DOBRZE POINFORMOWANI BARBARZYŃCY (Ameryka według Albee’ego)

.

Podobnie jak człowiek, każda cywilizacja ma swój początek, czyli narodziny, oraz swój kres, który można nazwać jej śmiercią. W jakim stanie znajduje się współczesna Ameryka? Osiąga swój zenit, czy też stacza się już po równi pochyłej, ciążąc ku upadkowi?

Na te i inne pytania starał się odpowiedzieć goszczący w Chicago Edward Albee, jeden z najbardziej uznanych na świecie dramaturgów.

Edward Albee (zdjęcie własne)

Edward Albee (zdjęcie własne)

Temat Narodzin i Śmierci – tych kluczowych fenomenów egzystencjalnych człowieka – zajmował tegorocznych uczestników Festiwalu Humanistycznego w Chicago. Wszystkie najważniejsze instytucje kulturalne tego miasta brały udział w tym ogromnym przedsięwzięciu, w ramach którego, w ciągu zaledwie kilku dni miało miejsce blisko 50 różnych wydarzeń. Naukowcy, historycy, pisarze, artyści, politycy, teolodzy, prawnicy, lekarze… ludzie przeróżnych profesji uczestniczyli w tym gigantycznym sympozjum rozproszonym po wszelkich sanktuariach kultury, sztuki i religii Wietrznego Miasta.
Wśród wartych szczególnej wzmianki gości znaleźli się m.in.: William Styron – pisarz, autor takich książek, jak „Wybór Zofii”, czy „Wyznania Nata Turnera” (za tę ostatnią otrzymał Nagrodę Pulitzera); Robert Alter – znany badacz, znawca i interpretator Biblii; Christian de Duve – biolog, odkrywca lizosomów, laureat Nagrody Nobla, którego ostatnia książka „Vital Dust: Life as a Cosmic Imperative” w sposób fascynujący przedstawia ewolucję życia na Ziemi, począwszy od prymitywnych biomolekuł, po cudowność ludzkiego umysłu; Scott Turow – chicagowski prawnik, który w pewnym momencie swojej kariery zaczął pisać powieści sensacyjne i kryminalne bestsellery (m.in. „Presumed Innocent”); James Park Sloan – profesor literatury na Uniwersytecie Illinois w Chicago, autor szeroko komentowanej ostatnio biografii Jerzego Kocińskiego… To zaledwie kilka nazwisk.

Wziąłem udział w kilku z tych wydarzeń i myślę, że warto podzielić się z Czytelnikami omówieniem choćby jednego z nich. Wybrałem niezwykle interesujące moim zdaniem spotkanie z Albertem Albee – dramaturgiem, którego sztuka „Kto się boi Virginii Wolf” przyniosła mu ogólnoświatową sławę. Albee należy do ekskluzywnej trójki dramatopisarzy (obok Eugene’a O’Neilla i Roberta Sherwooda), jacy mogą się poszczycić aż trzema nagrodami Pulitzera.
Wielopoziomowa sala Orchestra Hall – siedziby Chicagowskiej Orkiestry Symfonicznej – wypełniona była do ostatniego miejsca. Albee przykuwał nieustanną uwagę, swobodnie nawiązując ze wszystkimi bardzo ścisły, emocjonalno-intelektualny kontakt. Mówił niezwykle płynnie, nienaganną dykcją, z naciskiem na liczne puenty, zgrabne aforyzmy i paradoksy przypominające dobrą szkołę Oscara Wilde’a czy George’a Bernarda Shaw. Żałuję tylko, że wiele z tych walorów blednie w druku, albo też idiomatyczna gra słów nie pozwala na ich wierne przetłumaczenie. Umyka więc ta specyficzna u Albee’ego ironiczna przekora i niepospolite poczucie humoru, które sprawiło, że sala bardzo żywo reagowała na to, co mówił pisarz, a spontaniczny śmiech był tak częsty, jak żarty.

śmierć w życiu

Myślę, że warto zapoznać się z poglądami Albee’ego na wiele z kluczowych aspektów amerykańskiej rzeczywistości. Na samym początku swojej prelekcji nawiązał on do tematu wiodącego Festiwalu, czyli zagadnienia Śmierci i Narodzin, dochodząc do wniosku, że jednym z powodów, dla którego bardziej koncentrujemy się na śmierci, niż narodzinach jest fakt, że aby myśleć o czymś racjonalnie, musimy mieć jakiś punkt odniesienia, jakąś możliwość porównania do czegoś. Śmierć możemy porównać z życiem, narodzin zaś nie możemy porównać z niczym, gdyż przed narodzinami nie doświadczyliśmy niczego.
Albee zapowiedział, że chce przetransportować w swoim wykładzie festiwalowym temat „Śmierci i Narodzin” na „Śmierć i Życie”, a nawet – posuwając się dalej – na „Śmierć w Życiu”.

edukacyjny ping-pong

Pisarz przypomniał następnie swój życiorys, szczególnie okres dziecięcy i młodzieńczy, czas swojej edukacji („krótki i gwałtowny”). Został zaadoptowany, kiedy był jeszcze „drobiazgiem” przez pełną „dobrej woli – bogatą, reakcyjną rodzinę” z północno-wschodniego krańca Stanów Zjednoczonych. „Rodzinę, która starała się wychować mnie zgodnie ze swoimi najlepszymi wartościami, a za jedną z nich uważali dobrą edukację; rodzinę, która oczywiście nieświadomie wypełniła mnie wielka niechęcią do każdej z tych wartości” – zwierzył się Albee. Zresztą, jak zaraz podkreślił, gdyby był wychowywany przez inną rodzinę – intelektualnie stymulującą, politycznie wyrafinowaną, świadomą moralnie – to zapewne wobec niej również byłby w opozycji i prawdopodobnie wyrósłby na kogoś w rodzaju… reakcyjnego bigota.
W wieku 11 lat został więc wysłany do bardzo dobrej szkoły, lecz on – i na to do tej pory nie może znaleźć racjonalnego usprawiedliwienia – wcale nie chciał być z dala od domu. Przy pierwszej lepszej okazji postarał się więc o to, by go ze szkoły wyrzucono i sytuacja ta powtarzała się później jak w ping-pongu. Tak, że po pewnym czasie obie strony zdążyły się do tego nawet przyzwyczaić. W ogóle stosunek Albee’ego do edukacji był pasywny, niemalże „ghandyjski”. Ostatecznie, jego opiekunowie, uważając że wpadli na znakomity i skuteczny sposób, wysłali go do… akademii wojskowej.

nowela miała rację…

Od najwcześniejszych lat próbował pisania. Wiersze zaczął tworzyć, kiedy miał 8 lat i robił to aż do 28-go roku życia. Były one coraz lepsze – to znaczy na pewno większość wierszy, jakie napisał w wieku 28 lat, była lepsza, niż większość wierszy, które napisał mając lat 8 – podkreślił Albee. Jednak w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego, że gdyby nawet pisał dalej i gdyby nawet udało mu się pisać wiersze coraz lepsze, to stałby się ogromnie sprawnym, tyle że ogromnie… podrzędnym poetą. To mu nie wystarczało. Przestał więc pisać poezję.
Napisał także dwie powieści. Jedną w wieku lat 14 („jakieś 2200 stron”), drugą w wieku lat 16 („jakieś 180 stron”). Cieszy się przy tym na myśl, że te dwie powieści są najgorszymi powieściami napisanymi kiedykolwiek przez amerykańskiego nastolatka. Jeśli więc jakiś obecny na sali nastolatek przymierza się do napisania dwóch najgorszych powieści, jakie zostały kiedykolwiek napisane przez nastolatka w Ameryce, to niech z tym od razu da sobie spokój – one już istnieją, za sprawą Albee’ego.
Próbował też noweli. Ale ciągle nie mógł się z tą formą zgodzić i prawdopodobnie – w tym sporze – nowela miała rację.
Kiedy był młody chciał też malować i rysować, lecz nie był zadowolony z rezultatów. Później myślał o tym, czy aby nie zostać kompozytorem, ale uznał, że nie jest zbyt kompetentny, by nauczyć się muzyki i gry na fortepianie. („To niestety nie powstrzymało innych moich kolegów kompozytorów” – wtrącił.)

"Kto się boi Virginii Wolf" - sztuka Albee'ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmu: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

„Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka Albee’ego, która zdobyła mu sławę (w kadrze z filmowej adaptacji Mike’a Nicholsa: Liz Taylor, Richard Burton, George Segal)

co robić!? co robić!?

W pewnym momencie znalazł się – jednak pisarz przecież! – w samym środku stymulującej intelektualnie nowojorskiej dzielnicy Greenwich Village. Pisarz, wyczerpany poeta – ktoś, kto nie sprawdził się ani w powieści, ani w noweli, niekompetentny eseista… ale przecież – pisarz!
Co robić!? Co robić !?
Tak więc, na swoje 40-te urodziny Albee podarował sobie prezent, a była nią sztuka teatralna „The Zoo Story”, która – jak się okazało – zmieniła całe jego życie. Wkrótce powstały inne dramaty, a wśród nich „Kto się boi Virginii Wolf” – sztuka, która zdobyła światowy rozgłos, głównie za sprawą opartego na niej filmu z Liz Taylor i Richardem Burtonem w rolach dysfunkcjonalnych małżonków.
Albee lubi być dramaturgiem. Na szczęście… Gdyż jest to jedno z niewielu zajęć, przy wykonywaniu którego czuje się pewnie i kompetentnie.

