ARUBA – wyspa szczęśliwa

.

Malowniczo pokręcone drzewo divi-divi (Libidibia coriaria) cieszy się największym wzięciem wśród fotografów

.

       „One Happy Island” – lubią o swoim miejscu zamieszkania mówić Arubańczycy. Ale jak z tym szczęściem jest w rzeczywistości? Pewnie tak jak w życiu – czyli różnie. Jednak to prawda, że na tej karaibskiej wyspie dużo ludzi się śmieje, tańczy i śpiewa. I nie są to tylko turyści ze statków wycieczkowych, czy plażowicze, a przede wszystkim rdzenni mieszkańcy.
A jest ich na wyspie ponad 100 tysięcy. Głównie są to Kreole i Latynosi, którzy stanowią miks różnych ras – w tym Europejczyków, Indian i potomków czarnych niewolników. Jest też kilka tysięcy Holendrów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że każdy obywatel Aruby jest jednocześnie obywatelem holenderskim. Wyspa stanowi terytorium autonomiczne, ale wchodzi – wraz z innymi wyspami Antyli Holenderskich – w skład Królestwa Niderlandów, więc jej mieszkańcy są formalnie poddanymi królowej holenderskiej.
Językiem urzędowym na Arubie jest (używany w sprawach formalnych) język niderlandzki, ale jest nim także (używany powszechnie na co dzień) kreolski język papiamento, będący przedziwną mieszanką wielu języków (głównie hiszpańskiego i portugalskiego). Ze zdecydowaną większością mieszkańców można się wszak dogadać po angielsku, gdyż na wyspę przylatują (i przypływają) przede wszystkim Amerykanie (stanowiąc ok. 80% wszystkich turystów odwiedzających Arubę). Obecnie – od czasu, kiedy przestały tu działać rafinerie i podupadł eksport aloesu – turystyka przynosi wyspie największy dochód.
Aruba jest jedną z trzech wysp Małych Antyli, które czasami nazywa się Wyspami Podwietrznymi ABC (Aruba, Bonaire, Curaçao) i jest położona zaledwie 24 km od wybrzeży Wenezueli. A jest to dystans krótszy niż długość wyspy, która wynosi niecałe 30 km. (Jej szerokość to niewiele ponad 8 km.)
Każda z karaibskich wysp jest inna, ale Aruba wyróżnia się wśród nich szczególnie. Choćby tylko tym, że rośnie tu zdecydowanie więcej kaktusów, niż palm, a to z powodu klimatu, który co prawda jest tropikalny i gorący, ale jest jeszcze przy tym półpustynny. Istnieje też różnica bardziej konkretna: Arubę omijają huragany. Za to wieje tu niemal zawsze wiatr (pasat) – bardziej wszak dla ochłody, bo porywisty to on nie jest (chyba, że jesteśmy na wschodnim wybrzeżu wyspy). Pogoda niezbyt zmienia się w ciągu roku, średnia temperatura dnia to 28 °C, zaś ilość dni słonecznych w roku jest tu większa niż na jakiejkolwiek innej karaibskiej wyspie (poza archipelagiem ABC).

Spacer po plaży o poranku – niezmącony, relaksujący (Eagle Beach to prawdziwy skarb Aruby)

.

