BEZ SZUMU HUSARSKICH SKRZYDEŁ – o książce Adama Leszczyńskiego „LUDOWA HISTORIA POLSKI”

rzecz o mitologii panowania – historia biedy, pogardy, opresji i wyzysku w Polsce – opór, bunt i wyzwolenie

.

Adam Leszczyński postanowił zająć się „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.” (Kolaż własny z wykorzystaniem obrazów olejnych Piotra Michałowskiego)

.

Zacznę od tego, co napisałem po przeczytaniu kilkudziesięciu stron książki Adama Leszczyńskiego.

..

Ciekaw jestem czy czytając „Ludową historię Polski” znajdę odpowiedź na pytania, które mi chodzą po głowie w czasie jej lektury:

– Czy kiedykolwiek ludzkość będzie funkcjonować jako społeczność, w której nie istnieje systemowy wyzysk jednych ludzi przez drugich? Wyzysk różnie nazywany – występujący w różnej formie, choć zwykle nie nazwany po imieniu i zawsze usprawiedliwiany (tłumaczony) koniecznością – zwłaszcza przez jego beneficjentów.

– Czy kiedykolwiek będziemy mogli stworzyć system społeczny i polityczny bez klas, warstw, elit, które nie byłyby uprzywilejowane? (Bo przecież już sama przynależność do elity jest uprzywilejowaniem.)

– Czy już zawsze będzie tak, że wyższa sprawność intelektualna (lepsze zdrowie, silniejszy organizm… – czyli cechy nie będące właściwie zasługą żadnego człowieka – będą wytłumaczeniem (usprawiedliwieniem) czyjejś wyższości nad innymi ludźmi, (w sensie wyższej pozycji społecznej, wyższego poziomu życia, większego uprzywilejowania… etc.)? Jeśli tak, to niesprawiedliwość jest cechą niezbywalną ludzkiej kondycji i leży u fundamentów jakiegokolwiek ustroju/porządku społeczno-politycznego (wbrew równościowym i wolnościowym deklaracjom twórców oraz egzekutorów tego systemu).

– Gdzie kończy się obopólna korzyść a zaczyna wyzysk? Przy czym nie mam tu na myśli systemów, które wręcz opierają się na przemocy i wyzysku (jak np. niewolnictwo czy feudalizm) ale ustroje uważane za demokratyczne, praworządne – kapitalistyczne czy socjalistyczne.

– Fikcjom (a czymś takim są nie tylko ustroje, światopoglądy, mity, religie, ale i prawa, instytucje społeczne i polityczne, oraz sama władza) nadajemy moc sprawczą, funkcjonującą realnie. Czy oznacza to, że wiedza zawsze musi się odnosić również do fikcji i ją (choćby po części) obejmować? Czy może istnieć wiedza ograniczona tylko do faktów w świecie, którego nie możemy w całości ogarnąć i poznać – a tym samym zrozumieć?

– Co decyduje o rozwoju (zmianie, ewolucji) systemów politycznych i społecznych? Czy na pewno jest to poczucie społecznej niesprawiedliwości, czy też wynikająca z walki klas i ludzkiej rywalizacji zmiana rozkładu sił, zmiana elit, wprowadzenie nowego „porządku” – bardziej efektywnie funkcjonującego systemu władzy i nowych form nacisku, przemocy i opresji?

– Co począć z całym tym dziedzictwem kulturowym ludzkości (dzieła sztuki, osiągnięcia naukowe, architektura, świątynie), które byłoby niemożliwe bez istnienia systemów opartych na przemocy, niewolnictwie, wyzysku jednych grup społecznych przez drugie? Jaki obecnie mamy mieć do tego stosunek moralny? (Podobnie jest z cywilizacyjnym rozwojem ludzkości związanym, czy też raczej opartym na kolonializmie, na podboju militarnym, na przemocy i siłowej opresji.)

– Czym jest wartościowanie człowieka jak nie ustalaniem i usprawiedliwieniem jego pozycji w istniejącym (narzuconym, obowiązującym) systemie społecznym? Czy bez tego (wartościowania) możliwe jest funkcjonowanie jakiegokolwiek społeczeństwa?

– Jeśli nie jesteśmy w stanie wyrugować niesprawiedliwości ze świata, to czy aby nie dlatego, że wynika ona w świecie ożywionym (w tym również ludzkim) z cech (właściwości) naturalnie nam przyrodzonych (same pojęcia sprawiedliwości czy niesprawiedliwości nabierają sensu dopiero wtedy, kiedy odniesiemy je do jakiegoś systemu etycznego, notabene przez nas samych tworzonego).

– Istniejący w danym momencie porządek społeczny zawsze wywodzony był, legitymizowany i tłumaczony jakąś siłą wyższą (Bóg, bogowie) lub inną koniecznością, zwykle ekonomiczną (zysk w kapitalizmie, „sprawiedliwość” społeczna w socjalizmie). Czy istnienie tej konieczności jest niezależne od nas? A jeśli tak, to czy nie jest ona wykorzystywana do usprawiedliwiania społecznych nierówności, eksploatacji innych i wyzysku?

– Historię piszą nie tylko zwycięzcy, ale również ci, którzy są zainteresowani taką a nie inną narracją. Autor „Ludowej historii Polski” stosuje narrację zgodnie z perspektywą ludu (uciśnionego). Czy jednak po to, aby otrzymać pełny historyczny obraz rzeczywistości, nie należy także uwzględnić narracji stworzonej z perspektywy warstw społecznych złożonych z ludzi majętnych i posiadających władzę – czyli de facto mających o wiele większy wpływ na rzeczywistość i dokonywane w niej zmiany?

greydot

Lektura w dżungli

.

.

Zastanawiałem się, czy do tekstu, który miał być recenzją książki, dołączyć powyższe notatki; a jeszcze bardziej zastanawiałem się nad tym, czy załączyć swoisty komentarz do nich, wyjaśniający ich genezę i okoliczności powstania. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na jego ujawnienie:

Jestem w meksykańskiej subtropikalnej dżungli i czytam „Ludową Historię Polski”. Być może jednak to stwierdzenie jest mylące, bo wprawdzie dżungla jest prawdziwa (żyją w niej nawet małpy, o mnóstwie ptaków i innych gadów nie wspominając) ale ja siedzę w wygodnym fotelu, popijam zimną wodę z lodem i limonką i zamiast relaksować się tudzież upajać przyjemnym tropikiem, zaprzątam sobie (akurat teraz) głowę pytaniami odnoszącymi się do niesprawiedliwego z natury porządku świata. Pytaniami, które na dodatek są pytaniami retorycznym, z odpowiedzią – w każdym przypadku – dla nas ludzi mało radosną, czy też zgoła pesymistyczną. Bo czy odeszliśmy już wystarczająco daleko od praw dżungli?
Muszę przyznać, że jest coś z przewrotności, może nawet nieprzyzwoitości w tym, że piszę to wszystko w takich okolicznościach – korzystając z sytemu umożliwiającego mi wakacje w egzotycznym kraju, w komfortowych warunkach, z nielimitowanym dostępem do drinków i stołów, na których piętrzą się góry pysznego jedzenia. A obok ludzie, którzy na skinienie ręki usługują resortowym gościom i spełniają ich/nasze życzenia?
Czy ja na to zasługuję? Czy to jest sprawiedliwe? (Bo jeśli takie nie jest, to moje zachowanie jest niemoralne.) Czy ci wszyscy, którzy tutaj przybyli z całego świata zarobili na ten wydatek w uczciwy sposób? (Ciekawostką jest to, że około 30% ludzi mieszkających w tym samym ośrodku co my, to Polacy, którzy przylecieli tu prosto z kraju. Oczywiście powyższe pytanie odnosi się do nas wszystkich, nie tylko do moich rodaków.)
Być może te moje skrupuły i dylematy wydadzą się komuś dziwne, a może nie? Być może są zasadne, być może zupełnie bezpodstawne?
Ludzie, którzy korzystają z jakiegoś systemu i jednocześnie ten system kontestują (uważając, że jest on niesprawiedliwy) – to gatunek w przyrodzie prawie że niewystępujący (Chyba, że mamy do czynienia z Hollywood.) Zwykle, jeśli ktoś się jakiemuś systemowi sprzeciwia, to nie jest jego beneficjentem i czuje się przez ten system wykorzystywany. Choć i to nie jest takie powszechne, bo jednak ludzie w zdecydowanej większości (niemal wszyscy) są konformistami.
A kontestatorzy (rewolucjoniści) – wbrew temu co sami deklarują – chcą z klasą dominującą (uprzywilejowaną, wyzyskującą innych) zamienić się miejscami. Po to najczęściej dążą do władzy – a nie po to, by ulżyć doli współbraci. Czego w historii wielokrotnie byliśmy świadkami.
Koniec końców można niestety stwierdzić, że nie ma sprawiedliwości na świecie – i nie będzie. I żaden system nie może tego zmienić. Ale czy naszym obowiązkiem nie powinno być to, by się zachowywać tak, jakby ta sprawiedliwość była? (I niekoniecznie musi to mieć cokolwiek wspólnego z hipokryzją.)

greydot

Wieś galicyjska – lata 20-te XX wieku  (fot. archiwum, autor nieznany)

.

