THE ARTIST IS PRESENT – krew, pot i łzy Mariny Abramović

hucpa czy charyzma?

.

Patrzenie prosto w oczy - największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku? scott.rudd@gmail.com

Patrzenie prosto w oczy – największym wydarzeniem artystycznym XXI wieku?

.

Obejrzałem właśnie film dokumentalny „The Artist is Present” zajmujący się twórczością znanej „performerki” Mariny Abramović (a głównie: jej ekspozycją autorską w nowojorskim Muzeum Sztuki Współczesnej w 2011 roku, gdzie oprócz zaprezentowania swojej retrospektywy, artystka siedziała przez trzy miesiące, po 7 i półgodziny dziennie, patrząc w oczy przypadkowym ludziom), który niestety umknął mi, kiedy gościł na ekranach kin. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałem ciekawy, dotyczący filmu wpis na jednym z blogów, którego autorka stwierdziła: „…nieważne jakich środków użyła artystka, jakie kierowały nią pobudki. Liczy się efekt (w moim wypadku lawina pytań), jaki wywołała.” A że w tym samym czasie na stronie Wizji opublikowałem serię artykułów dotyczących sztuki współczesnej (m.in. o „cyfrach” Romana Opałki) i temat ten obecny był jeszcze na świeżo w mojej głowie, to zdecydowałem się ów post wtedy skomentować:

„Dla mnie jest ważne to jakich artysta używa środków, i jakie są jego pobudki… Nadal ważny jest dla mnie warsztat artysty, jego wiedza, wrażliwość, biegłość, mistrzowskie opanowanie formy, treści jakie chce nam przekazać, (jego przesłanie), mądrość, intencje… Jeśli tego – jak również dzieła per se – nie będziemy cenić (poważać), jeśli staje się nam to obojętne – to tak, jak byśmy nie cenili samego artysty (który to wszystko sobą reprezentuje, który tym wszystkim jest, który przez to wszystko wyraża swoją sztukę… etc.) Wtedy rzeczywiście najważniejszy staje się pomysł. I nawet nieważne jest to, czy ten pomysł jest banalny, mądry czy głupi – tylko to, jakie reakcje (emocje) w nas wywołał. Tym sposobem, według mnie, sztuka przestaje istnieć – zamienia się w koncept, pewien impuls, psychologiczny gadżet, nowinkę, kuriozum… A my reagujemy jak dzieci (czyli infantylnie), które mają radochę już wtedy, kiedy ktoś zrobi do nich głupią minę, albo kiwnie zabawnie paluszkiem. Tylko czy to będzie świadczyć o naszych genialnych zdolnościach aktorskich? Czy też o potrzebie śmiechu dziecka, które będzie się śmiało z byle czego?

Zdaję sobie sprawę z tego, że można godzinami wpatrywać się np. w akwarium, w wodę, w drzewo, w mur, cegłówkę, w jeden punkt, plamkę albo – dajmy na to – w białe cyferki namalowane (ledwie widocznie) na białym płótnie. I wymyślać sobie Bóg wie co… Bynajmniej nie uważam, że samo w sobie jest to czymś złym (w końcu uznać to można za jeden z rodzajów medytacji), jednak sprawy zaczynają wyglądać nieco inaczej, kiedy taką sytuację rozpatrzymy w kontekście odbioru sztuki. Bo według mnie natrafiamy tu na jeden z zasadniczych problemów związanych z percepcją ‚dzieł’ sztuki współczesnej, którym są: nadinterpretacja, swoista nadbudowa myśli, przydawanie znaczenia czemuś, co znaczenia nie ma (albo ma znaczenie zupełnie inne). I czyni się tak bez względu na to, czym w rzeczywistości dany obiekt (sztuki?) jest, jaką ma treść, czy też wartość artystyczną, (którą i tak ustala się dziś dowolnie i arbitralnie – bo uniwersalne kryteria wartościowania sztuki uleciały wraz z postmodernizmem i przestały praktycznie istnieć). Dla mnie jednak ciągle czymś najważniejszym pozostaje samo dzieło sztuki, a nie to, co wokół niego się nawarstwia. (Czyli w samym dziele sztuki nadal szukam punktu zaczepienia, a nie w ezoteryce tego, co ktoś sobie o nim pomyśli.) Uważam, że weryfikacja znaczeniowa jest możliwa tylko wtedy, jeśli odniesiemy się do dzieła, a nie do jego interpretacji i wartości naddanej. Oczywiście, że o – dajmy na to – czarnej kropce na białym tle można spisać tomy. Ale w tym tumulcie znaczeń i asocjacji sama czarna kropka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie – równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie być, a my nadal podniecalibyśmy się tym, co byśmy sobie o tej kropce pomyśleli. Ale niestety to, by się zachwycać byle czym, lub zgoła niczym, ma już w sztuce współczesnej długą tradycję. Bo jeśli wszystko jest sztuką, to samo pojęcie sztuki przestaje mieć sens. I tym oto sposobem wszyscy znaleźliśmy się (a raczej zagubili) w kropce.” (…)

Teraz widzę, że powyższe słowa były zarówno trafione, jak i chybione. (Chcę jednak zaznaczyć, że jest to sprzeczność pozorna.) Trafione, bo nadal wyrażają moją opinię o pustce i jałowości niektórych przejawów sztuki współczesnej, sprzedającej swój nihilizm jak sens objawiony, będący w rzeczywistości bezsensem; głębię, która tak naprawdę jest płycizną; znaczenie, które każdy wyznacza sam sobie według własnego widzimisię… Chybione, ponieważ w przypadku Mariny Abramović, mamy do czynienia z jej gargantuicznym wręcz EGO (wyrastające, jak każde takie ego, z poczucia własnej znikomości), jak również z jej dominacją nad wszystkim i wszystkimi – już sam tytuł („Artystka obecna”) mówi nam czego się spodziewać: wszechobecności Abramović, która całym swoim performerskim CV mówi „Sztuka to Ja!”.

