AMERYKAŃSKA MAPA I TERYTORIUM: W DRODZE

szkice o amerykańskiej scenerii, cz. II

.

Krajobraz nieskażony cywilizacją - taki sam jak przed tysiącami lat (Dolina Monumentów w Arizonie, ziemia Indian Navaho)

Krajobraz nieskażony cywilizacją – niezmienny od tysięcy lat (Dolina Monumentów w Arizonie, ziemia Indian Navaho)

.

Widok z górskiego szczytu ma często w sobie coś z małej nirvany. Podobnie jak wtedy, kiedy stajemy na krawędzi wielkiego kanionu: oto pod nami rozciąga się topograficzna otchłań bezkresna, roztacza widowisko zapierające nam dech w piersiach – a ma to wszystko w sobie cień euforii i triumfu podobnego temu, jaki odczuwają alpiniści po zdobyciu góry. Świat ściele się u naszych stóp, pokonaliśmy w jakimś sensie naszą własną maluczkość, wyróżniliśmy się z anonimowego tłumu mrówek, które drepczą gdzieś tam w dole, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo zacieśniony jest ich własny horyzont.
Ma się też poczucie pewnej egzotyki, bo takich widoków na co dzień się nie widuje: perspektywa spojrzenia z wysokiej góry, czy z krawędzi kanionu, jest zupełnie inna niż z dołu – szersza, bogatsza. Dopiero z takiej perspektywy możemy zobaczyć teatr nasz ogromny, jakim jest świat, w którym żyjemy, jak również to, jaki jest on piękny, niezwykły i kolorowy – pełen decorum, o które zadbała ślepa ponoć Natura.
Takich punktów widokowych na kontynencie Ameryki Północnej jest wiele i nie sposób ich tutaj, nawet pobieżnie, wymienić: poczynając od atlantyckiego wybrzeża (góra Cadillaca w Parku Narodowym Acadia, z której szczytu zobaczyć można pierwsze promienie wschodzącego Słońca w Ameryce); przez największe pasmo górskie amerykańskiego Wschodu, jakim są Apallachy; ponad cztero-kilometrowe szczyty Gór Skalistych, które niczym kręgosłup kontynentu, ciągną się przez tysiące mil od rzeki Rio Grande w Teksasie i wzgórz Sangre de Christo w Nowym Meksyku po samą niemalże Alaskę; krawędzie bajecznych kanionów Płaskowyżu Kolorado (wliczając to punkty widokowe po obu brzegach najbardziej spektakularnej dziury świata, jaką jest bez wątpienia Wielki Kanion Rzeki Kolorado w Arizonie); czy wreszcie, będące częścią Kordylierów, pasma górskie: Sierra Nevada, Góry Kaskadowe (niesamowite czapy lodowe wulkanów: ot, choćby w rodzaju waszyngtońskiej Mt. Rainier), Nabrzeżne w Kanadzie oraz te, znajdujące się już na Alasce, z najwyższą górą Ameryki Północnej McKinley’em na czele. A kiedy powietrze jest czyste i przejrzyste, z tych punktów wysokich widać potęgę amerykańskiej ziemi, olbrzymie przestrzenie, niezwykłe ukształtowanie terenu, geologiczne osobliwości i rozmaitości okolicznego toposu: niekiedy widok rozciąga się przed nami na odległość dalszą niż stu kilkadziesięciu mil.

Pisałem już o drogach, tzw. „scenic drives”, ale nie wspomniałem o kilku z nich, które są dla Ameryki Północnej wręcz definitywne, jeśli chodzi o krajobrazową widowiskowość. Taką drogą jest słynna, biegnąca pacyficznym wybrzeżem, kalifornijska „Jedynka”, czyli Highway 1 – zwłaszcza na odcinku San Louis ObispoCarmel, który obejmuje porośnięte krasnoborem (sekwoje Redwood) wzgórza i klifowe urwiska Big Sur (przez długie lata będącego domem dla Henry’ego Millera), wijąc się niezliczonymi zakrętami nad przepaściami skalnego wybrzeża, przekraczając wysokie na dziesiątki metrów mosty i oferując po drodze niezwykłe widoki na spieniony, falujący Ocean, tudzież większe lub mniejsze zatoki, w których lubią się pluskać i wygrzewać morskie zwierzęta – foki, lwy morskie, fretki, mewy, pelikany…

Jedną z najpiękniejszych górskich dróg świata jest wspomniana już wcześniej przeze mnie Going-to the-Sun Road w Montanie, lecz na północ od niej – nadal w obrębie Gór Skalistych, choć  już na terenie Kanady – znajduje się legendarna Icefield Parkway: trasa jeszcze bardziej chyba imponująca, niż jej siostra w Parku Narodowym Lodowców, bo znacznie dłuższa, biegnąca wzdłuż grzbietów Canadian Rockies i kontynentalnego wododziału, łącząca ze sobą przepiękne, leżące na terenie Parku Narodowego Banff Jezioro Louise z Parkiem Narodowym Jasper; muskająca po drodze znany Lodowiec Kolumbia i obejmująca na dodatek jeszcze jeden kanadyjski park narodowy: Yoho, gdzie podziwiać można fantastyczne kolorystycznie Jezioro Szmaragdowe.

*

Kręgosłup kontynentu: Icefield Parkway w Kanadzie wiedzie przez najbardziej spektakularne rejony Gór Skalistych Kanady

Kręgosłup kontynentu: Icefield Parkway wiedzie przez najbardziej spektakularne rejony Gór Skalistych Kanady

.