       Aruba słynie z klimatu, słońca, plaż i nurkowania – i jest to sława zasłużona. Tutejsze plaże są piękne. Największą popularnością cieszą się zwłaszcza dwie, położone w zachodniej części wyspy: Eagle Beach i Palm Beach – szerokie, długie na parę kilometrów spłachetki lądu z pisakiem białym jak cukier, obmywane turkusową wodą Morza Karaibskiego. Jeśli są „popularne” to można się na nich spodziewać sporego tłumu plażowiczów. Przy czym więcej ludzi można spotkać na leżącej bardziej na północ Palm Beach (w rejonie tzw. high-rise, czyli „wysokopiennych” luksusowych resortów w rodzaju Ritz, Marriot, Riu, Hilton…), niż na Eagle Beach (rejon slow-rise, zdominowany przez mniejsze resorty „niskopienne”).
Ta ostatnia była naszą ulubioną plażą. Jakichś szczególnie wielkich tłumów na niej nie było (zwłaszcza spacerując rankiem dzieliliśmy ją z kilkoma zaledwie takimi jak my rannymi ptaszkami). Tutaj też najczęściej kąpaliśmy się i pływaliśmy. Skąd się wzięła nazwa Eagle Beach, to doprawdy nie mam pojęcia, bo orłów tu się raczej się uświadczy. Są za to osobliwe – ale dzięki temu bardzo fotogeniczne – drzewka divi divi: niewiarygodnie powykręcane, chylące się w stronę morza i aż dziw, że do tej pory żywe, bo każdego dnia dotykane i ściskane przez setki ludzi. Drzewka są dwa, ale oblegane jest zwłaszcza jedno z nich, bo każdy chcą zrobić sobie przy nim zdjęcie. (Podejrzewam, że jest to najbardziej obfotografowywane drzewo na Karaibach.)
Są jeszcze inne plaże, wśród których najbardziej znana jest położona na południu wyspy Baby Beach. Jadąc tam można jednak przeżyć szok na widok monstrualnej (opuszczonej i niszczejącej) rafinerii naftowej (ongiś jednej z największych na świecie, przerabiającej ropę naftową przewożoną tu z pobliskiej Wenezueli). Baby Beach znajduje się w sąsiedztwie rafinerii, ale na szczęście nie jest ona z tej plaży widoczna tak bardzo, by komukolwiek zepsuć uciechę z plażowania, opalania się, pływania i kąpieli.
Można powiedzieć, że Aruba to istota o dwóch twarzach. Jedna z nich – ta skierowana na zachód – znaczona jest pięknymi, stworzonymi do wypoczynku piaszczystymi plażami, gdzie morze jest zwykle łagodne i spokojne, a jego woda szafirowa; druga zaś – ta zwrócona ku wschodowi – jest dla tej pierwszej niczym Mr. Hyde dla Dr. Jeckylla: ostre i poszarpane skalne urwiska, smagane szaleńczo przez potężne spienione fale i prawie że sztormowy wiatr (to widok, który robi wrażenie, zwłaszcza jeśli ktoś przyzwyczaił się już do łagodności pierwszego oblicza/osobowości wyspy).
Cóż, być może dlatego ta wschodnia część wyspy wydaje się niektórym z jej gości ciekawsza? Na pewno warto się tam wybrać – nie tylko po to by zobaczyć ten fantastyczny krajobraz i poczuć potęgę morskiego żywiołu, ale również dlatego, że znajduje się tam jeszcze kilka interesujących miejsc.

Przeprawa przez drogi i bezdroża Parku Narodowego Arikok to doświadczenie diametralnie różne od plażowania

.

