KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA

(wierszyk nostalgiczno-sentymentalny)

.

KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA

.

Co takiego uwodzicielskiego było
na tych białych kartkach papieru
pokrytych czarnymi znaczkami liter
że wolałem wsadzić nos między okładki
książki niż pogonić kota za płotem
wybić klapką muchy w kuchni
a nawet wypuścić się z kimś w słodkie maliny?
Słońce świeciło – jak to zwykle na wakacjach
– jaśniej; trawa, bławaty i rumianek pachniały tak,
że drażniły nos; wiatr szumiał wśród gałęzi jabłoni
a woda w rzece z pluskiem obmywała kamienie,
pod którymi kryły się płotki, szczupaki i sumy.

.

Nie wabił mnie jeszcze wtedy zew
ucieczki w świat do kolorowych ludzi
na pustynie usłane gorącymi piaskami
w dżungle tętniące życiem egzotycznych stworów
nad przepaście kanionów i krawędzie otchłani,
które równie piękne są co przerażające.

.

Najpierw to wszystko obiecała mi książka,
roznieciła pragnienie wyjścia poza słowo
i uczynienie go ciałem, ale w odległej krainie
za siedmioma morzami, za siedmioma górami,
za sosnowym lasem, który – jak mi się wtedy zdawało
– jest niczym wobec zagajnika palm kokosowych
lub strzelistych południowych cyprysów.

.

Tak to w mojej domowej biblioteczce
albo na kocu w ogrodzie między krzewami agrestu
wykuwały się moje dalekosiężne marzenia
rozbujała się wyobraźnia, gorączkowała myśl
zaostrzał się przedsmak i rozbudzała żądza
przeżycia niezwykłej przygody.

Poszedłem więc w świat.
(…)

.

A kiedy po latach wracam do domu,
gdzie na półkach zostały moje stare książki
z pożółkłymi kartami i z niemym wyrzutem,
że przez całe moje dorosłe życie
nie brałem ich do ręki i nie pieściłem wzrokiem
nie wąchałem jak kiedyś i nie podziwiałem
mądrości, bogactwa i piękna obrazów
tam zawartych i myśli wypełniających je
po okładkowe brzegi – to jednak oprócz smutku,
ogarnia mnie też cicha radość,
bynajmniej nie z tego powodu,
że czuję się bardziej doświadczony, mądrzejszy
(bo to jest cokolwiek problematyczne)
ale że znalazłem się tutaj z powrotem
– ze świadomością, że życie musi zatoczyć swój krąg
że to co było na początku, będzie i na końcu
tak samo ważne, cenne i… równie otwarte.

.

Kiedy więc patrzę teraz na książki mojego dzieciństwa,
dotykam palcami ich wyblakłych i wytartych grzbietów
myślę o nich czule, jakbym chciał opowiedzieć im w podzięce
całe moje życie – wszystkie moje złe i dobre przygody
oddać im prawdziwy zapach egzotycznych krajów
nakreślić w nich mapy odległych kontynentów
zaznaczyć wszystkie przebyte tam szlaki
opisać piękno twarzy spotkanych tam ludzi.
Ale też przyznać, że stara jabłoń w rodzinnym ogrodzie,
łąka za płotem, olchy i płynąca nieopodal rzeka
sekwoje w Big Sur i karaibskie plaże,
wielkie lodowce Alaski, pustynny skwar Tybetu
– to wszystko tak naprawdę jest tym samym światem
i że liczą się tylko nasze powroty
oraz pamięć, która ożywia to, co przeminęło
i co ciągle przemija – wszędzie tak samo
(…)

.

Wiersz po raz pierwszy opublikowany został we wpisie MOJA BIBLIOTEKA.

.