***

Nawet jeśli nie uznamy Edwarda Albee’go za autorytet totalny (a takich na świecie przecież nie ma), to zważywszy na intelekt, erudycję i niekonwencjonalność pisarza – warto chyba zaznajomić się z jego opiniami na kilka istotnych zagadnień dotyczących człowieka i współczesności.

wigor lat 60-tych

U progu 6-tej dekady, w Ameryce, ludzie kultury i sztuki wierzyli, że wszystko jest możliwe. Zresztą, większość społeczeństwa podzielała ten optymizm. Pełno było witalności, wigoru, a sztuka wybuchła, przynajmniej w tych większych amerykańskich miastach. Wszystko to było żywe, ekscytujące…
Przykłady.
W 1955 roku wszyscy z czwórki największych dramaturgów amerykańskich, byli martwi. Osiem lat później, tworzyło już czterech największych dramaturgów amerykańskich.
Nastąpiło masowe zainteresowanie muzyką klasyczną. W teatrze, na widowni, było już wreszcie więcej ludzi, niż na scenie. Prace młodych, odważnych twórców wystawiano w galeriach i muzeach… Ludzie to widzieli, ludzie zwracali na to uwagę. To właśnie w tym czasie powstała Narodowa Fundacja Sztuki (National Endowment for the Arts).

sztuka

Sztuka jest po to, by kwestionować nasze wartości, kwestionować nasze status quo, a wszystko po to, byśmy ponownie przemyśleli, czy rzeczywiście wierzymy w to, co wierzymy.

współczesna ignorancja

Młodym ludziom gwarantuje się w tym kraju 12-to klasową edukację. Gwarantuje się też możliwość dalszej nauki. Albee wierzy, że Narodowa Fundacja Sztuki powstała, gdyż Amerykanie zrozumieli, że jeśli nie umożliwi się kulturalnej i estetycznej edukacji społeczeństwa, wtedy nie będą mogli mówić, że spełnili swój obowiązek.
„Jeżeli teraz, w epoce komputerów i rewolucji informatycznej, nie zmienimy czegoś w systemie edukacji – konkludował Albee – to wychowamy społeczeństwo dobrze poinformowanych barbarzyńców.”

edukacja

Tym, co Albee’ego najbardziej teraz niepokoi, jest właśnie brak właściwej edukacji, czego doświadcza młodzież amerykańska, i to zarówno w domu, jak i na uniwersytetach. System edukacji w Stanach Zjednoczonych koniecznie musi być zmieniony. Faktycznie doszło do tego, że w Ameryce wyodrębniły się dwa poziomy edukacyjne. Jeden kształci ludzi na rządzącą elitę, drugi – będący właściwie brakiem edukacji – jest dla ludzi, którzy nie będą mieli żadnej szansy, by decydować za siebie i za kraj. Między tymi dwoma poziomami istnieje przepaść. Amerykańskie szkolnictwo to wielki wstyd dla tego kraju.
Albee wykłada na Uniwersytecie w Houston. Zna wielu zdolnych studentów, ale czuje się zaalarmowany i zaszokowany ignorancją ich nauczycieli.

czyja wina?

Ostatnio Kongres Stanów Zjednoczonych dąży do zdemontowania i ostatecznej destrukcji Narodowej Fundacji Sztuki – do destrukcji edukacji kulturalnej kraju. Albee wyznaje: „To mnie martwi, gdyż wiele mówi o stanie moralnego, filozoficznego i psychicznego zdrowia społeczeństwa. Ci ludzie, którzy głosują za tym, żeby to zniszczyć, robią to dlatego, że my, jako społeczeństwo, stawiamy ich na pozycjach takich, iż mają władzę, by to zrobić. Nie jest to więc ich wina, tylko nasza.”

wybory

W ostatnich wyborach głosowało około 49% uprawnionych do głosowania. Oznacza to, że Stany Zjednoczone będą rządzone dzięki woli zaledwie 1/4 potencjalnego elektoratu. A to już nie jest demokracja, tylko rodzaj elitaryzmu na opak.
Albee pyta się: „Czy naprawdę tak mało dbamy o to, jak jesteśmy rządzeni, że nawet nie zadajemy sobie trudu, by w sposób racjonalny i inteligentny przeanalizować i ocenić ludzi, których wybieramy? Jeżeli jesteśmy tak pasywni, to może oznaczać, że staliśmy się martwi za życia i nie dbamy już o tak wrażliwą i kruchą rzecz, jaką jest demokracja.”

amerykańska cywilizacja

Max Lerner był kiedyś tak uprzejmy i nazwał społeczno-kulturowy stan Ameryki „cywilizacją”.
Otóż w związku z tą „cywilizacją” Stanów Zjednoczonych, Albee jest najbardziej zaniepokojony tym, że ta – jedna z najdziwniejszych ludzkich cywilizacji – może się już chylić ku upadkowi, nie osiągnąwszy nawet swojego zenitu.
Wszystkie cywilizacje w historii miały okresy wielkiej witalności i rozkwitu, następnie pewnej stabilizacji, wreszcie zapaści. Ich koniec następował czasem bardzo gwałtownie, czasem był to schyłek łagodny, ledwie uchwytny… Są obawy, że Stany Zjednoczone zaczęły się staczać w dół.

totalitaryzm

Albee przyznał, że spędził sporo czasu w społeczeństwach totalitarnych, co jeszcze bardziej wzmaga jego obawy w związku z pasywnością amerykańskiego społeczeństwa. Kiedy był w Związku Sowieckim, spotkał tam wielu ludzi – i to zarówno pisarzy-dysydentów, jak i reżimowych komisarzy kultury, czyli ludzi, którzy decydowali w tamtym czasie jacy pisarze mogą publikować swoje książki, a których trzeba wysłać do obozów pracy; decydowali o tym jakie obrazy, jakich malarzy mogą wisieć w Galerii Tretiakowskiej, a które z nich należy zepchnąć czołgami do rzeki Moskwy; decydowali jacy kompozytorzy mogą być obecni w programie nauczania w konserwatoriach, a którzy z nich są na to zbyt reakcyjni… Komisarze kultury, którzy decydowali o tym, jaką świadomość mają Rosjanie rozwinąć.

semiotyczna zapaść

Jeden z rosyjskich przyjaciół Albee’ego, pisarz dysydencki Andriej Amalryk, spędził parę lat w więzieniu, później zdołał wyjechać do Rosji, ale został zamordowany w Hiszpanii, na długo przed swoją śmiercią, jeszcze w latach 60-tych, wysunął podczas jednej z rozmów z Albee’em teorię, że ludzie, którzy prowadzą kulturę w jego kraju, celowo dążą do czegoś, co Andriej nazwał „semantyczną zapaścią” między dwiema kulturami – rosyjską i amerykańską; dążą do sytuacji, w której nie będzie już możliwe żadne porozumienie. Totalne załamanie się języka, semantyki – zupełne załamanie się woli i intencji.
Później Albee wielokrotnie zastanawiał się nad tym, co powiedział mu Andriej. Wreszcie zadał sobie pytanie, czy tego typu „semantyczna zapaść” może się zdarzyć tylko między tak odmiennymi społeczeństwami, jak amerykańskie i rosyjskie? A może w samych Stanach Zjednoczonych może dojść do podobnego, całkowitego załamania się wzajemnego porozumienia między twórcami i intelektualistami, którzy chcą przekazać społeczeństwu twarde i niewygodne prawdy o nim samym, a ludźmi, od których zależy to, czy będą chcieli ich słuchać? To poczucie stale rosło w nim samym: tak, taka semantyczna zapaść w społeczeństwie amerykańskim nie tylko może mieć miejsce, ale właśnie się rozpoczęła.

jeszcze o Ameryce

Jednak Albee woli być pisarzem w Stanach Zjednoczonych, niż w jakimkolwiek innym kraju, a odwiedził ich wiele w swoim życiu. Był świadkiem tego, z czym muszą się tam mierzyć twórcy. Wrogość, niezrozumienie, odrzucenie… Sytuacja w Stanach Zjednoczonych jest niczym w porównani ze sprawą życia i śmierci, jaką jest często pisanie prawdy i tego, co się myśli, w państwach totalitarnych, albo tam, gdzie panuje dyktatura. Tutaj, w Ameryce, to jest dziecinada w porównani z tym, co muszą znosić ludzie w niektórych krajach. Tam można stracić życie za napisanie książki.
Na szczęście w Stanach Zjednoczonych nie ma jeszcze nikogo, kto by mówił z urzędu: nie możesz czytać tej książki, nie możesz słuchać tej muzyki, nie możesz patrzeć na ten obraz, nie możesz oglądać tej sztuki, nie możesz czytać tej gazety… Nie ma jeszcze tutaj nikogo, kto by odmówił ludziom prawa dostępu do różnych przejawów kultury. I tym miejscu Albee dodał: „Z wyjątkiem nas samych”.
Autocenzura i brak uczestnictwa Amerykanów w życiu kulturalnym i politycznym kraju, jest – zdaniem Albee’ego – formą śmierci za życia.
Jednak może ktoś powiedzieć: Czy rzeczywiście ma to wszystko jakieś większe znaczenie? Czy nie mieliśmy w Ameryce cięższych okresów przez ostatnie 35 lat? Czy nie nastąpiło zhańbienie prezydentury przez Nixona? Czy tkanka naszego społeczeństwa nie została zszarpana przez wojnę w Wietnamie? Czy nie byliśmy w ostatnich latach świadkami katastrofalnego kierowania naszą gospodarką? Czy młodzi ludzie, od wielu już lat, nie odwracają się od aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym kraju?
Alebee podkreślił, że Stany Zjednoczone są jedyną ze znanych mu demokracji, w której studenci wyższych uczelni w ogóle nie biorą udziału w polityce, nie formują żadnych programów, nie orientują się nawet w podstawowych sprawach społecznych i politycznych.
Zdaniem Albee’ego, społeczeństwo amerykańskie jest w związku z tym wszystkim bardzo zagrożone. Na domiar złego to, że amerykańska ekonomia jest zdrowa, jest totalnym złudzeniem. Tak więc, czy wobec tych wszystkich zagrożeń, jest jeszcze sens martwić się o sztukę? Albo o to w jakiej relacji jest ona ze społeczeństwem?