Osobne miejsce w tym szkicu należy się amerykańskim autostradom, których przemyślana sieć przecina Stany Zjednoczone południkowo (czyli z południa na północ) i równoleżnikowo (ze wschodu na zachód). Przebyłem je niemal wszystkie na całej długości, co zazwyczaj wymagało kilku czy nawet kilkunastu dni jazdy. Tą samą autostradą można bowiem przejechać w poprzek całego, szerokiego na pięć tysięcy kilometrów, kontynentu: 10-ką (I-10) z Jacksonville na Florydzie do Los Angeles w Kalifornii; 80-ką z Nowego Jorku do San Francisco; 90-ką z Bostonu w Maine do Seattle w stanie Waszyngton – by wymienić tylko tych kilka najważniejszych. Podobnie jest z kierunkiem południe-północ: biegnącą wzdłuż zachodniego wybrzeża 5-ką można dotrzeć ze znajdującego się na granicy z Meksykiem San Diego, aż do położonego w Brytyjskiej Kolumbii kanadyjskiego Vancouver; na wschodnim wybrzeżu zaś, 95-ką z Miami leżącego na samym południu Florydy, przez Waszyngton, Filadelfię, Nowy Jork i Boston, można dojechać aż po granicę z Nowym Brunszwikiem w Kanadzie.

Autostrady – arterie cywilizacyjnego organizmu, bez których najprawdopodobniej nie mógłby on żyć i funkcjonować. Setki tysięcy ciężarówek przewożących nimi miliony ton towarów – zaspakajające głód masowej konsumpcji, podtrzymującej przy życiu i karmiącej gigantyczne imperium, dla którego nieustanny przepływ „dóbr”, surowców, produktów i towarów stanowi warunek sine qua non nie tylko ekonomicznej prosperity, ale i samej egzystencji zaludniającego go społeczeństwa.
Miliony samochodów osobowych na autostradach. Ludzie zamknięci w tych metalowych pudłach na kółkach, stają się przez to doskonale anonimowi, podporządkowując się tym samym regułom, bez przestrzegania których wszystko by stanęło lub zamieniło się w chaos. A przecież często staje: to owe straszne, zwłaszcza w wielkich metropoliach, korki – tzw. „traffic jams”, przez które ludzie tracą całe lata swojego życia, gapiąc się bezmyślnie w zderzaki samochodów sunących przed nimi,  a prowadzonych przez podobnych do nich nieszczęśników, „tekstując” błahe „mesydże”, rozmawiając przez telefon komórkowy lub słuchając po raz tysięczny tego samego popowego kawałka.

Z reguły autostrady, w swej homogeniczności są zjawiskiem nudnym, tym bardziej, że prowadzą zazwyczaj przez tereny wyrównane, zniwelowane, topograficzne obłaskawione – i biegną zwykle na wprost: stąd minimalna ilość zakrętów, które skutecznie wymuszają zmniejszenie prędkości. Lecz nie wszędzie mogło się to sprawdzić. Np. w Górach Skalistych, nad bagnami Luizjany, czy w niektórych kanionach Południowego Zachodu: tam wiadukty, tarasy, podwieszone półki – wszystkie te majstersztyki sztuki inżynierskiej i konstruktorskiej tworzą niewiarygodną strukturę, która zmusza do podziwu, przeszkadzając w bezpiecznym (prze)prowadzeniu przez nią samochodu.
Podobnie wielkie wrażenie wywierają wielopoziomowe skrzyżowania autostrad: wiszący w powietrzu galimatias z betonu, przez który jakimś cudem przebijają się wehikuły w wiadomym tylko sobie, pożądanym kierunku. I co najbardziej zdumiewające: ta nieustanna cyrkulacja ruchu odbywa się płynnie – potoki aut łączą się na wjazdach z autostradą-rzeką, ponownie rozdzielając się na zjazdach tworząc nowe strumienie, a cały ten prąd regulowany jest nie znoszącymi sprzeciwu znakami typu: right (left) line must exit, strzałkami ze stanowczym „only”; wyraźnie rozdzielone pasma ruchu, które tworzą regularne stróżki posuwających się jeden za drugim pojazdów. Przypomina to paradoks amerykańskiej wolności: wszyscy mają wrażenie, że własnowolnie wybierają swój cel i kierunek, a tak naprawdę zmuszeni są do podporządkowania się regułom ruchu – posłuszni znakom, radykalnym przecież w swej jednoznaczności.

To nie przypadek więc, że amerykańscy rebelianci swój bunt często wyrażali w drodze – i na drodze. Pełna takich osobników jest tutejsza ikonografia literacka i filmowa: począwszy od bitnikowskiej manifestacji wolności i swobody, kojarzonej głównie z amerykańską odyseją włóczęgowską Kerouraca, przez straceńczą ucieczkę samochodową Kowalskiego przed amerykańskim establishmentem w „Znikającym punkcie” (w wersji soft i bardziej rozrywkowej był to „Mistrz kierownicy ucieka” z Burtem Raynoldsem); dalej: prący do przodu, pokonujący po drodze wszystkie przeszkody oraz łamiący wszelkie reguły „Konwój” z Krisem Kristoffersonem; Thelmę i Luizę rzucające się swym samochodem w otchłań Wielkiego Kanionu, wybierające śmierć, zamiast poddania się policyjnej obławie; po morderczy bunt bandyckiej pary Bonnie i Clyde’a, krwawe szaleństwo „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a, czy psychopatyczny romantyzm wolnościowy Martina Sheena w „Badlands” Malicka – wszyscy ci łamiący (w imię indywidualnej wolności, ale i powodowani suicydalnym, czy nawet morderczym instynktem) prawo, desperaci i straceńcy, byli „w drodze” – i już choćby ostentacyjne i gwałtowne łamanie przepisów drogowych było u nich symboliczną niezgodą na podporządkowanie się stadnym regułom społecznym, radykalną odmową uczestnictwa w „wyścigu szczurów”. Bycie w drodze – i na drodze – było dla nich synonimem wolności. I swoją wymowę ma fakt, że wolność tę musieli okupić w tak brutalny, krwawy i tragiczny sposób. Niestety, jak widać: to także jest jednym z atrybutów „american way”.