WIERSZEM PO KRYTYKACH (Więcej niż kino: „Pan Tadeusz”)

*

*

Mimo iż nie jest dzisiaj „trendy”, by wracać do tzw. literatury „narodowej” – również dość wstydliwe stało się przyznawanie do jakichkolwiek uczuć patriotycznych, do nostalgii za ojczystym krajem – to jednak spróbujmy choć na chwilę zająć się raz jeszcze Mickiewiczowskim „Panem Tadeuszem”. A okazją po temu niechaj będzie przypomnienie sobie ekranizacji dzieła naszego wieszcza narodowego dokonanej swego czasu przez „narodowego” reżysera Andrzeja Wajdę. Przypomina mi się tutaj premiera „Pana Tadeusza” Wajdy na ziemi amerykańskiej, która miała miejsce w znanym w Chicago Centrum Kopernikowskim. Film wówczas odebrano bez mała entuzjastycznie. Pamiętam, jak kontrastowało to z reakcją niektórych polskich krytyków, którzy film okrutnie „zjechali”. Moim zdaniem niesłusznie. Co ciekawe, bardziej atakowali oni dzieło Mickiewicza, niż sam film Wajdy.

Pomyślałem sobie wówczas, aby zamiast zwykłej recenzji, „przejechać” się z kolei po tych wszystkich krytykach wierszem.

*

Czy warto polemizować z tymi krytykami?
Wszak z emocjami trudno jest się wadzić,
Podobnie jak z gustami; bo przecież
Wokół siebie każdy to, co chce zobaczy,
Lubo trochę nieba, tudzież świat sobaczy.
Raz się patrzy sercem, to znów przyrodzeniem,
Zrazu człek jest mądry, to znów bywa głup i ciele.

To nie tylko Schopenhauera są rojenia:
Zdrowy rozsądek kończy wszelkie nastrojenia.
Porywy serca i umysł zamglony,
Słodka melancholia, piękne filandrony…
To musi być szaleństwo, nierozsądne granie,
Puścić się na oślep – w obłokach bujanie!
Nie idzie w parze kalkulacja mądra
Z tym co się chce przeżyć bez cynika, bez Gombra
podobnie… kto chłodnym okiem krytyka poziera,
Ten pozbawia się drżenia, zachwytu, westchnienia.

Jaki zaś był sam film? Czy ocena tu konieczna?
To wystawianie cezurek, ta krytyka wieczna?
Wajda jako Mistrz powszechnie uznany,
Nie potrzebuje obrony, na nic są tu komunały:
Pienia nad jego wielkością Reżyserską,
Nad szlachetnością wejrzenia, biegłą, pewną ręką,
Zostawmy fachowcom, analitykom, piewcom,
Co to się tylko swą erudycyją łechcą.

Patrzmy na obraz bez naszych uprzedzeń
A wręcz oczarowani możemy być przezeń
Tym łatwiej mogą nam przyjść zachwyty,
Iż w rzeczy samej film jest znakomity.
W zestawieniu z „Ogniem i mieczem” Hoffmana
„Pan Tadeusz” Wajdy to rzecz nader udana
Nie jakiś komiks historyczny, płaski,
Bez dobrej gry aktora, z kabaretu maski –
Usilny hymn własny Lachowego grodu,
Lecz z żywej tkanki duchowej narodu
Utkany przekaz szczerości, samego wigoru,
Kolorowy i gorący – nie sztucznego wzoru.

Nie czas tu po temu, by zbijać zarzuty
Nie szczędzone dziełu, nie tylko przez filuty:
że Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” jest niedoskonały?
że niekonsekwencje, błędy, tudzież dyrdymały?
Z jednej strony od arcydzieł był on wykadzany,
Z drugiej –
Przez innych wieszczów, niemal wyszydzany

„Czczenie wieprzów, a bicie się na maczugi”-
Pisał to Słowacki, tak przecie ceniony.
„Czekają aż Francuzi zrobią im Ojczyznę”-
Wtórował mu Norwid, też niepocieszony.

