O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH

(co się plecie w kajecie – zapiski – z wypowiedzi rozproszonych, XX)

.

zapiski notatki kajet notes

.

Demonstrujący tłum nigdy nie zaspakaja swoich potrzeb wyższych, bo w tłumie ich nie ma – następuje równanie do średniej, jak również zniżanie się do zachowań instynktownych, często irracjonalnych.
Tłum nie myśli.

Nawet jeśli tłum występuje w imię jakiejś wyższej idei, to w akcie tłumnej demonstracji następuje jej zglajszachtowanie – sprowadzenie do bezrefleksyjnego stereotypu, często do parodii samej siebie.

Tłum jest zazwyczaj narzędziem w rękach manipulatorów, którzy – by osiągnąć cel – zawsze wmawiają tłumowi, że nie tylko działają oni w imię jego dobra, ale że sam tłum może o czymś decydować i że jest w tych decyzjach suwerenny i nieomylny.

O zachowaniach tłumu decydują hormony – impulsy i popędy – a nie refleksja. (Tłum jest domeną emocji, a nie myślenia.)

Włączenie się w tłum najczęściej wiąże się z regresją – to niejako zejście na niższy próg człowieczeństwa. (To ciekawe i warte zastanowienia, że właśnie w takim momencie ludzie przeżywają często euforię.) Co oczywiście nie oznacza, że tłum z zasady jest agresywny.

Tłum zaczyna funkcjonować w innej rzeczywistości, która nie jest, w stosunku do obiektywnej rzeczywistości, ani komplementarna ani alternatywna, tylko efemeryczna. W końcu i tak – prędzej czy później – następuje (wtedy już indywidualne) otrzeźwienie.

greydot

Jednakże właściwości tłumu nie zawsze są wartością negatywną, przynoszącą samo zło. Można je również wykorzystać w dobrej sprawie – wtedy tłum jest siłą pozytywną. Szkopuł w tym, ze często nie wiemy, co jest złe, a co dobre – zło nam się przedstawia jako dobro, a dobro jako zło.

greydot

Sądzę, że prawdziwy bunt jest aktem indywidualnym.
Tak więc określenie „zbuntowany tłum” jest w pewnym sensie oksymoronem: bo ktoś, kto przyłącza się do takiego tłumu automatycznie staje się oportunistą (przejmując ideę tłumu staje się jego częścią, pozbawiając się tym samym suwerenności – w działaniu i myśleniu).
Y Gasset pisał o „buncie mas”, ale w rzeczywistości opisywał powstawanie zatomizowanego tworu – nowej wersji europejskiego społeczeństwa, której „bunt” polegał nie na zdobywaniu kolejnych poziomów wolności (wliczając w to wolność indywidualną), ale wręcz przeciwnie: na rozrastanie się w masę, która de facto wolność indywidualną niszczyła (co wkrótce urzeczywistniło się w postaci państw totalitarnych – w komunizmie i faszyzmie). Podobne fiasko ponosi dziś ideologia neoliberalna, obiecując człowiekowi wolność, a w rzeczywistości pozbawiając go tożsamości i zmuszając do zachowań szablonowych w rodzaju politycznej poprawności czy kompulsywnej konsumpcji.
Niestety, wygląda na to, że nadal – w skali społecznej – jeden rodzaj zniewolenia zamieniamy na inny.

greydot

Pewne zachowania społeczne są zaraźliwe. Wydaje mi się, że sporą część winy za takie tragedie, jakimi są ostatnie masowe zabójstwa w różnych stanach, ponosimy my sami – nasza fascynacja mordem, która przybiera maskę strachu, przerażenia i oczywiście (często głębokiego i szczerego) współczucia dla ofiar. Winna jest również wynikająca z tego wszystkiego orgia wiadomości, którymi główne media katują nas non stop przez wiele dni. Skądinąd wiadomo, że np. samobójstwa mają tendencje do tego, by przybierać formę epidemii w pewnych kręgach społecznych – rozprzestrzeniają się tak, jak wiadomości o nich. Wydaje mi się, że podobnie jest z masowymi morderstwami, tak mocno nagłaśnianymi przez media, które wręcz się nimi napawają. Kto wie, czy np. tragedia w szkole Sand Hook wydarzyłaby się, gdyby nie wcześniejsza strzelanina w Oregonie, czy uczynienie z Brevika światowej sławy „gwiazdą” masowego mordu. Kto wie, czy tych, którzy decydują się na taki straszny czyn, nie napędza właśnie narcystyczny pęd do zostania swego rodzaju anty-bohaterem (w przypadku muzułmanów: męczennikiem), którego nazwisko znajdzie się nagle na ustach milionów ludzi całego globu? Te warholowskie 15 minut sławy – nieważne, że nienawistnej, ale przynajmniej przełamujące doskonałą anonimowość i poczucie zupełnej bezwartościowości, jakie żywi wobec siebie zabójca. Albo wykrzyczenie wobec świata własnej desperacji, może nawet krzywdy, jaką według nich wyrządził im ten świat i najbliższe otoczenie?

Może więc przydałoby się więcej powściągliwości? Mniej medialnej burzy? Może lepsze byłoby też zachowanie anonimowości mordercy?
No i wreszcie, last but not the least: może wreszcie ktoś zrobiłby porządek z tymi wszystkimi karabinami i pistoletami, do których łatwy dostęp – jak widać – mają także szaleńcy, będący w stanie zgromadzić ich cały arsenał? Czy rzeczywiście na wszystkim można robić pieniądze? (bo tu nie chodzi o żadne prawo do posiadania broni w imię obywatelskiej wolności, tylko właśnie o FORSĘ – może więc nadszedł także czas by tych wszystkich hipokrytów i cyników z NRA rozgonić na siedem wiatrów?)

Jest jeszcze nasz prezydent. Wzrusza się albo peroruje, załamuje mu się głos, ociera ukradkiem łzy jakie mu się kręcą w oku (nie wątpię, że szczere). Ale czy kiedy podpisuje rozkazy ataku dronami w Jemenie czy Afganistanie, podczas których giną niewinni ludzie, w tym również i dzieci – to czy nie powinna mu przy tym zadrżeć ręka? Wbrew pozorom życie afgańskiego czy jemeńskiego dziecka jest tyle samo warte, co amerykańskiego – a ból rodziców na całym świecie jest taki sam.


greydot

Nie wiem jaki jest wpływ nauk Nietzschego na upodobnienie się świata do jego idée fixe. Natomiast jestem pewien, że próba wprowadzenia w życie jego postulatów (np. tych wynikających z afirmacji „mocy” i utworzenia kasty nadludzkich panów) byłaby koszmarem.
Aż się nie chce wierzyć, że ktoś – dokładnie pół wieku później – usiłował to zrealizować. Czy jednak można za to winić Nietzschego? Moim zdaniem nie. On był tylko rodzajem medium, za pomocą którego objawiły się symptomy choroby, na którą zaczęła zapadać europejska kultura, cywilizacja Zachodu.

Niestety, nie wahałbym się pewnych idei Nietzschego nazwać „banialukami” – jakimś absurdalnym „para-romantyzmem”, rodzajem idealizmu, do którego – idąc nad wyraz pokrętnymi ścieżkami – dotarł Nietzsche, wychodząc (żeby było jeszcze dziwniej) z naturalizmu i biologizmu.
Sądzę, że lepiej mu wychodziła krytyka, (ważna o tyle, że obnażała i wskazywała słabe miejsca europejskiej cywilizacji), niż jakakolwiek konstruktywna afirmacja.

Co ciekawe i znaczące, Nietzsche był również znakomitym krytykiem samego siebie. Może właśnie dlatego nie stworzył on żadnego naprawdę spójnego, koherentnego „systemu”.

Prawdę mówiąc, Nietzsche zawsze interesował mnie bardziej jako człowiek (myślący, wrażliwy, cierpiący, poszukujący, walczący…), niż jako filozof. Moje pochylanie nad nim bardziej jest humanistyczne (antropologiczne) niż filozoficzne.
Może dlatego nigdy nie potrafiłem go potępić.

Nie sądzę, że Nietzsche był człowiekiem okrutnym, jednakże to, co czasami pisał – jeśli by tak zastosować jego idee w praktyce, lub potraktować poważnie i dosłownie (a tak np. – po „nietzscheańsku” – potraktowali hitlerowcy osoby chore i „gorszej” rasy) – prowadziłoby do okrucieństwa.

Oczywiście, że od czasu Nietzschego doszło do pewnych przewartościowań w naszej kulturze. Nie zmienia to jednak faktu, że podjęta przez niego próba „przewartościowania wszystkich wartości” zakończyła się fiaskiem i popchnęła go w szaleństwo. Porwał się na coś, co go przerosło i za co „zapłacił” obłędem.

greydot

W pismach Nietzschego kilkakrotnie można znaleźć fragmenty, w których wyraża się on o ludziach jak o jakimś nawozie historii (sugeruje np. że można np. poświęcić życie milionów ludzi, jeśli służy to osiągnięciu jakiegoś wyższego – jego zdaniem – celu). Była to swego rodzaju antycypacja poglądów jakie reprezentowali (w praktyce) autokraci sprawujący władzę w systemach totalitarnych (i to zarówno faszystowskich, jak i komunistycznych).

