MNISI Z LUANG PRABANG – LAOS

*

*

Decydując się na wizytę w Luang Prabang, dawnej stolicy laotańskiego królestwa, nie kierowałem się bynajmniej buddyjską zasadą odrzucenia wszelkich pragnień i pożądań, by uniknąć cierpienia, do którego nieuchronnie – prędzej czy później – one prowadzą. Nie, ciągnęła mnie tam moja ciekawość, (o której z kolei w naszym kręgu kulturowym mówi się, że jest pierwszym stopniem do piekła). Tak więc, mimo że czułem się pośród tych quasi-religijnych przestróg niczym między młotem a kowadłem, to wyruszyłem w dalszą podróż i już wkrótce znalazłem się w tym maleńkim miasteczku u zbiegu Mekongu z krętą jak wąż rzeką Nam Khan. Byłem ciekaw miejsca, które cieszy się famą jednego z najbardziej „uroczych” miejsc południowo-wschodniej Azji (fama ta wszak rodziła we mnie podejrzliwość, że utknę w ogładzonej, jaskrawo-kolorowej i wykończonej na globalną sztampę turystycznej pułapce pełnej raczących się azjatycką kuchnią i opijających lokalnym piwem back-packerów ). Przede wszystkim chciałem zobaczyć znajdujące się tam świątynie i spotkać zamieszkujących tę okolicę ludzi – ciekaw byłem bardzo tego zakątka Laosu osadzonego w dolinie najważniejszej rzeki Indochin, otoczonej zielonymi wzgórzami, pełnymi wodospadów i jaskiń. Wreszcie: ciekaw byłem zaludniających tutejsze – jakże liczne – świątynie, mnichów. Wiedziałem… spodziewałem się, czułem… że w Luang Prabang czeka mnie jedno z najciekawszych spotkań z buddyjskimi mnichami i że będzie to przeżycie niezapomniane. Czy oczekiwaniom tym stało się zadość?

Zbudziłem się kiedy jeszcze na zewnątrz panował gęstym mrok, zanim zaczęły piać okoliczne koguty, a nie umilkły jeszcze głosy bliżej mi nieznanych stworzeń żyjących w bambusowo-bananowych zaroślach i krzewach bugenwilii. Nie zapalając światła (by nie budzić osoby, która spała tuż obok mnie), narzuciłem na siebie to, co znalazłem pod ręką, otworzyłem drzwi i wsunąłem stopy w spoczywające przed progiem sandały, kierując się do wyjścia. Brama guesthouse’u była zamknięta, przed nią, na dziedzińcu leżała pod kocami jakaś skulona postać. Na dźwięk skobla, który usiłowałem odsunąć, śpiący człowiek zerwał się na równe nogi, ale poznawszy mnie uspokoił się, i – z niewyraźnym pozdrowieniem „gud monin” – otworzył mi furtkę. Wyszedłem na spotkanie z mnichami.


Stare Luang Prabang, ze względu na swoje rozmiary, trudno nazwać miastem. To raczej osada położona na cyplu jaki tworzą zbiegające się tu rzeki Mekong i Nam Khan i rozciągająca się na długości niespełna mili wzdłuż stromych urwisk rzecznych brzegów i szerokości dochodzącej zaledwie do stu, dwustu metrów. Na dodatek, znaczną część tego półwyspu zajmuje zalesione wzgórze Phu Si z górującą nad miastem złotą stupą. Na tym małym spłachetku ziemi wystawiono ponad 30 świątyń, przy każdej świątyni powstał klasztor, a w nich zamieszkało blisko pół tysiąca mnichów. Każdego ranka, o świcie, cała ta mnisza armia wychodzi ze swoich skromnych klasztornych kwater na ulice Luang Prabang i udaje się na… żebry.
No cóż, „żebry” mają w naszej kulturze raczej negatywną konotację. Tutaj, proszalna procesja buddyjskich mnichów jest natomiast czymś w rodzaju uświęconego rytuału, mającego także bardzo praktyczne, utylitarne znaczenie: jest ona głównym sposobem zdobywania pożywienia przez mnichów, którzy w swe jałmużne naczynia (swoją drogą nie pozbawione estetycznej elegancji) zbierają żywność ofiarowaną im przez okoliczną ludność.
Wychodząc przed wschodem słońca z mojego hotelu, chciałem być tego wszystkiego świadkiem – być może nawet uczestnikiem.