.

No i jestem już po przeczytaniu książki. Czy dzięki tej lekturze poznałem odpowiedzi na zadane w pierwszej części pytania? Bynajmniej. Zresztą, już wtedy, kiedy je formowałem, wiedziałem, że wiele z nich to są pytania retoryczne, na które odpowiedź brzmi pesymistycznie, albo na które zgoła nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Jednakże wydaje mi się, że wszystkie z tych pytań są zasadne i poruszają bardzo ważne kwestie funkcjonowania systemów władzy, mechanizmów i sposobów podporządkowania sobie (i wykorzystywania/wyzysku) innych ludzi – ważne w każdej epoce, a tym bardziej w czasach, w których żyjemy my sami. I już na tym polega wartość książki Adama Leszczyńskiego, że prowokuje do takich przemyśleń i uwrażliwia na (nie)dolę ludzi krzywdzonych, „podrzędnych”, wykluczonych, rządzonych – poddanych wyzyskowi i opresji – zwłaszcza jeśli jest to proces rozłożony na stulecia, czy nawet (jak w tym przypadku) na millenia.

karkołomność

Muszę przyznać, że książkę czytałem z ciekawością, choć przydługi rejestr dokumentów ujawniających ciemiężenie warstw niższych przez wyższe mógł nieco nużyć (przy okazji zastanawiałem się wtedy, czy aby taka masa – monotematycznych w sumie – tekstów źródłowych, nie jest jednak wadą pozycji popularno-naukowej, jaką jest chyba praca Leszczyńskiego). Dość szybko zdałem sobie sprawę z tego, że autor porwał się na temat wręcz monumentalny, na którym można było polec, zwłaszcza jeśli stosuje się tak karkołomną optykę kontrapunktu dla dominującej jednak w naszym kraju (zwykle elitarnej) narracji narodowo-konserwatywnej – pełnej, jak to ktoś określił „szumu husarskich skrzydeł” –  podkreślającej wielkość i nieugiętość polskiego narodu, jego przywiązanie do tradycji i katolicyzmu, bohaterstwo i zaangażowanie w walce o niepodległość. (Czy można się jednak dziwić, że każdy naród chce mieć o sobie dobre mniemanie i zwraca głównie uwagę na to, co w jego historii było dobre? Wiem, wiem… znam już zarzuty na takie stwierdzenie. Może tylko wspomnę, że jestem zwolennikiem zachowywania – także w badaniach historycznych – właściwych proporcji).
Cóż, Leszczyński w tej trudnej i wielkiej robocie trzyma fason, ale momentami jednak kuleje (o tym poniżej) i wiele ważnych wątków wymyka się mu spod pióra (np. różnorodność polskiej wsi pod poszczególnymi zaborami, znaczenie mieszczaństwa, również składającego się głównie z biedoty), ale generalnie udaje mu się zachowanie narracyjnego tempa i ukazanie ciągłości systemowego poddaństwa – dziejów pańszczyzny i uwłaszczenia – oporu i emancypacji polskiego ludu. Mnie szczególnie zainteresowało to, co autor pisał o położeniu polskich chłopów i robotników w XIX i XX wieku. Może dlatego, że była to (według mnie) analiza bardziej kompleksowa (i mniej przyczynkarska), niż ta, która odnosiła się do wieków wcześniejszych. Szkoda, że to wszystko w książce kończy się praktycznie na tzw. transformacji ustrojowej lat 1989/91. Osobiście namawiałbym Adama Leszczyńskiego do napisania monografii poświęconej szerokim grupom społecznym, które na ówczesnych przekształceniach własnościowych i transformacji gospodarczej ucierpiały – co byłoby poniekąd kontynuacją podjętego tu przez niego tematu (ale chyba bardziej ryzykowną).
Książka doczekała się tak wielu pozytywnych opinii, że nie chcę ich tutaj powielać – tym bardziej, iż ze sporą ich częścią się nie zgadzam – a już na pewno nie z tymi entuzjastycznymi. Może wiec tylko zakreślę pokrótce własne – oczywiście, że subiektywne – przemyślenia, uwagi i wrażenia wyniesione z tej lektury.

perspektywiczna wybiórczość

Rozumiem intencje i motywy jakimi kierował się autor „Ludowej historii Polski”, by w swojej narracji historycznej przyjąć perspektywę niższych warstw społecznych (głównie chłopstwa, a potem także i robotników), podporządkowanych elitom władzy (politycznym i ekonomicznym), ale według mnie, przyjmując taką postawę, Leszczyński postępuje podobnie, jak ci, którzy w swoich relacjach i opracowaniach historycznych zupełnie ignorowali „lud” (tych, którymi się rządziło), czyli de facto zdecydowaną większość społeczeństwa, skupiając się na dość wąskim marginesie społeczeństwa tworzonym przez warstwy uprzywilejowane (czyli tych, którzy rządzili).
Innymi słowy to, że perspektywa opisu historycznego zostaje dokładnie odwrócona, nie zmienia pewnej nierzetelności metodologicznej, którą stosuje się w obu przypadkach. Mało tego: to, że oko historyka skupia się właściwie tylko na warstwie podporządkowanej (rządzonej), a nie na elitach władzy (warstwie rządzącej) – choć także na relacjach między tymi grupami społecznymi (lub ich braku) – utrudnia nam (jeśli wręcz nie uniemożliwia) zrozumienie przeszłości, tym bardziej, że kształtowana była ona właśnie niemal całkowicie przez decydenckie elity (gdyż jest to zupełnie naturalny proces cywilizacyjny). A tu Leszczyński dość bezceremonialnie ignoruje i pomija całe pola wiedzy historycznej, przedstawiając tylko te, które go interesują (i są zgodne z polityczną wymową jego książki, ergo wynikają z jego własnej ideologicznej orientacji), wyjmując je praktycznie z szerszego kontekstu.
A musimy pamiętać, że dany fakt historyczny posiada sens poznawczy i znaczenie tylko wtedy, kiedy umieszczony jest w jak najpełniejszym kontekście, nie tylko ekonomiczno-politycznym (jak to ma miejsce w książce), ale i cywilizacyjno-kulturowym (czego w książce raczej brak).

ksiądz pijanica i złodziej

Książkę Leszczyńskiego zamyka ciekawy esej o metodzie, który – co charakterystyczne – otwiera „Zwyczajna historia z przeszłości”, w której autor przedstawia (na kilku stronach) skargę chłopów na księdza Marcina (wszystko to dzieje się w pierwszej połowie XVIII w.), którą skierowali do księcia Sanguszki. Bowiem mieli już dość „Wielebnego”, który – zwykle zalany w sztok – łupił ich zagrody i domostwo, kradnąc co tylko wpadło mu w ręce (od krów i koni, po skrzynie pełne ubrań), nie wypełniał obowiązków pasterskich, czy wreszcie bił chłopów – potrafił nawet zwymyślać swoich „wiernych” podczas mszy, którą zresztą często odprawiał po pijanemu.
I teraz: mamy traktować tę przypowieść o księdzu warchole jako reprezentatywną dla roli i zachowania całego stanu duchownego (a tym samym definiującą charakter ówczesnego Kościoła Katolickiego), czy też odebrać ją jako przykład ukazujący zepsuty margines duchowieństwa?
Jestem pewien, że Leszczyński wybrał ten incydent, aby właśnie ustalić tę pierwszą perspektywę: cały stan duchowny gnębił i wykorzystywał lud, księża mieli gdzieś wartości chrześcijańskie i swoje obowiązki wobec wspólnoty, a Kościół był instytucją z gruntu opresyjną.
Dysponuję przesłankami (a raczej dowodami) na potwierdzenie tego mojego przekonania, ale o nich za chwilę.

