CHCĘ SIĘ WYZWOLIĆ Z POLSKICH KOMPLEKSÓW – mówi Jerzy Stuhr

Jeden z najpopularniejszych twórców polskiego filmu i teatru, aktor, rektor PWST w Krakowie, a ostatnio – także i reżyser. W ciągu ostatnich tygodni* Chicago było świadkiem prawdziwego festiwalu Jerzego Stuhra. Zaczęło się od prezentacji Szwejka – filmu, w którym z rolą dzielnego wojaka zmierzył się krakowski aktor; później był „Spis cudzołożnic” – debiut reżyserski Stuhra; no i wreszcie „Kontrabasista” – monodram, z którym Stuhr objechał niemal cały świat. Obecność artysty w Stanach Zjednoczonych sprowokowała nas do rozmowy, głównie o polskiej kulturze i zachodzących w naszym kraju przemianach.

Jerzy Stuhr:   (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr: „Sam nie znoszę rozmamłania i chcę być wewnętrznie schludny” (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Czy wykorzystuje pan swoje zdolności aktorskie w sytuacjach codziennych, do osiągnięcia jakiegoś celu? Albo innymi słowy: czy zdarza się panu grać w życiu codziennym?

JERZY STUHR: Ja jestem na to bardzo uczulony i bardzo się przed tym bronię – przed nakładaniem tej maski aktorskiej na życie. Na to pytanie lepiej by odpowiedziała moja rodzina, gdyż oni mnie widzą na co dzień bez tej maski. Oczywiście gram na tyle, na ile każdy gra. Wyznaję teorię Gombrowicza, że jeden człowiek robi drugiemu „twarz”. Na przykład pan mi w tej chwili robi twarz interwistowanego, a ja robię panu twarz dziennikarza. Ja trochę w to wierzę, że każdy istnieje inaczej w różnych relacjach. Nie mógłbym na przykład uprawiać polityki, gdyż wiedziałbym, że moje możliwości wykorzystuję już w innych celach. Jest kilka takich zawodów, które ocierają się o kłamstwo, czy też – jak to się nazywa – interpretację prawdy. Takim zawodem jest polityk – interpretuje prawdę; takim zawodem jest dziennikarz i właśnie aktor. Tyle, że z tych wszystkich zawodów, aktor swoją interpretację prawdy, czy też kłamstwem, nie robi krzywdy, a wszyscy inni mogą tę krzywdę zrobić.

– Czy istnieje prawda obiektywna, a nie tylko „interpretacja” prawdy?

– Tak. Jestem człowiekiem wierzącym, więc wierzę, że istnieje prawda obiektywna, niewzruszony kanon; wierzę, że świat jest urządzony „z zewnątrz”.

– Czy dane jest nam poznać tę prawdę?

– Nie. Dane jest nam dążenie do jej poznania. I to jest piękne. Ale poznać? Nie, nie! Niech zostanie ta Tajemnica. Ale ja nie chcę na takie tematy rozmawiać. To są dla mnie pytania za poważne.

– To dobrze, bo ja jednak i o Polsce chciałem z panem pomówić. Czym dla pana jest tradycja? Czy w kraju dają się teraz zaobserwować jakieś zmiany w podejściu do naszej tradycji narodowej?

– Ja bardziej wierzę w tradycję europejską, niż polską. Wolę być Europejczykiem, niż Polakiem.

– A jednak podkreśla pan swoje przywiązanie do Polski, do Krakowa…

– Ale do miejsc, do ludzi, do pewnego sposobu wychowania… Natomiast ja nie mam w sobie czegoś takiego, że biało-czerwony kolor wywołuje we mnie łzy, a orzeł biały rzuca mnie na kolana. Mam jednak wielkie przywiązanie do Europy Środkowej. Dlatego bardzo źle czuję się w Ameryce.

– A co z tą przemianą świadomości narodowej, jeśli chodzi o tradycję. Czy nadal ważna jest tzw. narodowa „tożsamość”? Czy też idziemy teraz bardziej w stronę „europejskości”, czyli, de facto – w stronę kosmopolityzmu?

– Mogę to panu przedstawić na przykładzie młodzieży. Otóż nasza młodzież jakby się z tego wyzwalała. Także z kompleksu polskiego. Oczywiście ja także mam w sobie te polskie kompleksy. Na przykład kompleks rozdmuchiwania w sobie symboli, do rozgrzebywania tradycji, do motywowania swego nieudacznictwa tragicznym losem… Z tym, że ja się z tego strasznie chcę wyzwolić. Nie chcę, żeby było tak, aby moje mankamenty były tłumaczone losem Polaka. Wydaje mi się, że młodzież z tego wszystkiego już się wyzwala – i już nie jest tak obciążona tymi kompleksami.

– Wyzwala się z tych kompleksów, ale i „wyzwala się” chyba przy tym z polskiej tradycji, która pełni przecież także funkcję pozytywną, budując narodową tożsamość.

– Dlatego naszym obowiązkiem jest im to przypominać. Osobiście ciągle to robię. Mówię: „Jesteś polskim aktorem, pracujesz w polskim słowie, które jest bardzo piękne.” Chcę, żeby ten student był dumny z tego, że operuje polskim językiem; dumny, że ma takie miasto, jak Kraków.

– Dumny… ale konkretnie – z czego?

– Z tego, że jego rodacy wypracowali taki pomnik historii i że ktoś to ochronił.

– Za pomnikiem musi się jeszcze coś kryć. Nie tylko mit i legenda.

– Kultura! Na przykład Włosi mają to w sobie fantastycznie rozwinięte.

– Ich kultura jest przebogata.

– To prawda. Ale oni nie płaczą nad swoją flagą, a będąc na emigracji nie rozrywają ran.

– Może dlatego, że mają prawdziwe powody do dumy. Nie muszą się więc zastępczo czepiać symboli.

– Ale przecież my także mamy powody do chluby.

– Dlatego powinniśmy dojść do tych wartości konkretnych, prawdziwych, wymiernych. A hołubienie samych symboli wyrasta z niewiedzy, nieuctwa, wygodnictwa, ulegania złudzeniom i iluzji… Tak naprawdę, to nie chce się nam poznawać polską historię, odkrywać kulturowe dziedzictwo.

– Jeśli chodzi o mnie, to ja chronię w sobie przynależność do Europy.

– Co pan w takim razie rozumie przez te wartości europejskie? W Polsce krzyczy się obecnie: „Idziemy do Europy!” albo: „Nie idziemy!”.

– To są zszargane hasła i bardzo mnie to mierzi. Europę każdy ma w sobie albo… jej nie ma.
Taki Tadeusz Kantor nie musiał iść do Europy. On w niej zawsze był, i był jej liderem. Do Europy chcą się teraz pchać sami nuworysze, z telefonem komórkowym wystającym z kieszeni.
Co to są te wartości europejskie w moim mniemaniu? Otóż chcę chronić w sobie pewną dyscyplinę. Bycie wśród ludzi jest pewnym obowiązkiem, a nie tylko takim – jak mówił Gombrowicz – „rozmamłanym byciem”. Sam nie znoszę rozmamłania i chcę być wewnętrznie schludny. I to jest według mnie europejskie. Chcę mieć poczucie estetyki, chcę umieć patrzeć na dzieła kultury, sztuki – rozumieć je, czuć ich potrzebę. Można tak jeszcze dalej wymieniać, gdybyśmy się chcieli zagłębić w temat. To wszystko chcę w sobie chronić, pielęgnować. Szczególnie dyscyplinę… Nie niemiecką czy pruską ale anglosaską.

– Ale przecież jesteśmy Słowianami…

– Aaaaa! Tu się zaczyna! Rozmamłanie…

– I ten stary już problem: bliżej nam do kultury bizantyjskiej (tej wschodniej), czy też śródziemnomorskiej?

– My jesteśmy zdecydowanie w lidze śródziemnomorskiej, bo w niej żyliśmy cały czas – od przyjęcia Chrztu. Więc na pewno ciążymy w tym kierunku.

– A co z Rosjanami? Bądź co bądź wywodzimy się z tego samego plemienia.

– Właśnie, tym bardziej że jesteśmy zagrożeni od tamtej strony, powinniśmy mieć na uwadze tę „europejskość”. Ze mną sprawa ma się trochę inaczej, gdyż płynie we mnie trochę krwi austriackiej. I to się gdzieś tam odzywa. Dziwne, że jak jadę przez Austrię – po niemiecku mówię haniebnie – to jednak czuję się tam bardzo dobrze i bezpiecznie. Może to jest właśnie ten zew krwi?

Jerzy Stuhr w monodramie "Kontrabasista"  (zdjęcie własne)

Jerzy Stuhr w monodramie „Kontrabasista” (zdjęcie własne)

– Kraków jest blisko Wiednia.

– Od Triestu do Krakowa znaleźć można bardzo wiele wspólnych cech – dawna monarchia habsburgska. Zauważyłem na przykład, że mieszkańcy starych miast zachowują się inaczej, niż mieszkańcy miast nowych. Długo pracowałem we Florencji i mogę stwierdzić, że tam ludzie są bardzo podobni do Krakowian, gdyż same miasta są bardzo podobne. A mieszkańcy takich miast zawsze są bardziej skłonni chronić, niż burzyć. Stąd też nasze konflikty: choćby Kraków – Warszawa – często powstają właśnie na tym styku. W Warszawie wszyscy do burzenia są pierwsi, a w Krakowie już nie za bardzo… i oni mają nam to za złe. Uważają się bowiem za rewolucjonistów, a nas – za konserwatystów. Także za ludzi nieodważnych. To jest nieporozumienie.

– Warszawę już taki los dotykał. W czasie wojny zamieniona była w ruinę, stąd ludzie maja poczucie pewnej nietrwałości rzeczy. No a wcześniej bywała zarzewiem buntów, powstań…

– To prawda – do rewolucji Warszawiacy chcą iść pierwsi, gorzej z wykończeniem. A kiedy już zrobią tę rewolucję, to wszyscy zaraz uciekają – albo są za granicą, albo w gabinetach ministerialnych… A przecież wiadomo, że dopiero po rewolucji trzeba zakasać rękawy i tyrać!

– Wydaje mi się, że w kraju pomieszały się teraz rodakom wszelkie wartości, i to na niekorzyść tej sfery duchowej. Z jednej strony Polacy zachłystują się (albo właściwie chcą się zachłysnąć) zachodnim konsumpcjonizmem; z drugiej zaś deklarują się jako społeczeństwo katolickie, (które ponoć odrzuca materializm).

