HAWAJE – EDEN W ŚRODKU NICZEGO (zapiski hawajskie)

W kraterze wulkanu Puʻu Mahana nad zieloną plażą Papakōlea (Big Island of Hawai'i)

*

„Żaden inny obcy kraj na świecie nie ma dla mnie tak mocnego i głębokiego czaru jak ten, żadna inna ziemia tak nieustannie i nieubłaganie nie nawiedza mnie – na jawie i we śnie, przez połowę mojego życia – jak właśnie Hawaje. Wszystko inne mnie opuszcza, ale nie to; wszystko inne się zmienia, ale to pozostaje takie same. Ciągle czuję łagodny powiew tamtego powietrza, nadal widzę jak letnie morze połyskuje w słońcu; słyszę rozbijające się o brzeg fale; widzę spowite girlandami skały, spadające kaskady, palmy skłaniające się sennie na brzegu, odległe szczyty górskie unoszące się niczym wyspy nad morzem chmur; czuję duchy leśnych samotni, słyszę pluskanie strumieni; w moich nozdrzach ciągle jest zapach kwiatów, które zwiędły dwadzieścia lat temu.”

Kto by pomyślał, że autorem tych słów tak kwieciście opiewających Hawaje jest Mark Twain, jeden z najbardziej prominentnych amerykańskich prześmiewców, który zwykle suchej nitki nie pozostawiał na miejscach, do jakich w życiu podróżował. Jednakże fragment ten nie pochodzi z jego słynnych „Listów z Hawajów”, które pisał w latach 60-tych XIX wieku, podczas swojej pierwszej, czteromiesięcznej wizyty na wyspach, tylko z wykładu jaki dał ponad 20 lat później.
Jakże więc można dziwić się tej fali mitologizującej i uromantyczniającej Hawaje, która przewaliła się przez świat cały w następnym stuleciu, trwając właściwie po dzień dzisiejszy, skoro uległ temu nawet tak przenikliwy, trzeźwy i pozbawiony złudzeń człowiek jak Samuel Clemens?
Lecz potrzeba raju w ludzkich marzeniach wydaje się być nieprzemożna. To nic, że jest to raj kreowany zwykle na potrzeby masowej turystyki.

Jaki jest więc ten hawajski Eden?
Cóż, jak każdy raj, ślizga się on po cienkiej krawędzi dzielącej rozkosz od nudy – między aktywnym zażywaniem frenetycznej radości a biernym, lekko ogłupiającym lenistwem. To, jakiego doświadczenia Edenu doznasz, zależy jednak od Ciebie – bo nawet w raju, zwłaszcza tym ziemskim, nie ma żadnej gwarancji na to, że rozkosz, przyjemność i szczęście podane Ci zostaną jak na tacy, i że każdy załapie się tu na te wszystkie atrakcje bez żadnego wysiłku.

Leciałem na Hawaje z całą świadomością owych istniejących tam niebezpieczeństw. Ale czułem się w miarę bezpiecznie, tym bardziej, że nie była to moja pierwsza wyprawa na wyspy. Tym razem jednak Hawaje miały być tylko dla mnie (i dla osoby, która mi towarzyszyła, of course) – w przeciwieństwie do wyjazdów poprzednich, które, jakby nie było, miały charakter… powiedzmy sobie… służbowy.
Tym razem na rajskie doświadczenia miałem ponad trzy tygodnie – wcale nieźle, nawet jeśli postanowiłem rozłożyć ten czas pobytu na cztery wyspy: Oahu, Maui, Big Island i Kauai.

O każdej z tych wysp książkę napisać by można (nawet jeśli nie jest się Jamesem Michenerem), jednak skromne ramy tego bloga, tudzież (nie)cierpliwość (co poniektórych) Czytelników, niezbyt zachęcają mnie do przepastnego rozwodzenia się nad Sandwiczowym Archipelagiem (jak pierwotnie nazwali Hawaje Europejczycy – a konkretnie James Cook, który oficjalnie dotarł na nie w 1778 roku jako pierwszy z europejskich żeglarzy… co jest jednak wątpliwe, bo najprawdopodobniej uprzedzili go w tym, i to o dobre półtora wieku, wszędobylscy Hiszpanie).
Pozwolę więc sobie na przedstawienie tu jedynie części moich notatek – szkicu o plażach, Waikiki, drogach, przygodzie w Dolinie Waipio…  oraz  na wyznanie, że jeszcze kiedyś do tematyki hawajskiej chciałbym powrócić.