Nietzsche potrafił zmieniać swoje poglądy dosłownie z jednego akapitu na drugi. Był takim eksperymentatorem – badaczem duchowych i myślowych ekstremów. Oprócz rzeczy genialnych, pisał też wierutne bzdury. Nie stworzył też jakiegoś spójnego systemu filozoficznego. Jego poglądy ulegały ciągłej ewolucji. Z tego też względu trudno uchwycić coś naprawdę stałego w jego myśli.
To co pisał często było bardziej literaturą, niż filozofowaniem, które można byłoby traktować serio. (Koniec końców, dla mnie Nietzsche bardziej jest artystą czy też poetą, niż filozofem, którego można pojmować dosłownie.)

greydot

Szaleniec niekoniecznie jest – jak ktoś napisał – istotą „bezgranicznie głupią”. Choć, jeśli ktoś „postradał zmysły”, to potocznie mówi się, że „zgłupiał”. A jednak szaleństwo nie jest tożsame z głupotą. Wystarczy zresztą popatrzeć, jak wielu szaleńców jest branych za mędrców… i vice versa. Bo któż, jak nie ludzie „szaleni”, byli założycielami największych religii? (vide: Budda, Chrystus, Mahomet…) Ponadto, czy człowiek nie musi być do pewnego stopnia „szalony”, aby zostać uznanym np. za „świętego”? Albo porwać się – wbrew wszystkim i wszystkiemu – na istniejący w świecie „porządek”?

Jeśli jednak geniusz staje się „szaleńcem i potworem”, to przestaje tym samym być człowiekiem mądrym. Według mnie „potworność” wyklucza mądrość.

Co miał na myśli Brecht, pisząc że w każdym geniuszu jest coś z szaleńca i potwora? Może to, iż często geniusze zachowują się amoralnie (czyli są na bakier z obowiązującymi normami obyczajowymi), a czasem wręcz nikczemnie?
Jednakże to, że geniusz staje się czasami nikczemnikiem nie powoduje tego, że przestaje on być człowiekiem genialnym.

Związek geniuszu i obłąkania to rzecz powszechnie znana, już choćby od czasów Arystotelesa, który stwierdził, że „każdy wielki geniusz ma coś z szaleńca”. Sama europejska psychiatria, która raczkowała w XIX wieku, wydała wtedy taką – uznaną już dzisiaj za klasyczną – pozycję, jak „Geniusz i obłąkanie” (autorem był Lombroso).
Przykłady ludzi, którzy zostali uznani za genialnych, a którzy zapadli na chorobę psychiczną, można mnożyć. Ale przecież nie każdy rodzaj ludzkiego „szaleństwa” podpada pod diagnozę psychiatryczną (czyli nie każdy szaleniec jest psychiatrycznym „wariatem” – tak jak nie każde „szaleństwo” klinicznym obłąkaniem). Np. podczas II wojny światowej „oszalała” prawie cała Europa i pół świata… lecz było to „szaleństwo” cywilizacyjne, kulturowe, a nie kliniczne.

greydot

Wobec zbrodni ludobójstwa rzeczowość jest zawsze czymś bardziej adekwatnym, prawdziwszym i uczciwszym, niż wszelka stylizacja i mimesis – czyli np. sentymentalizm, liryzm, mitologizacja, patos…
Tam gdzie zaczyna się mordowanie ludzi, powinna się kończyć literatura

greydot
Fragment „Dzienników” Jarosława Iwaszkiewicza pochodzący z czasów niemieckiej okupacji Warszawy. Otóż w czerwcu 1943 roku, na jednym z tajnych wieczorów autorskich, swoje nowe opowiadanie („Wielki Tydzień”) przeczytał Jerzy Andrzejewski (spotkanie miało miejsce w mieszkaniu Marii Morawskiej, wdowie po rektorze UJ; obecni, oprócz Iwaszkiewicza, byli także m.in. Zofia Nałkowska, Maria Dąbrowska, ksiądz Ziaja…). Utwór ten napisany został na gorąco przez Andrzejewskiego, zaraz po tragicznych wydarzeniach powstania żydowskiego w getcie warszawskim.
I oto co mówi Iwaszkiewicz (dla którego nota bene literatura była bardzo ważna w życiu, może nawet najważniejsza): „Opowiadanie Andrzejewskiego zrobiło bardzo niedobre wrażenie. Ja myślę, że jest ono bardzo dobrze napisane i porusza jedno z naszych najważniejszych zagadnień, zasadniczy problem moralny każdego z nas. A mimo wszystko opowiadanie opisujące to, cośmy przeżyli tak niedawno, robi wrażenie niepokojące. Zdarzenia opisane odnoszą się do końca kwietnia.(…) Nie ostygły jeszcze popioły getta, a on już pisał na ten temat opowiadanie. Transponował tę straszną rzeczywistość w jakiś świat zorganizowany, skomponowany. To chyba nigdy nie może się udać. A co najważniejsze, że możemy skonfrontować to, cośmy przeżywali przed chwilą (…) I oczywiście opis nie oddaje ani dziesiątej części naszych przeżyć (…). Pozostając jeszcze w sferze naszych świeżych przeżyć, nie sprosta tym przeżyciom, nie stając się dziełem sztuki.”

Tak więc okazuje się, że aby sprostać wyzwaniu literackiej próby ogarnięcia życiowego koszmaru, potrzebny jest dystans – i to nie tylko czasowy, ale i psychiczny. W przeciwnym razie do gardła rzuca się nam rzeczywistość, a literatura wydaje się mrzonką.

greydot

Lepiej jest żyć, niż o życiu czytać.
Czy to samo odnosi się do pisania?

greydot
Literatura jest zawsze czymś wtórnym dla doświadczenia życiowego. Co nie oznacza, że nieważnym.

greydot

Świadectwo Borowskiego. Obawiam się, że dzięki niemu (i temu co zrobił) mogła się nam objawić pewna okrutna prawda: jeśli człowiek w pełni pojął i „zrozumiał” Auschwitz, to jedynym dla niego wyjściem z tej opresji (wiedzy i świadomości) jest samobójstwo.
Ucieczka jest niemożliwa.
Tym bardziej płonna jest ucieczka w literaturę.

 

greydot

Po lekturze „Losu utraconego” Imre Kertésza.
Oczywiście, że wielu ludzi, którzy przeżyli obóz, zadawało sobie pytanie: dlaczego właśnie ja? Trudno mi uwierzyć, że wobec koszmaru, którego doświadczyli, przeszło im przez myśl, aby dziękować za to jakiejś „Opatrzności” (gdyż wobec tego co się stało, pojęcie „Opatrzności” wydaje się być jakąś Monstrualną Ironią!)
Czy wszyscy z nich byli winni? Czy można obwiniać nawet tych, którzy dopuścili się w obozie czynów nagannych, czy wręcz nikczemnych?

Początkowo, kiedy pisałem o zwątpieniu w człowieka, którego doświadczyłem przy zderzeniu się z Auschwitz, bardziej miałem na uwadze właśnie owo zło, które wyzwoliło się w więźniach, niż to, które było udziałem niemieckich (najczęściej) oprawców. Esesman w czarnym mundurze i z pejczem w ręce, zrazu wydawał mi się bardziej jakimś kosmitą, niż człowiekiem – dopiero później zdałem sobie sprawę z jego „ludzkiej” natury i z konsekwencji, jakie miało jego zachowanie na ogólny sąd o człowieku.

Tak więc na początku było przerażenie tym, czego dopuszczali się wobec siebie sami więźniowie.
Jak sobie dałem z tym radę? Otóż pomógł mi w tym np. Herling-Grudziński i jego słowa, że nie można sądzić człowieka (oskarżając go o „nieludzkość”), którego zmuszono do życia w nieludzkich warunkach.
Tadeusz Borowski tego nie zaakceptował (nie zrozumiał?) i dlatego się zabił. Pisząc, że Borowski poznał „pewną okrutną prawdę” o człowieku – i wskazując przy tym na to, że uświadomienie takiej „prawdy” musi konsekwentnie prowadzić do samobójstwa – nie wyraziłbym się jednak ściśle. To była bowiem „prawda” Borowskiego. A w takim miejscu jak Auschwitz, jest jeszcze wiele innych „prawd” (podobnie jak istnieje wiele „prawd” o Powstaniu Warszawskim).

Dlaczego piszę „prawda”, ujmując to słowo w nawias?
Ponieważ sądzę, iż owa „prawda” bardziej jest ludzką opinią, stanowiskiem, perspektywą, niż prawdą absolutną, (do której według mnie nie mamy dostępu w naszym ludzkim świecie).
A więc relatywizm?
Niekoniecznie.
Jeśli bowiem przyjmujemy już pewien system wartości (czyli potrafimy w naszym sumieniu odróżniać Dobro od Zła… co jest według mnie naszą ludzką powinnością – moralnym imperatywem), to nie powinniśmy mieć większych kłopotów z tym, co uznać za naszą prawdę.

Naturalnie, będzie to dotyczyć tylko jakiegoś fragmentu rzeczywistości… Ale nie mamy innego wyjścia, gdyż pełni rzeczywistości nie jesteśmy w stanie ogarnąć.
To właśnie dlatego nie mogę zgodzić się z tym, że samobójstwo Borowskiego było, jak ktoś napisał, „jedynie słuszną odpowiedzią” na rzeczywistość. Może wikłam się tu w jakieś sprzeczności, ale inaczej chyba myśleć nie mogę.

