FILMOWISKO („Sentyment ciała”, „Wszystko, co kocham”, „Erratum”, „Śmietnisko”, „Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę”, „Ostatni raport Anny”, „Gąsienica”, „Tamara Drewe”)

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbył się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto krótkie relacje z filmów, które udało mi się obejrzeć.

W poszukiwaniu erotycznego extremum („Sentyment ciała”)

*

„SENTYMENT CIAŁA” ( „Le Sentiment de la chair”, reż. Roberto Garzelli, Francja)
* * * * * *

Coś, co w zamierzeniu miało penetrować głębię relacji między dwojgiem ludzi zafascynowanych własnymi ciałami, ugrzęzło na płyciźnie pretensjonalnego szokowiska, które zamiast wstrząsnąć widzem pozostawiło go w stanie zdegustowania, dezorientacji, a w niektórych, skrajnych przypadkach, spowodowało odruchy wymiotne… z intelektualną percepcją wszak niewiele mającymi wspólnego.
Studentka ludzkiej anatomii (specjalizacja: medyczna ilustracja anatomiczna) spotyka młodego zdolnego lekarza, który ulega fascynacji nie tylko jej nad wyraz atrakcyjną (cielesną) powierzchownością, ale i … wnętrzem. Cóż, okazuje się, że owo wnętrze należy tutaj rozumieć jak najbardziej dosłownie: młody doktor zaczyna eksplorację…układu kostnego i narządów wewnętrznych młodej kobiety (zresztą, nie tylko za jej przyzwoleniem, ale wręcz natrętną zachętą). Proces ten zaczyna się całkiem niewinnie – od rentgenowskich prześwietleń i MRI, a na… hm… (co można łatwo przewidzieć) skończywszy.
Punktem wyjścia do tego są oczywiście banalne oświadczenia wszystkich kochanków świata: „chcę Cię poznać jak najlepiej/najbliżej”, „nie możemy mieć przed sobą żadnych tajemnic”, „rób z moim ciałem, co chcesz”… etc.
W tym świetle nowego znaczenia nabiera (choćby) powiedzenie: przez żołądek do serca. Problem w tym, że tego „serca” w całej tej (filmowej) anatomii „miłości” zupełnie nie widać. (Tak to jest, kiedy ciało kobiety zaczyna się postrzegać nie tyle przez pryzmat pochwy, co traktować jako pojemnik na krew i worek na kości.)
Nawet jeśli uznamy, że film Roberto Garzelliego to studium patologicznej obsesji, to nadal trudno mi jest zrozumieć zasadność powstania tego filmu, która ewentualnie mogłaby polegać na analizie jakiegoś pierwotnego (a na dodatek tabuistycznego) atawizmu, zderzającego się z kulturową komplikacją psychiki współczesnego „cywilizowanego” człowieka. Lecz, niestety, niczego takiego w tym filmie nie dostrzegłem.
Cóż poradzić – wyrosłem już chyba z tego, że gorące, namiętne, śmiałe i pełne seksualnej zachłanności „momenty”, (których w tym francuskim filmie nie brakuje) były dla mnie wystarczającym powodem, by się „dziełem filmowym” nasycić i usatysfakcjonować, a nawet – z wypiekami na twarzy -zachwycić.

„WSZYSTKO, CO KOCHAM” (reż. Jacek Borcuch, Polska)
* * * * * *

W poszukiwaniu gorzko-słodkiego smaku młodości („Wszystko, co kocham”)

Podróż (nawet ta filmowa) do czasów własnej młodości zwykle sprawia, że serce bije nam mocniej i szybciej. Bo było wtedy tak, jak w „High Hopes” śpiewa David Gilmour:

Trawa była bardziej zielona
Światło było jaśniejsze
Smak był słodszy
Otaczali nas przyjaciele
A noce pełne były cudów

I tak jest nawet wtedy, kiedy dookoła świat jest szary, beznadziejny, zakłamany, brzydki… czyli taki, jak np. w Polsce początku lat 80-tych, tuż przed i w czasie stanu wojennego.
Aaa… nie wspomnieliśmy jeszcze o cierpieniu. Tak, tak… wtedy także bardziej się cierpi. I może właśnie dlatego tak niezwykle intensywnie wszystko się wówczas przeżywa? Ta intensywność, ale i… lekkość, żywiołowość, świeżość, szczerość, spontaniczność – jednym słowem MŁODOŚĆ – obecna jest w filmie Jacka Borcucha. Filmie zrealizowanym na przekór wszelkim modom i trendom, pewnie dlatego, że kręconym z samych „trzewi”, bez póz i drętwoty obrazów silących się na „artyzm” i „głębię”.
Młodzieńczy bunt i pierwsza miłość – ileż razy przenoszono to na ekran? A jednak, kiedy jest w tym autentyzm, to nigdy nie wychodzi z tego banał i zawsze wrażliwy widz zdolny jest się tym wszystkim przejąć tak, jakby objawiło mu się to po raz pierwszy.

Borcuch skupia się na uczuciach i przeżyciach swoich młodych bohaterów, na tym, co dla nich najważniejsze, czyli na tym co kochają – co ich przywiązuje do świata i nadaje ich życiu (w tym świecie) sens. A że zarazem to, co kochają, sprawia im także największy ból? Nic w tym dziwnego, bo to dotyka przecież tego,  co w nich najbardziej intymne. Cóż, cierpienie wydaje się być ceną jaką płacimy za przywilej kochania i związane z tym poczucie szczęścia, euforię i rozkosz.
Tak się złożyło, ze przeżycia naszych bohaterów mają miejsce w jakimś nadmorskim kraju (który okazuje się być schyłkowym PRL-em) – a więc wszystko dzieje się w Polsce, czyli nigdzie i… wszędzie. Gdyż, jak się wydaje, byłyby one zupełnie podobne podobne, gdyby nasi bohaterowie żyli  w jakimkolwiek innym zakątku świata – w podobnym stanie zniewolenia, jakie na młodych ludzi nakłada społeczny dryl i polityka. Czyli to, czemu jeszcze nie ulegli i do czego sami jeszcze nie przykładają ręki.

„ERRATUM” (reż. Marek Lechki, Polska)
* * * * * *

W poszukiwaniu zagubionych więzi („Erratum”)

Trwało to dobrą chwilę, zanim film Marka Lechkiego przekonał mnie do swojego sposobu powolnej, mglisto-szaro-melancholijnej narracji. „Przekonał” nie jest tu chyba jednak odpowiednim słowem, bo właściwie „Erratum” w swoją (filmową) rzeczywistość mnie wciągnął, pochłaniając w końcu całą moją uwagę. Oto co potrafi zdziałać doskonałe wyczucie filmowego medium jakim bez wątpienia wykazał się nie tylko reżyser (a zarazem scenarzysta) Marek Lechki, ale i autor zdjęć (Przemysław Kamiński) oraz kompozytor (i równocześnie wykonawca) ścieżki filmowej (Bartosz Straburzyński).