małpi ogon

Co odróżnia nas od innych zwierząt? (Zadając to pytanie Edward Albee podkreślił, że nie chce zaostrzać konfliktu między ewolucjonistami a kreacjonistami, choć ostatnie oświadczenie papieża odnośnie ewolucji jest precedensem na korzyść tych pierwszych.)
Otóż jesteśmy jedynymi zwierzętami, które świadomie i intencjonalnie tworzą sztukę; jedynymi zwierzętami, które posługują się metaforą, by zdefiniować zarówno relacje miedzy sobą, jak i siebie samych określić.
Albee opowiedział o swoich doświadczeniach w kontaktach z małpami, głównie z gorylami i szympansami. Zauważył np., że wszystkie, które chciały się z nim porozumieć, były samicami. (I nie ma zielonego pojęcia, co by to mogło znaczyć.*) Zdumiewające było także to, że niektóre z nich opanowały aż 500 różnych znaków. (To definitywnie o wiele więcej, niż w przypadku większości ludzi, jakich Albee poznał w Nowym Jorku.)
Jednak do tej pory nie spotkał on takiej małpy, która by napisała sztukę teatralną. Z pewnością, gdyby do czegoś takiego doszło, zyskałaby ona status Wielkiej Sztuki i od razu wystawiono by ją na Broadway’u. Zważywszy na stan współczesnej krytyki, otrzymałaby ona entuzjastyczne recenzje, dzięki czemu utrzymałaby się na scenie przynajmniej 4 i pół roku. Bowiem publiczność dzisiejsza nie chodzi wcale do teatru, by się czegoś tam dowiedzieć. Chodzi dlatego, ponieważ powiedziano jej, żeby chodziła.
Albee jest przekonany, że wynalazek metafory – czy też sztuki, jak ktoś to woli nazywać – jest częścią procesu ewolucji. Kiedyś mieliśmy ogon (jakiś jego szczątek ostał się nam do dzisiaj) i w związku z tym faktem Albee wypracował sobie pewną teorię: „W jakimś momencie ten ogon nam odpadł i wtedy… wykształciliśmy sztukę”.
Wykształciliśmy w nas zdolność i potrzebę trzymania przed nami lustra, abyśmy mogli się w nim przejrzeć; lustra, w którym odbijałoby się nasze zachowanie, nasze intencje… Na tym polega ewolucyjne rozwinięcie się sztuki.

kultura masowa

W Ameryce istnieje niezdrowa relacja między Sztuką a Pieniądzem. Niezdrowa relacja, która sugeruje, że to, co jest bardziej popularne, jest lepsze. Jest oczywiście lepsze dla kieszeni tych, którzy chcą to sprzedać. Jednak taki produkt najczęściej niewiele ma wspólnego ze sztuką. Wystarczy wziąć za przykład Hollywood. Albee wie, że dzisiaj wielu „olewa” („piss on”) Hollywood. Ale jest też mocny powód, dla którego obecnie tak „olewa” się Hollywood. O wiele trudniej jest rozpowszechnić np. poważniejszy, mądrzejszy, rozumny ale niskobudżetowy film, niż jakąś produkcję pełną przemocy, eskapistyczną. Tę sytuację całkowicie kontroluje ekonomia.
Podobnie jest z teatrem na Broadway’u. Niepodobne jest wystawienie tam teraz poważniejszej sztuki. Bardzo trudno jest to zrobić w komercyjnym teatrze dlatego, że… jest to komercyjny teatr.
Albee jest jednak przekonany – biorąc pod uwagę to, że jednak profit decyduje o tym, jak kontrolowana jest sztuka w Stanach Zjednoczonych – że jeżeli ktoś zdołałby przekonać ludzi prowadzących teatry, iż publiczność tak naprawdę chce oglądać sztuki takich dramaturgów, jak np. Czechow czy Pirandello, to po jakimś czasie większość teatrów grałaby taki repertuar, mając wielką widownię. A tak, wystawia się jakieś głupie musicale, jakieś „zdumiewające płaszcze Józefów”, jakichś beznadziejnych „nędzników”… etc.
Musimy zrozumieć, że możemy mieć to, co chcemy. Możemy mieć zdrową sztukę, dobry teatr, gdzie stale dostępne byłyby dla nas największe dramaty przeszłości i teraźniejszości. Moglibyśmy to mieć, gdybyśmy tylko chcieli. Ponieważ, gdyby tylko się zorientowano, że byśmy za to zapłacili, to by nam to dostarczyli. Ale w sytuacji kiedy jesteśmy bierni, siedzimy tylko i dajemy sobie wciskać „śmieci” („junk”), nigdy niczego nie zmienimy. Dadzą nam to, w co zainwestują. Tylko wtedy, kiedy sami im powiemy, czego chcemy, oni mogą zrobić to, na czym tak naprawdę nam zależy. To jest w sumie proste.

krytyka

Większość krytyków w Ameryce została wynajęta i tolerowana jest przez media masowe tylko dlatego, że w pewien sposób reprezentują to, co system władzy („power structure”) w Ameryce uważa za właściwy stosunek publiczności – czyli że odbiorca powinien reagować tak, a nie inaczej. Ci krytycy są tam właściwie tylko po to, by odbijać – a nie świadomie i pełnie kreować – gusta publiczności.
Pewien krytyk – i to człowiek bardzo wykształcony, inteligentny, z którego zdaniem się liczono – powiedział kiedyś w telewizji coś, co do dzisiaj utkwiło Albee’emu w pamięci: „uważam, że moja funkcja jako krytyka polega na tym, by odzwierciedlać to, co uważam za gust czytelników pisma, dla którego pracuję”.
I to mówił człowiek, którego zdanie powinno właśnie polegać na kreowaniu gustów i oczekiwań publiczności, na edukowaniu tej publiczności – pomaganiu w wyborze tego, co jest rzeczywiście dobre i wartościowe.

brak racjonalnego dyskursu

Demokracja jest czymś bardzo delikatnym. Wiele krajów doświadczyło na sobie tego, że jeśli w demokracji nie uczestniczy się w pełni i świadomie, to w końcu znajdzie się ona w wielkim niebezpieczeństwie. A pasywność Amerykanów – brak odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych – jest dziś niebezpieczna i destrukcyjna dla Stanów Zjednoczonych.
Albee zauważył, że od jakiegoś czasu nie ma w społeczeństwie amerykańskim racjonalnego, „gniewnego” dyskursu.
Ostatni raz, kiedy w Ameryce miała miejsce debata na szczeblu państwowym – wolna debata, w której pozwalano na swobodne zadawanie sobie pytań, na mówienie bez przerywania, bez żadnego reżyserowania – to był rok 1960: debata między Kennedy’m a Nixonem. Wszystkie następne były już wyreżyserowane, wszystkie były kontrolowane tak, żebyśmy się niczego nie dowiedzieli o humanizmie, o prawdziwych ideałach i wartościach kandydatów.
Teraz wszyscy mają tendencję, by głosować tak, a nie inaczej, ponieważ manipulatorzy wmawiają im to, jak mają reagować, zanim jeszcze sami mają możliwość zareagowania na coś po swojemu.
Zanik woli, samodzielnego myślenia, rozsądku i samokrytycyzmu w Ameryce jest spowodowane m.in. przez komercyjną zachłanność, która nie ma nic wspólnego z demokratyzacją kultury, kraju i społeczeństwa.
W demokracji możemy mieć absolutnie wszystko, czego tylko chcemy, jak również – i to jest ta „twarda” część prawdy – w demokracji mamy dokładnie to, na co sobie zasłużyliśmy.

greydot

* Albee powiedział to z wyraźną ironią i przekąsem – sam jest zadeklarowanym homoseksualistą.

(Artykuł opublikowany został w Dzienniku Chicagowskim, 29 listopada,1996 r.)

 

Reklamy

EROS, MYŚL I PRZEMIJANIE (o książce J.M. Coetzeego „Zapiski ze złego roku”)

.

Mistrz i Anya. Starzejący się pisarz rozlicza się ze światem pisząc swą ostatnią książkę (będącą czymś w rodzaju literackiego testamentu), przeżywając przy tym ostatnią erotyczną przygodę swojego życia (gdzie kobieta jest niczym katalizator autentycznego doświadczenia świata przez mężczyznę wrażliwego i zmysłowego). Nagie kobiece ciało z tytułowej okładki jest jakby kontrapunktem dla portretu starszego dystyngowanego pana, który widzimy na okładce z tyłu książki. Jednakże to, co wydaje się być dość tanim seksistowskim chwytem komercyjnym (nagość młodego ciała jest atrakcyjnym towarem) w sposób chyba niezamierzony oddaje najgłębszy bodajże sens tej książki, który zawiera się w dialektyce: zmysłowa witalność, erotyczne napięcie płci (seksualizm) vs. filozoficzna, psychologiczna i polityczna próba ogarnięcia świata (intelektualizm).