A jaka jest np. prawda o Maksymilianie Kolbe?
Otóż ja już dawno temu żywiłem podejrzenie, że było to samobójstwo. Kolbe wykorzystał sytuację, by zakończyć życie i wyzwolić się z koszmaru. Zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy aby nie poczuł się on winny, bo przecież jego pisemko publikowało przed wojną teksty antysemickie, co można uznać jako pewien przyczynek do tworzenia atmosfery anty-żydowskiej histerii, która doprowadziła w końcu – a co najmniej ułatwiła – „ostateczne rozwiązanie” i zagładę większości europejskich Żydów. Ale o tym nikt nie mówi, bo wszak uznany on został człowiekiem „świętym”.
Jednakże później przyszła inna refleksja: może Kolbe, zdjęty litością, rzeczywiście chciał dostrzec w drugim człowieku Chrystusa i oddał za niego życie? Tym samym stając się symbolem ostatecznego poświęcenia dla bliźniego? Tej prawdy uchwycili się jego wyznawcy. I trudno się temu dziwić, gdyż ludziom trudno jest żyć bez nadziei (bo jakkolwiek uznalibyśmy ją może za naiwną „matkę głupich”, to jest ona również nam potrzebna jak powietrze do oddychania i woda do picia…)

W ludziach jest zarówno Kain i Abel, ale w końcu kogoś jednoznacznie potrafimy nazwać Kainem i Ablem. To jest ten bilans, dzięki któremu możemy dość jednoznacznie powiedzieć: ten człowiek jest zły, a ten dobry. Pisząc kiedyś, że były momenty kiedy utożsamiłem się również z tym esesmanem-oprawcą w obozie, pisałem o jakieś abstrakcji, którą pomyślałem chcąc przeniknąć ludzką naturę. Przecież, tak naprawdę, zawsze utożsamiałem się tylko z tymi, których krew wsiąkała w ziemię Auschwitz, a ciała ulotniły się przez kominy krematoriów.
Czasem jednak ogarniał mnie lęk i męczyła niepewność, czy zawsze w tych warunkach zachowywałbym się po ludzku, i czy nie zacząłbym patrzeć na świat oczami Borowskiego, co mogłoby być jednoznaczne z niezgodą na dalsze przebywanie na takimż świecie.

greydot

Bardzo byłbym ciekaw świata, jaki stworzyliby ludzie, których zabito w obozach zagłady, gdyby przeżyli wojnę. A wyginęły ich legiony. Byli wśród nich genialni naukowcy, artyści, myśliciele… Czy można sobie coś takiego wyobrazić? Na pewno nie. Talmud mówi, że kiedy umiera człowiek, to tak, jakby ginął z nim świat cały. A tu – w sposób okrutny i w tak krótkim czasie – zginęły tych ludzi miliony.

greydot

Kiedy wiadomo było, że wojna jest przegrana, samobójstwo popełniło tysiące Niemców. Ale czy z powodu poczucia winy, że było się po stronie katów? Wątpię. Głównie powodował nimi strach przed nadciągającą sowiecką „barbarzyńską” hordą.
Wrażliwość na wyrządzone zło?
Raczej strach przed karą i przed nowym „porządkiem” zwycięzców.

greydot
Jak wyglądałaby Europa bez zagłady? Można by próbować sobie to wyobrazić, ale prawdopodobieństwo tego, że wyobrazimy sobie stan, który odpowiadałby rzeczywistości, jest nikłe. Obawiam się, że zafundowalibyśmy sobie jakąś inną, równie potworną katastrofę, ponieważ w całej Europie panowała wówczas taka – prąca do konfrontacji – mentalność straceńczo-kombatancka, (która była m.in. skutkiem problemów i konfliktów nabrzmiałych po I wojnie światowej.) Być może Hitler uprzedził – i niejako ustrzegł – inne państwa przed popełnieniem podobnej zbrodni? Może wśród tych państw znalazłaby się i Polska?

greydot

Wata… wata, którą się owijamy, by się zbyt boleśnie nie poobijać; zasłona dymna, którą się okadzamy, by cała potworność świata nagle nie wypaliła nam oczu.

greydot

Pewnego razu (po opublikowaniu przeze mnie tekstu „Anus Mundi”) usłyszałem oświadczenie: „Nie byłam w Oświęcimiu i nie wybieram się. Mam wrażenie, że nie muszę tego miejsca oglądać. Świadomość tego, co się działo, wystarcza mi. Natomiast nie wiem, czy widziałeś video „Holocaust Survivor’s Death Camp Dance Flap”. Mężczyzna, który przeżył obóz koncentracyjny w Oświęcimiu, wraca tam z wnukami, by na miejscu zagłady zatańczyć do piosenki „I will survive”. Zszokowało to Niemców i Polaków, mnie się zaś wydało cudowną apoteozą celebracji życia i przezwyciężeniem duchów przeszłości.”

Mnie to ani nie szokuje, ani nie oburza. Ale mogę tylko mówić za siebie. Skoro jednak protestują przeciw temu video ci, którzy faktycznie przeżyli Zagładę, to trudno to ignorować i nie brać tego pod uwagę. Może jednak, po prostu, warto ten fakt uszanować?
Wydaje mi się, że nieporozumienia wokół tych kontrowersji wynikają z polaryzacji dwóch odmiennych postaw. Bowiem z jednej strony jest bezbrzeżny smutek, rozpacz i przerażenie, jakie ogarniają ludzi w konfrontacji z tą potworną zbrodnią (i trudno się przecież tej reakcji dziwić, bo jest ona jak najbardziej uzasadniona i ludzka); z drugiej zaś – radość z ocalenia, afirmacja życia. Trudno jest takie reakcje przejawiać w tym samym czasie, a niektórzy uważają, że także i w tym samym miejscu – zwłaszcza w miejscu, gdzie miała miejsce Zagłada.
Istnieje przy tym jeszcze jedno niebezpieczeństwo: banalizacji i wyparcia czegoś, o czym jednak trzeba pamiętać w całym rzeczywistym wymiarze, także i w tym mało komfortowym, bolesnym, wręcz przerażającym. Według mnie pamięć taka jest konieczna do tego, abyśmy jednak byli świadomi tego, jak łatwo w naszej europejskiej cywilizacji (którą ponoć tak się szczycimy) o dokonanie podobnych zbrodni (a były one możliwe właśnie i dzięki temu, że pewne rzeczy wypierano ze swojej świadomości; że nie chciano ich dostrzegać; że dokonywano wygodnej i życzeniowej interpretacji faktów).
Kogoś, kto tańczy na zgliszczach (czy też popiołach pomordowanych), można jednak podejrzewać o to, że czyni to bez świadomości tego, jak potworny i bolesny był to pożar (zbrodnia) ewentualnie ze swojej świadomości to wypiera – bez faktycznego i dogłębnego zrozumienia tego, czym ta hekatomba była spowodowana.

greydot

Nie wyobrażam sobie życia nudnego, choćby z powodu tej jego właściwości, o której mówił Nietzsche: „Żyć, to znaczy być w ciągłym zagrożeniu”. A poza tym – ileż to ekscytujących rzeczy dookoła.
Czy ci, którzy tęsknią za spokojem, wiedzą za czym tęsknią? Czy nie ma w tym czegoś z zakamuflowanego pragnienia bezruchu, może nawet śmierci?
A swoją drogą: jakże często ceną, jaką się płaci za doznanie tzw. „świętego spokoju” jest właśnie nuda. Przypomina mi się tutaj to, co o nudzie napisał Pascal w swoich „Myślach”: „Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku., bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, niewystarczalność, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z jego duszy nuda, melancholia, smutek, troska, żal, rozpacz.”

greydot

Starość? Może nie tyle czuję już oddech starości na swoim karku, co odczuwam (niekiedy) przejmującą melancholię przemijania – siebie samego, moich bliskich, nas wszystkich i wszystkiego, co wokół nas.
Ale przecież wiem, że bez przemijania niemożliwa byłaby jakakolwiek zmiana, ewolucja, rozwój.
Czy z wiekiem to odczucie przemijania się wzmacnia? Myślę, że u większości ludzi tak. Jeśli chodzi o mnie, to również tak odczuwam, ale – jak tak zwracam się ku przeszłości – przemijalność wszystkiego, z całą jaskrawością i z wielkim przejęciem uświadomiłem już sobie w dzieciństwie, czy też (bardzo) wczesnej młodości. I od tamtego czasu ta świadomość jest ze mną – z większym lub mniejszym nasileniem – przez cały czas.

greydot

Miłość ma różne oblicza a występujący w niej egoizm maskujemy na wiele sposobów, zwłaszcza kiedy chcemy miłość uszlachetnić, wysublimować. Niezbyt z ową szlachetną wizją miłości współbrzmi to, że bardzo często nasza miłość jest zaborcza – tzn. zwykle chcemy kogoś posiąść na własność (psychicznie i fizycznie). To dążenie w skrajnych przypadkach jest silniejsze od instynktu samozachowawczego, więc kiedy nie może się zrealizować, kończy się czasami samobójstwem (lub zabójstwem).