„Erratum” to studium duszy (lub – jak kto woli – psychiki) człowieka, którego traf (a konkretnie wypadek drogowy), zmusza do wędrówki wgłąb własnego wnętrza. Także w poszukiwaniu straconego czasu,  co zawsze wiąże się z poczuciem utraty części samego siebie. Ta filmowa opowieść przypomina odyseję współczesnego człowieka, który stara się odnaleźć zagubione gdzieś uczucia i dawno pozrywane więzi z innymi, bliskimi ongiś ludźmi.
Tak więc „Erratum” jest filmem drogi, a jeśli chciałbym znaleźć dla niego jakiś odpowiednik muzyczny, to byłby to niewątpliwie blues, tyle że z małą optymistyczną nutką, która daje nadzieję i łagodzi ciążący nad tym wszystkim spleen.
Film bez mała mistrzowski, z wielką dozą artyzmu; z niuansami, które choć są czymś drobnym, to jednak nabierają uniwersalnego znaczenia, wypełniając przestrzeń duchową poszukującego swojej tożsamości bohatera, który zresztą wcześniej chciał od samego siebie uciec. Problem w tym, że uciekając od siebie, trafił w pustkę.

PS. Marek Lechki zdobył na chicagowskim Festiwalu Nagrodę Specjalną Jury dla reżyserskiego debiutu.

„ŚMIETNISKO” („Waste Land”, reż. Lucy Walker, Wielka Brytania/Brazylia)
* * * * * *

Sztuka współczesna i śmieci… Jakie skojarzenia wywołuje to zestawienie? Zazwyczaj negatywne, i to zarówno wtedy, kiedy uważamy że sztuka ta to w większości „garbage”, jak i wtedy, gdy uznajemy jej wartość.
Tak czy owak, wydawałoby się, że taka zapowiedź najnowszego filmu dokumentalnego Lucy Walker, nie zachęca do jego obejrzenia. A jednak… jak to dobrze, że nie ulegamy zbyt pochopnym konkluzjom, bo w przeciwnym razie ominęłaby nas kolosalna przyjemność, jaką było (nie tylko dla mnie przecież) spotkanie z „Waste Land” i jego głównymi bohaterami – współczesnym artystą brazylijskim Vikim Munizem i… zbieraczami największego, znajdującego się na obrzeżach Rio de Janeiro, śmietniska na świecie.

W poszukiwaniu piękna na… śmietnisku („Waste Land”)

Początek dokumentu to stereotyp: „Wielki” (czytaj: dobrze sprzedający się) artysta szuka kolejnego tematu, by stworzyć swoje kolejne „Wielkie” dzieło. Jego koncept na pierwszy rzut oka wygląda na dziwactwo, i to dość, rzec można, banalne: wybrać się na śmietnisko, by ze znajdujących się tam odpadków stworzyć coś, co można byłoby uznać za sztukę. Ale Viki Muniz nie jest takim pierwszym lepszym artystą ogarniętym na domiar złego obsesją poszukiwania oryginalności (czytaj: chcącym nade wszystko szokować i prowokować). Nie. Muniz zainteresowany jest… człowiekiem. A to w jego przypadku oznacza, że chce on za pomocą sztuki – konkretnie i „namacalnie” – pomóc ludziom (intencja wśród artystów współczesnych nie tak znowu częsta). Jego deklaracja nabiera wszak w naszych oczach wiarygodności, kiedy dowiadujemy się, że sam był on kiedyś biedakiem i tylko ślepy traf sprawił, że zdołał się wyrwać z potwornie przeludnionego Sao Paulo, stając się jednym z najsłynniejszych na świecie twórców współczesnych (Muniz został przypadkowo postrzelony w nogę przez człowieka, który, chcąc mu to powetować, opłacił jego wyjazd z Brazylii.)
I nasze przeczucie nas nie zawodzi: kiedy z czasem poznajemy ludzi, których na gigantycznym wysypisku na śmieci w Jardim Garamacho spotyka Muniz, dociera do nas stopniowo to, jak sztuka tego artysty rzeczywiście wpływa na ich życie, zmieniając ich mentalność i sposób postrzegania świata. Właśnie ci „garbeciarze” (catadores) stają się głównymi bohaterami filmu od momentu, kiedy odkrywamy ich ludzkość: godność, emocje, marzenia, barwność, żywiołowość, tragedie, rozpacze, radości i… bezmierne wzruszenie, które udziela się prawie większości widzom. Wszystko to jest spotęgowane świadomością, że oto mamy do czynienia nie z jakimiś wymyślonymi, fikcyjnymi postaciami filmowymi, ale z konkretnymi ludźmi – żywymi istotami z krwi i kości, których życie ulega przemianie in statu nascendi – wprost przed naszymi oczami. Mało tego, zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego, że – i to nas może zdumiewać najbardziej – ta przemiana dokonuje się za pomocą… współczesnej sztuki, o której wszyscy ci ludzie nie mieli wcześniej większego pojęcia, i o której zwykle nie ma się dobrego zdania.
Film niezwykły. Wart poszukiwań.

„JAK CHCĘ GWIZDAĆ, TO GWIŻDŻĘ” („Eu cand vreau sa fluier, fluier”, reż. Florin Serban, Rumunia)
* * * * * *

W poszukianiu wolności i normalności… („Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę”)