marksistowska przewrotność

Bo oto zaraz po rozdziale przywołującym casus księdza-pijanicy-utracjusza, mamy następny zatytułowany: „Marksizm i reakcja w polskiej historiografii”, traktujący o pojawieniu się historyków marksistowskich, którzy – jak pisze Leszczyński – zarzucali głównemu nurtowi narodowej historiografii „błędne założenia metodologiczne”, „odchylenie nacjonalistyczne”, „klasowy, reakcyjny sposób oceniania rzeczywistości historycznej”.
Co jest według mnie niesłychanie paradne, bo marksiści zrobili dokładnie (a na dodatek programowo i dobitniej) to samo: stosując odchylenie proletariacko-ludowe, przyjmując jeszcze bardziej klasowy sposób oceniania rzeczywistości historycznej. Czyli, co za tym idzie, sami posłużyli się (jak najbardziej błędnymi) „błędnymi założeniami metodologicznymi”.
Wynikało to z ich spostrzeżenia, że „nie ma politycznie neutralnych faktów i nie istnieje politycznie neutralna nauka historyczna” – co naturalnie, mimo pozornej oczywistości, można według mnie poddać filozoficznej krytyce i ocenie rzetelności historycznych badań.
Wprawdzie Leszczyński pisze, że „Staliniści wyciągnęli (..) krańcowe wnioski z takiej diagnozy”, ale sam stosuje nie inną, tylko właśnie marksistowską metodę pracy nad historią, mówiąc (w jednym ze swoich wywiadów) wprost: „Wybór tematu badawczego jest deklaracją polityczną, i nie ma materiałów badawczych, które są neutralne – sam ich wybór jest deklaracją”.
Z tego wniosek, że jego książkę trzeba uznać właśnie za deklarację polityczną. Co w moich oczach w pewnym sensie ją kompromituje – i to nie tylko dlatego, że mam dość całej tej prawicowo-lewicowej nawalanki, jaka w ostatnich latach nasiliła się w kraju do poziomu uniemożliwiającego jakąkolwiek sensowną dyskusję między obozami tzw. „prawicy” i tzw. „lewicy”. (Ujmuję te słowa cudzysłowem, gdyż z tradycyjnymi, klasycznymi pojęciami w obecnej rzeczywistości politycznej nie mają już one wiele wspólnego, a w praktyce są używane do identyfikacji i stygmatyzacji „wroga”).

greydot

Wieś polska – początek XX wieku (zdjęcie archiwalne, autor nieznany)

.

Leszczyński: „ludowa historia Polskie nie może być historią Polaków”

Autor książki, mierząc się z napisaniem ludowej historii Polski oświadcza, że musi ona „stawiać interesy i potrzeby ludzi podporządkowanych na pierwszym miejscu i stanowić całkowitą reinterpretację narodowej historii z ich perspektywy”. Zdając sobie sprawę z trudności zdefiniowania samego pojęcia „ludu” autor deklaruje, że taka historia powinna być „historią dolnych 90 proc. społeczeństwa – ludzi rządzonych, a nie rządzących; biednych, a nie bogatych; zwykle niewykształconych i zawsze podporządkowanych władzy.
Ale Leszczyński zaskakuje bardzo takim oto zdaniem: „‘Ludowa historia Polski’ nie da się więc w żaden sposób sprowadzić do ‘ludowej historii Polaków (i Polek)’” Jeśli tak, to błędem jest także pisanie „Ludowej historii Polski”, bo przecież sama Polska jest/była tworem w pewnym sensie fikcyjnym, bezosobowym – no i zniknęła, jako twór państwowy, z mapy Europy na sto kilkadziesiąt lat.
Zdanie ostatnie napisałem oczywiście z przekąsem, bo sądzę, że oświadczenie Leszczyńskiego wynika z jego fobii (anty)narodowej, sceptycznej wobec samego pojęcia „Naród” (którego istotę i historyczny byt poddaje się ostatnimi czasy rewizji) – z obawy, by broń Boże nie nazwać Polakami (Polkami) ludzi, którzy bynajmniej Polakami się nie czuli, choć żyli w kraju uważanym za Polskę.
Absolutnie nie mogę mieć żadnych pretensji do Leszczyńskiego, że „pochylił się” nad „ludem” – tutaj: ludźmi podległymi, wykorzystywanymi, biednymi – zwracając uwagę na ich wyzysk przez klasy wyższe oraz formy oporu, jakie stosowali (wręcz przeciwnie: jestem mu za to wdzięczny, gdyż ja sam zawsze identyfikowałem się bardziej z tymi „słabszymi”, „przegranymi”, „wykluczonymi” – wywodzącymi się z różnych narodów i ras, w różnych okresach historycznych, i w różnych częściach świata – o tym, że sam wywodzę się ze środowiska wiejskiego nie wspominając). Mam natomiast pretensje, że zaburzył on jednak proporcje, zupełnie ignorując pewne cywilizacyjne aspekty opisywanej rzeczywistości – przez co czasami odnosiłem wrażenie, jakby ów jego „lud” żył w jakiejś kulturowej próżni, otoczonej wrogimi, niewolącymi go siłami pochodzącymi w sumie od niewielkiej warstwy społecznej złożonej z ludzi posiadających władzę i (tu moja pretensja się wzmacnia!) zajmującymi się niczym innym, jak tylko tego „ludu” gnębieniem. No i składającymi się przy tym z samych brutali, oprawców i krwiopijców (lekka moja przesada zamierzona).
A tak przecież nie było.

nie ma polskości beż tożsamości

To jest mój główny zarzut wobec książki Leszczyńskiego. I stąd według mnie wynika jej zasadnicze ograniczenie, bo usuwa ona (nie tyle w cień, co w ogóle) z pola widzenia rzeczy wręcz fundamentalne i najbardziej istotne dla zrozumienia polskiej historii – i tzw. polskiej „tożsamości”. Tak, tak, głównie narodowej – bo czy nam się to podoba, czy nie, to dzięki niej właśnie Polska nie zginęła z mapy świata na zawsze, a Polacy nie żyją gdzieś na peryferiach innych państw, jak np. dzisiejsi Tybetańczycy, Palestyńczycy, czy Kurdowie.
Ponadto, poprzez to swoje zafiksowanie na rejestrze (niewątpliwych, i przyznaję, że często strasznych) krzywd ludności uciskanej, autor zupełnie nie analizuje genezy (ani nawet podstaw) opresyjnego bez wątpienia systemu – nawiązując wprawdzie do jakiejś „mitologii panowania”, ale jest to zbyt efemeryczne (legendarne) i hipotetyczne, aby było przekonujące. Według mnie, tu aż prosiłoby się spojrzenie antropologiczne – tak jak to zrobił w swoich książkach choćby Yuval Noah Harari (głównie w „Sapiens: od zwierząt do bogów”), który również pisze o mitologii panowania, jako o fikcji, ale w taki sposób, że rozumiemy (już zupełnie rzeczywiste i twarde) podstawy systemów władzy, jakie wymyślił człowiek (wykorzystując swoją własną podatność na podporządkowywanie się fikcjom, notabene również tworzonych – wraz z całą kulturą – przez Homo sapiens).