———————————————————————————————————————————————————————————-

Marina Abramović,

Marina Abramović, „The Lips of Thomas”, 1976

Zastanawiałem się, czy zamieścić tutaj te drastyczne zdjęcia (bo istnieje takie niebezpieczeństwo, że zdominują one znaczeniowo i wizualnie ten wpis, który skupia się w zasadzie na performance Abramović w MOMA w 2011 r.) ale doszedłem do wniosku, że bez nawiązania do twórczości performerki z przeszłości, nie będzie można zrozumieć jej artystycznej osobowości i charakteru tego, co robi ona teraz. Zdjęcia te są dostępne w sieci. Ja znalazłem je tutaj, wraz z opisem, który przytaczam in extenso (wpierw oryginał, następnie moje tłumaczenie). Warto też podać jego tytuł, który dla wielu zabrzmi pejoratywnie, ale zapewne nie dla autora/autorki, który/która najwyraźniej zauroczony jest artystką i jej aktem. Otóż brzmi on: EMPTINESS WILL EAT THE WITCH (PUSTKA ZJE CZAROWNICĘ).

First performed in 1976, The Lips of Thomas heavily references both religion and communism; at its premiere, it similarly transformed the passive audience into actors. Abramović begins this performance with sticky, transubstantiated reverence, consuming more than two pounds of honey and a liter of wine. After whipping herself to numbness, she carves a five-pointed star into her stomach with a razor blade. Abramović then lays on a crucifix fashioned from blocks of ice, with a heater positioned over her stomach. As the star’s bleeding is hastened by warmth, the rest of her body begins to freeze. At the 1976 premiere, the audience was unable to watch for more than half an hour. After 30 minutes, members of the audience retrieved Abramović from the crucifix and carried her off set. The two subsequent performances, in 1983 and 2005 have lasted significantly longer; in 2005, at the Guggenheim, the performance lasted for a full seven hours. I love this lady. (Przedstawione po raz pierwszy w 1076 roku, „Wargi Tomasza” mocno odwołują się zarówno do komunizmu, jak i religii; w czasie swojej premiery podobnie przetransformowały bierną publiczność w aktorów. Abramović rozpoczęła ten performance z lepką, transsubstancjalną nabożnością, konsumując ponad dwa funty miodu oraz litr wina. Po zbiczowaniu się do momentu bezczucia, żyletką wycięła na swoim brzuchu pięcioramienną gwiazdę. Następnie Abramović położyła się na krzyżu zrobionym z lodowych brył, z ogrzewaczem umieszczonym ponad jej brzuchem. Podczas gdy krwawienie gwiazdy wzmagało się wskutek ciepła, reszta jej ciała zaczęła marznąć. W czasie premiery w 10976 roku publiczność nie mogła patrzeć na to dłużej, jak pół godziny. Po 3o minutach członkowie publiczności zdjęli Abramović z krzyża i wynieśli poza instalację. Dwa następne przedstawienia, w 1983 i 2005 r. trwały znacznie dłużej; w 205 roku w muzeum Guggenheima, przestawienie trwało pełne siedem godzin. Kocham tę panią.)

* * *

Rzeczywiście, w sposób oczywisty mamy tu odwołanie się do komunizmu i religii (Abramović wycina na swoim brzuchu gwiazdę Dawida, która, krwawiąc, upodabnia się do czerwonej gwiazdy komunistycznej); nawiązanie do chrześcijańskiej przemiany (transsubstancji) wina w krew, do krwawej ofiary i sakralnego męczeństwa. Jest tutaj kilka elementów charakterystycznych dla „twórczości” (ujmuję to słowo w cudzysłowie bynajmniej nie z powodu pogardy dla samej Abramović, ale dlatego, iż nie jestem pewien, czy uznać to co ona robi za twórczość artystyczną). Są to: masochistyczna (i narcystyczna zarazem) chęć (jest w tym nawet jakaś desperacja) zwrócenia na siebie uwagi (myślę, że źródło tego leży w dzieciństwie Mariny, która sama mówi, że była dzieckiem osamotnionym i niekochanym przez swoich, mocno zaangażowanych w komunizm, rodziców); dalej: szokowanie publiczności krwią, brutalizmem; drastyczne samoudręczanie i samookaleczanie; badanie limitu ludzkiej wytrzymałości; łamanie tabu, odwoływanie się w tym wszystkim do seksu, religii (elementy gore, bluźnierstwa, pornografii…); transgresja, teatralność, prostota i pierwotność (by nie napisać: prymitywizm i dzikość).

———————————————————————————————————————————————————————————–

Jest jeszcze kilka innych paradoksów, z którymi skonfrontowało mnie zetknięcie się z filmem „Marina Abramović: The Artist is Present”. Otóż, kiedy po jego zakończeniu Netflix spytał się mnie o ocenę, dałem temu filmowi cztery gwiazdki (na pięć możliwych), gdyż – abstrahując od tego, że wydał mi się on być dokumentem sprawnie zrealizowanym – rzeczywiście byłem nim poruszony (byłoby to nieuczciwe, gdybym się do tego nie przyznał). Na domiar złego uświadomiłem sobie, że ta kobieta mi zaimponowała (z pewnością jest to skutek tego, co zobaczyłem w tym filmie – który przecież, siłą rzeczy, jest selektywny, jeśli nie stronniczy – a nie rzeczywistej znajomości jej osoby, bo przecież Mariny osobiście nigdy w życiu nie spotkałem). Przede wszystkim byłem pod wrażeniem (tak mi się wydawało) jej siły charakteru, wytrzymałości, wyrazistości… Kiedy podzieliłem się tym z żoną (informując ją także o tym, na czym polegał performance Abramović w MOMie), spotkałem się z ripostą: „ty, taki inteligentny człowiek (sorry, ale naprawdę tak powiedziała – przyp stb), i dałeś się na to nabrać? Wytrzymałość? Przecież pracownicy, ci stójkowi w salach muzealnych tyle samo czasu spędzają, nic w zasadzie nie robiąc – i nie mają za to płacone tyle, co Abramović za swoje siedzenie na krześle. A bezdomni, którzy pod tym muzeum tkwią w tej samej pozycji, na bruku, przez 24 godziny na dobę, czasami przez parę lat? To ma być jej poświęcenie? Dla sztuki, czy dla sławy i pieniędzy? Zastanów się dobrze.”

