UWIĘZIENI W BIEGU DONIKĄD – o książce Olgi Tokarczuk „Bieguni”

.

Oto nowy typ umysłu, który nie ufa słowom z książek, z najlepszych podręczników, z opracowań, monografii, encyklopedii – sponiewierany w czasie studiów, a teraz ma czkawkę. Zdeprawował się łatwością rozkładania na czynniki pierwsze każdej, najbardziej nawet skomplikowanej konstrukcji. Sprowadzaniem do absurdu każdej nieprzemyślanej argumentacji, przyjmowaniem co kilka lat zupełnie nowego, modnego języka, który – podobny do najnowszej, reklamowanej wersji scyzoryka – potrafi zrobić wszystko ze wszystkim: otworzy puszkę, oprawi rybę, zinterpretuje powieść i przewidzi rozwój sytuacji politycznej w centralnej Afryce.

To umysł szaradzisty, umysł, który operuje odsyłaczami i przypisami jak nożem i widelcem. Umysł racjonalny i dyskursywny, samotny i sterylny. Umysł, który zdaje sobie ze wszystkiego sprawę, także i z tego, że niewiele rozumie; lecz porusza się szybko, bystry, inteligentny elektroniczny impuls, bez ograniczeń, łącząc wszystko ze wszystkim, przekonany, że wszystko to coś razem znaczy, ale nie wiemy – co.

Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

       Powyższy cytat to chyba najlepsza diagnoza stanu umysłu współczesnego człowieka bez właściwości, z jaką dotychczas się zetknąłem – umysłu zanurzonego w postmodernistycznej brei i kosmopolitycznej próżni; wyobcowanego, niewierzącego w tożsamościowe narracje, wydziedziczonego z sensu…. błąkającego się samotnie po obcym rozkawałkowanym świecie – dokładnie tak, jak to się dzieje z bohaterką książki Tokarczuk, będącą w ciągłym ruchu, podróżującą, kolekcjonującą zarówno banały, jak i kurioza, nie odróżniającą hotelu od domu. (Dzisiejszy flâneur zamieniający wałęsanie się po ulicach we włóczęgę po lotniskach).

Podróż jako niedomaganie

       Wprawdzie fragment, który przytoczyłem na początku, jest wypowiedzią jednej z bohaterek książki Tokarczuk, ale istnieje wiele przesłanek za tym, że autorka jednak opowiada też o sobie i o własnym postrzeganiu świata. Świadczy o tym wiele fragmentów kilku pierwszych – wyraźnie autobiograficznych – rozdziałów książki:

  • – „(…) moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru. (…) Moje energia bierze się z ruchu – z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotu, z kołysania promów i pociągów.”
    – „Mnie życie zawsze się wymykało. Natrafiałam tylko na jego ślady, jakieś marne wylinki.”
    „Miałam skłonność do zamazywania oczywistości, podawania w wątpliwość niezbitych argumentów (…). Nie chciałam mieć stałych poglądów, byłyby niepotrzebnym bagażem.”
    – „Historia moich podróży jest tylko historią niedomagania. (…) Mój zespół objawów polega na tym, że pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte. Interesują mnie formy byle jakie, pomyłki w dziele stworzenia, ślepe zaułki. Wszystko, co odstaje od normy, co jest za małe albo za duże, wybujałe lub niepełne, monstrualne i odrażające.”

Zaś w jednym z wywiadów Olga Tokarczuk mówi wprost:[nasz świat] to świat pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia.”

Co robić w takim świecie? Być w ciągłym ruchu, przemieszczać się, podróżować? „Więc ruszaj się, kiwaj, kołysz, idź, biegnij, uciekaj…” – czytamy w książce. Biegnij, bo – jak wierzyli bieguni, czyli rosyjscy starowiercy – chroni to przed złem, jakie przenika świat – i tylko wtedy można uciec przed Antychrystem, którego nie sposób jest zwalczyć. A kiedy się zatrzymujemy, wystawiamy się na łatwy łup Szatana.
Tokarczuk wyznała, że sama jest biegunem, ale oczywiście nie oznacza to, że XXI-wieczna pisarka utożsamia się z półobłąkaną sektą z XVIII wieku – bo na pewno nie wierzy w Antychrysta czy Szatana, a chyba nawet i w samo zło – ale że dla niej jest to (jak sama określiła) metafora poszukiwania w rozkawałkowanym, rozedrganym, efemerycznym i pozbawionym znaczenia świecie tego, co jest stałością, całością, stabilnością i sensem: „Chciałam przyjrzeć się temu, co to znaczy podróżować, poruszać się, przemieszczać. Jaki to ma sens? Co nam to daje? Co to znaczy? Podróż jest chyba największym zbliżeniem do tego, czym współczesny świat wydaje się być – ruchem, niestabilnością.”
Lecz tu pojawiają się pytania: czy aby rzucanie się w wir podróży nie jest antytezą stabilności? Czy wrzucanie do jednego worka (książki) kawałków, fragmentów – przypadkowych i najczęściej do siebie nie przystających (a z tego formalnie składają się „Bieguni”) – daje nam szanse na sklejenie tego w koherentną i sensowną całość, czy też raczej poczucie poszatkowanego i roztrzęsionego świata wzmacnia? Czy nie przypomina to gaszenie pożaru benzyną? Albo jakieś nowej formy syndromu Tourette’a, czy bieżączki – nerwicy natręctw nie pozwalającej człowiekowi ustać w jednym miejscu i zmuszającej go do wykonywania w kółko tej samej czynności?
A może to coś w rodzaju egzystencjalnej pląsawicy strojącej się w epistemologiczne piórka – bo ponoć „widzieć znaczy poznać”?
Tak, podróż powinna być motywowana chęcią poznania. Szkopuł w tym, że w „Biegunach” powodowana jest ona zazwyczaj strachem, nerwicą i walką z bezruchem. Jest ucieczką „od” a nie zmierzaniem „do” (jakiegoś celu).

Uciekinierzy

       Każdy człowiek, jakiego spotkamy na kartach biegunów, jest człowiekiem w ruchu. Pewnie dlatego, że tylko taki człowiek jest dla autorki człowiekiem żywym i prawdziwym. („Mobilność jest realnością”, „(…) prawdziwe życie odbywa się w ruchu.”) Większość z nich – włącznie z główną narratorką – podróżuje.
Motyw podróży to jeden z głównych wątków „Biegunów”, ściśle powiązany z obsesyjnym wręcz zajmowaniem się w tej książce ruchem (bo bezruch to stanie w miejscu, a stanie w miejscu to rozkład). Autorka – zgodnie ze wspomnianą wcześniej intencją – przygląda się temu, czym jest podróż, jaki ma ona sens, co nam daje, co znaczy… a my przyglądamy się temu, co ona na ten temat napisała. I co widzimy?
Mnóstwo literackich, psychologicznych, filozoficznych i antropologicznych tropów (notabene cechuje się tym cała książka, nie tylko w odniesieniu do ruchu i podróży), które jednak w żaden sposób nie są w stanie ukryć tego, że podróżny – tak jak to opisuje autorka – to człowiek wyalienowany, samotny, wykorzeniony, rozchwiany, pozbawiony celu, a więc błądzący i zdezorientowany. Potwierdziła to w jednym z wywiadów sama Tokarczuk, dla której biegun to bardziej kloszard i każdy, kto wypadł poza stabilny porządek, a nie turysta (który według niej jest tylko jednym z rodzajów bieguna).
Ile w tak pojętej podróży jest z ucieczki, a ile z poszukiwania, chęci poznania, pogoni za czymś, tęsknoty za sensem? Uderza to, że wiele z głównych postaci, które spotykamy w „Biegunach” ucieka – w sposób wręcz desperacki wyrywają się oni z jakiegoś miejsca lub sytuacji, szarpią się, chcąc uwolnić się od okoliczności, w jakich uwięziło ich życie. Niestety, jest to dla nich wyzwolenie pozorne – bo zaraz potem wracają do punktu wyjścia. Ich droga (ucieczki) okazała się błędnym kołem.

Kierunki bez celu, ułamki bez całości

       Wróćmy jednak do podróżnych lotniskowych i tej wersji podróży po świecie, która nie może obyć się bez samolotów. W „Biegunach” znalazł się również rozdział zajmujący się tzw. „psychologią podróżną” a w nim taki oto fragment:

  • – „Psychologia podróżna zajmuje się człowiekiem podróżującym, człowiekiem w ruchu, i w ten sposób sytuuje się w opozycji do tradycyjnej psychologii, która zawsze rozpatrywała istotę ludzką w stałym kontekście, w stabilności i w bezruchu – na przykład poprzez pryzmat jej biologicznej konstytucji, związków rodzinnych, usytuowań społecznych. Dla psychologii podróżnej są to sprawy drugorzędne. Chcąc opisać człowieka przekonująco, możemy to tylko uczynić, umieszczając go w jakimś ruchu skądś – dokądś.”
    – „Ważnym pojęciem w psychologii podróżnej jest pragnienie, to ono istocie ludzkiej nadaje ruch i kierunek oraz – pobudza w niej lgnięcie ku czemuś. Pragnienie samo w sobie jest puste, to znaczy wskazuje tylko kierunek, lecz nie cel; cel bowiem zawsze pozostaje fantasmagoryczny i niejasny; im do niego bliżej, tym bardziej staje się enigmatyczny. W żaden sposób nie można takiego celu osiągnąć ani tym samym zaspokoić pragnienia. Pojęciem, które unaocznia ten proces dążenia, jest przyimek ‘ku’. Ku-czemu.”
    – „W życiu (…) nie da się zbudować konsekwentnego przyczynowo-skutkowego ciągu argumentów ani opowieści z następujących kazuistycznie i wynikających z siebie zdarzeń. (…) To konstelacja, a nie sekwencja jest nośnikiem prawdy. Dlatego psychologia podróżna opisuje człowieka nie usiłując nadać jego życiu żadnej przybliżonej nawet ciągłości. (…) Powtarzalność [sytuacji] nie przesądza jednak o tym, by nadawać życiu pozór jakiejkolwiek konsekwentnej całości.”

Powyższy tekst podany jest w książce jako wykład, który specjaliści od „psychologii podróżnej” serwują przypadkowym ludziom – pasażerom i podróżnym – na jednym z dużych lotnisk. Znamienne jest to, że temu (miejscami mętnemu i w istocie swej przewrotnemu) referatowi przysłuchuje się bez większego zainteresowania garstka znudzonych oczekiwaniem na samolot pasażerów (nawet nasza narratorka opuszcza na pewien czas to zgromadzenie, by kupić kawę), a zwykli podróżni (i jasno tutaj przez autorkę określeni: kibice, para zakochanych, rodzice z dziećmi…) zajęci sobą i poruszający się według swojego ściśle określonego itinerarium, przechodzą tłumnie obok. Trudno byłoby uwierzyć, że ta „psychologia podróżna” odnosi się właśnie do nich.
Według mnie się nie odnosi. Natomiast związana jest z czymś, co można nazwać dekonstrukcją podróży.
O swoich rodzicach narratorka pisze tak: „nie byli prawdziwymi podróżnikami, bo wyjeżdżali po to, aby wrócić”; albo: „tam i z powrotem – parodia podróży”. Czyli: kto wraca do domu nie jest prawdziwym podróżnym? Czyli: prawdziwa podróż to podróż bez powrotów?

Przypomnijmy tutaj główne pojęcia „psychologii podróżnej”: ważny jest człowiek mobilny, a nie ustabilizowany; pragnienie kogoś, kto się porusza jest puste i wskazuje tylko kierunek, ale nie cel; życie człowieka podróżnego nie jest ciągłe, i nie jest całością…
Można odnieść wrażenie, że dekonstrukcji poddaje się tu nie tylko podróż (i samego podróżnego), ale i człowieka w ogóle, a nawet cały świat z na nowo definiowaną cywilizacją: „Płynność, mobilność, iluzoryczność – to znaczy być cywilizowanym.
Trudno o bardziej dobitne określenie postmodernistycznej wizji rzeczywistości. Ale czy ta wizja jest odbiciem prawdy, czy też tę prawdę symuluje, bo nie ma do niej dostępu?
A może rzeczywiście nasz świat się rozpada a my zaczynamy być z wszystkiego wydziedziczani?
Kim jest człowiek bez „związków rodzinnych”, „usytuowań społecznych” jak nie wyobcowaną monadą, błąkającą się bezcelowo po wyzbytym sensu świecie?

Zawieszeni – między „kiedyś” a „nigdy”, między „nigdzie” a „wszędzie”

  • – „Bo jeśli przyszłość i przeszłość są nieskończone, to nie istnieje w rzeczywistości jakieś ‚kiedyś’.”
    – „W rzeczywistości żaden ruch nie istnieje. Jak ten żółw z paradoksu Zenona, donikąd się nie poruszamy, wędrujemy zaledwie do wnętrza momentu i nie ma żadnego kresu ani żadnego celu. I to samo mogłoby dotyczyć przestrzeni – skoro wszyscy jesteśmy jednakowo oddaleni od nieskończoności, to nie istnieje również żadne „gdzieś” – nikt nie tkwi w żadnym dniu ani w miejscu.”

