TEN NIEZNOŚNY KUNDERA

pasekszary

Różne myśli przelatywały mi przez głowę kiedy czytałem „Nieznośną lekkość bytu” Kundery.
Nie wyobrażam sobie zachwytu nad tą książką nie tylko dlatego, że jest bezbrzeżnie smutna (gdybym napisał smętna, to byłaby to już chyba jej dyskredytacja, a tego robić nie chcę, bo jednak ta literatura ma swoją niewątpliwą wartość… jak wszystko co dotyczy autentycznego ludzkiego doświadczenia – a za takie uważam refleksje, odczucia i emocje Kundery, które przyczyniły się do powstania tej książki).


kundera.wlZwróciłem uwagę na jego prozę bynajmniej nie dlatego, że kiedyś była wielka moda na Kunderę, a sama „Nieznośna lekkość bytu” została sfilmowana (i to całkiem nieźle), a nawet stała się czymś w rodzaju powieści kultowej.
Otóż w jednej z polskich księgarń przeczytałem parę jej ustępów i … zaintrygowały mnie one – zwłaszcza te owiane erotyczną atmosferą, z której wyzierała jakaś fatalistyczna melancholia męskiego pożądania związana z przemijalnością wszystkich rzeczy i uczuć.

Kundera kilkakrotnie zastrzega się, by jego bohaterów nie utożsamiać z nim samym. Dzieje się to zwłaszcza w momentach, kiedy te postacie robią jakieś świństwo. Ja mu jednak nie wierzę – Tomasz (główny bohater „Lekkości” ) to – jednak, mimo wszystko – on. (Swego czasu Gustaw Flaubert wydał wszystkich pisarzy stwierdzeniem „Pani Bovary to ja” ).
Pisarz oczywiście nie musi postępować w swoim życiu jak postacie, które wymyśla, czy opisywać swoje własne postępki i doświadczenia, ale jego twórczość jest odbiciem jego własnej wizji świata i stosunku do elementarnych doświadczeń człowieka, takich jak miłość, agresja, ból, seks, nienawiść, śmierć… (Zresztą żaden człowiek nie może przed tym uciec – bo oznaczałoby próbę ucieczki od samego siebie – od swojego charakteru, temperamentu… od samej osobowości i tożsamości wreszcie… A jest to niemożliwe bez utraty własnego człowieczeństwa, bowiem jedyną taką ucieczką jest ucieczka w obłęd.)¹

Tak więc „Nieznośna lekkość bytu” wypełniona jest po brzegi Kunderą; innymi słowy – bohaterowie tej książki sa skazani na życie w świecie, który jest światem samego pisarza. Myśląc o tym, o wiele łatwiej było mi strawić ów fatalizm i beznadzieję, jaka mnie w tej książce uderzyła.
Kundera nie wierzy np. w spełnioną miłość – ja wierzę; Kundera nie wierzy w szlachetność, dobro, wierność… ja mimo wszystko w to wierzę (chociaż sam nie uważam się za jakiegoś szczególnie szlachetnego, dobrego i wiernego człowieka); Kundera nie wyraża zgody na byt – ja byt zaakceptowałem; Kundera dał się usunąć w cień melancholii i smutku – ja uważam za wspaniałe to, że człowiek dysponuje czymś takim jak żart, humor, ironia a nawet kpina, bo bez tego życie byłoby nie do zniesienia. (Ile w tym wszystkim mojej naiwności, a ile nadziei?)
Dlatego też zbytnio się nie przejąłem tym, co napisał Kundera – od pewnego momentu lektury nabrałem bowiem do niej dystansu, który właśnie owo przejęcie mocno redukuje.

Jednakże czasu poświęconego tej książce nie uważam za czas stracony. Pewne jej fragmenty uznałbym wręcz za wizjonerskie. Nie brak też w „Nieznośnej lekkości bytu” aforyzmu, erudycji, błyskotliwości…  To proza intrygująca – miejscami wręcz pasjonująca a także zmuszająca do refleksji. Napięcie jakie emanuje czasem z niektórych jej stronic jest wprost nieznośne.
No i jest jeszcze seksualizm, a raczej erotyzm, który obok zwątpienia w akceptację bytu (czyli innymi słowy – w życie), widzę jako rdzeń całej tej powieści.
Ale to już inna para kaloszy – temat szeroki, niczym rzeka naszych mniej lub bardziej mrocznych przedmiotów pożądania….

*  *  *

Przypis

¹Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem, który tę literaturę tworzy? Oto pytanie, które mnie czasami nurtuje. Jest oczywiste, że oświadczenia Flauberta, iż sam jest panią Bovary, nie należy brać dosłownie – jest to bowiem bardziej parabola wskazująca na to, że Pani Bovary zrodziła się w nim samym – w jego głowie, sercu, wyobraźni… stając się niejako bardziej częścią samego pisarza, niż nim samym. W rzeczywistości, mylenie literackiego podmiotu z przedmiotem jest pewną (nad)interpretacyjną naiwnością, zbyt daleko idącym uproszczeniem, a czasem nawet niesprawiedliwością, jaką się wyrządza autorowi, posądzając go o bezeceństwa, których dopuszczają się wykreowani przez niego bohaterowie. Czyż można np. oskarżać Nabokova o pedofilię tylko dlatego że stworzył najbardziej kompleksową powieść świata o lolityzmie? Czy można osądzać Dostojewskiego i przypisywać mu jakieś mordercze instynkty tylko dlatego, że stworzył jedno z najbardziej przejmujących studiów mordu, ukazując wstrząsającą anatomię zabójstwa w swoich „Braciach Karamazow” czy „Zbrodni i karze” ? Oczywiście, że nie! Ale na rzeczy już będzie rozliczanie autora ze sposobu, w jaki widzi świat; z barw, jakimi go maluje; z sądów, jakim on poddaje ludzi; z pesymizmu, jaki sączy w czytelnika (lub z optymizmu, którym czytelnika podnosi na duchu)… Bo tym wszystkim właśnie jest on naprawdę.

*pasekszary

Reklamy

Komentarze 44 to “TEN NIEZNOŚNY KUNDERA”

  1. telemach Says:

    „Na ile bohaterowie literaccy mogą być utożsamiani z autorem(…)”?

    Mogą? Forma bezosobowa sprawia, że gubimy istotę problemu. Sądzę. Doszukiwanie się autora w dziele jest – jak sądzę – poza rozrywką poniektórych krytyków w zasadzie domeną autorów niespełnionych. Ile Rastignaca jest w Balzacu? Myślę że konsumenta Komedii Ludzkiej to raczej nie zajmowało. Trudno wyobrażalne. Ale może się mylę.