.

J.C. Coetzee zapiski ze zlego roku okladakaCoetzee po raz kolejny pisze o sobie, a raczej o kolejnej wersji samego siebie – człowieka nieprzeciętnie inteligentnego i o wielkiej wrażliwości (to ona najprawdopodobniej jest przyczyną jego dystansu do świata – wycofania się z życia społecznego), podatnego na erotyczny impuls; do pewnego stopnia wyalienowanego, a jednak usiłującego jednocześnie związać się ze światem ludzi, poznać i doświadczyć istotę własnego człowieczeństwa – uporządkować i nadać sens temu wszystkiemu, co go otacza, a co wydaje się być bezcelowe i chaotyczne, a na dodatek skażone hańbą i przepełnione immanentnym wręcz cierpieniem.

myślenie polityczne i anielski tyłeczek

Uderzająca jest ta konfrontacja zmysłów z myśleniem, ciała z intelektem, płciowości z duchem, konkretu z abstrakcją, prostoty z wyrafinowaniem, dosłowności z niuansem, frywolności z powagą.
Oto główny bohater książki, JC (“El Señor” – jak nazwała pisarza Anya) tak mówi o pierwszym spotkaniu z dziewczyną, która później zostanie jego sekretarką: “Po raz pierwszy zauważyłem ją w pralni (…). Siedziałem i patrzyłem, jak pranie wiruje, gdy nagle weszła ta zdumiewająca młoda osoba. Zdumiała mnie, bo czego jak czego, ale takiej zjawy się nie spodziewałem; sukienka w pomidorowym odcieniu, którą miała na sobie, też była zdumiewająco krótka. (…) Minął tydzień, jak znów ją zobaczyłem (…), a i to tylko przelotnie: kiedy wychodziła głównymi drzwiami, mignęły mi jej białe spodnie, uwydatniając bliski doskonałości, zaiste anielski tyłeczek.”
W tym samym czasie JC pisze esej “O myśleniu”: “Gdyby mi kazano opatrzyć jakąś etykietką mój własny styl myślenia politycznego, nazwałbym go pesymistycznie anarchistycznym kwietyzmem, anarchistycznie kwietystycznym pesymizmem lub pesymistycznie kwietystycznym anarchizmem. Byłby to anarchizm, bo w świetle moich doświadczeń najgorsze w polityce jest samo to, że chodzi w niej o władzę; byłby to też kwietyzm, bo podejrzana wydaje mi się chęć zmieniania świata, skażona żądzą władzy; i byłby to wreszcie pesymizm, ponieważ wątpię, czy rzeczywistość w ogóle da się jakoś zasadniczo zmienić.”

metafizyczny ból starca

Na początku Anya jest dla JC samą tylko powierzchownością, kobiecym ciałem, „kwiatem”, który on podziwia… i którego nawet nie może pożądać, ponieważ Parkinson i wiek (72 lata) skutecznie stłumił w nim seksualny popęd. Niemniej jednak poddaje się zauroczeniu i zadurzeniu, a kiedy sam stara się dociec przyczyn, które go do tego stanu doprowadziły, mówi o nudzie, swoim „pustogłowiu” i „indolencji”. Ale to nieprawda, bo to, że zwrócił na tę dziewczynę uwagę było spowodowane czymś, co siedziało w nim znacznie głębiej, niż samczy poryw znudzonego jajogłowca. Bardziej wiarygodne wydaje mi się bowiem to wyznanie Señora C: „Kiedy tak na nią patrzyłem, przeniknął mnie jakiś ból, rodzaj metafizycznego bólu, a ja w żaden sposób nie starałem się go stłumić. Ona zaś intuicyjnie go wyczuła: skądś wiedziała, że w starcu, który siedzi w kącie na plastikowym krześle, dzieje się coś bardzo osobistego, związanego z wiekiem, żalem i ogólną łzawością rzeczy.”
Tak więc: jakaś dziwna mieszanka metafizyki i sentymentu, platonizmu i tęsknoty? JC zbyt dużo wiedział o erotycznej sublimacji – tym swoistym współgraniu, przenikaniu i wzajemnym oddziaływaniu szarych komórek mózgowych mężczyzny myślącego z jego gruczołami produkującymi hormony – by poddać się jedynie zwierzęcej chuci bez zaangażowania serca, wyższych ludzkich uczuć i inteligencji. Wprawdzie zdaje sobie sprawę ze znaczenia w życiu twórcy aktywnego libido: „Rosnący dystans wobec świata odczuwa oczywiście wielu pisarzy, gdy w podeszłym wieku stygną, chłodnieją. Ich proza traci gęstość, a w traktowaniu postaci i akcji pojawia się większy schematyzm. Syndrom ten składa się zazwyczaj na karb ubytku mocy twórczych; niewątpliwie wiąże się to z wygasaniem sił fizycznych, a zwłaszcza pożądania.” Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, więc JC konkluduje następująco: „Lecz od wewnątrz można odczuwać tę przemianę zupełnie inaczej: jako wyzwolenie, rozjaśnienie umysłu, które pozwala podjąć ważniejsze zadania.” I podaje przykład Tołstoja, który w tym co pisał stawał się coraz bardziej dydaktyczny i oschły, a jednak w tej swojej ewolucji nie widział schyłku i dekadencji. Wprost przeciwnie: odczuwał, że stopniowo zrzuca więzy i okowy, które pętały go za młodu i wymuszały uczestnictwo w świecie pełnym pustych gestów, gry i pozorów, dzięki czemu mógł nareszcie teraz „stanąć oko w oko z jedynym pytaniem, szczerze zaprzątającym jego duszę: jak żyć?”

trójkąt

Coetzee uchodzi za pisarza chłodnego, zimnego, wręcz lodowatego (osobiście uważam, że jest to mylna interpretacja jego słownej i warsztatowej precyzji), ale tak naprawdę, sądząc po tym, co czytamy w „Zapiskach”, w jego głębi zdają się kryć pokłady ciepłych uczuć, a nawet sentymentalizm, który niekiedy wyczuwalny jest przez skórę (choćby w zdaniach typu: „U dzisiejszych młodych kochanków nie widać ani cienia dawnego głodu metafizycznego, który sam siebie określał zaszyfrowanym mianem tęsknoty”), choć czasami wydostaje się on na powierzchnię explicité – jak np. w szkicu o pocałunku, który kończy się zaskakującym w prozie Coetzeego wyznaniem: „Miłość – to za czym aż do bólu tęskni serce.”

Fabuła powieści obraca się wokół trzech postaci (JC, Anya i Alan – „konsultant finansowy”, z którym  mieszka dziewczyna), choć sam trzon całej książki wydają się stanowić krótkie eseje i felietony, jakie JC przygotowuje dla jednego z niemieckich wydawnictw, a które przepisuje Anya. Wydaje się jednak, że najważniejsza w tym wszystkim jest kobieta, która nie tylko stymuluje siły życiowe starzejącego się mężczyzny, ale stopniowo zaczyna wpływać na treść i ton eseistycznych szkiców, a w końcu i na sam dobór tematów. Pod jej wpływem zmienia się także El Señor – zwłaszcza jego stosunek do tego co pisze, a ściślej: do swoich własnych poglądów. Nie jest więc tak, że –  jak twierdzą niektórzy – to Anya przeobraziła się nabierając życia, niczym Galatea ożywiona przez miłość Pigmaliona. Wbrew pozorom (zalotna frywolność, lekka trzpiotowatość) to ona trzyma się twardo ziemi i trzeźwo ocenia obu mężczyzn – jest krytyczna zarówno wobec niecnych posunięć i cynizmu Allana, jak i wątpliwej jej zdaniem jakości „twardych poglądów” JC (taką nazwę roboczą mają eseje pisarza). No i tylko ją stać, jak się okaże, na zachowanie stanowcze i konsekwentne – na dokonanie zmiany w realnym świecie (podjęcie ważnej życiowej decyzji, która jest niczym innym jak dokonaniem moralnego wyboru).