Same paradoksy – a może niedorzeczności? Bo przecież to, że można coś dzielić w nieskończoność, nie oznacza tego, że to coś nie może być całością. Skoro w czasie istnieje moment, to tym samym istnieje „kiedyś”. Wszystko jest w ruchu – nie ma więc czegoś takiego jak bezruch. (Nie istnieją rzeczy, które się nie poruszają. Jeśli wydają się nie poruszać, to dlatego, że ruch jest względny – podobnie jest z czasem.) Jeśli istnieje zmienność, to musi istnieć czas. Skoro nikt/nic nie tkwi w żadnym czasie ani miejscu, to musi się poruszać w czasie i przestrzeni – a to oznacza istnienie zarówno czasu jak i przestrzeni (a tym samym owych „gdzieś”), które są do tego konieczne. Innymi słowy: fundamentalną i permanentną właściwością świata jest jego zmienność w czasie i przestrzeni. Przy czym nie można zmierzyć tego, jak daleko jesteśmy od nieskończoności, tak samo jak nie można ustalić czasu jaki mamy stąd do wieczności.
Po co – i dlaczego – o tym wszystkim piszę? Otóż nie (tylko) po to, aby się bawić myślą, mową – słowem i znaczeniami – przy rozgryzaniu tekstu książki – zanurzaniu się w jego ewentualnym sensie czy bezsensie. Piszę po to, aby wykazać płynność i labilność świata wyobrażanego, kreowanego i opisywanego w „Biegunach”. Piszę dlatego, że mnie to intryguje, czasem trochę irytuje, ale jednak – co jest dla mnie pewnym zaskoczeniem – nie nuży.
A przede wszystkim chciałbym tym zwrócić uwagę na to jak bardzo tekst Tokarczuk otwarty jest w wielu miejscach na interpretację – co można uznać zarówno za jego wadę, jak i zaletę. Zaletą jest wtedy, kiedy pobudza, zmusza do myślenia, daje wrażenie bogactwa; natomiast wadą – kiedy jego nieuchwytność i osobliwość wyklucza adekwatną przymiarkę do rzeczywistości, uniemożliwiając wysnucie wiarygodnych i sensownych znaczeń, nie tylko w obrębie powieściowej fikcji, ale przede wszystkim w odbiciu prawdziwego świata.

Konstelacja – powieść jak szwedzki bufet?

       Tokarczuk: „Każdy recenzent zauważa w tej książce coś innego, wyciąga inne wątki i składa je w inną całość. Takie było zresztą założenie jej formy – powieści konstelacyjnej, jak ją sobie nazwałam. Wątki w niej zawarte, motywy, idee są pretekstem do ustanowienia własnego porządku czytelniczego. Ma zadziałać jak test projekcyjny – rzutujemy na nią własne sensy.”
Konstatacja to czy asekuracja? Jak mamy tę wypowiedź rozumieć? Czy wieloznaczność może zdradzić nam sens, a jeśli tak to czy nam drogę do poznania tego sensu ułatwia, czy utrudnia? Skoro sami nadajemy sens temu co jest w książce, to czy nie świadczy to o deficycie tego sensu w jej treści – a może nawet wręcz o jego braku? (Przypomnijmy słowa Tokarczuk: „Świat jest pełen informacji, ale pozbawiony znaczenia”.)
Po prawdzie sam do tej pory nie wiem, czy kolażowo-patchworkowa forma „Biegunów” jest wadą tej książki, czy zaletą (choć sam nie miałem z tym żadnego kłopotu); czy świadczy to o bogactwie znaczeń, czy też może jest przejawem semantycznego chaosu? Skoro sama pisarka stwierdza, że dopiero czytelnik „ustanawia własny porządek”, to czy nie jest to dowodem na to, że książka sama w sobie jest porządku pozbawiona?
Synkretyzm gatunkowy „Biegunów” jest wręcz ostentacyjny. Książka podzielona jest na ponad sto „rozdziałów” – niektóre z nich mają po kilkadziesiąt stron, inne ograniczają się do kilku zdaniowych akapitów. Są w niej kartki jakby wyjęte z pamiętnika, mini-opowiadania, zapiski z podróży, uwagi i komentarze do świata, epizody, monologi i dialogi, wspomnienia przypadkowych spotkań; niektóre z tych słownych okruchów trącą aforyzmem, inne zaś można zrozumieć tylko jako metaforę… Przeróżna jest też waga tych „rozdziałów”: od błahostki i banału po ciężkie intruzje psychologiczno-filozoficzne; od myśli rozproszonych po zbite konglomeraty słów, od tego co zwykłe (w ilości jednak śladowej) po to co bizarne (warto podkreślić, że to ostatnie stanowi gros tej książki).

.

„Wielu ludzi wierzy, że istnieje na układzie współrzędnych świata punkt doskonały, gdzie czas i miejsce dochodzą do porozumienia. Może to nawet dlatego wyruszają z domu, sądzą, że poruszając się choćby chaotycznie, zwiększą prawdopodobieństwo trafienia do takiego punktu. Znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu, wykorzystać okazję, chwycić chwilę za grzywkę, wtedy szyfr zamka zostanie złamany, kombinacja cyfr do wygranej-odkryta, prawda-odsłonięta.” Olga Tokarczuk, „Bieguni”

.

Gabinet osobliwości i kolekcja trupów

       Właśnie, „bizarne” (słowo zaanektowane przez samą pisarkę, która najwyraźniej nie chciała się ograniczać do polskiego wyrazu „dziwaczny”) jest być może nawet dominantą „Biegunów”. Nie bez racji często powtarzającym się określeniem odnoszącym się do zawartości książki Tokarczuk jest „gabinet osobliwości”, podobnie zresztą jak „panoptikum”. (Przypomnijmy: „…pociąga mnie wszystko, co popsute, niedoskonałe, ułomne, pęknięte (…) niepełne, monstrualne i odrażające.”)
Wśród tytułów rozdziałów książki, spotykamy np. takie: „Torebka do wymiotowania” czy „Sutki ziemi”. Dziwność, ekscentryczność – nie tylko w opisie rzeczy i zjawisk, ale też okoliczności, sytuacji i zachowania się ludzi.
Jednakże mnie poczucie owej „bizarności” nawiedzało najbardziej wtedy, kiedy czytałem o preparowaniu ludzkich zwłok, który to temat jest w książce potraktowany wcale nie marginalnie. Wprost przeciwnie: wszystkie te opisy sekcji zwłok, amputacji, technik balsamowania ciała, przeglądanie kolekcji zmumifikowanych trupów i mutantów; fascynacja tym, co zostało z żywego człowieka i pływa teraz w formalinie lub innym płynie, albo zostało splastynowane i wystawione na widok publiczny… ciągną się to w „Biegunach” przez dziesiątki stron. Czytając to zdawałem sobie sprawę, że to nie moja fascynacja – że to jednak nie jest w tym „bufecie” moja cup of tea. Nie mogę wszak powiedzieć, że ta lektura mnie nudziła – bo plastyczny i obrazowy, mocny i giętki język Tokarczuk przykuwał moją uwagę – prowokował, zmuszał do myślenia i stawiania pytań: co to ma znaczyć? Gdzie to wszystko prowadzi? Jest w tym wszystkim piękno i tajemnica, czy tylko marność, ohyda i nicość?
I wreszcie: czy rzeczywiście rozbierając na części pierwsze maszynę, jaką według biologów jest człowiek, można dowiedzieć się czegoś istotnego o jego człowieczeństwie – o czymś co stanowi i konstytuuje człowieka poza biologizmem? (Moim zdaniem nie można opisać naszego człowieczeństwa w kategoriach materii. Ponadto człowiek może istnieć – i określić się sensownie – tylko w relacji z drugim człowiekiem – właśnie w swoich „usytuowaniach społecznych”.)
Dla Schopenhauera ciało było kluczem do zagadki świata, dzięki któremu możliwe jest poznanie metafizyczne. Dla Tokarczuk poruszającej się w post-religijnym, pozbawionym metafizyki universum, ciało jest tylko eksponatem, naukowym gadżetem, osobliwością – przedmiotem plastynacji albo sekcji zwłok.

Cioran zamiast Biblii

       „Widzieć znaczy wiedzieć”, „opisać znaczy zniszczyć”, „To, co się nie porusza stoi w miejscu. To, co stoi w miejscu, rozpada się.” – pisze Olga Tokarczuk.
Jak mamy traktować te stwierdzenia? Są zbyt dosadne i jednoznaczne, by widzieć w nich tylko metaforę. Z kolei – traktowane dosłownie, nie wytrzymują krytyki jako metody ogarniania, opisu i rozumienia świata. Bo przecież widzieć to wcale nie znaczy wiedzieć (dla neurologów iluzoryczność – a często i złudność – obrazów, jaki przedstawia nam mózg, jest oczywista: tak naprawdę to nie widzimy rzeczywistości tylko jej przetworzone już w naszym mózgu odbicie). Ponadto, żeby coś wiedzieć, to trzeba też to zrozumieć. Ale jak można coś zrozumieć w świecie pozbawionym (jak twierdzi autorka) znaczenia, a tym samym i sensu?
Czy rzeczywiście ruch jest zawsze dobry, a bezruch zawsze zły? Czy opuszczać coś jest zawsze lepiej niż gdzieś pozostawać? Czy zakorzenienie się i stałość to koniecznie rozkład, czy może wprost przeciwnie: to ochrona przed rozpadem, alienacją i wydziedziczeniem – warunek stabilności i spokoju?
Czy opisywanie to niszczenie? A może dopiero to, co opisane zaczyna istnieć w naszej świadomości – nabiera konkretu w ludzkiej wyobraźni? Czy jeśli pisarz coś opisuje – to tym samym coś niszczy, czy wręcz przeciwnie: tworzy?
Zresztą, sama metafora „bieguna” – jeśli jej się tak bliżej przyjrzeć – też pozostawia wiele do życzenia pod względem logiki, choćby dlatego, że żaden powieściowy „biegun” nie uwalnia się od zła i nikczemnego losu, mimo że jest w ciągłym ruchu.

Jest jeszcze jeden aspekt filozoficzny, który w „Biegunach” zwrócił moją uwagę. Jeden z bohaterów książki sugeruje, by hotelowe egzemplarze Biblii wymienić na Ciorana (bo „do celów wróżebnych Biblia straciła swoją aktualność”), czyli na coś bardziej aktualnego, a tym samym bardziej pożytecznego. I jako przykład cytuje jedną z wypowiedzi Ciorana: „(…) nasza misja polega na wznoszeniu kurzu w poszukiwaniu jakiejś niepoważnej tajemnicy”. Niestety, polskie tłumaczenie cytatu nie oddaje cioranowskiego sensu i klimatu tak dobrze, jak wersja angielska: our mission was to graze the dust in search of a mystery stripped of anything serious. Bo jednak istnieje różnica między „wznoszeniem” pyłu a jego „gryzieniem”, a jeszcze większa między „niepoważną tajemnicą” a „tajemnicą odartą ze wszystkiego, co poważne”.
Cioran – nihilista, mizantrop, totalny pesymista; nienawidzący swoich narodzin gostek („typy takie jak ja, nigdy nie powinny zaistnieć”), który odmawia jakiegokolwiek sensu nie tylko własnej osobie, ale i życiu oraz całemu światu.
I on ma być lepszy od Biblii?
Pozwolę sobie jeszcze na zacytowanie tego, co Cioran napisał w swoim eseju „O niedogodności narodzin”: „Gdziekolwiek się ruszę – to samo odczucie nieprzynależności, bezużyteczności gry. Udaję zainteresowanie czymś, co mnie zupełnie nie obchodzi, kręcę się tu i tam, ale nigdy nie jestem ‘w środku’, w żadnym określonym miejscu. To, co mnie przyciąga, znajduje się gdzieś indziej, czym zaś owo ‘gdzie indziej’ jest – nie wiem.”
Czy nie uderza nas w tych słowach zbieżność z „filozofią” i wymową „Biegunów” – z zachowaniem, stosunkiem do świata i charakterem występujących w tej książce postaci?

Bandycka napaść na sacrum…

       Wśród recenzji jakie przeczytałem po lekturze „Biegunów”, najbardziej chyba dotknęło mnie to, co napisał Zbigniew Ściubak. Nie tylko dlatego, że autor wyczuł w książce podobne materie i kanwy, jak ja, ale dlatego, że – co najważniejsze – to co napisał jest żywe, krwiste, wyraziste, szczere i niewykalkulowane – zupełnie nie przypominające innych tekstów „krytycznych” (zwłaszcza tych bezkrytycznych) zbyt często zaprawionych akademicką drętwotą.
Przytoczę tu tylko jeden fragment tej recenzji: „Są więc ‘Bieguni’ pędem donikąd. Do nigdzie. (…) Bycie w podróży Olgi Tokarczuk, to [też] bycie – nigdzie. Bez punktu zaczepienia, tak naprawdę bez celu. W zawieszeniu. W przestrzeni pomiędzy. Nigdzie. (…) ‘Celem pielgrzymki jest inny pielgrzym’ – powtarza Tokarczuk. Ale nie jest to pielgrzym, w rozumieniu żywego człowieka z całym wszechświatem jego znaczeń, wartości, przeżyć. Cel ‘pielgrzymki’ Olgi Tokarczuk to zatopiony w formalinie organ lub część ciała, to woskowa figura ilustrująca rozkład kości, rozpięcie naczyń krwionośnych. Celem pielgrzymki Olgi Tokarczuk jest nicość – to jest – materia, to jest to, co pozostaje z człowieka, dotykalne, zachowane i owo zachowywanie materii tak Autorkę ‘Biegunów’ fascynuje. (…) Ale taka redefinicja pielgrzymki to zwykła bandycka napaść. Podstępny skok na skarbiec człowieka, na to, co ma najcenniejsze, bo przecież pielgrzymowanie, we wszystkich kulturach i wszystkich religiach, biegło ku sacrum. To sacrum postawione, jako punkt odniesienia dla ludzi, to świętość wymykająca się materialności, doczesności czy zmysłowości, ogniskowała całe pozamaterialne poznanie człowieka. To dlatego, byliśmy ludźmi, że mieliśmy rzeczy święte. To jest przekraczające, przynajmniej w zamiarze, zbiór atomów, elektronów, układ związków chemicznych, który w danym momencie może stanowić funkcjonalną całość, a w innym wcale nie, i sacrum było wyrazem tego fundamentalnego przekonania, że… nie, że to nie wszystko (…). Uporczywe wracanie do człowieka jako preparatu. Jeden z bohaterów pisze do własnej odciętej nogi. Bycie nigdzie, to jest pomiędzy, a to znów – nigdzie. Nigdzie niezmierzanie z tym kończącym książkę przesłaniem, że jesteśmy w podróży, bo tu i teraz, to nie jest miejsce właściwe, ani pisany nam czas. To wszystko jest wyrazem alienacji. Wejścia w nihilizm bycia ‘nie tu’ ani ‘nie tam’, niezmierzania. W tej przestrzeni jedynym co pęcznieje jest ‘ja’ człowieka. To ono rośnie. Rozgląda się wokół. Nadyma się, z braku granic, nicością.”