    • Logos Amicus Says:

      Telemachu,
      pamiętasz bój o Św. Pawła w kontekście jego „Hymnu do Miłości”?

      Czy wyobrażasz sobie, że KOMUKOLWIEK czytającemu dziś, dajmy na to, „Wspomnienia z domu umarłych” albo „Poza dobrem i złem” obojętna być może osoba autora? (W tym wypadku – wybacz, że to dodam – Dostojewskiego i Nietzschego.) Trudno mi to sobie wyobrazić.

      Poza tym, nie uważam się wcale ani za „poniektórego krytyka” ani za „niespełnionego autora”, a zwykle jestem zainteresowany osobą autora, którego książkę czytam – oraz ile jest „z niego w dziele”. Co w tym dziwnego?
      Myślę, że podobnie zainteresowanych jest tysiące zwykłych czytelników, którzy nie są ani jednym, ani drugim.
      Oczywiście spotkałem także wielu autorów spełnionych, których również to interesuje: choćby samego Kunderę (nie tak dawno przeczytałem eseje Kundery o Kafce i jego twóczości), choćby Miłosza (jego studium o Oskarze Miłoszu, Svedenborgu – poprzez ich dzieła…), choćby Ernesto Sabato (prace o twórczości Borgesa, Sartre’a, Falauberta… w ścisłym kontekście z osobą autora) etc.
      Przykłady mógłbym mnożyć.

  2. aleandra Says:

    „Nieznośna lekkość bytu” to książka zdecydowanie warta przeczytania. Ja najbardziej zwróciłam uwagę nie na tło historyczne (praska wiosna), nie na erotyzm, lecz na filozofię zawartą w tym dziele. Spojrzenie Kundery na rzeczywistość nie tylko informuje nas, w jaki sposób on widzi, ale zmusza do refleksji, którą można bardzo długo rozprawiać ;).

    • Logos Amicus Says:

      Mnie również, oprócz erotryzmu, zainteresowało „tło historyczne” powieści.
      W końcu Kundera, głównie dzięki temu tłu, znalazł zainteresowanie na Zachodzie.
      Jednakże nie sposób zignorować faktu, że cała „Nieznośna lekkość bytu” jest przesycona erotyzmem, (który, być może, jest pewną formą ucieczki bohaterów – przed owym „tłem” właśnie).

  3. telemach Says:

    @Logosie, wierz mi, no offence intended!
    Przykro mi, że odebrałeś tę uwagę osobiście. Może nie wyraziłem się zbyt jasno. Dla mnie dostrzegalna jest powolna zmiana paradygmatu postrzegania autora dzieła literackiego. Wynika to z kilku przesłanek i okoliczności, o których można by tutaj całymi rozdziałami. Odbiór literatury jest pochodną sposobu jej wytwarzania. A ten zmienił się diametralnie w ostatnim półwieczu, a w ciągu ostatnich 25 lat – najzwyczajniej wywinął kozła. Dzieło literackie – jako trwały wytwór jednostki zniknęło. Nie wierzysz? Wejdź do księgarni i zapytaj czy mają dzieła wszystkie Gabriela Mistrala, T.S. Eliota, Faulknera, B. Russella. Nie będą mieli – zapewniam. Dzieł wszystkich na pewno nie. To poproś o Dzieła wybrane” Laxnessa, Jimeneza, Quasimodo lub Saint-Johna Perse. Taki reprezentatywny wybór. Nie będą mieli. Próbuj dalej: pytaj o Seferisa, Agnona, Asturiasa. Będzie podobnie. Wiesz, to są wszystko laureaci literackiej nagrody Nobla. Wszyscy żyli w II połowie XX wieku. O niektórych jeszcze nie zapomnieliśmy doszczętnie, wydawanie ich „Dzieł wszystkich” jest jednak wydawniczym samobójstwem. A przecież za mego życia zostali uhonorowani najwyższymi nagrodami, uznani za najlepszych z najlepszych. Pamiętasz może Claude Simona, Wole Soyinkę, Nagiba Mhfuza, CC Cela? Największe gwiazdy literatury lat 80-tych? Poszukaj ich w księgarni. Zdziwisz się. To samo będzie z gwiazdami lat 90tych (Wallcott, Morrison, Heaney, Szymborska lub Xingjian. Who the fxck is Sheemboursyka, zapytał mnie niedawno znajomy irlandzki wydawca młodszego pokolenia gdy usiłowałem zwrócić jego uwagę na nestorkę. Pierwszy raz słyszał, miał nadzieję, że ostatni i nie rozumiał dlaczego mnie to dziwi.

    Ach, jak pomyślę sobie, że przed półwieczem ludzie zapisywali w Polsce aby nabyć całego Stendhala lub Balzaca. To się nazywało subskrybcja. A w krajach Europy zachodniej po prostu człowiek wykształcony musiał mieć całego Manna i Galsworthyego (odziedziczonego po ojcu) lub wszystko co napisał Camus albo Romain Gary. To się nazywało biblioteka domowa, trzeba było mieć, tak jak łazienkę. Nie mieć, nie znać – to był obciach. Degradacja. Deklasacja.
    Do czego zmierzam? Do tego, że świat się zmienił. Nie ma już tradycyjnej działalności wydawniczej, nie ma już ogólnego zainteresowania literaturą, od 10 lat jest jedynie kolektywna produkcja trzymiesięcznych sukcesów marketingowych. Ich zadaniem jest zniknąć bez śladu, aby miejsce na półkach mogło zostać zapełnione nowym towarem udającym literaturę. To jest rynek masowy obsługujący mody. Nie ma nic, nic wspólnego ze światem w którym żyli i byli czytani Flaubert, Maupassant, Hamsun, Dostojewski, Zola. (Czasem mam wrażenie, że i ów świat idealizujemy). Obecna produkcja sukcesów wydawniczych nie ma też nic wspólnego z minionym już światem w którym mogli (po latach wysiłków) zaistnieć Marquez, Fuentes, Llosa, Lezama-Lima, Sabato i cała ta reszta która wyroiła się w latach 70tych. Nie ma też wiele wspólnego z latami 80-tymi które przyniosły Kunderę, Chatwina, Kertesza (tak, 70-tych!), Toma Wolfe i parę innych nazwisk. Krytycy produkują sobie dziadków-laureatów, nobliści odchodzą w wieczne zapomnienie po dwóch sezonach, nikt nawet się o nich nie upomni.
    Pamuk jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, obawiam się jednak, że za parę lat nikogo nie będzie podniecał.
    Z faktu, że przestaliśmy (jako ogół) postrzegać dzieło literackie jako nieprzemijający element kultury, wynikło też nowe spojrzenie na twórcę. Nie oznacza to bynajmniej, że nikogo on już nie interesuje. Zawsze pozostanie garstka niespełnionych literatów, czytelniczek (przeważnie) stanu wolnego z wieczorem do zabicia i ambicjami wykraczającymi poza konsumpcję seriali. Krytyków literackich, którzy muszą – bo niczego innego nie umieją robić. Krytyków amatorów pragnących podzielić się z 20 czytelnikami ich recenzji swymi refleksjami (nie deprecjonuję tutaj tego co robisz, pragnę jedynie zasygnalizować wymiar zjawiska).