W miłości odwzajemnionej egoizm staje się walutą wymienną – dwoje ludzi ofiarowuje się sobie nawzajem (mając przy tym często poczucie bezinteresowności). Jednak zdarza się również, że człowiek w miłości niejako się „zatraca się” – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego. I to w pewnym sensie można uznać za najwyższy stopień miłości, na jaki nas stać (choć, przyznaję, jest to dość desperackie i straceńcze). W tym przypadku rzeczywiście możemy powiedzieć, że został przezwyciężony wrodzony nam egoizm.

greydot

Miłość jest wytworem kultury, która w mit ujmuje hormonalną burzę, jaką miłość jest w wymiarze biologicznym. Zważmy na to, jaką rolę odgrywa miłość w każdej kulturze – i jak zmienia się jej obraz w zależności od mitologicznej fluktuacji danej kultury, która najlepiej widoczna jest w sztuce, w literaturze…
Każda epoka (i każdy rodzaj kultury) ma ten obraz miłości inny – i to właśnie jest dowodem na to, jak mocno – nierozerwalnie wręcz – miłość jest z kulturą sprzężona.
Można więc napisać wprost: bez kultury nie byłoby miłości, podobnie zresztą, jak nienawiści.

Erotyzm to nic innego, jak nasze „kulturalne” podejście do zwierzęcej (w swej istocie i proweniencji) „chuci” – do pożądania, seksu.

greydot

Miłość a przywiązanie?
To są pokrewne sobie uczucia, jednak różnią się od siebie, choćby intensywnością. Warto przy tym dodać, że miłość może przerodzić się w przywiązanie… chociaż nie musi (zdarza się przecież zamieniać w nienawiść).
Ale też przywiązanie może zaistnieć bez miłości.
Każdy z nas jednakże pojmuje miłość inaczej.

greydot
Miłość to nie kwestia wiary, ale „emocji i przeżywania”. Zdarza się, że ktoś tej emocji nie przeżył i wtedy mówi, że w miłość nie wierzy. (Gdyż nie wie, że miłość to nie sprawa wiary a doświadczenia.)

greydot
Miłość wielka i prawdziwa to rzadki ptak, trochę jak Feniks… Nie może to więc być ptak żyjący w stadach, bo wtedy wszyscy byśmy spłonęli.

greydot
Nie wiem, czy Bóg jest miłością, jak twierdzą ludzie „wierzący”. Tak naprawdę, to na temat Boga jest mi trudno cokolwiek powiedzieć. Mogę Go sobie tylko wyobrażać. To samo zresztą robią wszystkie bez wyjątku religie świata, (dlatego np. teologię uważam za wiedzę o ludzkich wyobrażeniach o Bogu, a nie za samą wiedzę o Nim samym).
Natomiast wiem, że człowiek pozbawiony miłości, albo taki, który miłości nigdy nie zaznał (a więc w nią nie wierzący) – jest człowiekiem nie tylko nieszczęśliwym (nieszczęsnym) ale i niebezpiecznym, bo skłonnym do destrukcji, będącej rodzajem zemsty na świecie za swoje uczuciowe upośledzenie i prostrację.

greydot

Hołd oddawany miłości „najwyższej”. Ktoś mówi, że w takiej miłości „człowiek niejako ‚zatraca się’ – tzn. osoba kochana staje się dla niego ważniejsza od niego samego”; ktoś inny, że „miłość ma w gruncie rzeczy wyraz desperacki i straceńczy.”
Należy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że jest to bardzo romantyczne spojrzenie na miłość – jak również, że jest to właściwie sięganie do jej mitycznych źródeł (rozpropagowanych głównie przez literaturę i sztukę).
Taka miłość najbardziej chyba działa na nasze emocje, uczucia i wyobraźnię, ma tylko jeden – niebagatelny wszak – mankament: jest destruktywna.
A przecież ta prawdziwa, pożądana przez nas miłość, nie powinna być czymś co niszczy, tylko tym co buduje.

greydot

Istnieje (materialistyczne w zasadzie) przekonanie, że wszystko co dzieje się w naszym mózgu jest sprawą chemii, a konkretnie reakcji chemicznych. Jednakże redukowanie wszystkich naszych fenomenów kognitywnych do materii (chemii) wynika moim zdaniem (po części, przynajmniej) z naszej bezradności wobec mocno jednak ograniczonych, możliwości poznawczych człowieka. Nauka, podobnie jak religia, także z czasem ustępowała ze swoich zarozumiałych – i w istocie dyletanckich – besserwisserskich pozycji.
Tak więc, kto wie? – może rzeczywiście „środki psychoaktywne” pozwalają nam przynajmniej przeczuć coś takiego, jak wieczność? Umożliwiają wejście w inne wymiary rzeczywistości, może nawet dotknięcie absolutu?

greydot

Tautologia. Czy aby czasem nie jest emfazą prawdy?

greydot

A jeśli by tak poezję uznać za próbę wyrażenia czegoś niewyrażalnego, wyobrażenia czegoś niewyobrażalnego, wypowiedzenia czegoś niewypowiadalnego…?

greydot

Oglądając album z malarstwem Jacka Malczewskiego po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, jak odważnym był Malczewski kolorystą (o jego precyzyjnym rysunku, mistrzowskim ujęciu formy, bujnej, symbolicznej wyobraźni nie wspominając). Daltonizujące snoby mogą kręcić nosem, ale ja lubię czasami popatrzeć sobie na taką orgię barw.
Rezygnacja z koloru (odnosi się to zarówno do malarstwa, jak i fotografii) musi mieć jednak swoje uzasadnienie – w przeciwnym razie staje się czymś pretensjonalnym. Do Malczewskiego na szczęście to się nie odnosi, bo on najwyżej redukował czasami (rzadko) kolorystykę swych obrazów do jednej tonacji, która i tak pulsowała bogactwem walorów, tonów i odcieni (jak np. w „Śmierci Ellenai”).

greydot

Pamiętam, że przed „Ofelią” Millaisa w londyńskiej Tate siedziałem dobry kwadrans. Już sam landscape można było studiować godzinami (Millais poświęcił mu pięć miesięcy pracy – malując po 11 godzin dziennie), ale to w końcu tylko tło (choć rojące się od symboli), bo najważniejszy jest tu trup Ofelii. Oczywiście, że jest w tym obrazie Śmierć (w kontraście do bujnej – i kolorowej – natury) ale warto zwróć uwagę, że Ofelia ma otwarte oczy – więc przy odrobinie erotycznej wyobraźni można odnieść wrażenie, że ona ma minę tak trochę jak przy orgazmie (nie bez kozery Francuzi nazywali orgazm La petite mort – a oni, jeśli chodzi o miłość i Erosa, to wiedzieli co mówią).

greydot

Malczewski „pisał” pędzlem (ten jego symbolizm jest przecież bardzo literacki, podatny na narrację i bogate interpretacje), ale „literacki” był też Matejko – niemal wszystkie jego obrazy to próba opisania historii, a w niektórych przypadkach, to nawet… jej tworzenia – głównie mitologizacji, idealizacji…

Malczewski i „Śmierć Elenai”. Jest jednak pewna omdlałość w ciele kobiety z tego obrazu, która odróżnia tu śmierć od snu. W tym stanie Ellenai już śnić nie może.

greydot

Ludzka twarz jako enigma. To jest ten paradoks: twarz potrafi ujawnić prawdę, ale też i prawdę skrywa. Mało tego – potrafi nas wprowadzić w błąd albo ukazać coś, co w istocie jest fałszywe. W każdym przypadku jednak, określa charakter i osobowość człowieka, który jest jej „właścicielem”.

greydot

No cóż, malarze byli różni… Zwłaszcza ci wielcy. Tym co ich łączyło była wrażliwość na kolor i fakturę, determinacja, by na płótnie oddać swoją wersję widzenia świata. To ich wyróżniało spośród innych ludzi.
Byli niezwykli, ale czy wszyscy byli szaleni, jak się czasami twierdzi?
To jest trochę taki romantyczny mit, który utrwaliła zwłaszcza secesja, dekadencja, bohema… bo wtedy wypadało być szalonym, więc wśród malarzy szaleństwo kwitło (tak bardzo, że nawet zaczęto podejrzewać, że przyczyną tego jest ołów, którego używano do wyrobu farb).

Ale tak po prawdzie to malarze charaktery mieli bardzo różne: od wyciszenia i skromności Fra Angelico, po wybujały, gwałtowny macho-izm Picassa. Byli wśród nich mordercy (Caravaggio) i ludzie powszechnie szanowani (Tycjan, Poussin), biedacy (Van Gogh, Rembrandt) i bogacze (van Dyck, Rubens); bon vivanci (Courbert, Delacroix) i stateczni sztywniacy (David, Ingres)… Niektórzy byli elokwentni i zostawili po sobie interesujące pisanie, inni zaś byli milczkami i opowiadali głównie za pomocą swojej malowanej sztuki. Było sporo geniuszy wyobraźni (Bosch), intelektu (da Vinci), pasji (Goya), oryginalności (Klee), cierpienia (Michelangelo), pracowitości (Durer)…
Innymi słowy: malarze to bardzo kolorowy i ciekawy ludek.

greydot

John Constable: „There is nothing ugly; I never saw an ugly thing in my life: for let the form of an object be what it may, – light, shade, and perpective will always make it beautiful.”