Prochy na wietrze

       W „Biegunach” znalazły się jednak rozdziały, które autentycznie przykuły moją uwagę, ogarnęły swoim klimatem, pozwoliły smakować język jakim posłużyła się autorka… I działo się to wbrew temu, że z tych mini-opowiadań emanował jakiś nieprzemożny smutek, a właściwie rozpacz człowieka uwięzionego w bezdusznym mechanizmie świata, będącego na łasce i niełasce losu, usiłującego wyrwać się z roli w jaką wtłaczało go życie. Ale były też tam ślady czułości (ale chyba nie takiej, o jakiej Tokarczuk pisze ostatnio), choć najbardziej dojmujące było jednak poczucie stratybezpowrotności, przemijania i rozpadu.
Mężczyzna, który na chorwackiej wyspie poszukuje zagubionej żony i dziecka, zdezorientowany absurdem zaistniałej sytuacji, bezradny wobec rzeczywistości (lustruje przedmioty zaginionej) która rozpadła się nagle, tworząc jakiś nowy, zupełnie niezrozumiały dla niego wzór. (Znaczące jest to, że wyjaśnienie zagadki jeszcze bardziej komplikuje i być może nawet niszczy jego życie.)
Pływający kiedyś po wszystkich oceanach świata marynarz, który na starość utknął w jednym miejscu, obsługując kursujący tam i z powrotem prom. Pewnego dnia buntuje się jednak i uprowadza wypełniony pasażerami statek, wypływając nim na pełne morze. Kobieta opiekująca się niepełnosprawnym synem, ucieka z domu i – podobnie jak inni bezdomni „bieguni” – błąka się całymi dniami i nocami po wszystkich liniach moskiewskiego metra.
Małżeństwo akademickich naukowców, które co roku odbywa rejs po Morzu Śródziemnym, udzielając współpasażerom wykładów na temat historii starożytnej. Poznajemy ich w czasie ostatniego rejsu, gdzie wskutek wypadku profesor (erudyta i wybitny znawca kultury greckiej) doznaje wylewu krwi do mózgu. Opis tego, jak wraz z postępującym niszczeniem mózgowych tkanek znika utrwalony w nich pamięcią bogaty świat profesora jego wiedza, poprowadzony jest według mnie po mistrzowsku (i muszę przynać, że chwycił mnie za gardło). W tym czasie jego żona „siedziała przy nim całą noc. Szeptała mu do ucha, wierząc, że słyszy i rozumie.” A kiedy już wszystko zalała krew: „była przy nim, gdy definitywnie odłączono niepotrzebną już aparaturę i gdy łagodne dłonie greckiej pielęgniarki jednym ruchem przykryły jego twarz prześcieradłem. Ciało zostało skremowane, a prochy wspólnie z dziećmi rozsypali do Morza Egejskiego, wierząc, że taki pogrzeb podobałby mu się najbardziej.”

Silva rerum czy zawartość damskiej torebki?

       Mimo wszystko trudno jest znaleźć jakiś wspólny mianownik tych 116 rozdziałów, na jakie podzielona jest książka Olgi Tokarczuk. Ruch czy podróże to kryteria zbyt pojemne. Ich formy nieprzystające do siebie, styl i ton zmienny, waga przeróżna, znaczenia rozproszone… taka bliska chaosu niezborność.
Ten zbiór to konstelacja w sumie nie bardzo przejrzysta.
Czy o doborze decydował jakiś klucz, czy przypadek? Czy aby z tej nieskładności i niejednorodności nie wynika wisząca nad książką interpretacyjna niespójność?
Misz-masz, patchwork, silva rerum czy może (jak ktoś to nie bez złośliwości nazwał) zawartość damskiej torebki? Wygląda na to, że autorka nie przejmowała się zbytnio tą niekoherencją i pomieszaniem, które jeden z recenzentów określił (nie kryjąc swojej aprobaty) „frywolnością” pisarki. A może to nie frywolność a bardziej dezynwoltura?
Jak już wspomniałem, mnie ta migotliwa mozaikowość w „Biegunach” nie przeszkadzała (lubię pojawiającą się w literaturze wyrywkowość i dorywczość, polifonię, chwytanie myśli i świata w momencie i w różnych jego przejawach – wszelkie notatki, zapiski, dzienniki, komentarze, uwagi, przypisy, marginalia) ale skądinąd wiem, że wielu czytelników – przyzwyczajonych do linearności i formalnej spójności – miało z tym jednak problem.

Olga Tokarczuk: „Nadal coś jest ze światem nie tak Staje się on martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni.”

.

„Czuły narrator” jak Bóg?

       Ostatnią książką Olgi Tokarczuk, a jednocześnie pierwszą po otrzymaniu Nobla, jest zbiór jej tekstów „Czuły narrator” (tytuł nawiązuje oczywiście do przemowy noblowskiej pisarki).
Kim (czym) jest taki narrator?
Myślę, że najlepiej będzie oddać tu głos samej Tokarczuk, która odbierając nagrodę Nobla mówiła:

  • – „Marzy mi się także nowy rodzaj narratora – „czwartoosobowego”, który (…) potrafi zawrzeć w sobie zarówno perspektywę każdej z postaci, jak i umiejętność wykraczania poza horyzont każdej z nich, który widzi więcej i szerzej, który jest w stanie zignorować czas. (…) Możemy uznać tę figurę tajemniczego i czułego narratora za cudowną i znamienną. To punkt, perspektywa, z której widzi się wszystko. Widzieć wszystko to uznać ostateczny fakt wzajemnego powiązania rzeczy istniejących w całość (…). Mogłoby to być „podwaliną pod nową opowieść – uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów u jednocześnie zrozumiałą”(…), „językiem, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję.”
    – Natomiast „[czułość] pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ‚ja’. Czułość jest spontaniczna i bezinteresowna, wykracza daleko poza empatyczne współodczuwanie. Jest raczej świadomym, choć może trochę melancholijnym, współdzieleniem losu. Czułość jest głębokim przejęciem się drugim bytem, jego kruchością, niepowtarzalnością, jego nieodpornością na cierpienie i działanie czasu. Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości. Jest tym trybem patrzenia, które ukazuje świat jako żywy, żyjący, powiązany ze sobą, współpracujący, i od siebie współzależny.

Tę wizję „czułego narratora” autorka rozszerza w jednym ze swoich ostatnich wywiadów: „[Czułość] to poczucie głębokiej, fundamentalnej więzi ze wszystkim co żywe i trwa. Nie ma nic wspólnego z „pochylaniem” się nad innymi, z czułostkowością, sentymentalizmem. W tym sensie jest to postawa bardziej intelektualna niż emocjonalna.”

Czytając to wszystko lepiej mogę sobie uświadomić ewolucję, jaką przeszła Olga Tokarczuk przez te kilkanaście lat jakie dzielą nas (i ją) od powstania „Biegunów”. Po drodze przydarzyły się jej najwyższe wyróżnienia w świecie literatury – nagrody Bookera (właśnie za anglojęzyczne wydanie „Biegunów”„The Flights”) i Nobla. W tym czasie napisała też monumentalne (również w sensie wagi i objętości) „Księgi Jakubowe” i stała się dla wielu autorytetem (Nobel oblige) – i to nie tylko literackim. Ale stała się też obiektem ataków, po tym jak w jednej ze swoich (moim zdaniem jednak niefortunnej, stygmatyzującej i nie do końca sprawiedliwej) wypowiedzi nazwała Polaków „kolonizatorami”, „właścicielami niewolników” i „mordercami Żydów”, w czym rzeczywiście trudno się było dopatrzeć jakiegokolwiek zniuansowania i zachowania historycznych proporcji.
Nie chcę tu jednak o tym pisać, wolę wrócić do konfrontacji tego, co znalazłem w „Biegunach” z tym, co artykułuje Tokarczuk w ostatnich tekstach i wystąpieniach.

To, co najważniejsze…

       W dalszym ciągu widzi ona rozbicie świata na kawałki; skarży się, że jesteśmy jak te marionetki (zombie) poruszane przez siły, które nas przerastają; posuwa się nawet do stwierdzenia, że „nadal coś jest ze światem nie tak” – że staje się on „martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni”; uważa, że „nasza duchowość zanika”; posuwa się nawet do stwierdzenia, iż rzeczywistość w jakiej żyjemy „już stała się surrealna”; że od świata coraz bardziej oddziela nas szyba/ekran, a my stajemy się więźniami naszych „baniek”; że „zamiast usłyszeć harmonię świata, usłyszeliśmy kakofonię dźwięków, szum nie do zniesienia” – że „żyjemy w świecie natłoku informacji sprzecznych ze sobą, wzajemnie się wykluczających, walczących na kły i pazury”, a Internet to – parafrazując Szekspira – „coraz częściej opowieść idioty pełna wściekłości i wrzasku”.

Z drugiej strony daje się zauważyć zwrot uwagi Tokarczuk w stronę mitu i uznanie nie tylko potrzeby tego mitu, ale i jego niezbędności: „Taki powrót do zwartych struktur mitologii, mógłby przynieść jakieś poczucie stałości w tym niedookreśleniu, w którym dziś żyjemy. Wierzę, że mity stanowią budulec naszej psyche i nie da się ich zignorować.” Tokarczuk przyznaje teraz, że religia, w której swego czasu widziała przeważnie zło (i której nadal nie szczędzi mocnej krytyki) „dawała poczucie sensu”, „zaspakajała potrzebę sensownej, pełnej znaczeń opowieści o świecie, jego wielowymiarowości, miejscu w nim człowieka i innych istot, o losie i przeznaczeniu, o tym czego nie potrafimy zrozumieć.”
Wcześniejsze wypowiedzi Tokarczuk o religii dość wyraźnie wpisywały się w trend postępującej demitologizacji i sekularyzacji świata. Ale kiedy ruguje się religię i niszczy tożsamościowe mity, to nie ogarniamy już całości i – jak przyznaje sama pisarka – „wszystko przez nas przelatuje jak przez sito”, a my sami zanurzamy się w surrealności i absurdzie.
Lecz tęsknota za znaczeniem, sensem i jednością odzywa się nadal.

Czy wymyślony przez Olgę Tokarczuk „czuły narrator” może stanowić tutaj remedium? Pisarka przypisuje mu boskie atrybuty omnipotencji i wszechwiedzy, ale czy cokolwiek może być substytutem Boga usankcjonowanego przez odwieczne i nadal potężne światowe religie?
„Czuły narrator” ma też posiadać klucz do nowego sposobu oglądu świata – jego poznania, opisu i zrozumienia. Ma wyrażać wszystko, co istotne. Ma widzieć wszystko, z każdej perspektywy, a nawet wykraczać poza ludzki horyzont.
Nie za dużo tego wszystkiego? Jak widzimy to pojęcie staje się tak pojemne, że zaczyna chyba rozsadzać samo siebie.
Ciekawe, zastanawiające i uderzające dla mnie jest również to, jak pisarka w tej figurze rozumie samo pojęcie „czułości”. Wbrew potocznemu rozumieniu tego słowa, które niemal wszystkim z nas kojarzy się z uczuciem, wrażliwością, delikatnością, łagodnością, współodczuwaniem… dla niej czułość to postawa „bardziej intelektualna niż emocjonalna”, wykraczająca przy tym poza empatię. Czyli jednak domena umysłu, a nie serca.
Być może dlatego tak trudno jest w „Biegunach” znaleźć słowo „miłość”, a w mowie noblowskiej Tokarczuk pojawia się ono bodajże tylko raz. A tu bardziej niż abstrakcyjnego „czułego narratora” potrzeba nam kogoś na naszą miarę – kogoś, kto może nas obdarzyć tym, czego potrzebujemy najbardziej i co jest w życiu najważniejsze.

*  *  *

CZY KULTURA JEST NA WYMARCIU?

.

Moje spotkanie autorskie zostało sfilmowane – parę godzin zarejestrowanego materiału czeka jeszcze na zmontowanie – jednakże chciałbym już teraz przedstawić fragment mojej rozmowy z prowadzącym to spotkanie (wraz z dyrektor Muzeum Polskiego w Ameryce, Małgorzatą Kot) Zbigniewem Banasiem, który zadał mi pytanie dość trudne, ale prowokujące: czy przeżywamy zmierzch naszej kultury?

.

Zbigniew Banaś

ZBIGNIEW BANAŚ: Fantastyczne jest to twoje zdjęcie z Czesławem Niemenem z Deer Field z 1991 roku, kiedy siedzicie i rozmawiacie, bo w pewien sposób jest to obraz świata, który już nie istnieje. Mówię zarówno o XX wieku, który jest za nami; o tym, że Niemena z nami już nie ma; o tym, że wszyscy jesteśmy już dużo starsi… Świat się zmienił, my się zmieniliśmy. Jak postrzegasz ten zmieniający się świat i zmieniające się w nim wartości?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Ten świat tak teraz pędzi, że ja mam problem, żeby jakoś ogarnąć to, co się dzieje. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas wie, co się dzieje. Ten pędzący coraz bardziej świat porywa nas ze sobą i my w tym kołowrocie – chcąc nie chcąc – bierzemy udział. I bardzo często się przy tym zatracamy. Nie mamy czasu dla siebie; nie mamy czasu dla tych rzeczy, które cenimy; nie mamy czasu na to, żeby się wyciszyć, poddać refleksji… Te media, ten Internet, ta wirtualna rzeczywistość nas porywa i gdzieś razem z tym wszystkim pędzimy. Chodzi więc o to, żeby się zatrzymać, żeby nie dać się bombardować tymi informacjami – najczęściej bez znaczenia. Trzeba się wyciszyć, pozwolić sobie na moment refleksji. I może wtedy dotrze do nas to, co rzeczywiście jest najważniejsze.