Kino rumuńskie przeżywa w ostatnich latach renesans (przynajmniej w oczach światowych krytyków filmowych), zdobywając przy tym tzw. „prestiżowe” nagrody na prominentnych międzynarodowych festiwalach. Do tej pory patrzyłem na to zjawisko dość sceptycznie, uznając za coś w rodzaju środowiskowego trendu (żaden z filmów, który opiewali krytycy, mnie osobiście raczej na kolana nie powalił), ale najnowszy film młodego reżysera Flroina Serbana, (o którym tu mowa) niezwykle mną poruszył.
Wszystko to, co dotychczas w rumuńskiej „nowej fali” po trochu mnie  irytowało – a więc intencjonalnie niedbała realizacja, rozdygotana kamera, obskurny minimalizm, podkreślanie i eksponowanie post-komunistycznej brzydoty i biedoty kraju – w tym filmie okazało się bardzo skutecznym sposobem na ukazanie kameralnego, ale naładowanego emocjami i urastającego do uniwersalnego ludzkiego doświadczenia, dramatu młodego człowieka, któremu wychowanie (a raczej jego brak) w rozbitej rodzinie złamało życie.
Niespełna 20-letni Silviu odsiaduje 4-letni wyrok (skazany za kradzież). Na kilka dni przed wypuszczeniem go na wolność dowiaduje się, że oto do jego domu wraca po długiej nieobecności matka, która postanawia zabrać ze sobą do Włoch jego brata (a jej syna), którego Silviu praktycznie sam wychowywał, z uwagi na ciągłą nieobecność tejże matki (oraz przebywającego na leczeniu ojca). Silviu, podejrzewając, że matka zrujnuje życie jego brata tak, jak zrujnowała jemu, postanawia do tego nie dopuścić, mimo że ciągle znajduje się za kratami.
Film jest bardzo powściągliwy jeżeli chodzi o słowo i obraz, akcja toczy się nieśpiesznie. Trudno tu właściwie mówić o akcji – to, co widzimy, to seria następujących po sobie scen z więziennego życia Silviu, dzięki którym wyczuwamy jednak podskórną wszechobecność tłumionej agresji i dewastujące działanie opresyjnego systemu, jakiemu poddani są młodzi ludzie.
Film nie epatuje brutalnością. Nie jesteśmy świadkami jakichś gwałtownych zwrotów akcji i dramatycznych wydarzeń, aż do… wstrząsającego i eksplodującego emocjonalnie finału, który pozostawia nas w stanie lekkiego szoku.
I dopiero po zakończeniu filmu dociera do nas jego złożoność, (jaka ukryta była pod pozorami zgrzebności i prostoty) oraz humanistyczna mądrość, (która chroni nas przed szafowaniem łatwymi sądami i piętnującym rozdzielaniem win).

PS. Film zdobył główną nagrodę Jury na ostatnim festiwalu w Berlinie.

„OSTATNI RAPORT ANNY” („Utolsó jelentés Annáról”, reż. Márta Mészáros, Węgry)
* * * * * *

W poszukiwaniu agentów i haka na dysydentów… („Ostatni raport Anny”)

Prawdę pisząc spodziewałem się więcej po najnowszym filmie Mészáros, tym bardziej, że był on (podobno) pierwszym filmem węgierskim, który zmierzył się z tematem tajnych współpracowników służb bezpieczeństwa krajów byłego bloku wschodniego. A tu, zamiast pogłębionego studium o dramatycznych podziałach społecznych, które były skutkiem narzuconego przez Wielkiego Brata ustroju, zastałem… gładko i sprawnie zrealizowaną (jak by nie było Mészáros jest najbardziej uznaną, kręcącą filmy Węgierką, weteranką z półwiecznym niemal, reżyserskim stażem) opowieść sentymentalną, pełną na dodatek schematycznych i banalnych wątków.
Niby podejmuje się w filmie próbę zarysowania najnowszej historii Węgier, sięgającej jeszcze do czasów przedwojennych – z punktami centralnymi, które stanowią: wojna domowa 1956 roku, okres względnej stabilizacji początku lat 70-tych i upadek muru berlińskiego w roku 1989 – jednakże siłą rzeczy jest to szkic powierzchowny, który nie jest w stanie dostarczyć wiarygodnego tła dla postaw i zachowań ludzi, których widzimy na ekranie.
Tak się zastanawiam czy aby mdławość filmu Mészáros nie jest pochodną mdławości charakteru głównego „bohatera” „Raportu”. A jest nim Peter – młody, specjalizujący się w literaturze romantycznej naukowiec, który zostaje zwerbowany jako TW przez węgierską „bezpiekę” i wysłany do Brukseli, gdzie ma wygłosić referat, a przy okazji zdobyć zaufanie Anny Kethly, głównej opozycjonistki reżimu Kadara za granicą, namówić ją do powrotu do kraju (co w oczach międzynarodowej opinii publicznej uwiarygodniło by „otwartość” i „ludzką twarz” komunistycznych Węgier) i oczywiście… pisać na jej temat codzienne raporty.
Rozumiem, że dla Marty Mészáros najważniejszym wątkiem filmu była „życiowa” (jak również ideowa) postawa Anny oraz jej miłość do człowieka (nota bene wuja Petera), który został w kraju, kiedy ona wyemigrowała, po wypuszczeniu jej z więzienia. (Ich rozłąka trwa już lat kilkanaście, co jednak nie wydaje się osłabiać ich miłości.) Problem w tym, że ja owej „wiecznie-trwałej” miłości nie odczułem. Zamiast tego widziałem odseparowanych, nie pasujących do siebie ani charakterem, ani aparycją… jednym słowem – „obcych” sobie ludzi, których wydaje się nie wiązać żadna chemia – zarówno cielesna, jak i duchowa. Moim zdaniem obsadzenie stosunkowo młodej aktorki w roli starzejącej się Anny było niezbyt fortunne, bo sztuczność charakteryzacji jakiej ją poddano, wyczuć można było na kilometr, co raczej nie przysparzało granej przez nią postaci ani naturalności, ani tym samym – wiarygodności. Niestety, ten ostatni zarzut można również odnieść do całego filmu. To co przebrzmiałe politycznie, może zainteresować współczesnego widza tylko wtedy, kiedy będzie niesione przez naprawdę zajmujący koncept dramaturgiczny – przez ciekawą opowieść o ciekawych ludziach, a więc przez coś, czemu i my z kolei damy się ponieść. A „Ostatni raport Anny” nie doniósł mnie nigdzie. Szkoda.

