SIGIRIJA – ósmy cud świata w sercu Sri Lanki

Jedno z najciekawszych miejsc, nie tylko na Sri Lance, ale i w całej Azji – może nawet w skali całego naszego globu. Górująca prawie 200 metrów nad dżunglą, olbrzymia bryła magmy, fascynuje nie tylko swoim nieziemskim kształtem, ale również tym, że zachowały się na niej – i wokół niej – ślady starożytnej stolicy Królestwa Anuradhapura, w postaci ogrodów, pałacu i fortecy Kassapy I, władcy królestwa, sprawującego tu rządy przez 18 lat w V wieku. Mowa oczywiście o Sigiriji – Lwiej Skale będącej magnesem dla setek tysięcy przybyszów z całego świata, którzy odwiedzają Sri Lankę każdego roku.

.

Sigirija

.

Jeśli wierzyć zachowanym zapiskom, Kassapa I – pochodzący z „nieprawego łoża” (spłodzony z konkubiną) – syn króla Dhatusena, wraz z dowódcą wojsk królewskich (mszczącym się w ten sposób na władcy za zabicie jego matki), w 477 roku dokonał przewrotu detronizując swojego ojca (którego następnie ponoć zamurował żywcem). Jego brat Moggallan I, prawowity następca tronu, w obawie o swoje życie natychmiast salwował się ucieczką do Indii. W tym samym roku Kassapa I przeniósł stolicę państwa z Anuradhapury do lepiej położonej pod względem strategicznym Sigiriji, którą rozbudował i obwarował, tworząc u podnóża Lwiej Skały imponujące ogrody, zbiorniki wodne, fosy i kanały, a na jej szczycie: swoją królewską rezydencję. Przypominała ona mini miasto: z pałacem, tarasowymi ogrodami i służącymi najprawdopodobniej do kąpieli basenami. Kres jego rządom położył Moggallan I, który w 495 roku wrócił z Indii i z towarzyszącymi mu wojakami pobił wojska Kassapy I. Ten, widząc, że przegrywa bitwę, podciął sobie gardło swoim własnym nożem (niektórzy twierdzą, że rzucił się na swój miecz – co na jedno wychodzi).

Po śmierci króla Sigirija się wyludniła, później stała się siedzibą buddyjskich mnichów, którzy przebywali w niej do XIV wieku. Przez następne pół tysiąca lat urzędowały w niej głównie małpy (jeśli nie liczyć strażników posterunku, który ustanowiło tu Królestwo Kandy), zabudowania popadły w ruinę, kanały i baseny wypełniły się mułem, całość stopniowo przejęła dżungla. Dopiero w 1831 roku Sigirija została „odkryta” przez Zachód, a dokonał tego angielski oficer Jonathan Forbes, który dotarł do Lwiej Skały podróżując konno po Sri Lance (Cejlonie, jak jeszcze do 1972 roku brzmiała oficjalna nazwa tego państwa). Nieśmiałe prace archeologiczne podjęto pod koniec XIX wieku ale dopiero w 1982 roku, kiedy to Sigiriję (wraz z innymi miejscami Kulturowego Trójkąta Sri Lanki) wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, zajęto się tymi pracami da dobre, nie tylko odkupując to, co pozostało z miasta Kassapy I, ale i podejmując się jego (częściowej) rekonstrukcji.

Ogrody Sigiriji widziane ze szczytu Lwiej Skały

.

W sąsiedztwie Sigiriji zatrzymałem się na kilka dni, planując wizyty w co najmniej czterech miejscach wspomnianego już Kulturowego Trójkąta. Były to Dambulla, Kandy i Polonnaruwa (którymi chcę poświęcić osobny artykuł) oraz właśnie Sigirija, jaką zajmuję się tutaj. Nocowałem w otoczonej dżunglą Kuwera Eco Lodge – nie kryję, że wspaniałej kwaterze, w której przebywanie było samą przyjemnością, zwłaszcza że umożliwiało bliski kontakt z naturą, jak również z ludźmi, którzy tworzyli tu fantastyczną atmosferę. Tropikalny las był na wyciągnięcie ręki, okoliczne ścieżki umożliwiały zagłębienie się wśród drzew, lian i odgłosów dżungli – trzeba było tylko uważać na dzikie słonie, które często podchodziły w sąsiedztwo resortu.