Jednakże, kiedy tymi samymi drogami jadą osobnicy nam podobni – łagodniejsi nieco w swych atawistycznych odruchach, podporządkowujący się w miarę ruchowi prawostronnemu, z grubsza przestrzegający znaków i ogólnych przepisów drogowych, bez większych morderczych skłonności i uzbrojeni tylko w fotograficzny aparat – to również mogą odczuwać ów powiew wolności, czy choćby cząstkę anarchicznej skłonności do brawury i pędu, zew swobody wołający na nich z mijanej po drodze pustyni czy puszczy… Patrzą oni na te same co w tamtych filmach scenerie, używają samochodów tych samych marek, tankują przy zupełnie podobnych stacjach benzynowych i nocują w takich samych jak nasi drogowi buntownicy filmowi, motelach. Krajobraz jest ten sam, i ludzie są ci sami – inny jest tylko scenariusz, mniejsza intensywność czynów, mniej radykalny sposób zachowania i wcześniejsza pora zasypiania w motelowym łóżku.

.

Zbliżenia z niezwykłością: krótki odpoczynek przy drodze - w Parku narodowym Drzewek Jozuego w Kalifornii.

Zbliżenia z niezwykłością: krótki odpoczynek przy drodze – w Parku Narodowym Drzewek Jozuego w Kalifornii.

.

Amerykańskie drogi wydają się nie burzyć naturalnej architektury pejzażu. Trakt biegnący tu przez pustynię tej pustyni nie narusza – może ją przybliżyć naszym oczom, lecz nie ingeruje w samą istotę „pustynności”. Bowiem pustynia swoim ogromem wydaje się pochłaniać wszelkie cywilizacyjne próby jej „odpustynnienia”. Nawet autostrady biegnące szerokim pasem przez Wielkie Równiny (dawnej prerii), sprawiają wrażenie, jakby tu były od zawsze – zlewają się z lekko pofałdowanym terenem, stykają bezkonfliktowo z zielono-żółtą szachownicą kukurydzianych pól. Drogi i autostrady są więc tu żywą i ruchliwą ewidencją zwycięstwa ludzkiej cywilizacji nad osobnością przyrodzoną Ziemi. Stanowią naoczny dowód tego, że alienacji wobec natury może podlegać ze swoją kulturą człowiek, ale niekoniecznie jego cywilizacyjne materialne twory, które – raz powstałe – stają się integralną częścią naturalnego atelier.
Takie odnoszę wrażenie w Ameryce, bo jeśli chodzi o Europę, to tam wydaje mi się, że konstrukcje i budowle stworzone człowieka przytłoczyły Naturę, dokonały na niej – rozłożonego wprawdzie na tysiąclecia, ale jednak – gwałtu, sztucznie wtłaczając w niepokalaną zrazu przyrodę cywilizacyjne rekwizyty i dekoracje, które cały kontynent zamieniły w scenę dla dziejącej się Historii i kulturowej psychodramy. Co jest powodem tej różnicy w innym postrzeganiu relacji między cywilizacją a Naturą na Starym i Nowym Kontynencie? Może tylko inne proporcje? Topograficzna, obszarowa potęga Ameryki i kameralność zatłoczonej przez Homo sapiens Europy? Bez wątpienia znaczenie ma tutaj przestrzeń: eksplodująca na wszystkie strony w Ameryce i stłamszona jakby na stosunkowo małej obszarowo Europie? Ot, weźmy choćby niebo: nad Europą wydaje się być ono małe, jakby nisko zawieszone, często zachmurzone lub blade; natomiast w Ameryce jest ogromne jak sam ten kontynent – kosmicznie przestrzenne, szerokie i wysokie, nasycone intensywną barwą, z widocznymi często na nim, odgrywanym przez Naturę spektaklem.

Wróćmy jednak na ziemię, a konkretnie – na drogę. Amerykańska droga to nie tylko ekonomiczno-społeczny utylitaryzm. Amerykańska droga to także – dla mnie przede wszystkim – możliwość podróży. Dzięki niej można bowiem dotrzeć do miejsc szczególnych, osobliwych, intrygujących i … tak, tak… pięknych – obcując ponadto w czasie tej podróży z niezwykłym pejzażem „po drodze”. Czesław Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” widział to nieco inaczej:  „Ale treścią samochodowych wędrówek po Ameryce jest przede wszystkim ciągły podziw dla człowieka i litość. Ogrom tego kontynentu, jego skalne spiętrzenia, jego piaski, jego dna wyschniętych słonych jezior, cała jego wroga uroda po dniu jazdy zostawiają nieco zażenowany triumf. Bo ja przecie mogłem być tym mężczyzną, tą kobietą, którzy przebywali – w ile dni czy tygodni? – zobaczone przeze mnie skały i pustynie, idąc obok wozu zaprzężonego w woły albo jadąc konno. Wartość czegokolwiek na ziemi mierzy się ostatecznie oporem. Pierwotna, nietknięta Natura – to śliczne, ale nie dla kogoś, kto kona z pragnienia albo wlecze, podpierając się kijem, złamaną nogę. Choć widzę, nie mogę uwierzyć, że ludzie potrafili geologicznego potwora ujarzmić i oswoić, pętając jego ciało sznurami szos i jakich szos.”
Litość? Dla ludzi, którzy musieli z Naturą i „geologicznym potworem” walczyć i do których rzadko raczej docierał estetyczny walor wszechmocnego przeciwnika – jego uroda skryta była za zasłoną z bezwzględnych żywiołów zagrażających ich życiu. Ale czy także dla nas? My jesteśmy w zasadzie od tego zwolnieni, poruszając się klimatyzowanym autem, z żywnością, wodą i benzyną oferowaną przy każdym niemal zjeździe… I nie czujemy już tego oporu materii nieożywionej – środowiska, które bez naszych cywilizacyjnych gadżetów, środków, narzędzi i protez, zapewne w ciągu paru dni by nas zabiło. Nie, nasze życie jest teraz niezagrożone. I dlatego dostępne jest nam to objawiające się nam w czasie drogi ziemskie-nieziemskie piękno.