Przerósł wszystkich Gombrowicz, ten obrazoburca
Diaboliczny ów pisarz myślą ostrą jak brzytwa
Poprzecinał niejedne polsko-sztandarowe gusła.
Z flag, symboli, świętości – z tej polskiej legendy,
Szyjąc majtki dziecinne, przyprawiając gęby.
Z „Ferdydurke” wyrosło to już słynne zdanie:
Dlaczego mam klękać, skąd to uwielbianie?
Skoro ja nie kocham – zachwyt też mi obcy
Dobre to dla Pimka – te beczenia owcy.
Może też i wielkie bogi te poety były,
Mocarne, ruszające z posad ziemskie bryły;
Ale ja w to nie wierzę, to mnie nie porusza,
Ja gwizdam, chromolę, czkniam i się osuszam.

Co tu rzec na takowe dictum
Gombrowicza – skądinąd geniusza;
Chyba tylko odwracając richtung:
Jak się mam nie wzruszać, skoro się tak wzruszam?

Lecz dość tych dygresji, wróćmy do meritum:
Zarzuty Mickiewiczowi – zostańmy już przy tem.
Raz – te niekonsekwencje, dwa – antybohatery,
Dwuznaczności, uchybienia i nie bez kozery
Wytykano poecie rój person bez liku –
I jak tu wznieść ducha nad to panopticum?

Tadeusz – mówiono – to gamoń, niecnota,
Ledwie zoczy halkę, już go ma ochota.
Niby to się kocha w Zosi, a śpi z Telimeną,
Nic się w szkołach nie zuczył, został trochę mendą
Telimena? – Ach, to nimfomanka i czcza latawica,
Oraz – jak pisał Norwid – „moskiewska metresa”
Jedynym jej usprawiedliwieniem to, że była ładna:
„Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną”.

Zosia zaś to cielątko boże – płoche i niewinne,
Ciągle w negliżu – wśród kwiatków, motylków,
Ale też i… zwinne.
Cnota jej trzymana była pod zamknięciem
Przez ciotkę ladacznicę, która miała wzięcie.
Ale dziewczę dość smutne obiecuje poprawę:
Niech no się tylko z ludziskami pobawię.

Hrabia – to dziwak poczciwy, birbant i galancik,
Artystowski duszek, dandys, aczkolwiek palancik;
Uwielbia szkice, widoczki – takoż polowanie,
Natura, kobiety i piórko – jego miłowaniem.

Sędzia to niby zdrój, co pełen jest świętości,
Mądrości, cnót skarbnica, summa szlachetności,
Bez mrugnięcia okiem majątek sąsiada
grabi…
i w dobrej komitywie z Ruskimi zasiada.

Czy to jest naszego wieszcza ironia gorzkawa?
żart, dowcip, kpina – ta dwuznaczna oprawa.
Z jednej strony bohatery to łotry i dranie
Z drugiej – piękni, kochani, kolorowi, wprost łanie…

Weźmy jeszcze innych:
Ksiądz Robak pod kapturem skrywa tajemnice –
On wie jakie to zbrodnie ciążą na Soplicy.
Bardziej żołnierz, niźli mnich pokorny,
skruszony;
Kogo mogą zmylić te święte androny?
Były łotr, hulaka, warchoł i choleryk,
Czy widział ktoś, aby tak wyglądał kleryk?
Tu znów ta poety ironia wyziera –
Z wroga swego rodu robić bohatera.
Świętym – morderca, drań, nicpoń pieniaczy?!
Psychiatra by westchnął – cóż to wszystko znaczy?

Gerwazy to kolejny jest typ psychopaty –
Mściciel maniakalny, klucznik kostropaty.
Do podjudzania pierwszy, ostatni do zgody,
Blizny jego straszą od łysin do brody.
Seryjny zabójca, chełpi się w ordynku:
Dwóch Sopliców ściął w kłótni, dwóch na pojedynku.
Jakby tego było mało temu śmierci siewcy,
Kolejnego Soplicę spalił w szopie żywcem.