No cóż, zastanowiłbym się nad tym wszystkim także i bez napomnienia mojej żony, ale nie mogę przecenić jej zdroworozsądkowej postawy, która jednak dość szybko mnie orzeźwiła i sprowadziła na ziemię.

W pierwszej kolejności zastanowiłem się nad tym, dlaczego ten film mnie poruszył – a momentami nawet wzruszył. Otóż wzruszył mnie dlatego, że – mimo sztucznej pompy i spędowego entourage’u całego tego wydarzenia – reakcje ludzkie w zetknięciu się w obecnością (wzrokiem) Mariny Abramović (tym, co najczęściej nam pokazano, były łzy) – wydały mi się autentyczne (a dość często, kiedy widzę ludzkie łzy, to sam nieco się rozklejam). Ponadto uświadomiłem sobie to, jacy ci ludzie muszą być zgłodniali kontaktu z drugim człowiekiem – a przy tym: jacy muszą być w głębi samotni i cierpiący – skoro czekają po kilkanaście godzin w kolejce (niektórzy koczowali przed wejściem do MOMA całą noc), by spojrzeć w oczy obcej kobiecie i się przy niej (a także w obecności całego tłumu) rozpłakać. Dodatkowo, poruszyło mnie również to, jak łatwo można ludźmi manipulować, czy też – wyrażając się bardziej elegancko – na ludzi wpływać, wykorzystując ich odwieczną potrzebę relacji z drugim człowiekiem – wliczając w to potrzebę kultu i adoracji („odkąd człowiek przestał wierzyć w Boga, gotów jest wierzyć w byle co”), łatwość podporządkowania się guru i kapłanowi, łaknienie doświadczenia kolektywnego, a przy tym pokazania się samemu – odciśnięcia na innych swojej obecności. Dochodzi do tego coś w rodzaju stadnego instynktu, psychologia prowadzonego na pasku tłumu – stąd mało wybredne epitety o baranach i osłach. Wreszcie głupota: niby wszyscy są złaknieni kontaktu i wzroku drugiego człowieka, ale kiedy mogą ten głód zaspokoić – np. w metrze, w parku czy w jakimkolwiek innym miejscu publicznym, to wtedy ślepią w te swoje „ajfony”, świata rzeczywistego poza wirtualnym nie widząc.

Pisząc o autentyzmie ludzkich reakcji podczas spotkania z Abramović, miałem oczywiście na myśli tę publiczność zaangażowaną, na której skupiała się uwaga twórców filmu. Bo zapewne było też sporo takich, którzy patrzyli na ten spektakl (jak również na inne instalacje i performance tego wydarzenia autorskiego Abramović, którym MOMA poświęciła kilka pięter) niewiele z tego rozumiejąc i nadrabiając miną snoba. Przypomniała mi się jedna z moich ostatnich wizyt w tym przybytku sztuki współczesnej na Manhattanie i to, co wówczas naskrobałem w swoim kajecie, odpoczywając w Parku Centralnym: W MOMie zastałem niemożliwe do wyobrażenia tłumy, które zmuszone były udawać, że podziwiają w tych warunkach dzieła sztuki współczesnej, która wszak łatwa w odbiorze nie jest. Przyglądając się tej snującej się po wystawowych salach ciżbie, w pewnym momencie uderzyło we mnie poczucie… absurdu: większość tych ludzi, tak naprawdę, zgromadzonymi tam obrazami, rzeźbami i instalacjami nie była zainteresowana: równie obojętnie przechodzili obok pięknego aktu namalowanego przez Modiglianiego, co obok zupełnie nieczytelnych kleksów Motherwella. (A jeśli już przystawali przed jakimś obrazem, to taksowali go niewiele rozumiejącym wzrokiem, jakby zdziwieni, ale przysłaniając to miną znawcy, człowieka myślącego.) Tłoczna ta procesja przypominała mi jakiś rytuał – haracz spłacany nawykowi turystycznej (ewentualnie snobistycznej) konsumpcji – w miejscu, które ciszy się famą jednej z największej atrakcji Nowego Jorku.”

Lecz wróćmy do Mariny i jej wytrzymałościowego posiedzenia. Uderzyło mnie jeszcze kilka innych rzeczy. Na przykład ścisła kontrola całego tego eventu: przestrzeń wokół Abramović była ściśle wyznaczona, między Marina a publicznością, na straży porządku, stało z siedmiu „goryli” – regulamin „audiencji” musiał być ściśle przestrzegany. Kiedy ktoś, siedząc już na krześle, wyciągnął zwykłą ramkę i chciał przez nią patrzeć na Marinę – został bezceremonialnie usunięty. Dziewczyna, która zdjęła sukienkę i chciała nago patrzeć na Marinę, nawet nie zdążyła usiąść na krześle, a już została otoczona przez kilku ochroniarzy i (zaskoczona, ze zdziwionymi oczami) odstawiona na bok. Czy to nie dziwne, że te w sumie niewinne, małe happeningi publiczności, zostały obcesowo uziemione przez organizatorów propagujących (ponoć) swobodę indywidualnej ekspresji, której Abramović wydawała się być apostołką? Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Mając to na uwadze można nabrać podejrzenia, że nawet te łzy były wykalkulowane.