chamstwo erudyty

Postacią nie mniej ciekawą i – rzec można – symptomatyczną, jest Alan, bezwzględny gracz na finansowym rynku, nieodrodne dziecko swoich czasów znaczonych chciwością krwiożerczego kapitalizmu, bez zmrużenia oka i bez śladu etycznej rozterki gotów jest po prostu okraść swojego sąsiada. Oszust – pragmatyk, pod względem etycznym debil, lecz niezwykle sprawny intelektualnie (prowadzi nawet seminaria w modelowaniu matematycznym) i choć jego dewiza życiowa jest prostacka, to jego intelekt prymitywny już nie jest: w sposób dość przenikliwy analizuje i kontestuje poglądy JC, wie nawet co to jest Nuomenon w filozofii Kanta (nie myli rzeczywistego świata z jego przedstawieniem), zgadza się z JC, że państwo to „bandycka szajka”, jednak gromi go za niezdolność do zrozumienia tego, co naprawdę dzieje się we współczesnym świecie – jakie są w nim prawidła i na jakich zasadach on działa: „Cały szkopuł z tym Twoim Señorem C – mówi Allan do Anyi – polega na tym, że on nie umie rozumować kategoriami strukturalnymi. Wszędzie chce się dopatrywać działania osobistych pobudek. Chce widzieć okrucieństwo. Chce widzieć chciwość i wyzysk. Dla niego wszystko jest moralitetem, walką dobra ze złem. Nie dostrzega, albo woli nie dostrzegać, że jednostki funkcjonują w ramach pewnej struktury, wyższej nad jednostkowe pobudki, wyższej nad dobro i zło.”
Jak widać z amoralizmu Alan czyni zasadę funkcjonowania w świecie, który jest niczym innym jak strukturalnym układem, w jaki należy się wpasować, jeśli chce się skutecznie działać, i osiągać swoje cele będące niczym innym, jak dbanie o swój własny interes. (W sumie to dość typowe credo konformisty.)
Rysem charakterystycznym Alana jest połączenie sprytu, przebiegłości, ale i intelektualnej sprawności (nie pozbawionej nawet sporej erudycji) z chamstwem. Oto mała próbka – ocena tego, co o prawdopodobieństwie napisał JC: „To sranie w banie. Dyletanckie sranie w banie. On jest o sto lat do tyłu. Żyjemy w świecie probabilistycznym, kwantowym. Udowodnili to Schrödinger i Heisenberg. Einstein się z nimi nie zgadzał, ale w końcu musiał się przyznać do błędu.” Albo innym razem, kiedy wyszło na jaw, że wkradł się do komputera JC i grzebie w jego dokumentach, z czego zrobiła mu wyrzut Anya, odpowiada: „Na jego poufne myśli sram rzadkim gównem z góry na dół.” Swoją kobietę nazywa „Księżniczką Cipki” i „Królowa Pizdy”, nawet w obecności JC (podczas skandalicznej wizyty w mieszkaniu pisarza, który zaprosił swoich sąsiadów, by uczcić zakończenie pracy nad książką) określa ją jako „uroczą przyjaciółkę, co ma słodką, słudziutką pizdę.”

kto zwycięży?

Można odnieść wrażenie, iż dramaturgia całej tej historii opiera się na tym, że dwaj diametralnie różni mężczyźni konkurują o względy (każdy innego rodzaju) kobiety (wprawdzie Alan już ma ją w swoim łóżku, ale El Señor chciałby zdobyć miejsce w jej sercu), lecz tak naprawdę stawką jest to, po której stronie opowie się ostatecznie Anya. Wpędza ją to w coraz większą konsternację, choć na początku jest wierna temu, z którym mieszka pod jednym dachem: „Naprawdę jestem po stronie Alana. Przecież z nim żyję, a jak się żyje z mężczyzną, to znaczy, że jest się po jego stronie. Ale ostatnio czuję, że robi mi się ciasno między nim a Señorem C. (…) Stary byk i młody byk bodą się ze sobą. A ja? Jestem młoda krowa, której usiłują zaimponować, a ją już nudzą te ich popisy.”
Kogo ostatecznie wybierze Anya… jeśli w ogóle kogoś wybierze? Dylemat ten i niepewność nadaje całej historii dramatycznego napięcia, ale nie tylko to (wraz z samym wyborem)  jest w tej książce ważne, mimo że nadaje jej znamion swoistego moralitetu. Jeszcze bardziej istotne jest to, że tak różne od siebie ludzkie wyspy próbują się między sobą komunikować, wchodzić we wzajemne relacje, wpływać na siebie, może nawet zmieniać… Czy jednak obecność tego wszystkiego – ów fenomen wzajemnego docierania się i urabiania ludzi – potrafi mieć jakikolwiek wpływ na świat, w jakim oni żyją? Czy dokonywane przez nich wybory – reakcje, odruchy, perswazje, impulsy – mogą zmienić sam świat, czy jedynie wpłynąć na otaczającą ich rzeczywistość? (Jeśli przyjmiemy że rzeczywistość, w której żyjemy, nie jest tożsama ze światem, jaki nas otacza – a wydaje mi się jednak, że nie jest.)

„stanowcze” poglądy, czyli rzecz o makiawelizmie naszych czasów

Coetzee  zapiski ze złego roku - okładkaTrzon “Zapisków ze złego roku” stanowią eseje JC, których “rozrzut” tematyczny jest tak wielki, że przypominają misz-masz notatek pisarza zebranych razem, ale prezentowanych nam bez większego ładu i składu. Dopiero po jakimś czasie układają się nam one w nieco spójną całość, stanowiąc coś w rodzaju résumé poglądów JC o współczesnym świecie – człowieku, polityce, kulturze… (czy można je uznać także za poglądy samego Coetzeego, to już inna sprawa – do której chciałbym jeszcze później nawiązać, bo według mnie jest to istotne dla zrozumienia sensu całej książki).

Określenia “eseje” użyłem tutaj cokolwiek na wyrost, bo w zasadzie są to szkice, mini felietony, noty różniące się znacznie objętością, jak również ogromną rozbieżnością tematyczną (“o terroryzmie”, “o pedofilii”, “o ciele”, “o klątwie”, “o emocjach tłumów”, “o klasykach”, “o turystyce”, “o rabunku”, “o systemach naprowadzania na cel”, “o ptakach w przestworzach”, “o inteligentnym projekcie”, “o życiu wiecznym”…) co rzeczywiście u mniej cierpliwego czytelnika może wywołać w mętlik w głowie, nastawiając go bardziej krytycznie do intelektualnych wywodów pisarza, w których trudno naleźć jakąś nić przewodnią, chociaż daje się jednak zauważyć przewaga wątków politycznych. Mnie jednak czytało się to dobrze. Nie mam nic przeciwko takim krótkim formom, układającym się tu w mozaikę myśli człowieka wrażliwego i dociekliwego, a przy tym nieortodoksyjnego i unikającego tzw. politycznej poprawności, która często jest niczym innym jak asekuracją, nieszczerością i lawirowaniem tak, by przypadkiem komuś się nie narazić, zwłaszcza swoim wydawcom i czytelnikom.

To fakt, polityka w tych zapiskach dominuje, przez co rysuje się nam niezbyt radosny obraz współczesnego świata zdominowanego przez makiawelizm, przemoc, kłamstwo i manipulację: “o pochodzeniu państwa” (wszyscy żyjemy w pułapce, jaką jest państwo, będące na dodatek tworem, który sami powołaliśmy do istnienia); “o demokracji” (tzw. “demokratyczne” wybory w “demokratycznych” państwach nie są żadnymi wyborami tylko loterią wyłaniającą tych, którzy już wcześniej zostali przez kogoś “namaszczeni”); “o Al Kaidzie” (mit “potężnej” organizacji podsycający strach i poczucie zagrożenia na świecie, kreowany i podtrzymywany przez rządy krajów zachodnich do uwierzytelnienia i usprawiedliwienia swoich aktów opresji, rozbudowywania aparatu władzy, kontroli całego społeczeństwa, militarnej siły); “o rywalizacji” (świat wale nie jest dżunglą, jak daliśmy sobie wmówić, ani też nie jest nieustającą walką wszystkich ze wszystkimi – przynajmniej taki być nie musi, bo to my sami czynimy dżunglę, tor wyścigowy i ring, gdzie wszyscy wzajem się naparzają, choć równie dobrze możemy wybrać pokój i przyjacielskie współdziałanie – wojna więc wcale nie jest nieunikniona, podobnie jak nie musi zdominowywać świata konkurencja, która stanowi “wysublimowaną namiastkę wojny”); „o lewicy i prawicy” (tutaj Coetzee, czy też raczej JC, rozważa dość ryzykowną według mnie – by nie powiedzieć: fantastyczną – tezę, że być może socjalizm „wcale się nie zawalił, tylko padł pod ciosami, i nie umarł, lecz został zatłuczony na śmierć?”) Dostaje się też mocno zagranicznej polityce Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. JC nie przebiera w słowach, kiedy pisze o amerykańskich politykach: “mściwość i podłość moralna godna samego Donalda Rumsfelda i Busha juniora”, o obozie w Guantanamo i rządowym przyzwoleniu na stosowanie tortur: “Amerykański rząd wyniósł mściwość na iście piekielny poziom”, albo: “okrucieństwa, których dopuszcza się Bush i jego słudzy, a zwłaszcza okrucieństwo tortur oraz pełne pychy twierdzenie, jakoby on sam stał ponad prawem, rzucają bogom wyzwanie, bezwstyd tego wyzwania stanowi zaś rękojmię, że bogowie wymierzą karę dzieciom i wnukom jego domu”.