Nic dziwnego, że każdy w zaścianku czy dworze
Uzbrojon po zęby – w krócice i noże.

Czy to możliwe, by w takiej scenerii,
W tym horrendum upiornym, niecnej menażerii,
Sielanka się nam śniła, serca się krzepiły,
Wzbudzając tęsknotę za krajem tak miłym?

To chyba jednak dowód, a nie podejrzenie:
Iż mocniejsze od prawdy jest wyobrażenie.

W filmie Wajdy udała się rzecz niesłychanie rzadka,
I ta klasa zachowana jest aż do ostatka:
W poemat prawie że z akcji wyzuty,
Tchnięto duszę widowiska, i choć były skróty
Zyskała dynamika, krwistość i kościstość
żaden teatr telewizji – jest to oczywistość.

O grze aktorskiej mówić, że jest koncertowa,
To być krok od banału – nie znaczące nic słowa.
Genialna jest gra Olbrychskiego, tudzież Seweryna;
I nie ważne – grają oni anioła, czy też sukinsyna.
Również Linda z Robakiem nieźle sobie radzi,
Choć mu Pasikowski z „Psami” akcją nie podkadzi.
Wajda: „Boguś to aktor bardzo utalentowany” –
Tym zdaniem każdy by się czuł ukontentowany.

Śliczna Bachleda – Curuś, dziewczę wdzięczne, młode,
Jest w filmie nie tylko przez wzgląd na urodę.
Pani Szapołowska zaś to kobieta dojrzała,
Bez trudu Żebrowskiego w swe sidła zmotała.

Reżyser dał wielką swobodę aktorom;
Jakby czuł, że świetnie się do dzieła zabiorą.
Efekt jest znakomity, i gdy film już zrobiony
Nikt z nas nie może czuć się zawiedziony

Miłosz pisał, że „Pan Tadeusz” jest wręcz metafizyczny:
Traktuje o równowadze świata; i na wzór idylliczny
Soplicowo jest Pana Boga ogrodem, Edenem niejako,
Gdzie wszystko jak w baśni – tej ziemskiej wszelako.
Szlachetna jest Noblisty mądra ta idea,
Mistrz, czego się nie tknie, we wzniosłość przemienia.

Lecz nie wdajmy się tutaj w analizy uczone,
Korowody objaśnień, mędrkowaniem zwieńczone;
Nie zgłębiajmy się zbytnio, a i bez powodu,
W jakieś „kręgi zaklęte”, „zdrową miazgę narodu”.
Taki jest już nasz wgląd – natura człowiecza,
że do tego, co kochamy, nie trza nam tłumacza.
Prawdziwa miłość jest bezwarunkowa,
Nie da się objaśnić – obywa się bez słowa.

Nie ma wszak dyskusji nad naszym wzruszeniem,
Nad nerwów dreszczem, świętości łaknieniem;
Gdy zwykłego bociana lot nad polskim siołem,
Staje się nam w duszy tęsknoty symbolem.

*   *   *

Należy pamiętać, że owa wierszowana recenzyjka bardziej jest żartem, niż wiernością poezji kanonicznej. Pisząc ją liczyłem też na to, iż może ona kogoś zabawić.
Jest oczywiste, że „Pana Tadeusza” w Chicago, czyli na tzw. „obczyźnie”, inaczej się przyjmuje, niż w kraju nad Wisłą. Tutaj perspektywa jest inna – do tych „pól zielonych” dalej. Dochodzi też pewien element emigranckiej nostalgii. Toteż napięcie w pochyleniu nad narodowym eposem, tudzież oczekiwania – mogą być niejako podwójne.

