DEFENDO O ŚMIERCI

samo tak wychodzi… (fot. defendo)

„Defendo odchodzi… tak jak chciała… bez bólu, jęków i majaczenia…. spokojnie…”

*  *  *

Gdyby nie te słowa, które pojawiły się niedawno na blogu Defendo, tego wpisu nie byłoby. Niczego bardziej nie chciałbym sobie (?) życzyć. Niestety, słowa te nadal tam są i odkąd je przeczytałem, próbuję jakoś się z nimi uporać. A to trudne. Również dlatego, że wywoływały one we mnie różne uczucia: zaskoczenie, konsternację, niedowierzanie, zmieszanie, żal, smutek, współczucie, bezradność…
Defendo jest kobietą niezwykłą. Obecną w mojej świadomości od samego początku mojej przygody z prowadzeniem bloga (a więc od ponad dwóch lat). Jej bezkompromisowe, kontrowersyjne, przenikliwe i świetnie napisane teksty czytałem zawsze z wielkim zainteresowaniem. Podobnie jak dyskusje, które one prowokowały, gromadząc z czasem spore grono czytelników. Trudno mi sobie wyobrazić to, by na blogu Defendo nie pojawił się już żaden nowy wpis. A tymczasem wróciłem do starych. I przypomniało mi się, co o śmierci – a było to dokładnie dwa lata temu – napisała Defendo w tekście pt. „Akt woli”, którego fragmenty pozwolę sobie tutaj przedstawić (cz. I), uzupełniając to wyrywkami z wypowiedzi Defendo w komentarzach (cz. II).

I.

Wracam z najdalszej podróży i wciąż nie chcę rozpakować walizek.
Właściwie jest dobrze. Ani o jeden księżyc za wiele czy za mało. Tyle uderzeń serca, ile trzeba. Nie za wiele gwiazd. Dom. Ostrożność wobec obcych. Tyle ciepła dla bliskich, ile są w stanie znieść. Wszystko akuratnie poukładane. Na swoim miejscu. Buty, rękawiczki, książki. Nawet cierpienia w miarę, tyle ile należy wytrzymać, żeby odróżnić od niego radość nie-cierpienia. Starannie wybrana muzyka z absolutnie posłusznego głośnika. Ludzie i zwierzęta troszczą się o mnie. Kwiaty przyzwoicie umierają w wazonie, w którym codziennie zmieniam wodę.
Zadbano i o to, żeby dzwonek powiadamiał mnie o wizytach.
– Kto tam? Jestem nieubrana, proszę poczekać!
– Nie szkodzi, wielu zastaję nieubranych.
– Kim jesteś?
– Aniołem Twojej śmierci. Przyszedłem zabrać Cię na spacer.
Za drzwiami stoi wspaniały okaz ludzkiego samca: elegancki, pięknie pachnący, doskonale ubrany, uśmiechnięty. Patrzy mi prosto w oczy.
– Nie znam Cię, chociaż masz w sobie coś znajomego…
– Znasz, znasz. Zanim się urodziłaś – byłaś martwa. Potem umierałaś wiele razy.
– Naprawdę muszę się ubrać. Nie mogę tak wyjść.
– Możesz. Wszystko możesz, bo już czas.
– Rzeczywiście mogę, wszystko już poukładałam, zostawiłam porządek. Tylko jeszcze kilka słów komuś napiszę.
– Nie pisz. Przyszedłem, bo w tym uporządkowanym świecie nie ma dla Ciebie miejsca.

Budzę się i gorączkowo przywracam chaos. Uspokojona. Wiem już, że kiedy wszystko wokół mnie znajdzie się na swoim miejscu, kiedy odbiorę rzeczom ich znaczenie, zadzwoni dzwonek. Chciałabym tylko, żeby ten wilk, którego widziałam w zwierzyńcu, zamknięty w klatce i uporczywie biegający wzdłuż siatki, tam i z powrotem, wydostał się wreszcie na wolność.
(…)