Mając jeszcze w kościach kambodżańskie upały sprzed kilku dni, tym mocniej poczułem chłód laotańskiej „zimy”, która oznaczała tu temperaturę w nocy rzędu 10 – 12 stopni Celsjusza, zanim jeszcze słońce nie podniosło ją w dzień do przyjemnych dwudziestu-paru stopni. Od klasztoru Wat Xieng Thong i głównej Świątyni Złotego Miasta, gdzie zwykle pojawiają się pierwsi mnisi i dokąd zamierzałem dotrzeć, dzielił mnie nie więcej jak kwadrans drogi. Wokół panowała jeszcze głęboką ciemność rozświetlana słabym światłem ulicznych lamp, więc kiedy na opustoszałej ulicy zobaczyłem człowieka rozkładającego swój kram i zapraszającego mnie do wypicia czegoś ciepłego, nie omieszkałem skorzystać z tej okazji, by bardziej zdecydowanie przebudzić moje szare komórki. Kawa była gorąca i słodka, kubek parzył mnie w ręce – i mimo, że zwykle nie znoszę cukru w kawie, z niemałą rozkoszą smakowałem ten gęsty i mocny napój, który przypomniał mi wietnamskie esspresso z mocną nutą indyjskiego kardamonu. Czułem się dzięki temu jak w świecie nieco odrealnionym – niczym w zlepku różnych kultur, klimatów i smaków, w rzeczywistości pół-sennej i pół-jawnej, w której przenikały się majaki i wspomnienia – to co zmysłowe i konkretne z tym co wymyślone, oniryczne i urojone. Tu i ówdzie pojawiali się jacyś ludzie, coraz częściej rozlegał się dźwięk otwieranych bram i drzwi, podnoszonych rolet i stor, słychać było głosy wzajemnych pozdrowień. Nokturnowo-niebieskawa szarość zaczęła ustępować miejsca mglistemu brzaskowi dnia. Nad rzeką wisiały jeszcze sinawe mgły, od wschodu nadciągało przejaśnienie, w oddali szarzały góry… Otaczał mnie kraj, który mnie intrygował, ale którego nie znałem. Musiałem iść dalej. Podziękowałem mojemu ulicznemu gospodarzowi za kawę i dość energicznym krokiem skierowałem się ku leżącemu na samym cyplu półwyspu klasztorowi – tam gdzie kończyło się (czy też zaczynało) miasto. Szybkim marszem chciałem strząsnąć z siebie resztki nocnego spleenu, a pomagała mi w tym skutecznie także spora dawka kofeiny, jaką przed chwilą dostarczyłem mojej krwi. W pewnym momencie wydało mi się, że w oddali między świątynnymi zabudowaniami, mignęły pomarańczowe szaty mnichów.

*

Wszystko zaczęło się od Buddy – Przebudzonego, który odrzucił złudę materialnego świat wygód, bogactwa, posiadania i zmysłowości, by wyzwolić się z zaklętego koła życia (samsary) i osiągnąć nirvanę – stan, którego właściwie niczym nie da się opisać, a który dla niektórych buddystów jest odpowiednikiem naszego „nieba”, choć jest opisywany bardziej jako swego rodzaju „pustka”.
Wokół Sidharty-Przebudzonego zaczęli skupiać się jego uczniowie i to właśnie oni dali początek mniszym zgromadzeniom zwanym sangha. W klasztorze można było prowadzić bardziej zaawansowaną drogę buddyjskiego stylu życia: odsunięcie się od świata zwykłej życiowej krzątaniny i powszednich zajęć, wyrzeczenie się ludzkich pragnień (nie tylko tych przyziemnych, zmysłowych, ale i jakichkolwiek wyższych, w tym i duchowych, takich jak np. pragnienia nieśmiertelności, ale i nawet czegoś przeciwnego: pragnienia uwolnienia się z samsary). Żyć życiem prostym, cnotliwym, pokornym, wycofanym… pełnym spokoju i współczucia dla wszystkich cierpiących istot świata. Bowiem tylko wtedy może człowiek wejść na drogę Oświecenia i spełnienia się w finalnej nirwanie.
Oczy mnicha nie powinny się stymulować tym, co jest dla innych wizualnie atrakcyjne; jego usta powinny powstrzymywać się od gadatliwości, ręce Mistrza powinny oduczyć się chwytania i zagarniania rzeczy, a jego twarz nie może wyrażać pożądliwości ani nawet zwykłego pragnienia…
Czy spotkania takich ludzi mogłem się spodziewać tego ranka na ulicach Luang Prabang?


Dniało już kiedy na ulicy pojawił się wreszcie niezwykły korowód. Długi, pomarańczowy, niekończący się łańcuch idących gęsiego bosych mnichów, przedstawiał widok zgoła nieziemski. Każdy taszczył ze sobą sporych rozmiarów naczynie przypominające kształtem pękatą wazę, każdy milczał starając się zachować na twarzy wyraz powagi i nie zważać na to, co się działo wokół. Beznamiętnie i mechanicznie mnisi podsuwali swoje naczynia ludziom, którzy ustawili wzdłuż chodnika i wkładali w nie żywność – głównie „lepki” ryż. Wszystkie kobiety – skażone wedle odwiecznych przekonań nieczystością i stanowiące potencjalne zagrożenie dla cnotliwości mnicha – klęczały i dawały jałmużnę ze spuszczonymi oczami. Mężczyźni mogli to czynić na stojąco.
Jako że miałem ze sobą aparat fotograficzny (jakżeby inaczej!) starałem się trzymać od całej tej aktywności i ceremoniału z daleka.