– To jest nasz mankament odwieczny, historyczny… Jak przyjechała do nas Bona Sforza, to wszyscy nagle zaczęli jeść sałatę. Potem zaczęto mówić po francusku. To jest szczególna cecha Polaków, bo już Rosjanie tego mnie mają – a też Słowianie. Oni nie chcą nikogo naśladować, a my ciągle chcemy kogoś naśladować. No i dzisiaj też jest to ogromne niebezpieczeństwo – znów lecimy na lep. Dziwne jest to zapatrzenie w Amerykę. Dlaczego my się nie chcemy zapatrzeć w taką Anglię, na przykład?

– A jednak to nasze zapatrzenie w obce wzory zawsze jest powierzchowne.

– Tak, to polskie naśladownictwo, myślenie o Ameryce, jest strasznie stereotypowe. Mieszkam na wsi pod Rabką, z której połowa ludzi jest w Ameryce. Tu, w Chicago, co drugi z mojej wsi siedzi. No i oni nic nie wiedzą o Ameryce… nawet nie chcą wiedzieć. To jest dla nich tylko taka kopalnia dolarów. Byle tu szybko zarobić, wrócić z powrotem i kamienice stawiać, ale na wzór amerykański. I chodzić po Rabce w czapce z napisem UCLA, nie wiedząc nawet, co on oznacza. Chodzą i mówią: „helloł”. To jest wada i ubogość jakaś. Tak dzieje się zawsze z ludźmi, którzy stawiają przed sobą tego bożka konsumpcji. A sprawa jest taka, że on tu w Ameryce jest naturalny. Jak mój szwagier Amerykanin mówi, że on sobie kupi to, tamto; całe życie przelicza na to, co on sobie kiedyś kupi – tu dom, tu dwa auta, potem vana, dom drugi w Kalifornii – to jest to jego życie, on w tym żyje i to jest naturalne, on tego nie fałszuje. Natomiast kiedy nasi zaczynają w te wartości iść, to nie jest to już takie naturalne, bo Polska, Europa, zawsze szczyciła się nieco innymi wartościami. To mnie drażni. Ale cóż – mogę to tylko pokazywać, wykpiwać… Nic więcej nie mogę zrobić.

– Może musi wyrosnąć w Polsce nowe pokolenie, by tę mentalność zmienić?

– Ale takie, które się tym nie zachłyśnie, będzie to traktowało jako coś normalnego.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do pańskiego pokolenia. W jednym z wywiadów wspomniał pan, że dawniej artyści w Polsce „chodzili w szatach królów, posłów, senatorów, opiniotwórczych demiurgów”. Co tu kryć – PRL podlizywał się artystom, cieszyli się oni mimo wszystko specjalnym statusem. Nie żal więc panu tamtej sielanki?

– Nie, gdyż to było przesadzone, fasadowo wyolbrzymione i ogromnie sztuczne. Wydaje mi się, że teraz to wszystko normalnieje. Teatr akurat – bo o nim mogę się wypowiadać – sprowadzony zostaje do takich wymiarów, jak na całym świecie. Co tu dużo mówić – to jest sztuka dla wybranych, dla garstki fanatyków. PRL się podlizywał, bo komuniści także mieli swoje kompleksy. Dobrze też było pod płaszczykiem sztuki mówić: „No proszę! Jaki to nasz socjalistyczny kraj jest twórczy.” A trafiało to na podatny grunt, bo Polacy są zdolni artystycznie. Jak każdy naród, gdzie wybijają się jednostki. A my jesteśmy narodem jednostek… później dopiero są „masy”.
To prawda, że mojemu pokoleniu trudno jest się teraz przystosować. Mieliśmy to „państwo opiekuńcze”, które niby wszystkimi się opiekowało. Ciężko się teraz przyzwyczaić do tego, że jednak wszystko od ciebie zależy. Też bym się skłaniał do tego, że to pokolenie, o którym mówimy, jest przegrane, ma rysy tragiczne. Ale z drugiej strony – jakby ktoś chciał obalić tę tezę – można powiedzieć: No dobrze, ale kto teraz rządzi w Polsce jak nie ludzie z tego pokolenia, począwszy od Kwaśniewskiego po lewej, na Wałęsie skończywszy. To jest właśnie moje pokolenie – i to jest paradoks tego pokolenia. Prawdą jest też to, że ono jakby zostało zrobione „w konia” przez historię.

– A może samo się zrobiło „w konia”?

– Nie umiem już na to pytanie odpowiedzieć. Do tego trzeba byłoby pewnie socjologa. Może i samo… może i ideały jeszcze jakieś miało? Mnie też nie jest przyjemnie, kiedy mi wypominają, że ja w PRL-u pobierałem nauki i że to właściwie nie powinno się liczyć, bo to się liczy dopiero od 1989 roku. Czy dlatego więc całe moje życie spisać mam na straty? Mam się nie przyznawać do tego, że byłem w tamtym systemie, że się uczyłem, że kochałem? Gdzie to miałem robić? Czy to moja wina, że się urodziłem i mieszkałem w PRL-u? To jest właśnie ten kompleks naszego pokolenia. Ale ono nie jest jeszcze takie zmarnowane. Jest dość prężne, no i jest u steru władzy.

– A co z tymi ludźmi – z ludźmi kultury, nauki, sztuki – którzy dawniej siedzieli na tych swoich małych pensyjkach, ale i potrafili się poświęcić w imię tzw. celów wyższych. Zdarzało się nawet, że nie brali pieniędzy (aby np. zamanifestować swoją nieprzynależność do systemu), robili coś z pobudek czysto artystycznych, ideowych…

– Oni są teraz upokorzeni. Dla nich świat wywrócił się do góry nogami.

– Podkreśla też pan, że pańskie pokolenie jest ostatnim pokoleniem, które nie bało się uczuć.

– Tak. Było bardziej romantyczne. My wiedzieliśmy, że sfera uczuć jest najważniejsza i że uzewnętrznianie uczuć jest czymś bardzo ważnym w kontaktach międzyludzkich. Na pewno nie jest czymś wstydliwym, ani też przejawem słabości. Młodzież teraz jest inna. Ma ten sam bagaż uczuć – bo każdy człowiek zawsze ma taki sam bagaż uczuć – tylko tak ogromnie skryty, tylko bardzo schowany – i męczy się z tym strasznie. To jest ich wielki problem. Widzę to po moich dzieciach, po studentach, których uczę… i to właśnie w takiej dziwnej szkole, gdzie uczucia jednak trzeba okazywać, bo to w tym zawodzie podstawa. Z tym mam największe trudności: żeby przekonać tych młodych ludzi aby odważyli się pokazać kawałek uczucia, otworzyć się.

– Nawiązał pan do swojej pracy pedagogicznej. W jakim charakterze czuje się pan najlepiej: jako aktor, czy też Jego Magnificencja Rektor?

– Rozdzielam te funkcje. To są dwa odrębne rozdziały mojego życia. Oczywiście to, że jestem rektorem, wpływa w jakiś sposób na moje aktorstwo. Bo to jest rzecz poważna: zajmowanie się ludźmi, pieniędzmi, administrowanie, układanie programu szkoły. W pewnym sensie bycie rektorem traktuję jako oddanie długu wdzięczności tej szkole, która mnie wyuczyła.

– Powiedział pan kiedyś, że aktorstwo panu nie wystarcza. Czym w takim razie chciałby się pan jeszcze zająć?

– Gdybym miał alternatywę, to bym pisał. Pisanie – to jest jednak ta prawdziwa arystokracja sztuki.
Dlaczego aktorstwo mi nie wystarcza? Przede wszystkim, ja jednak nie jestem typem, który się z łatwością psychicznie obnaża. Mnie to bardzo dużo kosztuje i coraz bardziej ciąży. Po drugie: męczy mnie powtarzalność.

– Dlaczego więc wybrał pan ten zawód?

– Gdyż, mimo wszystko, wydawało mi się, że będę to robił lepiej, niż wszystkie inne rzeczy w życiu.

greydot

* Wywiad opublikowany został w „Dzienniku Chicagowskim”, 28 kwietnia, 1995 r.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

 

JESTEŚMY SPOŁECZEŃSTWEM WSPANIAŁYM, ALE TRUDNYM… (rozmowa z Danielem Olbrychskim)

.

Daniel Olbrychski to ćwierć wieku* historii polskiego kina. Dzięki filmowi Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”, przejął jak gdyby sukcesję najpopularniejszego aktora polskiego po tragicznie zmarłym Zbigniewie Cybulskim. Utrwalił ją wcielając się w Azję i Kmicica – postacie sienkiewiczowskiej trylogii. Wydaje się, że bohaterowie literaccy byli jego specjalnością. Grał bowiem w ‚Popiołach” wg Żeromskiego, „Brzezinie” i „Pannach z Wilka” wg Iwaszkiewicza, w „Ziemi obiecanej” wg Reymonta, „Weselu” wg Wyspiańskiego…
Od prawie 10 lat mieszka w Paryżu. Dużo kręci na Zachodzie – współpracował z takimi sławami światowego kina, jak np. Volker Schlöndorff, Joseph Losey, Claude Lelouch, Burt Lancaster, Ben Kingsley, Michael York…
Do Wietrznego Miasta przyjechał ze znakomitym teatrem „Rampa”, by wspólnie z jego zespołem, w klubie „Made in Poland” dać świetne przedstawienie „Czerwonego Stoliczka” wg wierszy Brzechwy, które niespodziewanie okazały się wielce aluzyjne względem powojennej historii kraju i postaci polskich „czerwonych książąt”.

Daniel Olbrychski: .... ((zdjęcie własne)

Daniel Olbrychski: „Gdybym nie uprawiał tego zawodu, nie wyładowywał się na scenie, to najprawdopodobniej byłbym dużo trudniejszym – właśnie bardziej egocentrycznym, ekshibicjonistycznym i megalomańskim – człowiekiem na co dzień, niż będąc aktorem… i to dosyć popularnym – bo to zaspokaja moje kompleksy, ekwilibruje te kompleksy i pewne zaburzenia psychiczne, jakie niewątpliwie posiadam.” (zdjęcie własne)

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Zwykło się mówić, że Zbigniew Cybulski był symbolem aktorstwa polskiego w latach 60-tych, a o panu, że jest pan takim symbolem lat 70-tych. Wtedy, bodajże, pana popularność była największa. Ludzie, którzy wyjechali z Polski na początku lat 80-tych, znają pana z tamtego okresu, ale nie wiedzą co się z panem działo później.