I jeszcze jedna sprawa: komercja. W filmie widzimy młodą Marinę, jak czyta swój „artystyczny manifest”. Jest tam też punkt mówiący o tym, że artysta nie może się zaprzedać komercji. Tymczasem wszyscy czołowi artyści reprezentujący sztukę współczesną są częścią wielkiej machiny komercyjnej (w przeciwnym razie nie mogliby zaistnieć). Wystarczy przyjrzeć się sposobowi w jaki funkcjonuje runek sztuki – działaniu Saatchie Gallery albo „taśmowej” produkcji „dzieł sztuki” przez fabrykę Hirsta… (to mało chwalebna spuścizna po „największym biznesmenie wśród artystów” i „największym artystą wśród biznesmenów”, Andym Warholu). MOMA to też już jest komercyjny gigant – trudno więc, żeby wydarzenie „The Artist is Present” nie było także komercją (sprzedawano np. limitowaną ilość fotografii firmowanych przez Abramović w cenie 3 – 5 tys. dolarów, które niedługo później osiągały cenę 25 – 30 tys. dolarów za sztukę). Mnie to wszystko przypomina coś w rodzaju sekty, klubu towarzyskiego, układu, który sam sobie wyznacza standardy, sam kreuje popyt i ceny, sam wyznacza wartości (dzięki czemu wszystko – zarówno tzw. wartość artystyczna jak i komercyjna „dzieła sztuki” wraz z jego znaczeniem – jest umowne, dla outsiderów często niezrozumiałe). A przy tym, wydarzenia tego typu, co „The Artist Is Present”, nie są wcale jakimś niszowym, marginalnym wybrykiem sprokurowanym przez garstkę maniaków i dziwaków: w spotkaniu z Abramović wzięło udział ponad 750 000 ludzi.

W to wszystko wikła się więc publiczność, widza… Wykorzystuje jego łatwowierność, naiwność, potrzebę kultu, celebracji – głód przeżycia czegoś wyjątkowego, chęć bycia wyróżnionym… Lecz, mimo to, nie rozpatrywałbym tego w kategoriach oszustwa – bo wydaje mi się, że nie jest to głównym motywem, ani celem organizatorów, twórców, producentów – tych, którzy życie artystyczne dzisiaj animują. Gdzieś tam też jest autentyzm, jakaś prawda o sztuce i człowieku. Moim zdaniem, wydarzenie w MOMA, jakim się tu zająłem, więcej mówi o ludziach, którzy wzięli w nim (w sposób zaangażowany) udział, niż o samej artystce i organizatorach. W tym już jest pewna wartość. A to, co mówi, nie jest jednak wesołe – i bynajmniej nie chodzi tu tylko o ludzkie łzy ronione przed „kapłanką” Abramović.

.

(Marina Abramović,

Takie tam skojarzenie (Marina Abramović, „Back to Simplicity”)

.

BOMBY, WIATRAKI I KONTRABAS, czyli o samotności farsowo i tragicznie

*

Niestety, temat znów stał się aktualny (prawdę mówiąc to aktualny on jest zawsze). Chodzi o terroryzm. Ostatni zamach bombowy w Bostonie i dyskusja, jaka wywiązała się pod moim wpisem o dramatycznych wydarzeniach, jakie on za sobą pociągnął, przypomniała mi casus Teda Kaczynsky’ego (słynnego Unabombera) i artykuł, jaki swego czasu poświęciłem tej postaci. Jest to rodzaj studium charakterologicznego terrorysty, który dodatkowo rzuca światło na inne aspekty naszej współczesności, a przy okazji: także na taki fenomen ludzkiej kondycji, jakim jest samotność. (Tekst został opublikowany w „Dzienniku Chicagowskim”, 10 stycznia 1997 roku.)

*

solitude samotność

*

I. WIATRAKI UNABOMBERA*

W czasie największej wrzawy wywołanej aresztowaniem Unabombera, wśród tych wszystkich dyskusji radiowych, telewizyjnych… sążnistych artykułów i cover stories, podobizn zarośniętego i skutego kajdankami Kaczynsky’ego na okładkach największych amerykańskich magazynów, odbyła się również rozmowa w naszej redakcji „Dziennika Chicagowskiego”, w której każdy wygłosił swoje zdanie, a kiedy przyszła kolej na mnie, to wspomniałem coś o „walce w wiatrakami”.
Jednak chwilę później uświadomiłem sobie, że mimo wspólnego mianownika jakim tu jest obłąkanie, przywołanie analogii z donkiszoterią niezbyt dobrze przystaje do przypadku Teda Kaczynsky’ego – do jego postawy – do społecznego i symbolicznego wymiaru całej tej szaleńczej, ślepo-zaułkowej rejterady zbłąkanego geniusza z Chicago.
Don Kichot walczył z wiatrakami, które istniały tylko w jego wyobraźni, chciał kruszyć swą kopię ze zwidą, mierząc nią w chimerę, na co świat zareagował pobłażaniem dla dziwactwa, nie pozbawionym nawet pewnej przychylności i sympatii dla błędnego rycerza.
Ted Kaczynsky zaś obrał sobie za obiekt ataku technologię i postęp cywilizacyjny jako zagrożenia, (które niewątpliwie są faktami i zjawiskami realnymi), jednak swoje bomby podsyłał rzeczywistym ludziom, na co świat zareagował strachem, jak również potępieniem i nienawiścią do zabójcy.
Na tym jednak różnice się nie wyczerpują.
Don Kichot był marzycielem, romantycznym poczciwcem chociaż mitomanem; stawał po stronie honoru, ideału i sprawiedliwości, chciał bronić pokrzywdzonych, no i kochał wzniośle i wiernie Panią swego serca, Dulcyneę z Toboso, a była to miłość wielka i prawdziwa, choć kochanka raczej wyimaginowana.
Ted Kaczynsky zbuntował się przeciwko cywilizacji – trudno jednak dostrzec w nim jakiś utopijny acz szlachetny w intencjach idealizm; nienawidził ludzi, wliczając w to własną rodzinę, a co gorsza… wszystkie kobiety.
Choroba Don Kichota, za pośrednictwem geniuszu Cervantesa, dostarczyła światu jedno z najwspanialszych arcydzieł literatury, uniwersalną parabolę pewnego aspektu człowieczej (nie)doli; romantycznego eskapizmu i owładniającej potęgi ludzkiej wyobraźni.
Choroba Kaczynsky’ego stała się udręką dla jego najbliższych, również dla niego samego, uniemożliwiając mu twórcze wykorzystanie swego niepośledniego intelektu (nota bene o ilorazie inteligencji 170) i wreszcie – co najbardziej wymierne a jednocześnie tragiczne – spowodowała śmierć 3 osób, a zranienie 23.
Wypada tu zaznaczyć, zważywszy choćby na Don Kichota, że „chorobliwość” umysłu niekoniecznie dyskwalifikuje wszystkie jego intencje, skutki i znaczenie – ważność dla społeczeństwa. Zważmy, że niemal wszystkich twórców największych religii świata, współczesna medycyna najprawdopodobniej zakwalifikowałaby do przypadków psychiatrycznych. Nie w tym jednak rzecz. Istotna w społecznej (kulturowej) akceptacji jest pozytywna siła oddziaływania tego, co z pozoru – przynajmniej w oczach tzw. „trzeźwych” realistów – wygląda na obłęd. To prawda, że najczęściej ów stan umysłu jest destruktywny, ale bywa też i konstruktywny, kreując nowe, pozytywne wartości.