trzeźwolub i pedant – rewizje

Lecz za daleko odeszliśmy od tego, co w książce Coetzeego wydaje się być najważniejsze: od kobiety. Bo wszystko wskazuje na to, że to dzięki Anyi Señor C dokonuje rewizji swoich „stanowczych” poglądów. Nie tyle po to, by je skorygować (jego wizja świata nie ulega bowiem zmianie) ale po to, by je „wyprzeć”, zastąpić innymi; spojrzeć na nie z zewnątrz, nabrać do nich dystansu…
Co on sam o tym mówi?: „Powinienem wyplenić te starsze, co bardziej sterane [poglądy], i zastąpić je nowszymi, bardziej dzisiejszymi.” Jest świadomy tego, że wyrosły one z jego „namiętności” i „uprzedzeń”, i że komuś „na wskroś nowoczesnemu” mogą się one wydawać staroświeckie i obce „niczym kości jakiegoś dziwacznego i wytępionego stwora, ni to ptaka, ni to gada, tuż przed skamienieniem. Lamenty. Pomstowania. Klątwy.”
Anya radzi mu, by „zmiękczył” swoje zapatrywania, napisał coś bardziej osobistego, popartego własnym, rzeczywistym doświadczeniem; coś, co jest bardziej zakorzenione w realnym świecie, żeby wybrał inne tematy – żeby wreszcie przestał być „odludkiem oderwanym od nowoczesnego świata”. Z kolei Alan, podpiwszy sobie podczas wizyty u pisarza, zarzuca go tyradą, wyzywając od „guru”, na którego dają się nabrać tylko w niektórych krajach (Niemcy Francja), gdzie nadal jest tendencja do hołubienia „siwobrodych mędrców”, ale nie w świecie anglojęzycznym („znanym z trzeźwości i zdrowego rozsądku”), gdzie guru wychodzą już z mody i przegrywają… choćby ze sławnymi kuchmistrzami, „przeterminowanymi” politykami, czy z aktorkami „sprzedającymi stęchłe ploty.”
Niewątpliwie pod wpływem tych zarzutów (i rad – w przypadku Anyi), starzejący się JC zastanawia się nad istotą i znaczeniem tego co pisze, rozważa to kim jest dla ludzi, którzy jeszcze zwracają na niego uwagę. Najwyraźniej wyartykułowane jest to w jego szkicu zatytułowanym „o życiu pisarza”, gdzie możemy przeczytać: „Swoją renomę rzeczywiście zawdzięczam raczej pisaniu powieści niż nauczaniu. Teraz jednak krytycy intonują inny refren. On w głębi duszy wcale nie jest powieściopisarzem – twierdzą – tylko pedantem, który po trosze para się beletrystyką. A ja doszedłem w życiu do takiego etapu, że zastanawiam się, czy aby nie mają racji i czy przez cały ten czas, gdy wydawało mi się, że chodzę a przebraniu, nie byłem w istocie nagi. (…) W życiu publicznym gram dziś rolę wybitnej osobistości (…) – swego rodzaju znakomitości, którą wyciąga się z lamusa i otrzepuje z kurzu, żeby powiedział kilka słów na jakiejś imprezie kulturalnej, a potem odstawia się ją z powrotem do kredensu. Jest to zasłużenie komiczny i prowincjonalny los dla kogoś, kto przed półwieczem (…) wyruszył w szeroki świat, żeby uprawiać la vie bohème. Prawdę mówiąc, nigdy do bohemy nie należałem – ani dawniej, ani dziś. W głębi duszy zawsze byłem trzeźwolubem, jeżeli w ogóle istnieje takie słowo, a w dodatku wyznawcą porządku, ładu. (…) Nigdy nie celowałem w stwarzaniu iluzji rzeczywistości, a teraz jeszcze mniej się do tego nadaję. Prawdę powiedziawszy (również) świat widzialny nigdy mnie zbytnio nie cieszył, nie czuję też jakiejś szczególnie dojmującej potrzeby odtwarzania go w słowach.”

kto jest zhańbiony?

JC – Coetzee ma poczucie tego, że żyje w haniebnych czasach, co jest dla niego dotkliwe tym bardziej, że on sam czuje się przez to zhańbiony, gdyż „hańba spada na wszystkich ludzi, i trzeba po prostu dźwigać jej brzemię, bo jest ona wtedy ludzkim losem i karą.” Hańba staje się stanem istnienia. Być może wyzwoleniem byłoby ocalenie własnego honoru – a to jest niczym innym jak próbą zachowania dobrego mniemania o sobie. Tylko wtedy bowiem można by kiedyś „stanąć z czystymi rękami przed sądem historii”. Tylko jak można to zrobić i czy jest to w ogóle możliwe? A jeśli coś takiego jak honor w człowieku po prostu nie istnieje?
Przed sądem historii – pisze Coetzee. Czy jednak historia może być sędzią sprawiedliwym i bezstronnym? A jeśli przyszłość będzie czasem równie – a może nawet bardziej – haniebnym? Czy hańba nie jest aby stałym atrybutem ludzkiej kondycji, permanentną skazą bytu człowieka – a jednym z jej przejawów jest choćby grzech pierworodny?
Jak wiemy hańba jest tematem głównym najsłynniejszej powieści Coetzeego. Niemal w każdej jego książce spotkać można człowieka zhańbionego. I tutaj rodzi się podejrzenie: czy aby poczucie tej hańby nie jest jakimś kompleksem pisarza, czymś w rodzaju jego osobistej skazy, którą przenosi on nie tylko na innych ludzi, ale i na czasy w jakich oni żyją i wreszcie – na cały świat? Na domiar złego do końca nie wiadomo: to czasy i świat hańbią człowieka, czy też człowiek hańbi świat i swoje czasy?
A może hańba to zwykły wstyd, beznadziejne poczucie tego, że nie jesteśmy w stanie sprostać naszym własnym aspiracjom kulturowym i duchowym – idealnemu wyobrażeniu tego, czym powinno być nasze człowieczeństwo?

kamuflaż, gra i ekshibicjonizm

No właśnie: czy JC to Coetzee, a jeśli niezupełnie, to ile jest w JC samego Coetzeego? Trudne pytanie bo Coetzee jest mistrzem kamuflażu (?), zwłaszcza wtedy, gdy wprost nawiązuje do siebie samego i swojej biografii. W „Zapiskach” zgadzają się nie tylko inicjały, ale i wiele innych rzeczy: miejsca zamieszkania, wiek, a nawet tytuł powieści. „Chłopięce lato”, „Młodość”, „Lato” to książki otwarcie – i par excellence – autobiograficzne. Dr Lurie z „Hańby”, pisarka z „Elizabeth Costello”, a nawet Sędzia z „Czekając na barbarzyńców” – wszystkie te postacie mają z Coetzeem wiele wspólnego, są niczym naczynie, do którego pisarz wlewa coraz to inne mikstury intelektualnego i psychicznego „ekstraktu” z siebie samego, tworząc podobną, lecz za każdym razem inną, mieszankę swoich alter ego.
Dlaczego to robi? Co chce przez to powiedzieć? Czy chce nam przekazać złożoną prawdę o sobie samym? Czy też wręcz przeciwnie: pod wielością form i migotliwością kameleona stara się ukryć rdzeń własnego ego? Ile w tym ekshibicjonizmu, a ile chęci ukrycia swego prawdziwego oblicza? Jest li w tym biegłość w tasowaniu swoich potencjalnych person, czy też może znak niemożności uchwycenia własnej istoty? Ile w tym asekuracji, ile poszukiwania, a ile mistyfikacji?
Wszystko wskazuje na to, że nie jest to jakiś nasz wydumany czytelniczy problem. Coetzee często był zainteresowany relacją autokreacji, zmyślenia, pozy, okłamywania (zarówno siebie, jak i czytelnika) z tym, co rzeczywistego i autentycznego tkwiło w mózgu, sercu, trzewiach i duszy pisarza. Dał temu wyraz w znakomitym tekście z 1985 roku „Wyznania i podwójne myśli: Tołstoj, Rousseau, Dostojewski” (opublikowanym w tomie esejów i wywiadów „Punkty nawigacyjne”), gdzie rozważa kwestię prawdy i zmyślenia w „konfesyjnych” wątkach twórczości tych pisarzy, (którzy nota bene byli także wielkimi myślicielami). Konkluzja Coetzeego jest pesymistyczna: odgrzebanie prawdy spod wieloznacznej gry w oszukiwanie i samooszukiwanie się, włączanie i wyłączanie samoświadomości, przenikania się pewności z wątpliwością, przemilczania i konfabulowania… jest niemożliwe: prawda absolutna (choćby tylko o pisarzu) jest nam niedostępna – o ile w ogóle coś takiego, jak prawda absolutna istnieje.  To, co chce przekazać – i co przekazuje pisarz swojemu czytelnikowi – zawsze będzie skażone wieloznacznością, subiektywizmem, niepewnością, ograniczonością zrozumienia i percepcji (zarówno twórcy, jak i odbiorcy). I co najważniejsze: on sam nic na to nie może poradzić, gdyż nie mają tu znaczenia jego dobra wola, szczerość, autentyzm i determinacja w dążeniu do prawdy… tak długo, jak po drugiej stronie jest człowiek, do którego jest to skierowane.
Czy można w tym wszystkim dojść do jakiegoś końca – dna i sedna rzeczy? „Kresem wyznania jest powiedzenie prawdy sobie i dla siebie” – konkluduje Coetzee, a w innym miejscu pisze: „Jedyną prawdą jest milczenie”.

dlaczego kobieta?

