LITERACKIE ROJENIA I PRAWDZIWE TRUPY (o książce Stefana Chwina „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”)

*

*

Śmierć jest nie tylko nieunikniona, ona jest przede wszystkim możliwa: każdy z nas może się zabić. Chwin w swoim obszernym eseju o samobójstwie posuwa się do stwierdzenia wręcz radykalnego. Oto wyznaje, że przekonany jest o tym, iż istnieją sytuacje, w których samobójstwo popełniłby każdy: „jeśli nie popełniamy go, to tylko dlatego, że jeszcze nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji”. W pierwszym momencie, ulegając zapewne sugestii pomyślałem, że to może być prawda, ale po pewnym namyśle uznałem, że mogę na to odpowiedzieć słowami samego Chwina: „Tymczasem nie jest to takie pewne”, (który w ten sposób wyraził wątpliwość w to, że „zdrowa” większość ludzi „z definicji” popełnić samobójstwa raczej nie może).
Drugi ważny motyw, który niejako wyznacza moje podejście do książki Chwina (przy okazji ją definiując), zawiera się natomiast w takim oto fragmencie: „Powiedzmy od razu: świat wewnętrzny samobójców artystów i bohaterów literackich, którzy do samobójstwa się zbliżyli bądź je popełnili, tylko w pewnym stopniu pokrywa się ze światem wewnętrznym ‚zwykłego samobójcy’, którego życiem duchowym zajmuje się psychologia i psychiatria. (…) W świetle standardowej wiedzy psychologicznej filozoficzni samobójcy (np. z powieści Dostojewskiego) mogą się wydać całkowicie ‚wymyślonymi’ istotami nie z tej ziemi. Dla literatury jednak psychologiczne prawdopodobieństwo obrazu samobójstwa zwykle nie jest sprawą najważniejszą.”

Tak więc autor „Samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni” sam przyznaje (stwierdzając to explicite), że przypadki samobójstw „artystów i bohaterów literackich”, które rozważa on w swojej książce, z tzw. rzeczywistością nie muszą mieć wiele wspólnego i że psychologia tych postaci jest cokolwiek naciągana, (czyli, jednym słowem: niewiarygodna). A my możemy z tego wyciągnąć wniosek, że w takim razie motywacje suicydalne tychże „bohaterów” są właściwie tylko literackimi rojeniami, (co zresztą można już wyczytać z samego tytułu książki). Innymi słowy: są to ledwie fantasmagorie zrodzone z ludzkiej imaginacji i jako takie mogą budzić nasze wątpliwości i podejrzliwość, jak również sceptycyzm co do ich życiowej wiarygodności, a tym samym realnej wagi.

Jeszcze dobitniej ów rozdźwięk między wyimaginowaną fikcją a praktyczną rzeczywistością zaznacza Chwin na samym początku swojej pracy: „Dodam też, że samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni artystycznej jest zwykle niepodobne do samobójstw w życiu i warto o tym pamiętać. Samobójstwo w życiu jest zawsze odpychające i bardzo bolesne. W sztuce jest ono zawsze ‚piękną śmiercią’, nawet jeśli budzi odrazę, lęk i przerażenie, bo sztuka wszystko zamienia w sztukę.”
Jednakże – i jest to moim zdaniem rzecz godna uwagi – na ponad 500 stronach książki, te dwa małe fragmenty są w zasadzie jedynym rzeczowym i bezpośrednim odwołaniem się do rozsądku w Chwinowych rozważaniach o samobójstwie. Reszta tekstu przebiega tak, jakby autor o tym na dobre (czy też raczej „na złe”) zapomniał, brodząc w chorobliwych fantazmatach zabijania samego siebie (to prawda: piszę „chorobliwych” stosując perspektywę medycznej suicydalnej prewencji).
Mało tego. W ostatnim, podsumowującym rozdziale książki Chwin zaznacza: „Nasza pewność, że ‚my na pewno czegoś takiego nie zrobimy’, oparta jest na krzepiących złudzeniach. Żyjemy tylko dlatego, że los nas jeszcze nie wrzucił w takie ‚miejsce’. O takich ‚miejscach’ sporo potrafią powiedzieć sztuka i literatura, i niektóre z takich miejsc, poprzez literaturę i sztukę rozpoznawanych, próbowałem w tej książce opisać.”

Ja widzę w tym spory dysonans i ambiwalencję: z jednej strony bowiem Chwin pisze, że motywacje i argumentacja samobójców-artystów z prawdziwym życiem nie mają wiele wspólnego (będąc przede wszystkim produktem wyobraźni czyli de facto urojeniem), z drugiej jednak oświadcza, że mogą nam one sporo o tych suicydo-gennych „miejscach” powiedzieć. Czy to ostatnie stwierdzenie nie jest przypadkiem mimowolnym wyznaniem credo przez pisarza, który literaturę i sztukę traktuje jako bardziej realną, niż samą rzeczywistość (czyli tę, w której żyją zwykli, a używając sartre’owskiego określenia – „banalni”, przeciętni ludzi, wliczając w to psychologów i psychiatrów)? Jeszcze mocniej potwierdza to jeden z ostatnich akapitów książki, wspomnianą ambiwalencję bardziej nawet zapętlając: „Większość teorii samobójstwa zakłada, że samobójstwo jest skutkiem poznawczego błędu i emocjonalnej nierównowagi samobójcy. Że samobójca myli się w rozpoznaniach swojej realnej sytuacji i właśnie dlatego się zabija. Że ma fałszywy, zdeformowany  obraz rzeczywistości i ten fałszywy, zdeformowany obraz popycha go w śmierć. Że nie widzi świata takim, jaki jest naprawdę, to znaczy nie widzi go tak, jak my – ‚zdrowi’ – go widzimy. Tymczasem bywa i tak, że samobójca wcale się nie myli w swoich rozpoznaniach. Więcej: że zabija się właśnie dlatego, że wcale się nie myli. Po prostu w jakiejś chwili spostrzega to, co w ludzkim losie jest naprawdę nie do zniesienia, a czego my wolimy nie dostrzegać. Właśnie wtedy staje się samobójcą ‚egzystencjalnym’. Odrzuca życie dlatego, że uznaje kondycję ludzką na Ziemi za ‚nieuleczalną’.”