Z.B.: Ale w moim pytaniu był taki podtekst związany z tym, że zarówno ty i ja, jak i Czesław Niemen, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi… to są osoby, które wyrosły na bazie wartości wieku XX-go i być może wiele z tych rzeczy, o których my rozmawiamy teraz, to jest pewnego rodzaju przeszłość, jaką staramy się zatrzymać w zapiskach, w rozmowach, artykułach… Grube książki w świecie zdominowanym przez Internet i elektronikę też są pewnego rodzaju – pozornie przynajmniej – anachronizmem. Chciałbym, żebyś powiedział na ile według ciebie to wszystko, co możemy wyczytać w tych książkach, stanowi pewną próbę zatrzymania czasu, który w sposób nieunikniony nieustannie idzie naprzód.

Stanisław Błaszczyna

S.B.: Myślę, że czasami warto zatrzymać coś z tego, co nam w głowie czy sercu powstaje. Te książki to taka moja tego próba. Według mnie bardzo ważna jest tradycja – kanony, które tworzy kultura przez wieki. Dlatego ja nie lubię w zasadzie rewolucji; nie lubię kontestatorów (mimo, że sam kiedyś uważałem się za takiego), którzy wychodzą i mówią, że wszystko, co było do tej pory jest nic nie warte i dopiero oni będą teraz tworzyć coś, co jest naprawdę warte. Sądzę, że bardzo ważne jest to co powstało wcześniej, bo przecież tworzymy pewną ciągłość kulturową – kanony, wartości, które wypada nam respektować. Mimo, że kultura jest taką sferą mityczną, to nie możemy tego co w jej ramach powstało lekceważyć i odrzucać, bo to jest dla nas pewien punkt zaczepienia i orientacji – dzięki temu istnieje właśnie ta ciągłość kulturowa, a my możemy się w tym wszystkim odnaleźć. Kiedy rozmawiamy, próbujemy się porozumieć, to właśnie odnosimy się do tych wartości i kanonów, które nas przecież ukształtowały i w których się wychowaliśmy, któryśmy się przejęli – nawet jeśli teraz próbujemy stworzyć nowe. To dlatego znajomość kultury – tego co było wcześniej – jest taka ważna. A jest to właśnie utrwalone w… już nie mówię o moich książkach, ale np. w dziełach gigantów literatury i myśli człowieka, jak choćby Lew Tołstoj, czy nawet Nietzsche… Dlatego, według mnie, w tych (nieodzownych i nieuniknionych) przemianach  i rozwoju kultury lepsza jest ewolucja niż rewolucja.

Z.B.: Ale czy te kanony są na wymarciu? Czy kultura jest na wymarciu? Bo kiedy piszesz o sztuce współczesnej to bardzo często przekazujesz swoje przemyślenia o tym, ile jest w niej kiczu i brzydoty. Tymi najnowszymi formami „instagramowo-różnymi” w ogóle się nie zajmujesz, a zatem może wszyscy ci, którzy podpisują się pod tym, pod czym i ty się podpisujesz, coraz bardziej należą do świata przemijającego?

*

Tutaj odstąpię od naszej rozmowy na spotkaniu, bo moja odpowiedź, jakiej wtedy udzieliłem, była właściwie nie na temat – tak to widzę teraz. Być może przyczynił się do tego stres – presja jaką czułem wypowiadając się przed licznym audytorium; być może w tamtej chwili te pytania mnie po prostu przerosły, więc jakakolwiek odpowiedź byłaby w takiej sytuacji nie tylko niepełna, ale i wymijająca. Jednakże to, o co zapytał Zbyszek Banaś, jest i było dla mnie na tyle istotne, że sam niejednokrotnie się nad tym zastanawiałem. Mimo wszystko pozwolę sobie teraz na poczynienie kliku – odnoszących się do tego tematu – uwag.

*

Ciągłość kulturowa a kontestacja

Czy kultura jest na wymarciu?

Cóż, ludzka kultura wymrze dopiero wraz z wymarciem gatunku Homo sapiens, bo jest ona jego nieodzowną, niejako przyrodzoną i charakteryzującą go cechą. Wprawdzie wiemy, że w historii ludzkości wymarło wiele kultur a nawet cywilizacji, ale były one ograniczone do pewnego regionu, państwa, społeczności – miały zasięg lokalny, a nie globalny. Tak więc, aby spróbować odpowiedzieć na pytanie postawione w pierwszym zdaniu, musimy się umówić, co rozumiemy w nim przez „kulturę”.
Zbigniew Banaś miał zapewne na myśli kulturę, w której wyrośliśmy, która nas ukształtowała i w której nadal funkcjonujemy – czyli kulturę Zachodu, która nota bene ma obecnie największy wpływ na ludzkość w skali globalnej (takiego wpływu nie mają kultury orientalne czy afrykańskie, o pomniejszych nie wspominając).
Czy chcemy tego czy nie, cały świat się homogenizuje, a tym samym homogenizuje się ludzka kultura, mimo oporów stawianych przez różne uwarunkowania polityczne – w tym przez nacjonalizmy czy religie. Wszystko jednak wskazuje na to, że w przyszłości cała ludzkość będzie zdominowana przez kulturę uniwersalną, która będzie – poprzez swoje wartości, paradygmaty, normy i formy – kształtować i określać całą ludzką cywilizację en bloc.
Lecz nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość i skoncentrujmy się na tym, co dzieje się z naszą kulturą obecnie.
Jedyną rzeczą, która się nie zmienia na świecie jest sama zmiana. Wszystko płynie, wszystko się zmienia… Nieuchronną tego konsekwencją jest przemijanie, odchodzenie w przeszłość. Tak więc, wraz ze zmianą (przemianą) kulturową, przemijają (tracą swój wpływ i znaczenie) pewne jej elementy. Chodzi jednak o to, aby w tym procesie zachować pewną ciągłość (o której wspomniałem na spotkaniu), pozwalającą nam na wzajemne porozumienie się. A to jest możliwe tylko wtedy, kiedy znamy i respektujemy pewne istniejące już wartości kulturowe (w tym również normy, zasady i kanony) – czyli to, co powstało wcześniej. Bo to jest ten język, bez znajomości którego cały nasz świat zmieniłby się w jedną ogromną wieżę Babel, ogarniętą semantycznym chaosem i zdominowaną przez bełkot.

Ale, ale… czy taką chaotyczną i zdominowaną przez bełkot wieżą Babel nie jest obecnie Internet?

*

Każde pokolenie ma tendencje to tego, by uważać to, co było wcześniej, za lepsze od tego co jest teraz. To dlatego mówi się: stare dobre czasy. Czy rzeczywiście jednak są powody, by tęsknić za wiekiem XX – wiekiem totalitaryzmów, dwóch szalejących wojen światowych, masowego ludobójstwa i obozów zagłady? W porównaniu z tamtym czasem (o mizerii wieków dawniejszych nie wspominając), to w czym żyjemy dzisiaj, wygląda na prawdziwą sielankę.
Czy jednak nie mamy żadnych powodów do niepokojów i zmartwień?

Niestety, nasza współczesna cywilizacja stoi przez olbrzymim wyzwaniem, jakie stwarza gwałtowny rozwój technologii informatycznej, biotechnologii, sztucznej inteligencji… Musimy się również mierzyć ze zmianą klimatyczną, degradacją ekologiczną, zagrożeniem nuklearnym, przeludnieniem… Może się nagle okazać, że ta nasza wielka cywilizacja jest kolosem na glinianych nogach.
Ponadto, wygląda na to, że wszystkie dotychczasowe społeczno-ideowe narracje, które do tej pory organizowały, cementowały i napędzały ludzką cywilizację (jak np. feudalizm, komunizm, faszyzm) straciły na znaczeniu, czy wręcz zbankrutowały i raczej nie ma do nich powrotu (w tej formie w jakiej przez jakiś czas funkcjonowały).
Co gorsza, kryzys – a może nawet i wyczerpanie – przeżywa narracja, jaka wydawała się zwyciężyć wszystkie dotychczasowe, a nawet stanowić „koniec historii”, czyli demokracja liberalna, która de facto umożliwia teraz coraz większą monopolizację świata – skupianie coraz większej władzy, środków i bogactwa w rękach nielicznej grupy ludzi. Tzw. „wolny rynek” stał się fikcją, kapitalizm się zdegenerował… etc.

Wziąwszy to wszystko pod uwagę, można sobie uświadomić, że stoimy na progu zmian, które zadecydują nie tylko o tym, jak będzie wyglądała nasza cywilizacja (w tym i kultura), ale i o tym, czy w ogóle gatunek ludzki przetrwa.

Może to zabrzmi cokolwiek anachronicznie i pretensjonalnie, ale w tym procesie przemian chodzi o to, aby przetrwała… ludzka dusza.
Innymi słowy, warto dbać właśnie o kulturę, która określa naszą humanistyczną tożsamość, opartą na wartościach stworzonych i przyjętych przez ludzi w przeszłości.
Oczywiście w swojej historii człowiek wyznawał różne wartości, jednak z czasem wypracowany został kodeks moralny, który uwzględniał dobro każdego człowieka, jako autonomicznej i równoprawnej jednostki, określał well-being jak największej ludzkiej grupy (a w najogólniejszym znaczeniu: całej ludzkości); miał na względzie ludzką solidarność, respektował wolność, równość i sprawiedliwość; uznawał prawo każdego człowieka do godnego życia i dążenia do szczęścia; zmierzał do minimalizacji cierpienia, szerzył empatię, a nawet miłosierdzie.
Zauważmy jak w tym wszystkim człowiek zbliżał się do pojęcia miłości jako najwyższej wartości (nie tylko jednostkowej, ale i powszechnej), która nadawała sens jego istnieniu.

To prawda, że wymienieni przez Zbyszka Banasia twórcy są (byli) „wytworami” XX wieku. Banaś stwierdził nawet dobitnie, że my (on, ja, Zanussi, Holland…) nadal żyjemy w XX wieku. Poniekąd jest to prawda, gdyż zostaliśmy właśnie w tym wieku mentalnie i światopoglądowo ukształtowani – i ciągle też się do niego (a konkretnie do tego, co wówczas stworzono, sfilmowano, napisano) odnosimy i wracamy. Dla mnie osobiście XX wiek był niejako lustrem, w którym odbijało się – na ogromną skalę! – zarówno to co jest w człowieku najgorsze, jak i najlepsze.
Przerażony wojnami światowymi i ludobójstwem (mimo, że sam nie byłem ich świadkiem, to jednak szok jakiego doświadczyłem w zetknięciu się z faktami, które je ukazywały, naznaczył mnie na całe życie) starałem się dociec genezy tych zbrodni oraz totalitaryzmów (zarówno faszystowskiego, jak i komunistycznego), szukając odpowiedzi m.in. w książkach takich pisarzy i myślicieli, jak np. Camus, Miłosz, Herling-Grudziński, Sołżenicyn… Była też lektura tego, co w paryskiej „Kulturze” wydawał Giedroyć; był Gombrowicz, Lem, Mrożek, Kołakowski… Wszystko to są ludzie XX wieku, którzy – paradoksalnie! – w czarnych czasach zamętu, kłamstwa, agresji, zniewolenia i masowych mordów, starali się określić ludzką duszę – zachować godność i wartości, które mogłyby człowieka zrehabilitować a nawet zbawić. Czy możemy – w tych naszych idyllicznych ponoć czasach – pozwolić sobie na to, żeby to wszystko przeminęło, żebyśmy o tym zapomnieli?
Pochłonięci coraz bardziej przez wirtualną rzeczywistość, oddając się niepohamowanej konsumpcji, bawiąc się i używając, narkotyzując i znieczulając; oglądając pieski, kotki i dzimdziusie na Fejsbuczku, obrazkując się bezmyślnie oraz mizdrząc w Instagramie, uciekając od jakiejkolwiek głębszej myśli i refleksji… z attention span kurczącym się do karłowatych rozmiarów… skłóceni przez politykę (która zbyt często odbiera nam rozum); bezkrytyczni w sprawach ważnych, hiper-krytyczni w bzdurkach… zalani przez informacyjny junk, ogłupiani przez fake news  i rozmamływani przez popkulturę… manipulowani przez algorytmy, komercję i reklamy… itp, itd…
Tak oto dajemy się zhakować nie tylko przez Internet, ale także przez różnej maści handlarzy, wpadając w korporacyjny kołowrót, poddając się dominacji najsilniejszych graczy. Stajemy się niewolnikiem ekonomiczno-bankowych schematów wyznaczonych przez współczesny kapitalizm tudzież łudzimy się, że nadal żyjemy w demokracji.
Kto więc urządza nam świat? Czy na pewno jesteśmy to my sami?

Wobec tego wszystkiego musimy poszerzyć pole naszej świadomości – żyć bardziej uważnie – sięgając po to, co stworzyli przed nami mądrzejsi od nas i bardziej doświadczeni ludzie.

*

Spotkanie autorskie w Muzeum Polskim w Ameryce. Na zdjęciu (od lewej): Stanisław Błaszczyna i Zbigniew Banaś.

.

Na koniec podsumowanie, czyli próba konkretnych acz skrótowych odpowiedzi na zadane pytania.

P: Czy kultura jest na wymarciu?
O: Nie jest. Na wymarciu są tylko pewne jej elementy, jak również ci, którzy tę kulturę tworzyli. Lecz oni w pewnym sensie nadal żyją w tym, co nam pozostawili i z czego możemy cały czas korzystać.
Ogólnie: kultura współczesna nie wymiera, ale ulega ciągłej przemianie.