„GĄSIENICA” („Caterpillar”, reż. Koji Wakamatsu, Japonia)
* * * * * *

W poszukiwaniu ukojenia i sensu wśród cierpienia i absurdu wojny („Gąsienica”)

Publikacji opowiadania, na podstawie którego nakręcono ten film, w przedwojennej cesarskiej Japonii zabroniono. Podobno ze względu na drastyczny temat. Jednak wydaje mi się, iż rzeczywistym powodem tej cenzury było to, że utwór ten w sposób otwarty ukazywał nie tylko okrucieństwo wojny, ale i absurd bezwarunkowego poświęcenia się absolutyzmowi władzy (w Japonii – nie tylko autorytarnej, ale i „boskiej”) oraz – nota bene dość abstrakcyjnie pojmowanemu – społeczeństwu.
Teraz jednak, kiedy Cesarz nie jest już w Kraju Kwitnącej Wiśni bogiem, ani nawet władza państwowa nie jest autorytarna, taki film nie tylko mógł powstać, ale i krążyć po całym świecie, docierając w końcu do Chicago.
Przez te cholerne chicagowskie korki spóźniłem się na film kilkanaście minut i kiedy wszedłem na salę kinową, z ciemności, przed moimi oczami, wyłonił się taki oto obraz: pozbawiony wszystkich kończyn mężczyzna leży wyciągnięty na macie, podczas gdy młoda kobieta próbuje wsadzić sobie w pochwę jego członka. Na zmasakrowanej, pokrytej bliznami twarzy mężczyzny pojawia się przeraźliwy grymas, który równie dobrze mógł przedstawiać ekstazę, jak i cierpienie czy rozpacz.
Kim jest ta para?
On jest żołnierzem, który wrócił z frontu przeraźliwie okaleczony, przypominając ludzką gąsienicę; ona jest jego żoną, która się nim opiekuje, wypełniając swoje małżeńskie obowiązki, w tym również (a czasami odnosimy wrażenie, że głównie) te seksualne.
On jest uznany w swojej wiosce za „boga wojny” (i tak tytułowany), ona – za „modelową” żonę poświęcającaą się pielęgnacji wojennego bohatera.
Film Koji Wakamatsu ukazuje ich wzajemne, nacechowane dość desperackim sado-masochizmem stosunki – relację, w której kobieta z pełnej poświęcenia i współczucia postawy wiernej i obowiązkowej żony, zamienia się w kobietę świadomą prawdziwej istoty tego, co do ich tragicznej sytuacji doprowadziło. Z wolna, jej poświęcenie i współczucie zamienia się we wstręt i nienawiść, zwłaszcza na wspomnienie brutalnego traktowania jej przez męża z czasów, kiedy dysponował on jeszcze niezbędnymi do tego celu kończynami.
Film operuje prostymi ale i dosadnymi obrazami, co jednak nie pozbawia go pewnej „niuansowości”. Mimo, że gra aktorów sprawia wrażenie pozbawionej wszelkich zahamowań, to jednak wzmacnia ona wieloznaczność relacji, jaka zachodzi pomiędzy tym dwojgiem nieszczęsnych ludzi.
Lecz „Gąsienica” to nie tylko obraz ludzkiego cierpienia i uczuciowej ambiwalencji, ale także asumpt do wnikliwego spojrzenia na opresyjność sił (nazwijmy je społeczno-kulturowymi), które usiłują wtłoczyć człowieka w pewien schemat zachowania i podporządkować go systemowi.

PS. Grająca w „Gąsienicy” główną rolę Shinobu Terajima, na ostatnim festiwalu w Cannes zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszej aktorki.

„TAMARA DREWE” (reż. Stephen Frears, Wielka Brytania)
* * * * * *

W poszukiwaniu miłości ("Tamara Drewe")

W poszukiwaniu miłości („Tamara Drewe”)

Stephen Frears robi bardzo dobre filmy („Dangerous Liasons”, „My Beautiful Laundrette”, „High Fidelity”, „Dirty Pretty Things”, „The Queen”) i oto mamy kolejny – osadzony w scenerii „wiejskiej” Anglii komedio-dramat, będący zarówno satyrą na pełną słabości, omylności i niekonsekwencji ludzką naturę, jak i tragi-farsą o niemal szekspirowskim rozmachu.
Komedio-dramat, tragi-farsa, satyra… a można jeszcze dodać pastisz, komedię sytuacyjną, studium obyczajowe, komedię pomyłek, a nawet karykaturę…
I tutaj mógłby się ktoś zapytać, czy aby nie za dużo tych gatunkowych przypisań? Otóż nie. Reżyseria Frearsa jest tak płynna i wirtuozerska, że te wszystkie odniesienia są jak najbardziej usprawiedliwione. I co ciekawe –  zupełnie nie odnosi się przy tym wrażenia, iż te różne gatunki ze sobą kolidują. Tak jak w życiu każdego z nas, które przecież jest tragi-farsą par excellence – czyli komedią i dramatem za jednym zamachem.
Skrzący się dowcipem i błyskotliwymi dialogami scenariusz, będący nota bene dość luźną adaptacją jednej z powieści Thomasa Hardy’ego, przedstawia nam żyjącą na angielskiej prowincji grupę indywiduów parających się pisaniem (lub – częściej – o pisaniu mówieniem). Owo barwne panopticum wytrąca z (i tak już mocno zachwianej) równowagi przybycie pięknej Tamary, ongiś wiejskiego brzydkiego kaczątka, obecnie zamienionej (przy wydatnej pomocy chirurgicznego skalpela) w porażającą sex-bombę, (która mimo tego aspiruje także do bycia a woman of letter, czyli literatką). Naturalnie, wśród mężczyzn intelektualistów (chociaż… nie tylko wśród mężczyzn i nie tylko wśród intelektualistów) wzbudza to (zrozumiały) ferment, stawiający – pozorny zresztą – ład ich… powiedzmy, że twórczego i intelektualno(?!)-pastoralnego życia na głowie.
„Tamara Drewe” to film niezwykły pod wieloma względami.
Przede wszystkim, jest on koncertem znakomitej gry aktorskiej i charakterologicznego bogactwa; następnie: zachwyca świetnym scenariuszem (co w filmach Frearsa jest właściwie normą); i wreszcie – last but not the least – ma niezwykle atrakcyjną aparycję (a odnosi się to nie tylko do grającej tytułową rolę Gemmy Arterton, ale i do samych filmowych kadrów i obrazów, z których niemal każdy posiada walor wręcz malarski).
Tak więc obrazy są sielskie i pastoralne (przywodzące mi na myśl romantyczne płótna angielskich XIX wiecznych pejzażystów, choćby Johna Constable’a), lecz owa stylizacja (tak, wydawałoby się, niewspółgrająca ze współczesną mentalnością i zachowaniem postaci zaludniających ekran), okazuje się tu nad wyraz efektywna, tworząc kontrast, dzięki któremu filmowy przekaz staje się nader wyrazisty, mocniej przykuwający uwagę. Nie wspominając już o tym, że całość dzięki temu staje się jeszcze bardziej malownicza i pieszcząca oko.
Krótko: świetne kino (oczywiście, w jak najlepszym tego słowa znaczeniu).

