednak wychodzić z celi, gabinetu, wioski, getta, warsztatu… i wikłać się w nasze mity podróżne?
Może dlatego, że wchodzenie i zagłębianie się w mity jest naszym przeznaczeniem i definiuje niejako nasze człowieczeństwo? Bo bez mitu zastyga życie duchowe człowieka, wysycha jego wyobraźnia a wokół robi się pusto, głucho, ciemno i bezbarwnie… A mit podróżny jest do pobudzenia naszej psyche równie dobry, jak każdy inny. Może nawet lepszy (bo jest w stanie rozruszać także nasze mięśnie)?
Mit nowego, nie poznanego jeszcze świata. Mit poszukiwania naszego świętego – albo tylko świeckiego, choć z metafizyczną tęsknotą – Graala, czy też kamienia filozoficznego, który zamieniłby wszystkie nasze wątpliwości, wahania i niewiedzę w wiarę, nawet jeśli byłaby to wiara w niemożność poznania i zgoda na istnienie w oparach absurdu, i nad otchłanią lodowatej nicości.
*  *  *

Oto wybitny kompozytor przestaje tworzyć muzykę, ucieka do swojej chałupy w górskiej wiosce Ząb i robi tam… meble.
Czy to jest zwątpienie w sztukę? Utrata wiary w jej znaczenie, powołanie, sens i moc wpływania na sprawy istotne, w tym na ludzkie życie? A może po prostu zamiana narzędzia, którym się tworzy – w tym przypadku pióra (do pisania partytury) na piłę, młotek i dłuto (do robienia krzeseł)?
Czy aby dla Góreckiego właśnie te krzesła nie były owym Miłoszowym wiejskim „strumieniem” i „gęśmi”, do których się wraca z udoskonalanym przez całe życie warsztatem i mistrzowską biegłością?
Artysta rezygnuje z blichtru i szpanerstwa sławy, wraca do swojej wsi, rozprawiając się przy okazji z absurdem za pomocą swej wiary.

Ziemia, na której wyciągnięto nas za uszy z nicości, jest często ziemią, do której chcemy, by wrzucono nasze kości. Albo też rozsypano popioły pod niebem, na którym po raz pierwszy zobaczyliśmy słońce, gwiazdy i księżyc – w powietrzu, które zaczerpnęliśmy z pierwszym naszym oddechem, i które może wypełnić nasze ostatnie tchnienie.
*  *  *

Jednak nadal jesteśmy w podróży, wymyślamy, roimy sobie nasze mity i nimi żyjemy, zgłębiamy tajniki wiedzy i sekrety mistrzów, poznajemy obce nieba, ogrody i oceany; zachwycamy się, zadziwieni stale otaczającymi nas cudami świata i samym istnieniem.
Wszak może ktoś zapytać: po co podróżować, skoro i tak wrócimy do punktu wyjścia? Do wiejskiego strumienia i gęsi, do naszej zagrody – by napoić i obrządzić konia, by zasadzić jeszcze jedno drzewko w ogrodzie; do warsztatu – by zrobić stół i krzesła? I czy taki powrót nie jest pewnym rodzajem rezygnacji?
To prawda, pętla naszego bytu kiedyś się zamknie. Lecz ważne jest nie tyle miejsce, gdzie to nastąpi, a nawet samo zapętlenie się początku z końcem. Istotne jest wszystko to, co było (i jest) pomiędzy: droga – czyli nasze życie.
*  *  *

Może to zwyczajne – wracać tą porą roku do domu, do miejsc ziemi rodzinnej, do wspomnień tego, co już się w naszym życiu wydarzyło. Do refleksji – jak, po co i dlaczego? Do pytania o to, kim naprawdę jesteśmy i jak się zmieniamy? O to, jaki sens i kierunek ma droga, trakt, na który weszliśmy – wszystkie te nasze pogonie, ucieczki, powroty… I czy pozostaniemy sobą? A może się gdzieś zagubimy, zatracimy… może zmienimy nie do poznania?  Lecz  nie nazywajmy tego fatalizmem, ani nawet przeznaczeniem. Może to po prostu zwykła kolej rzeczy? Jest oto czas, by się poddać chwili spokojnej refleksji, która pozwoli nam uświadomić sobie to, co najważniejsze.
Czego wszystkim – wraz ze Świętami i nadchodzącym Nowym Rokiem – życzę.
*  *  *


*
Zdjęcia własne: polna droga w zimie i dom mój rodzinny na Podkarpaciu.
*

WIZYTA

 