Plaża Palihale i strome skalne klify wybrzeża Napali (Kauai)

*

PLAŻE

W naszej wyobraźni obraz plaży tkwi najczęściej w wersji zbanalizowanej: żółty piasek i turkusowa woda, a nad tym wszystkim bardziej lub mniej przechylona palma. Jest ten obrazek niczym więcej jak efektem reklamowej kampanii przemysłu turystycznego podsycającego ludzkie marzenia o egzotycznym raju, gdzie pierzchają wszystkie nasze utrapienia i gdzie można oddawać się niczym nie skrępowanemu, relaksującemu wypoczynkowi (vel lenistwu).

Dla mnie jednak plaża jest ciekawym tworem, który w paradoksalny sposób łączy w sobie dwie – wydawałoby się – wykluczające się nawzajem cechy: wieczność i nietrwałość.
Plaża reprezentuje wieczność bo tworzy się z materii poddanej przeobrażeniom przez siły działające nań przez setki milionów lat (piasek gromadzony przez fale na plaży jest niczym innym jak skutkiem erozji – rozkruszania skał i sedymentów).
Plaża jest nietrwała, bo ulega ciągłej przemianie powodowanej przez potężny żywioł, jakim jest morze i ocean.
Fenomenalna poniekąd sprzeczność.
Może właśnie dzięki niej, spacerując, siedząc lub leżąc na plaży odczuwamy podświadomie to, że  jesteśmy gdzieś na granicy tymczasowości i wieczności? Że każda fala, rozpryskując się o brzeg lub skały, ma swój nagły kres, a jednocześnie – rozmywając się – tworzy następną i następną… i tak w nieskończoność?
Myślę, że w tym właśnie leży przyczyna tego, że przebywając na plaży, czujemy się często jakby zahipnotyzowani morzem, oceanem.

Jeśli miałbym wymienić rzeczy, które najbardziej lubię w życiu i które dostarczają mi niewypowiedzianej… hm… trudno to nazwać… błogości, odprężenia i prostej radości istnienia – to bez wahania zaliczyłbym do nich spacer po plaży oraz pływanie w morzu czy też w oceanie. Nie jest to jednak li tylko przyjemność wynikająca z fizycznego wysiłku, czyli wydatkowania i rozpraszania własnej energii. Jest to dla mnie również – jakkolwiek zabrzmiałoby to pretensjonalnie – doświadczenie duchowe.
Przypomina mi się tutaj coś, co przed laty napisałem w Miami Beach na Florydzie:

Bezmiar oceanu ma w sobie coś hipnotyzującego. Szum fal, przenikliwy lazur, barwy, które są odbiciem nieba…
To jednak tylko powierzchnia kryjąca głębię – toń ciemną, zimną i nieprzeniknioną. Słońce sprawia, że zapominamy o tej czarnej otchłani. Ciepłe promienie koją nas i zniewalają, przypisując jednoznacznie widzialnemu światu.
Ponad godzinę płynę już wzdłuż brzegu, nie czując pod stopami dna. Po jednej stronie dal niebieskich wód, po drugiej – pełna ludzi plaża. Trwająca chwilę pokusa, by zwrócić się ku bezkresnemu horyzontowi. Zbyt mocno jednak czuję się jeszcze dzieckiem słońca. I ta radość kiedy znów poczuje się grunt pod nogami.
Zmęczony idę po ciepłym piasku – po śladach innych ludzi, szybko rozmywanych przez fale.

Radość, która żyje i pulsuje wokół nas – i w nas.
To znów lgnący do wszystkiego smutek i żal.
Wieczne falowanie…
*  *  *

zachód słońca nad Ni'hau

*

Plaża plaży nierówna. I nie chodzi tu tylko o ich różnorodność geologiczną, topografię, środowisko naturalne… Również o jej… populację, czyli o to jak często i jak licznie jest ona przez ludzi nawiedzana.
Oprócz plaż „miejskich”, takich jak położona nieopodal Honolulu Waikiki Beach, są plaże tzw. „dzikie”, gdzie nie uświadczy się żywej duszy. Plaże miejskie wzbudzają jedynie moją ciekawość – nazwę ją – antropologiczną (trudniej byłoby mi napisać „kulturową”, bo jakaż to na plaży może się przejawiać kultura?). Natomiast plaże dzikie (lub „pół-dzikie”) to nie zmącony cywilizacją kontakt z żywiołem natury (nie ważne, czy dostarczający nam ukojenia, czy też wprost przeciwnie: pewnego rodzaju niepokoju, który wszak zawsze jest czymś podniecającym).
Jedną z najbardziej niewiarygodnych plaż na jakich zdarzyło mi się być, jest słynna, położona w Rio, Copacabana. Zagęszczenie na niej kolorowych tłumów i jeszcze bardziej kolorowych parasoli jest niewiarygodne. Tylko trochę ustępuje jej pod tym względem jej sąsiadka – Playa Ipanema.
Natomiast jedne z najbardziej dzikich plaż, na jakie udało mi się w życiu dotrzeć, to plaże pacyficznego wybrzeża Oregonu, ale i… to była dla mnie niespodzianka – plaże karaibskie, także te znajdujące się na Wyspach Dziewiczych, które to wyspy przecież, skądinąd takie dziewicze bynajmniej już nie są.