To, na co patrzyłem, nie było tylko malowniczą paradą ubranych w pomarańczową szatę i ogolonych na łyso mężczyzn, którzy zbierali ryż do oplecionych wikliną mis. To był przede wszystkim odwieczny rytuał określający podstawową relację między ludźmi świeckimi a duchownymi – ich wzajemną zależność i wymianę pewnych wartości.
Wyrzeczenie się świata materialnego przez mnichów pozwala na ich doskonalenie się duchowe, osiąganie wyższych wartości, które w postaci nauk i przykładu mogą przejmować ci, którzy prowadzą życie laickie. To właśnie mnisi niejako torują drogę ku wyzwoleniu się z cierpienia, zwiększają szansę na odrodzenie się w lepszym wcieleniu czy wreszcie osiągnięcia stanu nirwany. Ludzie zajmujący się sprawami przyziemnymi mogą zaś odwdzięczyć się jałmużną, materialnym wsparciem oraz okazywanym szacunkiem, zaznaczając przy okazji tą postawą swój podrzędny status społeczny. Ponadto, okazując szczodrość, zdobywają zasługi, dzięki którym będę się mogli odrodzić do lepszego (a przynajmniej niegorszego) życia.
Świadomość tego wszystkiego pozwalała mi patrzeć na odbywający się na ulicach Luang Prabang ceremoniał nie tylko okiem ciekawskiego turysty żądnego lokalnych ciekawostek i  egzotycznego kolorytu, ale i kogoś, kto chciał zrozumieć jego głębszy sens.


Ale patrzyłem na ten rytuał także okiem fotografa. Teleobiektyw pozwalał mi zachować pewien dystans, zaś estetyczna radość utrwalania niezwykle fotogenicznych obrazów – podekscytowanie będącego w swoim żywiole pasjonata. Uliczki Luang Prabang dostarczały znakomitego tła dla kontrastujących z nimi pomarańczowymi szatami mnichów. Wystarczyło tylko wybrać te kadry, które objęłyby także tutejszą architekturę, roślinność, samych mieszkańców… jak również – last but not the least – buddyjskie świątynie i klasztory. A przy tym unikać widoku innych paparazzich i wpychających się na pierwszy plan turystów. Zadanie trudne, ale nie niewykonalne, zwłaszcza jeśli można było usunąć się w bardziej ustronne, niezatłumione przez obcych przybyszów, miejsce.

Nie była to moja jedyna z mnichami styczność. Kilka dni spędzonych w Luang Prabang pozwalało na niemal ciągłe z nimi obcowanie, bo poza ranną procesją, prowadzili oni dość otwarte życie na dziedzińcach świątyń i klasztorów, w szkolnych klasach – ucząc się, chędożąc obejście, bawiąc się, śmiejąc, rozmawiając… Kontrastowało to z solemną postawą jaką zachowywali podczas porannego obchodu miasta, kiedy w milczeniu zbierali do swoich misek potrzebny im do przeżycia ryż.
A we mnie pozostawiło wspomnienie przyjaznych, ciekawych świata i mimo wszystko… zwykłych ludzi.

*

*

*

*

*

*

*

*

*

       © ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć mnichów z Luang Prabang obejrzeć można w Brulionie Podróżnym (ilustrowanym) – TUTAJ (bardziej przestrzennie) oraz (nieco bliżej) na stronie Światowida TUTAJ .

*

INDOCHINY


*

Wszystkim odwiedzającym tę stronę – a zwłaszcza tym, którzy czytają i komentują moje teksty – dziękuję za dotychczasową uwagę, interesujące wypowiedzi i wyrazy przychylności. Jednocześnie chcę Was powiadomić, że na czas bliżej nieokreślony zmuszony jestem zawiesić mojego bloga (chodzi o ukazywanie się nowych wpisów). Wybieram się bowiem do Indochin – a konkretnie do Kambodży, Laosu i Wietnamu. Moja podróż będzie trwała około miesiąca.

Przy okazji chciałem życzyć wszystkim udanego wypoczynku na Święta, szampańskiej zabawy na Sylwestra i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. Jak również podziękować za inspirujące towarzystwo – za rozmowy, które miałem tu przyjemność z Wami prowadzić.