Jest czwarta nad ranem, Wielkie Miasto śpi jeszcze, czarne niebo zawisło nad zimnym jeziorem, lampy uliczne wyłaniają z ciemności zarysy domów, ciszę lekko zaburza odległy szum przelatujących co jakiś czas samolotów oraz sącząca się z półmroku muzyka… Minęło już kilka dni od mojego powrotu z kraju, a ja ciągle budzę się w środku nocy – moje skołowane ciało nadal działa wedle polskiego zegarka. Piję kawę, w mieszkaniu jest ciepło, wokół panuje spokój, choć z głośników wydostają się dość nerwowe i niepokojące dźwięki „Filles de Kilimanjaro” Milesa Davisa. Wszystko to sprawia, że odczuwam pewne odrealnienie, bardziej lub mniej świadomie zanurzając się w oniryzmie wspomnień tego, co wydarzyło się – we mnie i wokół mnie – podczas ostatnich kilku tygodni spędzonych w Polsce.

 

Nie chcę się tutaj bawić w żadne epickie opisy, w których mogłaby się rozmyć esencja wrażeń, roztrwonić ładunek doznań… Może więc tylko ograniczę się do zarysowania kilku mocniejszych impresji – stworzenia czegoś w rodzaju konspektu istotniejszych tematów, które dotknęły mnie w kraju.

Zima w moim ogrodzie

 

STRONY RODZINNE

Jakiż to atawizm sprawia, że chcemy raz po raz wracać na ziemie, gdzie wyciągnięto nas za uszy z nicości? Bez względu na to, czy cierpimy, czy też oddajemy się wszelakim przyjemnościom życia, ciągnie nas do miejsca, gdzie zaczęliśmy się oswajać ze światem, którego przecież nigdy nie uda się nam oswoić. Że rodzina, znajomi, przyjaciele… że swojskie kąty, dom pierwszy (zły albo dobry) – że nasze ogrody, lasy, rzeki, niebo i klimat…? Tak, tak… i jeszcze to, że w naszej świadomości jest to epicentrum naszego roztrzęsionego bytu, taki metafizyczny pępek – punkt centralny otaczającego nas Wszechświata;  początek, który chce nas zawlec do samego końca – do dołu gdzie wrzucą nasze kości, do momentu, gdzie dusza będzie się mogła przekonać o tym, czy w ogóle istnieje.

CZAS I LUDZIE

Czas biegnie w zawrotnym tempie (choć ponoć, tak naprawdę, to go nie ma), kolejne lata lądują w śmietniku naszej przeszłości a my się zachowujemy tak, jakby nic się takiego szczególnego nie działo – ot, zwykła kolej rzeczy, egzystencjalna normalka. Nie ma powodu by rozdzierać szaty, bo przecież na nic się to nie zda, a zdarzy się to, co ma się zdarzyć. To nic, że w gardzieli zachłannego przemijania giną na zawsze chwile naszego życia, że ciało wiotczeje, serce bije wolniej, krew bardziej gęsta, włos się już tak nie jeży na głowie; to nic, że w stawach coraz głośniej nam trzeszczy, ręce zaczynają drżeć, nogi uginać, plecy przygarbiać, a wzrok przysłania coraz gęstsza mgła… Na znajomych i bliskich nam ludzi chcemy patrzeć tak, jakby dla nich (i dla nas) czas się zatrzymał, jakby mieli oni pozostać wiecznie młodzi – tak jak na zdjęciach z naszego dzieciństwa, które trzymamy w szufladzie biurka (i tylko dziwiąc się czasem, że tak pożółkły i że tak jakoś same się pomięły).

Czas trzyma nas wszystkich na uwięzi – na łańcuchu, z którego nie sposób się zerwać. I, naturalnie, chcemy usilnie tego, żeby tak trzymał nas jak najdłużej, choć czasem ujadamy, czy też skomlimy, nie zawsze czując się szczęśliwymi jak ten merdający radośnie psi ogon.

* * *

Krakowskie planty zimą (widok z hotelowego okna na ulicę Św. Tomasza)

 

KRAKÓW

Miasto to niemal zawsze jest wśród miejsc, które odwiedzam na trasie moich wędrówek po Polsce i niemal za każdym razem jest to przynajmniej pobyt kilkudniowy. Tak było również i tym razem. Mimo wielce niesprzyjającej aury, osiem krakowskich dni upłynęło mi dość intensywnie. I choć o długodystansowych spacerach musiałem tym razem zapomnieć, to spotkania ze znajomymi, bliższą rodziną i przyjaciółmi szczelnie wypełniły mój czas. Poza tym był teatr, kino, muzyka, wystawy, galerie, kawiarenki, antykwariaty, księgarnie, restauracje… no i trzymające mnie w cieple i aktywności psycho-fizycznej grzańce, nie wspominając o wytrawnym czerwonym winie z Chile, którego – jak się okazało – w Krakowie pod dostatkiem.