P: Czy kanony są na wymarciu?
O: Kanony jako takie nie mogą „wymrzeć” (tak jak nie może „wymrzeć” sztuka Renesansu, zasady rysunku klasycznego albo muzycznej harmonii, czy też arcydzieła pozostawione nam przez mistrzów z przeszłości). Natomiast mogą być te kanony odrzucone, lekceważone, nie stosowane… Najgorszą sytuacją jest taka, w której nie respektuje się żadnych kanonów – czyli kiedy wszystko można, kiedy wszystko jest równoprawne, kiedy nie ma żadnej hierarchii a wartości przyjmowane są dowolnie, tylko przez czyjeś widzimisię. Podobna, postmodernistyczna dezynwoltura ogarnęła np. duże obszary sztuki współczesnej – dlatego wygląda ona tak, jak wygląda. Kanony są niczym język, dzięki któremu możemy się porozumieć, i dzięki któremu możemy poznać, jak również ocenić to, co ma jakąś wartość. Mało tego: bez przyjętych kanonów pojęcie sztuki traci swój sens. (Nie ma sztuki, kiedy sztuką może być wszystko). Jak do tej pory, dość skutecznie opiera się temu np. kino, teatr i literatura – mimo pewnych ekscesów, które stanowią wszak margines.
Ogólnie: kanony same w sobie nie wymierają (bo mogą być nadal używane). I powstają ciągle nowe, poszerzając w pewnym sensie kulturowe spectrum.

P: Czy ludzie, o których mówimy, należą do świata przemijającego?
O: To co istnieje przemija. Dotyczy to zwłaszcza ludzi – twórców kultury. Czyli ci, których działa podziwialiśmy i których twórczość nas ukształtowała – a którzy stale od nas odchodzą, czy też już ich pośród nas nie ma – naturalną koleją rzeczy należą do świata przemijającego. Ale jednocześnie jest to świat, który jeszcze całkiem nie przeminął. I nie przeminie, dopóki my żyjemy – i dopóki będzie istniało to, co ci ludzie stworzyli. I dopóki będziemy do tego wracać.
Ogólnie: świat przemija – zmienia się – ale nie przestaje (jak na razie) istnieć.

A tego, jaka będzie przyszłość, nie wie nikt.

*  *  *

fot: Dariusz Lachowski, Lesław Flis, Andrzej Baraniak

WYWIAD W POLVISION

.

Przed spotkaniem autorskim wypada się pokazać w telewizji – przy całym ryzyku z tym związanym ;)

.

.

SPOTKANIE AUTORSKIE W CHICAGO

Kolejne spotkanie – tym razem w Ameryce.

Poprowadzą go Małgorzata Kot oraz Zbigniew Banaś.

Zapraszam więc wszystkich do Muzeum Polskiego w Wietrznym Mieście.

.

.

.

Wypada to jakoś nagłośnić, stąd te wizyty w takich miejscach jak te:

.

.

 

ŹRÓDŁA I STRUMIENIE

.

.

KINO TEATR SZTUKA – słowo o książce

.

Kolej na prezentację trzeciej książki spośród czterech, które się niedawno ukazały. Jest jeszcze obszerniejsza niż poprzednie (693 strony), a że traktuje o kinie (teksty filmowe stanowią zdecydowaną większość treści tomu), teatrze i sztuce, to znalazło się w niej znacznie więcej ilustracji – kadrów filmowych, zdjęć z przedstawień teatralnych oraz reprodukcji dzieł sztuki, głównie malarstwa. Być może niektórzy pamiętają, ale okładkę pomogli mi wybrać czytelnicy Wizji oraz goście mojej strony fejsbukowej, dzięki czemu trafił na nią wdzięczny kadr z filmu „Fanny i Alexander” – jednego z najlepszych w dorobku Ingmara Bergmana (nota bene tom otwiera tekst o symbolach, jakimi posługiwał się w kinie szwedzki reżyser). Jest więc o czym czytać i co oglądać.

.

KINO TEATR SZTUKA

Wybór tekstów filmowych autora publikowanych na łamach pism krajowych (m.in. „KINO”, „Film na Świecie”, „Polityka”, „Wprost”, „Powiększenie”) oraz polonijnych („Dziennik Chicagowski”, „Dziennik Związkowy”), obejmujący okres dwóch dekad i dotyczący kina w wielu jego aspektach: od monografii największych twórców (Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski), przez kino gatunkowe (film wojenny) po fenomen artystyczny i popkulturowy. Eseje na temat głośnych filmów kina światowego ostatnich lat (Zjawa i Birdman Iñárritu, Rozstanie Farhadiego, Drzewo życia Malicka, Koń turyński Tarra, Miłość Hanekego, Snajper Eastwooda…). Zbiór zawiera także recenzje ponad 170 filmów polskich i zagranicznych, oraz kilku przedstawień teatralnych (Gombrowicz, Wyspiański, Teatr ZAR, Teatr Pieśń Kozła…). Do tomu załączone zostały również eseje i teksty na temat sztuki.

693 strony; oprawa twarda, płócienna + obwoluta; 261 ilustracji barwnych, 32 ilustracje czarno-białe; ISBN 978-83-62844-84-5

.

Noty o książce:

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki.

Renata Borowiak

W swoich tekstach autor łączy publicystykę z własnego rodzaju refleksją, często moralną. Dzięki temu przekraczają one zakres recenzji, będąc zwykle mini-esejem traktującym o ważnych dla autora sprawach, które jednocześnie są istotne w wymiarze kulturowym. Widzę też w nich niezwykle ciekawe połączenie wnikliwej analizy z emocjonalnością – angażujące czytelnika zarówno duchowo, jak i intelektualnie.

Zygmunt Kałużyński

Bardzo lubię czytać taką krytykę filmową i bardzo rzadko mam po temu okazję. Stanisław Błaszczyna jest widzem poszukującym, nieobojętnym i nie ułatwiającym sobie niczego. Film prowokuje go do stawiania pytań (moralnych, społecznych, estetycznych) i do udzielania odpowiedzi, często niewygodnych, ale niemal bez wyjątku celnych. Tacy widzowie – i tak piszący – potrzebni są kinu w każdym momencie jego istnienia. Osobiście uwielbiam to, że po seansie możemy się o film inteligentnie pospierać – a ta książka jest właśnie jak spotkanie z wyjątkowo uważnym kinomanem, z którym można przegadać cały wieczór i zaplanować kolejne filmowe seanse.

Michał Oleszczyk

greydot

.

.

.

greydot

RECENZJA KSIĄŻKI

.

.

A JEŚLI ŻYCIE TO FILM…?

I

Czasem, absolutyzując sztukę, stawiamy ją ponad codziennym doświadczeniem. W artystach chcemy widzieć demiurgów. Oczekujemy, że uchylą przed nami drzwi do innego wymiaru dadzą wytrych do Tajemnicy. A przy tak wysoko postawionej poprzeczce łatwo o skrajne rozczarowania. Od nich już krok do zwątpienia, czy sztuka może coś więcej niż bajdurzyć, mamić mirażami i dostarczać zagłuszającej niepokój rozrywki. Między skrajnościami pojawia się stateczna droga środka. Założenie, by obniżyć rangę poszukiwań i wystudzić nadzieję na odpowiedzi. Uznać, że film to tylko film, nie warto kruszyć kopii, staczając bój o prawdę. Rzecz w tym, że każdy z tropów prowadzi na manowce.
To, co mnie zainteresowało w książce Stanisława Błaszczyny, wiąże się z zaprzeczeniem tym trzem wyżej opisanym manowcom: szukaniu w kinie objawień, degradowaniu go do roli rozrywki czy uznaniu, że dostarcza nam relatywnych, nieprzesądzających o niczym oglądów świata.
Po pierwsze. Mamy tu zapis metafizycznego głodu i analityczne roztrząsanie odpowiedzi, wydedukowanych z filmowego przekazu. Autor wchodzi w świat kina z bagażem fundamentalnych pytań. Pewnie nie zadaje ich sobie po raz pierwszy, ale stawia je twórcom, wierząc, że mają mu do zaproponowania istotną odpowiedź. Od niektórych oczekuje wiele. Terrence Malick pretenduje do godności filozofa, Alejandro González Inárritu, mistrz kontrapunktu, szuka wspólnego tonu w wielogłosie, a Asghar Farhadi – doceniony zostaje za skromność nierozstrzygania poruszających moralnych dylematów.
Jest więc respekt wobec twórcy, są serio stawiane „pytania naiwne” o sens, istotę, cel, prawdę, ale jest też pasja dyskutowania i rozczytywania wpisanych w film treści. Objawień nie przyjmuje się na wiarę.
Po drugie. Autor raz po raz przypomina o rozrywkowym rodowodzie kina, docenia dobre filmy bez intelektualnych pretensji. Wirtuozeria mistrzów kina nie rozgrywa się przecież wyłącznie na poziomie treści czy głębi. Wielokrotnie jednak – niczym memento – wraca odróżnianie kina artystycznego od popkultury. Podszyte obawą, by mainstreamowe uproszczenia nie zubożyły nam obrazu świata. I choćby po tysiąckroć wracało docenienie kina środka, umiejętności Stevena Spielberga czy innych wodzirejów masowych wzruszeń, to jednak rozmowa o kinie nie ogranicza się tu do omawiania gwiazdorskich wystąpień czy sprawnie rozegranych hollywoodzkich schematów. Kino rozrywką bywa, ale bywa też czymś znacznie więcej.
Po trzecie. Nie jest to książka letnia czy emocjonalnie obojętna. Jest w niej zachwyt i oburzenie. Nie ma zgody na to, że każda prawda jest uprawniona, byle dobrze opowiedziana. Veto pojawia się wielokrotnie, nierzadko w kontekście tytułów, które cieszyły się dobrym przyjęciem widzów czy krytyki. Lista Schindlera, Snajper, Sponsoring, Z daleka widok jest piękny – wyliczam tu tytuły z pierwszej części (te teksty bliższe są esejowi niż recenzji, a interpretacja rozszerzona jest o aspekt społeczny, psychologiczny, kulturowy). Autor pozostaje poszukiwaczem, nie zna prawdy jedynej, nie sądzę, by zakładał, że prawdę można zamknąć w jednym wymiarze. A jednak są to teksty, z których można wyczytać, co według Autora jest nadużyciem czy manipulacją. By nie być gołosłownym: nie ma zgody na nihilizm (Koń turyński Béli Tarra), na dehumanizację wroga i bezrefleksyjny patriotyzm (Snajper Clinta Eastwooda), na chłód jako metodę opowiadania o więzi, której istotą jest czułość (Miłość Michaela Hanekego), na reżyserię bez przesłanek pozwalających widzowi zrozumieć zamysł reżysera (Post Tenebras Lux Carlosa Reygadasa).
Oczywiście, ranga zakwestionowanych „prawd” jest różna i z różną siłą wypowiadana. Czasem żarliwie, z wyczuwalnym pazurem Polemicznym, który nabrałby ostrości, trafiając na oponenta. Innym razem z wewnętrznym pęknięciem, sugerującym, że pierwszym przekonywanym jest sam Autor.

II

Zaskakującym wrażeniem przy lekturze tego tomu było uświadomienie sobie, jak równorzędne względem siebie są emocje i logiczny dyskurs. Niektóre teksty znałam z wcześniejszych publikacji, więc merytoryczny ton, logika argumentacji, rozeznanie w temacie uznałam za znak firmowy. Moją uwagę przyciągały natomiast wyznawane bezpośrednio sympatie, emocjonalne deklaracje i subiektywne wrażenia.
„Ja na Birdmanie dosłownie upiłem się kinem. Pewnie wynikało to z tego, że Inárritu ma genialny dar absolutnego panowania nad filmową materią […], co przyprawia mnie o zawrót głowy, a czasem wręcz o euforię”.
„Czas na wyznanie: jestem zakochany w filmach A.G. Inárritu, dlatego też prawdopodobnie nie stać mnie na obiektywne spojrzenie na jego obrazy”.
Cytuję te najbardziej wyraziste. One nie dominują, lecz dopełniają odbiór intelektualny.

Autor ma temperament eseisty. Research recenzji i wypowiedzi twórców (z wieloma rozmawiał bezpośrednio), wiedza o świecie współczesnym czy znajomość tekstów kultury pozwalają mu budować wypowiedzi bardzo treściwe. Dążące do wyjaśnień, uzasadnień, racjonalizacji zajmowanego stanowiska. Tym ciekawiej na tym tle prezentują się racje emocjonalne. Bo jedna rzecz film zrozumieć, druga – uwierzyć w jego prawdę.
Nie zaskoczyła mnie – lecz nie sposób o niej nie wspomnieć – skłonność do polemiki i potrzeba dyskusji. Można ją w niektórych tekstach śledzić bezpośrednio: tam, gdzie przywoływane są zapisy rozmów blogowych. Ale zaczepność i wspominane wcześniej veto wobec niektórych reżyserskich rozwiązań pojawiają się nie raz. Wracam do tej cechy Autora, bo wynika z niej zaproszenie do polemizowania z napisanymi przezeń tekstami. Ta książka to przecież nie tylko kompendium wiedzy czy admiracja sztuki. To również impuls do przemyślenia własnych refleksji. Jedni dadzą się przekonać pomysłom interpretacyjnym, drudzy – przynajmniej przy niektórych tekstach – zechcą się wewnętrznie pozżymać i choćby bezgłośnie ripostować.
Nie mogę sobie tego prawa zawłaszczać. Nadmienię tylko, że w tekście o Kieślowskim za dużo jest asekuracji. Szybciej odrzuciłabym wątpliwości polskich recenzentów i intensywniej wskazałabym to, co dla mnie w jego filmach cenne. Za najbardziej prowokacyjną recenzję uznaję Taxi Driver Revisited, będącą powrotem do filmu Martina Scorsesego. Powrotem-wiwisekcją, polegającym na tym, że wszystko, co zachwyciło wcześniej, poddane jest zaprzeczeniu. Nie zgadzam się, nawet jeśli prowokacja jest zaplanowana, sugerowana tonem zastrzeżeń, jakoby Taksówkarz był „filmem, który, owszem, dobry jest, może nawet bardzo dobry, ale żeby od razu takie arcydzieło?” Gorący odbiór może towarzyszyć również licznym wypowiedziom na temat ukazanych w kinie konfliktów wojennych. II wojna światowa (Holocaust, partyzantka AK), Wietnam, Afganistan, Irak – emocje budzi sposób ukazania konfliktu. Autor buntuje się przeciw „estetyzacji” wojny (Lista Schindlera), przeciwko odstępstwom od historycznej prawdy czy mitologizacji wojennego bohaterstwa (Snajper). We mnie najsilniejszą potrzebę dyskusji budzi tekst Zupa ze sromotników poświęcony Obławie Krzyształowicza. Pojawia się w nim wątpliwość-zarzut, że bohaterowie są „wyabstrahowani z historii”. Jak by skupianie się na ludzkiej naturze bez uwzględniania racji historycznej, tego, w imię czego się walczy – czy stoi się po dobrej czy złej stronie – było rodzajem manipulacji. Powyższe zaczepki są subiektywne.