Tego dnia, w którym miałem zwiedzać Sigiriję, obudziłem się jeszcze przed świtem i wkrótce po śniadaniu, wypożyczonym jeszcze w Colombo samochodem wyruszyłem w kierunku Skały. Zależało mi na tym, alby dostać się pod nią jak najwcześniej, głównie z dwóch powodów: by uniknąć tłumów fanów turystyki masowej oraz dziennego upału. Byłem niepocieszony, kiedy dotarłszy na miejsce zobaczyłem, że cała Sigirija spowita jest we mgle. Ale też nie rozpaczałem z tego powodu, bo wiedziałem, że pogoda powinna się niedługo poprawić i mgły się rozwieją. Co też się stało, lecz dopiero wtedy, kiedy już dotarłem na szczyt Lwiej Skały.

Na szczęście panująca nad ranem aura w żaden sposób nie popsuła mi spotkania z tym, co znajdowało się u jej podnóża, czyli z ogrodami i pozostałościami starożytnych pałaców. Tutaj wyręczę się słowami Senake Bandaranayake, dyrektora kierującego pracami archeologicznymi w Sigiriji, który w swojej książce „Sigiriya: City, Palace and Royal Gardens” wykazał jak znakomicie architektura tego miejsca łączyła planową symetrię z asymetrią, spajając formy naturalne z geometrycznymi, pisząc: „Ogrody w Sigiriji składają się z trzech wyróżniających się ale powiązanych wzajemnie sekcji: symetrycznie lub geometrycznie rozplanowanych ogrodów wodnych; asymetrycznych lub organicznych ogrodów jaskiń i głazów; tarasowych lub schodowych ogrodów okrążających Lwią Skałę; i wreszcie wodnych i pałacowych ogrodów znajdujących się na szczycie skały”.

Ogrody, schody, tarasy i ścieżki skomponowano z olbrzymimi głazami znajdującymi się u stóp Lwiej Skały

.

Zanim dotarłem na ów szczyt, po drodze czekało na mnie kilka niespodzianek. Meandrując wśród olbrzymich głazów leżących u stóp Lwiej Skały, dotarłem do schodów, które zaprowadziły do jaskini, gdzie znajdowały się naskalne malowidła przedstawiające obnażone do pasa kobiety. Podobno jeszcze niedawno można było na jednej ze ścian Skały obejrzeć kilkaset takich pań (do dzisiaj nie jest pewne, czy były to kobiety biorące udział w jakichś religijnych ceremoniach, niebiańskie apsary, czy po prostu żony i konkubiny króla), ale do dzisiaj zachowały się tylko te, które namalowano w jaskini. Intensywne kolory i wyraziste linie sprawiają, że obrazy nagich kobiet z obnażonymi piersiami i mocno zarysowanymi sutkami mają bardziej umowny, niż realistyczny charakter. Ich wyzywająca seksualność skłoniła niektórych do podejrzeń co do erotomańskich skłonności króla-playboya. Owoce jakie niosą kobiety jeszcze bardziej sugerują hedonizm i upodobanie do spijania soków życia, jakie prawdopodobnie opanowały władcę i jego dwór. Inni z kolei zwracają uwagę na kwiaty, które być może miały symbolizować jedność pochodzących z różnych grup etnicznych kobiet.

Schody prowadziły mnie dalej i coraz wyżej wzdłuż długiej ściany zwanej Ścianą Lustrzaną, która ponoć w czasach świetności Kassapa I była tak wypolerowana, że król mógł widzieć w niej własne odbicie, nie wspominając o refleksach jakie rzucały na nią wizerunki naskalnych kobiet. Można te fantazje traktować z przymrużeniem oka, ale obecnie ściana ma jednak bardzo ważne znaczenie dla… językowego dziedzictwa Sri Lanki, gdyż przez wieki służyła ona jako miejsce, gdzie odwiedzający Sigiriję ludzie zapisywali swoje wiersze, uwagi i wrażenia, najczęściej dotyczące namalowanych kobiet. Jest tych napisów ponad półtora tysiąca, a niektóre z nich liczą ponad 1000 lat. Poezja jest oczywiście bardziej lub mniej (górno)lotna, ale zwraca uwagę jeden wers, w którym ktoś utrwalił swój ironiczny stosunek do tych wyskrobków: „Moje imię jest Budal. Przyszedłem tu z setkami ludzi, by zobaczyć Sigiriję. Wszyscy inni pisali tu wiersze, a ja nie.