Jedyne, co dostałam naprawdę na własność, co posiadam bezwarunkowo – to życie. Mam więc prawo je przerwać w dowolnym momencie, precyzyjnie wybranym. W ten sposób mogę zyskać przewagę nad czasem, władać śmiercią, której nie będę posłuszna. Przyjdzie, kiedy ją wezwę i zmuszę do zaistnienia. To ja zdecyduję o tym, jak będę na jej przyjęcie ubrana, nie zaskoczy mnie żaden dzwonek. Myślenie o tym, jak wielką mam nad nią władzę, sprawia mi przyjemność niemal fizyczną. Mam do niej wszystkie prawa. Zastrzegłam je sobie. Ostemplowałam znaczkiem „c” w kółeczku. Wytatuowałam. Nie mam obowiązku żyć, jedynym moim obowiązkiem jest dyskurs – poznanie poprzez operacje myślowe. Nie przez postrzeganie i intuicję – ten rodzaj poznania toczy się równolegle, obarczony błędami i złudzeniami. Posiadam życie. Decyduję o nim. Każdy ma prawo przerwać własne w dowolnie wybranej chwili. Nie pod wpływem smutku czy rozpaczy. Po prostu zrezygnować. Odejść z niego. Zewsząd.
Wobec zdarzeń losowych pozostanę bezsilna. Myślę o prawie do odejścia nie w chwili jakiejś słabości czy rozpaczy – ale o geście świadomym, poprzedzonym długotrwałą gotowością na śmierć. Można być wolnym do tego stopnia, żeby móc nawet śmierć sobie wybrać. Śmierć bywa świadectwem niezależności. Od Boga, losu, ludzi. Znakiem wolności totalnej.
(…)

Śmierć jest częścią życia, nie czymś egzotycznym, wrogim i osobnym. Z faktu mojego przyjścia na świat nie wynika, że cokolwiek mi się należy – poza życiem, które mam na własność. Realizując je – realizuję również śmierć. Czyż nie? Mam więc prawo do realizacji tej części życia zgodnie z moją wolą.
Życie jest darem? Zatem obchodzę się z nim jak z darem – mogę o nie dbać, odkurzać, rozbudowywać, chuchać nań i dmuchać, mogę też je zniszczyć lub wyrzucić. Akt samounicestwienia nie ma żadnego celu – nie ma pobudzać innych do czegokolwiek. Nie jest ofiarą. Dlaczego nie miałabym mieć prawa decydowania o swoim życiu? Dlaczego mam zakładać, że dostałam je od Boga? Czy muszę wierzyć w Jego istnienie? A jeżeli nawet jest – dał mi życie nie stawiając warunków. Nie pytał, co z nim zrobię. Skazał mnie na nie? Przecież nie jest okrutny… nie zrobił tego.
To nie jest żadne wołanie o pomoc.
(…)

Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.
(…)

II.

Zawsze koncentrujemy się na bólu tych, którzy przeżyli – ale największy stał się udziałem tych, którzy odeszli. Kochanowski nie rozpaczał nad cierpieniem córki – on trenami próbował uporać się z własnym bólem.
Może w dawnych misteriach pogrzebowych było więcej empatii? Bo czymże innym, jeśli nie próbą uczestniczenia w cierpieniu zmarłych był zwyczaj rozorywania paznokciami własnej skóry, zadawania sobie ran, płacz? Czymże innym był relikt dawnych obyczajów w postaci czuwania przy trumnie zmarłego, jeszcze kilka lat temu powszechny na polskich wsiach?
* * *
Rozważam życie, a ponieważ śmierć jest jego konieczną częścią – rozważam i śmierć.
Kiedyś było to naturalne. Ludzie umierali we własnych domach, w obecności bliskich. Cudza śmierć była przeżyciem mistycznym, była jednak w pewien sposób oswojona, oczywista, naturalna. Dopiero dla nas ciało stało się towarem, uprawiamy kult młodości, a śmierć zasłoniliśmy szpitalnym parawanem. Boimy jej się. To jest naturalne?
* * *
Próba zapominania o śmierci jest formą zniewolenia.
* * *
Myślę, że śmierci boją się tylko ci, którzy nigdy nie żyli naprawdę. Mądry człowiek potrafi kochać ją, jak każda z części własnego życia – i bratać się z nią podczas zwyczajnych zajęć. To przed nią przecież – jedynym wodzem i odbiorcą – mówimy swój wielki monolog. Szeherezada pokochała w końcu męża, a tak się go przecież bała. Nie zrobił jej krzywdy. Tak właśnie trzeba kochać Tancerkę z naszej wizji.
* * *