 

Połów ryb na czarnej plaży (Big Island)

*

Plaże wypełnia nie tylko piasek (w kompleksach miejskich często zresztą uzupełniany przez ciężarówki). Także kamienie i żwir, bardziej lub mniej skruszone muszle i korale, oraz – co jest powszechne na Hawajach – zastygła czarna lawa. Naturalnie, najlepiej chodzi się po plażach piaszczystych, jednak wg mnie, najbardziej fotogeniczne są plaże kamieniste i żwirowe. Bo to właśnie na ich pourywanych i postrzępionych klifach rozgrywają się najbardziej dramatyczne spektakle, jakie urządza podczas sztormów Natura (czego doświadczyłem chyba najmocniej w kanadyjskim Parku Narodowym Pacific Rim położonym na północny zachód od Vancouver).

Plaża plaży nierówna również dlatego, że i piasek piaskowi nierówny. Bo z jednej strony – jak to jest w przypadku florydzkich plaż nad Zatoką Meksykańską – mamy bielutki i drobniutki jak cukier puder piasek, (będący efektem trwającej kilkaset milionów lat erozji Apallachów, z których to gór został on zniesiony do zatoki przez strumienie i rzeki); z drugiej zaś posiadający wiele odcieni piasek plaż położonych po atlantyckiej stronie amerykańskiego wybrzeża, który oprócz kwarcu posiada także wapienne drobiny muszelek i koralowców.
*  *  *

Zadziwienie - na zielonej plaży Papakōlea (Big Island)

*

Na Hawajach, naturalnie, oprócz plaż klasycznych z zieloną palmą, turkusową wodą i żółtym piaskiem, są także plaże dziwolągi, które wszak przy odrobinie krajoznawczej przychylności nazwać można plażami niezwykłymi, a ulegając pewnemu entuzjazmowi – fascynującymi. Bo któż z nas nie byłby zadziwiony, a w niektórych wypadkach – zachwycony czy zdumiony, gdyby nagle znalazł się na plaży, której piasek jest… czarny, czerwony, albo nawet… zielony?
A na hawajskich wyspach, owszem – takie dziwy się zdarzają.

Oto na Big Island znajduje się znana geologom całego świata Plaża Zielonego Piasku Papakōlea powstała wskutek erozji wulkanicznego stożka Pu’u Mahana. Kolor swój zawdzięcza małym kryształkom olivinu, zwanego też hawajskim diamentem. Nie prowadzi do niej żadna droga – trzeba jechać jeepem przez wertepy, lub iść parę godzin na piechotą. Na Maui, nieopodal Hana jest zaś Plaża Czerwonego Piasku zwana przez Hawajczyków Kaihalulu – utworzona przez zerodowaną skałę bogatą w związki żelaza. Jej głęboka czerwień kontrastuje z niebieską wodą oceanu, czarnym klifem i zielonymi drzewami tworząc dość zdumiewający konglomerat. Też trudno dostępna. Większość plaż Wielkiej Wyspy (Hawaii) jest czarna. Najbardziej znaną (i niestety – ze względu na łatwy do niej dostęp – najbardziej obleganą) jest Punaluu, Plaża Czarnego Piasku położona na wschodnim zboczu wulkanu Mauna Loa. Powstała w miejscu, gdzie do Oceanu wlała się lawa, która stygnąc zamieniła się w czarny bazalt.
Wszystkie te kolorowe plaże budzą zrozumiałe zainteresowanie, ale żadna z nich nie jest jednak w stanie przebić, jeśli chodzi o przyjemność plażowania, zwykłych, rzec można swojskich, plaż, na których leży piasek żółty.