DANIEL OLBRYCHSKI: O! Bardzo dużo ludzi wie o tym co robiłem!

– To dla tych, którzy nie wiedzą.

– Po stanie wojennym nie bardzo miałem co robić. Byłem silnie związany z „Solidarnością”, do tego stopnia, że 13 grudnia 81-go roku – nie będąc internowanym – brałem udział w najrozmaitszych akcjach, które się władzy nie bały – a to pisanie listów do rządów, które Wolna Europa przekazywała „ku pokrzepieniu serc”, a to pomaganie internowanym… itd. W związku z tym – wydaje mi się, że władza wykorzystała taki moment, iż miałem kontrakt we Francji, więc dostałem paszport dość szybko – żebym wyjechał i nie zawracał głowy w Polsce.

– Nie było pana w kraju dość długo.

– Nie było mnie długo, gdyż w kraju nie miałem żadnej pracy, a na Zachodzie miałem jej wtedy bardzo dużo.

– O ile dobrze sobie przypominam, to grał pan w jednym z paryskich teatrów w „Przeminęło z wiatrem”.

– Tak. 100 razy na Champs Élysées. No i bardzo dużo filmów zrobiłem.

– Pamiętam. Głośno było o „Blaszanym bębenku” Schlöndorffa, „Pstrągu” Losey’a… W Polsce pokazał się pan dopiero z okazji kontraktu z warszawskim teatrem Ateneum, gdzie zagrał pan Cyda. W tym czasie puszczono też łaskawie w telewizji „Otella”, który zrobił pan z Piotrem Fronczewskim kilka lat wcześniej, a który do tego momentu leżał na półce.

– Wtedy też Gorbaczow doszedł do władzy. Miałem pełne gwarancje władz, że nie będę szykanowany, że będę mógł wrócić do swego domu, który był już wtedy w Paryżu.

– Skoro już mówimy o tamtych czasach, to jak pan z perspektywy dzisiejszej patrzy na bojkot artystów, jaki miał miejsce po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce?

– Powiedziałem o tym – i to jest właśnie moje stanowisko – w książce pt. „Komedianci, czyli bojkot”. Uważam, ze ten bojkot nie był wymysłem aktorów, tylko potrzebą publiczności. A aktor musi uważnie słuchać publiczności. Jeżeli ona chce go oglądać, to on powinien pracować. Jeżeli zaś publiczność dostawała wtedy drgawek na widok widok aktorów pojawiających się w telewizji obok panów ubranych w mundury, to nawet gdyby grali Mickiewicza, ich życzenie należało uszanować – i się w tym towarzystwie nie pokazywać.
Ale potem, gdy mijały miesiące i lata, zależało to już od sumienia. Na pewno w pierwszych miesiącach nie należało występować. I to była solidarność ze społeczeństwem, które nie chciało nas oglądać w telewizji. Ale chciało nas oglądać w teatrach, w kościołach…

– Jak wówczas odbieraliście sygnały docierające do was „z góry”?

– Otóż wyśmiewanie nas przez takich szyderców, typu Urban, czy grożenie nam, typu Rakowski, było po prostu niemoralne, jeśli chodzi o Urbana i śmieszne politycznie ze strony Rakowskiego.

– Do jakich granic może sięgać kompromis artysty z – nazwijmy to – władzą, z którą się artysta nie zgadza… mało – której jest przeciwny? To był jednak dylemat dla ludzi, którzy robili filmy choćby w latach 70-tych – stąd ta aluzyjność polskiego kina, przejścia reżyserów z partyjną cenzurą… itd.

– W tamtych czasach ja takich kompromisów nie widziałem. Ale jeżeli już zgodzimy się z tym, że one miały jednak miejsce, to również władza szła na kompromis. Bowiem władza pozwalała na produkowanie za „własne”, czyli państwowe pieniądze. Produkowano filmy, które z tą władzą – nie powiem, że walczyły, ale na pewno – z nią się przynajmniej spierały. I poruszały tematy, których władza być może nie chciała, żeby były poruszane, a mimo to przymykała na to oczy.

– Czy to było mądre politycznie?

– Tak, to było mądre politycznie, bo kanalizowało pewne emocje, które tak naprawdę wybuchły dopiero w 1980 roku. Wydaje mi się, iż wypłynęłyby one wcześniej, gdyby tej kanalizacji nie było. Te filmy – z punktu widzenia dnia dzisiejszego – były nawet grzeczne, ale wtedy takie grzeczne się nie wydawały. Ale były opłacane przez władze. Jeśli więc mówimy o kompromisie, to na ten kompromis starali się również iść, ci ostatniej dekady, komuniści.

– A pan jak się w tym wszystkim znajdował?

– Ja również szedłem wówczas na pewien kompromis, bo przecież brałem za swoją pracę od państwa pieniądze

– Pewna forma lojalności?

– Można tak to nazwać. Do 75-go roku zdarzało mi się nawet wystąpić, gdy na widowni siedział Gierek. Ale po 76-tym już nie. Od strajków robotników i od pierwszych moich podpisów, bo uznałem, że ta odnowa komunizmu, jaką zaproponował Gierek, prowadzi znowu do systemu totalitarnego – do ograniczania wolności, do represji i ZOMO na ulicach. Od tego momentu – już jako dorosły człowiek- na żaden kompromis nie poszedłem.

– W ostatnich latach mówi się dużo o Katyniu, stalinizmie, o gehennie Polaków po 39 roku, jaką zawdzięczamy naszym wschodnim sąsiadom. Nie mówię o sąsiadach zachodnich, bo o tym byliśmy informowani doskonale – choć też pod pewnym kątem – przez dziesięciolecia. Czy jednak wałkowanie tego typu tematów nie powoduje jakiejś dewaluacji pojęć, stępienie pewnych wartości, może nawet zniecierpliwienia…?

– Jest potrzeba mówienia o tym wszystkim, skoro się nie mówiło przez tyle lat. Ale Polacy – już to widzę – przetrwali to bardzo mądrze. Ta wiedza, którą tak naprawdę posiadało w naszym kraju każde dziecko przez 40 lat, nie wzbudza nienawiści do sąsiadów. Tak, jak mówienie o Oświęcimiu, nie wzbudza dziś nienawiści do Niemców. Wręcz przeciwnie – bardzo chętnie jeździmy tam… np. do pracy. Nienawiść nie jest niczym konstruktywnym, zwłaszcza w międzysąsiedzkich stosunkach, które – modliłbym się, żeby były jak najlepsze. A po to, żeby były dobre, potrzebna jest oczywiście informacja – ale nie zmanipulowana – i bez nienawiści.

– Chciałem właśnie w tym kontekście nawiązać do „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego, o którym to filmie teraz dość dużo się tutaj w Stanach mówi. Widziałem recenzje w tygodniku „Time”, „Playboy’u” nawet. Niedawno rozmawiałem z Janem Nowickim, od którego usłyszałem: „Bugajski? To co, on dalej ciągnie tego starego trupa?” Czy takie wypowiedzi nie świadczą o zmęczeniu tematem – w tym przypadku – stalinizmem i esbeckimi kazamatami? Nawet jeśli prezentowany jest on w tak wybitnym filmie, za jaki uznano „Przesłuchanie”? Dla mnie ten obraz niesie ze sobą pewne niezbywalne wartości.

– Dla mnie też. Oczywiście, dzieje się tak, kiedy film się pokazuje ciągle. Trzeba go pokazywać do momentu, kiedy ludzie chcą go oglądać. Jeżeli nie chcą, to należy zrobić coś takiego, co chcieliby oglądać. Ja np. chętnie zobaczyłbym film o Marku Piotrowskim.** O tym, jak ten chłopiec dopiął swego. Poznałem go tutaj w Chicago. Jestem nim zafascynowany.

– Jak pan sądzi – w jakim kierunku zmierzają obecnie zmiany w naszym kraju? Zdaję sobie sprawę, że to temat rzeka, a na dodatek obrabiany na wszelkie strony, chociaż przy tym trudny (bo przyszłość trudno przewidzieć), niemniej jednak chciałbym usłyszeć pańską opinię na ten temat. Czy robi się coś konstruktywnego? Bo widzi pan, w listach do mnie z Polski, ludzie smutne rzeczy piszą…

– Wie pan, w ogóle to jesteśmy społeczeństwem trudnym… Wspaniałym, czasami, ale trudnym. Potrafimy się znaleźć wtedy, kiedy protestujemy, kiedy się przeciw czemuś słusznie buntujemy…

– Wtedy, kiedy wszyscy mamy wspólnego przeciwnika, wroga…

– Właśnie. Kiedy się konsolidujemy przeciwko okupantowi lub przeciw systemowi totalitarnemu. Wtedy jesteśmy razem, wtedy jesteśmy porywający. Natomiast potem jesteśmy narodem bardzo niezdyscyplinowanym, co w momentach, kiedy trzeba powiedzieć „nie” jest wspaniałą cechą; natomiast kiedy trzeba powiedzieć „tak” i skupić się na czymś budującym, konstruktywnym – to ten brak dyscyplina raczej nam nie pomaga. Dlatego nie byliśmy tak podlegli systemowi totalitarnemu, jak np. Czesi, czy Niemcy z NRD. Bo jesteśmy narodem niepokornym, ale i niezdyscyplinowanym właśnie. Prawdę powiedziawszy, u nas ten „komunizm” też był jednym wielkim bałaganem, a nie systemem totalitarnym.

– Niepokora może się podobać, niezdyscyplinowanie już trochę mniej…

– Teraz, niestety, mamy raczej to drugie. Bardzo szybko przyzwyczajamy się do dobrego. Przecież jeszcze półtora roku temu nam się nawet nie śniło, że wszystko runie jak domek z kart, że będziemy mieć u władzy tych ludzi, których pragniemy, wolność słowa, paszporty w kieszeniach… itd. I wszystko to mamy – wciągu jednego roku! Tak szybko, że mi się to nie śniło – człowiekowi mieszkającemu na Zachodzie, a bywającemu również – i to często – w Moskwie. Widzę więc jak żeśmy szybko odskoczyli od naszego wschodniego sąsiada – oczywiście w kierunku na lepsze. Ale ludzie tego jakby nie widzieli. Nie widzą, że mają pełne sklepy, nie widzą, że jeszcze chwila a zacznie funkcjonować wiele innych rzeczy. I nie patrzą na siebie, że sami są bardzo niezdyscyplinowani, że nie umieją pracować, że chcą aby im nadal dawano wszystko – do czego nas zresztą przyzwyczajano skutecznie przez ostatnie 40 lat.