Nieprawdą jest, że wystarczy odniesienie do tradycji wielkiej polskiej literatury, by współczesna interpretacja filmowa czy teatralna rzucała nas na kolana w imię patriotycznej powinności; czy też dlatego, że to „wielcy poeci byli”, wielkie dzieła spłodzili – dzieła, którymi winniśmy się zachwycać, jako i poprzednie pokolenia Polaków się zachwycały.
Otóż choćby przypadek Hoffmanowskiej ekranizacji „Ogniem i mieczem” tego nie potwierdza. Film ten po prostu rozminął się z oczekiwaniami wielu widzów, brak mu było kilku istotnych artystycznych rysów, trudnej do określenia weny – w przeciwieństwie do obrazu Andrzeja Wajdy.
I jak już powiedziałem, wcale nie musimy się tłumaczyć z tego, co się nam podoba. I to nie tylko dlatego, ze z gustami się nie dyskutuje. Wiemy bowiem wszyscy jak wiele znaczy w tym wszystkim nasze nastawienie.

Myślę, że pierwszym warunkiem przychylnej percepcji „Pana Tadeusza” jest to, by nie brać go dosłownie. Bo rzeczywiście, gdy tak zaczniemy bardziej „rozumowo” wgłębiać się w akcje, charakter opisywanych środowisk i bohaterów, to dojdziemy do słusznego wniosku, że jak na archetypiczne wzory „polskości”, jak na apoteozę narodu i afirmację społeczeństwa, to cokolwiek cieniutko.
Skąd więc ta wielkość „Pana Tadeusza” czytanego od wielu już pokoleń?
Odpowiedz jest chyba prosta, choć może się wydać banalna: poezja i geniusz Adama Mickiewicza.

Tak już jest, że dobry pisarz, opisując choćby ścierkę kuchenną, jest zdolny stworzyć pasjonującą literaturę.
Rezultat końcowy Wajdy i Hoffmana?
Mamy tu do czynienia z paradoksem.
Biorąc bowiem pod uwagę rodzaj obu literackich wzorów, uwzględniając specyfikę filmu i ekranizacyjne trudności (pomijając oczywiście stronę techniczną realizacji), zadanie Hoffmana wydawałoby się być łatwiejsze. Bowiem i akcja u Sienkiewicza wyrazistsza i środki dramaturgiczne bardziej uniwersalne, napięcie konkretniej dozowane – to wszystko lepiej przenosi się na ekran. Można więc było oczekiwać mocniejszego efektu. Proza jest dla fabuły niejako bardziej naturalna, bardziej przystaje do filmowych środków. Nikt nie pisze scenariusza wierszem. Natomiast z poezji zrobić udane filmowe widowisko, to doprawdy trudno.

Jak to się więc Wajdzie udało?

Jeśli, w poszukiwaniu przyczyn, zaczniemy film analizować, to już „siadamy” w przedbiegach. Gdyż bardziej tu chyba możemy liczyć na naszą intuicję, niż na intelektualną kalkulacje. To prawda – dajemy tym samym pierwszeństwo prawdzie emocjonalnej. Czy można jednak w tym przypadku robić z tego zarzut?

*

*

Niech mi wolno będzie napisać jedno: najwięcej ducha, moim zdaniem, tchnęli w filmowego „Pana Tadeusza” występujący tam aktorzy. To właśnie ten ich entuzjazm, granie „na oddechu”, o jakim mówił w Chicago Daniel Olbrychski. Mamy wrażenie, że filmem tym bardziej się bawili (w dobrym sensie tego słowa), niż go święcili. Nie ma tu chyba tworzenia z myślą o jakiejś wielkiej aktorskiej kreacji. Stąd może ta lekkość, płynność i koncertowość filmu. Dzięki tu należy złożyć reżyserowi za wspaniałomyślność, i za to, że artystom na to wszystko pozwolił, a nie silił się na ekranowy pomnik.
Według mnie efekt jest znakomity – to wyważenie między wielką literacką tradycją narodowego poematu, a widowiskiem dla tzw. „zwykłego” odbiorcy. Przy czym, nie ma tu pompy, ani fajerwerku., jest za to solidna rozrywka.