Na krótki odpoczynek zatrzymałem się na dużym tarasie, gdzie znajdowała się Lwia Brama, przez którą wchodzi się wykutymi w skale schodami prowadzącymi na sam szczyt Sigiriji. Po obu stronach wejścia zobaczyłem wielkie łapy lwa. Kiedyś na skalnej ścianie wykuta też była jego głowa (do górnego pałacu króla wchodziło się przez lwią paszczę) ale jeszcze przed wiekami runęła ona w dół. To właśnie temu gigantycznemu kamiennemu lwu skała – i całe starożytne miasto- zawdzięcza swoją nazwę (określenie Sīnhāgiri w języku syngaleskim dosłownie oznacza Lwią Skałę). Zachęcony tym, że zaczęło się wreszcie wypogadzać, zacząłem wdrapywać się na górę. Czekało mnie pokonanie (niemalże w pionie) 1200 schodów, ale dzięki fantastycznym widokom jakie się przede mną podczas tej wspinaczki roztoczyły, zapomniałem o wysiłku, jakiego ona wymagała.

Na szczycie, który tworzy spora powierzchniowo, pochylona w jednym kierunku płaszczyzna, czekało na mnie to, co pozostało tu z królewskiego pałacu: fragmenty ścian i fundamentów, wypełnione wodą cysterny i baseny (które najprawdopodobniej służyły królowi i jego dworzanom do kąpieli, pływania i ochłody), ogrodowe tarasy, kamienne ławy i ścieżki… Dzięki tym, odkrytym przez archeologów pozostałościom, z górnego tarasu, który zapewne był częścią pałacu, można było sobie wyobrazić, jak cały ten kompleks wyglądał w czasach swojej świetności. Miałem oto przede sobą doskonale zarysowany architektonicznie plan, a intensywnie barwne, ceglasto-czerwone ruiny kontrastowały z mocno nasyconą zielenią otaczającej je roślinności. Ze wszystkich stron otaczało Lwią Skałę szmaragdowo zielone morze dżungli, z majaczącymi na horyzoncie górami. Dopiero tutaj dotarło do mnie to, że oto znalazłem się w sercu pięknego kraju, jakim jest Sri Lanka.

* * *

Na szczycie Lwiej Skały był kiedyś królewski pałac. Zadziwia nawet to, co pozostało po nim po półtora tysiącu lat.

.

.

Aby się znaleźć na szczycie Lwiej Skały, trzeba się wspiąć po 1200 schodach.

.

.

Łapa lwa, który strzegł kiedyś wejścia prowadzącego do królewskiego pałacu na szczycie.

.

.

Natura i architektura – u podnóża Lwiej Skały

.

.

W połowie drogi na szczyt czekają na nas namalowane na ścianie jaskini wizerunki kobiet.

.

.

Lwia Skała – widok od strony południowej

.

* * *

.

© ZDJĘCIA WŁASNE

.

Komentarzy 21 to “SIGIRIJA – ósmy cud świata w sercu Sri Lanki”

  1. Hanna Says:

    Informacje praktyczne

    Jeśli chcecie zobaczyć Sigiriyę o zachodzie słońca to możecie to zrobić z oddalonej o kilometr góry Pidurangala. Można tam podjechać tuk tukiem.

    Wejście do Sigirii płatne jest 30 usd, ale opłatę uiszcza się w rupiach.

    Bilety są sprzedawane w godzinach 8:30-17:30.
    Zwiedzanie całego kompleksu zajmuje ok. 2 godzin (bez kolejek).