– To, co się teraz dzieje przed wyborami na prezydenta, jest niewiarygodne.

– Proszę pana, niech pan sobie wyobrazi, że jeszcze 2 lata temu, jakby ktoś powiedział, że za parę lat będziemy mieli swego prezydenta – a będziemy wybierali między Mazowieckim a Wałęsą. Przecież byśmy myśleli, że to jakiś sen – o raju! A w tej chwili już są ci, co krzyczą na Mazowieckiego, i ci, co wymyślają na Wałęsę. I pewnie jedni i drudzy mają swoje racje. Ale bez przesady! Bardzo mi się spodobała wypowiedź Mazowieckiego: „Jeżeli przegram, nie będę przeszkadzał prezydentowi, który ze mną wygra. Przejdę do konstruktywnej opozycji.” Żałuję, że tak mądrych i wyważonych wypowiedzi nie słyszę ze strony Lecha Wałęsy. Jestem więc za mądrością i wyważeniem w polityce, a nie za – w tej chwili – watażkowatym podchodzeniem do zmian polityczno-gospodarczych, bo to nie jest nam teraz potrzebne. Dlatego będę głosował na Mazowieckiego.

– A co się stanie, jeśli prezydentem zostanie Wałęsa – choć trudno mi jest go sobie w tej roli wyobrazić?

– Przejdę do konstruktywnej opozycji. To będzie oczywiście zależeć od tego, jak on się będzie zachowywał. Ale z tego, co teraz widzę, będę w opozycji.

– Może jednak damy już sobie spokój z tą polityką. To również nas charakteryzuje, że jesteśmy narodem bardzo rozpolitykowanym. Może więc porozmawiamy o pańskim zawodzie? Podobno kiedyś chowano aktorów, podobnie jak samobójców, za cmentarnym murem. Czy rzeczywiście aktor to takie kuriozum?

– W tej chwili aktorzy są na świecie ludźmi bardzo szanowanymi, bardzo bogatymi nieraz. A Polsce ten ostatni aspekt nie wchodzi w rachubę, bo tak naprawdę aktorzy są u nas biedakami. Ale cieszą się ciągle wielkim szacunkiem i miłością w społeczeństwie.

– W jaki sposób – i w jaki stopniu – postacie, w które wciela się aktor, wpływając na jego osobowość, charakter, życie wewnętrzne?

– Ja bardzo lubię grać komedie – szczególnie wtedy, kiedy jest mi smutno. Bo przynajmniej przez dwie godziny się bawię. To w ogóle jest zawód dobry, jako psychodrama. Bo my jesteśmy ekscentrycy…

– Ekshibicjoniści?

– Raczej nie. W życiu prywatnym jesteśmy o wiele bardziej zamknięci, niż normalni ludzie (a jednak, wg. Olbrychskiego, ludzie dzielą się na aktorów i „normalnych” – przyp. stb). I nie upijamy się ekshibicjonizmem, ponieważ nagramy się wystarczająco dużo na scenie, więc już nam nie trzeba tego w życiu. Ten zawód trzyma – mnie przynajmniej – w pewnej równowadze psychicznej. Gdybym nie uprawiał tego zawodu, nie wyładowywał się na scenie, to najprawdopodobniej byłbym dużo trudniejszym – właśnie bardziej egocentrycznym, ekshibicjonistycznym i megalomańskim – człowiekiem na co dzień, niż będąc aktorem… i to dosyć popularnym – bo to zaspokaja moje kompleksy, ekwilibruje te kompleksy i pewne zaburzenia psychiczne, jakie niewątpliwie posiadam.

– Pytanie banalne: co sądzi pan o kinie amerykańskim? Pytam dlatego, że słyszę na ten temat diametralnie różne opinie – i to ze strony ludzi bliżej zajmujących się kinem.

– Wobec tego odpowiedź też będzie banalna, ale prawdziwa: według mnie jest to najlepsze kino na świecie. Choć może nie w tym stopniu, w jakim dominuje nieproporcjonalnie – w sensie dystrybucji – nad wszelkimi innymi kinami. Ale mogę powiedzieć Amerykanom, że ja podziwiam ich filmy – te najlepsze; podziwiam ich aktorów, natomiast bardzo im współczuję, bo ja mogę podziwiać ich filmy, natomiast oni nie mają okazji podziwiać filmów europejskich. Dlatego są skrzywdzeni. Ale ja mam to w nosie – jeżeli nie chcą, to ja się pchać nie będę. Oni na tym tracą, a nie ja. Ja oglądam filmy – i europejskie, i japońskie, i amerykańskie, i rosyjskie… a oni nie. Więc są przez to zubożeni. W takim razie niech sobie jedzą te swoje hot dogi, ja wolę czasem dobry befsztyk.

– Skoro już mówimy o tutejszej kinematografii: w filmie jakiego reżysera chciałby pan zagrać – przy czym, nie tyle chodzi mi o konkretne nazwiska, ale raczej o typ kina – w filmie Spielberga czy Scorsese’a? Jako Azja czy Kmicic przydałby się pan pewnie temu pierwszemu, jako aktor Wajdy, Schlöndorffa czy Losey’a – temu drugiemu.

– Scorsese’a bardziej.

– Dlaczego?

– Ponieważ on robi kino jakby poważniejsze psychologicznie. Chociaż ja lubię Spielberga. Bardzo bym chciał zagrać np. w takim „Indianie Jonesie”.

– To jest właśnie to kino prawdziwe?

– Tak. Uwielbiam film „ET” – piękny! Akurat tam dla mnie roli nie było. Natomiast jako aktor bardziej bym się przydał Scorsese’owi. Ale on ma już swojego De Niro, więc też mu nie będę potrzebny.

– Na jakiego polskiego reżysera warto w tej chwili zwrócić uwagę?

– Spoza tych, o których pan oczywiście słyszał, to – z tego młodszego pokolenia, które dało już o sobie znać – to… Boże, jak on się nazywa?… Wstyd!…

– Bajon, Gliński?…

– Gliński? Na pewno! Bajon już jest znany… nooo, taki blondyn, zrobił z Krysią Jandą „Kochanków mojej mamy”

– Wiem! Rozmawiałem z nim nawet parę tygodni temu: Radosław Piwowarski.

– Tak! Znakomity, zawodowy reżyser! Umie robić takie kino, które wzruszyć potrafi wszędzie.

– Co się teraz z nimi wszystkimi stanie?

– Są w tej chwili w trudnej sytuacji. Nie wiem czy potrafią się w tym wszystkim odnaleźć teraz, jak już ich państwo przestało głaskać po głowie. Czy potrafią robić filmy, które będą musiały przynosić pieniądze, a przynajmniej na siebie zarobić?

– Właśnie: w jaki sposób te zmiany zachodzące w Polsce wpływają na polskie kino?

– Na razie to jest chaos. Ci ludzie poczuli się zagubieni, odtrąceni przez łagodnych dozorców więziennych, którzy im jednak dawali pieniądze i umożliwiali robienie filmów. Wydaje mi się, że oni nie rozumieją jednego zasadniczego problemu – że muszą się brutalnie zderzyć z tym, o czym ja bardzo dobrze wiem pracując na Zachodzie: robić to, co każe producent jest niekiedy trudniej, niż robić to, co każe minister. I że znaleźć pieniądze na to, co by się chciało robić – tak jak to jest na Zachodzie – jest trudniejsze, niż wyciągnąć je od Józefa Tejchmy.

– Pan, jako Europejczyk i wzięty aktor odbierający gaże w walutach wymienialnych, kłopotów finansowych raczej nie odczuwa.

– Ja jestem w tej luksusowej sytuacji, że nie przyjechałem tu ze względów zarobkowych. Ja jestem człowiekiem, jak na europejskie warunki, bardzo bogatym. Przyjechałem dlatego, że kocham ten teatr i że pracuje w nim moja żona; że szanuję dyrektora i artystę – Andrzeja Strzeleckiego. Ten teatr pewnie by tutaj nie przyjechał, gdyby nie miał lokomotywy w mojej postaci.

– Bardzo mi się podobał „Czerwony Stoliczek”, który przed chwilą zobaczyłem. Czy jedziecie z nim gdzieś dalej?

– Pojadę ze „Stoliczkiem” do Francji, ale dla publiczności francuskiej. Moja żona przetłumaczyła te wiersze Brzechwy na francuski. Piosenki będą po polsku, ale narrację będę mówił po francusku. Myślę, że to się sprzeda.

– Co potem?

– Może zrobię jakiś film we Francji w lutym, a pod koniec sezonu zacznę próbować w teatrze w Warszawie sztukę Sartre’a w reżyserii mojego teścia, Andrzeja Łapickiego. Przypuszczam, że nie będziemy musieli brać dużo pieniędzy od pani Cywińskiej.

– Ja też mam taką nadzieję. Życzę więc realizacji tych wszystkich planów, a w imieniu czytelników „Dziennika Chicagowskiego” i „Gazety Polskiej” dziękuję bardzo za rozmowę. Czekamy na dalsze znakomite kreacje.

greydot

* Wywiad z Danielem Olbrychskim odbył się jesienią 1990 roku i został opublikowany w wydawanej w Chicago „Gazecie Polskiej”.

** Marek Piotrowski: polski kickbokser i bokser, wielokrotny zawodowy mistrz świata w kick-boxingu. W 1988 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie rozpoczął swoją pełną sukcesów międzynarodową  karierę.

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

ZABAWKA DLA MĘŻCZYZNY (rozmowy z Juliuszem Machulskim)

.

Juliusz Machulski często gościł w Chicago, a to z racji odbywającego się tutaj Festiwalu Filmu Polskiego. Przywoził nań swoje kolejne filmy: „Deja Vu”, „V.I.P.”. „Szwadron”… Miałem więc okazję spotkać się z tym reżyserem kilkakrotnie.

.

Juliusz Machulski: "Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawiać świat."