III

Gdy kreśląc te słowa, kolejny raz wertuję i podczytuję fragmenty, uderza mnie i spójność, i zakres rozważanego materiału. Niech będzie „Kino”, choć są przecież jeszcze rozdziały o teatrze i malarstwie. Warto docenić, jak łączą się tu i przeplatają artykuły o klasykach kina, studia tematu (np. Wojna jako widowisko), konfrontacyjne zestawienia twórców czy filmów – z recenzjami najnowszych tytułów.
Liczba analizowanych filmów wynika z intensywnej pasji kinofilskiej, a także stąd, że mamy tu teksty pisane w różnym czasie. Niektóre powstawały lata temu, więc skoro bronią się dziś, mają do zaoferowania coś więcej niż komentarz do bieżącego repertuaru. Moją uwagę przykuły interpretacje pracy reżyserskiej twórców, których filmografia jest już zamknięta. Esej o symbolach u Bergmana – o twarzy i lustrze, barwach i przestrzeni zaaranżowanej tak, by oknom i drzwiom nadać znaczenie niedosłowne (Zasłony i objawienia). Tekst o wrażliwości bohaterów Witolda Leszczyńskiego (Miłość, zachwyt, lęk), wspomniane już dywagacje o Kieślowskim (Nic prócz humoru różowego, czarnego, okrutnego…). Ci, którzy wiedzą, o czym mowa, bo klasykę znają, mogą wrócić i odświeżyć wspomnienia. Kto nie zna, ten ma szansę „zobaczyć film” w asyście rzeczowych komentarzy – czasem bardziej skoncentrowanych na warsztacie, czasem na kontekstach dopowiadających poruszony w filmie temat.
Ale oprócz tytułów ze światowego kanonu (Ojciec chrzestny Coppoli, Bez przebaczenia Eastwooda, Hannah i jej siostry Woody Allena, Amadeusz Miloša Formana, Werdykt Sidneya Lumeta) przywołane są ważne filmy ostatnich lat. Szczególnie interesujący jest dobór tytułów kina polskiego, oglądanego przecież najczęściej w Chicago, tym bardziej świadomie wybieranego. Ponad pięćdziesiąt filmów to już wyrazisty pejzaż, z którego wyłania się kilka generacji tutejszych filmowców.
Owszem, nie braknie filmów, które dopiero co zeszły z ekranów kin. Ale środek ciężkości (ważności) ulokowany jest tam, gdzie filmy o największej mocy oddziaływania i inspiracji. A według Stanisława Błaszczyny jest to kino starych mistrzów. Tych niewciągniętych w pogoń za werdyktem box office’ów.
„Był taki czas, kiedy wydawało się, że w dobie pośpiechu zwięzłe kino przejmie szlachetną rolę literatury – przez wieki jednego z najważniejszych nośników naszej kultury. Tak się jednak nie stało i film, zatoczywszy koło, wrócił do swych plebejskich korzeni, czyli do jarmarku. […] Kino artystycznie ambitne, autorskie przemyka się gdzieś po peryferiach”.
Gorzka refleksja, słodzona raz po raz triumfem tych „z peryferii” – jak widać zdolnych jednak poruszyć tłumy. Wraca jednak podejrzenie, że być może apogeum kina jest już za nami, że najcenniejsze zdarzyło się w przeszłości, a kanon dzieł filmowych nie potrzebuje suplementacji (Latarnia magiczna). „Bo wszystko to, co nas ukształtowało, już było…”
Jestem skłonna czytać tę melancholię nie tyle jako rezerwę wobec nowego, lecz zaproszenie, by wracać do tego, co już pokryła patyna czasu. Przywołam fragment wyjęty z tekstu o filmie Lecha Majewskiego Młyn i krzyż. Dotyczy co prawda mierzenia się z malarstwem Bruegla, nie ma jednak powodu, by rangi flamandzkiego malarza nie przydzielić mistrzom kinematografii: „Może więc tylko przypomnę o tym, jak wielkim przeżyciem może być dla nas obcowanie z twórczością dawnych mistrzów, jeśli tylko damy im szansę zaistnienia w naszej świadomości – poświęcając im czas, skupienie, chęć zrozumienia i zdobycia wiedzy, zarówno o nich samych, jak i o czasach, w których żyli”.

IV

Jak by tu zdefiniować „życie” i „film”, by dało się uzasadnić zdanie pojawiające się w tekście o Lęku wysokości Bartosza Konopki: „[…] przecież do końca nie wiemy, czym tak naprawdę jest rzeczywistość: może całe nasze życie jest rodzajem filmu, który wyświetlają sobie znudzeni bogowie?”
Najpierw zachodzi transformacja życiowych doświadczeń w sztukę. Z chaosem świata, z jego absurdalnością, bezwzględnością, nadmiarem mierzymy się – między innymi – kreując światy własne. Nad nimi mamy władzę, a przynajmniej są od nas zależne. Sztuka (również sztuka filmowa) jest próbą oswojenia tego, co niepojęte w nas samych i mechanizmów, kierujących tym, co wobec nas zewnętrzne. Jest iluzją. „Zawsze więc należy mieć na uwadze umowność i fantasmagoryczny charakter filmowego obrazu”.
Nie sposób jednak dotrzeć do wpisanych w sztukę sensów, trzymając się kurczowo założenia, że to tylko na niby. Iluzja jest jednocześnie prawdą. Granica między doświadczonym realnie, a przeżytym czy zrozumianym w kontakcie z dziełem artysty jest płynna. „Sztuka bowiem wymaga od nas dwoistego przeżycia: jednocześnie trzeba zapomnieć, że jest ona zmyśleniem, i nie zapominać o tym” (Latarnia magiczna).
W tym napięciu między realnością a iluzją, o której pisze Autor, podobnie jak w sprzężeniu ufności i sceptycyzmu, emocjonalności i intelektu tkwi cała przyjemność filmowych seansów. Ich koherentność z życiem. Co teksty zawarte w tej książce potwierdzają, wyjaśniają, a może nawet potęgują.

Renata Borowiak

greydot

.

LIST OD STEFANA CHWINA

.

W związku z wydawaniem moich książek zwróciłem się o opinię do prof. Stefana Chwina – cenionego przeze mnie pisarza, którego kilka dzieł przeczytałem kiedyś z wielkim zainteresowaniem, dając temu wyraz w recenzjach jakie im poświęciłem (vide: Dziennik dla dorosłych, Kartki z dziennika, Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni). Na odpowiedź czekałem długo ale w końcu ona do mnie dotarła. Poniżej przedstawiam list jaki otrzymałem od Pana Profesora, jak również moją odpowiedź.

greydot.

Stefan Chwin

Stefan Chwin

Szanowny Panie,
proszę wybaczyć, że odpowiadam dopiero teraz, ale bieżący rok był dla mnie rokiem trudnym, w którym nie wszystkie moje zamiary udało mi się zrealizować, a Pan przesłał mi do lektury bardzo obszerny materiał.

A teraz kilka uwag po lekturze pierwszej części:
Pana książka jest bardzo ciekawa jako świadectwo życia intelektualnego agnostyka, który jest w gruncie rzeczy człowiekiem religijnym i tylko chwilami wmawia sobie, że jest agnostykiem. I jeszcze na dodatek ma fobię na punkcie sekty ateistów… wyraźny zgryz na punkcie intelektualistów… absolutny brak krytycyzmu wobec Papieża z Wadowic… oraz pogardliwą wyniosłość wobec besserwisserów… Tak, to jest w Pana rozważaniach ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości – także w sensie literackim, ale psuje ją Pan, kiedy chwilami ludzi dzisiejszych, o których Pan pisze, ma Pan za durniów i głupców „epoki konsumpcjonizmu”. Lepiej takich wypowiedzi unikać, bo nie przyciągają one czytelników.

Wiele jest w Pana książce rzeczy świetnych, które czytałem z wielkim zainteresowaniem, zdarzają się jednak też myśli banalne, z których radziłbym Panu zrezygnować w edycji książkowej. Na przykład:

„Jaką wartość może mieć słowo?
To zależy od tego, jaką ma ono treść, kto i w jakim momencie je wypowiada.
Słowa więc mogą ulatywać na wietrze, potrafią też zabić (nie tylko te, które są wyrokiem śmierci); słowo może uleczyć albo wpędzić w chorobę. Niektórzy pisarze sądzą, iż słowami mogą uderzać w ludzi”.

Generalnie rzecz biorąc, wszystko to prawda, tyle, że wiemy już o tym od dawna, więc chyba jednak nie warto tego przypominać raz jeszcze w prywatnych zapiskach.

Zdarza się w Pana tekstach, że już w punkcie wyjścia obezwładnia Pan swoich przeciwników, wygodnie ustawiając ich do uderzenia. Radzę Panu, niech Pan nie pisze o  „literatach” w ogóle i o ich myśleniu. Zamiast tego lepiej, żeby Pan napisał, co Pan sądzi o konkretnym literacie np. Dostojewskim czy Faulknerze i jego sposobie myślenia. Wtedy tekst będzie bardziej mięsisty… W podobny, ogólnikowy sposób pisze Pan o ateistach, chrześcijanach, komunistach itd… Tymczasem zamiast pisać o „materializmie” w ogóle, niech Pan napisze, co Pan myśli na przykład o konkretnym materializmie Holbacha czy La Mettrie’go. Bo samo pojęcie materializmu – wcale niejednolite – nikogo ani ziębi ani grzeje. Jako czytelników Pana zapisków obchodzi nas, co Pan myśli o konkretnych osobach z krwi i kości, które materializm wyznają – i to z nimi warto się zderzać własną myślą.

Podobnie rozmyślania o „słowie w ogóle”. Niech się Pan mierzy z konkretnymi opiniami konkretnych wielkich pisarzy, bo jeśli Pan pisze tylko o „słowie w ogóle”, to powstają rozrzedzone uogólnienia, które nie rozgrzewają uwagi czytelnika. Warto „dobierać się” do myśli i słów konkretnych osób, o których Pan pisze i to w taki sposób, by z tego wynikła uniwersalistyczna obserwacja, dotycząca nas wszystkich. Same uogólnienia, nawet rozbudowane, w dłuższym czytaniu nużą…

Wątpliwe w Pana pisaniu jest także „my”, w którego imieniu Pan pisze. Np. „musimy budować nasz świat”, „błąkamy się jak dzieci we mgle…” – „My”? To znaczy kto? Pięć miliardów ludzi? Naród polski? Nasze pokolenie? Europejczycy? Oczywiście najgorsze co się przytrafia rozmaitym pisarzom, to pisać o „człowieku współczesnym” albo o „człowieku Zachodu”. Bo ani jeden ani drugi nie istnieje. To wytwory dziennikarskiej wyobraźni, mające ułatwić pisanie. Lepiej już pisać np. o konkretnych ludziach, których Pan zna i pisarzach, których Pan czyta. Wtedy wiadomo, że Pana uwagi mają mocne zaczepienie we własnej obserwacji. Bo ogólna teoria kultury, którą Pan buduje w swoich zapiskach, składa się, niestety, w jakiejś części z opinii dość rozpowszechnionych wśród polskich inteligentów umiarkowanie konserwatywnych… „zaczęliśmy błądzić, jak te pijane dzieci we mgle, powodowani impulsami, odruchami i jakimś stadnym instynktem: kultura masowa, konsumpcjonizm”. Niby kto błądzi? Pan? Ja? Papież Franciszek? Prezydent Niemiec? Brad Pitt? Beata Szydło? „Człowiek współczesny”, który nie istnieje? „Stulecie kłamliwych ideologii i największych zbrodni ludzkości”, „doba rozpasanego postmodernizmu”, „W poezji, według mnie, bardzo ważne są autentyzm oraz szczerość” – wszystkie takie sformułowania, które pojawiają się w Pana pisaniu, to są banały, których powinien Pan unikać, nie dlatego, że są nieprawdziwe, tylko dlatego, że są nieciekawe. Niech Pan swoją książkę z tego oczyści.
Bo widzi Pan, kiedy Pan spiera się bezpośrednio np. z Kapuścińskim, to od razu Pana pisanie nabiera rumieńców… Ale kiedy Pan Sartre’a i Gombrowicza zbywa lekceważącym określeniem: „W sumie – perspektywy to mało sympatyczne”, to jednak czytelnik ma mocne poczucie niedosytu, bo oczekiwał czegoś więcej. Bo jak się już spierać z Sartre’em czy Gombrowiczem, to na całego, a nie rzucając mimochodem jakieś drobne uwagi.

Słabością Pana rozumowania jest z góry przyjęte założenie: unikam skrajności, wybieram złoty środek. Taki wybór drogi pisania, nawet jeśli słuszny, powinien dla czytelnika wynikać niespodziewanie np. z zaskakującej linii rozumowania, a nie z ogólnej etycznej zasady umiarkowania, do której jest Pan wyraźnie przywiązany.
Ale kiedy Pan pisze konkretnie o Kunderze, to od razu lektura przyśpiesza. Radziłbym Panu wykasować z Pana zapisków przynajmniej część uogólnień na temat ludzkości, kosmosu, świata, słowa itd., bo jest w nich Pan dzieckiem swojego czasu i środowiska, to znaczy przestaje być Pan indywidualnością, a staje się reprezentantem powszechnych opinii. Warto byłoby wyjść trochę poza… może wbrew… może pod prąd… może inaczej… Kiedy jednak Pan twierdzi, że Kundera nie zna ironii, żartu, kpiny, a nawet nie ma bezczelnego poczucia humoru, to już lekka przesada…

W uogólnieniach aforystycznych jest Pan statyczny, przeźroczysty jak ze szkła i zupełnie niewidoczny jako konkretna, pisząca osoba z krwi i kości, ale kiedy Pan spiera się wprost z np. Cioranem, to czytelnik zaczyna w Panu widzieć interesującą osobę – i o to właśnie chodzi. Przeźroczystość podmiotu w zapiskach autobiograficznych to nie jest zaleta. Po prostu czytając, chcemy widzieć całościowy obraz człowieka, który w naszej obecności zapisuje swoje myśli. Kiedy Pan osobiście zmaga się z Cioranem i pokazuje Pan, że nie wie Pan, jak sobie z nim poradzić – to jest ciekawe. Ale tutaj pojawia się niebezpieczeństwo –  Pana fragment o Cioranie mocno zalatuje Gombrowiczem z „Dzienników”, co zaletą już być przestaje.