W poszukiwaniu równowagi w całym tym zgiełku tragi-farsy jaką jest życie („Tamara Drewe”)

Reklamy

komentarzy 38 to “FILMOWISKO („Sentyment ciała”, „Wszystko, co kocham”, „Erratum”, „Śmietnisko”, „Jak chcę gwizdać, to gwiżdżę”, „Ostatni raport Anny”, „Gąsienica”, „Tamara Drewe”)”

  1. Torlin Says:

    Mogę Cię jedynie pozdrowić.

  2. tamaryszek Says:

    Lista rekomendacji:)
    Znam tylko Borcucha. Mnie nie urzekł wystarczająco silnie, by zapamiętać emocje (oglądałam jakieś pół roku temu). Ale przyznaję, że siłą jest młodzieńcze rozwichrzenie, spontaniczność, intensywność. I to się przekłada również na formę. Zamiast formy dopasowanej gładko do gatunku czy wiodącego tematu (film o muzyce, o pierwszej miłości, o inicjacji, o wtajemniczeniu w fałsz dorosłego życia, o starciu wolności z reżimem – szkoły/państwa…) – mamy wszystko naraz. Czasem nie wiadomo, co jest ważniejsze: relacje z ojcem czy z dziewczyną. I to jest ok. Właśnie dlatego, że autentyzm, nie manieryzm, jest siłą napędową.

    Bardzo mnie kusi film Frearsa. I ten rumuński, mimo nie tak znów atrakcyjnej fabuły (a to czasami zapowiada niespodziankę), zwłaszcza ze względu na ostatnie zdania Twojej opinii.

    „Śmietnisko” wywołało skojarzenia z Agnes Vardą („Zbieracze i zbieraczka”) i jej filmem-esejem o różnych aspektach zbieractwa, by szczególnie zaakcentować w nim twórczą i nostalgiczną nutę, bardzo człowieczą. Spodobałby Ci się ten film. Nie wiem tylko czy jest dostępny. W Polsce – nie.

    pozdrawiam (ze szczególnym zrozumieniem festiwalowego kinomana) :)
    ren

    • Logos Amicus Says:

      Uwiadomiłaś mi właśnie, że dany film wcale nie musi mnie „urzec”, bym uznał go za dobry czy nawet świetny. Urzeka mnie tylko specyficzny rodzaj filmów – muszą mieć one w sobie jakiś urok, poezję, romantyzm, liryczny spleen

      – Film Borcucha jest mocny, bo czerpie z intensywności, prostoty i szczerości młodzieńczych uczuć, do których wraca sam reżyser, korzystając z własnych doświadczeń i wspomnień. Pewnie… jest w tym sporo nostalgii, a nawet sentymentalizmu, ale równoważona jest to wszystko właśnie przez gorycz i cierpienie młodych bohaterów. To może właśnie dlatego film nie „urzeka”. Na pewno jednak potrafi poruszyć (z tych samych zresztą względów).

      – Film rumuński. Wygląda na to, że dla Ciebie najmocniejszym zdaniem rekomendującym film nie jest żadne zdanie z mojej przychylnej recenzji, tylko to, które zawiera informację o tym, że film zdobył główną Nagrodę Jury na festiwalu w Berlinie :)
      Zgodzę się – akurat w tym przypadku to wyróżnienie znalazło w moich oczach swoje uzasadnienie. Choć przecież nie zawsze tak jest – często moja opinia (a właściwie odbiór, odczucie filmu) nie pokrywa się ze zdaniem (i wrażeniem) różnych jury :)

      – „Tamara Drewe” podobała mi się bardzo :) Ale ja mam słabość do Frearsa (a raczej do jego filmów ;) ) – więc nie wiem, czy moja rekomendacja nie jest aby nieco „stronnicza” :)

      – Wydaje mi się, że film Vardy jest zupełnie odmienny w klimacie i charakterze od filmu o Vikim Munizie i jego „śmietniskowych” bohaterach. Ale skoro piszesz, że spodobałby mi się, to kiedy tylko na niego natrafię, spróbuję go obejrzeć.

      PS. Nie ma to jak wspólne porozumienie/zrozumienie festiwalowych kinomanów… Let it reel! :)

  3. grześ Says:

    Ja też znam tylko, jak przedmówca, „Wszystko co kocham”.
    Podobał mi się, był taki sympatyczny, dla mnie momentami zabawny, nie jest to jednak żadna wielka rzecz.
    Dobrze się ogląda, ale nie porywa i nie zachwyca.

    Z tych innych to faktycznie film Frearsa pewnie by mnie wciągnął, może jeszcze coś innego, ale nie wiem.

    A co do filmów, to ostatnio uwsteczniony jestem, no ale jak tu filmy oglądać, jak się na prowincji żyje:)

    Zresztą ostatnio w kinie to ja w sierpniu w Niemczech byłem, przy okazji polecam (nie mam pojęcia czy były/są/będą w Polsce) „Renn wenn du kannst” oraz „Vincent will Meer”.
    pzdr

    • Logos Amicus Says:

      Zgadzam się, „Wszystko, co kocham” nie jest wielkim kinem, ale czy każdy film musi być czymś „wielkim”? Wystarczy, kiedy jest filmem dobrym. Nie musi porywać, ani nawet zachwycać – bo to są już w kinie reakcje, można powiedzieć, „ekstremalne”, a przecież od kina nie za każdym razem musimy oczekiwać doświadczeń ekstremalnych :)

      A oglądając film Borcucha nie ma się poczucia zmarnowanego czasu. Mało tego – ma się poczucie obcowania w dobrym, może nawet wyjątkowym filmem. To dużo.

      PS. Ja myślę, że nawet mieszkając „na prowincji” można mieć dostęp do dobrych, ciekawych filmów (internet?) Nie do wszystkich, ale jednak…
      Najważniejsze wydaje się być zainteresowanie kinem.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/wszystko.jpg?w=780
      „Wszystko, co kocham”

    • quentin Says:

      No i dobra, „Wszystko…” zaiste jest filmem fajnym, ale nie na tyle fajnym, żeby piać nad nim z zachwytu. Załapało się jeszcze na okres „z polskim kinem powoli jest coraz lepiej”, więc na tle wszelkich „Ciach” itp. wybija się znacznie, ale też poziomu na kolejny level nie podnosi. Nie znaczy to jednak, że jest filmem przeciętnym pływającym sobie po oceanie kupy. Wcale nie. Przede wszystkim Borcuchowi udało się uchwycić klimat „tamtych lat” poprzez filmowanie fajnie beznadziejnych lokacji (brawa dla ekipy filmowej, trochę musieli się naszukać pewnie tych wszystkich odrapańców bez HWDP (albo zamazać w kompie)), użycie rekwizytów wielkości różnej od kartki na mięcho itd. poprzez obowiązkowy w polskich filmach o PRL-u Grundig czy tam inny Kasprzak, a skończywszy na ładnie utrzymanych Fiatach 125p i Wartburgach (no przesadzam z tą liczbą mnogą). Wszystko to umiejętnie doprawione zostało nostalgicznie filmowanymi morzem i piaszczystymi plażami sprawiających wrażenie, że chciałoby się tam od razu przenieść w ten nadmorski wieczór AD 1981/1982. Sprawia to, że film Borcucha ogląda się z przyjemnością i z grubsza ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że ogląda się przebierańców z dość odległego czasowi akcji filmu XXI wieku. Postarali się o to również trafnie dobrani aktorzy. Olgę Frycz lubię już od czasów „Weisera”, więc nie budziła we mnie standardowych w takim przypadku emocji typu „no tak, tatuś załatwił”, chłopaki z zespołu WCK na czele z młodym Marcinem Hakielem również byli bez zarzutu i nawet sami wiosła szaprali i w bębny łoili, a partnerował im mój ulubiony Andrzej Chyra, który plam raczej nie daje i Katarzyna Herman, która wcale nie musi mieć żadnych kompleksów Moniki Bellucci. Pod tym względem więc pełen no problem, szczególnie że żadne Szyce, Gorczyce i inne Dorocińskie w zabawnych epizodach nie wyskakiwali za rogu.

  4. jumphigh Says:

    „Wszystko, co kocham”. Nie jestem czterdziestolatkiem i może dlatego ten film nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia. Podobały mi się niektóre fragmenty jak koncert w szkole i idee np moralna niejednoznacznośc bohaterów – ojciec Janka jest wojskowym ale ma dystans do systemu a Basia po aresztowaniu jej ojca karze swojego chłopaka za ‚poglądy’ jego ojca. Namiastka tamtych napięć i podziałów społecznych. Naturalność, szczerość i młodzieńcza niewinność były niestety nieautentyczne – widać próby stworzenia takiego klimatu ale piersi Olgi Frycz i włochate jądro Mateusza Kościukiewicza nie załatwią sprawy. Poza tym pokazanie stanu wojennego jako stresującego okresu w pracy taty wojskowego i okazji do kupienia papierosów ‚groźnym’ wojskowym woła o pomstę do nieba. A na samym początku filmu zobaczyłem scenę kiedy policyjna suka i czy inna polewaczka przejeżdża manifestanta. Był to jednak fragment jakiegoś dokumentu, znacznie lepiej oddający emocje tego okresu niż zrobił to film. Co tu dużo pisać, za mało depresji, przygnębienia i siermiężnej rzeczywistości. Wiem, że mebelki z PRL robią się modne ale tutaj Chyra przesadził z tuningiem.

    • Logos Amicus Says:

      Moim zdaniem Chyra miał tutaj ciekawą rolę, choć nie tak wyeksponowaną. Ale w końcu nie grał żadnego z głównych bohaterów, którym była dorastająca w tamtym czasie młodzież. Stan wojenny do wielu ludzi w tamtym czasie docierał niejako „bocznymi drzwiami”, „odbijał się ” rykoszetem w ich relacjach rodzinnych, towarzyskich, zawodowych… I to w filmie jest widoczne.

      Nie odniosłem także wrażenia, iż ukazana w filmie „naturlaność, szczerość i młodzieńcza niewinność” były nieautentyczne, a jedynym takim autentycznym elementem były „piersi Olgi Frycz i włochate jądro Mateusza Kościukiewicza” :)
      Prawdę mówiąc „włochatego jądra Mateusza Kościukiewicza” ta ja nawet nie zauważyłem (nie zapamiętałem?) :)

  5. kinoman Says:

    Obraz Lechkiego „Erratum” doczekał się rewelacyjnej recenzji w prestiżowym i uznanym amerykańskim serwisie filmowym „Variety”. Oceniono go tam jako „wysokiej jakości odkrycie”, zwracając uwagę na dopracowaną stronę techniczną filmu, w tym zdjęcia Przemysława Kamińskiego oraz montaż Roberta Mańkowskiego i muzykę Bartka Straburzyńskiego. Alissa Simon, autorka recenzji, dostrzegła jednocześnie interesującą obsadę, chwaląc role Tomasz Kota i Ryszarda Kotysa, a także aktorów drugiego planu, Jerzego Rogalskiego i Janusza Michałowskiego.
    Recenzja tej treści jest o tyle bezprecedensowa, że film „Erratum” jako jeden z nielicznych polskich obrazów ostatnich lat został zauważony przez amerykańskich krytyków filmowych. Jest to nie lada osiągnięcie, gdyż nadmienić należy, że film Lechkiego został nakręcony za bardzo niewielkie pieniądze.

    • Logos Amicus Says:

      Tak, te zalety filmu Lechkiego się dostrzega. Jak już napisałem, zdobył on na Festiwalu w Chicago główną nagrodę w kategorii reżyserskich debiutów. Podobał się także festiwalowej widowni, o czym zresztą sam mogłem się przekonać.
      Okazuje się, że nie koniecznie trzeba dysponować jakimiś wielkim budżetem, by nakręcić dobry film. Artyzm nie musi mieć wiele wspólnego z wielkimi pieniędzmi, i zwykle nie ma.

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/tomasz_kot-w-filmie-erratum.jpg?w=780
      Tomasz Kot w „Erratum”

  6. czara Says:

    Ja, tak jak pozostali komentatorzy widziałam tylko film Borcucha. I niestety – nie mogę się z Tobą pokłócić, mogę jedynie podpisać się pod tą notką. Świetny film, a scena z Wartburgiem (to chyba był Wartburg) jest moją ulubioną – takie wyzwolenie i wyładowanie emocji, że aż widz się czuje lżej ;)

  7. gadek Says:

    Polscy spece od tytułów film Frearsa podają nam jako „Tamara i mężczyźni”.

  8. remigiusz Says:

    „Gąsienica” wygląda mi na jakąś japońską torturę. Wolałbym już popatrzeć na angielską Gemmę.

  9. liritio Says:

    Nie widziałam żadnego z tych filmów, ale co tam, nie poprzestanę na samym pozdrowieniu, jak komentator numer jeden :) moja gadatliwość (wirtualna) mi nie pozwoli.

    Przede wszystkim S. Frears – kiedyś zbierałam się do napisana dłuższego tekstu o jego filmach, ale nie umiem dobrze tego zrobić, a niemoc mnie irytuje. Tobie udało się zgrabnie skomentować jego filmy, czapka z czółka :) Także „Tamara Drewe” mnie zainteresowała, premiera w styczniu… Daleko.