Należy zwrócić uwagę, że to co pisze Chwin jest równoznaczne z przyznaniem rację temu, kto kondycję ludzką uznaje za coś, co jest „nieuleczalne”. A jest to nic innego jak uznanie samego życia człowieka za pewnego rodzaju chorobę. Wygląda więc na to, że taki jest również pogląd samego Chwina (skoro pisze on, że jeśli ktoś w ten sposób postrzega życie, to „wcale się nie myli” i że w ludzkim losie jest coś „naprawdę nie do zniesienia”). A jest to pogląd – mimo że skrywany – na wskroś pesymistyczny, którego ja osobiście nie podzielam. Dlatego mam pretensje do Chwina, że pod pozorem obiektywnego studium „samobójstwa jako doświadczenia wyobraźni”, zatruwa on czytelnika kulturowym depresantem, budując wokół niego świat z obrazów nie do zniesienie, wsączając mu w duszę autodestrukcyjne jady i – napawając się ich walorem literacko-artystycznym – wciąga go w urojone światy samobójczych fantasmagorii, babrając się w przeróżnych samobójczych miazmatach.

Choć rzeczywiście jest to wina nie tyle samego Chwina, co literacko-artystycznej wyobraźni, którą nam on w swojej książce przedstawia i analizuje. Trudno mi tu zresztą mówić o winie, gdyż odczuwam jednak pewien opór przed przystawianiem do literatury i sztuki etycznej miarki, bo pisarz wcale nie musi być moralizatorem (choć zwykle bywa moralizatorem ukrytym.) Czy jednak mam się wzbraniać w tym kontekście przed określeniem własnego stosunku do samobójstwa oraz jego „nadbudowy kulturowej” jaką się ten radykalny aktu ludzkiej woli (?) obwarowuje i otacza, szukając powodów, argumentów i motywów (usprawiedliwień?) tego, że człowiek decyduje się zabić samego siebie?

Nie będę ukrywał, że mój stosunek do samobójstwa wpływał na odbiór tego, co zawarł w swojej książce Chwin. Czy mogło być jednak inaczej? Czy to, jak odbieramy literaturę, nie zależy od tego, jakie są nasze poglądy, system etyczny, który przyjęliśmy (wyznajemy), od naszej konstrukcji psychicznej wreszcie? Po co udawać, że tak nie jest? Obwieszczanie wszem i wobec tego, że jesteśmy obiektywni i że nikogo i niczego nie oceniamy, jest zmyłką… zmyłką innych, a często i samego siebie.

Tak, każdy człowiek może się zabić. A czy ma do tego prawo? Nie wiem. To zależy od tego, przez kogo to prawo jest ustalane. Jeśli w naturze istnieją samobójstwa, to świadczy o tym, że natura na to „przyzwala” (czyli istnieje w niej takie prawo – bo przecież nic nie może się stać w naszym świecie wbrew prawom przyrody).
Jeśli zależałoby to ode mnie, to takie prawo do zabicia się człowiekowi bym przyznał (czy też – jeśli już takie prawo człowiek ma – to bym mu go nie odbierał). Wprawdzie nie wiem, czy samobójstwo jest (może być?) aktem wolnej woli, ale wiem, że istnieją sytuacje, kiedy śmierć staje się dla człowieka wybawieniem i ulgą, wydaje się jedyną drogą „wyjścia”, czy też raczej ucieczki. I choć samobójstwo zawsze jest wyrazem skrajnego egoizmu, to według mnie te sytuacje człowieka (decydującego się na przerwanie swojego życia) usprawiedliwiają.

Stefan Chwin na karty swojej książki przywołuje cały szereg samobójców, ale skupia się na przypadkach niejako „klasycznych”, mocno zakorzenionych w literaturze, sztuce i mitologii. Są to m. inn. Kiryłłow z „Biesów” Dostojewskiego, Józef K. z „Procesu” Kafki, Lukrecja, Ofelia… Także sami pisarze (stanowiąc zresztą w eseju tym pewną nad-reprezentację): Jerzy Kosiński, Aleksander Wat, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Rafał Wojaczek, Sylwia Plath, Mishima… Nawiązuje też do motywu samobójstwa w malarstwie (choć dość wyrywkowo i wybiórczo). Na samym początku mamy zaś ikonę wisielca – Judasza, która w całej judeo-chrześcijańskiej kulturze europejskiej odcisnęła piętno penalizacji samobójstwa, jako czynu nikczemnego, tchórzliwego, złego… (w opozycji choćby do kultury antyku, gdzie samounicestwienie się było niekiedy aktem chwalebnym, heroicznym i godnym, czasem nawet wzniosłym i pożądanym, co w końcu przejął w Europie etos romantyczny w postaci tzw. samobójstwa altruistycznego, które zresztą zawsze kołatało się pod skórą chrześcijańskiej mitologii kreującej kult poświęcających się dla społeczności męczenników).