(c.d.n.)

Nota: część pierwszą szkiców o amerykańskiej scenerii przeczytać można TUTAJ, część trzeciąTUTAJ.

 

Nie wszystek krasnobór wycięto: wśród strzelistych sekwoi Redwood, przy drodze Avenue of the Giants w Kalifornii

Nie wszystek krasnobór wycięto: wśród strzelistych sekwoi Redwood, przy drodze Avenue of the Giants w Kalifornii

.

.    © ZDJĘCIA WŁASNE  (kliknij na zdjęcie by zobaczyć obraz w pełnym wymiarze)

Reklamy

AMERYKA (szkice)

*

*

Amerykański kontynent zawsze był dla wychodzącego mu na spotkanie człowieka kanwą, na jakiej tkał on w swojej wyobraźni mity pozwalające mu oswoić pustkę niezmierzonej i niedającej się ogarnąć okiem przestrzeni, nadawać sens tułaczce i krzesać nadzieję, dzięki której można było bez większej grozy patrzeć w przyszłość – na to, co czekało go na tej ziemi nieznanej, obiecanej mu przez bogów, czy też tylko owych bogów – bardziej lub mniej fałszywych – proroków. Czy głównym motorem była tu potrzeba wolności, czy też chciwość; złudna nadzieja powrotu do Edenu, czy choćby tylko poszukiwanie lepszego życia; awanturniczy zew przygody, a może po prostu konieczność? W każdym przypadku, człowiek, który się tu znalazł, musiał się zderzyć z oporem materii – z rzeczywistością najczęściej odstającą od jego wyobrażeń, jednak do pewnego stopnia dającą się kształtować pod wpływem jego woli. Otwierające się przed człowiekiem puste a ogromne przestrzenie stają się dzięki temu areną cywilizacyjnego eksperymentu, który z czasem przybrał formę nader konkretną – światowego imperium.
To, że imperium to w oczach wielu ludzi wydaje się teraz chylić już ku upadkowi – a przynajmniej tracić z wolna swoją moc i supremację nad światem – jest jednak dramatem, wobec którego trudno zachować obojętność. I dotyczy to zarówno jego wrogów, jak i (coraz mniej jednak licznych) przyjaciół.

greydot

Wolność, przestrzeń, ekspansja, bogactwo, siła… w czasie kiedy wyłaniał się i kształtował w mojej świadomości amerykański mit, te i podobne im słowa były jego osnową. To wokół takich właśnie pojęć (być może będących niczym innym, jak zakamuflowaną afirmacją witalności i nie do końca uświadomionym impulsem – echem nie tylko osobniczego, ale i społecznego darwinizmu?) budował się powszechny jednak zachwyt (nie wszyscy już chcą o tym pamiętać) nad american way of life, czyli amerykańską drogą i sposobem życia, metodą i stylem, które wydawały się być kulminacją zachodniej cywilizacji: tym, udanym wreszcie, polityczno-socjo-technicznym eksperymentem ludzkości. Zupełnie nie zauważałem przy tym, że leży to właściwie w sprzeczności z moją, przebiegającą niejako symultanicznie, fascynacją kontrkulturą lat 60-tych, która tenże amerykański sposób życia zaczęła kontestować (inna sprawa, że sama się przy tym kompromitując). Niekonsekwencja, zaślepienie, czy po prostu brak dostatecznej wiedzy i wyobraźni?

greydot

Największą klęską mitu nie jest to, że zostaje on złamany, ani nawet to, że między bajki się go wkłada. Największą jego klęską jest to, że staje się on nie tyle historią, co wspomnieniem, podszytym na dodatek rozczarowaniem.
A trzeba przyznać, że mit amerykański bronił się dzielnie. W świadomości wielu nie zdołały go zburzyć ani kłamstwo tzw. „odkrycia” Ameryki przez Kolumba (wiadomo przecież, że ludzie żyli na tym kontynencie już kilkadziesiąt tysięcy lat wcześniej); ani wojny zaborcze z Meksykiem, (którego Stany Zjednoczone pozbawiły ogromnych połaci ziemi Południowego Zachodu, wliczając w to dzisiejszą Kalifornię); ani podszyta chciwością agresywna ekspansja pionierów na Zachód, eksploatująca bez umiaru zasoby naturalne kontynentu; ani mająca znamiona holocaustu (także kulturowego) eksterminacja prawowitych a niewygodnych plemion Indiańskich; ani bratobójcza rzeź wojny secesyjnej, która wcale nie była wojną o zniesienie niewolnictwa (kolejny ciężki grzech Ameryki), tylko o zachowanie unii i ekonomicznych priorytetów; ani bezlitosny kryzys i depresja międzywojnia, z jej korupcją i gangsteryzmem; ani kunktatorska, izolacjonistyczna postawa amerykańskiego rządu w czasie pierwszych lat II wojny światowej; ani daleko posunięty kompromis z sowieckimi komunistami oddający im pod władanie całą Europę Wschodnią; ani zakłamana, okrutna i szalona wojna w Wietnamie i masowe ludobójstwo dokonane przez Amerykanów w latach 70-tych w Kambodży; ani jałowość amerykańskiej kultury masowej i bezmyślny, stadny konsumpcjonizm; ani cyniczna gra amerykańskich służb specjalnych popierających brutalne reżimy (zwłaszcza w Ameryce Południowej) i maczanie palców w brudnych wojnach; ani oparta na krętactwie i łgarstwach agresja na Irak; ani bezwzględne poparcie dla okupującego palestyńskie ziemie Izraela, za nic mające względy humanitarne, łamanie praw człowieka i zbrodnie wojenne popełniane przez izraelską armię; ani nawet bezsensowna wojna w Afganistanie… (sam jestem zaskoczony zarówno długością i ciężarem tej litanii).