Powodzenia. I do usłyszenia…

*


* *Zdjęcia pochodzą stąd (Angkor Wat) oraz  stąd (Ha Long)


WROGOWIE LUDU – KILLING FIELDS REVISITED

Nuon Chea, najbliższy współpracownik Pol Pota, o niemal dwóch milionach ofiar komunistycznego reżimu Czerwonych Khmerów w Kambodży: wszystkiemu są winni Wietnamczycy i Amerykanie (w kadrze z Thetem Sambathem, współtwórcą filmu dokumentalnego „Wrogowie ludu”)

W chicagowskiej siedzibie Towarzystwa Sztuki, można było obejrzeć niedawno jeden z najważniejszych i najbardziej wstrząsających dokumentów ostatnich lat – film „Wrogowie ludu”, traktujący o zbrodniach kambodżańskiego reżimu Pol Pota i Czerwonych Khmerów.

PYTANIA BANALNE

Zawsze, w obliczu ludobójstwa, zawisa nad nami to pytanie: Dlaczego? Jak to było możliwe? Jakim sposobem człowiek mógł się dopuścić tak niewyobrażalnych zbrodni?
Zwykle jednak większość z nas nie chce sobie zaprzątać tym głowy i – chcąc uniknąć konieczności, a może nawet sposobności zadawania (sobie i innym) takich pytań – wypiera ze swojej świadomości niewygodne fakty. Zasłania się więc brutalną rzeczywistość kurtyną nieświadomości,obojętności, niepamięci, ignorancji i niewiedzy.
Jednakże, prędzej czy później, owe pytania w nas się pojawiają i – chcąc nie chcąc – musimy sobie dawać z nimi radę. Także  próbować znaleźć na nie odpowiedzi.
Czy będzie to ponowna konstatacja o banalności zła? O tej wiecznie obecnej w człowieku ciemnej stronie? O przyrodzonej ludzkiej naturze skłonności do gwałtu, przemocy i destrukcji? O zgubnej sile popędów i instynktów? O machiawelicznym dążeniu do władzy i kontroli nad innymi ludźmi? O braku skuteczności, nie tylko świeckiej etyki, ale i świętych kodeksów? O fiasku naszych wzniosłych ideałów i pięknych humanistycznych deklaracji?

 Takie oto myśli trywialne przyszły mi do głowy kiedy oglądałem dokumentalny film Theta Sambatha i Roba Lemkina „Wrogowie Ludu”, którego jednak banalnym żadną miarą uznać już nie można.
Również dlatego, że postawione przed chwilą pytania nie są banalne dla twórców filmu, a zwłaszcza dla Theta Sambatha, którego ojciec i brat zostali zamordowani na kambodżańskich killing fields przez siepaczy Czerwonych Khmerów. Stracił on wówczas także matkę, która zmarła przy porodzie, zmuszona wcześniej do poślubienia jednego z członków milicji, zabójców jej męża.

Wspomnienia zabójcy: „(Pewnego dnia) poderżnąłem tak dużo gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.”

POWRÓT NA POLA ŚMIERCI

Jest to film wyjątkowy pod wieloma względami.
Thet Sambath, dziennikarz z Phnom Penh, poświęcił mu ponad 10 lat swojego życia, kręcąc go w czasie wolnym od pracy zawodowej.
Po raz pierwszy słyszymy w nim jak na temat masowego ludobójstwa, jakie miało miejsce w Kambodży w latach 1976 – 79, wypowiadają się sami mordercy: ci, którzy zabijali ludzi własnoręcznie, jak również człowiek będący drugim po Pol Pocie najważniejszym twórcą i funkcjonariuszem reżimu Czerwonych Khmerów (chodzi o ministra Nuon Chea, zwanego także Bratem nr 2), który całą tę potworną ludobójczą maszynerię wprowadził w ruch.

Sambath nie szuka zemsty, on chce poznać prawdę. Robi to w sposób zdumiewający: jeździ do kambodżańskich wiosek, szuka świadków tamtych wydarzeń, a wśród nich – samych zabójców. (Porównuje to do poszukiwania „igły w oceanie”, bo cały kraj ogarnęła przecież mgła powszechnej amnezji, zwłaszcza wśród tych, co w zbrodni brali udział bezpośredni.) Znajduje ich i… stara się z nimi zaprzyjaźnić, zdobyć ich zaufanie i sprowokować do zwierzeń i konfesji. A trwa to latami! Lecz w końcu mu się to udaje. Nawet Nuon Chea – z którym Thet, mimo niezwykle sekretnej i powściągliwej natury Chea, nawiązuje nie pozbawioną autentyzmu i szczerości międzypokoleniową relację – po trzech latach zaczyna mówić (przed kamerą) o zabijaniu.