Samobójca samobójcy nierówny, metafory życia – jego podtrzymywania, afirmacji albo unicestwiania – są niewyczerpane. Zawsze samobójstwo wpisane jest w swój kontekst kulturowy – nie jest więc żadnym niezmiennym toposem. I jednak każde samobójstwo jest inne i (nomen omen) niepowtarzalne – tak jak inny i niepowtarzalny jest każdy człowiek.
Zdawałem sobie z tego sprawę czytając traktat Chwina i pewnie dlatego nie dziwiłem się, kiedy do pewnego rodzaju samobójców czułem coś w rodzaju idiosynkrazji (choć raczej nigdy nie było w tym potępienia), innych zaś obdarzałem współczuciem. Jedni irytowali mnie swą dziwaczną pozą i rojeniami, wydumaną pseudo-filozofią, snuciem bzdurnych sofizmatów, które przybierały formę zwykłej… no cóż… głupoty. Natomiast u innych wyczuwałem ból prawdziwy i przejmujące na wskroś cierpienie, widziałem rozpacz, na którą zostali skazani przez sytuację i okoliczności, wtrąceni do piekła niewyobrażalnych mąk i czarnej beznadziei.
Teraz spostrzegam, że te pierwsze – budzące moją rezerwę i niechęć samobójstwa – należą do samobójstw „egzystencjalnych” (tu odwołuję się do klasyfikacji zastosowanej przez samego Chwina), natomiast te drugie – do tzw. „interakcyjnych”. Pierwsze odnoszą się do postawy jaką przyjmuje wobec świata i życia sam samobójca (odbierając życie jako „obrzydliwy” przymus bezzasadnego istnienia, a świat za coś immanentnie dla człowieka wrogiego – miejsce, w którym istota ludzka czuje się kimś obcym, wyalienowanym, więc jej samounicestwienie się jest wyrazem radykalnej niezgody na istnienie). Drugie są skutkiem dramatycznej, niefortunnej i tragicznej sytuacji życiowej, w jakiej znalazł się człowiek; rezultatem okoliczności wynikających z tzw. „zrządzeń” losu, na które nie mamy w zasadzie żadnego wpływu. Pierwsze wynikają z pobudek filozoficznych i światopoglądowych, mając bardziej charakter konceptualny, intelektualny i mentalny, czyli właśnie „wyobrażony” (by nie rzec „urojony”). Drugie odwołują się do praktyki i realiów życia, są więc czymś utylitarnym i empirycznym, naocznym i namacalnym – konkretnym i „niewymyślonym” (a przez to może bardziej dla nas rzeczywistym i zrozumiałym?)
To dlatego, kiedy czytałem o sposobie w jaki postrzega wszystko Roquentin, bohater sartre’owskich „Mdłości”, (dla którego każdy byt, a zwłaszcza człowiek, jest właśnie „obrzydliwością”, czymś w rodzaju samo powielającego się nowotworu), albo zaznajamiałem się z nader pokrętną i fantasmagoryczną filozofią Kiryłłowa, (który zabija się, bo uważa to za najwyższą manifestację własnej woli, za jedyny sposób na wyrwanie się z matni natury, jaka nim zawładnęła; za ucieczkę od życia będącego niczym innym jak swego rodzaju „szatańską farsą” wyreżyserowaną przez złego/złośliwego demiurga – i zabijając się chce osiągnąć tylko ten jeden orgazmistyczny moment absolutnej wolności, w którym jego ciało ulec ma swoistemu „przebóstwieniu”), to mnie to nużyło a nawet zniesmaczało, jeśli nie śmieszyło, to zadziwiało, tudzież niebezpiecznie prowadziło w pobliże konstatacji, że oto mam do czynienia z jakimś humbugiem i bzdurą (i nie powstrzymał mnie przed tym fakt, że firmowane to było takimi tuzami intelektu i literatury, jak Dostojewski i Sartre – choć oczywiście niekoniecznie oni sami się z taką postawą utożsamiali czy też ją aprobowali).
Z kolei, kiedy Chwin przypominał mękę chorego Wata, albo całą tę – obnażoną do nagiego nerwu – jaskrawość bolesną Stachury, czy też ból udręczonego nadwrażliwością Van Gogha, to ogarniało mnie dogłębne współczucie. Byłem pewien, że jedynym skutecznym ukojeniem dla tych nieszczęśników jest jednak śmierć.
Podobnie było z Sylvią Plath, Virginią Woolf… może także z Rafałem Wojaczkiem, choć ten ostatni nie uwolnił się jednak moim zdaniem od pozy. Większą rezerwę czułem do Mishimy (zawsze drażnił mnie ten jego patos i narcystyczna megalomania), także do Witkacego, którego wybitność – błyskotliwa inteligencja i rozliczne talenty – przytłoczona chyba jednak została przez eksces, wygłup i – co tu kryć – dziwactwo. Ujął mnie natomiast Gombrowicz, który wychodząc od mało (dla mnie) przekonujących dywagacji egzystencjalnych motywujących samobójstwo (dość kuriozalna metafora „człowieka-samobójcy-skorpiona”), doszedł do „ludzkiego” argumentu, że horror fizycznego doświadczenia, jakim jest ból nieznośny i nieprzemijający doznawany przez ciało, może tylko przerwać tego ciała unicestwienie, czyli śmierć.

Tak więc, nawet jeśli skutek samobójstwa zawsze jest taki sam (śmierć człowieka), to same samobójstwa mają nieskończenie wiele faset – tak jak nieprzebrana w swoim zróżnicowaniu i bogactwie jest rzeczywistość egzystencjalna i kulturowa, którą człowiek jest otoczony i… jaką sam poniekąd stwarza. I ta ostatnia możliwość jest według mnie bardzo (zwłaszcza w rozważaniach o samobójstwie) istotna.

Jak już zwróciłem uwagę, Stefan Chwin, zajmując się samobójstwem jako „doświadczeniem wyobraźni”, pisze w jednym miejscu, że z prawdziwym życiem nie ma ono wiele wspólnego, by zaraz potem zaznaczyć, że literatura i sztuka rozpoznają jednak te „miejsca” i sytuacje, które powodują, że człowiek się zabija. (Problem w tym, że częściej te „miejsca” i sytuacje kreują, niż rozpoznają – o czym świadczy w zasadzie cała rozprawa Chwina.)
Co to jest? Niekonsekwencja? Sprzeczność pozorna czy prawdziwa? A może wynika to po prostu z paradoksu całej ludzkiej kultury: sami tworzymy wokół nas rzeczywistość, która – mimo, że fikcyjna (fałszywa?) – oddziałowuje na nas całkiem realnie? Skoro tak, to mamy jednak władzę, by wpływać na nasz los, wybierać takie a nie inne wartości, decydować o tym co dobre a co złe, budować świat, w którym lepiej i pełniej nam się żyje… – a przynajmniej tak się zachowywać, jak byśmy taką władzę mieli. I choć jesteśmy w tym wszystkim ograniczeni czymś co nas przerasta i czego ani na jotę zmienić nie możemy (to ta olbrzymia czapa Wszechświata z jego żelaznymi prawami, które cały czas nad nami wiszą i którym w żaden sposób nie możemy się wymknąć), to jednak mamy wpływ na to, co stanowi naszą kulturę, czyli na naszą wyobraźnię – a tę można przecież formować, nadawać jej kształt i kierunek, wypełniać ją sensem. Dlaczego więc pchać się używając tej wyobraźni w destrukcję, albo (zwłaszcza) w autodestrukcję? Dlaczego wyobrażać sobie – a tym samym kreować – coś, co nas w końcu może zabić? Możliwe, iż życie samo w sobie nie jest dobrem absolutnym, ale przecież zawsze lepiej jest dla nas stanąć po jego stronie, zostać sojusznikiem vis vitalis – wybrać raczej jasność, a nie ciemność, sens a nie bezsens, cel a nie absurd, coś a nie nicość – nazwać złem to, co nas zabija, a dobrem to, co pozwala nam żyć. Bo to nieprawda, że nie mamy wyboru. Jeśli nie spadnie na nas miecz Damoklesa, jeśli nie przebije nas „pocisk zawistnego losu” – to cała reszta leży jednak w gestii naszej wyobraźni, czyli tam, gdzie ten wybór mamy.