(defendo)

Wszystko to, co napisała Defendo, nabiera teraz innego, głębszego znaczenia. To zastanawiające, dziwne i niesamowite, jak zmiana perspektywy (i wiedza, której nam przybywa) zmienia nasz sposób widzenia świata i odbioru sygnałów, jakie do nas docierają.
Długo się zastanawiałem, czy zamieścić tutaj ten wpis  („tutaj”, czyli w blogosferze – tym królestwie dwuznacznych ekshibicjonizmów i bardziej lub mniej narcystycznego targowiska próżności). Lecz w końcu – znając przecież Defendo, i to nie tylko wirtualnie – postanowiłem, że to zrobię. Zadecydowały o tym pożegnalne słowa, zamieszczone na jej blogu. Niech więc ten wpis będzie dowodem na obecność Małgorzaty w moich myślach, wyrazem wdzięczności za inspirację, której niejednokrotnie mi dostarczała, podziękowaniem za uwagę jaką mi (nam) poświęcała…
Wiem… to jest dziwne – to całe nasze blogowanie. Niby zabawa, takie bujanie w (wirtualnych) obłokach, coś niezbyt poważnego, taka sobie bagatela…
A tu nagle słowa: „Defendo odchodzi”. I konsternacja. Bo przecież tego się nie robi innym uczestnikom zabawy. Bo przecież wszystko miało być „na niby”.
Jednak okazuje się, że nasze wirtualne pląsy i harce jak najbardziej splatają się z naszym życiem, i niestety, także z naszą śmiercią. Wirtualna rzeczywistość potrafi ugodzić w nasze prawdziwe uczucia – i vice versa, to co odczuwamy projektujemy na blogosferę. Okazuje się, że tak naprawdę, to nie da się do końca oddzielić życia naszego gravataru (który jest fantomem) w Wirtulandii od życia istoty z krwi i kości, którą jesteśmy w świecie realnym.
* * *
Jest jednak coś, z czego się cieszę. Np. to, że mogłem Cię Małgorzato poznać naprawdę, nie tylko poprzez komputerowe łącza. To te godziny naszych rozmów podczas spotkania w Krakowie. Fascynujących rozmów, które wcale nie tak często się zdarzają. Lecz niestety, z drugiej strony, jest to tym bardziej przykre, bowiem stałaś się dla mnie człowiekiem mającym wymiar jak najbardziej realny.
Wielokrotnie różniliśmy się w naszych opiniach, inaczej widzieliśmy pewne sprawy, ale przecież jest to naturalne, tak właśnie ma być (w końcu  Twój blog to są „kontrowersje”). Zawsze mi imponowałaś umiejętnością rozmawiania ze swoimi czytelnikami – bez złości, zapalczywości, ale za to z cierpliwością i zrozumieniem, zachowując jednak przy tym swoje zdanie. Wiem, że niektóre moje komentarze mogły Cię dotknąć, były jakimś nieporozumieniem, a mimo to  zawsze odpowiadałaś na nie bez negatywnych emocji, a nawet z przychylnością. Nie będę za nie przepraszał, bo  byłoby to pretensjonalne. Prowadziliśmy dyskurs i byliśmy sobą – to wszystko było jego częścią, której nie ma sensu wymazywać.
Ciągle mam nadzieję, że jeszcze doczekam(y) się Twoich słów – tego co chciałabyś nam przekazać.
A na razie chcę Ci powiedzieć: do zobaczenia.
* * *
Advertisements

komentarzy 18 to “DEFENDO O ŚMIERCI”

  1. nutta Says:

    Zaskoczenie, niedowierzanie, smutek, chęć odwrócenia wydarzeń – ileż słów można dodawać, by wejść w ciszę i zatrzymać się.