Może ktoś mi zarzucić, że zbyt daleko zapędziłem się w swoich konkluzjach, zestawiając casus Kaczynsky’ego z protoplastami różnych religii, jednak wato pamiętać, że nieraz kult rozpoczynał się całkiem skromnie i niewinnie, a to, co przez postronnych świadków odbierane było jako dziwactwo wręcz i fanaberię, stawało się zalążkiem pokaźnego kulty czy seksty, wpływało w końcu istotnie na społeczne, czy choćby tylko partyjne ideologie, zmieniając przy tym historię. Sam zetknąłem się ze sugestiami, że być może kiedyś w przyszłości, Kaczynsky stanie się postacią kultową, kimś w rodzaju świętego jakiegoś ruchu ekologicznego, sprzeciwiającego się technologicznej dehumanizacji naszej cywilizacji. (Doszły mnie nawet słuchy, że wśród młodej polskiej prawicy – a może lewicy? – niektórzy uparli się z Unabombera zrobić bohatera. Znam lepsze wzory.)

greydot

Bez wątpienia Theodor Kaczynsky był socjopatą. Czy jednak wszystkie przypadki tzw. socjopatii uznać należy za psychologiczne czy socjologiczne „przestępstwo”? Przecież pewna doza wyobcowania (poszukiwanie „świętego” spokoju, wolterowskie „uprawianie swojego ogródka”, tudzież pragnienie autonomii, niezależności, skupienia…) może być zrozumiała, a nawet pożądana nie tylko dla tego kto się odsuwa, ale i dla tych, od których ktoś się odsuwa. Pewne wartości, z których korzysta cała społeczność – naród, czy nawet cała ludzkość – mogły powstać tylko w samotności twórcy. Lecz w tym (kreatywnym) odsunięciu się ważne jest mimo wszystko poczucie solidarności z ludźmi – być może nawet gdzieś tam ponad murem, czy warstwą izolacji, która często jest niczym innym, jak rodzajem ochrony przed zranieniem. Solidarności wspólnego losu, doli, fatalizmu, zagrożeń, lęków, cierpienia, radości, nadziei… Wtedy te bariery są jakby pozorne, a współodczuwanie prawdziwe – paradoksalnie, mimo fizycznego dystansu – poczucie więzi staje się mocniejsze.
Niestety, z Unabomberem sprawy miały się inaczej. I doprawdy nie wiem, czemu tę klęskę umysłu i duszy Kaczynsky’ego przypisać: wychowaniu, genom, środowisku… jego własnym wyborom czy też czynnikom endogennym? Dysponuję zbyt małą ilością danych, bo o tym przesądzić. Ewidentne objawy dają nam obraz człowieka dość złożony.
To, że Kaczynsky zamieszkał w chatce na odludziu Montany, samo w sobie nie jest przecież czymś złym i niezrozumiałym. Kto z nas nie odczuwa – przynajmniej od czasu do czasu – podobnej tęsknoty, by „wsiąść do pociągu byle jakiego”, rzucić to wszystko w czorty i zaszyć się gdzieś z psem, kobietą, wędką i książkami (kolejność przypadkowa) w jakiejś leśno-górskiej głuszy? Tym, co trudno zaakceptować, a co świadczyło o poważnych perturbacjach psychicznych Kaczynsky’ego, były pewne epizody z jego życia, których nie sposób tu zignorować. Nie zauważano raczej u Teda zainteresowanie płcią odmienną. Kiedy pewnego razu chciał się do kobiety zbliżyć, ta dała mu kosza a on z wściekłości zaczął w miejscach publicznych naklejać napastliwe i złośliwe limeryki na jej temat. W końcu nie tylko zerwał stosunki ze swoją najbliższą rodziną, ale i skierował na nią swą nienawiść. Kiedy po raz pierwszy matka i brat odwiedzili go w swojej chatce, nie odezwał się do nich ani słowem, siedząc przez pół dnia nieruchomo na kanapie. Później słał im coraz bardziej przykre listy obwieszczając, że nie życzy sobie z nimi żadnego kontaktu. Oto fragmenty: „Uważacie, że możecie mnie traktować jak zwykłego dupka, na którym można się wyżyć i rozładować frustrację. Zawsze chcieliście, abym był waszym grzecznym geniuszkiem.”