    Takie są myśli, które wędrowały mi przez głowę. Komentarz był skrótem myślowym. Po prostu pomyślałem sobie, że przykładasz anachroniczne trochę i nieadekwatne do współczesnych czasów kryteria do zjawiska w zaawansowanej agonii. Może niepotrzebnie zareagowałem przekornie. Ale tak to widzę.

    • Logos Amicus Says:

      Czyli co, Telemachu – aby nie być anachronicznym, mam iść z duchem naszych czasów, nad upadkiem których tak lamentujesz – i nie zajmować się wogóle autorem, tylko go czytać… ? (No offence intended :) )

      A wracając do meritum Twojego komentarza, muszę napisać , że nie podzielam Twego pesymizmu.
      Wybacz, że dla przejrzystości odpowiem na niektóre Twoje stwierdzenia, myśli i kwestie w „podpauzach” (przepraszam, że będzie to nieco takie „porwane”):

      – Nie wierzę, że „dzieło literackie – jako trwały wytwór jednostki – zniknęło”. Nie zginął literacki kanon. Kto chce, może z łatwością dostać się do najważniejszych książek Dostojewskiego, Manna, Hugo, Gombrowicza, Sienkiewicza, Camusa, Marqueza…
      A po co mi od razu cały Balzak, Proust, Faulkner…? Żeby mi ich tomiszcza zalegały i kurzyły się na jakiejś półce?

      – Czy naprawdę uważasz, że nagroda Nobla to jest taka Nobilitacja? Często był to ledwie gest polityczny, ideowy, wręcz koniunkturalny. To, że te nazwiska Noblistów, które wymieniłeś, nic nam nie mówią, świadczy być może o tym, że była to litratura dość poślednia, do której nie warto już wracać. Myślę jednak, że jeśli ktoś bardzo chce, to może do niej wrócić. Skoro tak Ci brak Laxnessa, Jimeneza, Quasimodo, Seferisa, Agnona, Asturiasa lub Saint-Johna Perse, to się postaraj, by ich poznać (myślę jednak, że jest to możliwe). Jeśli chodzi o mnie, to jakoś nie odczuwam zbyt boleśnie ich braku. Oczywiście jest paru pisarzy, którzy dostali prestiżowe nagrody i się o nich zapomniało (a których ja akurat cenię i darzę zainteresowaniem), jednak wiem, że gdy tylko będę chciał, to do nich będę mógł dotrzeć).

      – Tak, ludzie przed półwieczem zapisywali się w Polsce na jakieś wielkie działa zebrane „całego” Stendhala, „całego” Balzaka… (wybacz, ale to dla mnie brzmi niemal, jak „cały” Lenin), ale czy później do nich zaglądali?
      Telemachu – wątpię!
      Te dzieła w zdecydowanej większości pozostały dziewicze (cżęsto nawet nie rozcięte). Sporo było w tym zwykłego snobizmu. Tak, jak z „Ulissesem” Joyce’a – każdy o nim rozprawiał (no może tylko wspominał) a w rzeczywistości prawie nikt go nie przeczytał (już nie piszę w całości, ale choćby tylko w znacznej części).
      Było właśnie tak, jak piszesz: wypadało coś „mieć”, tak jak łazienkę (sic!). Ale już z tym „znać” było bardzo różnie.

      – To, że „świat się zmienił” trudno doprawdy uznać za jakieś odkrycie.
      No i zwykle „stare” czasy były czasami „dobrymi”. Nie to co teraz – w dobie powszechnego upadku literatury, kina, teatru… etc.
      Tyle, że sądzono tak niemal w każdej epoce.
      Świat się zmienia stale – i to nie tylko na gorsze.

      – „Nasz świat nie jest już światem Flauberta, Maupassanta, Hamsuna, Dostojewskiego, Zoli… ” Zgoda. Ale czy naprawdę jest tu nad czym rozpaczać?
      Mimo wszystko uważam, iż nie jest tak, że „nasz świat” nie ma z tamtym światem „NIC” wspólnego. Ma jednak trochę – może nawet wiele – wspólnego.

      – Mimo wszystko sądzę, że nadal w literaturze powstają ciekawe, wartościowe, może nawet wybitne książki, z tym, że – albo do nich nie docieramy (z braku czasu, chęci, z lenistwa lub braku zainteresowania), albo nie potrafimy jeszcze dobrze je rozpoznać.
      A książki ludzie czytają nadal. Różne książki – oprócz czytadeł także te pozycje bardziej ambitne. Wystarczy znaleźć Telemachu blogi, na których czytelnicy dzielą sie swoimi wrażeniami z lektury. Jest ich mnóstwo i często są na naprawdę wysokim poziomie. Pisane są bowiem przez ludzi zachłannych na literaturę, a ponadto – wrażliwych, otwartych, inteligentnych…

      PS. Czy naprawdę martwić nas może to, że nasze wpisy przeczyta kilkadziesiąt osób, a nie kilka tysięcy?
      Czy naprawdę Telemachu będzisz bolał nad tym, że Twoje ciekawe, a niekiedy i błyskotliwe uwagi nie dotrą do jakiejś czytelniczej masy?
      Czasem warto pozbyć się złudzeń.

      Nas powinno zadowolić to, że ja przeczytałem Ciebie, a Ty mnie – że poświęciliśmy sobie nawzajem uwagę i staraliśmy się siebie zrozumieć.
      Odbyło się tak, jak za „dawnych dobrych czasów”, kiedy jeszcze sztuka epistolarna była w pełnym poważaniu i rozkwicie :)

      Pozdrawiam i dziękuję.