Jak się okazuje, mit Ameryki rozwiewa skutecznie dopiero słabnięcie potęgi amerykańskiego Imperium – stopniowe schodzenie z pozycji światowego hegemona (spowodowane choćby fatalną polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych), coraz większa niewydolność finansowa, jaką pociągnęły za sobą skandaliczne machinacje bankowców; kryzys demokracji, (której domniemany tryumf skłonił swego czasu światową gwiazdę ekonomii, Fukuyamę, do obwieszczenia „końca historii”) czyli systemu, którym Ameryka tak się dotychczas chlubiła, a który obecnie przestaje działać, stając się zakładnikiem wielkich korporacyjnych pieniędzy i działających wbrew interesowi całego społeczeństwa lobby (choćby przemysłu zbrojeniowego).
Niestety, to odwrócenie się od Ameryki dopiero teraz, kiedy ona słabnie i kiedy już nie możemy czerpać z jej siły i bogactwa takich korzyści jak dotychczas (a przypomnijmy sobie całe fale emigracji Polaków do Stanów Zjednoczonych, w pogoni za wszechmocnym dolarem i „lepszym” życiem, tudzież podlizywanie się Amerykanom przez kolejne polskie rządy w nadziei na mocarstwowy protektorat, czy choćby tylko na… intratne kontrakty dla polskich firm w Iraku), nie wystawia nam dobrego świadectwa, bo świadczy nie o autentycznym podziwie dla amerykańskich osiągnięć i zalet tego kraju, a o zwykłej interesowności i oportunizmie.

greydot

Dopiero z perspektywy czasu widzę, że sama – jakże sławetna i niemalże immanentna! –  wolność amerykańska też była pewnym rodzajem mitu. I mam tu na myśli wolność w głębszym rozumieniu tego słowa, a nie w tym potocznym, prozaicznym i praktycznym, jak np. w sferze swobód obywatelskich, czy tę, odnoszącą się do wolności wypowiedzi, możliwości decydowania o swoim życiu, (która w Ameryce bez wątpienia była – i częściowo nadal jest – czymś godnym podziwu i wspaniałym).
Powoli zdawałem sobie sprawę, że Amerykanie, w zdecydowanej większości, nie czują się jednak ludźmi wolnymi, mimo owych powszechnych deklaracji przywiązania do wolności i jej (werbalnej) manifestacji. Ostatni kryzys tylko to pogłębił. (Jednakże, powtórzę to raz jeszcze, mam tu na myśli nie tylko uwarunkowania ekonomiczne, a przede wszystkim – nazwijmy je – egzystencjalne.)

Weźmy choćby pod uwagę literaturę, która nota bene zawsze jest czymś w rodzaju diagnozy wystawianej społeczeństwu (chociaż, paradoksalnie, bywa też symptomem jego chorób). Wszystkie ważne dzieła literatury amerykańskiej mówiły o szarpaniu się indywidualnego człowieka z siłami, które go pętały: począwszy od Steinbecka, Faulknera, Hemingway’a, przez Scotta Fitzgeralda, Salingera, Kazana, Millera… na McCarthy’m i Franzenie skończywszy. Podobnie było w kinie: nawet te filmy, które zajmowały się „wolnym”, „wyzwolonym” człowiekiem – tak naprawdę przedstawiały jego tragedię wynikającą ze sprzeciwu wobec okoliczności i warunków, które w rzeczywistości go zniewalały. Można tu przypomnieć takie obrazy, jak np. „Easy Rider” albo „Znikający punkt”, także „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Hair”… również „Ostatni seans filmowy”, „Czyż nie dobija się koni”, „Midnight Cowboy”, Serpico”, „On the Waterfront”, „Paris-Texas” Wendersa; filmy Stone’a, Scorsesego, Lumeta… a z tych nowszych: „Into the Wild” Penna, „No Country for Old Men” braci Coenów, czy „There Will Be Blood” Paula Andersona…  przykładów można podać mnóstwo, nie zapominając oczywiście o takiej klasyce jak „Obywatel Kane”, „Olbrzym”, „Buntownik bez powodu” czy „Wielki Gatsby”. Oczywiście, to wszystko była fikcja, lecz  uświadamiająca nam pewne prawdy funkcjonujące w amerykańskiej rzeczywistości.
Można tu jednak zadać sobie pytanie, czy to, co napisałem (o permanentnym poczuciu pewnego zniewolenia), bardziej nie dotyczy ludzkiej „kondycji” rozumianej ogólnie, a nie braku wolności wynikającego z osadzenia w jakimś konkretnym społeczno-politycznym kontekście (tutaj: w rzeczywistości amerykańskiej)? Bo to czy człowiek jest istotą wolną – w egzystencjalnym wymiarze – jest jednak problemem otwartym. Na wszystkich kontynentach, we wszystkich krajach i we wszystkich okolicznościach.

greydot

Miłosz w swoich „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” pisał: „(…) moja humanistyczna gorliwość jest osłabiona przez góry i ocean, przez te liczne momenty, kiedy patrzyłem na bezmierność z uczuciem podobnym do mdłości, a wiatr pustoszył moje małe gospodarstwo nadziei i zamiarów.”