Robił wyrzuty rodzicom, że źle go traktowali w dzieciństwie, że używali wobec niego obraźliwych i napastliwych słów. Jednak najbardziej cierpiał wskutek poczucia, iż został przez nich odtrącony, gdy urodził się jego brat, David. Najdziwniejsza wszak była jego późniejsza reakcja na małżeństwo brata. Poczuł się zdradzony (!), uważał, że brat „opuścił” go dla kobiety (!!) i podobno wpadł nawet w rozpacz na wieść, że David czuje się w swoim związku szczęśliwy. Obraża się więc gwałtownie na niego, zawiadamiając o zerwaniu wszelkich kontaktów. Kiedy David chce go odwiedzić w Montanie, pisze pełen złości list: „Tak mnie dusi poczucie bezsilności i frustracji, że nie jestem w stanie zrzucić całej tej śmierdzącej rodziny z moich pleców, a zwłaszcza takiej osoby, jak ty! Nigdy, nigdy nie chcę widzieć ani ciebie, ani kogokolwiek z naszej rodziny.”
Nie wiem, zapewne zbyt mało wiemy o rzeczywistych stosunkach Teda z rodziną, nie znamy całej prawdy i domowych przejść, jednak sporo wskazuje na to, że problem był w Tedzie, a nie w jego rodzinie. Jeśli więc nie było konkretnych, wytłumaczalnych powodów do tak gwałtownej niechęci do krewnych, te słowa Kaczynsky’ego świadczą o jego poważnym emocjonalnym problemie, może nawet o mentalnym krachu.

greydot

Mimo tych dewiacyjnych zachowań Unabombera, spróbujmy podejść poważnie do jego postulatów dotyczących zagrożenia cywilizacyjnego, jakie niesie ze sobą postęp technologiczny. Kaczynsky w swoich manifestach opublikowanych na łamach „Washington Post” i „New York Timesa”, zwracał szczególną uwagę na niebezpieczeństwo związane z eksperymentami inżynierii genetycznej, które mogą prowadzić do „kontroli umysłu i świadomości człowieka, poprzez implanty elektrod w mózgu czy elektroniczne systemy zagrażających prywatności ludzi.”
Trzeba przyznać, że brzmi to nieco paranoidalnie, niemniej jednak musimy się zgodzić z tym, że manipulacja genami przypomina igranie z ogniem i może mieć katastrofalne skutki dla życia na naszej planecie. W każdej chwili może się bowiem zdarzyć, że jakaś mutacja genowa wymknie się spod kontroli i – np. w formie wirusa – zagrozi życiu biologicznemu za Ziemi. Podobnie jest z zagrożeniami ekologicznymi związanymi z rozwojem przemysłu, z urbanizacją, ekspansją infrastruktury, eksploatacją zasobów naturalnych, wymieraniem wielu gatunków roślin i zwierząt. Można to postrzegać jako stopniowe niszczenie środowiska naturalnego, świata fauny i flory – jako zawężanie się wokół ludzi tej sfery życiowej, której nie dotknęła jeszcze ingerencja i piętno ich rozpanoszonej cywilizacji. Nie można zaprzeczyć, że są to zagrożenia całkiem realne – niebezpieczeństwo jest rzeczywiste, co uświadamiają nam nie tylko umysły wzburzone, jacyś nawiedzeni „zieloni”, ale i poważne autorytety naukowe, racjonalni badacze świadomi ewolucji i zmian cywilizacyjnych mających decydujący wpływ na środowisko naturalne człowieka.
Jednakże, nawet w tym kontekście, postawa Kaczynky’ego była nie do przyjęcia. Nie tylko zresztą ze względu na jego akty terrorystyczne, pociągające za sobą niszczenie zdrowia i życia Bogu ducha winnych ludzi. Była nie do przyjęcia (abstrahując od sprawy kryminalnej) ze względu na swoją jałowość. Jeżeli bowiem Kaczynsky był tak przejęty losem ekologicznym świata, to czy nie powinien swoje dążenia zracjonalizować, nadać im społecznie akceptowalnego, cywilizowanego,  po prostu ludzkiego biegu? Istnieją przecież takie formy działalności, które – przy jego potencjale intelektualnym i stopniu zaangażowania – mogły przynieść wymierny i rzeczywisty skutek. Stało się inaczej: Ted dokonał innych wyborów (albo też był zdeterminowany czymś, na co nie miał wpływu), kompromitując w jakimś sensie szlachetność wspomnianych idei i wkraczając ponadto na teren zbrodni.

greydot

Nie ulega wątpliwości, że musimy mieć świadomość konieczności poszanowania otaczającej nas natury, której przecież sami jesteśmy cząstką. Nie wszystkie „zielone” działania i manifestacje należy odbierać jak dziwactwo i kwitować wzruszeniem ramion. Mnie samego zbyt mocno uderzyło pięknych kanionów Utah, majestat polodowcowych dolin Sierra Nevada, niesamowity pejzaż Doliny Śmierci, pełne bizonów pastwiska Yellowstone, dzikie ostępy Wyoming czy też spieczone słońcem pustynie Arizony, by twierdzić, że od tego wszystkiego ważniejsza jest fabryka, kopalnia, cementownia, elektrownia czy tartak. Nie można tego, co kształtowało się przez miliony lat – a co stało się cudem przyrody – niszczyć w ciągu paru dekad ciasnym i krótkowzrocznym pragmatyzmem – jakąś doraźną użytecznością i potrzebą, którą jednak dałoby zaspokoić się w inny sposób.
Z drugiej jednak strony trudno zaprzeczyć, że utopią są wszelkie dążenia anty-postępowe. Naukowego i technicznego rozwoju nie można powstrzymać, tak jak nie da się zastopować ewolucji, przeciwstawiając się jej prawom. Należy jednak zachować nad tym wszystkim jakąś rozsądną kontrolę. A postęp cywilizacyjny nie tylko jest nieunikniony, ale i niezbędny.
W niedawnym orędziu noworocznym na XXX Światowy Dzień Pokoju, Jan Paweł II mówił: „Postęp w dziedzinie przemysłu i rolnictwa zapewnił wyższy poziom życia milionom ludzi i pozwala spodziewać się pomyślnej przyszłości dla wielu innych; dzięki technice możliwe jest dziś pokonywanie wielkich odległości; informacja stała się bezpośrednio dostępna, co poszerzyło możliwości ludzkiego poznania.”