Rzeczywiście – „Pan Tadeusz” Wajdy jest filmem wspaniale polskim. Z tego względu ci, którym tu w Ameryce owo „odnalezienie się w tradycji” jest zupełnie zbędne, mogą odebrać ten film dość indyferentnie. Zobojętnieli, (obojętni byli zawsze?), albo też się „zamerykanizowali”, reagując już tak, jak zasiedziali tubylcy. Amerykanie bowiem, ze względu na zupełnie inne koleje narodowego losu, nigdy nie przywiązywali (w większości) tak wielkiej wagi dla swojej rdzennej europejskiej tradycji. Tworzyli – od podstaw właściwie – zupełnie nowe „swoje” państwo, odżegnując się przy tym często od porządku Starego Kontynentu. Nadmierne pielęgnowanie europejskich korzeni było więc raczej niepożądane.
W Polsce przeciwnie: w chwilach trudnych państwowego niebytu, przetrwanie narodu zależało właśnie od kultywowania tradycji. A odbywało się to głównie za pośrednictwem kultury, religii i sztuki.
Dzisiaj wszystko to się pozmieniało, wobec czego tak gorąca reakcja na filmowego „Pana Tadeusza” w Chicago jest tym bardziej fenomenalna.

*  *  *

fot. Piotr Bujnowicz

ODDALENIA I POWROTY…

*


*

„Całe życie badał, podpatrywał sekrety wielkich mistrzów malarstwa, po to tylko, żeby namalować strumień koło swojej rodzinnej wioski i dwie gęsi na brzegu.”
Gdyby tak powiedziano o mnie, byłbym zadowolony, bo znaczyłoby to, że czegoś się nauczyłem. I byłoby mi trochę smutno, bo ten powrót do strumienia i gęsi dowodziłby, że nie zyskuje się niczego przez techniczną umiejętność, poza szacunkiem dla prawideł gry. A ja wyruszając w moją podróż, miałem nadzieję odkryć ukrytą formułę, pozwalającą przeniknąć w sam ogród rzeczywistości, tam gdzie prawidła gry są już niepotrzebne.

Czesław Miłosz, „Życie na wyspach”

*

Odkryć „ukrytą formułę”. Ale czy taka formuła istnieje? A jeśli istnieje, to czy jest nam dostępna?
Wyrosłem w ogrodzie rodzinnego domu – w ogrodzie mojego dzieciństwa. Chciałem poznać inne ogrody, także ten ogród rzeczywistości, o którym pisze Miłosz.
Ale dlaczego? Co mnie do tego skłaniało? I do czego ta wiedza była (jest) mi potrzebna? Czy naprawdę łudziłem się, że odnajdę ów Master Key of Perception – czyli klucz do wszystkiego, który otworzyłby mi Drzwi Poznania na oścież?
A może to była zwykła ciekawość? Albo odwieczny atawizm pchający nas z miejsca na miejsce – za następną górę, za kolejne lasy, jeziora, rzeki, morza i oceany… bo być może tam, i być może nawet tuż za rogiem jest… jeśli nie raj, to nasza Ziemia Obiecana, albo co najmniej jakiejś miejsce ciekawe i ekscytujące, gdzie będzie nam dobrze tak, że zechcemy się tam rozmnażać?
Była to (jest) pogoń za czymś. Ale może też i ucieczka? Chęć odnalezienia siebie prawdziwego, czy może pragnienie, by o sobie – a raczej o tym, co nam sprawiało ból i cierpienie – zapomnieć?