WAIKIKI

Plażowy szyk i elegancja (Waikiki Beach)

„Najsłynniejsza” plaża na świecie jest plażą sztuczną. I jest to znaczące: sztuczny raj, który udaje „raj” tropikalny. Lecz nie jest to bynajmniej raj i nie tropik, tylko – gwoli ścisłości – sub-tropik. W języku rdzennych Hawajczyków waikiki oznacza „tryskającą wodę”, ewentualnie „źródło” lub „strumień”, bowiem było ich tutaj przed rozrostem honolulskiej metropolii kilka. Niestety, jeśli w jakiś sposób one przetrwały, to zostały wchłonięte przez okalające Waikiki (rozumiane tu jako rozbudowane przedmieście Honolulu) kanały. Naturalnie, była tu jeszcze przed tą cywilizacyjną inwazją dzika plaża (nota bene uczęszczana przez hawajską „arystokrację”, w tym tę „królewską”), lecz z czasem uległa erozji i budowlanym przeobrażeniom nie do poznania. Doszło do tego, że zaczęto zwozić na nią piasek sprowadzany z… Kalifornii.

Plaża jest zaskakująco krótka – liczy niewiele ponad pół kilometra – ale nagromadzone na niej tłumy sprawiają, iż wydaje się ona sporym organizmem, pewnego rodzaju mikrokosmosem tworzącym swój własny klimat. Wejść na nią to jak zanurzyć się po uszy w ludzką magmę osobników oddających się temu, co określa się mianem „plażowania”, czyli wszelkiej aktywności związanej z obecnością słońca, piasku i wody. Należy jednak zauważyć, że w wielu przypadkach owa „aktywność” ogranicza się do leżenia plackiem na ziemi i smażenia się w promieniach palącego się na niebie słońca.

Waikiki to kolorowa i hałaśliwa mikstura snobizmu, proletariackości, luksusu, szczęścia, mizerii, luzu, napięcia, dezynwoltury, konwenansów, piękna, brzydoty… czyli wszystkiego tego, co tworzy ludzki biotop, na dodatek skondensowany tu na małym spłachetku ziemi, stanowiący epicentrum powszechnego zainteresowania i przyciągający całe mnóstwo nie zawsze pasujących do siebie elementów i indywiduów.
Skąd ten misz-masz? Otóż ze współistnienia obok siebie – i to w pozbawionej większego dystansu bliskości – skrajnie różnych socjologicznie sfer: wymieszanie się klas, gdzie na jednym biegunie znajduje się nieprzyzwoita nędza widocznych niemal na każdym kroku bezdomnych, a na drugim… równie nieprzyzwoite bogactwo i zbytek reprezentowany przez gości bogatych ekskluzywnych mega-resortów tupu Hilton, Hyatt, Sheraton, Marriott…

Bezdomny na Kalakaua (Waikiki, Oahu)

Oczywiście, że homelesi przytłoczeni są całym tym rozbuchanym konsumpcyjnym zgiełkiem (a większość z oddających się owemu niczym nieskrępowanemu używaniu wszelkich możliwych uciech i dóbr, zapewne w ogóle ich nie zauważa – lub udaje, że nie zauważa).
*  *  *
I jeszcze jedno. Nocny spacer rozświetloną, kolorową aż do bólu oczu promenadą Kalakaua muszę uznać za najbardziej nudną i nużącą dla mnie godzinę spędzoną na Hawajach. I bynajmniej przyczyna tego nie leżała w trwającym wiele godzin locie samolotem przez Pacyfik.
Kalakaua biegnie równolegle do plaży Waikiki, której nie można jednakże widzieć, jako że po obu stronach tej ulicy znajdują się wspomniane już resorty, które już dawno zatraciły swój nimb ekskluzywności, stając się czymś w rodzaju okazjonalnego substytutu zaspokajającego (chwilowo i dość iluzorycznie przecież) snobistyczno-konsumpcyjne aspiracje tzw. upper-middle-class.
Kalakaua to także jeden wielki ciąg sklepów i handlowych „galerii”, gdzie przewalające się tłumy poszukują… właściwie nie wiadomo czego, a jeśli już znajdują, to najczęściej rzecz, która do niczego nie jest im potrzebna, będąc po prostu zbytkiem – kompulsywnym zaspokojeniem potrzeby posiadania, którą zaszczepiła w nich cywilizacja materialnego „sukcesu”, gromadzenia „dóbr” i rozchełstanego konsumpcjonizmu. Do sklepów już nie chodzi się wtedy, gdy człowiekowi coś potrzeba; do sklepów się chodzi – i w nich kupuje – dlatego że one są i dlatego, że postępują tak inni.