Constable napisał, że nic nie jest brzydkie pewnie dlatego, że dobry malarz nawet brzydotę potrafi zamienić (za pomocą swojej sztuki) w coś pięknego.

greydot

Sztuka – a tym samym i piękno – nie istnieje w naturze bez człowieka.

greydot

Czym innym jest dla nas ciemność, a czym innym jasność, lecz w naturze nie ma między nimi różnicy bo wszystko w niej ma takie samo znaczenie.
Na palecie malarza czekają barwy, które oddać mogą czarne chmury i burzę równie dobrze jak czyste niebo i słońce.
W naszych oczach rzeczywistość się zmienia więc chcemy utrwalić jej chwile nie wiedząc o tym, że Wszechświat i tak w końcu cały znieruchomieje. (A może już teraz jest nieruchomy i widzimy tylko jego kolejne zastygłe w bezruchu stop-klatki?)

greydot

Czyli wszystko dzieje się mimochodem i mimochodem też przemija – jak burza, jak słońce, jak człowiek, jak śnieg…
Jak życie…

greydot

Każda sztuka pozostaje martwa dopóki jej nie ożywimy naszą uwagą.

greydot

Na pewno dbanie o (rzeczywiste) proporcje nie jest w malarstwie najważniejsze, zwłaszcza w malarstwie pejzażowym. Przykład wielu malarzy – nawet tych klasycznych – pokazuje, że musieli oni pewne proporcje „naciągać”, podporządkowywać je niejako własnej koncepcji kompozycyjnej. (Przykłady: choćby El Greco, Tycjan, Giorgione, Mantegna, Maniasco, Rembrandt, Goya, Gainsborough… by wymienić tylko niektórych.)
Jak się tak zastanowić, to właściwie zdecydowana większość najsłynniejszych malarzy nie była wierna rzeczywistym proporcjom człowieka, o tych innych, występujących w przyrodzie, nie wspominając. I to wszystko mimo renesansowej dbałości – właśnie o proporcje i harmonię.
Bowiem najbardziej liczy się jednak harmonia kompozycyjna i kolorystyczna.

greydot

Czy ukazując (patrząc na) piękną kobietę, która wygląda „kwitnąco”, musimy się zamartwiać tym (a choćby tylko uświadomić sobie), że prędzej czy później ona przekwitnie – że jej uroda przeminie jak piękno kwiatu, który więdnie?
Tutaj wpadamy chyba w pułapkę snucia dość niepewnych paraleli i metafor – porównywania roślin z ludźmi. Kwiaty, które przekwitły, wyrzuca się, kobiet – jednak nie (zwłaszcza jeśli się je kocha).

greydot

Znany ze swoich kwiecistych portretów Fantin-Latour był jednak intrygującą postacią. Zdziwiło mnie np. jego zainteresowanie muzyką Wagnera (swoją wizytę w Bayreuth na premierze „Pierścienia Nibelungów” zaliczył do jednych z najważniejszych wydarzeń w swoim życiu), bo jakoś nie mogłem sobie skojarzyć tej wagnerowskiej fascynacji z psyche malarza ładnych kwiatków (co innego ubóstwiający muzykę Niemca Nietzsche, który do Wagnera bardzo mi pasował – mimo, że w końcu stał się jego wrogiem).

Muszę przyznać, że z początku Fantin-Latoura znałem tylko z jego obrazów kanonicznych, czyli tych przedstawiających kwiaty. Dopiero później dowiedziałem się o jego próbach portretowych, a jeszcze później – o jego litografiach i kompozycjach alegorycznych odwołujących się nie tylko do muzyki Wagnera, ale i Berlioza, Brahmsa czy Schumanna.
Co ciekawe – sam Fantin-Latour te ostatnie prace cenił najbardziej, ale paradoksalnie były one przez krytyków i odbiorców raczej ignorowane i w końcu sławę artyście przyniosły te jego kwiaty, którymi właściwie zarabiał na życie. Choć zapewne nie malował je tylko z przykrego obowiązku – wręcz przeciwnie: on musiał to malowanie ich bardzo lubić, w przeciwnym razie nie byłyby takie piękne.

greydot

Niektórzy wolą obrazy przedstawiające pewną anegdotę, wypełnione jakimś pierwiastkiem antropologicznym – bo tylko wtedy (jak mówią) może on mieć – i przekazywać – „emocję”.
Ja to widzę nieco inaczej. Dla mnie np. martwe natury nie są emocjonalnie puste, ani zimne. Mam wrażenie, że czuję w nich właśnie te emocje, które zapewne odczuwał artysta, kiedy je malował.
Nie wiem, może to jakaś nadinterpretacja, ale np. każdy z kwiatów Fantin-Latoura wydaje mi się mieć swoją „osobowość”. Tak je chyba traktował sam malarz – jako coś indywidualnego i żywego.

greydot

Ktoś ciekawie napisał: „Muzea to miejsca niezwykłe. Każdy obraz, który w nich jest, bez względu, jaki nosi tytuł, nie jest ‚martwą naturą’, jak mówią Polacy, tylko ‚cichym życiem’, jak mówią Niemcy, i to ukryte życie decyduje o ich życiu w nas, w naszej świadomości, bo innego życia nie ma. Malarstwo i postrzeganie sztuki wzrokiem jest swoistą umiejętnością. Słuchowcy umieją to zrozumieć. Widzenie jest taką samą łaską, jak słyszenie. Ale ma też coś więcej: łaskę niesłyszenia, łaskę ciszy. Łaska ciszy jest być może przywilejem największym, bo daje nam spokój. W zakończeniu Mistrza i Małgorzaty padają słowa znaczące: on nie zasłużył na niebo, on zasłużył na spokój. Malarstwo od swoich początków, od czasów grot z Lascaux, daje nam taki właśnie spokój, jest ciszą, nie gra i nie mówi, choć zawiera w sobie tak wiele dźwięków i tak wiele słów.”

Właśnie – nie „martwa natura” ale „ciche życie” (Stilleben, still life) – to tłumaczenie też mi się bardziej podoba.
Trafne spostrzeżenie o powiązaniu malarstwa z ciszą. Choć niektórzy widzą w nim muzykę, której nie można usłyszeć uchem. Ale malarstwo, choć odbywa się bez dźwięcznych słów, dla wielu jest jednak czymś bardzo wymownym.

greydot

Zauważyłem, że od jakiegoś czasu (XIX wiek?) zbyt wiele poświęca się w dyskusjach energii na spory czym jest sztuka, kim jest artysta, co to jest dzieło sztuki. Często sprowadza się to do sporu czysto językowego (definicji) – a przecież, w gruncie rzeczy, nie powinno to być takie ważne. Ważne jest meritum – sens. Także swoista uczciwość artystyczna.
Moim zdaniem, jeśli ktoś idzie na skróty, to przestaje być artystą. Niekoniecznie ekstremalność jest wyznacznikiem artyzmu – zwykle nie jest. Stąd np. moja rezerwa wobec ekscesów, szokowania, prowokacji – „rewolucyjnej” demolce wszystkiego, co było do tej pory. Według mnie więcej w tym destrukcji niż kreacji.

greydot

Tak często obecny w sztuce współczesnej masochizm i ekshibicjonizm to fetysz, nie sztuka. Tak więc, bardzo często w tej sztuce mamy do czynienia z fetyszyzacją.

Zresztą, najprawdopodobniej, na samym początku sztuki był fetysz. Innymi słowy: to właśnie ludzkie zapotrzebowanie na fetysz było pierwotnym źródłem sztuki.

greydot

Marina Abramović super star. Najsłynniejsza współczesna performerka. Jej sztandarowym wyczynem było patrzenie przez parę miesięcy w oczy ludzi, którzy tłumnie walili na to wydarzenie drzwiami i oknami Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Manhattanie.
W związku z wystąpieniem Abramović ciekawe pytania zadała na swoim blogu latająca pyza. Jak sama autorka napisała, są to jednocześnie pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki.

„Pytanie (a właściwie pytania) pierwsze.
Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie.
A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się…

Pytanie trzecie.
Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance’u wskazuje jego główny temat – artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy – obrazów, filmów, instalacji… Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu…”

Tyle pyza. Nie wiem czy istnieją jednoznaczne odpowiedzi na te pytania, jednak chciałbym się pokusić przynajmniej o pewną próbę odpowiedzi cząstkowych:

1. Może dlatego boimy się szczerości (za jej synonim można uznać spojrzenie prosto w oczy) bo żyjemy w swoistej bańce pozorów i często spojrzenie kogoś obcego uważamy za inwazję w naszą prywatność, a poza tym nie wiemy czego się po takiej osobie spodziewać? Ale przecież tę potrzebę kontaktu (w tym i wzrokowego) można zaspokajać w gronie naszych przyjaciół, rodziny, bliskich – wśród tych, których kochamy. Dlaczego tak się nie dzieje i wybieramy sztuczną sytuację (taka jak ta z Abramović)? Czy nie dlatego, że jesteśmy – albo czujemy się – samotni? Często – samotni w tłumie? I samotność tę próbujemy zabić w przestrzeni wirtualnej – prowadząc blogi, strony na Facebooku, udzielając się na różnych forach… etc. Nie wydaje mi się, że Abramović siedziała w MOMie i patrzyła w oczy ludziom bezinteresownie. Ale ważne było to, iż odbywało się to w sytuacji jakby „rozbrojonej” – ludzie kontaktujący się wzrokowo z artystką czuli, że przebywają w strefie bezpiecznej, a na dodatek wśród ludzi im podobnych, co zapewniało im coś w rodzaju poczucia wspólnoty. Czuli się też w ten sposób wyróżnieni – stawali się ważni.