Kościół opresyjny, szlachta do niczego

Są jeszcze inne braki w tej książce. Uderzyło mnie np. to, że niemal zupełnie pominięta została w niej rola Kościoła – ta w kształtowaniu, jak i utrzymaniu polskiej świadomości historycznej i narodowej tożsamości, o której przed chwilą wspomniałem, uznając ją za warunek sine qua non przetrwania przez nasz kraj jego państwowego niebytu (zabory), czy nawet „wybicia się” Polski na niepodległość – pozbycia się sowieckiej kurateli i utworzenia demokratycznego państwa (Solidarność).
Leszczyński pisze w zasadzie wyłącznie o opresyjnym działaniu Kościoła wobec ludności z niższych warstw społecznych i jego roli w utrzymywaniu panującego systemu władzy, ucisku i wyzysku, jakby zapominając o tym, że był on dla przytłaczającej większości „ludu” źródłem wiary, kreując system wartości w perspektywie metafizycznej – nadający sens ich (to prawda, że w przytłaczającej mierze marnemu) życiu, niosącego pociechę, nadzieję i egzystencjalną ulgę (no, ale to są argumenty, które lewicowi „myśliciele” mogą raczej wyśmiać).
Co chcę przez to powiedzieć? Otóż to, że Kościół, jaki był to był, ale działał nie tylko w sferze opresji, porządkując chaos niezrozumiałego dla człowieka świata, ubogacając go w sens i wartości etyczne. Tak więc, ksiądz miał gigantyczny wpływ na to, co się działo we wsi, ale nie tylko „biorąc chłopa za mordę” i prowadząc przy tym życie pijaka, próżniaka, łupieżcy i niegodziwca (jak to sugeruje „Ludowa historia Polski”). Była też olbrzymia sfera wpływu pozytywnego księży i Kościoła (podobnie zresztą, jak szlachty), czym było np. (oprócz aspektów wyżej wymienionych) budowanie i utrzymywanie poczucia wspólnoty, wzajemnej pomocy, opieki i obrony, redukowania agresji. Jak by na to nie patrzeć, to właśnie Kościół określał światopogląd ludu.
Leszczyński traktuje tego rodzaju wpływ i znaczenie Kościoła, jakby go nie było, ale kiedy pisze o strajkach czy oporze – czy to chłopów, czy to robotników – to podaje też (choć tak jakby mimochodem) przykłady religijności tych ludzi (śpiewanie religijnych pieśni, odmawianie różańca, odprawianie mszy). Z sufitu – i z samego prania mózgu – to się jednak nie wzięło.
W podobnie idiosynkratycznej odsłonie funkcjonuje w książce Leszczyńskiego cała szlachta. A przecież nie była to grupa społeczna do cna zepsuta, wyzbyta wszelkich wyższych wartości. Wręcz przeciwnie. Nie bez kozery do dzisiaj używa się słowa „szlachetny” na określenie czegoś dobrej jakości, rzetelnego, nobliwego, porządnego… Wystarczy zapoznać się całą masą synonimów słowa „szlachetny”, by sobie uświadomić z czym powszechnie jest ono kojarzone do dzisiaj. (O wartościach wpisanych w hasło „Bóg, Honor, Ojczyzna” tudzież o patriotyzmie nawet nie wspominam, by znów nie wywołać gestów politowania czy wręcz rechotu sił tzw. „wyzwolonych” i „postępowych”, reagujących spazmem na samą ich wzmiankę). Chociaż (wiem, że to wygląda tak, jakbym sam sobie tutaj zaprzeczał) szlachta rzeczywiście – zwłaszcza w XVIII wieku – okazała się do niczego, sprzeniewierzając się swoim ideałom i wartościom, bankrutując moralnie i oddając (formalnie) nasz kraj w obce ręce.

marksista o Kościele

Nie, w ludowej historii naszego kraju Kościół nie był tylko wspólnikiem opresyjnego systemu, jak chce nasz lewicowy historyk. Był również (może nawet przede wszystkim) organiczną częścią ludzkiej świadomości i polskiej tożsamości, stanowiąc jej kulturowy fundament – na dobre i na złe – czy to się komuś podoba, czy nie.
Kościół tamtego czasu był więc nie tylko źródłem opresji, ale wręcz konstytuował rzeczywistość, w jakiej żyli ludzie nie tylko w katolickiej Polsce, ale i w innych krajach Europy. Stanowił jakby centrum wiejskiego (i nie tylko wiejskiego) uniwersum. Pozwolę sobie tutaj zacytować to, co o Kościele napisał Karl Kautsky, notabene pierwszej wody marksista: „Jest rzeczą powszechnie znaną, że prawie całą wiedzę średniowieczną można było znaleźć jedynie w kościele i że to on dostarczał wówczas budowniczych, inżynierów, lekarzy, historyków i dyplomatów. Cale życie materialne ludzi, a wraz z nim i całe ich życie duchowe miało swe źródło w kościele; a przeto nic dziwnego, że kościół trzymał w swej władzy całego człowieka, że nie tylko określał jego sposób myślenia i odczuwania, ale i wszystkie czyny jego. Narodziny, ślub, śmierć dawały kościołowi powód do wkraczania w życie i obyczaje, a co więcej, kościół regulował też wówczas i kontrolował pracę, odpoczynek i święta. Rozwój ekonomiczny uczynił też kościół nieodzownie potrzebnym nie tylko dla jednostek i rodzin, ale i dla państwa.”
Tego typu stwierdzeń historycznych bardzo mi w książce Leszczyńskiego brakuje.

greydot

Kościół jako centrum wiejskiego wszechświata (Franciszek Kostrzewski, „Odpust na wsi”)

.

chłop niekulturalny

Paradoksalnie, w książce poświęconej historii ludu, nie ma praktycznie śladu ludowej kultury, tradycji, zwyczajów – brakuje obiektywnego, etnograficznego obrazu polskiej wsi. Autor zupełnie nie zajmuje się normalnym życiem chłopa – swoistą symbiozą w jakiej żyli pan, wójt i pleban (czyli szlachta/ziemianie/dworzanie, chłopi oraz duchowieństwo), którzy przecież nie tylko ze sobą walczyli. Tak, jakby za normę przyjmował permanentną przemoc. (Chociaż rzeczywiście, podległość i poddanie zawsze są jakąś formą działania przemocy, która jest domeną i atrybutem każdej władzy, zwłaszcza tej niedemokratycznej).
Skupienie się na samym wyzysku, gwałcie i oporze w życiu ludzi zamieszkujących nasz kraj (w różnych, zmieniających się granicach) być może uatrakcyjnia książkę w oczach czytelnika, (zwłaszcza takiego, który wpisuje się w dzisiejsze „progresywne” trendy lewicowe) ale powiela ten sam błąd badaczy przeszłości zajmujących się tylko walką elit o władzę, podbojem, bitwami… (które to podejście sam Leszczyński kontestuje).

podmiot czy pomiot?

Zadam teraz pytanie prowokacyjne: czy w ogóle lud może być podmiotem historii? Wydaje mi się, że w historii naszego kraju nigdy nie był – bo chyba nie mógł być, zwłaszcza kiedy panował system feudalny. (Co widoczne jest zwłaszcza w przypadku Rzeczpospolitej szlacheckiej i jej sukcesu jakim był tzw. złoty wiek Polski, charakteryzujący się – nie tylko mityczną – siłą i znaczeniem państwa polskiego w Europie. Co niestety nie przełożyło się na dobrostan chłopów, a wręcz przeciwnie – spowodowało ich dalsze zubożenie i jeszcze większe ubezwłasnowolnienie).
Wprawdzie komuniści tworzący pod „patronatem” Rosji sowieckiej Polską Rzeczpospolitą Ludową, twierdzili, że jest ona państwem „ludu pracującego miast i wsi”, ale i oni byli uzurpatorami władzy, która w dużej mierze wyzyskiwała chłopów i robotników (o czym, trzeba to przyznać, Leszczyński otwarcie pisze).
Tym bardziej lud (mimo że stanowił owe 90% ludności kraju) nie mógł być takim podmiotem w czasach feudalizmu i pańszczyzny. Dlatego też pretensje dzisiejszych lewicowych rewizorów historii, że ludzie ci w dotychczasowej – konserwatywno–tradycyjnej narracji historycznej – stanowili zaledwie tło dla działalności warstw wyższych (szlachty, magnaterii, króla), wydają mi się nietrafione. Z tego prostego powodu, iż rzeczywiście (zgadzam się, możemy nad tym ubolewać) ich rola sprawcza i decyzyjna w świecie, w którym żyli, była bardzo mała lub zgoła żadna (w perspektywie europejskiej było tak chyba do czasów rewolucji francuskiej pod koniec XVIII wieku, a może aż do Wiosny Ludów w połowie wieku XIX). Czyli lud przez lwią część nie tylko polskiej, ale i europejskiej historii w ostatnim tysiącleciu, BYŁ tłem. I jeśli teraz Leszczyński odwraca perspektywę i jak tło traktuje warstwę wyższą – dzierżącą władzę, decyzyjną – to coś tu zgrzyta.