HAWAJSKIE DROGI (I BEZDROŻA)

Hawajskie drogi to nie tylko typowy pan-amerykański kontrast ale i miejscowy szok. Ich jakość rozciąga się od super-nowoczesnej wielopasmowej autostrady na Oahu po pełne błota dziury i wertepy obecne już na wszystkich wyspach, gdzie tylko koleiny i ślady jeepowych opon wskazują na obecność czegoś, co można nazwać prowadzącym dokądś traktem.
Trudno sobie wyobrazić bliższe poznanie hawajskich wysp bez dysponowania własnym (a ściślej – wypożyczonym) samochodem. Aby jednak trafić do najbardziej „dzikich”, a tym samym najbardziej niezwykłych i ciekawych zakątków, należy dysponować jeepem, a co najmniej SUV-em z napędem na cztery koła.

Nieraz zastanawiałem się, czy aby to, że pozwala się na istnienie takich „dróg” nie jest celowe. Bo przecież cóż to dla amerykańskiej technologii i budowlanych środków utwardzić, wyasfaltować czy też wybetonować drogę – o czym świadczy choćby obecność takichże dróg w najbardziej nawet niewiarygodnych miejscach amerykańskiego kontynentu? Czy przypadkiem nie chodzi tu o utrudnienie dostępu masowej turystyki do pewnych wybranych miejsc? O niedopuszczenie do stratowania ostatnich połaci dzikich zakątków? O zlitowanie się nad fauna i florą – czyli o zachowanie pewnych rezerwatów przyrody w stanie nieskalanym zbytnio motoryzacyjnym hałasem i spalinami? Pewnie o wszystko po trochu. A efektem – przynajmniej jeśli chodzi o nasze egoistyczny instynkt odkrywania i eksploracji – jest również poczucie pewnej ekskluzywności i dreszczu przygody.
Powiedzmy sobie jednak szczerze: jakież może nam grozić niebezpieczeństwo w miejscu gdzie ma zasięg nasza komórka?
Chyba jednak może… o czym świadczyły spalone wraki samochodów, jakie pospadały w przepaść ze stromego urwiska na jednej z takich dróg na Wielkiej Wyspie (z tą drogą wiąże się zresztą pewien niezwykły przypadek, jakim nam się tam zdarzył… ale o nim może za chwilę).
*  *  *

W otoczeniu zielonego szaleństwa dżungli - droga do Hana i... zagubiony na niej mały biały samochodzik (Maui)

*

Bez przesady można stwierdzić, że na Maui istnieje jedna z najbardziej malowniczych dróg na świecie. Jest to słynna Droga do Hana, prowadząca wzdłuż wybrzeża, po północno-wschodnim stoku wulkanu Haleakala. 80 kilometrów, 56 mostów i 617 zakrętów nad spienionym Oceanem, wśród tropikalnej roślinności, obok wodospadów, poszarpanych, utworzonych przez czarną lawę brzegów, podtopionych pól uprawnych taro, bambusowych zarośli, cyprysowych gajów…
Tak, droga do miejscowości Hana jest asfaltowa, ale za tym miasteczkiem, (które bardziej przypomina nadmorską wioskę) nagle jeszcze bardziej się zwęża,  kończy się asfalt, a zamiast niego mamy piasek i żwir, a na dodatek, w pewnym momencie natrafiamy na szlaban ze znakiem „Road closed. Local traffic only”.  Tutaj przestaje działać  polisa ubezpieczeniowa kompanii wypożyczających samochody (a tym samym kończą się żarty), natomiast zaczyna jeszcze ciekawszy i jeszcze bardziej niezwykły odcinek drogi, po której jadąc można okrążyć Haleakalę i przedostać się na drugą stronę wyspy.
Co też uczyniliśmy i muszę przyznać, że oprócz tego, że ten fragment drogi należał do najciekawszych na całej naszej trasie, to była to jednocześnie droga najbardziej wstrząsająca… także z powodu niezliczonej ilości dziur i wybojów, które zelżały dopiero wtedy, gdy wjechaliśmy na rozległe, falujące łagodnie zielone łąki i rancza pełne pasących się, swojsko wyglądających, choć czarnych jak najczarniejsza lawa, krów.