O PODRZYNANIU GARDEŁ I PICIU ŻÓŁCI

Na polach śmierci

Sambath, spotykając się ze swoimi „bohaterami” zachowuje wielki spokój i opanowanie, nieustannie się uśmiecha, jest miły, sprawia wrażenie człowieka delikatnego i ciepłego i – co ciekawe – postawa ta nie wydaje nam się  być udawana ani fałszywa. (Ale czy nie jest jednak podstępna?)
Zapewne, w sposób niemal szokujący, kontrastuje z obrazowymi i drastycznymi opisami zbrodni, które przywołują w obecności kamery Sambatha jego nowi znajomi. Jeden z nich demonstruje nawet sposób w jaki powalał ludzi na ziemię, przygniatał ich nogą, chwytał za głowy i podcinał gardła „tak, aby nie krzyczeli”: „[Pewnego razu] poderżnąłem tak dużo  gardeł, że zaczęła mnie od tego boleć ręka. Wtedy przerzuciłem się na dźganie w szyję.” Inny wspomina zaś o wyrywaniu z ludzkich zwłok woreczka żółciowego i wypijaniu jego zawartości, która podobno miała chronić przed chorobami.
Oto zaś innym razem, kiedy Sambath wraz ze swoimi towarzyszami siedzi przy sielsko-wiejskiej drodze niczym na pikniku, przechodzi obok nich starsza kobieta i zagadnięta o miejsca gdzie znajdują się masowe groby ofiar, wskazuje na znajdujące się tuż obok pole ryżowe, mówiąc: „tu leżało wiele z tych trupów, a jak się rozkładały, to wydawały taki dźwięk, jakby się gotowały – coś jak pękające bąble”.

WINNI – NIEWINNI

Jednak tym, co najbardziej mnie zdumiało podczas oglądania filmu Sambatha, było to, że ja nie tylko nie zapałałem nienawiścią, ale zacząłem ukazanym w nim mordercom… współczuć. Czy też raczej… wzbudzili  oni we mnie pewien rodzaj żalu. Zobaczyłem w nich bowiem zwykłych, normalnych ludzi, jacy zostali dość bezwłasnowolnie uwikłani w okoliczności, które następnie uczyniły z nich morderców.
Dziwne?
Ale czyż nie dziwniejsze było zachowanie Theta, który rzeczywiście i po ludzku się do nich zbliżył? A kiedy aresztowano Nuona Chea i helikopter zabierał go, by odstawić przed oblicze trybunału, który miał go osądzić, Sambath wyznał: „Nie mogę powiedzieć, że był on dobrym człowiekiem, ale czuję teraz wielki smutek”.

Thet Sambath nagrywa wyznania Brata nr 2

Myślę że jest to bardzo charakterystyczna i w sumie niezwykle rzadko spotykana w filmach tego rodzaju cecha: pewne fatalistyczne wyciszenie, brak jakiejkolwiek chęci konfrontacji, nieobecność radykalnych stwierdzeń, zupełnie wyzbycie się nienawistnych resentymentów…
Tak, jak już wspomniałem: Sambath nie szukał zemsty ale zrozumienia co rzeczywiście było przyczyną tego, że jedni (zwyczajni) ludzie zaczęli mordować drugich ludzi – równie zwyczajnych i niewinnych, często swoich sąsiadów.

Sambath też nikogo właściwie nie oskarża, choć stara się dociec, gdzie – i na czym polegała – geneza tej zbrodni. On nawet nie szuka winnych – chce jedynie wiedzieć, kto podjął decyzję o zabijaniu, na jakim szczeblu ona zapadła i w jakich okolicznościach.
I co się okazuje?
Jak zwykle w takich sytuacjach: nikt nie jest winny – wszyscy wypełniali jedynie rozkazy, bo gdyby wykonania rozkazów odmówili, to sami zostaliby zabici. Wina zostaje rozmyta w jakimś bezosobowym partyjnym aparacie, Jednak, jak się okazało, wystarczyła jedna decyzja Pol Pota i jego świty, a masowe mordy w Kambodży ustały, jak ręką odjął. [1]*

JUŻ NIGDY NIE ZOBACZĘ WSCHODU SŁOŃCA JAKO CZŁOWIEK

Thet Sambath wiele lat czekał z wyjawieniem Nuonowi Chea, w jaki sposób zginęła jego rodzina. Okłamał go mówiąc, że jego rodzice zmarli w latach 80-tych. Jak (pewnie słusznie) uważał, gdyby Chea się o tym się dowiedział, to Thet nigdy by nie wyciągnął od niego zwierzeń i przyznania się do tego, że to właśnie on, wraz z Pol Potem, zadecydowali o rozpoczęciu etnicznych czystek: „gdybym okazał tym ludziom litość, mój kraj byłby stracony” – powiedział przy tej okazji, dodając, że ich rząd z założenia miał być „czysty, pokojowy, o jasnym spojrzeniu”. Zaczęli jednak od fizycznej eliminacji „wrogów ludu”.
Wcześniej Thet nie omieszkał jednak pokazać Nuonowi filmu z nagraną egzekucją Sadama Hussajna, którą ten skomentował następująco: „To straszne, że w ten sposób skończył prawdziwy patriota. Ale on i tak jest zwycięzcą”. A kiedy zaprosił do domu Chea dwóch wspomnianych już ludzi, którzy dokonywali masowych egzekucji własnymi rękami, ten ich zaczął pocieszać, że walczyli po właściwiej stronie i że wg nauk Buddy, nie można ponosić winy za czyn, którego intencją było co innego, niż to, co się stało.