2. Nie, gdyby to był ktoś inny, niż uznana artystka Abramović – i w innej sytuacji (nie w tej sztucznie wykreowanej i kultowo namaszczonej w MOMie) – to moim zdaniem nic by z tego nie wyszło. Mamy tu do czynienia z wyraźną idolatrią – Abramović to z jednej strony kapłanka, a z drugiej strony postać kultowa, „celebrytka”, jak byśmy to niezbyt elegancko dzisiaj nazwali. To tworzyło pewne napięcie związane z wyzwoleniem się – często silnych – emocji.

3. Performance Abramović to ani dno ani Olimp – ot, dość banalny pomysł (okazał się mimo to kontrowersyjny) znalazł swoje urzeczywistnienie w jednej z najważniejszych „świątyń” sztuki współczesnej, odnosząc (choćby tylko frekwencyjny) sukces, dzięki czemu zapisze się z pewnością w historii tejże sztuki.

greydot

Owszem, ja również – od czasu kiedy wszystko zaczęło być uważane za sztukę – sam sobie przyznaję prawo decydowania o tym (uznawania tego) co według mnie jest sztuką, a co nią nie jest (nie mam innego wyjścia – postmodernizm postawił mnie niejako pod ścianą i takich wyborów muszę dokonywać sam).
Lecz sprawy mają się już inaczej, kiedy weźmiemy pod uwagę przeszłość, czyli odniesiemy się do historii sztuki, kiedy to kryteria jej oceny były w miarę czytelne (w zasadzie wszyscy się zgadzali co do tego, co można nazwać sztuką).

Jednakże o tym co jest sztuką nie może decydować TYLKO efekt, jaki na nas dane dzieło (sztuki) wywiera. Bo skoro żadnego wrażenia nie robi na kimś muzyka Bacha, to czy nie byłoby czymś bezczelnym twierdzić, że nie jest ona sztuką? Albo jeśli nie podobają się komuś freski Rafaela, tudzież jest ktoś doskonale obojętny patrząc na rzeźby Michała Anioła czy obrazy Rembrandta, to czy na tej podstawie ma prawo twierdzić, że to co stworzyli ci twórcy nie jest sztuką? (Owszem, powiedzieć tak można, ale nikt nie będzie tego brał poważnie.)
Oczywiście, że liczy się efekt (czyli to, jak na kogoś działa czyjaś twórczość), ale powinny się także liczyć (i liczą się) również inne rzeczy – takie właśnie jak forma, biegłość warsztatowa artysty, jego przesłanie, wrażliwość, pasja, wpływ jaki on ma na twórczość innych… etc.

greydot

Uznaję emocje za coś ważnego – nie tylko w naszych kontaktach z innymi ludźmi i światem – ale i w samym procesie poznawania świata. Rozum to według mnie za mało. Sam podchodzę do niego (rozumu i jego możliwości) z rezerwą (bo widzę, że czysty racjonalizm ze swoim utylitaryzmem, zrobił jednak w świecie wiele złego).
Oprócz emocji, ważna jest także intuicja. (Przyznaję, że mój stosunek do ludzi bardziej chyba jednak kreuje „serce”, niż intelekt.)

Myślę, że większość ludzi odbiera świat (a zwłaszcza sztukę – kino, literaturę, muzykę…) przede wszystkim „trzewiami” (to jest ten pierwotny impuls poznawczy leżący ponad progiem naszej świadomości, czyli od nas niezależny), a dopiero później ten swój odbiór (reakcję, doświadczenie) racjonalizuje.

Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak.

greydot.

Reklamy

komentarzy 39 to “O SAMOTNYM TŁUMIE, WIELKIEJ MIŁOŚCI I INNYCH DEMONACH”

  1. Simply Says:

    ,,..Istnieją w nas pokłady wrażliwości nieprzewidywalnej i nieoswojonej.
    Żyją jak taki pół-dziki – i pół-kulturalny – zwierzak..”

    To moje terytorium , gringo ;)

  2. Simply Says:

    Dingo, to pies, gringo, to człowiek. Nie nazwałbym Cię psem ani żartem, ani, nawet, gdybyś mnie zdenerwował. Co mam z tym zrobić ?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jak to co? Poluzować ;)
      Dla mnie określenie dingo nie jest obraźliwe (dlatego go użyłem).
      Pies jest w moich oczach fantastycznym stworzeniem, nawet ten dziki, australijski.
      Kocham psy.
      Nie mam pojęcia dlaczego ludzie postanowili się obrażać, porównując się do psów. (Może kiedyś zmądrzeją?)

      PS. Kiedy byłem mały wołali na mnie szczaw, później właśnie gringo dingo, a dopiero na końcu Stan ;)

  3. Simply Says:

    Bez przesady, wcale się nie obraziłem tylko myślałem, że mi czymś ciekawym dowalisz. A tu nie : znowu miłość :D

  4. Simply Says:

    Myślałem o jakichś celnych ripostach, tam od razu nienawiść. Tę ostatnią, to wolę w kinie ( od miłości )

  5. Jula :D Says:

    No tak miłość odwrotna strona nienawisci. ( Po i PiS). ;) he,he, he.
    (Choć skład przemieszcza z jednego do drugiego np. jakiś tam Gowin i nie tylko )
    Wniosek – największe emocje wzbudza mamona.
    I tu i tu jakieś emocje. No a czasami wystarczy siarczyscie zaklnać, koniecznie w rodzinnym języku i po emocjach.
    Tam „dingo’ czy „gringo’ , to przejęzyczenie. ;) :-D
    Pa! A tłum, to kilku oplaconch przyłączy i reszta zastraszona .
    To nawet w szkole w poszczegolnch klasach jest ktoś, lider , który potrafi sobie pozostałych uczniów podporządkować, niekoniecznie pozytywnie. ;)

    • Jula :D Says:

      Kilku opłaconych krzykaczy i pozostali bezwolni i poporzadkowani , idą jak świnie na rzeź. Bo to strach. Może jakieś posłuszeństwo wyniesione z domu. Bo rodzina ,to też grupa , gdzie ktoś rządzi !.. Czyli nie tak atawizm , jak potrzeba wyuczona ,bycia w grupie. Strach bycia poza. :(

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jako gatunek, stado zamieniliśmy na plemię, naród, społeczeństwo… na dobre i na złe. Te same nasze właściwości potrafimy wykorzystywać zarówno do dobrych, jak i złych celów. Solidarność społeczna może być solidarnością w budowaniu wspólnoty dobra, jak i solidarnością w zbrodni. Instynkt grupowy może nam pomóc w wyzwoleniu, ale i pchać ku zatraceniu.
      Tutaj wyłania się pytanie zasadnicze: czy robimy to wszystko z wolnej woli.

      Lider jest chyba tylko katalizatorem, później może być wzorem, drogowskazem – może też wszystkich złapać przy tym za twarz (ale i to ostatnie dzieje się za przyzwoleniem wielu, całkiem możliwe, ze większości.

  6. JWM Says:

    Nie lubię tłumów, uciekam od zbiorowisk, nie podnieca mnie masówka w żadnej postaci! Oczywiście wiem… nie ma takiego obowiązku dziś, by brać udział w pochodach…
    Mam wrażenie, że gro ludzi dopiero w grupie odzyskuje tożsamość.
    Tłum dodaje im splendoru, podpierają krzykiem hasła, których do końca nie rozumieją. Lecz „gdy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one…”
    Tłum daje tym ludziom rodzaj szczęścia, obdarza euforią pewnego rodzaju wspólnoty. Sami nie zrobiliby nic, są niewidoczni… Zyskują dopiero w masie!
    A później wyszukiwanie potknięć, wyłapywanie specyficznych transparentów, to pierwsza woda na młyn. Gdyby tylko mogli, jedni drugim wydłubaliby oczy!
    A nas było TYLE! A was dużo mniej! A własnie ,że nie, bo źle obliczyli….
    Jak dzieci!!!!!!

    Gdyby teraz odkręciła się historia i zmienił rząd, nie wiem, czy bym chciała mieć taką władzę i tych wszystkich ludzi blisko, co teraz podekscytowani liczą, liczą, liczą …szydzą, że część przyjechała autobusami (bo przecież powinni przyjść jak z pielgrzymką na marsz…pieszo!)
    Polak Polakowi wilkiem…tylko to mi się nasuwa kolejnego dnia! Przykre!
    Idzie mróz, może wreszcie spadnie śnieg i bielą przykryje cały brud!
    Idą święta… dla mnie będą cudne, bo z bliskimi, zaśpiewamy kolędy, pogramy… Cieszę się!
    Tak bym chciała, by we wszystkich domach zapanował spokój, bez polityki, z wiarą i nadzieją… Gdyby to ode mnie zależało…ech!