greydot

Napisałem, że świat na bombowe wyczyny Unabombera zareagował strachem i nienawiścią. A czy można było inaczej? Jednakże, ponoć w czasie aresztowania zarośniętego pustelnika z Montany, nawet agenci FBI wykazywali wobec niego pewną przychylność. Podobnie: prasa i media amerykańskie w zasadzie nie były skłonne do grzmiących potępień. Również w naszym polonijnym środowisku dały się odczuć odruchy – jeśli nie sympatii, to pewnej wyrozumiałości wobec Kaczynsky’ego. (Można się było przy okazji zastanowić: jaką rolę w tej nieagresji miało jego polskie pochodzenie ?)  Niektórzy brali jego stronę, podkreślając np. fakt „zdrady”, czyli wydania go policji przez rodzinę. Sugerowano nawet jakieś korzyści materialne, zbicie forsy na wspomnieniach, wywiadach… Tymczasem nie ma, jak do tej pory, żadnych podstaw, by twierdzić, że to spodziewana korzyść finansowa była motywacją w złożeniu donosu przez brata Davida. Rodzina Kaczynsky’ch do dzisiaj nie chce słyszeć o milionie dolarów jaki przeznaczyła agencja federalna na nagrodę dla tego, kto wskaże ślad prowadzący do schwytania Unabombera.

greydot

Tym, co najbardziej obciąża Unabombera, jest terroryzm. Można mu ewentualnie współczuć jako człowiekowi choremu, można starać się zracjonalizować jego ostrzeżenia, upoważnić pewne elementy jego ekologicznej ideologii, jednak z całą pewnością trzeba się sprzeciwić metodom, jakie zastosował on do manifestacji swego buntu.
Jeśli nawet zgodzimy się, że stosowanie drastycznych metod walki jest w realiach dzisiejszego świata czymś nie do uniknięcia (jak można było inaczej wygrać wojnę z faszyzmem?), to terroryzm nigdy nie może zdobyć naszej akceptacji. To prawda, że jego źródło często leży w desperacji, ale tym źródłem bywa też niekiedy szaleństwo, jakaś fundamentalna niezgoda na świat, pewnego rodzaju anarchizm… Często wyrasta on z jakiegoś jądra ciemności ukrytego we wnętrzu człowieka, jest bardziej problemem osobistym, niż ogólnym – jeszcze jedną formą samobójstwa. Bywa też fanatyzmem przebranym w martyrologiczne szatki krzewienia jakiejś ideologii; wreszcie pretekstem do destrukcji dle zdolnych do wszystkiego straceńców. Terroryzm jako szaleńczy spazm w uciecze człowieka przed samotnością.

greydot

II.  SAMOTNOŚĆ Z KONTRABASEM

Samotność z kontrabasem

Zmieńmy jednak wymiar i tonację.
Wziąłem niedawno do ręki sztukę Patricka Suskinda „Kontrabasita” (nawiasem mówiąc przetłumaczoną przez moją redakcyjną koleżankę Basię Woźniak), przypominając sobie przy tym kreację Jerzego Stuhra, który przedstawił nam ją niedawno w Wietrznym Mieście w swojej świetnej interpretacji. Monodram wciąga, ponownie przywodząc pewne skojarzenia z Don Kichotem, tyle że miejsce kopii zajmuje pękaty kontrabas.
O czym myślimy czytając Suskinda?
Kiedy tragedia staje się nie do zniesienia, należy ją zamienić w komedię. Tak, jak samotność Kontrabasisty: w małym pokoju, sam na sam ze swoim instrumentem, (którego bardziej jednak nienawidzi, niż kocha) człowiek przegrany odmawia uznania swego niespełnienia i izolacji za dramat. Ma na to niezawodny sposób: żart, kpinę, ironię, szyderstwo, bagatelę oraz… miłość do pięknej sopranistki Sary. Dodajmy, że jest to miłość platoniczna, jako że Sara nie jest nawet świadoma istnienia swojego adoratora.
Kontrabasista dobrze zna swoje ograniczenia. Wali dramatycznie pięścią we własną pierś i krzyczy: „O, tu – jest pusto!” Nie dane jest mu zostać wielkim artystą, ani nawet dobrym instrumentalistą. Lecz te chwile nie trwają długo. Już w następnej minucie uważa siebie i swój instrument za pępek… nie tylko filharmonii, ale i świata. Kompleks niższości jakże łatwo zamienia się w manię wielkości.
No ale co z tą miłością? Może właśnie to uczucie ratuje Kontrabasistę przed ostateczną katastrofą? To nic, że nieosiągalność kobiety pożądanej przepełnia go goryczą i zmusza do tego, by zastąpić jej ciało kontrabasem. Dobra i taka namiastka, niż żadna. Tak, jak pisał w swoich „Esejach” Franciszek Bacon: „Jakże mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, czym może być samotność. Gdyż tłum nie jest towarzystwem, twarze są niczym innym, jak galerią obrazów, a rozmowa zaledwie cymbałem brzmiącym – jeśli nie ma w tym wszystkim miłości.” Bacon nawiązywał zapewne do „Hymnu o miłości” Św. Pawła, a wyszło tak, jakby znał przypadek naszego samotnego Kontrabasisty, koncertującego przed tłumnym audytorium i wzdychającym do sopranistki.

greydot

Samotność.
W społeczeństwie zawsze jest to rzecz podejrzana. Choć zdania na jej temat są podzielone. Z jednej strony mówi się tak, jak Pearl Buck: „Człowiek, który próbuje żyć samotnie, nigdy nie odniesie sukcesu jako ludzka istota – jego serce stanie się oschłe, jeśli nie znajdzie drugiego serca, jego umysł skurczy się, jeśli będzie słyszał tylko echo swoich własnych myśli nie znajdując innej inspiracji”.
Z drugiej strony uważa się, że tylko w samotności może się spełnić ludzka indywidualność i „pełnią rozkwitnąć dusza”.
Podsumował wszystkich Tomasz Mann pisząc w „Śmierci w Wenecji”: „Samotność jet matką tego, co w nas jest oryginalne, matką piękna niespotykanego i zadziwiającego – czyli poezji. Ale bywa też tak, że rodzi przeciwieństwa: perwersję, absurd – to, co zakazane”.