PRZYGODA NAD DOLINĄ WAIPIO

Gdybym był przesądny (albo wierzył w Opatrzność – co na jedno wg mnie wychodzi) to to, co się wydarzyło na spadzistej  drodze, która prowadziła z wysokiego klifu na dno doliny, uznałbym za oczywistą sprawę działania sił nadprzyrodzonych.
Dolina Waipio należy do najpiękniejszych na całych Hawajach. Leży w północno-wschodnim rejonie Wielkiej Wyspy (Hawai’i), na Wybrzeżu Hamakua. To kilkadziesiąt akrów płaskiej niczym namorzynowa delta ziemi otoczonej amfiteatrem wysokich na pół kilometra klifów, z których spływają liczące po kilkaset metrów wodospady.
Większość z nielicznych, docierających tu turystów, ogląda dolinkę z tarasu widokowego, którym kończy się droga z Hilo.  Niestety, mnie ten tarasik nie mógł zadowolić, więc zdecydowałem się zjechać do Waipio stromą, prowadzącą skalnymi półkami, żwirową drogą. Byłem pewny, że jeep z łatwością z tym sobie poradzi, tym bardziej, że droga przecież używana była nie tylko jako szlak pieszy, ale i uczęszczana była przez mieszkających w Waipio (nielicznych, co prawda) ludzi, którzy każdego dnia pokonywali ją swoimi pick-upami.

Hawajskie drogi (Big Island)

Aby zjechać na dół, należało pokonać jakieś półtora kilometra drogi, co zajmowało ok. 15 minut lub… 15 sekund, jeśli ktoś miał to nieszczęście sięgnąć dna doliny w linii prostej, spadając po prostu w przepaść (a widoczne z daleka wraki potwierdzały, że nie jest to tylko możliwość hipotetyczna).
Byłem już u wylotu biegnącej w dól drogi, kiedy do okna samochodu podeszła kobieta w średnim wieku i zapytała, czy nie mogłaby się z nami zabrać. Nieco zdziwiony zapytałem się, dlaczego nie chce zejść do doliny na piechotę – przecież to taki piękny szlak (wziąłem ją po prostu za turystkę). Odparła, że zawsze stara się aby ją ktoś podwiózł, bo ona… w Dolinie Waipio mieszka. Aaa!  Skoro tak – to proszę bardzo! Zmieniłem bieg na najniższy, nasza pasażerka przypomniała, by sprawdzić również hamulec ręczny (przy okazji zorientowałem się, gdzie go można znaleźć) po czym zaczęliśmy zjeżdżać po niezwykłej stromiźnie na dół. Nie ujechaliśmy stu metrów, gdy wtem silnik Wranglera zgasł, a tym samym przestały działać wszystkie urządzenia elektroniczne, w tym układ kierowniczy i hamulec główny. Samochód bezwładnie zaczął się zbliżać do krawędzi przepaści a ja już oczami wyobraźni zobaczyłem, jak roztrzaskujemy się u podnóża skalnej ściany. Usłyszałem głośne: „handbreak”! i odruchowo zacisnąłem dłoń na hamulcowej rączce. Jeep jednym kołem wisiał już nad przepaścią.

Ale to jeszcze nie był koniec całej przygody. Bo cóż się okazało? Otóż… wskaźnik poziomu paliwa wskazywał „zero”, więc i tak nie mogliśmy ponownie uruchomić silnika. Samochodu nie dało się ruszyć, a na dodatek tarasował on skutecznie całą drogę i nie bardzo było wiadomo, czy można go będzie stamtąd wyholować.
Potrzebna była benzyna, ale jak tu zdobyć na tym odludziu „gas” i to o tak już późnej porze? Ledwie człowiek przeżył a tu znowu wpakował się w niezłe tarapaty.
Ale, ale… czy uwierzycie, że nasza pasażerka wyciągnęła wtedy ze swojej torby… pełen paliwa kanister!? (Benzyna potrzebna jej była do zasilania domowego generatora prądu). Nasze zdumienie (a i radość) nie miała granic. Silnik „załapał”, wszystko zaczęło działać i po kilku minut znaleźliśmy się bezpiecznie na dnie cudownej skądinąd Doliny Waipio.
Zadziwił mnie ten brak paliwa, gdyż przypomniałem sobie, że sprawdzałem jego poziom nie tak dawno i że wskaźniki wychylony był na ok. 1/3 skali. Jednakże, gdy znaleźliśmy się na stromiźnie, cała benzyna spłynęła do dolnej części baku i zasysanie przestało działać. Dziwne, bo co jak co, ale jeep powinien być raczej niezawodny w takich warunkach.