Nie muszę się pytać Chwina, dlaczego do swoich szerokich rozważań, które ujął w dość opasłym tomie, wybrał temat samobójstwa. A nawet jeśli Chwin by takie pytanie usłyszał, to wcale nie miałby obowiązku na nie odpowiadać. Jednakże trudno byłoby czytając tę książkę nie uświadomić sobie tego, że dla autora samobójstwo jest czymś fascynującym. Że zanurza się on w tych wszystkich literacko-artystycznych obrazach „przygotowujących” śmierć (takiego określenia używa autor, choć moim zdaniem nie jest to „przygotowywanie” śmierci a raczej przygotowywanie zadania tej śmierci samemu sobie – co stanowi jednak dość istotną różnicę) i że robi to z pasją nie wolną chyba od pewnej masochistycznej przyjemności, mimo pozornego analitycznego chłodu i dystansu referenta, (któremu na szczęście udaje się zazwyczaj uniknąć akademickiej sztywności). Zapoznając się z traktatem Chwina, ciągle jednak odnosiłem wrażenie, że pisarz niejako bardziej jest po stronie śmiercionośnej przecież argumentacji samobójczej, niż tej, która wybiera życie. Że gotów jest się zgodzić z tym, że życie nie ma w sobie żadnego majestatu i że tego majestatu pozbawiona jest także każda śmierć. Tylko w jednym jedynym zdaniu, bardzo zresztą dwuznacznie brzmiącym, zdobywa się on na pewną deklarację sugerującą sprzeciw i mającą w sobie jakieś ziarno oceny: „Nie interesuje mnie podporządkowywanie mojego wywodu intencji ‚zapobiegania samobójstwom’, którą zresztą jak najgłębiej pochwalam.” Mnie osobiście to oświadczenie nie bardzo przekonywuje – wydaje mi się być ono cokolwiek wymuszone i wyrażone tylko gwoli dydaktycznej poprawności. Bo skoro Chwin zapobieganie samobójstwu „jak najgłębiej pochwala”, to dlaczego nie czuć tego zupełnie w tym, co o samobójczej wyobraźni pisze? (A wręcz czuć jest coś wprost przeciwnego?) I nie chodzi mi tu o to, by Chwin uraczył nas moralitetem, by wykazał się jakimś wyrażonym wprost i jednoznacznie stosunkiem taksującym (ani tym bardziej kondemnującym) samobójców, a o pewną „podskórną”, wyczuwaną intuicyjnie przez czytelnika, po(d)stawę etyczną pisarza, (do zasygnowania której wcale się nie musi wchodzić w skórę moralizatora).

Czcze „filozofowanie” na temat samobójstwa, rojenie sobie suicydalnych fantazmatów, okupowanie własnej wyobraźni chorobliwymi a podniecającymi tanatycznie obrazami zabijania siebie samego, wydaje mi się mieć w sobie coś „nieludzkiego”, z gruntu niedobrego (zwłaszcza w konfrontacji z pragnieniem trzymania się życia za wszelką cenę, które często spotyka się u ludzi cierpiących, „skazanych” na śmierć przez chorobę, dotkniętym jakimś prawdziwym nieszczęściem, wypadkiem czy kalectwem – rzeczywistym już a nie urojonym). To zaś, czym zajmuje się Chwin, przypomina mi coś w rodzaju pornografii autodestrukcji. I moim zdaniem lepiej by było, gdyby to poza literaturę i sztukę nie wychodziło. Ale jednak wychodzi. Bo nawet jeśli w literaturze uchodzi bawienie się w „być albo nie być”, „zabójcze” rojenie sobie tego i owego, to przenoszenie owych fikcji do życia, może już niestety zapachnieć prawdziwym trupem.

Ktoś, kto kocha i jest kochany, kto czuje się lub może się czuć szczęśliwy – samobójstwa nie popełni nigdy.  Ktoś, kto jest „zakorzeniony” w życiu – w świecie będącym dla niego nieustannym źródłem zaciekawienia i fascynacji – ten nie będzie dążył do unicestwienia samego siebie. Ktoś, kto potrafi zbliżyć się do ludzi, czuje się w ich otoczeniu dobrze, robi coś, co jest pożyteczne dla wszystkich, (czyli ktoś, kto identyfikuje się z ludzką wspólnotą i jest z nią związany) wcale nie będzie chciał się zabijać. Czy nie warto więc się starać, by taki pożądany stan osiągnąć, odrzucając tym samym wszelkie fantasmagorie, które wabią nas w pułapkę, gdzie jedynym wyjściem wydaje się zaciśnięcie pętli sznura na szyi, podcięcie sobie żył czy rzucenie się w przepaść? To nieprawda, że zabicie się jest przejawem naszej wolności. I choć wydaje się czasem aktem wielkiej odwagi, to najczęściej podszyte jest jednak strachem (nie bez kozery uważane jest wtedy za tchórzostwo). Wykorzystując naszą wyobraźnię, powinniśmy dążyć do afirmacji życia, a unikać tego co nas ciągnie ku śmierci. Jeśli to tylko od nas zależy – pozostańmy żywymi.

A kiedy by już od nas zależeć nie mogło… to od takiej sytuacji (bez wyjścia) uchowaj nas Boże.

* * *

Reklamy

DANDYS BÓLU, WYGNANIEC Z ISTNIENIA… (Stefan Chwin – „Kartki z dziennika”)

Czym jest Literatura i Myśl pojąca Ducha w świecie, w którym większe znaczenie dla głowy chcącej zawładnąć masową wyobraźnią ma fryzjer, niż wartość tego co zawiera mózg? *
Takie to z pozoru absurdalne zdanie cisnęło mi się na czysty, niezapisany papier, kiedy odłożyłem Chwinowe „Kartki z dziennika” i zacząłem się zastanawiać nad sensem mojej kolejnej przygody z diarystycznym pisarstwem Stefana Chwina. (Ślad pierwszej odnaleźć można TUTAJ.)
I zaraz potem przyszło następne, być może jeszcze bardziej niewydarzone: czy rzeczywiście nie jest tak, że w naszych czasach fryzjer ma zawsze rację (pospołu z krawcem), a tym, co posiada w sobie moc ostatniego argumentu są… nożyczki, które niczym brzytwa Okhama przycinają ludzkie ambicje, złudzenia i utopie do właściwych proporcji? I że to w końcu płynność naszych ruchów i gestów liczy się najbardziej w naszych próbach zadomowienia się w świecie we wspólnym z nim istnieniu?
Jakie znaczenie w tym wszystkim mają nieskazitelne garnitury, białe  albo niebieskie koszule i eleganckie muchy, w które wbija się i przystraja sam Chwin?
Czy nasze małostkowości nie mówią o nas samych więcej niż Wielkie Wędrówki naszych myśli – próby zagłębienia się w otchłanie Ducha, wycieczki na bezbrzeżne obszary szerokich Horyzontów i rozległych Perspektyw? Czy rzeczywiście mówienie o wielkim znaczeniu fryzury, koszul, garniturów, perfum, krawatów i sukien jest trywializowaniem?