Cóż, czy można się dziwić, że z racji całego tego intelektualnego zamieszania, które wydaje się wyczerpywać sens pisarstwa JC, najważniejsza dla niego staje się kobieta? Co to może znaczyć i dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że ostatecznie wszystko „rozbija się” o nasze ciało, a dla ciała w sumie najważniejsza jest płciowość? Oczywiście można się starać się usilnie o wyemancypowanie ciała (w końcu istotą każdego z nas jest przede wszystkim człowieczeństwo, a dopiero później płeć), ale nie każdy podlega – poddaje się i używa – platońskiej funkcji przeżywania świata, która nie akceptuje tego, by warunki początkowe lokować w gruczołach produkujących męskie i żeńskie hormony płciowe. Bo czy rzeczywiście jest to ograniczenie? Czy też wręcz przeciwnie: Eros wzbogacić może i ubarwić to, co prowadzi nas w wyższe rejony przeżywania (również poznawania) świata, wliczając w to aspekt duchowy, a nawet intelektualny.
Kobieta w książce Coetzeego jest nie tylko katalizatorem męskich reakcji ze światem – nie tylko punktem odniesienia, w którym zbiegają się perspektywy, z jakich patrzą na świat różni mężczyźni; ale także miejscem „zaczepienia” się w tym realnym, rzec można „przyziemnym” świecie („ja patrzę z dołu” – mówi Anya) bez którego życie mężczyzn pozbawiłoby się gruntu pod nogami i podcięłoby sobie korzenie.
Gęstość myśli w tym, co pisze JC jest wielka, czasami nawet przytłacza, zaś Anya jest jak oddech. Lecz ta kobieta to nie tylko kusa spódniczka, zgrabny tyłeczek i ponętny biust. Brak jej erudycji JC, wiedzy Alana, intelektualnej sprawności na miarę zarówno finansowego spekulanta, jak i uznanego pisarza-intelektualisty, a jednak to do niej odruchowo odwołują się ci mężczyźni, niczym do arbitra tego, jak powinni się zachować – bo to właśnie tylko ona wydaje się dysponować tym, co można nazwać „życiową mądrością”, mimo powierzchowności ładnej kurki domowej bez większych życiowych aspiracji… choć jest – jak sama mówi – „dobrą żoną, dobrą przyjaciółką i dobrą kochanką”, a my wcale nie mamy ochoty jej zaprzeczać.
Nie dziwi mnie więc to, że kiedy Anya żegna się z Señorem, ten obejmuje ją przez dobrą minutę („staliśmy w mocnym uścisku – ja, skurczony staruszek i ona, ziemskie wcielenie niebiańskiego piękna”). Nie dziwi również to, że to właśnie Anya pojawiła się w śnie o własnej śmierci Señora, w którym, z czułością i współczuciem, prowadzi go za rękę do łodzi Charona – ku bramom nicości.

* * *
.

Powiązane wpisy: „UPADEK”  (rozmowa z Kartką)„ZAPISKI PROWINCJUSZA”  (o „Młodości”),  „PORYW SERCA, ZWIERZĘCA CHUĆ”  (o „Hańbie”).

ŹRÓDŁO (rzecz o twórczej udręce)

*

Jestem więc cierpię. Cierpię więc tworzę. Czyli cierpienie jako źródło wszelkiej twórczości? Czy jednak do takiego stwierdzenia można by się posunąć, jakkolwiek brzmiałoby ono zgrabnie i kusząco? Pamiętam, że pewien sprzeciw wywołały kiedyś we mnie słowa Jana Pawła II, który stwierdził, że “człowiek narodził się po to, by cierpieć”. Jakiż to Bóg Ojciec – Stwórca byłby tak złośliwy i okrutny, by powoływać do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały?
A wołanie to dobiega czasami z dna naszej Hiobowej nędzy, żalu i rozpaczy. Cóż, taka jest niekiedy ludzka perspektywa – bo jednak cierpienie jest nierozłącznie wpisane w naszą ludzką egzystencję. Cierpienie towarzyszy również prawie wszystkim artystom – jest na porządku dziennym w życiu wielu twórców.

*

Stanisław Wyspiański, „Tetyda i Achilles”

WYJŚĆ POZA CIERPIENIE (Stanisław Wyspiański)

Kiedy Stasiu miał 7 lat umarła mu matka. Później piętnem na jego psychice odcisnęła się nieuleczalna choroba. I właśnie w ciągu tych kilku lat po tym, jak Wyspiański uświadomił sobie, że jest śmiertelnie chory, nastąpiła eksplozja jego twórczości. To dlatego wiele z jej motywów uwikłanych jest w śmierć, która dla Wyspiańskiego była swoistą inicjacją w kulturę, mitologię, egzystencję, w siebie samego wreszcie… Tej inicjacji nieodłącznie towarzyszyło cierpienie, które zdominowało Wyspiańskiego na tyle, że ośmielił się on w jednym ze swoich listów napisać coś zaiste szokującego:
„… tylko człowiek cierpiący zdolny jest do tworzenia czegoś. Jest to myśl moja, aby ludzi z talentem właśnie w ten sposób przymuszać do jakiś cierpień. Ja bym im zabił i wytruł całą rodzinę, aby się w nich zbudził duch twórczości, ja bym ich umieścił na odludnej skale, aby tam męki przechodzili, bo wtedy zacząłby żyć ich ogień i płomień święty, ocknęłaby się poezja i melodia rozpierała im piersi – poczęliby tworzyć poemata i dramat.”

Oczywiście stwierdzeń takich nie należy brać dosłownie. One służą jedynie emfazie, z jaką chce nam ktoś przekazać swoje przeświadczenie o twórczej sile, jaką dla człowieka może mieć cierpienie, również to wynikające ze świadomości przemijania i śmierci. Człowiek twórczy jest tu w tej lepszej sytuacji, że może te swoje traumy przetransponować w coś, co jest cenne dla innych ludzi, dla kultury. W tym sensie cierpienie jest czymś pozytywnym. Są jednak sytuacje, kiedy cierpienie człowieka przytłacza, dławi i niszczy. Wtedy jest bezsensem, tragedią i wydaje się absurdalne.
Wyspiański zdołał „przepisać” siebie poza śmierć i cierpienie – dokonać swoistej transgresji – dzięki temu możemy się przyjrzeć bliżej temu, co nam zostawił: pięknu i bogactwu swojej sztuki.

Pablo Picasso, „Obłąkany”

WARIAT I LITERATURA  (Jerzy Krzysztoń)

To była jedna z tych wielu książek, które od lat czekają na półce w kolejce, bym wreszcie zajął się ich lekturą. W końcu udało mi się ją przeczytać. Odkładam ją z mieszanymi uczuciami, aczkolwiek nie uważam, że czas, który jej poświęciłem, był czasem straconym.

Moim zdaniem „Obłęd” wykracza daleko poza literaturę, jak wszystko co pisane jest własną „krwią” – wszystko co zlepione jest z osoczem egzystencji człowieka, który nie zmyśla, nie fantazjuje, a daje świadectwo własnemu istnieniu – poprzez wszystkie swoje udręki i ekstazy, agonie i olśnienia, przerażenia i ukojenia.  Żyje w horrorze i cudowności własnego świata… I bez znaczenia jest to, czy świat ten urojony jest czy też realny, gdyż dla doświadczającego go człowieka prawdziwy jest zarówno jeden jak i drugi.

A jednak książka Krzysztonia jest również literaturą – i jako taka może być poddana zwykłej literackiej krytyce. Lecz wtedy niejako zaciera się jej wyjątkowość – staje się ona bardziej tworem sztuki niż egzystencjalnym fenomenem. Tak dzieje się również wtedy, kiedy autor zamienia się w literata – dla potrzeb formy, kompozycji, stylu, treści… za pomocą tych wszystkich warsztatowych sztafaży zaczyna kalkulować, konfabulować, świadomie tworzyć fikcje… Chociaż w „Obłędzie” trudno jest nam  uchwycić ową granicę, to jednak intuicyjnie wyczuwamy, kiedy mamy do czynienia z autentycznym przeżyciem, a kiedy z gawędą pro fabula bono. I bywa niestety tak, że owe fantazje stają się nużące – spoza literackości zaczyna wyzierać ich jałowość. Nie to jednak zdominowało moją percepcję „Obłędu”. Najważniejsze stało się dla mnie utrwalone tam ludzkie doświadczenie szaleństwa.

Nasz mózg jest niewiarygodnym i niepojętym tworem Wszechświata. Jego cudowność powinna być koronnym argumentem przeciw twierdzeniom o przypadkowości życia na ziemi. Zresztą, w sferze Najwyższego Porządku, nie ma, moim zdaniem, miejsca na coś takiego jak przypadek. (Ale to temat do innych rozważań.) Bywa, że w tak fascynującym organie rodzi się coś równie fascynującego, a mianowicie obłęd.

Caravaggio, „Niewierność Św. Tomasza”

SMĘTNY CICERONE (Gustaw Herling-Grudziński)

„Opowiadania” Herlinga-Grudzińskiego. Wraz z „Dziennikiem pisanym nocą” – to swoista repetycja ćwiczeń w melancholii. Pisarz, który wydaje się dźwigać na sobie całe brzemię okrutnego XX wieku. Ocalony z sowieckich obozów zagłady, przygnieciony okrucieństwem dwóch potwornych totalitaryzmów, Herling-Grudziński odprawia rekolekcje nad ludzkim losem.
Jego pisarstwo to ciągłe leczenie ran odniesionych w „innym świecie”, na „nieludzkiej ziemi”. Rekonwalescencja okazuje się niezwykle trudna, wręcz niemożliwa… dlatego, że ów „inny świat” jest po prostu również „tym” (naszym) światem, a „nieludzka ziemia” – ziemią, planetą ludzi czyli realnym miejscem gdzie żyjemy i gdzie rozgrywają się wszystkie nasze dramaty, okrucieństwa i zbrodnie. Gułagi i obozy koncentracyjne nie były umiejscowione na jakiejś odizolowanej wyspie w kosmosie. Bomby spadające na Warszawę, Hiroszimę czy Drezno nie były żadną fikcją wymyśloną w powieściach science-fiction. To fakty, z którymi porać się muszą nasze mniemania o nas samych.

Tak, to prawda – z jednej strony to, co pisze Herling-Grudziński może pociągać, z drugiej zaś – odpychać. Brakuje bowiem w jego ciemnej palecie jaśniejszych tonów, przytłacza powaga, żałoba i fatalizm, nie ma humoru ani ironii. Jeśli już pisarz decyduje się na dystans do świata, w którym żyje, to za pomocą zobojętnienia, może nawet pogardy wobec tej rzeczywistości, która nie wpisuje się w obraz świata widziany przez niego.
To jest oczywiście pewna forma alienacji powiązana z ucieczką w coś, co można nazwać świecką tęsknotą za świętością. Stąd tajemnice, które nie muszą być tajemnicami; cuda, które niekoniecznie są cudami; sacrum, któremu być może bliżej do profanum

Sam Herling-Grudziński przytacza słowa pewnego „bardzo bliskiego przyjaciela”, który mu powiedział: „Czy ty przypadkiem nie kochasz się w każdym ludzkim cierpieniu?” Patrząc na bohaterów jego opowiadań, nie sposób temu zaprzeczyć. To męczennicy, ludzie wyobcowani, chorzy, przeklęci, skazani na nieszczęście, tragiczni… I traktowani są przez pisarza jak dobrzy znajomi, wręcz jako osoby bliskie.

Co powoduje, że potrafimy się rozmiłować w naszej melancholii? Czy można pragnąć cierpienia nie będąc masochistą? Każdy normalny człowiek ucieka przed cierpieniem. Melancholia zaś, w momencie kiedy staje się słodka, przestaje być cierpieniem. W ten właśnie sposób człowiek ją rozbraja, obłaskawia, wręcz hołubi.

Krajobrazowe piękno Włoch, łagodność klimatu, jasność i malowniczość włoskiego pejzażu, wspaniałości architektury, wszechobecność dzieł sztuki i ukochanego malarstwa. W takim środowisku Herling – Grudziński pozostaje sobą, czyli dość ponurym mędrcem, obrońcą prawdy i sprawiedliwości, sumieniem Europy, która w XX wieku się wykoleiła. Piękno nie może być dla niego substytutem tragedii, estetyka nie może konkurować z etyką.
Kiedy człowiek cierpi, piękno świata może go nawet ranić.

Ktoś o nim kiedyś napisał: „Pisarz nie żywi złudzeń i nic, nawet kraj, w którym mieszka, nie przerobi go w estetę. Nie ma złudzeń, że literatura nie jest bedekerem, tylko penetracją i naświetleniem dramatu, jaki bez przerwy wybucha między człowiekiem a światem”.
A jednak dosyć często Herling-Grudziński ulega pokusie bycia cicerone. Pełno w jego opowiadaniach odniesień do historii, włoskiej sztuki i zabytków, a zwłaszcza do malarstwa, któremu poświęcił sporo miejsca także w swojej eseistyce. Może właśnie dlatego ciągle mamy wrażenie, że wszystko co pisze Grudziński pochłonięte jest przez przeszłość. Czy jednak można się od tej przeszłości tak do końca wyzwolić? Pisarz nawet tego nie próbuje. Dlaczego? Otóż wydaje mi się, że świat przeszły jest dla niego bardziej realny niż teraźniejszość. To nic, że to świat bardziej okrutny, pełen trupów i upiorów. Ale to świat, w którym uwięziona została jego pamięć, dominująca świadomość.
Nikt nie wybiera sobie własnego piętna.

Nagrobek na starym cmentarzu w Genui

ZAPISKI NA MARGINESIE

Swego czasu Herling-Grudziński towarzyszył mi przez kilka miesięcy – było to wtedy, kiedy czytałem jego 7-tomowy „Dziennik pisany nocą”, gdzie poddawał diagnozie cywilizacyjną katastrofę – załamanie się europejskiej kultury XX wieku, analizował systemy totalitarne i filozoficzne utopie, które do tego się przyczyniły. Akurat twórczości Herlinga – Grudzińskiego nigdy nie widziałem w kontekście jakiejkolwiek depresji, domniemanej czy prawdziwej. Dlatego, kiedy pewnego razu zderzyłem się ze stwierdzeniem: „pan Gustaw Herling-Grudziński miał po prostu depresję”, to podziałało to na mnie – delikatnie mówiąc – rozbrajająco. Moje wrażenie jest wprost przeciwne: Herling zawsze zawsze był dla mnie kimś w rodzaju zrównoważonego mędrca – eremity, z żelazną logiczną konsekwencją wyprowadzającego swe niezbyt optymistyczne wnioski na temat Historii, kultury i ludzkości.

Człowiek chory zawsze pozostaje człowiekiem, karykaturą zaś może się stać tylko to, co stworzy pod wpływem patologicznych bodźców. Choroba nigdy nie jest czymś twórczym, wprost przeciwnie: jest dla człowieka czymś destrukcyjnym (dla jego psychiki lub ciała). Jest patologią, zaburzeniem, wykolejeniem ze zdrowia. Jest zagrożeniem. Czasem wydaje się nam, że dzięki chorobie człowiek staje się twórczy, ale jest to złudzenie. To co jest twórcze, nigdy nie może być zdiagnozowane jako choroba. Dla mnie są to wręcz antynomie. Jeśli człowiek w chorobie tworzy – to nie dzięki patologii, ale właśnie dzięki tym zbawiennym często, terapeutycznym, konstruktywnym, heurystycznym i dobrym siłom, które się w nim wówczas odzywają, choć oczywiście zdarza się, że choroba i związane z nią cierpienie go w końcu zabija (także jego własnymi rękami). Takich „galerników wrażliwości” (jak ich kiedyś nazwała prof. Janion) było wielu – dość przypomnieć Van Gogha, Strindberga, Witkacego, Wojaczka, Wata, Stachurę, Grochowiaka, Sylvię Plath, Virginię Woolf, Nietzschego…

W pewnym sensie – w opozycji do (słusznej skądinąd) tezy Freuda, że kultura jest źródłem cierpienia – samo cierpienie uznać można za jedno ze źródeł kultury. Bo wszystko wskazuje na to, że bez nerwów człowiek niczego by nie stworzył ani nie dokonał. A jednak wyczuwamy, nieraz instynktownie, gdzie kończy się nerwowa inspiracja, a zaczyna paraliżująca wolę i kreatywność choroba – chociaż ta granica jest płynna i trudno uchwytna. Mianowicie chore jest to, co jest nietwórcze, zrezygnowane, zorientowane na rozkład; skierowane w pustkę i nicość.

To prawda, że pełno neurozy w kulturze (ale i w polityce czy życiu społecznym również), jednak kiedy jest ona czymś inspirującym i dzięki artystycznej dyscyplinie zdolna jest przyoblec ideę twórczą w jakąś zborną formę, to sprawą drugorzędną staje się kwestionowanie sensu jej istnienia, ustalanie wzajemnych powiązań, nawet dla człowieka cierpiącego na nerwicę. W gruncie rzeczy artysta dość często spoufala się z szarpiącymi go nerwami, zaś chwilowy spokój odczuwa bardziej jako wypalenie i pustkę, niż relaks i ukojenie.

W zasadzie zgodzić się można z tym, ze choroba zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje być kreatywny. Oczywiście i w chorobie można tworzyć (tak jak w zdrowiu być jałowym), tyle że akt twórczy staje się od niej jakby odseparowany, a wtedy sam człowiek na swą chorobę patrzy jak na coś obcego. Poza tym, choroba zawsze jest w pewnym sensie karykaturą ludzkiej egzystencji, mimo że jest także jednym z jej nieodłącznych elementów. Jest karykaturą zdrowych – fizycznych i duchowych – przejawów życia człowieka. Nawet Zygmunt Freud widzący świat jako jeden wielki neurotyczny tygiel, w którym mieszają wszystkim nieuświadomione popędy, zwracał uwagę na to zasadnicze rozróżnienie mówiąc, że histeria jest karykaturą artystycznej kreacji, nerwica natręctw karykaturą religii, a paranoiczne złudzenia karykaturą filozoficznych systemów. Tak właśnie: neuroza staje się chorobą w momencie, kiedy wszystko zaczyna przemieniać w karykaturę… nawet ludzkie cierpienie.

Jednakże temat choroby i cierpienia w kulturze nastawionej na gloryfikację (czyt. reklamę) sukcesu, zdrowia, młodości i szczęścia, tudzież pozytywnego nastawienia do świata i życia, wydaje się… nie tyle passé, co nie na miejscu, może nawet być odebrane jako coś w rodzaju faux pas. To pewnie dlatego na tzw. społecznościowych platformach – np. w blogach, czy też na Facebooku – zazwyczaj kreujemy swój image wiecznie szczęśliwego, zadowolonego z życia, uśmiechniętego szczęściarza/szczęściarki. Tak, jakby to, że czasami dotyka nas cierpienie, było czymś w rodzaju naszego defektu, czy nawet fiaska, bankructwa i kompromitacji.  Tak, jakby ciemna strona życia nas nie dotyczyła. Tak, jakby bolesne doświadczenie było czymś wstydliwym. Ale tu przecież nie chodzi o nasze nieudacznictwo, ani też o umartwianie się i lament, lecz o pewną świadomość nieodłącznego jednak elementu ludzkiej egzystencji, z którym wszyscy ludzie – chcąc nie chcąc, prędzej czy później – muszą się zmierzyć. Sztuką jest jednak w tym oceanie mizerii, jaka zalewa świat, nie zagubić możliwości poczucia szczęścia i chwil radości; także świadomości istnienia piękna, które zawsze można dostrzec ponad brzydotą – jeśli tylko będziemy tego chcieli i umieli patrzeć. Kto wie, może nawet udręka jest tym, dzięki czemu potrafimy odczuwać zachwyt?

*