  4. telemach Says:

    Logosie, pomijając wszelkie kwestie dyskusyjne – czy Ciebie nie niepokoi odejście epoki literatury autorów? I panujący obecnie dyktat działów marketingowych wypluwających „książkę miesiąca”?
    Ja nie utyskuję – utyskiwałem może przed 10 laty. Ja z osłupieniem stwierdzam, że zainteresowanie publiczności jest kreowane przez tych samych osobników którzy ze szmaciaków zroblili obiekt kultu pt. NIKE. Ta sama mentalność i chęć maksymalizacji zysku sprawia że książka nie jest przesłaniem jednego człowieka skierowanym do ogółu, lecz tylko i wyłącznie produktem takim samym jak samochód, komputer lub trampki. Produkty są wytwarzane i ich zadaniem jest szybkie ustąpienie miejsca innym produktom. Walka o półki w księgarniach jest rozstrzygnięta przed napisaniem pierwszego zdania przez dostarczycieli. Obawiam się, że moja praca dla sektora wydawniczego pozbawiła mnie wszelkich złudzeń. Niepokoi mnie jednak zanik autora. Nie wykreowanej na użytek kolejnego sezonu postaci lecz autora rozumianego jako ten w czyjej głowie powstaje książka. Bo Ci którzy decydują i zarabiają najchętniej by z niego zrezygnowali. Przeszkadza. Resztę sobie przemyślę i może jutro…

    • Logos Amicus Says:

      Jeżeli chodzi o mnie, to robię wszystko, żeby mi ten autor nie zanikł :)
      To właśnie stąd ten wtręt w moim ostatnim wpisie, gdzie się zastanawiałem ile Kundery jest w tej jego „Nieznośnej lekkości bytu”, (a co Ty zadenuncjowałeś, jako dość kuriozalne hobby i anachronizm :) )

      Z komercjalizmem trzeba się chyba jednak w dzisiejszych czasach pogodzić. Zresztą, nie zawsze jest on jakimś Złem absolutnym. Czasem tylko konsekwencją merkantylizmu, bez którego (nasz ludzki) świat nie mógłby już chyba funkcjonować

      Czemy Ty się zresztą dziwisz? Czyżby temu, że ktoś chce, aby zwróciły mu się koszta druku? (Ktoś musi wszak zapłacić za papier, farbę, maszyny, czynsz, kolportaż… ) Pamiętasz jak zwracałeś mi nie tak dawno uwagę na to, jakie koszta musi ponosić WP udzielając się jako platforma blogowa? (Skąd miał wypływać wniosek. że się nie powinienem dziwić tym ich reklamom, z którymi ni stąd ni zowąd wyskoczyli na naszych blogach.)

      Mimo wszystko, podobnie jak w filmie, również i w literaturze będą wyrobnicy pokroju Dona Browna, których najbardziej podnieca kasa, jak i prawdziwi twórcy, dla których pisanie jest aktem – jeśli chodzi o fiskalizm – już bardziej bezinteresownym.

      PS. Ciekaw jestem, co też z tych Twoich dalszych przemyśleń może wyniknąć :)
      Ciekaw jak zwykle, zresztą…

  5. Julia Says:

    Czytając książkę dziwiłam się, jak mało – w stosunku do filmu – przesiąknięta jest owym erotyzmem. W porównaniu do innych utworów Kundery, które wpadły mi w łapki, „Nieznośna Lekkość” wydała mi się najbardziej filozoficzna, a najmniej erotyczna.
    Ujęła mnie w niej analiza psychologiczna bohaterów, uzasadniająca ich trzymanie się razem „mimo wszystko”. No i postać Sabiny, która wprowadziła realistyczną komplikację w związki. Ni to przyjaciółka, ni to kochanka. Niedookreślona przez samą siebie.
    pzdr, dziękuję za wizytę na stronie.

    • Logos Amicus Says:

      No tak… Mógłbym teraz zacytować całe ustępy z „Nieznośnej lekkości bytu”, które – wg mnie – aż kipią od erotyzmu… Inna sprawa, że jest to często erotyzm cokolwiek… desperacki, obciążony jakimś gorzkim fatalizmem.

      Po prostu inaczej odebraliśmy tutaj Kunderę. Może dlatego, że Ty jesteś kobietą, ja zaś mężczyzną? Może dlatego, że inny w nas był wówczas rodzaj (poziom?) erotycznego napięcia, głodu? Hm… :)

  6. miziol Says:

    Poczulem sie jakos osobiscie dotkniety tym wpisem. Widzialem film nakrecony na podstawie ksiazki Kundery i przyznam sie, ze znudzil mnie dosyc szybko. Flaki z olejem. Albo raczej knedle. A co do tego ile jest cukru w cukrze, czyli pisarza w jego dziele, to odpowiedz jest raczej prosta. Albo jest tam caly, podzielony na malenkie kawalki albo wprost w calosci i wtedy dzielo ma jakis smak i zyje. Albo tez nie ma go tam wcale i powstaje gniot, przy ktorym czytelnik meczy sie, doskonale wyczuwajac, ze ma do czynienia z trupem.
    Tu musze sie zgodzic z Telemachem. Kiedys pisarze tworzyli dziela, bo wkladali w nie cale swoje serce i umiejetnosci. Nie dla pieniedzy, bo jak powszechnie wiadomo, najwieksza popularnosc ksiazki osiagaly kiedys po smierci autora. Robili to z autentycznej potrzeby opowiadania. Moze jestem naiwny, ale tak mi sie wydaje. Dzisiaj wiekszosc pisarzy produkuje ksiazki jak hamburgery. Szybko i byle jak. Liczy sie ilosc a nie jakosc. Duze pieniadze jak zwykle zniszczyly cos naprawde wartosciowego. Tylko, ze zabily prawdziwy smak i sam sens czytania i przezywania zwiazanych z tym emocji.

    • Logos Amicus Says:

      Oczywiście macie rację pisząc, że komercja zabiła wielu pisarzy, którzy bez niej mogliby być prawdziwymi ludźmi pióra. No, może ich tylko zepsuła.
      I uważasz Miziole, że jest to większość. Być może. W takim razie pozostaje jednak ta mniejszość, która pisze „z serca”, z powołania, dla radości tworzenia, z potrzeby innej, niż kasa… etc. Czyli z pobudek – nazwijmy to – wyższych, bardziej szlachetnych, mających więcej do czynienia ze sztuką, niż z handlem.
      Jeśli więc nawet mierzi nas ta większość, to pozostaje owa mniejszość ratująca „honor” literatury, która w pierwszym rzędzie jest twórczością artystyczną, a dopiero w dalszej kolejności tym, co można sprzedać.

      PS. Ale dlaczego poczułeś się osobiście dotknięty tym wpisem?