Juliusz Machulski: „Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawiać świat.” (zdjęcie własne)

Muszę przyznać, że kiedy jeszcze byłem w kraju, Machulski imponował mi jako reżyser tak lekkich, zabawnych i znakomitych filmów, jak np. „Vabank”, który można śmiało zaliczyć do grona najlepszych komedii w historii powojennego kina polskiego. Trochę mniej udane – ale nadal niezłe – były: „Seksmisja”, „Vabank II”, „Kindgsajz”, bijąc w Polsce wszelkie rekordy popularności i ratując kiesę krajowej kinematografii w najgorszych dlań momentach. W pojęciu wielu widzów nazwisko reżysera gwarantowało rozrywkę na najwyższym poziomie: profesjonalizm i warsztatowa rzetelność, atrakcyjna forma i zajmująca anegdota; lekkość i swoboda połączona z błyskotliwością narracji – to były komplementy jakimi darzono obrazy Machulskiego, nie takie znów na wyrost.
Tym większy był mój zawód, kiedy oglądałem te filmy, które Machulski prezentował w Chicago osobiście.
Podczas pierwszego wywiadu w 1992 r. miałem jeszcze na względzie te przeboje ekranowe Machulskiego, na które publiczność waliła drzwiami i oknami. Aby nadać naszej rozmowie pewnej dialektycznej ostrości, a może i sprowokować samego reżysera, ustawiłem się niejako w opozycji do kina rozrywkowego, komercyjnego, zawierając w pytaniach argumenty popierające tzw. kino artystyczne, również to zajmujące się „poważną” problematyką. Zwróciłem więc uwagę, że jest on wśród polskich reżyserów w pozycji uprzywilejowanej, a to właśnie na rodzaj filmów, jakie robi. Przy czym, nie chodziło mi o to, że są one wytworem wysokiej sprawności warsztatowej reżysera, a o ich charakter. Mogą więc liczyć na większą widownię, gdyż nie są utworami „problemowymi”, nie burzą ludziom spokoju, nie stawiają niewygodnych pytań. Na co Machulski odparł:
– Nie do końca zgodziłbym się z tym, że moje filmy nie są filmami problemowymi. To, że lekko się coś ogląda i śmiejemy się na tym w kinie, nie musi oznaczać, iż mamy do czynienia  z filmem problemowym, natomiast kiedy jest ciężko, smutno i ponuro – to z problemowymi. Otóż nie na tym to polega. „Seksmisja” w swoim czasie poruszyła nie mniej problemów, niż filmy, które o tej rzeczywistości mówiły wprost, jak np. „Wodzirej”, czy „Bez znieczulenia”. Tak samo inne filmy – zawarłem w nich to, co mnie boli, męczy i na co się nie zgadzam. Choć przyznaję, że „Vabankiem” – pierwszym i drugim –  bardziej się bawiłem, niż starałem się dawać coś do myślenia.

Nie dałem jednak Machulskiemu spokoju i przypomniałem, że przy okazji komplementowania jego twórczości, powiedziano, że dotyka ona „nowej wrażliwości” lat 80-tych i 90-tych. Co jednak można rozumieć przez tę „nową wrażliwość”? Może ta nowość polega na tym, iż jest to wrażliwość bardziej plebejska?
Oto odpowiedź Machulskiego:
– Kino, generalnie rzecz biorąc, jest sztuka plebejską. Za drogo to kosztuje, by można sobie pozwolić na robienie filmów do szuflady. Zawsze starałem sią robić filmy dla szerokiej publiczności – to prawda. Moim zdaniem, film powinien być opowiadany na kilku płaszczyznach, a nie tylko skierowany do widza elitarnego, co w praktyce oznacza, że przychodzi do kina 15 osób.
Trudno było nie przyznać Machulskiemu racji, oświadczyłem jednak, że chodzi mi o coś innego. Odkąd bowiem zaczęto w kraju głosić potrzebę kina masowego, na polskich ekranach zaczęło się dziać coś niedobrego. Nie tylko coraz bujniej rozwijał się i plenił zachodni – niestety, ten bardziej szmirowaty – gatunek rozrywkowy, ale co gorsza, niejako prawem mimikry, zaczęli to naśladować polscy filmowcy. Powstało coś tak groteskowego, jak „polskie kino amerykańskie”, czyli „poetyka” kina amerykańskiego przeniesiona na nasz rodzimy grunt. Rezultat jest znany: sztuczność, naiwność, śmieszność…
Machulski odparował:
– Nie wiem jakie filmy ma pan tu na myśli. Nie uważam, abym w swoich obrazach naśladował kino amerykańskie – są na tyle oryginalne i na tyle polskie. Być może profesjonalizmem przypominają tamte wzorce. Jeżeli „polski” ma oznaczać nieudany, upośledzony, to ja się na to nie zgadzam.
– Jednak musi pan przyznać – odpowiedziałem – że widz w Polsce staje się podobny do widza amerykańskiego, czyli szuka w kinie tylko rozrywki. Nie miałby tutaj szansy powodzenia w kinach film poruszający głębsze zagadnienia społeczne, polityczne, światopoglądowe, chyba że przemyciłby to w komercyjnej formie. Czy jest to nasza droga do tej tak długo wyglądanej „normalności”, czy też upadek etosu artyzmu w filmowej sztuce?
Machulski:
– Muszę panu powiedzieć, że gdyby ktoś z Hollywood słuchał tej naszej rozmowy, to nic by z niej nie zrozumiał. To jest jakaś polska choroba, że co innego „sztuka”, a co innego „sztuka dla widza”. Moim zdaniem to się nie kłóci i cały czas jest to ta sama sztuka. Nie można bowiem oddzielać: to jest film artystyczny, a to jest film dla widza. Trzeba to umieć łączyć, nie tylko w kinie, ale i w każdej dziedzinie sztuki, która powinna być przecież przeznaczona dla jak największej liczby ludzi. Poza tym, skończył się już czas, gdy dystrybutor w Polsce brał wszystko, jak leci. Dziś trzeba się liczyć z widzem, co niekoniecznie musi oznaczać, że rozprowadza się tylko szmirę.

greydot

Podczas tej pierwszej rozmowy zgodziliśmy się z tym, że prawdziwie wartościowym kinem polskim może być tylko takie, które zajmuje się w szerokim rozumieniu sprawami człowieka, społeczeństwa, narodu. Tylko takie obrazy mogą wzbudzić zainteresowanie za granicą. Filmy rozrywkowe wszyscy kupują tam, gdzie robione są one najlepiej, czyli w Ameryce. Poza tym, niedobrze byłoby zaprzepaścić to, co w naszej kinematografii było wyjątkowe, oryginalne i wybitne, a co raczej nie związane było z tym nurtem „rozrywkowym” kina.
– Zgadzam się – powiedział Machulski – jeżeli kino polskie ma istnieć, to powinno mówić o sprawach polskich. Jestem, przeciwnikiem naśladowania kina amerykańskiego. Jeżeli już – to naśladujmy profesjonalizm, rzetelność, gdyż to są te jego niepodważalne zalety.

Jak się okazało, Machulski postarał się własne słowa zamienić w czyn i dwa lata później przywiózł na Festiwal do Chicago swój „Szwadron”. Była to zaiste w filmografii reżysera pozycja nietypowa, zrywająca z tak charakterystyczną dla Machulskiego konwencją komediową – dość zamaszyty dramat kostiumowy, dotykający jednej z boleśniejszych polskich ran narodowych, a mianowicie powstania styczniowego.
Rezultat?

Juliusz Machulski: "Prawdziwą tragedią powstania było to, że część społeczeństwa w ogóle ono nie interesowało, część uważała, że to nie jest ich sprawa, a część po prostu stchórzyła." (kadr z filmu "Szwadron")

Juliusz Machulski: „Prawdziwą tragedią powstania styczniowego było to, że część społeczeństwa w ogóle ono nie interesowało, część uważała, że to nie jest ich sprawa, a część po prostu stchórzyła.” (kadr z filmu „Szwadron”)

Sam Machulski nazwał wtedy „Szwadron” mastodontem. Lecz do końca nie byłem pewny, czy miał on na myśli potencję i rozmiary, czy też kopalny anachronizm. Ale na bok z żartami. Można było docenić wysiłek reżysera podejmującego już temat cięższy gatunkowo. Choć „Szwadron”, oparty na opowiadaniach Rembeka, nie miał ambicji skrupulatnego studium historycznego. Był raczej impresją, wrażeniem, fragmentarycznym postrzeganiem powstańczej rzeczywistości z perspektywy widzianej oczami wroga. Kadry odwoływały się do kossakowskiej malowniczości, ze wskazaniem na konia, mundur i oręże. Powiewało kawaleryjskim romantyzmem i matejkowską, upozowaną batalistyką. Krew znaczyła martyrologię. Polskie lasy, polne drogi, kapliczki i wiejskie chudoby – to wszystko również znalazło należne im ojczyźniane miejsce. Wszystko warte milion dolarów, a może i więcej (na tyle ocenił koszty realizacji „Szwadronu” sam twórca filmu).
O co chodziło Machulskiemu? On sam twierdził, że o rozszerzenie naszego wglądu w powstanie styczniowe, złamanie pewnych stereotypów; także o spopularyzowanie tematu u młodzieży – wreszcie spowodowanie, by film stał się „kulturowym faktem”… Intencje zgoła szlachetne.

Mój drugi wywiad z reżyserem poświęcony był właśnie głównie „Szwadronowi”. Na moją uwagę, że zmitologizowaliśmy powstanie styczniowe, tak jak wiele innych momentów naszej historii, gdyż etos romantyczny musiał się czymś żywić, a dowartościowywanie się jest potrzebą każdego narodu, Machulski odpowiedział:
– Nie mówiło się nam o podziale Polaków w okresie powstania styczniowego. Jesteśmy przygotowani do wersji „hurra-patriotycznej” utrzymującej, że całe społeczeństwo, jak jeden mąż, stanęło w obronie wolności i niezawisłości kraju, co jest nieprawdą. Prawdziwą tragedią powstania było to, że część społeczeństwa w ogóle ono nie interesowało, część uważała, że to nie jest ich sprawa, a część po prostu stchórzyła. Wielu oficerów, którzy wcześniej byli w związkach tajnych, w momencie wybuchu powstania się przestraszyło, że duża była stawka, że duże ryzyko… Jest więc sporo rzeczy wstydliwych, o których się często nie mówi, a o których mówić jednak wypada, jeżeli mamy wyciągnąć jakieś sensowne wnioski z naszej historii.
W „Szwadronie”, który sam Machulski porównywał do „Plutonu” Olivera Stone’a, można było także wyczuć pewną pacyfistyczną nutę, ostrzeżenie przez pułapką zabijania. Zapytałem się więc reżysera, czy aby nie brzmi ona zbyt cieniutko wobec tego, co się dzieje na świecie? Wszak sam Bergman stwierdził kiedyś, że jego obrazy są niczym ćwierkania ptaszka nad bitewnym zgiełkiem.
Jestem w duszy pacyfistą – wyznał Machulski – lecz nie jestem aż tak naiwny, by wierzyć, że kiedy zrobię film o wymowie pacyfistycznej, to że to coś zmieni. Nie ma on takiej siły. Lecz wydaje mi się, że podłącza się on jakby do ogólnej światowej tendencji, którą nazwałbym ekumeniczno-pacyfistyczną, znoszącą podziały religijne i narodowościowe.