    Dalej, „Erratum” – chcę to zobaczyć! I najwyraźniej aktualnie nie mam takiej opcji… Świetnie.
    „Jak chcę gwizdać to gwiżdżę” – ten tytuł widziałam w jakimś repertuarze całkiem niedawno, miałam iść i nie wyszło – błąd! A jeszcze Twoje zdanie o zakończeniu podsyciło ciekawość i teraz mnie męczy.
    „Gąsienicy”, mam wrażenie, bym nie zniosła.

    I do „Wszystko co kocham”, chciałam tylko dodać do pozytywnych opinii o Chyrze swoją również – odkąd zobaczyłam go w „Symetrii” (nie wiem czy widziałeś, jak nie to polecam… może minimalnie umiarkowanie, ale polecam i tak), widzę, że jest dobrym aktorem i każdy kolejny film z nim tylko to potwierdza. A przez jedną „Samotność w sieci” – co za tortura! – tak nisko o nim myślałam. Błędy młodości :)

    • Logos Amicus Says:

      No i proszę! Tutaj chciałoby się zwrócić do „komentatora numer jeden”: patrz Torlinie – jak się chce, to się pogada! :)
      I wcale żadnego z tych filmów nie musiało się oglądać :)

      Myślę, że „Tamara” Ci się spodoba. I cieszy mnie, że zwróciłaś uwagę na Frearsa. Robi doskonałe filmy, a jakoś mało się o nim rozprawia. (A może to dobrze, że mało? Lepiej oglądać, niż rozprawiać :) )

      Rzeczywiście, „Gąsienicę” można sobie odpuścić (ja sam już byłem bliski „odpuszczenia”, ale ciekawość zwyciężyła :) ); „Gwizdanie” – szkoda, że Ci nie wyszło, bo naprawdę jest ciekawe; no a „Erratum” na pewno w końcu do Ciebie dotrze (do Chicago dotarło już dwa razy: wpierw na Festiwal Międzynarodowy, teraz na Festiwal Filmu Polskiego – któremu się właśnie oddaję :) )

      „Samotność w sieci” można chyba Chyrze wybaczyć (nie takie rzeczy ludzie sobie wybaczają :) )
      Zwłaszcza jak się jest młodym ;)

      • liritio Says:

        Pogada się zawsze, ale można dołożyć pytanie o to, czy z sensem :)
        Frears jest świetny, nawet jego mniej znane filmy, jak np. „Mary Reilly” (Malkovich jako dr Jekyll i ogólnie ciekawe spojrzenie na książkę Stevensona) czy „Pani Henderson” (Judi Dench w roli głównej, genialna jako arystokratyczna właścicielka kabaretu) są naprawdę warte zobaczenia. A chociaż lepiej oglądać, niż rozprawiać, bez pewnej reklamy ciężko oczekiwać przyrostu fanów Frearsa :)
        „Erratum” chyba pokazywali w tym roku w Gdyni, ale poza tym cisza, żadnej daty premiery, na żadnych kolejnych festiwalach nic o „Erratum” nie słychać – nic to, co się odwlecze, itd…

        A co do młodości i wybaczania, zapętliłam się nad tą luźno rzuconą uwagą – chyba jednak młodość mniej wybacza, bardziej kategoryczna jest w osądach – ale z drugiej strony szybciej zapomina i więcej akceptuje? Nie, coś nie tak poszło w tym wywodzie :)

        • Logos Amicus Says:

          Kto nie zna filmów Frearsa, niech żałuje (niedawno można było obejrzeć jego świetną „Królową”).

          „Erratum” można się spodziewać w polskich kinach (prawdopodobnie) na początku przyszłego roku. Film miał ponoć kłopoty ze znalezieniem dystrybutora, ale być może już taki się znalazł – zwłaszcza po tych wszystkich komplementach z jakimi spotkał się obraz Lechkiego na różnych festiwalach na całym świecie (zwłaszcza w Ameryce).

          PS. A co do młodości i wybaczania. Powinienem był chyba raczej napisać, że wybaczać się powinno: „zwłaszcza tym, którzy są młodzi” :)

  10. Kartka z podróży Says:

    „Symetria” – film wart uwagi. Co jakiś czas do mnie wraca po nocach.
    Pozdrawiam

    • Logos Amicus Says:

      Słyszałem, ale nie oglądałem. To film sprzed dobrych kilku lat, w kinach go już nie uświadczy. Może wpadnie mi kiedyś w ręce na DVD?

      Są takie filmy, które pozostają w nas na długo.
      Ja mam ich sporo: „Ziemia obiecana”, „Magnat”, „Matka Joanna od Aniołów”, „Zaklęte rewiry”, „Krótki film o zabijaniu”, „Krótki film o miłości”, „Niebieski”, „Yesterday”, „Kornblumenblau”, „Barwy ochronne”, „Dreszcze”, „Wszystko co najważniejsze”, „Żywot Mateusza”, „Wodzirej”, „Amator”… ale też… „Czterej pancerni i pies” oraz „Stawka większa niż życie” :)
      No i – na szczęście! – są jeszcze komedie… z „Rejsem”, „Misiem”, „Samymi swoimi” i „Jak rozpętałem II wojnę światową” na czele :)

      A z nie-polskich: „Pluton”, „Czas Apokalipsy”, „Blade Runner”, „Rocky”, „Aquirre, gniew boży”, „Mefisto”, „Hair”, „The Deer Hunter”, „Absolwent”, „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Midnight Cowboy”, „Paths of Glory”, „Trainspotting”, „Delicatessen”, „Easy Rider”, „All That Jazz”, „W samo południe”, „Taxi Driver”, „Rocky”, „Urodzony 4 lipca”, „Full Metal Jacket”, „Odyseja Kosmiczna 2001”, „Amacord”, „Ostatni seans filmowy”, „Nakarmić kruki”, „Czyż nie dobija się koni”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Paris, Texas”, „Trzy kobiety”, „Nashville”, „Ojciec Chrzestny”, „Serpico”, „Znikający punkt”, „Sieć”, „Zabić drozda”, „Kabaret”, „Wstręt”, „Funny Games”, „Mroczny przedmiot pożądania”, „Piękności dnia”, „Persona”, „Fanny i Aleksander”, „Misja”, „Szepty i krzyki”, „Dolce Vita”, „Pokuta”, „Ballada o żołnierzu”, „Cinema Paradiso”, „Amores Perros”, „Babel”, „A Single Man”, „21 gramów”, „No Country for Old Men”, „There Will Be Blood”… by wymienić tylko niektóre :)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/platoon-dafoe.jpg?w=780
      Willem Dafoe w „Plutonie” Olivera Stone’a

      • hirundo Says:

        Do listy filmów, które pozostają na długo chętnie dopisuję „Moskwa nie wierzy łzom” Władimira Mieńszowa ze wspaniałą kreacją Olega Batałowa i „Wyznanie miłości” Ilii Awerbacha z ważną rolą Ewy Szykulskiej.
        A „Lecą żurawie” ???
        A „Pociągi pod specjalnym nadzorem”? A „Postrzyżyny”???
        A „Historie kuchenne”???
        Również „Brzezina”, „Rejs”, „Sami swoi”, „Nikodem Dyzma”…
        Przede wszystkim „Kabaret”.