      • miziol Says:

        Poczułem sie dotknięty, bo sam napisałem dłuższą rzecz, ktora zresztą byłeś łaskaw przeczytać.
        Wymagało to wielkiej dawki ekshibicjonizmu, aby uczynic mojego glownego bohatera zywym czlowiekiem a nie manekinem. Wiele postaci mojej powiesci zachowuje sie calkiem sprzecznie z wyznawanymi przeze mnie zasadami,a jednak piszac o nich probowalem wejsc w ich polozenie i byc nimi na chwile pisania. Chyba jeszcze nie potrafilem odkryc sie calkowicie i ta powiesc jest nierowna. Nie wiem, czy bedzie mnie kiedys na to stac, bo trzeba ogromnej odwagi, zeby napisac cos naprawde osobistego. Tym bardziej, ze nie zyjemy w próżni i musimy liczyc sie z uczuciami innych.
        Pozdrawiam

      • Logos Amicus Says:

        Dalej nie widzę powodu, dla którego mógłbyś się poczuć dotknęty moim wpisem.
        Zgoda, opisywałeś świat, który był cokolwiek – sorry za słowo – gówniany, ale przecież można było wyczuć, po której jesteś stronie, jako autor.
        A głowny bohater, mimo swojej chwiejności i pewnego zagubienia, sprawia wrażenie dość przyzwoitego gościa. Jeżeli więc ktoś będzie Cię z nim utożsamiał (czy też choćby kojarzył – tak, jak ja to robiłem), to przecież żaden obciach (że się tak po nowoczesnemu wyrażę).
        Pozdrawiam

  7. telemach Says:

    Logosie, od razu „zadenuncjowałeś”! ;-)

    Zupełnie błędnie to do Ciebie doszło. Jest taki rodzaj smutnej ironii który jest trudny do odczytania jedynie z wpisu (nie wiem w jaki sposób wpisać do komentarza przymrużenie oka, nie uciekając się do emocjonalnego ubóstwa emotikonów).

    Nie widzę w moim zachowaniu większej sprzeczności. Piszesz o literaturze i autorach tak jak byśmy żyli w czasach Bułhakowa (co jest sympatyczne). Podczes gdy my żyjemy w czasach Dana Browna będącego nie tyle autorem co figurantem firmującym efekt pracy zespołu ponad 200 ludzi z Doubleday i Random House. Mało kto zna historię marketingu produktu o nazwie „Kod LdV” A jest fascynująca. Tyle, że z literaturą, pisaniem ani autorstwem nie ma nic wspólnego.

    Argument o kosztach papieru i druku zupełnie mnie nie przekonuje. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oczekiwał od wydawcy, że będzie prowadził swą działalność za darmo. Również moje oczekiwania są skromne – chcę aby przypomniał sobie o tym że jest wydawcą. Co oznacza w moich oczach również odpowiedzialność wobec autorów, dzieła i czytelnika. Nie zaś jedynie chęć maksymalizacji zysku poprzez kreację produktów paraliterackich jednorazowego użytku. Zwanych niegdyś książkami i udających książki.

    Granica dopuszczalnego cynizmu leży dla mnie gdzie indziej w przypadku spółki wydającej tabloidy i spółki wydającej literaturę. Może to jest myślenie życzeniowe – ale tak to widzę.

  8. porcelanka Says:

    Oczywiście bohaterowie są częścią światopoglądu autora. Sumą jego wiedzy o świecie i ludziach i być może również ogniskują zainteresowania pisarza pewną problematyką. Jest sprawą talentu, opanowania warsztatu, szeroko pojętej wiedzy i pomysłowości twórcy, jaki będzie wynik zmagań głowa>papier ;)
    Względem powyższej dyskusji, to prawda, że czytanie „wszystkiego” autora to tendencja będąca obecnie w odwrocie. Ale nie sądzę, że jest w stanie zupełnie zaniknąć. Jeśli do czytelnika trafi pewien sposób ujmowania świata, będzie szukał książek autora by móc się zanurzyć w nim na nowo :)

    • Logos Amicus Says:

      Chodzi mi po głowie taka myśl, że im większy (wybitniejszy) pisarz, tym trudniej się doszukać jego samego w dziele, które stworzył – i tym bardziej jego dzieło może być autonomiczne.
      Podobnie chyba rzecz się ma z aktorami: ci naprawdę wielcy mogą zagrać dosłownie wszystko i wszystkich. I trudno wtedy przeniknąć, którą częścią wykreowanej postaci są oni sami.

      Nadal nie widzę sensu ani konieczności w tym, byśmy byli czymkolwiek zobligowani (nawet naszym upodobaniem) do czytania wszystkiego, co napisał dany autor.
      Jeśli jednak ktoś chce czytać całego Prousta – S’il vous plaît! Jeśli całego Kraszewskiego – szczęść mu Boże!

  9. Sarna Says:

    Przywykliśmy do myśli, że autor dzieła, o ile nie jest to czasami publikacja naukowa, jest liczbą pojedynczą. Ale to bajka, tak było jak to w bajkach bywa: dawno, dawno temu… :) A obecnie? Telemach słusznie zwrócił uwagę na fakt, że nie zawsze tak jest i że czasami autor firmuje swoim nazwiskiem pracę całego, anonimowego zespołu. Ale to on zbiera laury i przechodzi do historii.
    Może to nie ta kategoria i ranga wielkości o jakiej piszecie, ale Amicusie, czy to nie w Chicago urodził się twórca imperium, który mówił o sobie, że jest jak pszczółka, która zbiera pyłek i zapyla, a w efekcie firmuje swoim nazwiskiem pracę olbrzymiego sztabu ludzi – Walt Disney?
    Obawiam się, że w tej dyskusji zabierają głos ludzie z innej epoki. Nie odważę się powiedzieć lepszej czy gorszej, po prostu z innej. Emanuje z nas nostalgia za tym, co minione albo co właśnie bezpowrotnie mija. Nowe pokolenie ma już inną wrażliwość, inne kryteria, inne potrzeby, inne wizje i pasje. Poszukuje literatury, która daje im odpowiedzi na ich pytania, bawi ich w sposób dla nich właściwy. Kto chce czegoś ponadto, zawsze może sięgnąć na półkę w bibliotece lub księgarni, gdzie, może w mniejszych nakładach, ale jednak są dzieła starych mistrzów pióra. Nowe czasy cechuje dynamika, wszystkie ideały i wartości szybko się dewaluują, autorzy nie żyją przecież w oderwaniu od rzeczywistości, która w jakiejś mierze znajduje swoje odbicie w ich dziełach. No chyba, że są to autorzy bajek, ale to już inna bajka :)
    PS Mam na półce zbór dzieł „całego” Stendhala, właśnie z subskrypcji :) Ale, zaraz tam Amicusie, pół wieku temu i nierozcięte. Fakt, pozostało coś jeszcze do poczytania na emeryturze, może dotrwają, bo choć przepłacone na tamte czasy, to strasznie lichego wydania. Szkoda, bo zawartość piękna.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Sarno, nie muszę być z innej epoki, by nadal twierdzić, że zwykle książki pisane są przez jednego autora – jeśli oczywiście ten autor jest prawdziwym pisarzem, a nie wyrobnikiem, czy cwaniakiem, który powierza napisanie „swoich” książek ghost writerom. Dla mnie, pisanie jakiegoś „dzieła” przez kolektyw nie jest żadnym pisarstwem, tylko produkcją. Nie jest to literatura, tylko towar.