Dzięki tej przygodzie poznaliśmy Kamaleę – bowiem takie imię nosiła nasza towarzyszka, co mnie trochę zdziwiło, jako że była białą kobietą. Mieszkała (samotnie) w Dolinie Waipio już od dwudziestu lat. Urodziła się  na Hawajach, a jej rodzice byli potomkami portugalskich imigrantów, którzy przybyli na wyspy jeszcze w XIX wieku  i zaczęli hodować tu bydło oraz uprawiać kawę.
Nie chciała przyjąć zapłaty za dostarczoną nam benzynę i dopiero później, kiedy już jechaliśmy na nocleg do Hilo, zreflektowałem się, że przecież mogłem – jako symboliczny dowód wdzięczności – podarować jej… ananasa, którego dzień wcześniej kupiliśmy od sprzedającego napoje chłodzące (przy położonej na Maui drodze do Hana) pewnego Niemca. O nim także można by tu opowiedzieć całą historię, jak zresztą i o wielu innych imigrantach, którzy postanowili na Hawajach ułożyć sobie życie, stworzyć swój dom.
Ale o tym to już może innym razem…

* * *

HAWAJSKIE OBRAZY:

Zmierzch na Maui

*

Mierząc się z Wielką Falą srebrnego oceanu (Oahu)

 

Wodny wachlarz (Kauai)

*

Wszędobylskie palmy (Oahu)

*

Zachód słońca nad Kauai (Wybrzeże Napali)

© ZDJĘCIA WŁASNE

Więcej zdjęć z ostatniej podróży na Hawaje obejrzeć można TUTAJ (panoramy) oraz TUTAJ (hawajski misz-masz) – w brulionie podróżnym (ilustrowanym), jak również- inny zestaw – TUTAJ – na moim blogu fotograficznym Światowid.

*

SMILE!

Uiechnięte rodzeństwo z Delhi (Indie)

*
Uśmiech.
Czym byłoby życie bez uśmiechu? Nawet nie możemy sobie tego wyobrazić, tak przywykliśmy do niego, uważając go za coś zwykłego.
A przecież śmiech – jeśli szczery – jest czymś bez mała cudownym. Przegania smutki, wzbudza sympatię, zwycięża wrogość, rozprasza melancholię… Rozjaśnia mroki egzystencji.
Świat bez uśmiechu byłby nie do zniesienia.
Oto mała kolekcja uśmiechów zebrana przeze mnie w różnych częściach naszego globu.
*

Dziewczyna spotkana przypadkowo na wiejskiej drodze pod Dżodpurem w indyjskim Radżastanie. Poprosiłem ją tylko, by popatrzyła się w kierunku zachodzącego Słońca – stąd to miękkie światło i… zniewalający uśmiech.
*  *  *
*

Ojciec i syn z Varanasi (Indie)

Varanasi to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Indiach. To właśnie tam – na brzegach Gangesu – pali się zwłoki Indusów. Na przybyszu z innego rejonu świata robi to doprawdy niesamowite wrażenie. Przechodząc się wśród płonących stosów doznajemy wstrząsu – dociera do naszej świadomości to, w jak odmienny sposób ludzie różnych kultur podchodzą do śmierci.
W pewnej chwili odwróciłem wzrok od płomieni stosów i mętnej wody Świętej Rzeki, zasłaniając się od swądu palących się ciał.
I wtedy właśnie dostrzegłem tę śmiejącą się z całego serca parę – ojca z synem. Efekt był piorunujący: jednocześnie, w tym samym momencie, poczułem grozę śmierci i radość życia.
Zawirowało mi w głowie.
*  *  *
*

W drodze do szkoły (Dżajpur, Indie)

Najjaśniejsze i najczystsze uśmiechy z mojej kolekcji.
To rodzeństwo emanuje niezwykłym ciepłem, które wyzwala się nie tylko poprzez uśmiech, ale i przez te młode, ufne i spokojne oczy.
To był kolejny indyjski kontrast. Warto zwrócić uwagę na tło – niestety słabo tutaj widoczne. Dzieci, ubrane czysto i schludnie szły bowiem do szkoły po jednej z ulic Dżajpuru, która przypominała śmietnik i rynsztok zarazem.
To zastanawiające, że najwięcej ludzkich uśmiechów wywiozłem z Indii – z kraju nieopisanej nędzy i mizerii.
*  *  *
*

Chocolate trio from Ocho Rios (Jamajka)

Czekoladowe trio z Ocho Rios.
Trzy siostry (koleżanki?), które spotkałem w miasteczku Ocho Rios na Jamajce.
Jamajczycy mają typowo południowy charakter: bywają gorący i namiętni. Te dziewczynki o namiętności jeszcze nic nie wiedzą, ale emanująca z nich radość oraz ciepło ich uśmiechów są już widocznym odbiciem jamajskiej duszy.
O ile sobie przypominam, była wówczas niedziela – stąd te „kościółkowe” ubranka, w których dominowały róż i biel. Samo miasto zaś nie sprawiało dobrego wrażenia. Te uśmiechy uratowały jednak moje o nim wspomnienie.
*  *  *
*