TAJEMNY WYSTRÓJ WNĘTRZA

Gdy przeczytałem ostatnią „Kartkę” zadałem sobie jeszcze inne pytanie: jaką grę – z nami i ze światem – prowadzi Pan Chwin? Czyż nie mamy prawa czuć się zwodzeni (także wodzeni za nos), natrafiając w „Kartkach z dziennika” na taki choćby fragment?: „Więc dlaczego piszę? Szukam ludzi do siebie podobnych. (…) Wszystko to robię bardzo ostrożnie, więcej ukrywając niż zasłaniając. Muszę moje myśli owijać w bawełnę. Zazdroszczę tym, którzy swe myśli wypowiadają otwarcie. Robią to dlatego, że nie maja niczego do ukrycia. (…) ‚Pamiętaj’ – mówił mój ojciec, który miał za sobą twardą szkołę życia – nikt nie powinien wiedzieć, co myślisz naprawdę. Czy to przeszkadza w pisaniu? Przeciwnie: to w pisaniu pomaga.”

A my się możemy zastanawiać: czyżby więc to wszystko blaga? Pozór, zewnętrzność, parawan? Albo nawet: co też takiego Chwin ma do ukrycia, że nie chce pisać otwarcie? I jeśli nie pisze otarcie, to czy może nam to nie przeszkadzać w czytaniu? A może wręcz ma to nam w czytaniu pomagać?
Czy Chwin nie owija w bawełnę słów także swoje myśli, tudzież wnętrze, podobnie jak swoją cielesną nagość obleka w elano-bawełnę dobrze skrojonego garnituru? Czy jasność garnituru i koszulowa biel nie jest aby kamuflażem dla ciemni która go w środku ogarnia i nęka?

Ja jednak, choć nie pałam najmniejszą żądzą ujrzenia pisarza na golasa, to już do jego wnętrza – tego tygla pełnego kłębiących się myśli – chciałbym mieć dostęp bliski, a może nawet intymny. Chcę po prostu wiedzieć, co on myśli NAPRAWDĘ. Czyżby to było pragnienie zbyt wygórowane? A może naturalnie wyrasta to z niechęci do jakiegoś fałszywego tonu, z awersji do bycia zwodzonym, mamionym czy wręcz oszukiwanym? (Mocne słowa, przyznaję, ale czy przesadzone?)
A jednak napisawszy to muszę wyznać, że zwycięstwo Chwina nade mną polega chyba na tym, że ja czytając „Kartki z dziennika” żadnego fałszu jednak nie czułem. Wręcz przeciwnie: ciągle miałem wrażenie, że Chwin dopuszcza mnie do swoich wewnętrznych tajemnic – może nie tyle osobistych w sensie prywatności intymnej, co pod względem intelektualnym, tych odnoszących się do kultury wnętrza, duchowej ewolucji, zmagań mających charakter par excellence religijny (choć przypominających niekiedy zwyczajne zmagania z literaturą).

WCIĄGNĄĆ W PUŁAPKĘ, NASĄCZYĆ JADEM…

Zastanawiam się jeszcze i nad tym: czy Chwin pisząc, chce się bardziej od ludzi odgrodzić, czy też do tych ludzi zbliżyć? A może nie tyle zbliżyć, co schwytać ich w pułapkę, gdzie mógłby zarówno rozpostrzeć przed nimi swój własny ogon pawi, jak i obnażyć swe rany, lęki i denne ciemnice? Bowiem czyż nie tak można zrozumieć takie jego słowa?: „(…) piszę swoje powieści i essaye właściwie przede wszystkim po to, by wciągnąć ludzi do swojej pieczary. Ja swoją kuszącą frazą chcę zwabić podstępnie do swojego prywatnego kąta. Niech poczują niewygodę istnienia, tak jak ja ją czuję Niech zaznają świata, tak jak ja go zaznaję. Niech staną przed trudnościami, z którymi ja sobie poradzić nie umiem. (…) Bo wszystko, czego ja się dotknę, to mi się rozsypuje w palcach, włącznie z Szekspirem i Biblią, z którą toczę niekiedy spory prawdziwie awanturnicze.”

Jeszcze straszniej się robi kiedy Chwin pisze o swojej przed czytelnikiem ucieczce (jak choćby o tym mężczyźnie, który na cmentarzu chciał go prosić o radę): „Cóż, ja mogę tylko w tej mgle cmentarnej podejść do tego mężczyzny i do serca wsączyć mu jady, które w moim sercu krążą i tymi jadami mu duszę zabarwić na kolor mniej więcej podobny do koloru mojej duszy.”

Co ciekawe, ta dziwna nieco mikstura narcyzmu i mizantropii jest na swój sposób czymś spójnym, swą integralność zawdzięczając  literackiej formie, której opanowaniu (na równi ze słowem) trudno przecież Chwinowi odmówić.
Ale czy jednak nie stawia to pod znakiem zapytania… nie, nie bójmy się tego określenia – „ludzkość” pisarza, której łatwiej się jest objawić wobec idei, pojęcia, symbolu, abstrakcji, niż wobec żywego, konkretnego człowieka z krwi i kości?
Oto Chwin: „Miłość Ojczyzny? Jak najbardziej, ale z dala od ludzkich skupisk z ich charakterystycznym aromatem. (…) Cóż miałem zrobić z tą zmysłową idiosynkrazją, z którą przyszedłem na świat i która wyrzucała mnie poza obręb ludzi porządnych? (…) Byłem zrodzony do odosobnienia, choć mentalnie lgnąłem do Polski, jak pisklę do krwawiącego Pelikana, ale Polska, którą kochałem, musiała być z definicji abstrakcyjna, to znaczy taka, jaka nigdy nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć. Tylko taką, niestety, potrafiłem kochać.” I dalej: „Lubiłem modlić się w pustych kościołach. Kochałem samotne wędrówki po starych cmentarzach, gdzie tłum bliźnich zachowywał się kulturalnie, nikomu nie narzucając swej przykrej obecności, co zawsze przyjmowałem z wdzięcznością, krocząc na palcach wśród nagrobnych płyt, pod którymi po trudach życia spokojnie wypoczywali moi milczący współbracia.”