Zupełnie inaczej reagowałem na amerykańską „bezmierność”. Nigdy nie zapomnę swoich wrażeń, kiedy po raz pierwszy trafiłem na zachodnie pustynie i półpustynie kontynentu i kiedy pierwszy raz skierowałem mój wzrok ku horyzontowi, starając się objąć coś, co wydawało się bezkresne. Ani tego oszałamiającego, rozpierającego pierś uczucia podniecenia i radości na widok niekończącej się przestrzeni, która była dla mnie zapowiedzią przygody życia – poszukiwania i odnajdowania miejsc nieznanych, a przeczuwanych tylko za pragnieniem doświadczenia czegoś niezwykłego. Wiatr wcale nie pustoszył mojego małego gospodarstwa nadziei i zamiarów – choćby dlatego, że nadzieja i zamiary nie były jeszcze przeze mnie zagospodarowane, kotłując się gdzieś w bezkształtnym żywiole nie posiadającym żadnych punktów oparcia i barier.

To prawda: będąc chroniony przez cywilizację (klimatyzowany samochód) nie doświadczałem tego zagrożenia dziką i niekiełznaną Naturą, jakie zapewne odczuwali pierwsi osadnicy – pionierzy, który skazywali się na wielomiesięczną poniewierkę, ciągnąc ledwo co przetartymi szlakami na Zachód – w tamtym czasie jak najbardziej dziki, lecz jednak nie pozbawiony nadziei, bo poddający się ludzkiej żądzy podboju, niczym gotujący się do uległości – i bycia poskromionym – zwierz. Miałem ten komfort, by w tym, co było wówczas przerażające, widzieć teraz naturalne piękno, które zachowało się do naszych czasów, mimo cywilizacyjnej ekspansji.
Zapewne sporo w tym zachwycie i zachłyśnięciu się wspaniałościami amerykańskiego pejzażu było z ignorancji i kompleksu prowincjusza, który nagle wyłamał się zgrzebnej prostocie i szarości podkarpackiego krajobrazu, przyzwyczajony do pospolitości otaczającej go przyrody, niemającej w jego oczach nic wspólnego z egzotycznym rozpasaniem i bogactwem, jakie spotkać można na innych – poza ziemią rzeszowską – kontynentach. I oto byłem tutaj: niebotyczne ściany z granitu i wieże z kolorowego piaskowca na wyciągnięcie ręki, zawracająca w głowie olbrzymia rozpadlina Wielkiego Kanionu, pokryte kwitnącymi kaktusami i drzewkami Jozuego gorące pustynie, grzmiące wodospady Yellowstone, niedźwiedzie grizzly w oddali, bizony w pobliżu, Indianie u boku… morze traw prerii nad Missisipi, ocean bezmiaru wód za skalnymi urwiskami wybrzeża… Oto mit ucieleśniał się przed moimi oczami, nic bynajmniej nie tracąc ze swojej kuszącej – podniecającej wyobraźnię i zmysły – niezwykłości.

greydot
Droga w mitologii amerykańskiej jest równie dobrze zaznaczona, jak rzeka w całej kulturze Zachodu. Kerouac i Heraklit nie mieli ze sobą nic wspólnego, ale ich odwołanie się do drogi i rzeki jako egzystencjalnej metafory życia i przemijania jest podobne. Droga jest życiem, życie jest rzeką – i na odwrót. Życie w kontekście rzeki i drogi – to wielka symboliczna triada naszej egzystencji.
Droga podnieca i ekscytuje, droga wydaje się nie mieć końca – daje możliwość podboju i ekspansji; bywa też nużąca, znojna i wyczerpująca – zwłaszcza wtedy, kiedy prowadzi do kresu.
A jednak bycie w drodze jest synonimem wolności, umożliwia zakosztowanie wszystkich smaków życia i poznanie jego bogactwa – począwszy od poczucia ekstazy i doświadczenia piękna mijanych stron, przez nudę i monotonię pokonywania tysięcy takich samych mil, po cel, który równie dobrze może być spełnieniem, co znikającym punktem – początkiem czegoś nowego albo kolizją i zagładą. Najlepiej jest jednak, jeśli droga, na które się znaleźliśmy, jest drogą poznania.
A w Ameryce dróg jest bez liku: począwszy od tzw. dirt roads (czyli często wyboistych „dzikich” dróg polnych, piaszczystych, żwirowych), przez obszerne freeway’e o niezłej twardej nawierzchni, po wygodne i supernowoczesne highway’e (czyli autostrady), których gęsta siatka oplata amerykański kontynent. Oprócz tego, że amerykańskie drogi są przejawem praktyczności i mają znaczenie czysto utylitarne, wiodąc do określonego celu, to biegną także niekiedy przez najbardziej zdumiewające tereny, do równie zadziwiających miejsc – właściwie bez celu – prowadząc nas na dobrą (lub złą) sprawę donikąd. Dlaczego więc wtedy wybiera się taką drogę? Z prostej przyczyny: bo jest. Ale również dlatego, że zwykle odsłania przed nami piękno amerykańskiej ziemi.

greydot

zdjęcie własne (Dolina Monumentów, rezerwat Indian Nawaho, Arizona)

*

DROGA I HORYZONT

polna droga w zimie

*

Za horyzontem, który sami kreślimy
(bo przestrzeń nieskończona nie mieści się nam w głowie)
jest kraj nieznany pełen wszystkich pór roku
gdzie pogodnym latem nie myśli się jeszcze o zimie
ale chmurną jesienią pamięta się już tylko wiosnę,
która była i której już nigdy chyba nie będzie