  10. telemach Says:

    @Logos: cofam „zupełnie” i zastępuję przez „najwidoczniej”. ;-)

  11. miziol Says:

    Ok. Cofam „dotknięty”. Poczułem się „poruszony”. To miałem na myśli. :-)

  12. Sarna Says:

    W zasadzie zgadzam się Amicusie z Twoim punktem widzenia, tylko, że mój punkt widzenia jest bardziej liberalny od Twojego. Otóż ja nie wykluczam możliwości, że towar (produkcja) może być i bywa dobrą literaturą. Dobrą w znaczeniu:ciekawy problem, interesujący sposób ujęcia tematu/ narracja, styl/język, zbudowanie klimatu, porwanie czytelnika. Domyślam się, że czytając to co napisałam dobrodusznie się zżymasz myśląc: naiwna. Może masz rację, nie obraża mnie to bynajmniej. U mnie z odbiorem książki jest podobnie jak z filmem. Liczy się moje subiektywne odczucie, a nie werdykt krytyków. Lubię znać zdanie innych, wiedzieć jak oni czują i patrzą, ale patrząc na film lub czytając książkę chcę je odbierać całą naiwną sobą, wolną od cudzych impresji. Jeżeli coś z tego co zobaczę albo przeczytam poruszy mnie, zmusi do myślenia o tym dłużej, drążenia tematu dalej na własną rękę, czasami wywoła jakiś proces zmian światopoglądowych to choćby to była „produkcja” dla mnie jest dobrą literaturą.
    pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Zgoda. Koniec końców liczy się efekt ostateczny.

      Tyle, że mam wątpliwości iż takie kolektywne „pisarstwo” osiągnie efekt, który by mnie zadowolił.
      Widzę to na przykładzie Dana Browna właśnie.
      Ponadto, nie wyobrażam sobie np. by tacy pisarze, jak np. Dostojewski, Faulkner, Tołstoj, Miller, Wolf, Eliot, Camus… dawali komuś do napisania jakiś „kawałek” własnej książki.
      Być może mam staroświeckie poglądy i oczekiwania w związku ze sposobem tworzenia literatury, ale mam do tego prawo. Tak to widzę… i dobrze mi z tym.

  13. rosaria Says:

    :~)
    W wielu kwestiach zgadzam się z Tobą Amicusie. I ja często sięgając po książkę automatycznie myślę o autorze. I Twoja myśl – ile autora w dziele? (w czystej postaci, ma się rozumieć) również i mnie dopada. W rzeczy samej, czy jest to pytanie, które drążę, bo a nuż pomoże, pozwoli coś zrozumieć? Nie, niezupełnie. Ale nie ukrywam, że coś mi go przybliża, że odnajduję go „między slowami” i wtedy wiem, że to jest tylko jego (i tu mam odpowiedź również na to, kto pisał, kto czuł i jak). Dlaczego próbuję delikatnie „podejść” pisarza??? (czyżby empatia?) Myślę, że dzieje się tak z ciekawości do świata i ludzi, z samej chęci poznania. Nie jest to próba analizy, badania „dzieła” (nie zawsze to co czytam posiada rangę dzieła) poprzez twórcę. Nie ma takiej możliwości, by choćby kawałka siebie, swoich pragnień, marzeń, lęków nie oddał czytelnikowi pisarz!
    Pisałeś o Kunderze, który poprzez erotyzm próbuje poniekąd uciec od tamtejszej rzeczywistości. Tak jest zapewne, bo jakoś tamten czas potęgował pewną beznadzieję, smutek, osamotnienie, co i w relacjach z partnerem było widoczne. Tu przychodzi mi na myśl Hłasko. Czytając go czułam smutek, bezgraniczny, bezbrzeżny… Czasem nie ma potrzeby wnikać w życiorysy, relacje, bo książka daje odpowiedź. I nie sądzę, by chęć poznania pisarza była czymś anachronicznym i kuriozalnym. To „podanie” ręki twórcy, by móc się z nim zaprzyjaźnić, czasem zrozumieć „dlaczego”?
    Nie sądzę, by wszyscy Nobliści zasługiwali na oklaski i laur (stąd konieczność poznania, bo obciach), jak analogicznie myśląc, zdobywcy Oskara! Czytajmy i oglądajmy to, co nas porusza, napędza, a może uskrzydla. Nie narzucajmy, a sugerujmy, pozwalajmy wybierać sobie począwszy od Homera, Szekspira, poprzez Dostojewskiego, Balzaca do Murakamiego, Tokarczuk, Myśliwskiego czy Coehlo, w myśl zasady – de gustibus non est disputandum :)
    Jak napisała Sarna (?), żyjemy w czasach, gdzie gust i potrzeby czytelnicze się zmieniły, oczekiwania również, stąd tempo wrzucania na pólki księgarskie tego „czegoś”, jak również Dobrego. Trzeba szukać, szperać, dociekać, docierać tam, gdzie nas węch prowadzi :) Dzisiaj ponoć wszystko jest dostępne, czyż nie Amicusie?
    Miłego buszowania, niekoniecznie w zbożu
    :)))

    • Logos Amicus Says:

      Porównanie Kundery z Hłaską moim zdaniem bardzo trafne.
      To prawda, nie martwmy się tym, co czytają inni, ale sami starajmy się czytać… szukając tego, co nas może zaciekawić, wzbogacić, czegoś nauczyć… Tam gdzieś – w tych tomach, na tych stronicach zapisanych – znaleźć przecież można takie bogactwo!

      Dziękuję za ten list od Ciebie (bo tak chyba mogę nazwać ten komentarz).
      Pozdrawiam ciepło,
      (niekoniecznie buszując w zbożu :) )