NERWY A PIĘKNO

Oczywiście, kwestionując „ludzkość” Chwina robiłem to z pełną świadomością tego, że może się to wydać pretensjonalne. Ale bardziej niż pretensjonalne, jest to jednak przekorne, może nieco prowokacyjne, bo wbrew tym jego wynurzeniom o  poczuciu wyobcowania i odgrodzenia od świata, (wygnania z istnienia, ucieczki od prawdziwego człowieka…) Chwin wydaje się być zanurzony w ludzkiej wrażliwości wszystkimi swoimi nerwami i członkami, jednym słowem – po uszy. Być może właśnie przez tę swoją wrażliwość zmuszony jest on niejako chronić się przed światem, ustawiając się doń z dystansu, odgradzając się od niego jakimś szklanym kloszem, wzbraniając się przed żywych ciał dotykiem?

Czy można wobec tego dziwić się, że w miarę bezboleśnie czuje się on jedynie przy… minerałach? Wypatrując w nich doskonałości, bezczucia, równowagi i ponadczasowości? Bo już takie piękno Natury bardziej spektakularne jak wschody i zachody słońca ma dla niego pewną skazę, ulotność, pytanie o sens tego piękna w świecie: czy aby ta uroda – na zasadzie kontrastu – nie uświadamia nam raczej tego, że świat wprawdzie jest piękny, ale… „piękny tak sobie, nie za bardzo”? Potrzebuje się piękna, które mogłoby przysłonić okropności świata, ale okazuje się, że jednak żadne piękno nie jest w stanie tego zrobić. Poszukując wysp piękna – a nawet je znajdując – nie jesteśmy wszak w stanie obronić się przed „ciernistym doświadczeniem idiosynkrazji”, którego tajemnicze esencje zaczęło się zgłębiać. Mimo tego, a może właśnie dlatego, pragnienie Piękna stało się czymś ważniejszym od niezgody na Zło – tak jakby estetyka wykazywała tu swój prymat nad etyką. Samo pisanie staje się więc nie tyle próbą ucieczki na wyspy piękna, co zemstą za to, że świat nie jest dość piękny.

SZTUKA UWODZENIA

Ale słowo… Co ze słowem? I cóż po słowie?

„Słowo – pisze Chwin – nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów, jest w tej sprawie bezsilne”.
W jakiej sprawie?
Właściwie w każdej poważniejszej sprawie – jak na przykład: w sprawie ochrony przed brzydotą i  złem świata, czy też uchronienia przed „wygnaniem z istnienia”, na które jest się skazanym przez COŚ nieskończenie mocniejsze od słowa.
To jednak nie wszystko: pisanie mimo swych wzniosłych ambicji, staje się czymś trywialnym i zgoła podejrzanym: „Pisanie jest poszukiwaniem prawdy, dobra, sprawiedliwości, wiedzy, mądrości – ale jest także nieustającym konkursem piękności i uwodzenia.” (To za Gombrowiczem – przyp. LA.)
Tak więc, usiłując uchronić się przed bólem, ukoić cierpienie, uspokoić  skołatane nerwy – dajemy nura w samo uwielbienie i narcyzm? Ubieramy się w piórka literatury pięknej, owijamy w bawełnę naszą poranioną duszę, ale strojąc przy tym miny uwodzicielskie, puszczając pawie oczka – chcemy aby naszą wspaniałością i wyjątkowością zachwycił się jeszcze ktoś, oprócz nas, inny?
Hm… I cała ta kwiecista maskarada rozgrywa się ponad otchłanią przepełnioną idiosynkrazją i cierpieniem?
Ale czy myśli ktoś o bólu Narcyza? I czy ktokolwiek wiąże dandysa z cierpieniem?
*  *  *

Stefan Chwin: "Wszystkie moje książki są pułapkami, w które chcę wciągnąć czytelników, należy je więc czytać z najwyższą ostrożnością."

*

*PRZYPIS: Zdaję sobie sprawę, że powyższy wstęp wydać się może nieco dziwaczny, więc chcę tu dorzucić kilka słów gwoli wyjaśnienia. To co napisałem, staje się bardziej zrozumiałe, gdy zwrócimy uwagę na pewien, pochodzący z „Kartek” zapisek Chwina pt. „W pałacu prezydenckim” (nota bene zamykający tom dzienników). Dotyczy on właśnie, ni mniej, ni więcej tylko… strzyżenia i doboru garnituru dla kogoś mającego aspiracje polityczne, czyli, mówiąc ogólnie, tzw. PR-u. A ten, nam – dzieciom epoki informacyjno-medialnej – błahostką już raczej się  nie wydaje. Oto krecia robota myślicieli i intelektualistów, którzy „błyskiem lancetu niezależnej myśli” chcą „cywilizować ksenofobiczno-alergiczne skłonności europejskiej duszy”, rozbija się o beton banału i przegrywa ze szczętem z atawistycznym, populistycznym sex-appealem wszelkich popowych „dod” i „ściemą” jaką serwują ludowi wdzięczący się narcystycznie i brylujący w mediach politycy. Namysł, refleksja? Śmiechu to warte! Liczy się propagandowy blask, gładkie gadanie, łatwo strawna powierzchowność, dobrze wypięty biust, mocno zarysowana szczęka, Armani, zalotny pukiel jasnych włosów i pupa…