    • Jula :D Says:

      Wiara też skloca i sieje antagonizm.
      Wiara to też poczucie bycia w grupie, lęk przed wykluczeniem. Ci krzykacze, przywódcy religijni umiejętnie ją wykorzystują.
      Nawet w chrześcijaństwie to święto narodzin Chrystusa ma różną datę. ;)

      Ps.
      Zajrzyj do Torlina, w pewnym sensie napisał spójną „notkę” z twoim wpisem, chodzi mi o problem wynikający, bardziej tak w filozoficznym ujęciu. Co można trywialnie skwitowac. Ależ to już było i powracać będzie, niestety. :(

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Są jednak różne tłumy.
      Tłum wielbiący Jana Pawła II, tłum wielbiący Hitlera.
      Wszyscy jesteśmy tacy sami, ale w różnych okolicznościach zachowujemy się różnie, inne przejmujemy wartości.
      Od czego zależą te okoliczności? Od ludzi tworzących tłum, czy od liderów tego tłumu?

      Jedno jest pewne: decydując się na zanurzenie w tłumie i jego emocjach, większość ludzi pozbywa się w sporej części swojej indywidualnej wolności.
      Niestety, siła tłumu jest nietrwała.

      • Jula :D Says:

        Ależ dałeś porównanie, choć niewątpliwie jeden i drugi z niesamowitą charyzmą, podobnie miał również i L. Wałęsa. Myślę, że teraz Wałęsa już tak nie oddziałuje na tłumy.
        Czyli co ? Poza charyzmą, (aktorzy ją też posiadają – niektórzy) musi być jeszcze stosowny moment. Na przyklad kryzys ekonomiczny ? Jakieś załamanie gospodarcze – i to dopiero wyzwala poszukiwanie u ludzi czegoś nowego, a jak się znajdzie „szołmen” z wizją pozytywną lub negatywną, to porywa ludzi za sobą, swoją wizją świata dla siebie i innych ?

        Ps.
        Teraz jednak wychodzi, że jednak to wszystko było raczej powierzchowne, bez głębi. Gdzieś tam brudy były schowane i wyplywaja pomimo natychmiastowego maskowania. Przykład Biskup Wesołowski. Patrz jak szybko „ucięto łeb hydrze”. Był człowiek – nie ma i nie ma problemu.;)
        Jednak przy nośności dzisiaj medialnej, ludzie widzą i wiedza.
        A papież Jan Paweł II, nawet i wśród Polaków, pomimo kultu, jest nazywany „szołmenem”. Po prostu jesteśmy bardziej otwarci na świat, coraz więcej nas żyje poza granicami kraju i siła rzeczy wbijamy się i w inne tradycje. :)
        Pa!

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jednak przy nośności dzisiaj medialnej, ludzie widzą i wiedza.

          Ale czy nie jest też tak, że dzięki tej „nośności medialnej” ludzie dzisiaj są jeszcze bardziej ogłupiani i manipulowani?
          Poza tym, większość ludzi widzi tylko to, co chce wiedzieć.

  7. damati Says:

    „Dwie osoby to dwie egzystencje, które się przemieszają, wejdą w siebie nawzajem, staną się nierozłączne, niemal wewnętrzne wobec siebie. I to na zawsze.

    Wchłonąć całe jej życie! Przyjąć jej przeszłość, lecz także przyszłość. Podobnie jak kocham Cię taką, jaką ukształtowało Cię życie, chcę Cię kochać taką jaką będziesz, jaką się staniesz… Nie chcę dzielić Twego istnienia na części. Kocham Cię z góry. Z góry i na zawsze. Cokolwiek się stanie.

    Czynię się odpowiedzialnym za Ciebie, nawet za Twoją przyszłość. Aż do siwych włosów, wypisuję Ci czek in blanco! Chcę pomagać Ci w wyzdrowieniu, dojrzewaniu, dorastaniu, starzeniu się i kiedyś umieraniu. Ale najpierw w życiu, istnieniu, kochaniu.

    Już teraz kocham Cię poza śmierć. Od teraz kocham Cię taką, jaką będziesz w wieczności. Kocham Cię dziś taką, jaką będę kochał w niebie. Kochać Ciebie dzisiaj, czy to nie jest już dla mnie niebem?”

    Daniel-Ange

  8. enen Says:

    Zaniedbana mogiła Borowskiego w głównej alei Cmentarza Komunalnego na Powązkach świadczy o stopniowym zapominaniu o tej postaci. Filologiczne opracowanie dzieł Borowskiego rozeszło się zaledwie w kilkuset egzemplarzach. A przecież lektura zupełnie współczesnym czytelnikom nieznanych tekstów pisarza i poety zdumiewa ogromem i poziomem. Wielotomowe wydanie wierszy i prozy zawiera dorobek zaledwie 29-letniego autora. To dzisiaj oczywiste, że normalne życie po gehennie obozowej było dla Tadeusza Borowskiego niemożliwe. Zawierzył ideologii, stał się jej wiernym trybunem dla ludu, który w końcu zaczął się go bać. Opuszczony przez towarzyszy partyjnych został sam na placu boju. Nie miał już sił i wiary, by pisać zamówioną biografię równie tragicznej postaci Feliksa Dzierżyńskiego.
    Namówił ukochaną Marię do powrotu ze Szwecji do Polski, ale nieraz próbował się zabić i proponował jej wspólne samobójstwo. Zrobił to tuż po narodzinach jedynego dziecka. Los Borowskiego jest niczym memento wskazujące na śmiertelne niebezpieczeństwo romansu sztuki i polityki. To ostrzeżenie jest wciąż aktualne dla młodych ludzi wkraczających w labirynt korytarzy nowoczesnych biurowców, gdzie wielu robi karierę i równie wielu skacze w dół kładąc kres swoim cierpieniom. Oświęcimskie analizy Borowskiego mają dziś zastosowanie zarówno do świata antyku, jak też do współczesnej cywilizacji europejskiej .

    Na koniec cytat i wyznanie autora:


    „Pamiętasz jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka. To myśmy budowali piramidy, rwali marmur na świątynie i kamienie na drogi imperialne [ …] Myśmy byli brudni naprawdę […] Cóż wie starożytność o nas?”

    Cóż my dziś wiemy o Borowskim?

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Nie wiem, czy po doświadczeniach obozowych Borowski wierzył jeszcze w człowieka.
      Jeśli uwierzył w komunizm, to prędzej czy później do niego dotarło, ze idee, nawet te najbardziej szlachetne i święte, także muszą wprowadzać w życie ludzie. A przecież Borowski stracił w nich wiarę, więc cóż mu pozostało, jak rozpacz i samounicestwienie?
      Pozostał bez miłości i wiary.
      Czy naprawdę, gdyby kochał swoja żonę i dziecko które mu się właśnie urodziło, to chciałby uciekać od świata w śmierć?

  9. Jula :D Says:

    W tym przypadku u Borowskiego, to syndrom choroby, silna nieuleczalną depresja, tylko leki i też nie zawsze pomagają, w tym przypadku człowiek traci kontrolę nad sobą. Może myślał, że miłość do żony i dziecka uleczy, Lecz choroba była już nieuleczalną.
    Porozmawiaj z psychiatrami. Nawet i teraz ludzie żyjąc bez wojen, ci wrazliwsi, uciekają od życia.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Jula,
      wcale nie trzeba rozmawiać z psychiatrami, żeby wiedzieć, że ludzie uciekają od życia w śmierć.

      PS. A skąd wiesz, że depresja Borowskiego była „nieuleczalna”?
      Co było główną przyczyną jego samobójstwa: depresja czy trauma życiowych doświadczeń (obóz koncentracyjny, rozczarowanie komunizmem)? Czy można to w ogóle rozdzielić?

      Miriam,
      Obejrzałem ten fragment „Pożegnania z Marią”.
      Po raz kolejny zauważyłem, jak zmienił się nasz język polski (a to jest chyba pochodna zmiany mentalności i kultury) przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Nie jestem pewien, czy na lepsze (według mnie więcej w nim teraz wulgarności i cynizmu).

  10. Jula :D Says:

    Chodzi mi o to, że trauma ,to jedna z wielu przyczyn depresji.
    Pisze o psychiatrii , bo to specjaliści . Ludzie czasami po śmieci bliskich osób się zalamuja , tyle przypadków ilu ludzi.
    No i w USA w przeciwieństwie do Polski (nieuzasadniony wstyd) ludzie chodzą sie leczyć. ;)

  11. Jula :D Says:

    W Polsce w czasie tej transformacji ustrojowej byla zwiększona ilość samobójstw. Bo gwałtowna utrata pracy , zmiana miejsca zamieszkania, kłótnia w rodzinie , syndrom „eurosieroty”.
    Rozbicia w rodzinie typu: jeden małżonek w innym kraju drugi w Polsce, obydwoje za granicą, dzieci w Polsce. Nie wszyscy potrafili to przejść. Niektórzy nabawili sie różnego rodzaju nerwic itp..
    w punk stopniu zaawansowania choroby.