greydot

Wiedziałem, że Juliusz Machulski przymierza się do następnego „poważnego” tematu, chcąc jakby udowodnić, że stać go na „problemowość”, a więc film, który nie byłby czystą rozrywką, komedią, produktem komercyjnym. I przyznam, że z przykrością przeczytałem niedawno w polskiej prasie recenzję z najnowszego filmu reżysera, opartego na własnym scenariuszu pt. „Jury”. Oto ona: Początek był interesujący, ale później rzecz stawała się coraz bardziej podobna do do dzieł Mosfilmu, który wyprodukował wiele podobnych filmów o łajdakach. Dobra obsada aktorska miała uczynić natrętną dydaktykę i propagandę bardziej znośną. Domyślam się, że film „Jury” miał być bardzo zabawnym, złośliwym i dowcipnym widowiskiem satyrycznym. Istotnym powodem klapy jest prymitywny i schematyczny scenariusz.
Nie jest to moja opinia i prawdę mówiąc chciałbym, aby okazała się ona mylna. A jeśli jednak Machulski potwierdził swoją niemoc w mierzeniu się z tzw. poważnym tworzywem? Czy przypadkiem nie wyszło szydło z worka wtedy, gdy zapytałem go o pobudki, które skłoniły go do wyboru zawodu reżysera? Machulski wtedy wyjaśnił:
Jestem chyba bardziej kinomanem, niż reżyserem. Zostałem reżyserem, gdyż lubiłem oglądać filmy, a nie dlatego, że chciałem zbawiać świat.
Moja uwaga: Z tego też pewnie względu jest coś infantylnego w pańskich obrazach.
Machulski: Samo robienie filmów jest infantylnym zajęciem, zabawą. Musimy się z tym pogodzić, że filmami niczego ważnego nie jesteśmy w stanie zdziałać ani zmienić. Moim zdaniem to najlepsza zabawka dla mężczyzny.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach “Dziennika Chicagowskiego”, 9 czerwca, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

.

USTA LIV ULLMANN I SZAMPAN POD DINOZAUREM

(ze wspomnień wywiadowcy)

Kolejna część cyklu ukazującego się na łamach “Dziennika Chicagowskiego” w latach 1995-96 i odnoszącego się do wywiadów ze znanymi postaciami polskiej kultury i polityki, przeprowadzonych w latach 1990-94 w Stanach Zjednoczonych., jak również do amerykańskich i polonijnych wydarzeń kulturalnych oraz politycznych tamtego okresu.

.

Nicole Kidman

Nicole Kidman (zdjęcie własne)

Kibicuję chicagowskiemu Międzynarodowemu Festiwalowi Filmowemu od 5 lat, jednak dopiero w ostatnich dwóch latach mogłem się przyjrzeć bliżej jego repertuarowi, zajrzeć za kulisy, do kuchni.
Bez wątpienia jest jedną z największych tego typu imprez na świecie. Było tak, że w ciągu kilkunastu dni prezentowano 150 filmów, później zestaw tytułów zmalał do bardziej rozsądnej liczby i obecnie utrzymuje się na poziomie około 100 filmów. Jednakże, obejrzenie wszystkich w ciągu niespełna 3 tygodni trwania przeglądu jest rzeczą wręcz niewykonalną. Jest dobrze, jeśli kinomaniak zdoła „zaliczyć” ich trzecią część. Ale cóż mają powiedzieć w takim np. Toronto, gdzie w ciągu 10 dni pokazuje się… 250 filmów!? Festiwal kanadyjski przerasta chicagowski, który i tak wydaje się imprezą mamucią. Ale tam pieniądze w organizację pompuje rząd (3.5 mln. dolarów rocznie) a festiwal jest oczkiem w głowie miasta i pupilkiem prowincji. Zupełnie przeciwnie jak w Chicago, gdzie założyciel i dyrektor programowy Festiwalu, Michael Kutza jest – dzięki swej rogatej duszy – na bakier z miejscowymi władzami (choć zawsze w dobrych stosunkach z burmistrzem Daley, a wcześniej – z jego ojcem, gospodarzem miasta jeszcze większego formatu, który świadczył narodzinom Festiwalu przed 30 laty!)
W jednym z wywiadów Kutza się skarży: „(Tutaj) ani miasto ani stan nie mają pieniędzy dla nas ani dla jakiejkolwiek innej liczącej się działalności artystycznej. Oni trzymają się swojej własnej linii: wydają ogromne pieniądze na orgie pseudo-kulturalne typu Taste of Chicago i na wydarzenia sportowe, takie jak World Cup. Wszystko to polega na pieniądzach. Tysiące ludzi przyjeżdża z przedmieść na Taste of Chicago i wydaje miliony dolarów. Puchar Świata także przyniósł milionowe dochody. A kiedy politycy sprowadzają milionowy biznes do Chicago, otrzymują w zamian o wiele większe poparcie polityczne. Natomiast większość festiwalowej publiczności filmowej to mieszkańcy Chicago i okolic, choć przybywają tu ludzie z całego świata, ale to są głównie twórcy kina. I ta publiczność nie przynosi miastu zbyt wielkich dochodów. Wszystko, co dzieje się w sztuce w Chicago, opiera się na prywatnych funduszach: opera, filharmonia, teatry, kina, festiwale filmowe – absolutnie wszystko. I wie o tym Richard Daley. Kiedy go odwiedzam, powtarza mi: nie ma na to pieniędzy.”

greydot

Cudem było to, że festiwal w ogóle wystartował; cudem jest to, że przetrwał 30 lat, wrastając w pejzaż kulturalny Wietrznego Miasta. Miałem to szczęście, że po raz pierwszy zetknąłem się z nim w roku, w którym świecił pełnym blaskiem, prowadzony był z rozmachem i uświetniony obecnością gwiazdy rzeczywiście wielkiego formatu, prawdziwej legendy kina – Sophii Loren. W poprzednim odcinku opisałem wrażenia wyniesione z uroczystego otwarcia Festiwalu, w którym brała ona udział.
W następnych latach mniej było blichtru i wystawności, co oczywiście nie musi mieć pejoratywnej wymowy. Lecz Ameryka jest tego rodzaju krajem, że bez Wielkich Nazwisk, popularność i prestiż wydarzeń upada, co pociąga też za sobą mniejsze poparcie finansowe. Tak więc, następnego roku Julii Roberts, Kim Basinger, Dustina Hoffmana ani Roberta Redforda nie spotkałem. Nie spotkałem też Barbry Streisand, która miała się wtedy w Chicago pojawić, lecz w ostatniej chwili swój przyjazd odwołała. I tak oto, jedynym jaśniejszym obiektem na „Black-Tie Dinner” w olbrzymiej sali Field Museum of Natural History, okazał się wtedy burmistrz miasta Richard Daley, a największe zainteresowanie wzbudzały… olbrzymie butle szampana spoczywające u stóp szkieletu dinozaura.

greydot
W roku następnym, pod względem obecności nań celebrytów, Festiwal wyraźnie się poprawił. Otwarcie odbyło się z pełną pompa w hotelu Hilton & Towers. Zjawił się na nim Jack Lemmon (pamiętany choćby z brawurowej roli w „Pół żartem, pół serio”, jak również z wielu innych filmów, a ostatnio z rewelacyjnego „Glengary Glenn Rose”). Nie tylko świetny aktor, ale i – jak się okazało – człowiek niezwykle sympatyczny. Kiedy przedzierał się w hallu przez tłum hotelowych gości, ci, zaskoczeni jego obecnością, pozdrawiali go słowami: Good bless you, Jack!. W powszechnej uwadze był główną postacią wieczoru, odbierając nagrodę „za wybitne osiągnięcia w sztuce aktorskiej”.

Jednakże dla mnie największym przeżyciem było wówczas zetknięcie się z legendą kina, ale już europejskiego – Liv Ullmann. Wyznam tu nieopatrznie, że w młodości uwiodły mnie filmy Ingmara Bergmana, a np. takie pierwsze zetknięcie się z „Personą” było dla mnie czymś bez mała szokującym. Oczywiście, jako dziecko, z samego filmu niewiele zrozumiałem pod względem logicznym czy racjonalnym, lecz jeśli chodzi o podświadomość i intuicję, obraz podziałał na mnie bardzo mocno. To właśnie od tamtego czasu mogę chyba liczyć początek mojej fascynacji i pewnego rodzaju uzależnienia od dzieł szwedzkiego reżysera, a co za tym idzie – głębsze zainteresowanie kinem. Później, już podczas studiów w Krakowie, zająłem się bliżej twórczością Bergmana, pisząc o jej związkach z różnymi prądami w sztuce, m.in. z XIX-wiecznym symbolizmem, egzystencjalizmem i dramaturgią skandynawską (Ibsen, Strindberg). Rezultaty tych poszukiwań opublikował m.in. miesięcznik „KINO” (vide: „Bergman i symbole”).
Dlaczego o tym piszę? Otóż Liv Ullmann była główną aktorką Bergmana, zagrała w jego najbardziej liczących się filmach. Stała mi więc przed oczami jak żywa – z tamtych kadrów. I miałem też na względzie to, co o jej twarzy powiedział kiedyś sam reżyser: „Gdy widzi się twarz Liv można zauważyć jak stopniowo nabrzmiewa. To fascynujące – jej wargi stają się większe, oczy ciemnieją coraz bardziej, cała przemienia się w coś w rodzaju żądzy. Albo widzimy jej twarz przeobrażającą się w pewien rodzaj chłodnej a zmysłowej maski. (…) Powiedziałem Liv, aby skoncentrowała całe swoje uczucie w wargach.” (W tej wrażliwości w widzeniu ludzkiej twarzy rzadko kto mógł Bergmanowi dorównać.)