Pamiętam, że pociągało mnie wszystko to, co było w kontraście z łagodną falistością wzgórz moich stron rodzinnych – łąk, pól, lasów i rzek Podkarpacia. Neony wielkich miast, egzotyczne wyspy, niezwykłe budowle i starożytne ruiny, ośnieżone szczyty gór i złote piaski pustyń, wspaniałe latające maszyny, rajskie ptaki i burzliwy ocean, ludzie o innym kolorze skóry, szybkie samochody pokonujące bezkresne przestrzenie po drogach amerykańskiego Zachodu…
Kiedy więc, po wielu latach nieobecności w kraju, lądowałem na warszawskim Okęciu i patrzyłem na roztaczającą się pode mną monotonię mazowieckiej równiny, doznałem niezwykle silnego wzruszenia – nie tylko z radości, że oto za chwilę noga moja stanie na ojczystej ziemi, że zaraz spotkam najbliższą rodzinę i dawno nie widzianych przyjaciół, ale i z wdzięczności za te wszystkie dary poznanego świata – kalejdoskop obrazów, wspomnienia o ludziach, ich twarzach i uśmiechach; wrażenia, które wiozłem ze sobą w swoim wnętrzu – zebrane na obcych ziemiach, na pustyniach i w dżungli, pod niebotycznymi górami, tudzież górami jak z bajki; wśród olśniewających kolorów, na wyspach bardziej lub mniej dziewiczych, w lasach baśniowych i fantastycznych kanionach, pod wodospadami jak z innej planety, na dzikich plażach odległych mórz i oceanów; niezwykłe widoki, te nieba wiszące nad różnymi krainami;  wschody i zachody Słońca, które jednak wszędzie było inne, choć przecież zawsze było to samo…

A wiedza? I jaka wiedza?
Czy było nią zdobywanie informacji, gromadzenie danych, kolekcjonowanie obrazów? Coraz szersze ogarnianie świata? Coraz lepsze rozumienie „prawideł gry”? I czy te przejrzane już „prawidła” mogły wzbudzić mój szacunek? A może wręcz przeciwnie: okazywały się być czymś nieludzkim, niezależnym od wszystkich naszych nadziei, wysiłków, działań i intencji? Czymś łagodzonym tylko przez kulturową otulinę cywilizacji? Poparte wysiłkiem wprowadzenia weń ładu za pomocą ludzkich przykazań, reguł, obyczajów, tradycji, nakazów i zakazów? Zasad, które wszędzie są inne ale zawsze mają ten sam antropologiczny cel i paradygmat: chcą nas wydźwignąć ze stanu zwierzęcej (bez)świadomości; wyróżnić i odseparować od tej pulsującej, poddanej ciągłej przemianie magmy, którą tworzy cała ożywiona materia.

A może Miłosz pojmuje owe „prawidła gry” trywialnie – właśnie jako techniczną umiejętność, biegłość w opanowaniu rzemieślniczego warsztatu, mistrzowską zręczność? Także jako możliwość poruszania się po ogrodowych ścieżkach, zdolność urabiania materii, nadawania formy czemuś, co jest (z pozoru) chaotyczne, amorficzne i bezkształtne?
Wtedy szacunek dla „prawideł gry” byłby po prostu szacunkiem dla sztuki.
Ale dlaczego „strumień i gęsi”?
Czy wynika to z konieczności uporania się z tym, co w nas prenatalne i pierwotne – z wizją wiecznego powrotu do źródła, czyli tam gdzie usadowiony jest konkret świata istniejącego niezależnie od widzimisię naszej (jakże mocno przecież ograniczonej) percepcji?

Po co jednak wychodzić z celi, gabinetu, wioski, getta, warsztatu… i wikłać się w nasze mity podróżne?
Może dlatego, że wchodzenie i zagłębianie się w mity jest naszym przeznaczeniem i definiuje niejako nasze człowieczeństwo? Bo bez mitu zastyga życie duchowe człowieka, wysycha jego wyobraźnia a wokół robi się pusto, głucho, ciemno i bezbarwnie… A mit podróżny jest do pobudzenia naszej psyche równie dobry, jak każdy inny. Może nawet lepszy (bo jest w stanie rozruszać także nasze mięśnie)?
Mit nowego, nie poznanego jeszcze świata. Mit poszukiwania naszego świętego – albo tylko świeckiego, choć z metafizyczną tęsknotą – Graala, czy też kamienia filozoficznego, który zamieniłby wszystkie nasze wątpliwości, wahania i niewiedzę w wiarę, nawet jeśli byłaby to wiara w niemożność poznania i zgoda na istnienie w oparach absurdu, i nad otchłanią lodowatej nicości.
*  *  *