Robi się jednak jeszcze ciekawiej, kiedy tak poszukamy zalotności PR-owej u samego Chwina. A że jest to zalotność intelektualisty, pisarza i erudyty? Cóż z tego. W końcu zawsze tu chodzi o to samo – o podbój, powab, schwytanie kogoś w pułapkę współ-istnienia:
„Paradoks polega na tym, że pisarz nie może dzisiaj wpływać na dusze czytelników, bo literatura polska nie ma czytelników, tylko czytelniczki. Literaturę piękną czytają u nas prawie wyłącznie kobiety. W innych krajach jest zresztą tak samo. Po jednej więc stronie jest pisarz-mężczyzna, a po drugiej prawie same kobiety, bo prawie tylko one czytają wiersze i powieści. Jak pisarz-mężczyzna wpływa na dusze kobiet, jest to sprawa dość delikatna i do opisania trudna. Jeden z młodych poetów przekonywał mnie niedawno, że jedynym uczciwym celem wpływania przez pisarza na kobiecą duszę jest jej uwiedzenie przy pomocy słów. Podobnie zresztą myślał młody Byron.
Ja sam, kiedy byłem młodszy, pisałem książki przede wszystkim po to, by miła osoba, z którą jestem, zakochała się we mnie po raz czwarty. Osiągnąć taki cel to jest duża sprawa i mało komu to się udaje. Nawet Mickiewicz miał pecha: jego żona nie czytała wierszy, które pisał, dlatego pisał dla Narodu, to znaczy dla nikogo. Wielką jest bowiem rzeczą mieć dla kogo pisać, podobnie jak wielką jest rzeczą mieć dla kogo żyć, ale mało kto ma dla kogo żyć i pisać, więc najczęściej pisze się w pustkę, czyli wpływa głównie na samego siebie.” (Z wypowiedzi Chwina dla „Kultury liberalnej”.)

O „Dzienniku dla dorosłych” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

ODSZCZEPIENIEC TAKI JAK WSZYSCY (Stefan Chwin, „Dziennik dla dorosłych”)

Chwin: "Dziennik pisze się po to by mieć drugie życie"

Stefan Chwin pisze, że właściwie to jest on taki sam jak inni, ale co jakiś czas ma „nieodparte, trudne do zdefiniowania poczucie Różnicy„. Dlaczego? Czyżby myślał i czuł inaczej niż inni? Bynajmniej. Wg niego ludzie myślą i czują to samo co on, jednak wolą „dla świętego spokoju udawać, że nie czują i nie myślą tego samego co on”.
Tak więc – jak należy zapewne rozumieć – on sam nie udaje lecz pisze to co czuje i myśli.
Czyżby więc Chwinowi nie zależało na świętym spokoju?
A może on po prostu świętego spokoju nie jest w stanie osiągnąć? I nie może się oprzeć kompulsywnej potrzebie ujawnienia tego co mu siedzi w mózgu – leży na wątrobie?
Tutaj rodzi się jeszcze inne pytanie: czy rzeczywiście inni czują i myślą to samo co on? A może Chwinowi nie daje spokoju właśnie świadomość tego, że jednak tak nie jest? Że owa „Różnica” wynika z czegoś innego? Że jest to pewien sposób wyalienowania, „wyrodzenia” się, odszczepienia, braku poczucia solidarności?
Zamiast podobieństwa mamy więc Inność, którą Chwin w jakimś sensie pielęgnuje swoim pisarstwem. Mało tego… bez tej Inności on najprawdopodobniej pisarzem by nie był.

„Dziennik dla dorosłych” czytałem – co tu kryć! – z wielkim zainteresowaniem. Co w tym dziwnego?… może ktoś zapytać. Wszak każdy chce się dowiedzieć co też myśli i czuje, ale (w domyśle) nie ma odwagi by o tym światu powiedzieć. Tym sposobem możemy sprawdzić na czym właściwie polega nasze tchórzostwo.
No dobrze… żarty żartami, ale daję słowo, że nie jest moją intencją, aby wysnuwać wobec Pana Chwina jakiekolwiek złośliwości. Gdyż „Dziennik” jest ciekawy, a miejscami nawet pasjonujący i to nie tylko dlatego, że Chwin pisze ciekawie o rzeczach ciekawych, czyli o takich, które nie tylko wydają się nam – ale i są dla nas – bardzo istotne. Dla nas, a ściślej dla tych, którzy chcą się jakoś odnaleźć w przestrzeni międzyludzkiej rozciągniętej na obszarze Europy Środkowej; także dla tych, którzy chcą posiąść zdolność rozszyfrowywania kulturowych kodów, jakimi w tej przestrzeni ludzie się posługują. Przy czym, nie ma to nic wspólnego z jakąś lokalną klaustrofobią, a wręcz przeciwnie – ma tendencję do przenoszenia się na dość rozległe obszary gdzie poumieszczane są nasze uniwersalia. „Dziennik” przykuwa uwagę także przez to, że Chwin pisze językiem niezwykle plastycznym – pisze gęsto i intensywnie. Być może dlatego tam, gdzie mogliśmy się doszukać pasji, czasem widzimy obsesję, zaś tam gdzie oczekiwalibyśmy sprawiedliwości, spotykamy się z pewną dozą stronniczości.

Mimo dość oczywistych ciągot kronikarskich (co w przypadku tej formy literackiej nie powinno raczej dziwić), polegających na komentowaniu społecznych, czy też międzynarodowych aktualiów (np. odniesienia do spraw polsko-niemieckich, rewizji solidarnościowego zrywu, rozprawy z mitem „narodowej kultury”, postępującej homogenizacji świata, europejskich zagrożeń…), Chwin w swoich zapiskach jest bardzo prywatny – jego „osobistość” (choć zatrzymującą się na granicy intymności) znajdujemy niemal na każej stronie „Dziennika dla dorosłych”. Być może właśnie na tym polega jego atrakcja, wzmocniona dodatkowo rozprawą nad takim (ważnymi dla większości z nas) kwestiami, jak np. antysemityzm, lustracja, eutanazja, stereotyp, czas, śmiertelność… ?
Chwin jest oczywiście także kontrowersyjny, bo ośmiela się spojrzeć na utarte schematy z zupełnie innej perspektywy, nie godząc się na powielanie kolejnych mitów i złudzeń. Narusza też spiż narodowych ikon (Sienkiewicz, Miłosz, Herling-Grudziński, Giedroyć, Herbert, Grass, Venclova…), ale również i tych, którzy sami ten spiż naruszali, ale i tak na ikony się wybili (Gombrowicz).
Jak to robi?
Moim zdaniem warto się o tym przekonać samemu.