historyk aktywista

A wracając do metodologii.
Nie uważam, że historyk powinien być – jak to określił autor jeszcze bardziej kontrowersyjnej „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” Howard Zinn – „uczonym aktywistą”, który uwypukla jedne zdarzenia kosztem drugich, „rzucając się w szalone mechanizmy historii w imię wartości, w które głęboko wierzy.” „Zniekształcenie dokonywane przez historyka ma charakter nie tyle techniczny, ile ideologiczny.” – pisał w innym miejscu Zinn.
Nie podzielam tej opinii, bo odbieram ją jako programowe wręcz zniekształcanie – a przez to zakłamywanie – historii. Nie mam nic przeciwko temu, że historyk ma jakieś sympatie czy antypatie (jest też oczywiste, że wyznaje on jakiś światopogląd, który wyznacza jego system etyczny, w dużej mierze determinując jego wolę, działanie, wrażliwość i uwagę) ale jeśli wybiórczość, stronniczość i manipulacja faktami staje się modus operandi jego pracy badawczej, to ja temu panu dziękuję. W idiosynkrazji tej wspomaga mnie awersja jaką czuję do jakiejkolwiek ideologii.

bardzo drobna część prawdy

Z tego co wiem, Adam Leszczyński współpracuje z „Krytyką Polityczną”, Oko.press, „Gazetą Wyborczą”, „Polityką”, Agorą – więc siłą rzeczy jego postawa publicystyczna wynika również z politycznego aktywizmu cechującego to środowisko (Ja dziękuję Bogu, że nigdy nie należałem do żadnej ideologicznej ferajny). Kiedy więc słyszę, jak Leszczyński mówi, że „jednym z takich wielkich nadużyć dzisiejszej ‘gigantycznej’ propagandy historycznej, jest przedstawianie PRL-u jako ustroju ‘narzuconego’ – takiego, gdzie jakaś wąska elita komunistów – często żydowskich – opresjonowała bogobojnych Polaków”; jak odżegnuje się on od alternatywy, jaką mogły być po wojnie rządy innych ugrupowań politycznych, stwierdzając: „oni nie walczyli o Polskę demokratyczną, tylko o Polskę narodowo-katolicką”, ta ja się temu nie dziwię, bo to przecież optyka polityczna obowiązująca we wspomnianym lewicowym towarzystwie. Kiedy jednak słyszę, gdy Leszczyński mówi (jakby mimochodem), że „owszem, zdarzało się, że komuniści zabijali polskich patriotów, ale to wszystko było o wiele bardziej skomplikowane”, albo w podobnym tonie, innym już razem: „PRL wymordował kilkadziesiąt tysięcy osób”, ale jest to „bardzo drobna część prawdy o tamtych czasach”, to mi się jednak trochę krew burzy. Bo oto człowiek, który jednemu księdzu pijanicy i złodzieju poświęca w swojej historycznej rozprawie trzy strony, ukazując go jako reprezentanta całego duchowieństwa, o kilkudziesięciu tysiącach polskich patriotów zamordowanych przez komunistów wyraża się jako o „bardzo drobnej części prawdy o tamtych czasach”. (W ogóle zauważyłem, że Leszczyński bardzo nerwowo, wręcz alergicznie, reaguje na wszelkie wzmianki o milionach ofiar – ludziach zamordowanych przez reżimy komunistyczne/”komunistyczne”, dla których, jak by nie było, ideologicznym punktem wyjścia był marksizm,
Dziwny to rodzaj społecznej – i humanistycznej – wrażliwości.

w drodze do totalitaryzmu

Podsumowując, „Ludowa historia Polski” Adama Leszczyńskiego, mimo swoich wad (na których być może zbytnio się skupiłem) tudzież ideologicznego skrzywienia metodologicznego i programowej stronniczości autora, jest książką ważną, której lektura na pewno wzbogaciła moją wiedzę historyczną o Polsce i uświadomiła jednak pewne aspekty przeszłości, rzeczywiście pomijane w tradycyjnym podejściu historyków. Sprowokowała mnie też do tych oto przemyśleń, podgrzewając moje zainteresowanie przeszłością i mechanizmami działania władzy, której przecież – i to bez względu na jej formę i osadzenie w czasie – nigdy nie byłem fanem, a raczej kontestatorem. Zwróciła też ponownie uwagę na pewną ciągłość historyczną wyzysku jednych ludzi przez drugich, przenosząc tę świadomość na czasy nam współczesne, w których ów wyzysk nadal jest obecny, zmieniając tylko swoją formę. Warto z tego wszystkiego zdawać sobie sprawę, gdyż może to zwiększyć szanse naszego ewentualnego oporu (choćby tylko intelektualnego) przed jakąś kolejną (a podstępną i zdradziecką) formą totalitaryzmu, do której jednak świat wydaje się zmierzać – oczywiście w imię naszego bezpieczeństwa i dobrobytu.

greydot

Rodzina robotniczo-chłopska na Podkarpaciu – początek lat 50-tych XX wieku (zdjęcie z rodzinnego archiwum)

.

post scriptum

Zastanawiam się czasem, skąd też bierze się to ostatnie (wzmożone) zainteresowanie historyków (ale też i mediów, kina, literatury) ludźmi z tzw. nizin społecznych, wykluczonych, ignorowanych, słabych, wykorzystywanych… Czy wynika to tylko z empatii, chęci zadośćuczynienia skrzywdzonym i wyzyskiwanym? Czy może właśnie z przyjęcia konkretnej perspektywy ideologicznej? Tudzież z pewnej mody (akademickiej, medialnej, kulturowej) na taką, a nie inną tematykę (progresywną, lewicową, liberalną, czy jaką tam jeszcze)? Z instynktowego ulegania trendom (będących po części modą) – zbijania się w myślące tak samo gromady (kadry naukowe danej uczelni, redakcje mediów, towarzystwa wzajemnego wspierania się ideologicznego – samonakręcające się mentalnie grupy inteligentów)? A może głównym bodźcem jest dołożenie jakiejś grupie ludzi (politycznej, religijnej, opiniotwórczej), których poglądy nie zgadzają się z naszymi (zwykle „jedynie słusznymi”, należycie poinformowanymi, trzymającymi się prawdziwej prawdy)?
Innymi słowy: czy nie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju rewizjonizmu na opak albo pędem do indoktrynacji?

* * *

BEZTROSKIE LATA

.

Lato, lato, lato czeka – razem z latem czeka rzeka… Wspominając rzekę dzieciństwa i wakacje na wsi

.