  2. jula Says:

    Tak żal i łzy jak najbardziej wskazane.
    Była mądrą kobietą …
    Czy na spotkanie ze śmiercią można się przygotować ?…
    Ci którzy zostają – cierpią :(

  3. wahadelko Says:

    puść strach przed śmiercią… a pojawi się blask życia – ON cały czas tam był

  4. Logos Amicus Says:

    Wpis ten przygotowałem wczoraj, kiedy Małgorzata jeszcze żyła. (Miał się ukazać jutro.)
    Niestety, przed chwilą przeczytałem na jej blogu te oto słowa:

    Defendo nic więcej tu już nie napisze… Defendo nigdzie już nic nie napisze… Defendo nic już nawet nie powie… Defendo, Annapurna, Małgosia odeszła 4 godziny temu do innego, lepszego świata. Prowokowała wszystkich swoim słowem, gestem, uśmiechem i wiedzą. Uczyła innych i sama brała od innych to co najlepsze. Ci którzy dali się sprowokować na pewno będą jej wdzięczni za lekcję, ci którzy nie dali niech żałują bo stracili szansę na coś wyjątkowego. Odeszła Małgosia w ciszy i bez żalu do losu za cierpienia, które jej na koniec zafundował. Odeszła bez pożegnania z nami wszystkimi wszak wierzyła, że nikt nie umiera jeśli się o nim pamięta. Zapamiętałem Małgosię z rozwichrzoną głową, uśmiechniętą, energiczną i jednocześnie czułą i delikatną. Uczyłem się od niej słów, historii i życia. Nie chciała nic w zamian oprócz tego bloga. To na nim właśnie toczyła dyskusje o życiu i śmierci. Nie bała się ani jednego ani drugiego. To był tylko jej blog, wiec bez niej istnieć nie może. Otworzyłem go dla niej i dla niej go zamykam. Niech Ci się wiedzie pięknie w innym świecie, Małgorzato. Być może kiedyś się tam spotkamy. Bardzo mi Cie będzie brak… (…)Jacek

    * * *

    ŻAL

  5. Mirka Szychowiak Says:

    Gosia kochała wszystkich przyjaciół ze swojego bloga, także tych, z ktorymi się przegadywała; często odsyłała mnie do różnych tekstów, także swoich – Jej blog był dla niej drugim domem, który wiecznie był pelen gości. Myślę, że tego drugiego domu nic nie jest w stanie zburzyć. Mam wrażenie, że Gosia będzie szczęśliwa, jeśli ten dom nigdy nie będzie pusty, że wciąż ktoś go będzie odwiedzał. Jest w nim wiele rzeczy, ktore trzeba pięlęgnować, opiekowac się nimi, strzec ich.

  6. sarna Says:

    Jeszcze w marcu 2009 na swoim bloogu napisala: „Umarła Dorota. Nigdy Jej nie spotkałam, chociaż często rozmawiałyśmy. Po prostu była w moim wirtualnym świecie, odważna i uczciwa. Chciałam ją zaprosić latem, pokazać to miejsce na zdjęciu, wciąż nie wierzyłam, że nie zdążę. Jeszcze ubiegłej wiosny była pozornie zupełnie zdrowa, pełna radości. Nie ma jej. I nie będzie. Żegnaj”.
    Co można w takiej sytuacji powiedzieć? Brakuje słów, nie chce się rozmawiać.

  7. Torlin Says:

    I co biedny mam napisać? Nie mam słów. Żal.

  8. anonimowa Says:

    To w swoim komentarzu na blogu Defendo przekazała Mirka:

    „(…) Łukasz, jeśli tu jesteś, przeczytaj to, co napiszę zaraz pod spodem, bo to jest list od Mamy do Ciebie:

    W OGÓLE NIE CHCIAŁAM UMRZEĆ
    „Myślałam, że się nie przyzwyczaję, pierwszej nocy nie zasnę”

    Chcę, żebyś wiedział, że jeszcze nie marznę,
    mam wszystko co trzeba, jest wygodnie.
    Tylko za cicho. Stąd tamte strachy, by przyjść,
    poznać spokój tego miejsca, znaleźć swoje.