Lecz Thet w końcu musiał powiedzieć Chea prawdę. I fragment filmu ukazujący moment, w jakim to robi, należy do najbardziej poruszających i zapadających nam w pamięć obrazów.

A skoro mowa o buddyzmie. Jeden z występujących we „Wrogach ludu” zabójców uznaje się za buddystę. Wierzy w reinkarnację. Wie, że będzie musiał przejść wiele bolesnych wcieleń, zanim ponownie odrodzi się w ludzkiej postaci. Tak naprawdę, to on już teraz nie uważa się za członka ludzkie wspólnoty, zwierzając się nam przed kamerą: „Już nigdy nie zobaczę wschodu słońca jako człowiek”.
I właśnie w takiej chwili widzimy w nim prawdziwe człowieczeństwo.

*  *  *

[1]* PRZYPIS: odrębnym tematem jest tu amerykańskie uwikłanie się w relacje z reżimem Czerwonych Khmerów. Już w 1975 roku, Henry Kissinger, podczas swojej wizyty w Tajlandii, powiedział do tamtejszego ministra spraw zagranicznych: „You should also tell the Cambodians that we will be friends with them. They are murderous thugs, but we won’t let that stand in our way. We are prepared to improve relations with them.” („Powinniście też powiedzieć tym w Kambodży, że będziemy ich przyjaciółmi. To są morderczy bandyci, ale my i tak nie pozwolimy, aby to stanęło na naszej drodze. Jesteśmy gotowi, by poprawić nasze relacje z nimi.”) Źródło: „Cambodian Genocide Program” (publikacja Uniwersytetu Yale).
Niestety, nawet po 1979 roku, kiedy już wiedziano wszem i wobec o krwawej łaźni jaką urządzili Khmerowie swoim rodakom  (anihilując  blisko czwartą część całej populacji Kambodży), amerykańskie poparcie dla „morderczych bandytów” wcale nie ustało (choć nie było już takie oficjalne).

Tym, którzy zainteresowani są amerykańską polityką w Indochinach w latach 70-tych (z uwzględnieniem morderczych ataków lotnictwa USA na Kambodżę, w których poniosło śmierć ok. 600 tys. ludzi, a które de facto umożliwiły przejęcie władzy przez Czerwonych Khmerów w 1974 r.), polecam artykuł Z. M. Kowalewskiego pt. „Czas Czerwonych Khmerów”, jaki ukazał się w polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” w 2010 roku.

ANEKS

Nie tak dawno trafiłem na – nazwijmy to – ciekawą stronę występującą pod szyldem „Trzeci Świat”. Jej autorami (autorem?) jest „organizacja trzecioświatowego maoizmu”, mianująca siebie także jako „Organizacja Czerwonej Gwardii”. W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to jakaś kolejna kuriozalna stronka (jakich w internecie jest wiele), ale nie…  pomijając  ewidentne oderwanie od rzeczywistości obsługujących tę witrynę „polskich trzecioświatowych maoistów”, znaleźć tam można naprawdę wiele interesujących materiałów, które mają jednak dużą wartość historyczną i archiwalną.
W związku z podjętym przeze mnie w tym wpisie tematem, chciałbym przedstawić fragmenty kilku artykułów nawiązujących do Czerwonych Khmerów. Pozostawię ich do oceny tym, których to zainteresuje – powstrzymując się tu od własnego komentarza.