To tyle gwoli (mocno rzeczowego) wstępu do teatralnej trylogii, o której chciałem teraz napisać.

BAGATELE, GROTESKI, KOMEDIE, DRAMATY…

Podczas mojej bytności w Krakowie trwał tam akurat „festiwal dramatyczny Bagateli”, więc pomyślałem, że jeśli się nań wybiorę, to może być dosyć lekko, łatwo a może nawet i przyjemnie – choć teatru „ogromnego” raczej się nie spodziewałem. Tak się jednak złożyło, iż trafiłem na (mocno) odgrzewaną klasykę, która – jak się okazało – w dobie silnej komercjalizacji i walki artystów sceny o przetrwanie, różne może mieć oblicze, (czy też raczej różne maski przywdziewać.)

Na pierwszy ogień poszedł „Tramwaj zwany pożądaniem” w małej, zimnej i niewygodnej jak plastikowe krzesło salce na Sarego… za cholerę nie chcącej przypominać gorącego, parnego i dusznego amerykańskiego Południa, którego erotyzm tak skutecznie rozpalali ongiś w sobie i na wielkim ekranie Liz Taylor i Marlon Brando. Tutaj Stanley Kowalski z ciepłej i kolorowej Luizjany był tylko Stanleyem Kowalskim z chłodnej i szarej krakowskiej ulicy, i nawet grająca z emfazą (lecz jakże wdzięczna miejscami, jakże pięknie się poruszająca) Magda Walach nie zdołała wykrzesać z niego owej samczej iskry pożądania, które przecież musi drzemać w tekście Tennessee’go Williamsa. Jeśli zaś chodzi o moje kameralne doznania, to wyraźnie zmiękłem tudzież poczułem słabość do z lekka upadłej Blanche Dubois, kiedy ta zstąpiła ze scenicznych wyżyn ku nam (czyli widzom), zmuszając nas niejako do fizycznego wejścia w ten jej mocno poplątany świat (a ja do dzisiaj czuję na mojej dłoni jej dotyk).

I do dzisiaj też stoi mi przed oczami postać mocno roztrzęsionego oraz silnie histeryzującego Raskolnikowa, tego dyżurnego mordercę wieku uśmiercenia Boga i nihilistycznej otchłani, nad którą zawisł absurdalny świat, i gdzie wszystko jest dozwolone, nawet zabójstwo. Podczas gdy na scenie przy Krupniczej rozgrywała się intensywna psychodrama „Zbrodni i kary”, ja siedziałem wśród szczelnie wypełniającej salę widowni i zadawałem sobie pytanie, jak też nasza współczesność znosi teraz kogoś tak mocno zaangażowanego etycznie i metafizycznie, jak Dostojewski oraz w jaki sposób mogą dziś trafić do nas ci jego – porozdzierani tak strasznie, i tak straszliwie na serio traktujący swą marną egzystencję – bohaterowie, wypełnieni po brzegi cierpienia chorą rosyjską duszą?

Myślałem że bliższa mi jednak będzie, może nie tyle chora, co równie neurotyczna amerykańska dusza Woody’ego Allena, którego także na swoich deskach postanowiła zaadaptować Bagatela, biorąc się za jego „Seks nocy letniej”. Co z tego wyszło, lepiej jest zbyć milczeniem. Gdybym nie znał allenowskiej wersji filmowej (inspirowanej zresztą Bergmanem, który z kolei zainspirował się Szekspirem) czyli „Midsummer Night’s Sex Comedy” , to raczej nigdy bym nie wpadł na to, że mam do czynienia z tekstem błyskotliwego i genialnego skądinąd Jajogłowego Króla Neurotyków Allena. Rozciągnięta do granic wytrzymałości (a konkretnie aż do trzech godzin) sztuka, która w zamierzeniu miała być lekką a zabawną, kostiumową i erotyczną komedią, okazała się miernie zagraną, chybioną inscenizacyjnie i scenograficznie farsą, w której erotyzmu było tyle co kot napłakał a bohaterowie miotali się między sobą udając, że napędzają ich same demony seksu. Moim zdaniem było to jedno wielkie nieporozumienie, choć prawdopodobnie publiczność była innego zdania niż moje.

* * *

Krakowski tryptyk teatralny (od lewej: „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Zbrodnia i kara”, „Seks nocy letniej”. Fot. Piotr Kubic)

* * *