Oto wybitny kompozytor przestaje tworzyć muzykę, ucieka do swojej chałupy w górskiej wiosce Ząb i robi tam… meble.
Czy to jest zwątpienie w sztukę? Utrata wiary w jej znaczenie, powołanie, sens i moc wpływania na sprawy istotne, w tym na ludzkie życie? A może po prostu zamiana narzędzia, którym się tworzy – w tym przypadku pióra (do pisania partytury) na piłę, młotek i dłuto (do robienia krzeseł)?
Czy aby dla Góreckiego właśnie te krzesła nie były owym Miłoszowym wiejskim „strumieniem” i „gęśmi”, do których się wraca z udoskonalanym przez całe życie warsztatem i mistrzowską biegłością?
Artysta rezygnuje z blichtru i szpanerstwa sławy, wraca do swojej wsi, rozprawiając się przy okazji z absurdem za pomocą swej wiary.

Ziemia, na której wyciągnięto nas za uszy z nicości, jest często ziemią, do której chcemy, by wrzucono nasze kości. Albo też rozsypano popioły pod niebem, na którym po raz pierwszy zobaczyliśmy słońce, gwiazdy i księżyc – w powietrzu, które zaczerpnęliśmy z pierwszym naszym oddechem, i które może wypełnić nasze ostatnie tchnienie.
*  *  *

Jednak nadal jesteśmy w podróży, wymyślamy, roimy sobie nasze mity i nimi żyjemy, zgłębiamy tajniki wiedzy i sekrety mistrzów, poznajemy obce nieba, ogrody i oceany; zachwycamy się, zadziwieni stale otaczającymi nas cudami świata i samym istnieniem.
Wszak może ktoś zapytać: po co podróżować, skoro i tak wrócimy do punktu wyjścia? Do wiejskiego strumienia i gęsi, do naszej zagrody – by napoić i obrządzić konia, by zasadzić jeszcze jedno drzewko w ogrodzie; do warsztatu – by zrobić stół i krzesła? I czy taki powrót nie jest pewnym rodzajem rezygnacji?
To prawda, pętla naszego bytu kiedyś się zamknie. Lecz ważne jest nie tyle miejsce, gdzie to nastąpi, a nawet samo zapętlenie się początku z końcem. Istotne jest wszystko to, co było (i jest) pomiędzy: droga – czyli nasze życie.
*  *  *

Może to zwyczajne – wracać tą porą roku do domu, do miejsc ziemi rodzinnej, do wspomnień tego, co już się w naszym życiu wydarzyło. Do refleksji – jak, po co i dlaczego? Do pytania o to, kim naprawdę jesteśmy i jak się zmieniamy? O to, jaki sens i kierunek ma droga, trakt, na który weszliśmy – wszystkie te nasze pogonie, ucieczki, powroty… I czy pozostaniemy sobą? A może się gdzieś zagubimy, zatracimy… może zmienimy nie do poznania?  Lecz  nie nazywajmy tego fatalizmem, ani nawet przeznaczeniem. Może to po prostu zwykła kolej rzeczy? Jest oto czas, by się poddać chwili spokojnej refleksji, która pozwoli nam uświadomić sobie to, co najważniejsze.
Czego wszystkim – wraz ze Świętami i nadchodzącym Nowym Rokiem – życzę.
*  *  *


*
Zdjęcia własne: polna droga w zimie i dom mój rodzinny na Podkarpaciu.
*