Najpopularniejszy amerykański krytyk filmowy Roger Ebert (1942-2013) z żoną

Najpopularniejszy amerykański krytyk filmowy Roger Ebert (1942-2013) z żoną

Oczekiwałem więc szczególnie na spotkanie z Liv Ullmann. Zobaczyłem kobietę o prezencji bardzo skromnej – bez cienia pretensji, jakie czasami przejawiają hollywoodzkie bożyszcza – bez wielkogwiazdorskich manier; naturalną, o twarzy jasnej, pozbawionej niemal zupełnie makijażu, ale ciągle młodej, rzec można… dziewczęcej. Śmiało mogłem przypuszczać, że niewielu uczestników bankietu było świadomych jej obecności. Cała uwaga skupiała się na Lemmonie, a także na innych, obecnych wówczas osobistościach kina, bardziej w Ameryce popularnych: Tonym Curtisie, Walterze Matthau, Robercie Altmanie, Gene Siskelu i Rogerze Ebercie, (który jest zresztą starym przyjacielem Festiwalu). Miałem więc okazję podejść do Liv i złożyć jej pełen podziwu hołd, także za jej ostatnie osiągnięcia teatralne.

Najwięcej jednak zamieszania było rok później, kiedy to zjawił się w Chicago Tom Cruise („Rain Man”, „Urodzony 4 Lipca”, „Top Gun”) z nieodłączna swą małżonka Nicole Kidman. Na cocktail party w sali bankietowej hotelu Hyatt Regency zwaliły się setki ludzi. Armia goryli nie mogła się opędzić od nachalnych ciekawskich i wielbicielek (popowa idolatria mas w najjaskrawszym swym wydaniu).
Byłem świadkiem sceny, kiedy jedna z reporterek (nota bene z kraju środkowoeuropejskiego) usiłowała przedrzeć się przez kordon ochroniarzy i robiła to na tyle agresywnie, że wywiązała się z tego powodu mała awantura, która ściągnęła nawet samego dyrektora biura prasowego Festiwalu.
Oto przebieg rozmowy:
Reporterka: – Przyjeżdżam tu z Europy co roku i nigdy nie miałam takich problemów!
Dyrektor: – Bo też nigdy nie mieliśmy jeszcze tutaj Toma Cruise’a.
R: – A kto to jest Tom Cruise? Papież?
D: – Jak to kto?! Dzisiaj próbowało się do niego dodzwonić prawie 5 tysięcy ludzi!
R: – To nie moja wina, że macie takie społeczeństwo!

greydot

Program Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Chicago zawsze budził we mnie mieszane uczucia. Nie mogło być inaczej, skoro zawierał zwykle około setki filmów z 30-40 krajów świata. Wiadomo, że filmowe maratony wyczynowe nie sprzyjają raczej głębszej percepcji sztuki kina, ani tym bardziej refleksji nad nią. To jest chyba dość poważny zarzut jaki można postawić Kutzy i jego współpracownikom programowym: niezbyt uważna i radykalna selekcja filmów, dopuszczająca do przeglądu zupełne niewypały. Trochę mija się to z deklaracjami organizatorów, którzy twierdzą, że starają się prezentować najciekawsze zjawiska jakie pojawiają się w światowych kinematografiach; że programowo rezygnują z komercji, kładąc nacisk na poziom artystyczny, niezależność, oryginalność, śmiałość, jak również na młodych, nieznanych jeszcze twórców. (To prawda, że zadebiutowali tu reżyserzy, którzy zostali później  tuzami współczesnego kina wyższego rzędu, jak np. Martin Scorsese czy Rainer Werner Fassbinder.) W praktyce jednak dopuszcza się wiele obrazów, których poziom jest nie tylko amatorski, ale i wręcz tragiczny – buble, które nigdy nie powinny były opuścić montażowni w tym stanie; na dodatek – wszystkie w barwach ciemnych i o tematyce zdecydowanie dołującej, wręcz potworkowatej.
Ale czy właśnie to nie świadczy o tym, że kino światowe zbłądziło? Bowiem coraz częściej mówi się o kryzysie tego kina  tak samo, jak o kryzysie moralności, racjonalizmu, literatury, sztuki, demokracji… etc. Mówi się o wszelkiej maści kryzysach, jakbyśmy czuli się zobligowani tym, że zbliża się nie tylko koniec wieku, ale i tysiąclecia – jakby schyłkowość była konsekwencją nie tyle cywilizacyjno-kulturowej ewolucji, co wyznaczoną kalendarzem – niejako kronikarską – koniecznością. Jednym słowem: świat przeżywa kryzys. Koło się zamyka – a skoro film jest odbiciem tego świata…

Ze zrozumiałych względów zawsze zwracałem na Festiwalu uwagę na filmy wyprodukowane przez kraje byłych “demoludów”, czyli “wyburzonego” bloku wschodniego. Jak pamiętamy, przez dłuższy czas zalegał tam komunistyczny gruz. Co było robić z “czerwonym” gruzem? Pokusa ponownego wykorzystania go jako budulca była duża, wydawało się jednak, że nikt nie ma zielonego pojęcia, jak skreślić plany nowej konstrukcji. Społeczeństwa były zdezorientowane, chybotały się z prawa na lewo – i na odwrót.
Równie bezsilne czuły się tamtejsze kinematografie. Nie mogąc atakować (z braku wroga, siły lub finansowego uwiądu) rzuciły się do ucieczki lub – porażone własną niemocą – wpadały w ekstrema, skłaniając się ku grotesce, karykaturze, pastiszowi… Nawet na to, by małpować amerykański wzór, nie było pieniędzy. Dlatego też często próbowały go parodiować, tworząc jakieś dziwolągi, posiłkujące się amerykańską mitologią i oddane hollywoodzkiej estetyce i mentalności.
Częściową winę (jeśli chodzi o ówczesny kryzys kina światowego) ponosił także post-modernizm, który rozluźnił wszelkie normy, nadpsuł smaki, wypaczył gusta, wprowadził na ekrany estetyczny chaos, usankcjonował różne ekscesy i dziwactwa. Namieszał zresztą nie tylko w kinie – ktoś określił go nawet wtedy jako “artystyczny szamanizm naszych czasów”.
Skoro mówimy o kinie, to warto zwrócić uwagę, że jako alternatywę dla tego rozbuchanego szaleństwa, obrano sobie na Zachodzie Krzysztofa Kieślowskiego i jego filmy – z ich małomównością, powściągliwością, szlachetnością, unikalnością klimatu, eleganckim stylem i pięknem formy. Na Festiwalu chicagowskim hołubi się polskiego reżysera od samego początku. Trzy lata temu, Nagrodę Specjalną Jury przyznano „Podwójnemu życiu Weroniki”, rok temu „Niebieskiemu”) obwieszczonemu wówczas jako „Best of the Fest”). Na ostatnim zaś, jubileuszowym (XXX!) w ramach specjalnej prezentacji, pokazano słynną w całym świecie filmowym trylogię „Trzy kolory: Niebieski, Biały, Czerwony”, co uznano za największe wydarzenie artystyczne Festiwalu.

c.d.n.
greydot

(Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 24 lutego, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.

Walter Matthau, Liv Ullmann, Jack Lemmon (zdjęcie własne)

Walter Matthau, Liv Ullmann, Jack Lemmon

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

RAGU SOPHII LOREN I TRUP BUGAJSKIEGO

(ze wspomnień wywiadowcy)

Gwoli urozmaicenia, tudzież pewnego uporządkowania moich tekstów i próby wskrzeszenia materiału, który uśpiony leżał do tej pory w szufladzie, postanowiłem powołać tutaj do życia nowy cykl zatytułowany “Ze wspomnień wywiadowcy”, który swego czasu (dokładnie: w latach 1995-96) ukazywał się na łamach prasy polonijnej. Przyznaję – tytuł trochę przewrotny, tym bardziej, że “wspomnienia” dotyczyły wywiadów jakie przeprowadziłem w latach 1990-94 (tak więc, daleko w przeszłość pamięcią nie musiałem sięgać). Myślę, że większość tych tekstów nie straciła do dziś na aktualności, a ze względu na swoją tematykę i przypomnienie znanych postaci polskiej kultury, jeszcze i dzisiaj spotkać się może z zainteresowaniem tych, którzy odwiedzają moją stronę.

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Sophia Loren (zdjęcie własne)

Do Stanów Zjednoczonych jechałem „w ciemno”. Wyjazd z Polski wydał mi się jedyną szansą wyrwania się z zaklętego kręgu, w jakim znalazłem się w kraju. Góra komplikacji osobistych, bolesne przejścia, kiepskie perspektywy ekonomiczne… Wcześniejsze wypady do Niemiec dodawały mi odwagi.
Jak na każdym prowincjuszu, Ameryka zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, choć oczywiście nie obyło się bez rozczarowań, rozwiewania mitów i konfrontacji rzeczywistości z wcześniejszymi wyobrażeniami. Lecz na to byłem niejako przygotowany, przewalając przed wyjazdem stosy makulatury, dzięki którym mogłem się zapoznać z odczuciami i wspomnieniami innych bywalców Ameryki. Jednak wiadomo – setka pornosów nie zastąpi prawdziwego obcowania z konkretną kobietą. Wpadłem wiec po uszy w objęcia Ameryki i zrazu nadziwić się nie mogłem różnym jej przejawom. Ale to już temat do innych rozważań.

Po pierwszym zachłyśnięciu się oryginałem, dała znać imigrancka, znana nam wszystkim, proza. Przede wszystkim – poszukiwanie pracy, uwieńczone, na szczęście sukcesem. Możliwość nie tylko zarobku, co głównie odrobienia długów i odbicia się od dna. Tylko że jakim kosztem? Dwanaście godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, przez pół roku – świątek, piątek, bez jednego dnia wolnego. Ciągłe obcowanie z ludzkim cierpieniem, z przewlekłą agonią. Potrzeba odskoczni, by nie zwariować. Zastępujący mnie na nocnej zmianie Rysiek, lekarz anestezjolog z Białegostoku, wspomina o swoich kontaktach z prasą polonijną. Ja mówię, że pisałem w Polsce do „KINA”, „Filmu na świecie”, „Powiększenia”, że miałem swoje publikacje w „Tygodniku Solidarność”, w „Sanie”… na co on: „To napisz coś, cokolwiek”. No i za tydzień miałem swój debiut w „Dzienniku Chicagowskim” w postaci dwóch artykułów: jeden traktował o przyczynach upadku PZPR i charakterologicznym podziale jej członków (czyli o ludziach partii), natomiast o temacie drugiego chciałbym już dzisiaj litościwie zapomnieć. I tak oto zaczęła się moja przygoda literacko-wywiadowcza z Chemigraphem (czyli z wydawcą trzech polonijnych tytułów prasowych: „Dziennika Chicagowskiego”, „Gazety Polskiej” i tygodnika „Relax” – przyp. stb).