*

Kres mrozi wszystko a może wszystko spala?
Może wszystko pozostaje takie samo
i nic nie może zamienić się w nic?
Być może nie będzie już wtedy niczego
i wszystko znajdzie się tam gdzie było
na początku, który zarazem był końcem
tego, co miało się stać i powstało
ostatecznie z niczego – by trwać i zginąć
by zginąć i trwać

*

Tu naszą miarą odmierza się czas
(bo niekończąca się wieczność mąci nasze myśli)
pracują dla nas zegary i biją nam dzwony
na radość lub na trwogę – a nie ma to znaczenia
dla kogoś kto już jest po drugiej stronie – tam

dokąd prowadzi każda z naszych dróg

*

* * *

Zdjęcie własne (polna droga zimą na Podkarpaciu)

ASCEZA CZY HEDONIZM ? (Hermann Hesse, „Siddhartha”)

Gdzie szukać sensu? W czym jest spełnienie? Jak osiągnąć satysfakcję? W jaki sposób można dokonać afirmacji własnego, jednostkowego bytu?

W prostocie, abstynencji, umiarkowaniu… w negacji przyjemności i odrzuceniu rozkoszy? (Bowiem: vanitas vanitatum!)
Czy też w życiu pełną piersią, spijaniu jego słodyczy, niepohamowanym cieszeniu się światem – w rozkoszy ciała, w ekstazie, w uniesieniu – radując się chwilą? (Bo przecież: carpe diem!)

Czy nigdy nie zadawaliśmy sobie podobnych pytań?
Czy stać nas było na to, by podążać ścieżką, która nas nęciła, którą chcieliśmy wybrać, albo która wydała się nam prawdziwa? Czy nasza ludzka słabość lub zaniechanie nie zrewidowało naszych dążeń i wyborów? Czy coś lub ktoś nie decydował za nas? (Choćby przypadek – nasze wychowanie, uwarunkowania, społeczna tresura, ograniczenia, kultura, charakter? Albo też przywiązanie do jednego miejsca, obawa przed otwarciem na coś innego, nieznanego i obcego?)

A może rozwiązaniem jest tzw. „złoty środek” – umiarkowanie, wstrzemięźliwość, balans, równowaga? Odrzucenie ekstremum, unikanie ekscesu? Czy jednak przez to nie skazujemy się na życie nudne, monotonne, rutynowe i bezbarwne?

Takie i inne myśli mogą przyjść człowiekowi do głowy po odłożeniu „poematu indyjskiego” Hermanna Hessego „Siddhartha” .

 

Bohater Hermanna Hessego żyje w czasach Buddy (dochodzi nawet do jego z nim spotkania; nota bene ma również takie samo imię, jak „Przebudzony” – w książce zwany także „Wzniosłym” – oraz podobne bramińsko-arystokratyczne pochodzenie). I poszukuje sensu, satysfakcji, spełnienia, przebudzenia, wyzwolenia…
Czy w tym wszystkim zdolny jest on jednak do odnalezienia samego siebie? A może do… wyparcia własnego ego (co uznać można przecież za utratę siebie samego)?
Porzucając wygodne życie w dostatku i w ustalonym przez tradycję porządku, rezygnując ze szczęścia, które może dać mu życie rodzinne (w czym wszak nie znajduje satysfakcji – nawet w fakcie zostania ojcem) wyrusza w świat na poszukiwanie „drogi dróg”.
Do czego dochodzi? Co znajduje? Co wybiera? Jak się to wszystko dla niego kończy?

Siddhartha nr 1: PUSTELNIK i ASCETA

 Będąc kimś uprzywilejowanym, mając dostęp do łatwej egzystencji bez większych trosk i preblemów, samemu będąc młodym i pięknym, zaczyna dostrzegać marność świata i życia, które go otacza, jego rozkład i cierpienie: „… i wszystko to nie było warte jego spojrzenia, wszystko kłamało, wszystko cuchnęło, cuchnęło kłamstwem, udawało sens, szczęście i piękno, w kryło w sobie zgniliznę. Świat smakował gorzko. Życie było udręką.”

Hinduski asceta (sadhu). Orchhia, Indie.

Rzuca więc dom, własnego ojca, żonę, nowo-narodzonego syna, rozdaje swoje bogate szaty ubogim, zaczyna pościć, oddawać się samodyscyplinie i medytacjom. Ma tylko jeden cel: „wyzbyć się wszystkiego, wyzbyć się pragnień, wyzbyć się marzeń, wyzbyć się radości i cierpienia. Obumrzeć dla samego siebie, wyzbyć się siebie, znaleźć spokój w opustoszałym sercu, zapomnieć o samym sobie (…) Kiedy jaźń zostanie pokonana i umrze, kiedy ucichną wszelkie zapały i drgnienia serca, musi się obudzić to coś ostatecznego, ten rdzeń istnienia, który nie jest już jaźnią, ta wielka tajemnica.”

Czy mu się to udaje?
W dużym stopnia tak. Osiąga to, do czego aspiruje każdy ascetyczny mędrzec – jest bliski ascetycznej doskonałości, zostaje szamanem wybitnym: wie jak czekać, myśleć i pościć, potrafi przenikać świat; może się stawać ptakiem, kamieniem, wodą, szakalem i drzewem. Lecz mimo to… nie jest zdolny do tego, by do końca pozbyć się własnego JA. Poznał tysiące różnych dróg, ale… ciągle wracał do samego siebie. Przeczuwał nicość, ale… wracał do tego samego kręgu cierpienia, narodzin, bytu i śmierci. Nirwana była dla niego czymś nieosiągalnym.
Więc nie mógł się pozbyć coraz częściej nawiedzających go myśli, wątpliwości i wracającego zwątpienia: „Czym jest kontemplacja? Czym jest porzucanie ciała? Czym jest post? Czym zatrzymanie oddechu? Ucieczką od ja, krótkim wytchnieniem od udręki bycia sobą, krótkim odurzeniem, które chroni przed bólem i bezsensem życia. (…) Znajdujemy pociechę, znajdujemy odurzenie, zdobywamy umiejętności i tym się łudzimy. Ale tego, co istotne, drogi dróg, nie znajdujemy. (…) Celem moich poszukiwań był atman, był brahman, zgodziłem się rozrywać swoje JA na cząstki, zrywać kolejne warstwy, aby odnaleźć to, co kryje się w jego nieznanym wnętrzu, rdzeń, atman, życie, boski pierwiastek, źródło źródeł. Ale w ten sposób utraciłem samego siebie.”