    Jak ta dębina pachnie. Jeszcze oddycha
    – nie wie, że już nic z niej nie wyrośnie.
    I ja nie wiem, ale już nie muszę się spieszyć.
    Dziwne, że po śmierci wciąż jestem śpiąca.
    Nic się nie zmieniło, tylko budzę się chętniej.

    Nie chciałam umrzeć pierwsza ani druga,
    w ogóle nie chciałam umrzeć. Niepotrzebny bunt.
    Dlatego ten sen dzisiaj, żebyś się nie bał.”

  9. Marie Says:

    Dopiero się dowiedziałam…to była moja pierwsza nauczycielka, która oprócz wiedzy książkowej przekazywała mi tzw „mądrość życiową” i nią przede wszystkim sama się kierowała…

    Przykro:(

  10. grześ Says:

    Eh, Logosie, właśnie przed kilkunastoma minutami z twojego bloga się dowiedziałem o tym.
    I co tu gadać, szok…

    Zazdroszczę poznania Defendo w realu…
    Ja z nią znałem się tylko z rozmów w internecie, no i czytaliśmy się nawzajem.
    Ona mnie na na TXT, ja ją na wordpressie…

  11. georgeeliot Says:

    Przecięta sztyletem na dwie części róża zaczyna przypominać kwiat lotosu. To niby ta sama róża, ale już inna, w innej formie. Chyba tak i z życiem czlowieka, a raczej z tym, co zwiemy duszą…

    Pamiętam bardzo dobrze to zdjęcie, jak i notkę, którą ilustrowało – „Nie chciałam, samo wyszło” (Defendo’s Weblog). Kto by pomyślał, że kilka lat później to zdjęcie zabrzmi całkiem inaczej, tak strasznie smutno…
    W pewnym sensie Defendo była kobietą ze sztyletem- kobietą niezwykle inteligentną i błyskotliwą, ze sztyletem twórczej bystrej myśli.

    (…) Róże niech kwitną najdłużej. Czarna jest już wspomnieniem opadłym aksamitnymi płatkami, nadszedł czas białych (…)
    z notki Defendo „Można zabić piękno?”, 15 listopada 2008 (http://defendo.blox.pl/html)

    • Logos Amicus Says:

      Dzięki georgeeliot za przypomnienie tego wpisu Defendo (gdzie znajdują się te róże i sztylet).
      Niestety, żadnej nowej rozmowy a Defendo już nie będzie (dzisiaj odbył się jej pogrzeb). Cóż nam pozostaje jak przypominać sobie dawne?
      Np. tę wymianę słów, jaką popełniliśmy razem pod wspomnianym przez Ciebie wpisem:

      Logos Amicus: Defendo, Twoje stwierdzenie „nie chciałam, samo wyszło” to są wg mnie słowa kluczowe dla całej tej sytuacji, którą tutaj opisujesz. Zresztą, nie tylko dla niej. Może dla całego naszego życia – dotycząc również egzystencji każdego człowieka?
      Właśnie: czego chcemy a czego nie chcemy?
      Czy kiedy nie chcemy, to chcemy?
      Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?
      Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, mogę skonstatować: znów dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.
      Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
      Archetypy są właśnie naszą próbą – niekiedy rozpaczliwą próbą – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
      Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność. Dzięki nim chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
      Chcemy aby archetypy służyły naszemu poznaniu.
      Ale czy są one naszą wiedzą?
      I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?
      Nie wiem…

      Defendo: Logosie – też nie wiem. Archetypy mogą występować w formie symboli (albo personifikacji), a ich treść może być wyrażona tylko przy pomocy metafor.
      Metafory uważam za jedno z narzędzi poznania.
      Bywają jednak groźne. Potrafią generować nazizm, nienawiść rasową, wojnę.
      Zadałeś wiele pytań. Nie znam odpowiedzi.
      Tak jak nie wiem, co właściwie mi wyszło, w miejsce tego, co zamierzyłam. Ten chłopak usiłował kogoś zabić – przy pomocy noża. Nie mam pojęcia, co czuł, kiedy wyjmował pozornie zakrwawiony nóż z chleb-ciała, któremu przypisaliśmy wcześniej tak wiele znaczeń. Nie umiem opowiedzieć jego twarzy. Tej niesamowitej ciszy. Jakby wstrzymali oddechy.
      Mam nadzieję, że wtedy każdy z nas coś zrozumiał, ale straciłam kontrolę nad tym, CO pojęli inni. Jeśli nie pojęli, to przynajmniej odczuli.
      A chciałam tylko uwrażliwić ich na to, że tylko prawdziwa sztuka ma prawo dotykać najważniejszego, że jest sfera sacrum (ściśle chroniona, której nie wolno niszczyć) i sfera profanum, dostępna wszystkim, ale w której nie wolno nurzać rzeczy naprawdę istotnych.
      Nie wiem, co trzymał w dłoni ten chłopak. Nie wiem, czy te sfery są rozłączne. Może zdarza się czas i miejsce, w których mieszają się bez uszczerbku dla tabu?
      Od czego to zależy?