        Pozdrawiam.

        • Logos Amicus Says:

          Hirundo, czy w miejsce tych pytajników mam wstawić wykrzykniki? :)
          Oczywiście, że filmów, które zrobiły na nas (na mnie) wielkie wrażenie, można wypisać znacznie więcej (w końcu, nazbierało się ich trochę przez te wszystkie nasze lata :) )
          To jest ten nasz osobisty, prywatny, bliski nam kanon. Okazuje się zresztą, że bliski nie tylko nam :)

      • Kartka z podróży Says:

        Cieszy mnie, że na swojej liście doskonałych filmów uwzględniłeś Saurę i Bunuela – to dla mnie ważni reżyserzy
        Pozdrawiam

      • Kartka z podróży Says:

        Pewnie Logosie, że znam filmy Almodovara. Ale nie robią na mnie takiego wrażenia jak niegdyś Bunuel czy Saura. Raczej szukałem w nich wiedzy o Hiszpanii i sposobie myslenia czy odczuwania Hiszpanow. Właśnie – wiedzy o kobietach i mężczyznach.
        Ale bardzo lubię czułość, którą on potrafi oddać. Właśnie te czułe sceny mnie czasem rozklejają u niego. Jeśli pozwolisz odrobinę czułości:

  11. jula Says:

    Tak, są tytuły ponadczasowe ;D )))
    Mam na myśli niektóre filmy z Twojej listy, bo nie przepadam za tymi z gatunku (walki).
    Ja jestem z tych, co to film, jak dobre wino, dopiero po wielokrotnym smakowaniu zaczynam doceniać.
    Być może jest to związane z tym, że w zależności od mojego wieku inaczej patrzę, inaczej widzę ? …
    Oczywiście ja nie jestem jakimś tam znawcą, oglądam to, co mi się podoba, mimo, że przez specjalistów czasami uznane jest jako chłam ;D)))

    • Logos Amicus Says:

      A mnie z kolei kino wojenne bardzo kiedyś interesowało, (np. wątek wietnamski w filmie amerykańskim.)

      Jula, jeśli jakiś film Ci się podoba, to właśnie to powinno być najważniejsze. Każdy bowiem inaczej odbiera kino, każdy czegoś innego od filmów oczekuje, każdy ma swoje sympatie i antypatie (nawet – a może nawet zwłaszcza – tzw. specjaliści).
      Lecz mądrą krytyką kina nie warto pogardzać, a od ludzi „żyjących” (pasjonujących się) kinem można się sporo dowiedzieć i nauczyć. (W Polsce mieliśmy kiedyś bardzo dobrych krytyków – np. Jackiewicz, Kałużyński, Marszałek, Kołodyński, Ledóchowski, Mętrak…

  12. hirundo Says:

    Logosie – w moich pytajnikach skryła się raczej radość przypominania sobie dawno nie wspominanych tytułów. Lista jest rzeczywiście bardzo długa i w wielu punktach wspólna. Pozwolę sobie wspomnieć „Krzyżaków” i… „O dwóch takich co ukradli księżyc” – w ówczesnej zamierzchłej przeszłości moja lista się zaczyna.

  13. Torlin Says:

    Oczywiście, że lista ulubionych filmów to jest temat nieskończony. W sumie mamy podobne zainteresowania, właściwie z jednym (podwójnym) wyjątkiem, zlikwidowałbym całkowicie Kieślowskiego, bo dla mnie to nie jest reżyser, tylko wydmuszka, a dodałbym więcej Wajdy i Hasa. Strasznie brakuje mi na Twojej liście „Pamiętnika znalezionego w Saragossie”, „Wesela” i „Wszystko na sprzedaż”. Ale też obok „Amacordu” przede wszystkim dałbym „Rzym”, a Bergmana „Wieczór kuglarzy”. I zabrakło mi całego Kurosawy.

    • Logos Amicus Says:

      Torlinie, to właściwie nie była lista „ulubionych” filmów, tylko (spisana dość spontanicznie i bez większego namysłu) lista filmów, które zrobiły na mnie (swego czasu) duże wrażenie i jeszcze długo po ich obejrzeniu do mnie – by użyć określenia Kartki – wracały (choć niekoniecznie „po nocach” :) )
      Jednym słowem, są to filmy, które sobie „popamiętałem” ;)
      I w jakiś sposób tworzą one mój prywatny kanon, który niejako definiuje to, czym dla mnie jest kino i związane z tym kinem wyobrażenia; a także – mogę chyba tak napisać – filmy, które tworzą mój uczuciowy związek z kinem ;)
      Ta lista więc, pokrywa się w dużym stopniu z lista filmów „ulubionych”, ale jednak nie jest z nią tożsama.

      Co do Wajdy i Hasa to się z Toba zgadzam, ale co do Kieślowskiego – to już nie bardzo, a właściwie to się tutaj z Tobą nie zgadzam wcale. Moim zdaniem nie można wszystkich filmów Kieslowskiego skwitować mianem „wydmuszki”, bo jednak prowokowały one ludzi (na całym świecie, zresztą) do głębszego wejrzenia nie tylko w kino, ale i we własne wnętrze (ale to inny, bardzo szeroki temat – którym nota bene próbowałem się kiedyś zająć TUTAJ.)

      PS. Jeśli już koniecznie chcemy użyć na określenie filmów Kieślowskiego jakiegoś „ornamentowego” słowa, to może bardziej na miejscu, zamiast „wydmuszki” byłoby „celofanowe świecidełko”? (to jest określenie jednego z polskich krytyków). Bo coś w tym jednak jest, ale to wymagałoby pewnego rozwinięcia ;)

      https://wizjalokalna.files.wordpress.com/2010/11/blue.jpg?w=780
      „Niebieski”


Co o tym myślisz?

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s