Dziadziu spod Machu Picchu (Peru)

Rozbrajający uśmiech dziadzia spod Machu Picchu w Peru.
Kiedy zjechaliśmy już z gór, gdzie rozłożone jest legendarne miasto Inków, natrafiliśmy na coś w rodzaju wiejskiej fiesty, w której brali udział dość cudacznie poprzebierani mężczyźni w różnym wieku. Również ten senior w jakże oryginalnym przybraniu głowy.
Jak widać, nawet bezzębny uśmiech może mieć swój nieodparty urok.
*  *  *
*

Soooooo sweeeeet! Dziewczynka z lamą (Peru)

Dziewczynka spotkana w drodze znad Jeziora Titicaca do Cuzco w peruwiańskich Andach. Do dzisiaj nie wiem, czy uśmiech lamy był szczery, czy też… wyuczony ;)
*  *  *
*

Dziewczynka z lizakiem (Lago de Atitlán, Gwatemala)

Gwatemala to miejsce, gdzie do dzisiaj żyje kilka milionów potomków legendarnych Majów. W tej dziewczynce bez wątpienia płynie krew plemienia, które zawładnęło na kilkaset lat Ameryką Środkową,  by wkrótce popaść w ruinę i to zaledwie w ciągu życia  jednego pokolenia. Dziewczynka sprzedawała haftowany rękodzieło, w którym specjalizują się mieszkańcy wiosek położonych w cieniu wielkich wulkanów nad Jeziorem Atitlán.
*  *  *
*

Carnaval beauty from Rio (Rio de Janeiro, Brazylia)

Brazylijskie Rio de Janeiro w czasie Karnawału zamienia się w miasto szalone, tętniące życiem, kipiące erotyzmem i naładowane seksem.
Ten uśmiech jest dla mnie niezwykły – łączy bowiem skromność i zawstydzenie z jednoznacznie wyzywającym strojem, niemalże negliżem.
Okazuje się że taka fuzja też może mieć swój nieodparty sex-appeal.
*  *  *
*

Prząśniczka z Katmandu (Nepal)

I jeszcze jeden zniewalający uśmiech seniora – tym razem kobiety przy krosnach napotkanej pod Himalajami.
*  *  *
*

Ludowy przyodziewek jednej z pod-andyjskich wiosek (Peru)

Peruwianka w fantazyjnym kapeluszu i równie oryginalnie haftowanym stroju.
*  *  *
*

Zadowolone z życia Japonki (Honolulu, Hawaje)

Dwie japońskie dziewczyny (Koreanki?) na Hawajach.
Uśmiech cokolwiek pozowany, niemniej jednak szczery.
Nawet jeśli wymuszamy swój uśmiech, w pewnym momencie może się on stać czymś autentycznym… Wtedy nas nie razi.
Uśmiech sztuczny i nieszczery szybko się demaskuje. I niekiedy staje się nawet czymś trudnym do zniesienia.
*  *  *
*

Młodziutkie Tajki (Bangkok, Tajlandia)

Cóż tu będę krył – z wszystkich Azjatek najbardziej podobają mi się kobiety z Tajlandii.
Lecz mam tu na myśli nie tylko urodę – chodzi mi również o charakter i sposób bycia. Nie ma chyba milszych kobiet za świecie niż Tajki… naturalnie, z wyjątkiem naszych kochanych Polek.
*  *  *
*

Uśmiechnięty reprezentant Europy (Paryż, Francja)

Oczywiście, nie może w naszej kolekcji zabraknąć uśmiechu ze Starego Kontynentu. I oto mamy – uśmiech młodego dżentelmena, sprzedawcy staroci w jednej z paryskich dzielnic. Nie wiadomo co bardziej podziwiać – gest i pozę czy szykowny, choć niemal sportowy, kostium.
*  *  *
*

Od chmurności, przez wstydliwość do uśmiechu (Antigua, Gwatemala)

Małe studium przełamywania lodów i zdobywania zaufania… tutaj: nieśmiałej dziewczynki z gwatemalskiego miasteczka Antigua.
*  *  *
*
A NA KONIEC… JESZCZE KILKA UŚMIECHÓW Z INDII:
*
*
*
*
*
*
*
*
*