    W cenie biletu jest wejście do muzeum. Kiedy byłam w nim po raz pierwszy nie było ono jakoś szczególnie ciekawe. Słyszałam jednak, że dodano tam trochę wystaw. Nie miałam okazji jeszcze go odwiedzić, ale podobno jest dużo bardziej interesujące niż wcześniej.

    W Sigirii jest bardzo gorąco i duszno (praktycznie cały rok, ale w sierpniu jest gorzej niż w styczniu), więc zwiedzając trzeba mieć coś od słońca, jakieś przekąski i na pewno wodę. Poza tym osobiście polecam też mieć wygodne i stabilne obuwie, bo metalowe schody są dość strome i śliskie.

    Najlepsza pora według mnie na zwiedzanie to wcześnie rano, kiedy nie jest jeszcze zbyt gorąco ani tłoczno! Późnym popołudniem (od 16:00) podobno też jest dobrze, bo słońce już tak nie smaży.

    W szczycie sezonu trzeba być też przygotowanym na tłumy i długie kolejki. Byłam w Sigirii pięć razy, ale stać w kolejce zdarzyło mi się tylko raz – w lipcu (w styczniu i lutym może być podobnie).

    Pamiętajcie, żeby bilety mieć przy sobie cały czas i ich nie zgubić. Jedna część sprawdzana jest w muzeum, druga przy głównym wejściu, a trzecia przed wejściem do galerii z malowidłami konkubin. I jeśli tu zgubicie bilet, to was dalej nie wpuszczą – nawet jeśli to bez sensu, bo przecież musieliście jakoś dojść do tego momentu, a bez biletu by się nie udało, więc na pewno go kupiliście.

    Pamiętajcie, że nie wolno robić już zdjęć w galerii z malowidłami! Ochrona może za to skonfiskować aparat, ale najpierw urządzi wam wielką awanturę. Uwierzcie mi na słowo – nie chcecie się kłócić z Lankijczykami. Oni bywają strasznie porywczy.

    Uważajcie też na małpy, które często skaczą na plecak, jeśli np. zobaczą w zewnętrznej kieszonce nawet skórkę od banana. Małpy mogą przenosić choroby.

    Więcej na blogu „Plecak i Walizka”:

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Dziękuję za te porady, tym bardziej, że ich autorka odwiedziła Sigiriję aż pięć razy.
      Podkreśliłbym tylko, że najlepiej wybrać się na Lwią Skałę wcześnie rano – raz: po to, by uniknąć upały, dwa: by uniknąć tłumów. Nawet jeśli wtedy jest mgła, to najprawdopodobniej rozwieje się ona w ciągu paru godzin (tak jak to było w moim przypadku).

  2. Agnieszka Ewa Says:

    jest tam pięknie, mam nadzieję że uda mi się tam wrócić

  3. Q Says:

    Prawda, jedno z bardziej ciekawych miejsc na Sri Lance. Czy aż jedno z (ilu?) najciekawszych w Azji lub na 7 kontynentach to nie wiem… ale Sri Lanka ma kilka takich Naj w Azji… największą stupę buddyjską na świecie (jeśli akurat jej wielkość ma świadczyć o… pozycji na liście), najstarsze żyjące drzewo bodhi (ficus religiosa), Kandy i sanktuarium zęba Buddy, Górę Adama – jedyną taką (świętą ponoć dla 4 religii) i – jak dla mnie jedno z takich miejsc, gdzie można zobaczyć największe zwierze (ssaka) jakie kiedykolwiek żyło na Ziemi.