greydot

Już z okazji pierwszego reportażu udało mi się trafić na salony, gdzie spotkałem samą… Sophię Loren. To nic, że musiałem tam dojechać dysponując jedynie 10-letnim, rozsypującym się junkiem, który kupiłem za moją pierwszą „tygodniówkę”. Jadąc do downtown po zatłoczonej don granic niemożliwości autostradzie, mój relikt motoryzacji jakoś przetrzymał, mimo że pędziłem nim z zawrotną dla niego prędkością 50 mil na godzinę. Zaczął mi dopiero rzęzić przy zjeździe na Jackson Blvd., gdzie rozkraczył się już na dobre, na samym środku ulicy. W chłodnicy nie było kropelki wody. Interesująco musiałem wyglądać przy tej zżartej przez rdzę kupie złomu, w moim wytwornym (a tak!) fraku pingwina i muszce (stroju wypożyczonym, of course), pochylony nad silnikiem, który pokrywały całkowicie kłęby dymu. To, że ruszyłem (na wszelki wypadek miałem przy sobie kilka galonów wody) i znalazłem wreszcie jakiś parking, zakrawało na cud. Z pierwszego zrezygnowałem, gdy jacyś kręcący się tam kolesie pokazali mi charakterystyczny znak obrazujący proces skracania człowieka o głowę. Był za daleko.

greydot

Premiera inaugurującego XXVI Międzynarodowy Festiwal Filmowy – bo o tej imprezie tu mowa – filmu w reżyserii Liny Wertmüller i z Sophią Loren w roli głównej, miała się odbyć w przypominającej ubiegłowieczną operę sali widowiskowej Fine Arts Theatre. Po przybyciu na miejsce, zastałem tam tłum przedziwny i … błyskotliwy – głównie dzięki damom w imponujących kreacjach, obwieszonych kilogramami biżuterii. Uroda pań oscylowała między uderzającą pięknością, a pięknością, której uderzenie było już nieco słabsze. Te ostatnie, to seniorki trudne do zidentyfikowania pod kilkoma warstwami pudru i smarowideł. Wreszcie weszła ONA – Sophia Loren, w pięknej czerwonej sukni ozdobionej olśniewającymi brylantami. Towarzyszył jej małżonek, znany włoski producent filmowy, Carlo Ponti.
Po projekcji filmu, (którego recenzję zamieszczę przy innej okazji) odbyła się odświętna Night Opening Gala wraz z wystawnym benefitowym obiadem w nowopowstałym wieżowcu przy 515 North State Street: „… zdumiewającej geometrycznej fantazji światła i szkła, zaprojektowanej przez wybitnego japońskiego architekta Konzo Tange” – jak obwieszczono w programie imprezy. Wszystkich nas przewieziono tam specjalnymi autobusami.
W konsumpcji obiadu (o 11 w nocy!) uczestniczyła, oprócz wymienionych wcześniej celebrities, cała śmietanka tubylczego (i nie tylko) światka artystycznego i administracyjnego, jak również zwykli zjadacze hamburgerów, których stać było na zafundowanie sobie za $150 wspólnego posiłku z Sophią Loren. Inna sprawa, ze oddalonej o kilkadziesiąt stolików w ogromnej, przypominającej halę, sali bankietowej. W menu znalazła się też potrawka Wielkiej Gwiazdy pod nazwą Pasta Ragu. Dzięki niespotykanie fotogenicznej i nieprzemijającej urodzie Sophii, mam pamiątkę po tamtym wieczorze – serię slajdów, na których udało mi się jej podobiznę utrwalić. Jeden z nich trafił nawet na okładkę tygodnika „Relax”, dzięki któremu zdobyłem akredytację na Festiwal. Wyglądałem w tłumie zapowiadanych gości z Polski: reżysera Ryszarda Bugajskiego („Przesłuchanie”) i Macieja Dejczera („300 mil do nieba”), autorów filmów w tamtym czasie głośnych. „Przesłuchanie”, traktujące o stalinizmie w Polsce lat 50-tych, wyróżnione nagrodą Grand Prix na festiwalu w Cannes, to 8-letni „generał” wśród polskich „półkowników”, czyli filmów, które latami straszyły – nie tylko decydentów od rozpowszechniania, ale i wysokich luminarzy partii – leżąc na półkach przepastnych magazynów, zionących niemalże kafkowskim absurdem. Mimo to – a może właśnie dzięki temu – o „Przesłuchaniu” słyszał każdy. Film znalazł się w konkursie chicagowskiego festiwalu.
Natomiast Maciej Dejczer już 6 lat wcześniej przeniósł się na Zachód: „Wyjeżdżając nie zabrałem ze sobą z kraju postawy roszczeniowej, jak robi wielu Polaków. Wybór rysował się jasno: albo będę żył w ZOO, albo w dżungli. W ZOO gwarantują ochłap mięsa i miskę wody; machając ogonem można zyskać poklask gapiów, ale wybieg zamyka krata. W dżungli o wszystko trzeba walczyć, mogą zagryźć, ale samemu można też upolować więcej, niż w ZOO przyniesie dozorca. Prawa dżungli są okrutne, ale dżungla jest nieskończona, wolna… W Polsce ludzie wolą uciekać od odpowiedzialności – to się nie zmieniło. System amerykański nie gwarantuje niczego, stwarza tylko możliwości. Jeżeli komuś się nie powiedzie – ląduje na chodniku Piątej Avenue z zawiniątkiem pod głową, jako jedynym dobytkiem; jeśli mu się uda – mija tego nędzarza, jadąc limuzyną za pół miliona dolarów. ja jestem zwierzęciem, które w dżungli czuje się dobrze. Dżungla mnie fascynuje, mimo że jestem bliżej tego na chodniku, niż w limuzynie.” (Z wywiadu udzielonego tygodnikowi „Film”.)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Márta Mészáros i Jan Nowicki (zdjęcie własne)

Zależało mi na spotkaniu z Bugajskim. Zamiast tego trafiłem na Jana Nowickiego, popularnego krakowskiego aktora, oraz na jego żonę, Węgierkę Mártę Mészáros, bez wątpienia jedną z najwybitniejszych reżyserek filmowych na świecie. Nowicki i Mészáros znaleźli się w gronie siedmiu jurorów Festiwalu (a więc i oni mieli oceniać film Bugajskiego). Ja w zasadzie na takich przyjęciach nie bywam – powiedział Jan Nowicki – ale ponieważ jesteśmy tutaj z żoną w jury, to uważałem trochę za swój obowiązek przyjść, mimo że jesteśmy zmęczeni, bośmy dwie godziny temu przylecieli. I bardzo się cieszę, że tu przyszedłem. Bo to jest coś tak osobliwego – takie… amerykańskie miejsce. Ogromnie to zabawne! Strasznie dużo śmiesznych starszych pań, bardzo dziwnie ubranych. Ogromnie śmieszne. Nieliche panoptikum.
Na moje pytanie, czy obecni są tutaj także zaproszeni reżyserzy: Wajda, Dejczer i Bugajski, usłyszałem: O rany boskie! Jakie wielkie auto przejechało za oknem! Taki jamnik długi. Coś obrzydliwego – taki karawan dla koszykarza. No, przegapił pan!… Strasznie mi ten kraj przypomina Związek Radziecki. Okropnie. Jak Boga kocham! Tyle, że bogaci. No, zobacz na te rzeźby (tu Nowicki wskazał na gipsową Wenus z Milo) – no przecież zesrać się można. Jak w jakimś pałacu kultury i nauki… Ale podoba mi się to, że oni tacy uśmiechnięci, cholera… No bo człowiek, jak się tak długo uśmiecha – i nawet sztucznie – to w końcu zacznie się uśmiechać szczerze.
Jednak, gdy znowu zagadnąłem o innych gości z Polski, Nowicki się poddał: No, Dejczer ma być… A Bugajski? To co – on dalej ciągnie tego starego trupa?… To swoje… jak to się nazywa? Kiedyś ktoś mnie zapytał, co ja sądzę o tym filmie, więc ja powiedziałem, zgodnie z prawdą, że go nie widziałem. Natomiast – ponieważ to była pani – ja jej mówię: słuchaj, to jest tak, jakbym ci zaproponował czy wolałabyś się przespać ze starym Płatonowem, którego gram teraz, czy z młodym Stawroginem, którego grałem 15 lat temu… Przecież to absurd! Nie można bez końca pokazywać filmu, który się zrobiło 10 lat temu!

Widząc, że zaniedbujemy trochę panią Mészáros, zacząłem ją przepraszać za zabranie jej męża.
Ależ nic nie szkodzi – odparła z lekkim akcentem (za to określenie powinna mi być wdzięczna) – gadajcie sobie, gadajcie.
No ale jak pani się czuje tutaj w Chicago? Pierwszy raz w tym mieście? – zapytałem
21 filmów trzeba zobaczyć (i tu z ust Nowickiego wyrwało się niecenzuralne słowo, zaczynające się na taką samą literę, jak słowo „kreacja”). Ja byłam już tutaj wcześniej. Dwa moje filmy zdobyły nagrodę na tym Festiwalu. A co ja sądzę o tej otoczce? Ja to lubię. Mnie zawsze zachwycały takie duże miasta, tłumy ludzi… Tak, jak to lubię.

greydot

To był mój pierwszy festiwal w Chicago i choć odtąd co roku miałem nań akredytację, to dopiero po trzech latach mogłem pełniej uczestniczyć w filmowych seansach i bliżej śledzić jego repertuar, pisząc przy tym sprawozdania do polonijnej prasy. Wtedy, na XXVI chicagowskim przeglądzie kina światowego, zainteresowanie mass-mediów było duże. Fama Sophii Loren zrobiła swoje. Nie bez znaczenia było również to, że w przeszłości związane z nim były także takie sławy kina, jak np. Bette Davis, Harold Lloyd, Pier Paolo Pasolini, Mel Brooks, Orson Welles, Gloria Swanson, Arthur Penn, Sydney Pollack, Alan Parker, Martin Scorsese, Rainer Werner Fassbinder… Oprócz Sophii Loren do Chicago przybyli jeszcze wtedy: Robert Altman, Claude Lelouche, Jiří Menzel, István Szabó a nawet sam… Dennis Hopper, notoryczny „Bad Boy” Hollywoodu, którego możemy pamiętać choćby z filmu „Easy Rider”.
Niestety, chicagowski Festiwal z roku na rok jakby spuszczał nieco z tonu (chodziło głównie o względy finansowe), zmieniało się jego oblicze… cokolwiek blednąc.

greydot

(Artykuł ukazał się na łamach „Dziennika Chicagowskiego”, 17 lutego, 1995 r.)

Inne odcinki cyklu: TUTAJ.