W walce o świetlaną przyszłość – młodzi bojownicy Czerwonych Khmerów

*

1. Cytaty z artykułu pt. „Korzenie intelektualne i ideologiczne ruchu Czerwonych Khmerów”.

Organizacja Czerwonej Gwardii: „Przedstawiamy niezwykle interesujący tekst omawiający ideologię jednej z najbardziej fascynujących organizacji rewolucyjnych XX wieku – Komunistycznej Partii Kampuczy, znanej szerzej jako Czerwoni Khmerzy. Po obaleniu rządów KPK w Demokratycznej Kampuczy przez rewizjonistów wietnamskich partia ta była szkalowana i oczerniana przez rewizjonistów i pierwszoświatowców, wymyślających brednie o „ludobójstwie”, czy „totalitaryzmie”. Mit „pól śmierci” zaciemnia prawdziwy obraz i historię ruchu Czerwonych Khmerów, utrudniając poważnym badaczom dotarcie do prawdy. Dla Organizacji Czerwonej Gwardii historia Rewolucji Kampuczańskiej jest tym bardziej interesująca, że często Pol Pota i jego towarzyszy oskarża się o maoizm. Prawda jest jednak bardziej złożona, czego można dowiedzieć się z tekstu Adama Jelonka. OCG krytycznie ocenia Czerwonych Khmerów, nie ze względu na Tuol Sleng, czy pola śmierci, ale ze względu na ich ultralewicowe odchylenie, które doprowadziło do rewizji marksizmu-leninizmu” – pisze „redakcja” OCG, a następnie przestawia tekst Jelonka, z którego pozwolę sobie wyłuskać parę cytatów:

„Większość elementów radykalnej rewolucji Czerwonych Khmerów znajduje bowiem swe odniesienia w dokonaniach rewolucji chińskiej. Na konferencji prasowej w Pekinie w drugiej połowie 1977 roku Pol Pot po raz pierwszy potwierdził wczesne związki między rozwojem ruchu rewolucyjnego w Kampuczy, a myślą Mao: “W 1957 roku założyliśmy komitet… zdecydowaliśmy, że parlamentarna droga wiedzie donikąd. Czerpaliśmy… szczególnie z prac towarzysza Mao Tse-tunga, doświadczeń chińskiej rewolucji, odgrywającej niezwykle doniosłą rolę w tym okresie.”
(…)

Mao i Pol Pot (w tle)

Potwierdzenie wpływów myśli Mao znalazło swój wyraz w innych publicznych wystąpieniach. Jesienią 1977 roku Pol Pot oświadczył: “W walce rewolucyjnej w naszym kraju, w sposób twórczy i z powodzeniem wcielaliśmy w życie myśl Mao Tse-tunga od chwili gdy nie dysponowaliśmy niczym, prócz gołych rąk, po 17 kwietnia 1975”.
(…)
„Zrozumienie celów maoistowskiej idei wielkiego skoku i rewolucji kulturalnej rzuca więcej światła na związki doktrynalne z przywódcami Demokratycznej Kampuczy. Idee maoistowskie sprowadzały się do pragnienia przekształcenia chłopstwa w nowoczesnych producentów, oddanych dla idei kolektywizmu. Mao uznawał konieczność realizacji trzech etapów rewolucji:
1. Likwidacji starej elity wiejskiej i właścicieli ziemskich dzięki realizacji programu reformy rolnej;
2. Zlikwidowania chłopskiego przywiązania do własnej ziemi i własności prywatnej przez ustalenie własności kooperatywnej;
3. Masowej restrukturyzacji organizacji pracy, która dokonać się miała dzięki procesowi budowy komun ludowych.”

2. Fragmenty artykułu pt. „Recenzja książki Malcolma Caldwella „Bogactwo niektórych narodów”.

OCG: „Malcolm Caldwell był jednym z kilku mieszkańców Zachodu, którzy kiedykolwiek odwiedzili Kambodżę w trakcie władzy Czerwonych Khmerów.(…) napisał kilka wartych uwagi książek i artykułów. Opublikowana w roku 1977, rok przed jego śmiercią, „Bogactwo niektórych narodów” była ostatnią książką, którą napisał.
(…) Caldwell ma całkowitą rację mówiąc, że jedyną drogą do rozwoju Trzeciego Świata jest walka zbrojna.(…) Śmierć Mao i powrót Deng Xiaopinga były tylko ostatnimi gwoździami do trumny. Wietnamski socjalizm z kolei był od samego początku martwy, wskutek wpływów rewizjonizmu i radzieckiego socjalimperializmu. W tamtym okresie, gdy po heroicznych walkach przeciwko ludobójczemu imperializmowi amerykańskiego, socjalizm zanikał na całym świecie, wydawało się, że Czerwoni Khmerzy przeprowadzają radykalną wersję rewolucji socjalistycznej. W 1977 nadzieje Caldwella, podobnie jak wielu innych, ulokowane zostały w pozornie radykalnych propozycjach społecznych Czerwonych Khmerów. Jednak, jak się okazało po ujawnieniu ich błędów w wyniku wietnamskiej agresji i okupacji ich kraju, nadzieje te były chybione. Pomimo, że Caldwell mylił się chwaląc domniemany „sukces” Kampuczy, miał on jednak rację wskazując, że drogą do rozwoju jest walka zbrojna i socjalizm. Dzisiaj jest to droga globalnej wojny ludowej, prowadzonej przez trzecioświatowy maoizm.”