greydot

Naszego samotnego Kontrabasistę można umieścić w samym banalnym środku między tymi skrajnościami: oryginalności to on zbytniej z siebie nie krzesa (choć czuje czasem w swej tęsknicy dotknięcie poezji), również perwersją zbytnią nie grzeszy, okazując się tylko niegroźnym dziwakiem.
Istotne jest to, że swoje osamotnione życie woli Kontrabasista widzieć bardziej jak komedię, niż tragedię. Tym lepiej nie tylko dla niego, ale i dla nas – świadków jego pustelniczej doli. Bowiem wolimy śmiać się z człowiekiem, niźli razem z nim płakać. A sam Kontrabasista ma doskonały i genialny w swej prostocie sposób na radzenie sobie z problemami, które go przerastają. Zanim coś go zaboli, obwieszcza sobie i światu: „Olewam to!”
Kontrabasista przymierza się jednak do aktu desperacji i heroizmu. Chce podczas solennej premiery opery, w której Sara śpiewa główną partię, wstać w ciszy i wykrzyczeć na cały głos imię swojej ukochanej. Wyobraża sobie, że tylko w ten sposób może zwrócić na siebie jej uwagę. Zniszczyłby pewnie tym swoją „małą stabilizację”, ale za to zyskał rys pasji i bohaterstwa. (To nic, że tylko w swoim własnym mniemaniu.)
Właśnie pakuje swój instrument do futerału, przywdziewa frak i wychodzi do filharmonii. Czy jednak wystarczy mu odwagi, by krzykiem zagłuszyć swoją samotność

greydot

JAK PIES!

*

Mój przyjacielu,
równie dobrze, zamiast łba tego psa
mogłaby być tam twoja głowa

Myślisz, ze ogrzewa cię światło
a ono tylko odbija się w oku,
które widzi obsuwającą się wydmę świata

Skowyt uwiązł ci w gardle
i sądzisz, że to jakaś fanaberia poetów
by skomleć, kiedy zasypują cię piachem

Twój Pan, gdzie jest?
Czy zagoił ci się już grzbiet
wygarbowany kiedyś przez jego kij?

Mówisz: gniew Mistrza mojego
to boży gniew!
Czy nie dlatego, że wówczas cierpienie twe,
choć głębsze – wydaje się też metafizyczne?

His Master’s Voice: słyszysz?
Czy jest to głos wołającego na pustyni
czy też szmer przesypujących się ziaren piasku,
które w końcu zduszą twój oddech?

Patrz: nicość jest jak płonąca ochra!
Ale ty mówisz, że to jedynie brudna żółć
I dziwisz się, że można ją uznać za symbol życia,
że przecież to tylko liszaje
zdjęte z muru tego szalonego malarza Goy’i

Nie wiem, czy pysk swój opierasz znużony
monotonią dziejącej się hekatomby
kiedy wszystkie kolory
przeganiane są na cztery wiatry?

Nie wiem – jest już w tobie spokój i pokora
życia wiernego jak pies?
Czy też rezygnacja i zmęczenie
sługi wygnanego z pańskiego pokoju?

Czy gasnąc, pochłonięty przez śmiertelną czerń
będziesz sie pocieszał,
że o zdechłym nie mówi się źle?
Że mogą cię nawet wtedy nazwać
swoim najlepszym przyjacielem ?
I pamiętać, że właśnie tu leżysz pogrzebany?

 

 

 

Jakże różnią się od siebie te dwa obrazy, które w madryckim Prado zrobiły na mnie największe wrażenie: rozbuchana kolorystycznie, zatłoczona kompozycyjnie, drobiazgowo detaliczna, szalenie alegoryczna – pełna niezliczonej ilości symboli wizja Boscha ukazująca „Ogród rozkoszy ziemskich” oraz minimalistyczny, monochromatyczny, zredukowany niemalże do jednego znaku obraz Goi „Zagrzebany pies”.
Goya namalował go pod koniec życia na jednej ze ścian swojej willi Quinta del Sordo jako uwieńczenie całej serii nazwanej później „pinturas negras”. „Domu Głuchego” dawno już nie ma, ale „czarne malowidła” przetrwały – najpierw zdjęte wraz z tynkiem ze ścian, a później przeniesione z tynku na płótno – wiszą teraz w Prado i są uznawane za coś w rodzaju malarskiego testamentu Goi.
„Pies” uważany jest za obraz par excellence modernistyczny, z tym, że wyprzedzający swoją epokę o wiek niemal cały. Nikt inny, tak jak Goya, nie potrafił równie wspaniale łączyć ekspresję z symbolizmem: furiacką wręcz swobodę operowania pędzlem czy szpachlą i przejmującą na wskroś wymowę znaku, kreski, plamy i obrazu.
Wydawałoby się, że symbolika „Psa” jest dość jasna i przejrzysta: chodzi tu o dramat świadomości żywej istoty skonfrontowanej z niszczycielską siłą przytłaczającego ją świata – dramat osamotnienia, opuszczenia, rezygnacji, niemożności, bezsilności i ostatecznego unicestwienia w obojętnym na nasz los pustynnym Kosmosie.
Jednak, po głębszym wejrzeniu w dzieło Goi, można się przekonać, że można go interpretować na wiele różnych sposobów (o czym świadczyć choćby może zamieszczony powyżej tekst, którego zręby powstały jeszcze wtedy, kiedy stałem oniemiały przed tym zdumiewającym obrazem aragońskiego mistrza w Madrycie).