       Lato. Wakacje. Rzeka. Olszyna. Łąka. Bławatki w zbożu. Truskawki, maliny, papierówki, agrest, jeżyny… Pomidory „malinówki” prosto z krzaka, marchewka prosto z grządki. Jajka podkradane babcinym kurom. Podchody. Wyprawy do pobliskich lasów. Koń Bułanek. Jazda drabiniastym wozem, pomaganie dziadkom w żniwach. Butelki sprzedawane po złotówce w punkcie skupu. Chleb ze śmietaną i cukrem. Pierogi z borówkami prosto z lasu. Poziomki. Grzybobranie, kozaki, borowiki, opieńki, rydze, muchomory… Ziemniaki z sosem z kurek. Kanie smażone jak schabowy. Palant, „noga”, „2 ognie”, „kiczki” za stodołą u sąsiada. Zabawy „w chowanego” i „w łapanego”. Gry z nożem z kolegami, a obok pasące się krowy. Chodzenie „na opyle”. Ganianie boso po piaszczystych ścieżkach. Chowanie się w snopkach pszenicy. Łąka tętniąca życiem i pełna polnych kwiatów. Zajadanie się „kwaskami”. Nawlekanie tytoniu. Budowanie szałasów, domków na drzewie, tuneli w wysokiej trawie. Strzelanie z procy do słoików. Puszczanie latawców. Łowienie ryb w rzece za pomocą kosza. Wyciąganie spod korzeni raków rękami. Smażenie płotek, sumów i szczupaków na ognisku. Zastawianie rzeki baryłami – budowanie tamy, spiętrzanie wody, by można w niej pływać.
Wylegiwanie się na kocu w ogrodzie i czytanie, czytanie, czytanie

* * *

       To taka spisana ad hoc lista tego, co przywołują wspomnienia naszych wakacji na wsi – tego co było dobre i chyba już na zawsze odeszło w przeszłość. Wydaje mi się, że obecne młode pokolenia nie są nawet w stanie wyobrazić sobie takiego dzieciństwa – a więc tego, co straciły – i czego nigdy już nie przeżyją w swoim wypełnionym technicznymi gadżetami, laptopami, smartfonami – z namiastką ludzkich kontaktów w rzeczywistości sztucznie wykreowanej i wirtualnej. O covidowym szaleństwie izolacji, restrykcji i lockdownów nawet nie wspominam, bo to już zupełnie chora rzeczywistość i karykatura normalnego życia w społeczeństwie.
To naturalne, że wspominając nasze dzieciństwo i młodość, przeszłość zwykle idealizujemy, wybieramy z pamięci to, co było dobre, wracamy do chwil, kiedy czuliśmy się pełni życia i szczęśliwi. Wypieramy zaś to, co było złe, co bolało, czego się baliśmy, co nam dokuczało… Bo przecież życie – w każdych czasach i w każdym wieku – to żadna sielanka i bajka nie jest. A jednak… często jesteśmy skłonni powtarzać – i mówimy to szczerze – że dawniej jednak to jakoś fajniej było (nawet jeśli odnosi się do banałów i rzeczy trywialnych).

* * *

       Zdjęcie powyżej przedstawia właśnie jedną z takich szczęśliwych chwil beztroskiego lata podczas wakacji. Zrobione zostało (już nie pamiętam przez kogo) w rzece, która płynęła (i nadal płynie) tuż za płotem domu mojego rodzinnego w Giedlarowie. Wiedziałem, że takie zdjęcie istnieje. Od dłuższego czasu dopytywałem się o niego i szukałem wszędzie, ale bezskutecznie. Aż wreszcie niedawno jakaś dobra dusza przesłała mi go mailem.
Zdjęcie przedstawia część naszej wakacyjnej szajki (w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem na nim jedynym facetem – ale to nic dziwnego, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej do dziewczyn i kobiet, niż do chłopaków i mężczyzn ;) ).
Wszystkich (wszystkie te dziewczyny) bardzo dobrze pamiętam. Od lewej pławią się w rzece: Dorota, Władzia, Baśka, Hania, Grażyna, Halina, moja siostra i ja (jako jedyny płynę kraulem ;) ).

* * *

Powiązany wpis: Książki mojego dzieciństwa

.

PASZKWIL SASNALÓW – czyli sztuka zagląda do polskiego szamba

o filmie Anki i Wilhelma Sasnalów „Z daleka widok jest piękny”

*

„Z daleka widok jest piękny”… a z bliska widać tylko i czuć szambo – polska rzeczywistość wg Anki i Wilhelma Sasnalów

*

skandal czy objawienie?

Jeden z najbardziej obrzydliwych filmów, jakie widziałem w swoim życiu. Jeśli wywołanie takiej abominacji było zamiarem Anki i Wilhelma Sasnalów, którzy film wyreżyserowali, to udało im się ten cel osiągnąć z nawiązką.
I niestety, „Z daleka widok jest piękny” nie jest li tylko jakimś amatorskim kuriozum zepchniętym na margines polskiego życia kulturalnego. Nie, o filmie pisały właściwie wszystkie ważniejsze krajowe periodyki (nota bene najczęściej w tonacji pozytywnej), a na ubiegłorocznym wrocławskim przeglądzie Nowe Horyzonty, film Sasnalów zdobył główną nagrodę w Konkursie Nowe Filmy Polskie (wygrywając z takimi filmami, jak np. „Lęk wysokości”, „Sala samobójców”, „Młyn i krzyż”).
Trochę mi się to wszystko nie mieści w głowie, a nawet gotów jestem uznać to za pewien skandal. Tym bardziej, że – w moim odczuciu – bzdur powypisywano z okazji tego filmu co niemiara. Nie wspominając o snobistycznym zaczadzeniu, które sprawiło, że pewne obiegowe, a bezmyślne w w swej istocie opinie i komunały, powtarzano niczym jakąś mantrę, (co zresztą w przypadku sztuki współczesnej nie stanowi żadnego novum).
Nie chciałbym jednak występować tu w roli jedynego sprawiedliwego i mądrali, który sam jest nieomylny, podczas gdy wszyscy inni dookoła niego się mylą. Nie. Po pierwsze: wbrew pozorom nie jestem w swoim sądzie taki osamotniony, tyle że zbliżone do mojej opinie zostały stłumione, nie mając takiej siły przebicia czy elokwencji – zwłaszcza wobec oficjalnej salonowej glorii wielkiego osiągnięcia artystycznego, jakim ponoć jest obraz Sasnalów. Po drugie: chciałbym moje zdanie podeprzeć w miarę rzetelnymi argumentami. Mam nadzieję, że mi się to uda.

koszmarny dom i rzeczne trupy

Każda właściwie scena filmu realizowana jest tak, by wywołać u widza wstręt. Wprawdzie nie uważam, że dyskomfort jest tym, czego w kinie powinno się unikać za wszelką cenę (wręcz przeciwnie: cenię filmy, które mnie w jakiś sposób uwierają, burzą, wstrząsają i wytrącają moje myślenie z utartego szlaku), to jednak nagromadzenie obrzydliwości, tudzież radykalna wybiórczość twórców „Widoku” i skupienie się tylko na ohydzie drzemiącej w ludzkiej naturze, okazało się dla mnie niestrawne, przepełniając miarę mojej tolerancji na licencję… pożal się tu Boże – „poetycką”. Na domiar złego uznano to za coś, co niesie prawdę „uniwersalną” – co nie tylko stanowi komentarz dla naszej rzeczywistości (zarówno współczesności, jak i niedawnej historii naszego kraju) ale jest wręcz czymś reprezentatywnym dla polskich realiów.

Oto poznajemy polską rodzinę żyjącą (a właściwie egzystującą w sposób na poły zwierzęcy) na wsi w czymś co przypomina skrzyżowanie rozsypującej się ruiny z brudną oborą, otoczoną walającym się wszędzie złomem i gruzowiskiem. Syn zajmuje się gromadzeniem starych samochodowych wraków na złom, pomaga mu w tym starzejący się ojciec, (którego myśli się posłać w odstawkę, kiedy tylko zabraknie mu sił); niepoczytalna matka wyje czasami przez okno, podgląda kąpiącego się nago syna i obsikuje mieszkanie, gdzie się tylko da, śpiąc na dodatek w zlanym moczem, i rojącym się od robactwa wyrze. Wszyscy lepią się od brudu, klną na potęgę, palą bez przerwy papierochy i żłopią piwo – owłosieni, zapuszczeni, ubrani w jakieś wytarte szmaty… Kiedy jedzą – a właściwie żrą – to siorbią, mlaskają, prychają i wydają z siebie jakieś pomruki – warczą lub odzywają się do siebie półgębkiem. Tuż obok łapią się na lep i zdychają muchy. Syn ma kochankę – którą sprowadza do domu w miejsce matki (oddanej w końcu do domu starców). Ta, nie wiedzieć dlaczego, truje po kolei wszystkie wiejskie psy. Jej gach („hurtownik jebany”) w każdej okolicznej wsi „sika spermą” (to wyrażenia sklepikarki, która ma z nim dziecko). Kiedy zaś znika, wszyscy sąsiedzi rzucają się na jego nędzną zagrodę, rozkradają i demolują cały dom – a czego nie dają rady rozgrabić to palą, wzniecając nocą wielkie ognisko, w którym grzeją swoje wieśniacze gęby… Podobny opis mógłbym jeszcze ciągnąć dalej, ale litościwie oszczędzę tego zabłąkanym tu ewentualnie czytelnikom. Choć wypada mi jednak wspomnieć jeszcze o żydowskich trupach, które od czasów ostatniej wojny leżą na dnie okolicznej rzeki (bo ponoć stanowić to ma klucz do zrozumienia filmu).