  12. Dariusz Wiśniewski Says:

    Przeczytałem cały fragment. Początkowo chciałem coś dodać do tego akapitu o ludzkim tłumie, o buncie itd., który gdzieś mignął mi na FB, a potem już go nie mogłem odszukać. Później zrezygnowałem z tego pomysłu. Ortegę czytałem jeszcze w Polsce. Nie wiem, czy pan wie, ale „Bunt Mas” został wydany za komuny. Ale mniejsza z tym.
    Kilka słów o całości, w połączeniu z pana biblioteczką.
    W tym intelektualnym dzienniku najbardziej spodobały mi się fragmenty o malarstwie; są autentyczne i wciągające (Malczewski). Odniosłem wrażenie, że pana związek z malarstwem jest znacznie silniejszy niż z literaturą, a nawet filozofią.
    Czego nie mogę powiedzieć o pana rozmyślaniach na temat Holocaustu, gdyż jest to temat intelektualnie niebezpieczny, zwłaszcza dla kogoś z powojennego pokolenia. Jeżeli pan w niego wdepnie – bo jest pociągający, nie przeczę – to jest pan w pułapce. Każda próba wydostania się z niej będzie bolesna. Rozumie pan, co mam na myśli? Jest pan zmuszony do powielania refleksji innych ludzi, którzy mają znacznie więcej do powiedzenia na ten temat, nawet jeżeli będą tylko milczeć.

    Moje wrażenie jest takie, że brak poezji jest trochę widoczny w pana języku. Niech pan się tylko nie oburza. Ja mam podobne problemy i wielu innych. Niewystarczająca znajomość poezji powoduje nadmierne używanie słów do opisów. A to z kolei może wywołać u czytelnika odruch nudności. Poezja oferuje ogromny skrót, zachowując jednocześnie, a nawet wzmacniając, estetykę odbioru.

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      “Odniosłem wrażenie, że pana związek z malarstwem jest znacznie silniejszy niż z literaturą, a nawet filozofią.”

      Siłą rzeczy związek z malarstwem jest inny, niż związek z literaturą, a ten z kolei inny, niż związek z filozofią… etc. Nie wiem czy jest sens porównywać ich “siłę”, bo każdy z nich ma inną naturę – tak, jak inną naturę mają malarstwo, literatura, filozofia… Malarstwo, siłą rzeczy jest bardziej sensualne (więc inaczej oddziałuje na naszą wrażliwość), literatura pobudza wyobraźnię (zanurza nas w świecie języka), filozofia zaś bardziej intelekt (zmuszając do myślenia analitycznego). Zresztą, w różnych okresach życia, moje zainteresowanie na tych polach miało inną – że tak powiem – intensyfikację.

      Czy wpadam w pułapkę podnosząc temat Holocaustu?
      Na szczęście Holocaustu nie znam z autopsji, ale zawsze był to dla mnie temat bardzo ważny i jednak związany z traumą dzieciństwa, kiedy zaczęły do mnie docierać implikacje takich ludzkich zachowań, jak wojna i ludobójstwo, na ogólną naturę człowieka i samą cywilizację. Oczywiście, że moje doświadczenie nie może być takie same, jak doświadczenie człowieka, który sam przeżył Holocaust, ale jednak jest ono na tyle silne, że wpłynęło na moje widzenie świata i mój do świata stosunek. I nie powielam w tym niczyich myśli (w tym sensie, że je kopiuję), bo te myśli są jednak moje (bo pojawiwszy się w mojej głowie, przeszły też niejako przez moje “trzewia” – i w tym sensie są autentyczne). Poza tym: czy jeśli nie doświadczyliśmy na własnej skórze Holocaustu, to nie mamy prawa o nim się wypowiadać?

      Nie widzi pan poezji w moim języku? To pewnie dlatego, że czyta pan moją prozę ;) – i to bardzo fragmentarycznie jednak. Trudno mi z tym polemizować, bo to są pańskie odczucia. To prawda, że używam wielu słów i niektóre moje teksty są obszerne, co – w dzisiejszych czasach short atention span i schematycznych memów facebookowo-twitterowych – może się wydawać passe, i być trudne do strawienia dla tych, którzy mogą się skupić na jakimś tekście nie dłużej, jak na kilka minut. Ale ja jednak lubię teksty analityczne i kompleksowe, które wymagają większej – i dłuższej – uwagi, skupienia i intelektualnego wysiłku. Jednakże, posługuję się czasem formą wręcz lapidarną, aforystyczną, sentencjonalną – o czym można się przekonać zaglądając do moich „zapisków w kajecie”.

      • Dariusz Wiśniewski Says:

        Jeżeli napisałem, że pana związek z malarstwem wydaje mi się silniejszy niż z literaturą, to znaczy, że takie jest moje wrażenie. Kropka. Nic więcej nie mogę do tego dodać. Moje wrażenie po pana odpowiedzi nie zmieniło się.

        Holocaust. Pisze pan: „czy ja nie mam prawa pisać…”. Proszę pana. Ależ oczywiście, że ma pan prawo pisać o Holocaust, gdyż nie ma tematów zakazanych. To nie chodzi o prawo tylko raczej o pewną subtelność, może dystans, dyskrecję. Ale nie będę się powtarzał. Napisałem wcześniej dlaczego tak myślę. I pozostaję przy swoim zdaniu. Pan, natomiast, proszę bardzo, może kontynuować swoje myśli o okrucieństwach zagłady, którą zna pan tylko z relacji tych, którzy ją przeżyli.

        Forma dziennika intelektualnego wymusza konfesję. I to całkowitą. Nie negliż, a nagość. Nie każdy jest do tego zdolny. Jeżeli zacznie pan coś ukrywać, szachrować, estetyzować, to, niestety, ale czytelnik zaraz to wychwyci. Można więc pisać „dziennik” uboższy, pozbawiony biograficznych zwrotów, schodów, pocałunków, rozkrojonych chlebów, zdrad i rozpaczy. Można. Ale, widzi pan, czytelnik wszystko to też przeżywa, w jego życiu są też schody i dramaty, i on chce te chwile i zakręty zobaczyć u pana. Inaczej, jest podejrzenie, że pan coś ukrywa, że, być może nie stać pana na szczerość, albo próbuje pan udawać kogoś, kim pan nie jest itd.
        Ale, jasne, można ładnie pisać, układać piękne zdania, znakomicie dobrane słowa. Puf! Ale to wszystko nie jest pisarstwem autentycznym. Ja wiem, że pan lubi czytać dzienniki. To widać. Zna pan Dzienniki Gombrowicza? Zakładam, że tak. Gdy czytałem Gombrowicza, to niemal mogłem tego człowieka dotknąć. Widziałem jego słabości, jego lęki, tęsknotę i rozpacz. Rozumie pan, co chcę powiedzieć? Literatura zamienia się w życie. I odwrotnie. I na koniec skrót myślowy, który może pan sobie rozwinąć w dowolną treść: pisanie to nie tylko przyjemność, to również cierpienie i nieraz walka z własnym wstydem. pozdrawiam. dw

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Dziennik konfesyjny to jest konkretna forma literackiej wypowiedzi. To prawda jednak, że dzienniki ogólnie są zwykle czymś bardzo osobistym, czasem wręcz intymnym, często ekshibicjonistycznym. Ale ja nie piszę przecież dziennika. To co publikuje w cyklu „Co się plecie w kajecie”, to są po prosu notatki, zapiski, uwagi, komentarze, wypowiedzi poczynione przeze mnie przy różnych okazjach – od biedy można nazwać to dziennikiem intelektualnym (jak pan to czyni), ale w rzeczywistości są to luźne zapiski, powstające dość nieregularnie.
          Zresztą nie mogą się zorientować, czy pańskie zarzuty (że coś ukrywam, że niezbyt się otwieram, że nie piszę o swoich upadkach… etc.) odnoszą się do tego tekstu o książkach, czy też właśnie do moich zapisków? Bo raz podejmuje pan wątek biblioteki, innym razem zaś „intelektualnego dziennika”.

          Ale jest coś na rzeczy w pańskim zarzucie, bo rzeczywiście nie lubię ekshibicjonizmu – ale to raczej dotyczy mojego życia prywatnego, a nie intelektualnego. Mimo wszystko dość często piszę o moich przeżyciach wewnętrznych. Ewidentne jest to chyba w moich próbach zbliżających się właśnie do poezji, (o której pan mówi, że nie ma jej w moim języku):

          https://wizjalokalna.wordpress.com/category/lirycznie/

          Pozdrawiam

  13. Jula :D Says:

    Radosnych Świat Bożego Narodzenia oraz uśmiechu i życzliwosci w każdy dzień Nowego Roku. :)

  14. Simply Says:

    Turoń, Śmierć, Anioł Zagłady i Ten Którego Imienia Się Nie Wymawia życzą wesołych, nie nudnych świąt, a i ekscytacji niesłabnącej do tego, tak w ogóle.
    I prog-kolęda

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      I wish you a hopeful christmas
      I wish you a brave new year
      All anguish pain and sadness
      Leave your heart and let your road be clear
      They said there’ll be snow at christmas
      They said there’ll be peace on earth
      Hallelujah noel be it heaven or hell
      The christmas you get you deserve

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Turoniowi, Śmierci, Aniołowi Zagłady i Temu, Którego Imienia Się Nie Wymawia dziękujemy za życzenia niesłabnącej ekscytacji.
      Śmierć, Anioł Zagłady i Ten, Którego Imienia Się Nie Wymienia zawsze sobie poradzą.
      A czegóż można życzyć Turoniowi, jak nie zmartwychwstania?

  15. Simply Says:

    Nowych zawiasów do paszczy albo katolickiej dziwki


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s