Irytują też trochę aforyzmy, które czasem brzmią jak puste obietnice. Jeśli Pan pisze: „Są sprawy, w które lepiej Boga nie mieszać” – to czytelnik chce wiedzieć, jakie to niby są konkretnie sprawy. A Pan pozostaje przy poetyce insynuacji, którą czytelnik nie za bardzo może się pożywić. Tak zdarza się u Pana co jakiś czas. Np. w jakimś fragmencie stwierdza Pan, że Nietzsche „pisał też wierutne bzdury”. Jest to pusta, negatywna ocena, bo przecież dużo ciekawsze byłoby, gdyby Pan pokazał w pismach Nietzschego konkretną „wierutną bzdurę” i jaką to własną mądrość chce jej Pan przeciwstawić. A już prawdziwym wyczynem byłoby znaleźć jakąś konkretną „bzdurę” w  jego pismach, o której nikt dotąd przed Panem nie pisał! Bo o to chodzi w polemicznym notatniku myśli, żeby dostrzec coś, czego inni nie dostrzegli. Same stwierdzenie, że on nie stworzył żadnego systemu, to jest ogólnik tyle razy powtarzany, że nie warto go powtarzać. Albo sformułowanie: „potworność wyklucza mądrość”. A niby dlaczego ma wykluczać? Powinien Pan dać jakiś soczysty przykład takiej potworności, wtedy byłoby ciekawiej. Cały zresztą osąd Nietzschego – mocno lekceważący – nie jest u Pana oparty na przykładach konkretnych fragmentów z jego pism, tylko na tzw. ogólnikowej opinii. Kiedy jednak sprowadza Pan refleksję Nietzschego nad chrześcijaństwem do „klinicznego, zaślepionego pieniactwa” – nie wygląda to interesująco, bo znowu to są puste potępienia zamiast konkretów…

Wydaje się też, że Pana umiarkowany konserwatyzm i dyskretna antyoświeceniowość trochę krępują swobodę pisania. Oskarża Pan bezbożników o potworności Rewolucji, ale bierze Pan wodę w usta, kiedy należałoby coś powiedzieć o potwornościach choćby Inkwizycji, która była paroksyzmem najgłębiej bogobojnej religijności. Zresztą nie da się wybronić ani Oświecenia ani Religii przed oskarżeniami o zbrodniczość, bo fanatyzm religijny jest równie okropny jak fanatyzm postępowo-ateistyczny. A Pan próbuje zwalić winę na polityczne nadużycia religii – wmawiając sobie, że Inkwizycja to nie było prawdziwe chrześcijaństwo, tylko  „błędy i wypaczenia” chrześcijaństwa, tak jak to Chruszczow mówił o stalinizmie, że to niby były „błędy i wypaczenia” prawdziwego marksizmu. To wygląda, niestety, w Pana książce na konserwatywne wykręty umiarkowanego agnostyka. Z pewnością w prywatnych zapiskach takie rzeczy są dopuszczalne, bo jakoś one uwyraźniają Pana jako pisarską osobowość, chociaż budzą elementarny sprzeciw, bo mogą być odebrane jako intelektualne ułatwienia, podobnie jak stereotypowe określenia w rodzaju „nieprzejednani wrogowie religii”.

Poza tym radzę Panu, niech Pan częściej używa w swoich zapiskach słowa „ja”. Radziłbym, żeby Pan pokazał dokładnie w swoim  pisaniu, jak się np. Pan kłóci z M. To by uczłowieczyłoby Pana nadmiernie mózgową czasem narrację.

Problemem Pana książki jest kompozycja. Chwilami miałem wrażenie, że trudno uchwycić porządek układu setek oderwanych od siebie fragmentów. Czy nie lepiej by było, gdyby Pan to pogrupował w jakieś rozdziały, podrozdziały, części i dał tytuły orientujące czytelnika? Albo wpisał w jakąś quasi-fabułę z Panem w roli głównej? Teraz to wszystko trochę się rozsypuje. Nagłe przeskoki z tematu na temat…

Druga część tego, co Pan mi przesłał, jest zbiorem recenzji, w których Pan występuje jako osoba prywatna, oceniająca różne książki. Pana oceny jednak mają dość często charakter moralnego osądu, trochę się więc z literaturą rozmijają. Poza tym często stosuje Pan dość nieskomplikowane kryterium życiowego prawdopodobieństwa, jakby w literaturze chodziło wyłącznie o tego rodzaju prawdopodobieństwo. Ani Hamlet, ani Don Kichot, ani Józef K. z powieści Kafki nie są postaciami prawdopodobnymi w sensie życiowym. Nigdy Pan kogoś takiego nie spotka na ulicy. Ale w recenzji mojej książki o samobójstwie kpi Pan sobie np. z Kiryłłowa czy bohatera Mdłości Sartre’a, że są to postacie wydumane. Jest to słaby argument. Bo jak się zajmujemy literaturą to musimy pamiętać, że to są wielkie kreacje literackie. I te wykreowane postacie mnie fascynują nie dlatego, że mają ochotę sobie odebrać życie, jak Pan sugeruje, tylko dlatego, że one zostały świetnie wymyślone przez pisarzy pod względem filozoficzno-literackim. Ani Pan, ani ja, nie umielibyśmy wymyślić takich osób, a Dostojewski i Sartre potrafili  – więc chwała im za to, nawet jeśli stworzyli postacie samobójców, a nie jakichś entuzjastów życia. Literaturę mierzy się innymi miarami niż życie.

Ostatnia część Pana tekstów – czyli internetowe dialogi – jest bardzo ciekawa, chociaż biegnie linią kapryśnych skojarzeń. Ale wywiady, które Pan chce publikować teraz, robił Pan dobre, bo umiał Pan stawiać swoich rozmówców w kłopotliwych sytuacjach, w których oni musieli się odsłonić, albo zrezygnować z rozmowy.

Proponuję więc – o ile nie jest już za późno – taką zapowiedź na skrzydełko pierwszej części:

Bohaterem tej książki jest żywa, ruchliwa myśl, która nie cofa się przed stawianiem ryzykownych pytań – i dlatego jest interesująca. Choć wiele tez prowokuje tu do sprzeciwu, mamy do czynienia z ważnym sporem między materialistyczną kulturą konsumpcjonizmu a kulturą duchowości, który wciąż pozostaje nierozstrzygnięty… Ten intrygujący autoportret życia duchowego polskiego inteligenta naszego czasu z pewnością zasługuje na uważną lekturę.

Z wyrazami szacunku
Stefan Chwin

*  *  *

Stanisław Błaszczyna

Szanowny Panie Profesorze,
przepraszam, że dopiero teraz odpisuję na Pana list, ale – zważywszy na poczynione w nim konkretne uwagi i ich wagę – nie chciałem robić tego zdawkowo, a moc zajęć wszelakich i obowiązków, jakim musiałem podołać ostatnio, skutecznie moją odpowiedź opóźniły.

Przede wszystkim wdzięczny jestem Panu za czas jaki poświęcił Pan na lekturę moich tekstów oraz za cenne rady i opnie, jakimi mnie Pan zaszczycił. Dały mi one wiele do myślenia, ale też wzbudziły potrzebę czegoś w rodzaju polemiki, czemu chciałbym dać wyraz niniejszym listem. Mam nadzieję, że nie poczyta mi to Pan jako brak szacunku, a wręcz przeciwnie – jako dowód tego, że poniekąd się nimi przejąłem i potraktowałem poważnie.

Niestety, Pana odpowiedź dotarła do mnie zbyt późno, by dokonać w wydawanej książce jakichś gruntownych zmian, choć w międzyczasie – w korekcie – sporo błędów zostało wyłapanych i poprawionych. W sumie materiał okazał się zbyt obszerny, by wydać go w jednej książce więc razem z wydawcą postanowiliśmy go umieścić w dwóch tomach.
Radził mi Pan w liście, by „wyczyścić” książkę z pewnych wątpliwej jakości fragmentów, ale to wymagałoby jednak sporo dodatkowego czasu – a przede wszystkim: musiałby to zrobić ktoś inny niż ja; ktoś kto podszedłby do tych tekstów z pewnym krytycyzmem, ale i z wyczuciem ich charakteru, problematyki i „poetyki”. Ja chyba z czasem zatraciłem dystans do tego, co napisałem, więc trudno byłoby mi to zrobić samemu. A przecież zdaję sobie sprawę z tego, że „wyrzucenie”, dajmy na to ok. 10 – 15% materiału, wyszłoby tylko książce na dobre. A tak, pozostaje mi nadzieja, że w ostatecznym wydaniu znajdzie się jak najmniej kompromitujących mnie rzeczy.

Teraz chciałbym odnieść się do konkretnych Pana uwag, opinii i zarzutów – bo tak chyba mogę traktować niektóre ustępy (Muszę się przyznać, że zapoznając się z nimi, czułem się niekiedy jak besztany nieco student).
Tak więc – ad rem.

Czy w rzeczywistości jestem człowiekiem religijnym, który wmawia sobie to, że jest agnostykiem? Nie wiem. To prawda – odczuwam swego rodzaju metafizyczną tęsknotę za jakimś Wyższym Sensem. Intuicja (ale też i rozum) mówi mi, że istnieje jednak jakiś wyższy Byt, Siła Nadrzędna – że wszyscy jesteśmy częścią jakiegoś niepojętego przez nas Planu; zaś uczciwość intelektualna, ontologiczna i epistemologiczna (którą chcę zachować) sprawia, że jestem jednak jednocześnie człowiekiem sceptycznym i wątpiącym. Stąd ten agnostycyzm. Ale ja go sobie nie wmawiam – raczej bardziej się przed nim chronię, a mimo to, on zawsze mi jakoś w moim racjonalizmie wychodzi na wierzch i daje o sobie znać.
Koniec końców nie jestem przywiązany do konkretnej religijnej instytucji, jak również – już od dziecka – miałem wielkie opory, by poddawać się gremialnym rytuałom i religijnej ceremonialności.
Zawsze jednak czułem się chrześcijaninem.

Nie wydaje mi się, abym miał fobię na punkcie ateistów. Odczuwam jednak zdecydowaną niechęć wobec tzw. „wojującego” ateizmu, który na dodatek poniża ludzi religijnych, często z nich szydzi – gardząc nimi i ich potrzebą wiary.
Intelektualistom już nie dowierzam. Kiedyś byli moimi idolami ale z czasem uświadomiłem sobie to, że cierpią na takie same przypadłości jak ludzie „zwykli” (czyli: przede wszystkim mogą się mylić), choć uzurpują sobie (zazwyczaj) prawo do besserwisserstwa – no i, dzięki swojej sile perswazji, mogą poczynić w świecie więcej szkód, niż ludzie, którzy nie występują pod sztandarem intelektualizmu, wynosząc się ponad innych, uważając, że wszystko wiedzą najlepiej.
Wobec papieża z Wadowic nie jestem – jak mi Pan zarzuca – „absolutnie” bezkrytyczny, ale to prawda, że bardzo tego Człowieka szanuję i poważam (jest w tym nawet pewna doza miłości). Uważam, że rzadko który człowiek w historii ludzkiej cywilizacji, emanował (w moim pojęciu) Dobrem na taką skalę i o takim zasięgu, jak właśnie Jan Paweł II. Jego „konkurentem” pod tym względem jest chyba tylko sam Jezus Chrystus (można się z tego co napisałem śmiać, ale tak właśnie sądzę).

Czy mam ludzi dzisiejszych za durniów?
Tę kwestię można odnieść szerzej do opinii jaką mam o gatunku Homo sapiens en masse (do którego sam przecież się zaliczam) i zdaję sobie sprawę, że jeśli odpowiedź na to pytanie będzie twierdząca, to będzie to jednoznaczne z przyznaniem się do mizantropii.
Otóż mizantropem jestem czasami. Ale odnosi się to nie tyle do samych ludzi, co do pewnych ludzkich zachowań.
Bowiem któż z nas nie dziwił się – choćby tylko czasami – bezmiarem oceanu ludzkiej głupoty, jaki wylewa(ł) się niekiedy z pustych czerepów osobników Homo sapiens? Niestety, wydaje mi się, że głupota jest dla człowieka czymś przyrodzonym (oczywiście zdaję sobie z tego sprawę, że sam nie jestem wolny od głupoty – żaden człowiek nie jest).
Nie chcę tutaj – mówiąc o głupocie (a zarazem potworności) naszego gatunku – wytaczać najcięższych armat, wytykając mu (nam) takie występy cywilizacyjne, jak I i II wojna światowa, gułagi, obozy masowej zagłady, krematoria…

A jeśli chodzi o współczesność?
Czy naprawdę nie widzi Pan głupoty i pustoty niektórych zachować społecznych – jak np. właśnie gremialnej uległości wobec komercyjnej perswazji i oddawaniu się konsumpcyjnej orgii? (te zakupy milionów rzeczy, które tak naprawdę nie są nikomu do niczego potrzebne). Albo bezkrytycznego poddawania się politycznej indoktrynacji i manipulacjom wszelkiej maści (nie tylko politycznych) cwaniaków? Powszechnej podatności na medialne ogłupianie? Brania pozorów za prawdę?
A zachowanie się człowieka w przestrzeni wirtualnej? Zapewne zna Pan oświadczenie Lema, że nie wiedział on, iż na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznał Internetu.
Kto nigdy nie był przeświadczony o bezmiarze ludzkiej głupoty, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Ale ja przecież człowieka bronię. Zawsze byłem po stronie ofiar – ludzi represjonowanych, wykorzystywanych, krzywdzonych, zabijanych, męczonych…
Sprzeciwiam się traktowaniu ludzi jak „masy”. Nie wywyższam się ponad innych, nie uważam się za kogoś lepszego i mądrzejszego. Sądzę również, że intelekt (czy też sprawność mentalna) nie jest najważniejszym wyznacznikiem wartości człowieka.
Koniec końców uważam się za humanistę. Myślę, że niejednokrotnie dałem temu wyraz w tym, co piszę.