kwestia żydowska a natura polska

Sasnal, być może zreflektowawszy się nieco i skonfrontowany z zarzutami, jakie się po premierze jego filmu podniosły, w jednym ze swoich wywiadów zaznaczył, że nie można jego filmu uważać za obraz polskiej wsi, a odniesienia do książek Grossa są raczej przypadkowe i poczynione mimochodem.
Niestety, ja sobie dobrze przypominam to, co Sasnsalowie mówili wcześniej, jeszcze przed promocją swojego filmu. Najlepiej jednak będzie, kiedy oddam głos im samym. Oto fragmenty wywiadu z twórcami „Widoku” opublikowanego w polskim „Neewsweeku”:

Newsweek: Nie zamierzamy się tłumaczyć z naszego filmu!”mówią Wilhelm i Anka Sasnalowie. Światowej sławy artysta (Wilhelm Sasnal jest malarzem, którego obrazy znajdują się w kolekcjach największych galerii sztuki współczesnej na świecie – przyp. LA) nakręcił z żoną film odnoszący się  do sprawy Jedwabnego i trudnych stosunków polsko-żydowskich. (…) Jak zareagowaliście na „Sąsiadów” Jana Grossa?
Wilhelm Sasnal: U mnie była wściekłość, poczucie winy i wstyd, że to się wydarzyło tutaj. (…) O książkach Grossa mówi się, że Żyd napisał o Polakach. (…) A to Polak mówi o Polakach. I powinniśmy się w końcu sobą zająć, a nie dyskutować o „żydowskim diable Grossie”.
Newsweek: No tak, ale do czego ta dyskusja miałaby prowadzić?
W.S.: Kręcąc film „Z daleka widok jest piękny”, zrobiliśmy to, co mogliśmy dla nas samych. Nie zatrzymaliśmy się wpół drogi, szukając jaśniejszej strony – sprawiedliwego, który uratuje nasz honor i pozwoli widzowi się za niego schować. Pokazaliśmy, że kanalia może być w każdym z nas. (…) Ale film nie jest tylko o tym. Jest o chciwości. O zapychaniu wilczego gardła. O tym, że nigdy nie mamy dość. O biologicznym odruchu. O polskiej naturze.
Newsweek: Obraz polskiej wsi” – tak pisano po festiwalu Nowe Horyzonty, gdzie film miał premierę i został nagrodzony w konkursie Nowe Filmy Polskie. Ale widzowie zarzucali wam, że to jednostronny obraz. Ile jest w nim dokumentalnej prawdy?
Anka Sasnal: Zarzucają nam, że pokazujemy brutalny obraz wsi, a tam było jeszcze gorzej. (…)
Newsweek: Wasz film ogląda się bardziej jak dokument niż fabułę. Może stąd zarzuty o brutalność obrazu?
A.S.: Zrobiliśmy dokumentację i to jest twardy, reportażowy zapis. Na nim bazowaliśmy, tworząc filmową rzeczywistość. (…) Nie chcieliśmy szukać przeciwwagi dla zachowania naszych bohaterów, dla tej brutalnej rzeczywistości i zła, o którym opowiadamy. Nie musi być żadnego światełka, żadnego pozytywnego bohatera.
Newsweek: To chyba pierwszy polski film tak ostro poruszający temat pogromu Żydów, polskiego szabrownictwa. W jednej ze scen mówi się o topieniu nie-Polaków w czasie wojny.
W.S.: Ale to nie jest tak, że pojechaliśmy na wieś zrobić film z gotową historią i z tym wszystkim, co wiemy. Pojechaliśmy do Zielonej, żeby poznać bliżej to, co widzieliśmy, jeżdżąc z Tarnowa do Krakowa. Porozmawiać, poobserwować. Tam ludzie żyją blisko ziemi, w pierwotny sposób, wszystko zostaje wykorzystane maksymalnie, przetworzone. Podczas jednej z pierwszych wizyt zobaczyliśmy ten rozpiernicz w gospodarstwie, dalej była rzeka, stanęliśmy na wale. Wystarczyło 200 metrów, żeby to wyglądało pięknie… Przy którejś z kolei wizycie obserwowałem faceta, który przywiózł resztki muru z domu zburzonego w sąsiedniej wiosce i wydłubywał cegły, żeby zbudować kurnik. Wtedy nam się to wszystko złożyło w całość, skojarzyło z Grossem.
A.S.: A kilka scen, które planowaliśmy, nie weszło do filmu, bo były zbyt atrakcyjne wizualnie i zbyt dosłowne. A my chcieliśmy zrobić trudny film, chcieliśmy, żeby się go ciężko oglądało.
Newsweek: Dlaczego?
W.S.: No, ktoś to musi robić! Jedwabne, książki Grossa… Teraz ten temat stał się dominujący w dyskusji młodej polskiej inteligencji, ale, niestety, często jest poruszany nie ze względu na wagę, ale dlatego, że jest modny. Dyskusja toczy się na polu sztuki, kultury, wśród ludzi takich jak my, na polu oderwanym od rzeczywistości.

(Cały wywiad przeczytać można TUTAJ.)

prawda czy zmyślenie?

Ciekawe jest zapętlenie tego ostatniego zdania wygłoszonego przez Sasnala: ma on pretensje, że dyskusja na trudne tematy toczy się w kraju na polu sztuki, kultury, wśród ludzi takich, jak on (i jego żona) –  i zaraz przyznaje, że jest to pole oderwane od rzeczywistości. (Czy aby jednak tym sposobem artysta nie strzela sobie we własną stopę?) Z drugiej zaś strony sugeruje się w wywiadzie, że dopiero taki film jak „Z daleka widok jest piękny” dociera do prawdy i sedna rzeczywistości („wasz film ogląda się bardziej jak dokument niż fabułę. (…) Zrobiliśmy dokumentację i to jest twardy, reportażowy zapis”) i że „jest to pierwsze (tak) odważne dzieło” poruszające niewygodne dla Polaków sprawy.

Tutaj rodzi się zasadnicza kwestia: czy zanurzając się w szambie, (które de facto jest jednak przez samych Sasnalów stworzone) można twierdzić, że jest ono sednem otaczającej nas rzeczywistości? I że w ten oto sposób objawiona zostaje prawda o polskiej wsi i szerzej: o naturze Polaków? A może jednak za pośrednictwem tego filmu objawia się bardziej prawda o samych twórcach i ich sposobie postrzegania otaczającego świata? (zwłaszcza, że „kanalia może być w każdym z  nas” – jak wyznał sam Sasnal) Ciekawi mnie jeszcze to, jak Sasnalowie mogą teraz spojrzeć w oczy mieszkańcom jednej z podkrakowskich wsi, którzy przez dwa lata udzielali im swojej gościny. (Anka: „Spędziliśmy dwa lata na dokumentacji we wsi Zielona, tam, gdzie dzieje się akcja. Podglądaliśmy. Opowiadana historia jest wypadkową naszych doświadczeń i obserwacji.”)