  14. Sarna Says:

    Nie staje Ci wyobraźni? Amicusie, by tacy pisarze, jak np. Dostojewski, Faulkner, Tołstoj, Miller, Wolf, Eliot, Camus… dawali komuś do napisania jakiś “kawałek” własnej książki? Własnej, współtworzonej, co za różnica? Książka to książka. Książka, jak gust, jak każda potwora, co to znajdzie swego amatora. To nie elementarz, nie muszą jej przeczytać wszyscy. Sypią się gromy koneserów na Dona Browna, bo biedaczyna napisał/współtworzył książki, które są masówką. Jakie to smutne, że podoba się tylu czytelnikom-miernotom. Wielu = mizeria, bylejakość… etc? Wiele niezdrowo kojarzy się z plebsem, pospólstwem, motłochem, a jednostki – z arystokracją i elitą? Literatura, zauważ Amicusie, to nie tylko rozprawy filozoficzne, jest tam miejsce dla wielu gatunków. Mnie się Browna czytało świetnie: bawił, przenosił w świat intrygi, flirtował z historią, wiódł w realne miejsca, rozbudzał pytania, co jest prawdą, a co fałszem, zmusił do czytania Biblii. Może gdyby postawił więcej pytań, zostałabym przy tej lekturze dłużej ?
    Zadajesz sobie pytanie ile jest autora w dziele? Słusznie, tylko zastanawiam się dlaczego z takim uporem obstajesz przy tym, że autor musi być liczbą pojedynczą. Człowiek to złożona istota, nigdy do końca nie poznana, nawet przez samą siebie, ma wiele twarzy i wcieleń, które zaskakują swoim istnieniem nawet ją samą. Może autor jako współautor dzieła jest tworem bliższym prawdy, bliższym doskonałości?
    PS Rzeczywiście masz staroświeckie poglądy, ale takie Twoje – jak to mawia Defendo – zbójeckie prawo. Najważniejsze jest to, że z tym czuciem jest Ci dobrze.

  15. Sarna Says:

    W komentarzach do „Grotu z obsydianu” napisałeś , że utożsamianie „podmiotu lirycznego” z autorem tekstu jest pewną interpretacyjną naiwnością. Dlaczego zatem tak się doszukujesz autora w dziele?
    pozdrawiam

  16. jula Says:

    Kundery nie czytałam, nie znam i nie muszę;)

    Włączam się natomiast do dyskusji, bo cały czas „wałkowane” jest pytanie „ile pisarza w jego dziele”?…
    Ja uważam, że ten który sam pisze, to jest w swym dziele na 100%, bo nawet jak tworzy fikcyjne postacie, to zawsze ulegają one (postacie;) przefiltrowaniu przez jego „umysł” .
    Natomiast zarysy tych „postaci” wzoruje – bacznie obserwując otoczenie – na swoich bliskich , znajomych, osobach publicznych, celebrytach… etc.
    Lubię zaglądać na blogi pisarzy i potem, jak już czytam ich „świeżo” wydane książki, to jestem zaskoczona, że postacie w nich występujące bardzo mi przypominają te o których piszą w swoich wirtualnych pamiętnikach, lub ich samych, np. ich myśli. ;)

    Uważam, że każdy twórca jest bacznym obserwatorem otoczenia bliskiego i dalszego i to wszystko opisuje w swojej książce, nadając jej cechy osobiste ;D
    Nawet Wit Stwosz w kościele Mariackim w Krakowie, wyrzeźbił figury odtwarzając współczesnych mu mieszczuchów. :)
    Również malarze postacie fikcyjne wzorowali na osobach im współczesnych. Tak też jest i z pisarzami, a im lepszy i bardziej przenikliwy obserwator, tym „wybitniejszy pisarz” ;)

    PA! 8)

    • Logos Amicus Says:

      Ze wszystkim się Jula zgadzam.
      No, może prawie ze wszystkim ;)
      Bo to „nie muszę” to jednak trąci nieco… arogancją.
      Oczywiście, że nie musi się czytać Kundery. Nie musi się czytać niczego. Ale co to byłoby za życie?

  17. Jula1 Says:

    Wow, jak ostro mnie potraktowałeś. Hehehhe…

    Ja uważam,że i tak dosyć muszę czytać różnych ustaw,tworzonych przez nasz parlament i zastanawiać się co oni (parlamentarzyści mieli na myśli lub nie ;), to dla przyjemności czytania tego robić już nie muszę :D

    Wybieram to, co mi się podoba.
    Zaglądam na blogi współczesnych polskich pisarzy, z niektórymi nawet koresponduje ;), tak że wtórny analfabetyzm , chyba mi nie grozi? … ;)

    Poza tym zawsze mogę zajrzeć do Ciebie i dowiedzieć się co w literaturze polskiej słychać wśród Polonii w Chicago :)

    A w Polsce nawet też jestem na bieżąco a to z racji R. Grzeli, bo też prowadzi bardzo ciekawy literacki blog. Są tam też nagrywane rozmowy ze współczesnymi, wielkimi twórcami szeroko pojętej KULTURY – sam też jest młodym, doskonałym dramatopisarzem ;)

    Naprawdę nie muszę być na bieżąco ze wszystkim, mogę sobie niektórych odpuścić i sięgać tylko po to co mnie zaciekawi :) Ja nie muszę, bo to nie mój chleb. W pracy tylko muszę . PA! :E ;) :D

    • Logos Amicus Says:

      Ostro, nie ostro…
      Chyba nie za ostro Jula, skoro po tym wszystkim stać Cię na tyle usmiechów (przynajmniej tych emotikonowych ;) )

      A to, że sięgasz jednak do różnych szuflad, że wiele rzeczy Cię interesuje – to tylko dobrze świadczy o Twojej ciekawości świata.

      PS. Jeśli nawet czasem coś ostrzej napiszę, to nie oznacza, że mam wobec kogoś jakieś negatywne uczucia. Jeśli już, to… tylko wobec tego, co ktoś pisze.

  18. tanigucci Says:

    A ja się zastanawiałam, czy autor nie zadawał sobie po prostu takiego pytania, czy cokolwiek jest w życiu ważne, czy w cokolwiek warto wierzyć. I stąd ten bardzo zgrabny tytuł. Czy cokolwiek jest cięższe od pióra? (nie, nie w obu znaczeniach tego słowa). Znam ludzi, którzy nie wierzą, sama, bywa, powątpiewam, a jednak… w cukrze cukier jest zawarty, tyle że zależy w jakim. ;) Tak jak ze wszystkim. Nie każdemu dane jest znaleźć ciężary warte niesienia.
    Co do Waszych dyskusji o upadku literatury. Mój Boże… każda epoka niesie ze sobą nowe wyzwania. Wydawców zawsze, zresztą interesowało głównie to, co się sprzeda, bo przecież z tego żyją. Jednak jako producenci książek, a nie wędlin uważają że o ile ich stać, mogą być swoiście pojmowanymi mecenasami tzw. sztukiw wyższej. Jeśli tego nie robią, znaczy zsupermarkecieli. Też signum temporis. I trudno.
    A pisarz musi jakoś emocjonalnie odnosić się do bohaterów. Muszą być częścią niego, bo inaczej niczego by nie stworzył. Nie chciało by mu się aż tak… by uczynić ich prawdziwymi. Ja nie mówię o pisarstwie sensacyjnym i przemiałowym, w którym na pierwszy plan wysuwa się fabuła i akcja, akcja… oraz intryga, intryga… czy romans, romans. Pisarz jednak z zasady jest stworem samolubnym, uważającym się za pierwszego lub drugiego po bogu (i nie chodzi tu tylko o kaliber Dostojewskiego, który jeszcze jako nieznany bliżej nikomu młodzieniec, zapluwając się przed Turgieniewem, wykrzykiwał, że już niedługo świat go pozna). Generalnie ludzie decydujący się na jakąś formę wyjścia do świata do skromnych zaliczać się nie mogą. A więc nie tylko ich ideefixy, ale i oni sami muszą być przez się reprodukowani. Ale czy to trzeba podkreślać? No może… Na razie macham.