Stefan Chwin: "...ja biorę garściami fakty z życia różnych ludzi i z puzzli cudzego losu los mój własny w dzienniku układam, dużo prawdziwszy od rzeczywistego. Żyjemy na Ziemi nie po to, żeby po sobie zostawić ślad prawdziwy, tylko osobę ulepioną z pamięci, wyobraźni i zimnej premedytacji, wyraźniejszą i mocniejszą niż my sami. Więc chociaż mój S. nie jest mną zupełnie, jest bardziej mną, niż ja sam..."

 

 

A oto kilka fragmentów „Dziennika dla dorosłych” , w których Stefan Chwin sam opisuje, czym ten „Dziennik” jest, a czym nie jest; jakie są jego intencje i jakich nieporozumień najbardziej się obawia:

  „Ja w swoim dzienniku pozwalam sobie – i to dość często – na ironię, na kpinę, na drwinę, a nawet śmieję się dość głośno z różnych niezmiernie poważnych spraw, mówię dość ryzykowne rzeczy, błądzę, mylę się, wyrażam uczucia nieobyczajne, kocham, ale też dość mocno nienawidzę, bo (…) ja bym chciał, żeby to był dziennik żywego człowieka, a nie jakaś ze wszech miar słuszna autobiografia intelektualna wymyta do czysta mydełkiem krakowsko-paryskiego estetyzmu, jak to bywa u niektórych polskich pisarzy.
A tu mnie teraz spotykają różne przykrości, że ja niby w moich „Kartkach” wygłaszam niesłuszne poglądy.
Mój dziennik nie jest żadnym referatem poglądów na cokolwiek! To raczej ruchomy, witrażowaty, rozsypujący się i składający się na powrót obraz życia wewnętrznego pewnego człowieka, który na początku XXI wieku żyje w pewnym mieście nad zatoką zimnego morza i może jest trochę podobny do mnie. (…)

Ach, żeby tak chociaż na parę chwil wyswobodzić się z polskiego łańcucha, zrzucić obrożę, przez minutę, albo dwie poczuć słodko-gorzki luksus wolności. Bo u nas wolność ogólna niby wybuchła po zejściu komunizmu do grobu z wielką siłą, ale ze swobodą intelektualno-duchową, swobodą osobistą każdego z nas z osobna, sprawy już tak różowo nie wyglądają, chociaż z pozoru rozbestwiona samowola umysłowo-moralna Polskę naszą niepodległą zżera i ciężko udręcza… Stadne fale myśli płyną sobie po naszej krainie jak za dawnych czasów, szeroko i rozlewnie. I wiadomo, że są rzeczy, których lepiej nie ruszać. Więc ja (…) piszę swój dziennik między innymi po to, by zakosztować przez minutę lub dwie tych okropnych luksusów swobody. (…)
Ruch myśli mnie bawi, sprawdzanie różnych ryzykownych idei, posuwanie się za daleko w niestosownych pytaniach i myślach (…).

Pan sugeruje, że ja ‚portretuję’ różne osoby po to, by je odbrązowić, pomniejszyć, że uparcie skaz w nich szukam, nie siły? Proszą Pana, a na cóż ja miałbym odbrązawiać kogokolwiek? Mnie szkoda czasu na takie rzeczy. Ja tylko z bólem serca widzę i opisuję (wytłuszczenia autora – przyp. LA). To właśnie grzech jest mój główny. Że widzę i opisuję. Ale zapewniam Pana, że ja żadnego dziennika bezgrzesznego pisać nie będę, bo pisanie dziennika bezgrzesznego uważam za pozbawione sensu. (…) Ja jestem grzeszny człowiek. Na sumieniu mam siedem grzechów głównych, a nawet więcej niż siedem, dobrze wiem, że myśli i uczucia często miewam zupełnie niewłaściwe i wcale nie zamierzam tego przed światem zatajać.
Ja piszę dziennik dla dorosłych. A dziennik dla dorosłych to nie jest żaden dziennik o jakichś smakowitych kłopotach łóżkowych, na których widok aż się oblizujemy z łakomstwa, tylko dziennik o sprawach trudnych do zniesienia, z którymi ani ja sam, ani inni ludzie dorośli nie bardzo wiedzą, jak sobie poradzić.”

 * * *

Mimo, że robi się tu dość obszernie, nie mogę się oprzeć pokusie, by przytoczyć jeszcze jeden, niezwykle moim zdaniem smakowity kąsek prozy Chwina, który sam autor zatytułował „Dziennik dla Nietoperzy” :

„… a dla kogo piszę? Ależ dla was, moi drodzy Nietoperze, szlachetni desperaci pisma, dla was, bracia moi, nieumiejący przeżyć nawet jednego dnia bez pożerania suchego prowiantu liter, dla was, wymierający zjadacze druku, wąchacze książkowego papieru, miłośnicy zadrukowanych kartek, dla was, sybaryci lampy nad łóżkiem i wygodnego fotela, pasjami lubiący czytać w wannie, w pociągu, na sedesie, w hotelu, w parku, na plaży, w autobusie, pod ławką szkolną, w tramwaju, u fryzjera, w kawiarni, na stojąco, na siedząco, na leżąco, z ręką pod głową, na brzuchu, na plecach, dla was, oglądacze Programów dla Nietoperzy, puszczanych w telewizji koło północy, dla was, żywe pół procenta oglądalności (…), do którego ja razem z wami od dawna należę…

Ach, bracia moi, mieszkańcy Domów z Powietrza, smakosze od Mozarta i Mahlera, Szukacze Nie Wiadomo Czego, skłonni do bezproduktywnych rozmyślań i niebezpiecznych zamyśleń, uciekinierzy ze świata realnego do Innych Światów, Gacki moje drogie, kochające ciszę i szelest przewracanych kartek… Jeszcze żyjemy, jeszcze się trzymamy, choć topniejemy w oczach jak śnieg marcowy na ciepłym parapecie, my, marginesowy target, my, cierpliwi widzowie małych kin studyjnych, oglądający w telewizji po północy filmy robione dla nikogo, my, Nocni Myśliwcy, polujący na Cotrazaara, Kołakowskiego, Bergmana, Felliniego i Eisensteina, my, rekordziści Nocnej Orgii Czytania, my, mistrzowie Zaczerwienionych Oczu, cierpiący od czasu do czasu na słodką bezsenność… z powodu nieopisanego głodu liter…”

* * *

Photo: Maciej Korycarz, Cato Lein, Jan Ledóchowski

O „Kartkach z dziennika” Stefana Chwina przeczytać można TUTAJ.

*