Niestety, mimo stwierdzeń samych twórców „Widoku” (typu: „To miał być film o pewnym rodzaju pożądliwości. I w tym kontekście jest to pożądliwość spełniona, która ma swoje źródło w historii polsko-żydowskiej, historii szabrów i pogromów”) odwoływanie się przy omawianiu tego filmu do kwestii żydowskiej, wydaje mi się być cokolwiek kuriozalne. Bowiem w filmie Sasnalów pada zaledwie kilka słów nawiązujących do pewnego tragicznego epizodu z czasów wojny i… to właściwie wszystko. Nic więcej tam nie ma, co by sugerowało ponoć wrodzony, tradycyjnie-narodowy antysemityzm Polaków. Dlaczego więc wskazuje się na to, jak na meritum – główną kwestię filmu? Dlaczego wokół tego buduje się aurę demaskowania rzekomej prawdy o polskim narodzie en gros? Czy nie jest to swego rodzaju „czarna” promocja filmu? A może po prostu uleganie swoistej koniunkturze i modzie na posypywanie swojej (a często tak naprawdę cudzej – np. polskiego motłochu) głowy popiołem, tudzież bicia się we własne/cudze piersi – co daje się zauważyć od kilku lat w Polsce? I Sasnalowie mają przy tym czelność twierdzić, że oni wcale tej modzie nie ulegają – mimo że ich „Widok” świadczy o czymś zupełnie przeciwnym (może nawet o zwyczajnej chęci zaistnienia dzięki temu w salonach i galeriach sztuki, co jakby nie było wiąże się zwykle z sutym profitem – i niech nikt mi tu nie mówi, że „kasa” nie jest częstym dopingiem współczesnych „artystów”).
Trudno w takim kontekście mieć za złe tym, którzy jakoś nie mogą znaleźć przykładów podobnych zachowań wśród Żydów, pytając: czy sami Żydzi nakręcili choć jeden film o poczynaniach żydowskiej policji w czasie niemieckiej okupacji? Czy widział ktoś film o roli komunistów-Żydów prześladujących i mordujących w sowieckich (i polskich) kazamatach ich braci znad Bugu, Niemna i Wisły? A może tak zrealizować film o łódzkim getcie i o Chaimie Rumowskim, który był tam panem życia i śmierci? (Toż pod względem filmowym trudno o bardziej atrakcyjny materiał!).  Ale nie – tego się nie zrobi, bo w czyim to miałoby być interesie?

Tak, zdaję sobie sprawę, że pisząc to wszystko mogę zostać przypisany do grupy zaciekłych i zacietrzewionych antysemitów, tudzież skojarzy się mnie z obozem nacjonalistycznych oszołomów przewrażliwionych na swoim punkcie, ale… może ktoś z tych gotowych to uczynić, wykaże mi w którym miejscu się mylę? Muszę jednak zaznaczyć, iż nie zamierzam bynajmniej udowadniać, że żyrafa jest słoniem. I wcale nie piszę o tym dlatego, że trzęsę się oburzony widząc, jak szkaluje się dobre imię mojej Ojczyzny. Nie o to mi chodzi. Bardziej mi zależy na pewnej rzetelności, jaka moim zdaniem powinna cechować zarówno artystę, jak i tych, którzy komentują i recenzują jego twórczość. A Sasnalowie, nie dość, że tak naprawdę niczego wartościowego do wspomnianych dyskursów swym filmem nie wnieśli, to na dodatek umocnili nim i pogłębili istniejące już stereotypy, bawiąc się przy tym w jakieś plastyczne ekstrawagancje i formalną pseudo-awangardowość.

tęsknota za arogancją

Może rzeczywiście niepotrzebnie zabrnąłem w tym wszystkim w sprawy… nazwijmy je: polityczno-awanturnicze, które tylko jątrzą, dolewają oliwy do ognia i zaostrzają podziały. Ale z drugiej strony, zajmując się filmem Anki i Wilhelma Sasnalów, nie sposób jest ich uniknąć. Bo należą jednak one do istoty tego, co się wokół tego filmu działo.
Ale co ze stroną artystyczną „Widoku” – może by tak zakończyć ten temat odnosząc się stricte do samej sztuki?

Ja nie zauważyłem ściślejszych związków między filmowym obrazem Sasnala a jego malarstwem, które ma w sobie pewną plakatowość, może nawet komiksowość, opiera się na konturze i znaku, jest na swój sposób aseptyczne i odseparowane od rzeczywistości, którą nie tyle odtwarza, co schematyzuje. Natomiast filmowy „Widok” jest naturalistyczny, zanurzony w miazdze życia, gęsty i mięsisty, barwnie nasycony, mimo swych ciemni bawiący się światłem. Innymi słowy: wcale nie taki oszczędny plastycznie, jak to sugerowano w recenzjach. Pewnych podobieństw można się jednak dopatrzeć w sposobie kadrowania obrazu, w wyborze punktu obserwacyjnego, sposobie rozwijania perspektywy czy w kompozycyjnych uproszczeniach. (Właśnie… czy aby jednak uproszczenie i schemat nie są tym co łączy obrazy Sasnala z jego filmem?) Bo postacie ukazane przez Sasnalów w „Widoku” wydają się być jak marionetki – odpsychologizowane, jednowymiarowe, poruszane przez własne odruchy i instynkty, pozbawione możliwości jakiejkolwiek autorefleksji… powolne jakimś (wspólnotowym, stadnym?) mechanizmom.

Czy zważywszy na to wszystko, można uznać omawiany tu film za adekwatny środek do tego, by komentować jakąkolwiek społeczną rzeczywistość, a tym bardziej ukazywać newralgiczne sploty wiążące się z narodową historią, dotykające tzw. narodowego charakteru, a ogólniej – odnoszące się do ludzkiej natury, uniwersalizujące egzystencjalne doświadczenie człowieka i obnażające jego ponoć prawdziwą – niezbyt jednak ludzką – twarz?
Nie sądzę. Jeśli już, to można – po raz kolejny zresztą – dojść do wniosku o jałowości wielkich obszarów sztuki współczesnej, która bawi się i gra sama ze sobą, kręcąc się przy tym jak pies chcący pochwycić własny ogon. Sztuki, która tak naprawdę nie ma nic ważnego do powiedzenia (Wilhelm Sasnal o sposobie, w jaki podszedł do realizacji swojego filmu: „nie ważne jest co [się pokazuje], tylko jak”). A na dodatek jest zadufana w sobie, uważając, że jej wszystko wolno (Sasnal raz jeszcze: „To, co nas najbardziej drażni w kinie, to brak pewnej podstawowej swobody, dezynwoltury, arogancji w podejściu do filmowej formy”.) I tutaj wyszło szydło z worka: Sasnalowie robiąc swój film chcieli być aroganccy. Co im się bez wątpienia udało.

coda

Nie wiem, być może arogancja stała się dzisiaj cechą podziwianą i pożądaną? I chodzi tylko o to, by zwrócić na siebie uwagę – nie ważne właściwie czym, tylko jak – i żeby było skutecznie. A ja wykazałem się naiwnością, starając się podejść do filmu uważniej i potraktować go bardziej serio, bo uważałem, że tak będzie uczciwiej. Szkoda tylko, że – jak się okazało – sami twórcy nie podeszli do odbiorców swojego dzieła z należną estymą, dmuchając w medialnego kogutka akurat z takiej strony, jaka im była w danej chwili bardziej wygodna – i prowokując tym innych do wypisywania i wygadywania wszystkiego, co tylko im ślina na język przyniosła.
Tak więc: raz mówili, że to prawie reportaż i dokument, to znów, że wszystko tu jest umowne i zmyślone; raz – że na ekranie pokazali to, co zastali na wsi pod Krakowem, to znów, że nie jest to jednak obraz polskiej wsi; raz – że w tym wszystkim dużo z Grossa i że ich film to przyczynek do debaty na temat polskiego antysemityzmu, to znów, że wcale nie chcieli wywoływać żadnych upiorów z przeszłości i że ten Gross to jest tylko tak mimo; raz sugerowali, może nawet insynuowali, to znów się odżegnywali i wykręcali…
A kiedy słyszę Sasnala jak mówi, że nie ważne co się pokazuje, tylko jak się pokazuje, to… cóż ja mogę więcej zrobić, jak tylko bezradnie rozłożyć ręce i przestać wreszcie stukać w te cholerne klawisze?

greydot