    • Logos Amicus Says:

      Czyli: jeśli w nic się nie wierzy, nic w życiu nie jest ważne (czyli nic nie waży) to takie “lekkie” istnienie staje się jednak nieznośne?
      Ale na mnie (z tego co pamiętam) bohaterowie Kundery sprawiali wrażenie, jakby coś bardzo im w życiu ciążyło.

      • tania Says:

        Naturalnie. Pozorna lekkość w rzeczywistości może być bardzo ciężka. Sądzę, że wielu ludzi szuka w życiu jakiegoś puntku odniesienia, zaczepienia, pewnej dotykalności, prawdziwości. Pozornie urokliwy i miękki, ale jednak… można powiedzieć chyba… cynizm Kundery jest w rzeczywistości formą strachu. Moja pani od literatury nazywała to zdystansowaniem do świata, przymrużeniem oka czy czymś tam jeszcze. Ale dystans oznacza zawieszenie. U Kundery takie lekkie romanse są na porządku dziennym w każdym prawie utworze, ale tutaj to idzie głębiej, opowiada właściwie o kryzysie stosunków międzyludzkich, o braku bezpieczeństwa w związku, w sercu, w duszy, w głowie. O tragedii w sumie sporej, prawda? W tej opowieści bohater przecież sam ów brak stwarza lub nie odnajduje po prostu czegoś czego szuka.
        Widziałam podobne zachowania na paru blogach i współcześnie, a przecież wałkowało się… ;) (tylko kto to pamięta, prawda?)

        Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
        Że według Bożego rozkazu
        Kto nie dotknął ziemi ni razu
        Ten nigdy nie może być w niebie.

        Macham. :)

        • Logos Amicus Says:

          Kundera pisze:

          „Najcięższe brzemię nas powala, przyciska do ziemi, upadamy pod nim. Ale w poezji miłosnej wszystkich wieków kobieta pragnie być obciążona brzemieniem męskiego ciała. Najcięższe brzemię jest jednocześnie obrazem najintensywniejszej pełni życia. Im cięższe brzemię, tym nasze życie bliższe jest ziemi, tym jest realniejsze i prawdziwsze.
          W przeciwieństwie do tego całkowity brak brzemienia sprawia, że człowiek staje się lżejszy od powietrza, wzlatuje w górę, oddala się od ziemi, od ziemskiego bytowania, staje się na wpół rzeczywisty, a jego ruchy są tyleż swobodne co pozbawione znaczenia.”

          Powiedz mi Taniu, czy Kundera nie przesadził z tym słodkim brzemieniem mężczyzny? ;)

  19. tania Says:

    Obawiam się, że nie umiem dobrze odpowiedzieć na to pytanie. Sądzę, że należy to traktować nie tylko fizycznie, ale całościowo. Widzisz sam. To, co tu zacytowałeś jest właśnie odbiciem drugich „Dziadów” ;). W kontekście kontaktów damsko-męskich, rodzin, par nieformalnych… Każdy człowiek potrzebuje drugiego człowieka, nie tylko do miłości, ale i do dzielenia się innymi rzeczami (najgorzej jest z nieszczęściem, chorobą ;) a także z marazmem, w który się czasem popada), ale trzeba z drugim znajdować jakiś wspólny mianownik – zwykle chodzi o jakiś szczebel rozwoju intelektualnego. No i jeśli się drugiego człowieka naprawdę chce, to jest się gotowym nieść „go” razem z jego problemami, z całym brzemieniem bez względu na papier czy jego brak. Czasem człowiek nie jest gotowy. Na nic, nawet na siebie.
    Tutaj Tomasz czy Sabina prezentują takie zawieszenie, niegotowość, dlatego ciągle uciekają (sami, prawdopodobnie nie wiedzą od czego). Podobną ucieczką są nałogi potocznie uznawane za zgubne. ;). To są jakieś „sposoby”. Czy są dobre? Najwyraźniej nie. Mówi się, że jeśli raz zaczniesz uciekać, będziesz uciekać całe życie. Ucieczki są łatwiejsze tylko pozornie. Każde… W końcu trzeba stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, ze sobą. Obserwuję różne ucieczki. Wszystkie są… smutne. Dlatego ta powieść jest smutna.

    • Logos Amicus Says:

      Nie jestem tego pewien, czy w tej potrzebie drugiego człowieka chodzi „zwykle o jakiś szczebel rozwoju intelektualnego.” Ja myślę, że chodzi głównie o uczucia (choć często, zwłaszcza w pierwszej fazie znajomości damsko-męskiej chodzi jednak – musimy to przyznać – głównie o seks) – o potrzebę bliskości, zainteresowania, uwagi… Poza tym, miłość jest zaborcza (na wszystkie strony), przyjaźń (prawdziwa) zaborczą być nie może, bo przestaje być przyjaźnią. Ja myślę, że intelekt w tym wszystkim jest gdzieś na dalszych pozycjach.

      To ciekawe, że czasami nasza pogoń za czymś jest właściwie ucieczką przed czymś. Zauważyłaś?

      • tania Says:

        Wiesz co… ja nie wiem, dla mnie szczebel rozwoju jest ważny (no tutaj powinnam mówić za niewielką być może część populacji).
        Stwierdzenie o pogoni i uczeczce… che, che… „nigdy” znaczy „zawsze”. Tak, czasami tak.

  20. tania Says:

    Odkrywając oczywistą „Amerykę w konserwach” myślę sobie, że to dość logiczne. „Zawsze” może tak naprawdę oznaczać „nigdy” i vice tak zwanego versa. Nie mam przez to na myśli że we wszystkich przypadkach te dwa wyrażenia są tożsame, bo mogą nie być, ale przecież… Np. jeśli mówię, że: „nigdy nie wsiądę do samolotu” to znaczy, że „zawsze” będę podróżować innymi środkami lokomocji. Jeśli mówię, że: „zawsze będę przy Tobie” to znaczy, że „nigdy Cię nie opuszczę” tak? Jeśli „zawsze będę uciekać” to „nigdy nie stawię czoła przeciwnikowi/życiu/trudnej sytuacji”. Macham.


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s