Wytyka mi Pan również myśli banalne, dając tego przykład w tym, co napisałem o słowie.
Gotów jestem się z Panem Profesorem zgodzić – wiele z rzeczy, które napisałem, może się wydać banalnymi, może nawet naiwnymi. Skupmy się jednak tutaj na tym, czemu poświęca Pan w swoim liście najwięcej miejsca. A jest to właśnie słowo i literatura.
Otóż wiele moich wątpliwości i rozterek – jeśli chodzi o wartość i jakość mojego pisania – brało się właśnie z braku wiary w moją literacką sprawność, ze świadomości niedostatków oraz luk w mojej wiedzy i tzw. „wykształceniu”.
Jest Pan uniwersyteckim wykładowcą literatury, ma Pan kanon literacki w małym paluszku, studenci (a zwłaszcza studentki) są wpatrzeni (wpatrzone) w Pana jak w obrazek… Gdzież mi się z Panem równać. Pewnie na bezczelność zakrawa już to, że ośmielam się z Panem polemizować.
Ale proszę zważyć na to, że (biorąc pod uwagę powyższy kontekst) to, co wydaje się banałem Panu, większości czytelnikom banałem wcale się wydawać nie musi. (Podobnie: to co jest już banałem dla Pana, dla mnie może być dopiero odkryciem.)
Poza tym – wiem, że nie można tego traktować jako moje usprawiedliwienie – proszę także wziąć pod uwagę to, że ja nie posiadam formalnego wykształcenia „humanistycznego” – nie studiowałem literatury, filologii, historii, dziennikarstwa… Studiowałem metalurgię na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a w liceum zapisano mnie (wbrew mojej woli zresztą) do klasy matematyczno-fizycznej.
Lecz jeszcze raz podkreślam: mam świadomość, że nie może to stanowić usprawiedliwienia moich ewentualnych braków, błędów – i dyletanctwa (ja zresztą uważam, że każdy człowiek jest – w większości dziedzin – dyletantem).

Pisze Pan, że za często używam słowa „my”, natomiast zbyt rzadko „ja”.
No bo niby kto to są ci „my”?
Otóż pisząc „my” chcę zaznaczyć to, że jakieś zjawisko występuje dość powszechnie, że w jakiś sposób oddaje pewną widoczną i znaczącą tendencję (kulturową, społeczną, cywilizacyjną…). Wiem, że jest to skażone błędem uogólnienia i zapewne lepiej byłoby, gdybym zamiast tego używał bardziej poprawnej formy bezosobowej.
Zaś używania (nadużywania) „ja” unikam świadomie – dość często zdarza mi się np. wykreślać słowo „ja”, by nie za bardzo rozpychać się ze swoim Ego. Ze mnie żaden Gombrowicz, żeby pisać tak, jak on: „Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja.” Jemu ta bufonada uchodzi na sucho, mnie by poniekąd było za nią wstyd.
Ale rozumiem Pańską sugestię: radzi mi Pan wypowiadać się bardziej „osobiście”, konkretnie, osobniczo, indywidualistycznie… Wtedy nie będę tak „przezroczysty” i dla czytelnika nieuchwytny, bo niewidoczny. Jest to rada słuszna.

Uważa Pan, że słabością mojego rozumowania jest z góry przyjęte założenie: unikam skrajności, wybieram złoty środek. Coś w tym jest, bo ja rzeczywiście uważam „etyczną zasadę umiarkowania” – jak ją Pan nazywa – za mądrą, a tym samym za wartą uwagi i (przynajmniej) próby aplikacji we własnym życiu. Z tym, że ja dość często (zwłaszcza kiedy byłem młody) ulegałem właśnie skrajnościom i mijałem się zupełnie z jakimkolwiek złotym środkiem. Za co oczywiście płaciłem swoim zdrowiem fizycznym i psychicznym. W pewnym momencie mojego życia poszukiwanie umiaru (i znalezienie go) stało się wręcz warunkiem mojego przetrwania – zachowania, a nie utraty „zmysłów”.
Mój stosunek do tego zawarłem po części w eseju o poetach przeklętych. Zaś z miotaniem się między skrajnościami (ascetyzm – hedonizm, eksces – umiarkowanie, duchowość – materializm, być – mieć) starałem się rozprawić pisząc o książce Hessego Siddhartha.
Ale zdecydowanie zgadzam się z tym, że umiar i powściągliwość niekoniecznie wychodzi literaturze na dobre – że stosowanie tego w pisaniu zwykle sprawia, iż to pisanie jest blade, miałkie, mdłe i nijakie. Wiec mimo wszystko staram się tego unikać, czasem nawet uciekając się do prowokacji (co się mi pewnie udaje, skoro sam Pan Profesor zauważył, że w mojej książce zawarta jest „ciekawa, drażniąca, rozgrzewająca mieszanka jakości”). I nie sądzę, że jestem jak ta rybka, która płynie z prądem, bo chyba często wypowiadam się „pod włos”, staję okoniem tudzież idę „pod prąd” obiegowym opiniom. Zawsze (przez to?) odczuwałem swoją „inność”.
Nie czuję jednak, że mój „umiarkowany konserwatyzm” czy „dyskretna antyoświeceniowość” krępuje moją swobodę pisania. Może tylko nadaje jej pewnego charakteru – bo ja naprawdę piszę to, co chcę.

Przywołuje Pan moje nawiązania do Sartre’a, Dostojewskiego, Kundery, Ciorana, Nietzschego… ale jednak nie jest Pan konsekwentny, bo z jednej strony zarzuca mi Pan, że moje sądy o nich są w swoim nietrafieniu (zarzutach?) zbyt daleko posunięte, z drugiej zaś – chwali mnie Pan za to, że kiedy się z nimi spieram (ewentualnie coś im tam wytykam) to od razu moje pisanie „nabiera rumieńców”.
Proszę zważyć na to, że charakter moich zapisków (ich forma) wyklucza jednak jakieś kompleksowe analizy twórczości tych pisarzy/filozofów. Często więc są to wtręty, czynione mimochodem uwagi, zaznaczenia, wskazania… Kiedy piszę, że Nietzsche czasem pisał bzdury, to nie są to czcze wymysły, tylko moje myśli i odczucia jakich doznawałem czytając niektóre jego rzeczy (proszę mi wierzyć, że cytatów – i argumentów – by mi tu nie brakło). Nota bene, to właśnie dlatego niektóre idee (wymysły) Nietzschego nie są brane dzisiaj na poważnie – podobnie jak rozległe obszary jego filozofii, które bardziej uważane są za literaturę, niż za asumpt do uznania ich za jakiś spójny filozoficzny system.
Zdecydowanie zaprzeczam, jakoby mój osąd Nietzschego był – jak Pan to nazwał – „mocno lekceważący”. Już sama uwaga, jaką poświęciłem Nietzschemu w swoim życiu, temu przeczy. Gdybym lekceważył wszystko, co on napisał, to nigdy by on w mojej świadomości nie zajął takiego miejsca, jakie tam ma. Podobnie jest z Cioranem, czy z Dostojewskim.
A tak à propos nietzscheańskiego postulatu wytępienia gorszych ludzi i zastosowania cywilizacyjnego suprematyzmu Nadludzi: jestem jednak przekonany o tym, że potworność wyklucza mądrość. Historia ludzkości świadczy o tym, że wszelkie potworności jakie ludzie sobie wzajem aplikowali, zawsze uderzały w nich rykoszetem, ujawniając przy tym zwykle ich bezdenną głupotę – o okrucieństwie i etycznym skandalu nie wspominając.

To nieprawda, że „zbywam” Sartre’a i Gombrowicza „lekceważącym określeniem”, które Pan przytacza cytując moje zdanie: „W sumie – perspektywy to mało sympatyczne”. Należy wziąć pod uwagę kontekst, w jakim to zostało napisane. Odnosiło się bowiem do pewnego konstruktu myślowego i światopoglądowego, jaki oni stworzyli (wyłożyli w swoich książkach) – do ich fikcyjnych bohaterów i tez – a nie do nich samych. Nadmieniam, że jest to przecież stwierdzenie oczywistości, bo czyż to, co oni pisali, było sympatyczne?
Podobnie: ja nigdzie nie pisałem, że Kundera „nie zna ironii, żartu, kpiny”. Jeśli zasugerowałem coś podobnego, to odnosiło się to konkretnie do jego Nieznośnej lekkości bytu, która moim zdaniem jest mistrzostwem świata w konkurencji pt. „smętny pesymizm”. Tam wszystko jęczy a cała rzeczywistość skrzeczy. Żartu – tudzież humoru – nie ma tam za grosz. Na szczęście, w innych książkach Kundery jest już inaczej.

Czy literaturę mierzy się innymi miarami, niż życie?
To zależy jaką literaturę.
Oczywiste jest to, że kiedy mierzymy Władcę pierścieni Tolkiena, Harry’ego Pottera Rowling, fantazje Le Guin lub Sapkowskiego, czy też Opowieści z Narnii Lewisa, to trudno do tego przykładać werystyczne miarki (choć i tam musi przecież obowiązywać jakaś logika i psychologiczna przynajmniej wiarygodność). Jednakże, kiedy autor – pod pretekstem fabuły i postaci przez siebie wymyślonych – przemyca do naszej świadomości zasadnicze tezy (filozofię) swojego postrzegania (jak najbardziej rzeczywistego już) świata, to zasadne jest moim zdaniem pytanie o to, czy są to postaci „życiowo prawdopodobne”. Bo jeśli takie nie są, to przenosimy się do świata fikcji i na pole jakichś ludycznych fantazji, którymi niezupełnie musimy się przejmować w naszym konkretnym życiu, zważywszy na ich „odlotowe” nieprawdopodobieństwo właśnie.

Natomiast słusznie Pan zauważył, że niekiedy to co piszę (recenzując np. film czy książkę) ma charakter moralnego osądu. Sam się na tym łapię. Ale to wynika z tego, że ja rzeczywiście – podskórnie, czy też raczej podkorowo – sadzę, że każda wielka literatura (a i ta mniejsza też) jest w swojej istocie (bardziej lub mniej ukrytym) moralitetem. (Czy może Pan temu z czystym sumieniem zaprzeczyć?)

Inny problem (dość chyba istotny): czy rzeczywiście wmawiam sobie to, że takie rzeczy jak np. Inkwizycja to nie było prawdziwe chrześcijaństwo, (podobnie jak np. stalinizm – czystki i gułagi, które były „błędami” i „wypaczeniami” prawdziwego marksizmu).
To zestawienie rzeczywiście jest kłopotliwe, niemniej jednak uważam, że zbrodnie jakie popełniał Kościół – jak również niektórzy jego „wyznawcy” – były zaprzeczeniem przesłania i nauk Jezusa z Nazaretu, a tym samym z prawdziwym „duchem” i ideą (etyczną obligacją) chrześcijaństwa niewiele miały wspólnego. To właśnie dlatego użyłem określenia chrześcijanie „nominalni” (czyli tylko „tak zwani”), którzy niejako uzurpowali sobie tę nazwę, pod sztandarem chrześcijaństwa dopuszczając się wszelkiej niegodziwości – często potworności właśnie.
Lecz zdaję tu sobie sprawę z pewnej słabości mojej argumentacji, bo przecież istotność nominalna też jest rzeczywista, może nawet definicyjna.

Jak Pan zapewne się zorientował, nie jest to książka typowa. W związku z tym nietypowa jest również jej kompozycja. Zapiski to siłą rzeczy miszmasz – kalejdoskop przeróżnych tematów, ale też i form. Mimo wszystko starałem się, aby to nie był bigos i w jakiś sposób chciałem uporządkować te notatki, tworząc coś w rodzaju sekwencji tematycznych (np. „ciąg” zapisków z podróży, dotyczących kina, sztuki, natury, Ameryki, miłości, przemocy, narcyzmu, Nietzschego… etc.) To była taka próba opanowania żywiołu – ujęcia chaosu w pewne ryzy i na swój sposób zsynchronizowane formy. Zdaję sobie sprawę, że trudno będzie czytać Zapiski tzw. „jednym cięgiem”. I one tak wcale czytane być nie muszą, tym bardziej, że często są one „gęste” jeśli chodzi o sens i znaczenie – wymagają jednak uwagi i czasu na ich przetrawienie. Można wiec do nich podchodzić „na wyrywki”. Bardziej koherentne formalnie są natomiast części na jakie został podzielony tom drugi: Artykuły, Lektury, Rozmowy… znalazła się tam nawet wkładka zawierająca moje próby – nazwijmy to – „poetyckie”. Wprawdzie tematyka tych tekstów jest bardzo różnorodna, to jednak łączą ją wątki, które przewijają się – w formie bardziej lapidarnej i esencjonalnej – w stanowiących tom pierwszy Zapiskach. Zaś jeśli chodzi o narrację czy fabułę, to nigdy nie czułem się w tym mocny (nigdy zresztą tej formy nie próbowałem). Lepiej mi chyba wychodzi relacjonowanie historii, niż ich wymyślanie.

Kończąc ten mój elaborat, chciałbym jeszcze raz podziękować Panu za czas i uwagę poświęconą mojemu pisaniu, jak również za wszystkie uwagi, które były dla mnie czymś wielce inspirującym, pouczającym i cennym.

Z poważaniem,
Stanisław Błaszczyna

*  *  *

.