    Sigirija jest bez wątpienia rewelacyjna i ciekawa, ale… podobnych miejsc (skał ze świątyniami) widziałem chyba więcej… i częściej.
    Chyba jestem coraz dalszy od tworzenia takich list…

    Byłem dzisiaj na Zamku w… Ciechanowie. Hmm… jedyny w swoim rodzaju. Może ma podobnych braci… ale nawet nie wiem, jaki zamek w Polsce jest najciekawszy?… 😳
    Czy Wawel, czy Królewski z WAW, czy Krzyżtopór…
    Lubelski też ciekawy ze wzgl. ma Kaplice św. Trójcy. A może Nidzica… (chyba ciekawsza od Czorsztyna czy Ogrodzieńca).
    W sumie dobrze zobaczyć wszystko 🙂

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Masz rację – tworzenie wszelkich list „Naj…” jest problematyczne, zwłaszcza kiedy wchodzi w grę własne subiektywne wrażenie/odczucie. Ja zresztą, pisząc o Sigiriji nie tworzyłem żadnej listy, ani nawet nie wyrażałem swojej subiektywnej opinii, tylko stwierdziłem fakt, z którym chyba każdy może się zgodzić: „[Sigirija to] jedno z najciekawszych miejsc, nie tylko na Sri Lance, ale i w całej Azji – może nawet w skali całego naszego globu.”
      I tu nie chodzi tylko o niezwykłe (robiące wrażenie) położenie starożytnego miasta na szczycie Lwiej Skały i wokół niej; ani nawet o to, że Sigirija jest na „Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, odwiedzanym każdego roku przez setki tysiące ludzi, ale jest także śladem/pozostałością najstarszych planowych ogrodów na świecie (jeśli się nie mylę czyli informacje, które znalazłem są wiarygodne. W ogóle cały tzw. Trójkąt Kulturowy Sri Lanki jest według mnie fascynujący i unikalny na światową skalę (chciałbym jeszcze kiedyś napisać o innych miejscach tego Trójkąta: Dambulli, Kandy i Polonnaruwie, w których zapewne byłeś.)

      Cieszę się, że wymieniłeś inne fantastyczne obiekty na Sri Lance, bo to kraj absolutnie warty odwiedzenia – ja wspominam wizytę tamże bardzo, bardzo dobrze (odpocząłem tam właściwie po miesięcznej tułaczce po południowych Indiach, które są zupełnie inne, niż Sri Lanka (na pewno gwarniejsze i bardziej krzykliwe/chaotyczne) choć przecież spokrewnione kulturowo i etnicznie.

      A co do polskich zamków (czy też zamków w Polsce, bo przecież nie wszystkie były wybudowane przez Polaków – a tyczy się to zwłaszcza takich obiektów na Dolnym Śląsku), to polecam wspaniały renesansowy zamek w Krasiczynie. (Jeśli tam jeszcze nie byłeś – w co wątpię ;) – to bardzo polecam, zwłaszcza, że niedługo będziesz w moich stronach ;)

      • Bogdan Kwiatek Says:

        1/ tworzenie takich list ma sens o tyle, o ile czytelne jest podstawowe kryterium.
        Np. 10 najpopularniejszych (czytaj najczęściej odwiedzanych przez ludzi) atrakcji Sri Lanki, i wtedy pewnie się taka Sigirija się znajdzie.
        Wtedy „reklamujemy” to, co jest już znane…

        2/ owszem, gdy planuję swój wyjazd, to jednym z głównych elementów są obiekty z listy Unesco i chęć zobaczenia ich, bo – jak w przypadku Parków Narodowych albo Monumentów Narodowych w USA – wiem w ciemno, że to obiekty na światowym poziomie w sensie atrakcyjności. Wiedzy i jakiejś wewnętrznej urody.

        3/ bez dyskusji Sigirija jest ważnym i koniecznym do poznania miejscem na Sri Lance. Tak, byłem w tych, o których piszesz – Dambulla i Polonnaruwa. Ale będąc tam kilka razy stwierdziłem, że sierociniec słoni to dziwna atrakcja. I lepiej pojechać na około i zmodyfikować trasę, by była pierwsza stolica Anuradhapura – czyli miejsce z największą stupą buddyjską. A obok jest najstarsze drzewo bodhi z udokumentowaną datą zasadzenia – ponad 2.000 lat temu…

        4/ każdy inaczej pewnie definiuje atrakcyjność miejsc i obiektów, dla mnie istotna jest też różnorodność i większa przestrzeń czasową.
        Bo jak porównać Brooklinski Most z NYC z Rzymskim Mostem z Kordoby albo z Heidelberga?…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          1) Tak.