Pol Pot – Brat Nr 1

3. Fragmenty artykułu „Kampuczańskie doświadczenie”.

OCG: Publikujemy tekst, który zrywa z mitem Demokratycznej Kampuczy stworzonym przez imperialistów i trockistów. Tekst jest szczególny, ponieważ jego autor, Ezrom Mokgakala był w Demokratycznej Kampuczy w roku 1978 i na własne oczy widział osiągnięcia rewolucyjnego rządu. Jego słowa powinny być wzięte na poważnie, w przeciwieństwie do kłamstw rozpowszechnianych przez wrogów rewolucji. Podpiera je jego rewolucyjny autorytet. Ezrom Mokgakala był członkiem Komitetu Centralnego Panafrykańskiego Kongresu Azanii, i członkiem Wysokiego Dowództwa Azańskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, która do dzisiaj toczy walkę o wyrwanie Południowej Afryki z łańcucha kapitalistycznego. (…) Poniższy tekst po raz pierwszy opublikowano w czasopiśmie Ikwezi z 11 marca 1979 roku.

Cytaty z „dzieła” Ezroma Mokgakali:

– „Z tej historii można wynieść dwie główne lekcje. Pierwsza jest taka, że lud Kampuczy jest ludem heroicznym, który walczył i pokonał lokalnych i zagranicznych ciemiężycieli, czasami walcząć gołymi rękami. Z tej lekcji możemy wywnioskować, że są oni naprawdę odważnym ludem, który zasługuje na zachwyt i pomoc wszystkich prawdziwych rewolucjonistów. Drugą lekcją jest fakt, że pomimo ich bohaterstwa, ich poświęcenia długo nie przynosiły rezultatów.”

„Poprawna linia polityczna wyrasta z samego ludu, nie może być kopiowana z innych krajów” powiedział Towarzysz Hong, przywódca Kampuczańskiego Komitetu Przyjaźni z innymi krajami. „Poprawna linia polityczna zapewni, że zwycięstwo ludu nie zostanie zdradzone” dokończył.
Towarzysz Hong położył nacisk na fakt, że „po poprawnym zrozumieniu lekcji z historii kampuczańskiego ludu, przywódcy rewolucyjnego ludu Kampuczy zrozumieli, że lud będzie zwalczał wroga aż do końca, pomimo jego brutalności.”

Odkurzanie czaszek wydobytych z masowego grobu na terenach obozu tortur Cheung Ek, gdzie trafiały ofiary terroru Czerwonych Khmerów

– (Pierwszy Zjazd Komunistycznej Partii Kampuczy) „zadecydował, by rozpocząć organizowanie chłopstwa w celu obalenia ciemiężycieli i zdobycia władzy politycznej. Wszystkie kadry partii zostały przeszkolone w celu wprowadzenia tej rewolucji w życie w najbardziej zdeterminowany i stanowczy sposób poprzez życie wśród chłopstwa i nie oczekiwaniu na żadne zagraniczne rady, które miałyby dotyczyć tego zadania. Mieli polegać całkowicie na pomysłowości i kreatywności mas. Droga do walki zbrojnej została wytyczona.”

– „MOBILIZUJĄC CHŁOPSTWO. Partia rozpoczęła dokładne badania kwestii chłopskiej. Kadry Partii zostały wysłane na wieś by żyć pośród chłopów w celu zrozumienia rzeczywistości ich egzystencji. (…) Ze względu na tą nędzną egzystencję, słabe zdrowie i wykształcenie, chłopi stali się twardym jądrem, oparciem Narodowo-Demokratycznej Rewolucji. Ze względu na strategiczne znaczenie tej klasy, Komitet Centralny Komunistycznej Partii Kampuczy zadecydował by przenieść się na wieś, blisko chłopstwa. W ciągu roku 90% członków Komitetu Centralnego znalazło się na wsi.”

„Trzeba pamiętać, że przeprowadzanie Rewolucji Ludowo-Demokratycznej oznacza dla uciskanych i wyzyskiwanych mas nowe, lepsze życie. (…) Od samego początku Komunistyczna Partia Kampuczy była tajną organizacją, ponieważ reakcyjny reżim zabronił istnienia partii komunistycznych w kraju i wszczął brutalną kampanię przeciwko tej idei. Eliminowano wszystkich znanych komunistów poprzez morderstwa i siano strach wśród ludu poprzez kłamliwą propagandę. Na przykład rozsiano plotkę, że komuniści używają sierpa by łapać ludzi za kark, a młota by rozbić im głowy. Ponieważ przeciwdziałanie tej propagandzie byłoby zbyt kosztowne, zdecydowano zignorować ją i działać w sekrecie pośród ludu. Komitet Centralny zbudował Zjednoczony Front Narodowy, który z sukcesem doprowadził lud do ostatecznego zwycięstwa.”

Kości ofiar Czerwonych Khmerów zgromadzone w Muzeum Ludobójstwa w Phnom Penh