      Logos Amicus: Defendo [wybacz] (…) ale, niestety, odnoszę nieodparte wrażenie, że te Twoje zakrwawione sztylety ocierają się o kicz.

      Defendo: (…) Oczywiście, że to kicz – zamierzony i wykonany („biełyje rozy”, czarne tło, sztylet – a tak naprawdę kord oficera Marynarki Wojennej, sztyletem nie dysponuję, krew tak czerwona, że aż wiadomo, że nierzeczywista). Ten rodzaj kiczu, który chciałam zdezawuować i obrzydzić moim podopiecznym. Właśnie dlatego przygotowałam całą tę „spaloną” scenkę.
      Nic TU się nie ociera o kicz – jest kiczem, jak inkrustowane sztucznymi brylantami tipsy panienki wracającej ostatnim podmiejskim autobusem z dyskoteki, jak sceniczny biustonosz Madonny, jak tekst pretensjonalnej piosenki. Kicz zamierzony i wykonany. Zdarzenie z chlebem straciło [jednak] część cech kiczu – i nadal nie wiem, czym się stało.

      Logos Amicus: (…) Nie spodziewałem się, że tak łatwo mi przytakniesz.
      A już szykowałem się na coś w rodzaju obrony kiczu…
      Chciałem wspomnieć o operach, malarstwie Dalego, tajskich świątyniach, „Bohemian Rhapsody” zespołu Queen…
      Czyli o kiczu, który czasami przemienia się w arcydzieło.

      Defendo: Wiem, przecież się rozumiemy ;)
      Jasne, że bardziej niż dosłownie. Sama bronię kiczu – bo i kicz miewa walory.

  12. psuj Says:

    Pewien znajomy ksiadz kiedyś powiedział: „…Ludzie wierzący potrafią przeżywać w stosunku do Boga prawie tyle samo uczuć, co w odniesieniu do innych ludzi, nawet jeśli częstotliwość występowania tych uczuć jest różna…”

    Wierzę Małgosiu i poprzez uczucia jakie mi towarzyszą teraz, probuję po raz enty zrozumiec niepojętą tajemnicę życia i śmierci…
    Quietus est – perpetus sopor!

  13. Logos Amicus Says:

    Jest niepojęta, a i tak próbujemy zrozumieć.
    Choć nigdy nie zrozumiemy – najwyżej poddamy się wierze lub jakiemuś przekonaniu.
    A może tu nie ma nic do zrozumienia, tylko do… pogodzenia się z tym lub… nie pogodzenia?

    Perpetus sopor. Czyli sen, z którego nie można się przebudzić? A może jednak – poza czasem – nie ma ani wiecznego snu ani przebudzenia?
    A jest tylko trwanie lub nieistnienie?

  14. nana5 Says:

    Anny już nie ma… bała się śmierci, a przynajmniej nie chciała umierać! ale zauwazmy, im bardziej człowiek oczekuje na cokolwiek, że źle się skończy ,,jest absolutnie odwrotnie, czyli…” dopowiedzmy sobie co dalej…

  15. ZDĄŻYĆ NA CZAS (wspomnienie o Małgorzacie) | WIZJA LOKALNA Says:

    […] dziś o Małgorzacie. Wróciłem do wpisu jaki jej poświęciłem trzy lata temu (to niewiarygodne jak ten czas szybko mija, ciągle […]


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s