       Najważniejsze z nich to Park Narodowy Arikok – ciągnące się jak okiem sięgnąć wzgórza wulkaniczne pokryte nieprzebytym gąszczem kaktusów (wśród nich wyróżniają się zwłaszcza organowe) i suchokrzewów (typu wilczomlecz mleczny). Są tam nawet jaskinie, wyżłobione przez wodę w skałach wapiennych, powstałych ze spetryfikowanych koralowców (największą i najciekawszą nich Fontein Cave warto zwiedzić). W strefie brzegowej parku znajduje się naturalny basen (Natural Pool), w którym można się kąpać, gdyż jest on od morza – i jego wściekłych fal – oddzielony skalną ścianą. Wielką atrakcją parku był kiedyś most naturalny (Natural Bridge) lecz niestety, runął niedawno pod własnym ciężarem i na jego miejscu zostało tylko skalne rumowisko.
Jest jeszcze kilka innych miejsc, które ewentualnie można na Arubie zwiedzić: latarnia morska California, wulkan Hooiberg, formacja skalna Casibari (z której najlepiej chyba widać prawdziwą, nieturystyczną Arubę), ruiny kopalni złota Bushiribana, farma motyli, plaża flamingów (tam, niestety, bardzo trudno się dostać, a jeżeli już się to uda, to kosztuje to krocie). Ci, którzy nurkują, mają tutaj wiele możliwości – a kto robi to nie tylko z rurką, ale i z akwalungiem, to może u wybrzeży wyspy przeżyć prawdziwą podwodną przygodę, mając do dyspozycji aż siedem wraków (w tym dwa samoloty i robiący największe wrażenie niemiecki okręt SS Antilla, zniszczony w 1940 roku przez samych Niemców, którzy nie chcieli go oddać w ręce Holendrów). Nie sposób przegapić największego miasta – a jednocześni stolicy Aruby – Orenjestad (jak dla mnie zbyt upiększonego, z dziwną architekturą przypominającą jakiś pseudo-kolonialny cukierkowy Disneyland). Trzeba tylko uważać, żeby nie wybierać się do śródmieścia w tym samym czasie, kiedy ze statków wycieczkowych spływają i zalewają miasto tysięczne hordy turystów.
Z tego, co napisałem o rozsianych po wyspie atrakcjach, można chyba wywnioskować, że przebywając na Arubie warto choć na parę dni wypożyczyć samochód (przy czym jazda po terenowych, żwirowo-piaszczystych drogach wschodniej części wyspy, wymaga samochodu z wyższym zawieszeniem – SUV’a, a jeszcze lepiej jeepa z napędem na cztery koła). Jeśli chodzi o nas, to przez cały pobytu na Arubie dysponowaliśmy samochodem, dzięki czemu poznaliśmy wyspę dość dobrze. I muszę powiedzieć, że jej różnorodność bardzo mnie zaskoczyła – pozytywnie, rzecz jasna. Polecam więc przekonać się o tym samemu, ale jeśli ktoś chce spędzić swoje wakacje tylko na plaży, to… voilà!
Jeżeli nie chce się wydawać fortuny na pobyt w hotelu czy resorcie przy plaży, (ceny za noclegi bywają w nich rzeczywiście astronomiczne), to można wynająć jakieś lokum w interiorze wyspy i stamtąd wybierać się na plażę samochodem (wypożyczenie małego samochodu nie jest tu wcale takie drogie). O Arubie mówi się, że wyjazd na nią to kosztowna impreza, ale (z własnego doświadczenia) wiem, że jeżeli zastosuje się ten drugi wariant pobytu na wyspie, to nie wypada to drożej, niż np. wakacje na Florydzie.
Powinienem jeszcze wspomnieć o jedzeniu, które na Arubie jest naprawdę znakomite (całe mnóstwo restauracji serwującej najczęściej owoce morza) ale to trzeba sprawdzić samemu. Dlatego życzę wszystkim Czytelnikom aby mogli się na tej „szczęśliwej wyspie” choć raz w życiu znaleźć, doświadczając jej uroków, piękna i smaków własnymi zmysłami – i na własnej skórze.

*  *  *

.

Wypatrując pirata z Karaibów?

.

.

Drugie oblicze wyspy: dzikie spienione fale, wicher i skalne urwiska

.

.

Skrzydlata, kolorowa, efemeryczna piękność

.

.

Aruba girls, girls, girls…

.

.

I wreszcie: jeden ze słynnych arubańskich zachodów słońca nad Morzem Karaibskim

.

POWIĄZANE WPISY: KARAIBY

.

..

DIVI DIVI TREE

.

.

FOOD

.

.

A NA DESER MOTYLKI

.

greydot.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

TRISTES TROPIQUES

 

Leaning palms
of southern seas
basking in the sun
combed by ocean breeze
rooted in a sandy beach
guarded by boulders
battered by persistent waves

.

They are nothing like
tropical Sadness or Joy
their Secret Life is not revealed
to passerby like us
but their Beauty is obvious
as is their sturdy endurance
in the merciless Realm of Time

.

is there a God
to save this moment
of daily Wonder?
or it’s just me
longing for burst of Love
everlasting and reaching
from here to Eternity?

.

* * *

KAJMANY – nie tylko raj podatkowy i Siedmiomilowa Plaża

Na pewno Kajmany nie przyciągnęły mnie jako raj podatkowy – miliony dolarów (których nie posiadam) mogłyby więc być chronione tylko hipotetycznie – ale jako karaibska enklawa, gdzie nadal dominuje słońce, woda, plaże i pogodne niebo. Wyspy kusiły jako miejsca, które przenika cały ten tropikalny vibe ciepłych mórz południowych, generowany nie tylko przez klimat, ale przede wszystkim przez zamieszkujących je ludzi.

.

Sunshine Point – samotna palma z widokiem na Morze Karaibskie

.

       Oczywiście fakt, że na Kajmanach ma siedzibę ok 600 banków i spółek powierniczych (w których ulokowanych jest ok. 2 biliony dolarów), ma przemożny wpływ na sposób funkcjonowania wyspy (w niniejszym tekście odwołuję się głównie do Wielkiego Kajmana – wyspy zamieszkiwanej przez 95% z 60 tysięcy stałych mieszkańców archipelagu, w skład którego wchodzą jeszcze dwie niewielkie wyspy „siostrzane”: Mały Kajman oraz Cayman Brac), jednakże nie jest to w stanie zdławić tropikalnego charakteru tego zagubionego na Morzu Karaibskim skrawka lądu.
Przekrój demograficzny Kajmanów jest specyficzny – unikalny, jeśli porównamy go z populacją innych wysp karaibskich – i to nie tylko dlatego, że na Wielkim Kajmanie niewolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak w innych rejonach Karaibów, ale przede wszystkim z powodu różnorodności ludności napływowej (tylko połowa mieszkańców pochodzi z wyspy), dzięki czemu doliczyć się tu można ponad 100 narodowości (jeśli zaś chodzi o rasę, to tylko 20% mieszkańców Kajmanów stanowią biali). Najwięcej ludzi przybyło tu z Jamajki, Stanów Zjednoczonych i Kanady, parę tysięcy z Wielkiej Brytanii (bądź co bądź Kajmany to brytyjskie terytorium zamorskie, którego głową pozostaje królowa Elżbieta II).
W charakterze Kajmanów wyczuwany jest więc kosmopolityzm, ale z drugiej strony daje się też odczuć coś w rodzaju lokalnego patriotyzmu, który wynika prawdopodobnie z faktu odizolowania wysp – specyficznego, nawet jak na karaibskie warunki.

       W sumie Wielki Kajman zaskoczył mnie pod wieloma względami. Już wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę wyspę z okna samolotu, zadziwił mnie jej kształt do złudzenia przypominający buta. Kiedy schodziliśmy do lądowania, odsłoniła się przed nami słynna Siedmiomilowa Plaża (w rzeczywistości ma ona długość 10 km) a zaraz potem zbliżyliśmy się do stolicy Kajmanów, miasta George Town, przelatując bardzo blisko nad kilkoma zakotwiczonymi w porcie olbrzymimi statkami wycieczkowymi.
Wkrótce okazało się, że Wielki Kajman – jak chyba żadna inna wyspa na Karaibach – jest pełen kontrastów. I nie chodzi mi tylko o kontrast ekonomiczny, (choć ten najbardziej rzucał się w oczy: zdeponowane w bankowych sejfach góry pieniędzy vs. nie opływający raczej w bogactwo tubylcy; luksusowe resorty, hotele i kondominia okupowane przez nadzianych flotą przybyszów vs. nadzwyczaj skromne małe pastelowe domki zamieszkałe przez „lokalesów”), ale również kontrast… nazwę go topograficzno-ekologicznym. Spodziewałem się bowiem gęsto zabudowanej, wypełnionej szczelnie infrastrukturą wyspy (o niezbyt dużej przecież powierzchni 196 km kw.), a okazało się, że ogromna jej większość porośnięta jest dziką roślinnością tropikalną – ziemią zupełnie niezagospodarowaną, a przy tym niemożliwą do przebycia. Sama Siedmiomilowa Plaża (Seven Mile Beach) – która notabene uważana jest powszechnie za najpiękniejszą plażę Karaibów (i chyba nie ma w tym większej przesady, jeśli weźmie się pod uwagę plaże duże) – jest bardzo zróżnicowana, bo obok dość tłumnie wypełnionych odcinków w pobliżu wielkich hoteli i resortów (takich jak np. Westin, Marriott czy Ritz-Carlton) znajdują się niezatłoczone, spokojne, niemal kameralne miejsca, odwiedzane przede wszystkim przez stałych mieszkańców wyspy.

       Pisząc o Kajmanach nie sposób nie wspomnieć o tutejszych urokach kulinarnych (nie wiem, ile jest w tym prawdy, ale wielokrotnie spotkałem się z opinią, że Kajmany są stolicą karaibskiej kuchni), bo rzeczywiście jedzenie w miejscowych restauracjach jest wyśmienite (czego niestety nie można powiedzieć o znajdujących się na wyspie supermarketach, wypełnionych sprowadzaną z kontynentu, typowo amerykańską masówką, produkowaną przez żywnościowe kombinaty, na dodatek o wiele droższą niż w Stanach).
Jeśli chodzi o tzw. atrakcje turystyczne Kajmanów, to oczywiście można je sobie „wygooglać” w Internecie (informacji na ten temat jest tam całe mnóstwo). Lepiej będzie, jeśli wyszczególnię je tutaj całkiem subiektywnie, obdarzając każdą małym komentarzem, odnoszącym się do mojego doświadczenia i wrażenia, nie powielającym krążących komunałów.

greydot

Siedmiomilowa Plaża – prawdziwy skarb Kajmanów

SEVEN MILE BEACH. First things first: Siedmiomilowa Plaża – what a joy! Bywaliśmy na niej codziennie, każdego ranka przemierzając kilometry piaszczystego brzegu Morza Karaibskiego, idąc nad turkusowo-akwamarynową wodą obmywającą nasze stopy, czując lekką bryzą, słysząc przyjemnie szumiące fale tuż obok… Naturalnie, codziennie kąpaliśmy się też i pływaliśmy w tej niesamowitej, przeważnie nieskazitelnie czystej wodzie – zjawiskowo przezroczystej, skrzącej się w promieniach słońca… To były momenty, które mogę zaliczyć do najprzyjemniejszych chwil mojego życia – cała ta mieszanka błogości, spokoju – poczucie szczęścia i radości – jedno z najbardziej namacalnych doświadczeń cudu istnienia. (Wiem, że to co przed chwilą napisałem trąci patosem, ale jednak nie ma w tym przesady, bo prawdziwie oddaje moje osobiste przeżycie, bliskie jednak euforii).

greydot

Stingray Citybliskie spotkania z płaszczkami

.

STINGRAY CITY. Kajmański przebój Nr 1 (nie licząc Siedmiomilowej Plaży): bliskie spotkanie z płaszczkami. Wypływa się łodzią na oddaloną o kilka kilometrów od brzegu mieliznę (sand bar) gdzie dziesiątki wielkich płaszczek czekają tylko na to, by rzucić im coś do jedzenia. Ludzie schodzą wtedy do wody i brodząc w niej głaszczą te przedziwne stworzenia (niektórzy to nawet całują je „na szczęście”). Ceremoniał ten odbywa się od lat – ponoć od czasów, kiedy powracający z połowu rybacy zatrzymywali się w tym miejscu i rzucali płaszczkom to, co z ryb wypatroszyli. No i teraz te dzikie ongiś zwierzęta zachowują się jak oswojone, do ludzi są przyzwyczajone. Ze Stingray City podpłynąć można nieco dalej (na Starfish Point), by tam z kolei spotkać się z rozgwiazdami, które mienią się niczym klejnoty na morskim dnie – na piasku lub rafie koralowej, w płytkiej żółto-zielonkawej wodzie. Również i te stworzenia można brać (delikatnie) do ręki, bo podobno nie robi to im żadnej krzywdy.

greydot

Cayman Crystal Caves – podziemny świat (nie)ziemskich dziwów natury

.CAYMAN CRYSTAL CAVES. Muszę się przyznać, że nie spodziewałem się też zastać na Kajmanach tak pięknych i ciekawych jaskiń. Nie tak dawno umożliwiono ludziom ich zwiedzanie. Do tej pory dostęp do nich był bardzo trudny (leżą one w głębi lądu, na wyboistym terenie gęsto porośniętym krzewami i drzewami). Wybudowano jednak specjalnie do tego celu drogę i obecnie można z przewodnikiem zwiedzać kilka grot, zadziwiających bogactwem kształtów i kolorów – kompleks formacji skalnych, unikalnych w tym rejonie globu.

greydot

Cayman Turtle Centre – żółw zielony (choć tutaj tego nie widać) i (ponoć) jadalny (na szczęście już wkrótce miał być wypuszczony do morza)

CAYMAN TURTLE CENTER. Wprawdzie wolę spotykać zwierzęta na wolności – w ich naturalnym środowisku – to wizyta na tej farmie żółwi umożliwiła mi zetknięcie się oko w oko z setkami żółwi wszelkich kolorów i rozmiarów – przyjrzenie się z bliska tym (często zaskakująco pięknym) stworzeniom. Cayman Turtle Center specjalizuje się w hodowli tzw. „żółwia jadalnego” (sam się zdziwiłem, że taka nawa w języku polskim jest poprawna dla tego gatunku; w języku angielskim brzmi to jednak lepiej: green turtle). Żółw jadalny/zielony jest gatunkiem zagrożonym, więc sporo tych zwierząt wypuszcza się z farmy do morza. Nawiasem mówiąc, kiedy w 1503 roku przypłynął na rzeczone wyspy Kolumb, zastał na nich takie ilości żółwi, że nazwał je La Tortugas (co w języku hiszpańskim oznacza nic innego jak właśnie „żółwie”). Ale jeszcze w tym samym wieku ukuto nazwę Kajmany (od caribskiego słowa caimán jakim nazywano żyjącego jeszcze wtedy na Karaibach amerykańskiego krokodyla).

greydot

Vegańskie pyszności – lunch w restauracji VIVO

KUCHNIA. Jak już wspomniałem, na wyspie jedzenie – zwłaszcza to lokalne, przygotowywane na miejscu – jest pyszne. Odwiedziliśmy kilkanaście restauracji (czy też raczej – w niektórych przypadkach – jadłodajni), o różnej klasie i specjalnościach: od bardzo skromnych przydrożnych/przyplażowych budek/baraków/kiosków (jak np. Heritage Kitchen czy West Bay Diner), przez serwujące znakomite dania (kuchni włoskiej, japońskiej, francuskiej… choć oczywiście króluje seafood, czyli owoce morza) restauracje w znośnej i niezbyt wygórowanej strefie cenowych stanów średnich (Casanova by the Sea, Calypso Grill Cayman, Catch Restaurant & Lounge), po fine dining w eleganckich, lekko snobistycznych, lecz mimo to ciągle znakomitych przybytkach sztuki kulinarnej typu Ristorante Pappagallo czy Bacaro.
Każde z tych miejsc godne jest polecenia, lecz nam najbardziej do gustu przypadła leżąca na skalistych klifach, skromna i kameralna restauracyjka VIVO Cafe, którą odwiedziliśmy kilka razy – w dużej mierze ze względu na jej właściciela i zarazem szefa kuchni Francisa, ale przede wszystkim z powodu serwowanych tam niezwykle smacznych i niesztampowych dań, w które wkładał on nie tylko całe swoje kulinarne mistrzostwo, ale i serce. Tak więc, mimo że to dania wegańskie, to i tak uwiodły mnie, niepoprawnego – choć trochę skruszonego już – mięsożercę.

RUM etc… Dużą popularnością – i niezłą opinią – cieszą się również atrakcje związane z produkcją alkoholu (zwłaszcza rumu i piwa): Cayman Spirits Co. Distillery oraz The Cayman Islands Brewery. Umożliwiają one nie tylko smakowanie tych trunków, ale i zapoznanie się z ich produkcją – w sposób przystępny, naoczny, edukacyjny, ale i zabawny (w zależności od posiadanej wiedzy i poczucia humoru prowadzącego turę.

greydot

Rozgwiazdy – Rum Point

– Chciałbym jeszcze wspomnieć tutaj o miejscu, które na pewno mogę zaliczyć do moich najbardziej ulubionych zakątków wyspy. Leży ono na północy Wielkiego Kajmana, w rejonie zwanym RUM POINT. Chodzi mi o położoną na południe od Rum Point Beach mierzeję, na której znajduje się tzw. SUNSHINE POINT – ławę śnieżnobiałego, miękkiego jak mąka piasku, z naturalną zatoczką pełną – jak się okazało – wielkich muszli (nadal z żywymi mieszkańcami w środku). Spotkaliśmy tam tylko dwie osoby – parę wakacjuszy wynajmujących jeden z pobliskich apartamentów (z którymi wdaliśmy się w długą i ciekawą rozmowę).
Jeśli już trafimy na Rum Point, to warto zajrzeć do znajdującego się tam także (wspomnianego już wcześniej) Starfish Point (nieopodal Water Cay Beach) oraz na plażę Kaibo. W obu miejscach żyją rozgwiazdy.
A jeśli znajdziemy się tam w nocy, to mamy niezwykłą szansę zobaczenia fenomenu bioluminescencji: w małej zatoczce obok świeci nocą plankton – fantastyczne zjawisko, które można zaobserwować w kilku zaledwie miejscach na świecie.

greydot

       O Kajmanach można by napisać znacznie więcej. Może jeszcze tylko napomknę o tym, że wokół wysp żyją koralowce, tworząc piękne kolorowe rafy, które (wraz z całą żyjącą w nich bogatą morską fauną) można oglądać zarówno pływając na powierzchni morza ze snorkelingową rurką, jak i nurkując w jego głębinach z tlenową butlą.
Z tego co wiem, wskutek pandemii trudno się obecnie dostać na Kajmany, lecz miejmy nadzieję, że już wkrótce na świecie zrobi się bardziej normalnie i wyspą będą się mogli cieszyć nie tylko jej stali mieszkańcy, ale i wybierający się tam goście. Czego Wam wszystkim – zainteresowanym podróżą do tego niezwykłego miejsca – życzę.

greydot

greydot

Appendix Nr 1: BISMARCKIA NOBILIS

       Jako dodatek chciałbym również pokazać tu kilka zdjęć zrobionych pewnej roślinnej piękności, rosnącej w ogrodzie, przy domu, w którym mieszkaliśmy na Kajmanach. Jest to tzw. Palma Bismarcka (Bismarckia Nobilis). Do dzisiaj nie wiem, dlaczego tak nazwano tę piękną palmę (na pewno nie ze względu na mało-urodziwą aparycję „żelaznego” kanclerza). Choć już sam epitet „nobliwa” łatwiej jest zrozumieć. Ta palma z naszego ogrodu miała akurat płeć żeńską, co na pewno wpłynęło na jej urodę, choćby tylko z powodu osobliwych kwiatów i owoców, które można było na niej zauważyć. Miałem wielką przyjemność w jej fotografowaniu, bo różnorodność kształtów i form, jakie się przede mną objawiały, była dla mnie zdumiewająca. Trudno jest uwierzyć, że przyroda – tak sama z siebie i spontanicznie – potrafi stworzyć podobne cuda, i że nasz zachwyt może być wywołany jedynie działaniem ślepego przypadku i ewolucji, posługującej się wyłącznie bezduszną materią i jeszcze bardziej bezdusznymi oraz bezmyślnymi prawami.
Czym w tym wszystkim jest piękno?
Zważywszy na to, że jest ono obecne w przyrodzie – i to często w formie niewiarygodnie wyrafinowanej i zachwycającej – wydaje mi się nieprawdopodobne, by ewolucja nie podlegała również jakiemuś prawu, które uwzględnia także estetykę stworzenia, na którą uwrażliwiony jest nie tylko człowiek, ale i wszystkie inne istoty żywe.
Zapraszam więc do zadziwienia się takim jednym drzewkiem z kajmańskiego ogrodu.

PS. Być może to, co odbieramy jako piękno w przyrodzie – czyli obecna w naturze estetyka – wynika z funkcji porządkującej Natury? Może nawet jest to odbicie (echo) jakiegoś Wyższego Porządku?

greydot

Appendix Nr 2: OGRÓD BOTANICZNY KRÓLOWEJ ELŻBIETY II

       To, co napisałem powyżej o estetycznym wymiarze ewolucji, jak najbardziej odnosi się też do jeszcze jednego miejsca, o którym chciałbym tutaj napisać, ilustrując to małą galerią zdjęć. Wizyta w Ogrodzie Botanicznym im. Królowej Elżbiety na Kajmanach (sama monarchini osobiście dokonała jego otwarcia w 1994 roku) była dla mnie czymś zaskakującym, gdyż – zważywszy na dość skromne zainteresowanie tym miejscem wśród odwiedzających Kajmany turystów – nie spodziewałem się zastać tam jakichś imponujących atrakcji (w rodzaju tych, które zobaczyłem np. w Królewskim Ogrodzie Botanicznym na Sri Lance czy w Ogrodzie Botanicznym w Singapurze). A jednak, zamiast spędzenia tam paru chwil, nasza wizyta przeciągnęła się do ładnych kilku godzin. Nie tyle ze względu na rozległość i rozbudowane zagospodarowanie ogrodu, co z powodu niezwykłości rosnących tam roślin-eksponatów. I znów ta zadziwiająca inwencja Natury, przykuwająca oczy, zdumiewająca różnorodnością form – z wyłaniającym się z każdej rośliny pięknem. Niestety, nie udało nam się – nawet na szlaku Woodland Trail – spotkać słynnego legwana niebieskiego, który endemicznie występuje tylko na Wielkim Kajmanie, i którego gatunek próbuje się tutaj uchronić przez zupełnym wyginięciem. Na szczęście rosnące w tym ogrodzie rośliny skupiły na sobie naszą uwagę i mam nadzieję, że nasz podziw dla nich znalazł swoje odbicie w prezentowanych tu zdjęciach.

greydot.