Chce więc samego siebie odnaleźć. Porzuca ascetyzm, wyrzeczenia, posty… takoż złudzenie, iż jakakolwiek nauka, jacykolwiek mędrcy i mistrzowie (a spotkał się był przecież nawet z samym Buddą) mogą go czegoś więcej nauczyć. Postanawia samego siebie poznać i od samego siebie się uczyć.

Siddhartha Nr 2: SYBARYTA i KRÓL ŻYCIA

Nasz bohater rozgląda się więc wokół, otwiera wreszcie oczy i w zadziwieniu, tudzież w zachwycie, patrzy na otaczający go świat, jakby po raz pierwszy go zobaczył: „Świat był piękny, świat był kolorowy, był dziwny i pełen zagadek! Mienił się błękitem, żółcią, zielenią, niebo i rzeka płynęły, las i góra stały w miejscu, wszystko takie piękne, takie zagadkowe, cudowne, a pośród tego wszystkiego stał przebudzony Siddhartha.”
Wszystkie te rzeczy nie były już „omamem (…), nie były zasłoną mai, nie były bezsensowną i przypadkową wielością zjawisk, które głęboko myślący bramin lekceważy – gardzi bowiem wielością, a szuka jedni. (…) Sens i istota znajdowały się nie gdzieś poza rzeczami, ale w nich, we wszystkim.”

Hinduski sybaryta. Shekhawati, Radżastan.

Siddhartha budzi się, i czuje się jak nowo-narodzony – postanawia więc zacząć swe życie zupełnie od nowa. A świat widziany nowymi oczami jest świeży, piękny, obiecujący i kuszący. Siddhartha czuje się pewny siebie, wie, że w jego zasięgu są bogactwa, dobra wszelakie i przyjemności, a może je uzyskać dzięki tym samym przymiotom, które mu pozwoliły osiągnąć stan niemalże doskonałego ascetyzmu. Wyrusza więc na podbój realnego świata i dość szybko zdobywa to, do czego zdąża – wielki majątek, sługi, kochanki, podziw i uznanie; odkrywa rozkosze stołu i łoża, oddają mu się najponętniejsze kobiety, chłonie to wszystko, jest nienasycony, cieszy się tym przez wiele najlepszych lat swojego życia, kiedy czuje się w pełni sił i kiedy dopisuje mu zdrowie.
Jednakże ciągle ma wrażenie, że bierze udział w jakiejś… grze; nadal czuje się aktorem, który odgrywa jakąś rolę. Nie może się przy tym pozbyć dystansu do samego siebie – i do tego wszystkiego, co robi. Nie czuje solidarności z ludźmi, którzy go otaczają. Zazdrości im ich dziecięcej naiwności, (która pozwala im na tak wielkie przywiązanie do życia – do swoich planów i nadziei); zazdrościł im nawet ich „dziecinnej głupoty” (dzięki której mogą być bez przerwy zakochani we własnych złudzeniach, jak również w sobie samych).
On do tego nie jest zdolny. Nie osiąga satysfakcji, jest nienasycony, czuje się wypalony i rozczarowany, dopada go znużenie, opuszczają siły, przeczuwa zbliżającą się starość. Milknie w nim głos, którym kierował się w najlepszym okresie swojego życia. Zamiast tego nachodzą go refleksje, które okazują się nad wyraz gorzkie: „Świat schwytał go w swoje sidła, spętały go uciechy, żądze, rozleniwienie, a wreszcie ta przywara, którą zawsze jako najgłupszą i najbardziej miał w pogardzie i wyszydzał: żądza posiadania. Spętały go na koniec własność, posiadanie, bogactwo – przestały być igraszką i błahostkami, stały się łańcuchem i ciężarem.”

Co robi Siddhartha, by wyrwać się z tego zaklętego kręgu poszukiwań? Czy znajduje jakąś trzecią drogę? Czy osiąga wreszcie spokój i spełnienie?
Nie… na te pytania nie odpowiem (wybaczcie). Może tym sposobem zachęcę kogoś do sięgnięcia po książkę Hessego?
Uważam, że warto.

* * *

PS. Przyznaję, iż miałem gotowy komentarz do „Siddharthy”, lecz postanowiłem go tu nie zamieszczać. Po części dlatego, by nie powiększać długości wpisu; jednak głownie po to, by pozostawić sprawę jaką zajmuje się tekst, otwartą – tę kwestię wyborów, jakich dokonujemy w naszym życiu, skłaniając się to ku ascetyzmowi, ograniczeniom i wyrzeczeniu, to znów ku hedonizmowi, korzystając z radości, przyjemności i rozkoszy, jakich może dostarczyć nam świat i życie.
Kto więc jest nam bliższy? Asceta czy sybaryta?
Tylko nie odwołujmy się do jakiegoś „złotego środka” i rozsądku (bowiem, czy na pewno chcemy wybierać banał i przeciętność?)

* * *

Mnich na świątynnym wzgórzu (Lop Buri, Tajlandia)

 

( © Zdjęcia autora )