          2) Tak. Czasami niektóre miejsca UNESCO „wylatują” z listy, bo nie spełniają kryteriów/wymagań tego, by na tej liście się znaleźć. Tak było bodajże z Baganem w Birmie, gdzie restauracja świątyń nie spełniała standardów akceptowanych przez UNESCO, i chyba nawet z niektórymi świątyniami kompleksu Angkor Wat w Kambodży.

          3) Ja do dzisiaj się wstydzę tego, że kiedyś się przejechałem na słoniu ☹ (w Tajlandii). Do dzisiaj mam w oczach słonie skute łańcuchem w Nepalu. Nawiasem mówiąc, kiedy jechałem już w nocy z Polonnaruwy, o mało co nie wpadłem na olbrzymiego słonia (a jak sam wiesz, nie wszystkie są olbrzymie, podobnie jak niedźwiedzie 😉) stojącego na drodze.
          3a) Niestety, kiedy byłem na Sri Lance, nie dotarłem już do Anuradhapury, zamiast tego, z Kandy odbiłem (przez Nuwara Eliya) na południe: do Fortu Galle, a później wybrzeżem (z parodniowym wypoczynkiem na plaży pod Bentota) do Colombo.

          4) Tak. Dla mnie też ważna jest różnorodność odwiedzanych miejsc. Niestety, mam taką wadę, że chcę zobaczyć wszystko, a to się tak nie da – nawet jeśli w jakimś kraju jest się miesiąc, albo nawet dwa (ba! Ja nawet w Chicago jeszcze nie wszystko widziałem 😉)

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Tak, słonie cejlońskie są podgatunkiem (mniejszym) słonia azjatyckiego (indyjskiego), a ten jest sporo mniejszy niż krewny z Afryki (tu już nie pamiętam, czy jest jakiś podział dalszy… chyba nie)

          2)Tak czy owak dobrze, że nie wpadłeś – zawsze to duże zwierze i spora kolizja…

          3/ Tak, ta różnorodność ma dla mnie duże znaczenie na tyle, że dysponując określoną ilością czasu staram się rozłożyć tak, by najważniejsze w danych kategoriach mieć jakoś doświadczone. Za pierwszym razem mam świadomość „frycowego”, wiec czasami wolę być choćby na krótki rekonesans, by wiedzieć, że gdzieś warto wrócić na dłużej. Przy innym świetle (taki wodospad Takkakaw w PN Yoho – tylko po południu i nie za późno), a z kolei Sigirija zawsze z rana, gdy otwierają, bo najchłodniej…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          No to tak na szybko (bo coś mi nie pasowało w tym co napisałeś o tych słoniach) – sprawdziłem w paru źródłach: słoń cejloński jest największym podgatunkiem słonia azjatyckiego i może osiągać wielkość słonia afrykańskiego (porównywalną z jego największymi osobnikami): 3.5 m, 5.5 tony. A to jest już kolos. Nie wiem, może ten którego spotkałem w nocy na drodze na Sri Lance nie był aż taki duży, bo… strach ma wielkie oczy, a nocą wszystkie słonie są wielkie?

          PS. Ten (na zdjęciu poniżej), co nas pogonił w Tajlandii (jak najbardziej dziki słoń z Parku Narodowym Khao Yai), to naprawdę był wielki, mimo że cała akcja działa się w dzień 😉

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Tak jakoś zapamiętałem z pobytu tam, że ich jest mniejszy od indyjskiego. Ale może już mi uciekło… i faktycznie wcześniej trzeba wiedzę sprawdzić…
          Tu bym kopii nie kruszył, bo jest parametrami zbliżony do indyjskiego, a jedynie prawie dwukrotnie różni się od afrykańskiego. Pomiędzy słoniem indyjskim a cejlońskim jest może < 10% różnicy…
          Albo jeszcze mniej!…

          Też kiedyś jechałem na słoniu. Ostatnio na koniu, a jeszcze kiedyś nawet na wielbłądzie… nie wiem, czy mam się już wstydzić i łajać 😳😱
          Czy jeszcze nie…
          Ale jestem przedstawicielem podejścia i czasów, gdy dzikich zwierząt było na świecie zdecydowanie więcej niż ostatnio. I wtedy się je inaczej traktowało. Były zagrożeniem, były siłą pociągową, bo nie było alternatyw. Teraz, gdy samochodów jest nadprodukcja i zaraz nas zatrują spalinami w zatłoczonych miastach, traktujemy je inaczej, ale… może kiedyś wrócimy do nich… i do przyrody…
          One dostawały za pracę jedzenie. I dzieliły los ludzi. Dziś dzielą łóżka ludzi (psy regularnie) i generalnie nic nie muszą robić…

        • Stanisław Błaszczyna Says:

          Jeszcze tak a propos słoni: wykazując się dobrą wolą kompromisu, mogę wspomnieć, że (ponoć) na Sri Lance spotkać też można słonie karłowate (czyli chyba raczej słoniki ;) ), które – w wersji dorosłej! – maja raptem… 1.5 metra wzrostu ;)

          Jeśli mam coś do jazdy na słoniu, to w odniesieniu do wykorzystywania tych zwierząt w tzw. „masowej” turystyce, gdzie słonie są eksploatowane ponad miarę w czymś co jest tak naprawdę fanaberią. Czym innym jest jazda na koniu, czy wielbłądzie poza turystycznym rynkiem. Tak czy owak zwierzęta też powinny posiadać swoje prawa – i myślę tu nie tylko o zakazie znęcania się nad nimi.

        • Bogdan Kwiatek Says:

          Jestem za prawami zwierząt w takim stopniu jak chroni się innych braci mniejszych…
          Jednak zdziwiłbyś się, jakimi metodami poskramiane są konie pod siodło…
          Żaden nie daje sobie nałożyć siodła tak po prostu… Kto wie, czy tak też nie jest przy wielbłądach, a nawet osłach… zwłaszcza, gdy nie chcą iść i nieść…
          Bez ich siły pociągowej nie byłoby chyba postępu w transporcie, handlu i w podróżowaniu…

          Przy tych prawach nie wolno popadać w drugą skrajność.. Złoty środek wskazany jest jak zawsze. Choć pewnie wymaga zdefiniowania na nowo, gdy już nie muszą w wielu miejscach stanowić podstawy transportu…

          Na marginesie – w drodze na Olimp widziałem muła, który sam szedł z bagażem do góry i zaraz potem wracał na dół. Obsługując pierwsze schronisko/refuge. Wyszkolony. Chwile potem szła taka „karawana” z ludzkim przewodnikiem. Pewnie były w niej młode na przyszkoleniu…

  4. Liliana Sonik Says:

    Kilkanaście lat temu strajkujący przewodnicy zniszczyli tam sporo cennych malowideł… Żal. 😰

    • Stanisław Błaszczyna Says:

      Wiem, że freski zostały zwandalizowane w 1967 roku – na 14 z 19 malowideł wylano farbę. Dwa z nich zniszczono permanentnie, ale resztę udało się uratować, usuwając farbę (by to zrobić sprowadzono specjalistów z Włoch).

      Kilka lat temu lokalni przewodnicy zablokowali dostęp do Sigiriji w proteście po tym, jak jeden z nich został poturbowany przez chińskiego przewodnika, któremu zwrócono uwagę, że nie ma licencji, by oprowadzać wycieczki po Lwiej Skale.
      To tyle co wiem, ale naturalnie nie wiem wszystkiego.

      Oczywiście fresków przed wiekami było znacznie więcej (podobno kilkaset), ale uległy zniszczeniu wskutek działania czynników atmosferycznych. Te które można obejrzeć teraz, ocaliło to, że namalowano jest w skalnej wnęce.

      Nawiasem pisząc złamałem prawo robiąc im zdjęcie – ryzykując konfiskatę aparatu fotograficznego. Ale nie używałem flesza i jeszcze rok wcześniej można było freski fotografować, więc nie sadzę, że dokonałem jakiegoś wielkiego przestępstwa 😉

  5. Krystyna Arthur Says:

    Dziękuję za wycieczkę !


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: