ZDĄŻYĆ NA CZAS (wspomnienie o Małgorzacie)

*

Pomyślałem dziś o Małgorzacie. Wróciłem do wpisu jaki jej poświęciłem trzy lata temu (to niewiarygodne jak ten czas szybko mija, ciągle ukazując nam rzeczywistość w coraz to innych konfiguracjach). I znów słowa tam zawarte nabrały dla mnie innego – szczególnego – znaczenia. Jak np. te: „Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.” To uderzające, że Małgorzata (Defendo), wypowiedziała tu dokładnie to samo, co – odległy, jakby się wydawało, o światopoglądowe antypody – ksiądz Jan Twardowski w swoim słynnym wersie: „Śpieszmy się kochać innych. Tak szybko odchodzą”.  Przypomniała mi się również jedna z naszych rozmów, jaką odbyliśmy pod jej tekstem „Nie chciałam, samo wyszło”.

*

Logos Amicus: Defendo, Twoje stwierdzenie „nie chciałam, samo wyszło” to są wg mnie słowa kluczowe dla całej tej sytuacji, którą tutaj opisujesz. Zresztą, nie tylko dla niej. Może dla całego naszego życia – dotycząc również egzystencji każdego człowieka?
Właśnie: czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?
Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, mogę skonstatować: znów dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
Archetypy są właśnie naszą próbą – niekiedy rozpaczliwą próbą – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność. Dzięki nim chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy aby archetypy służyły naszemu poznaniu.
Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?
Nie wiem…

Defendo: Logosie – też nie wiem. Archetypy mogą występować w formie symboli (albo personifikacji), a ich treść może być wyrażona tylko przy pomocy metafor.
Metafory uważam za jedno z narzędzi poznania.
Bywają jednak groźne. Potrafią generować nazizm, nienawiść rasową, wojnę.
Zadałeś wiele pytań. Nie znam odpowiedzi.
Tak jak nie wiem, co właściwie mi wyszło, w miejsce tego, co zamierzyłam. Ten chłopak usiłował kogoś zabić – przy pomocy noża. Nie mam pojęcia, co czuł, kiedy wyjmował pozornie zakrwawiony nóż z chleb-ciała, któremu przypisaliśmy wcześniej tak wiele znaczeń. Nie umiem opowiedzieć jego twarzy. Tej niesamowitej ciszy. Jakby wstrzymali oddechy.
Mam nadzieję, że wtedy każdy z nas coś zrozumiał, ale straciłam kontrolę nad tym, CO pojęli inni. Jeśli nie pojęli, to przynajmniej odczuli.
A chciałam tylko uwrażliwić ich na to, że tylko prawdziwa sztuka ma prawo dotykać najważniejszego, że jest sfera sacrum (ściśle chroniona, której nie wolno niszczyć) i sfera profanum, dostępna wszystkim, ale w której nie wolno nurzać rzeczy naprawdę istotnych.
Nie wiem, co trzymał w dłoni ten chłopak. Nie wiem, czy te sfery są rozłączne. Może zdarza się czas i miejsce, w których mieszają się bez uszczerbku dla tabu?
Od czego to zależy?

Logos Amicus: Defendo [wybacz] (…) ale, niestety, odnoszę nieodparte wrażenie, że te Twoje zakrwawione sztylety ocierają się o kicz.

Defendo: (…) Oczywiście, że to kicz – zamierzony i wykonany („biełyje rozy”, czarne tło, sztylet – a tak naprawdę kord oficera Marynarki Wojennej, sztyletem nie dysponuję, krew tak czerwona, że aż wiadomo, że nierzeczywista). Ten rodzaj kiczu, który chciałam zdezawuować i obrzydzić moim podopiecznym. Właśnie dlatego przygotowałam całą tę „spaloną” scenkę.
Nic TU się nie ociera o kicz – jest kiczem, jak inkrustowane sztucznymi brylantami tipsy panienki wracającej ostatnim podmiejskim autobusem z dyskoteki, jak sceniczny biustonosz Madonny, jak tekst pretensjonalnej piosenki. Kicz zamierzony i wykonany. Zdarzenie z chlebem straciło [jednak] część cech kiczu – i nadal nie wiem, czym się stało.

Logos Amicus: (…) Nie spodziewałem się, że tak łatwo mi przytakniesz.
A już szykowałem się na coś w rodzaju obrony kiczu…
Chciałem wspomnieć o operach, malarstwie Dalego, tajskich świątyniach, „Bohemian Rhapsody” zespołu Queen…
Czyli o kiczu, który czasami przemienia się w arcydzieło.

Defendo: Wiem, przecież się rozumiemy ;)
Jasne, że bardziej niż dosłownie.

* * *

Ktoś pod pożegnalnym wpisem o Małgorzacie napisał: „Wierzę Małgosiu i poprzez uczucia jakie mi towarzyszą teraz, próbuję po raz enty zrozumieć niepojętą tajemnicę życia i śmierci…
Quietus est – perpetus sopor!

Na co starałem się odpowiedzieć:  Jest niepojęta, a i tak próbujemy zrozumieć. Choć nigdy nie zrozumiemy – najwyżej poddamy się wierze lub jakiemuś przekonaniu. A może tu nie ma nic do zrozumienia, tylko do… pogodzenia się z tym lub… nie pogodzenia? Perpetus sopor. Czyli sen, z którego nie można się przebudzić? A może jednak – poza czasem – nie ma ani wiecznego snu ani przebudzenia?
A jest tylko trwanie lub nieistnienie?

Kto to wie?

* * *

Père-Lachaise

*

WIZJA LOKALNA

*

greydot
Cmentarz Père-Lachaise. Olbrzymia nekropolia. Miasto zmarłych. Zastygłe, znieruchomiałe – otoczone przez tętniące życiem paryskie dzielnice.
800 tys. trupów, zwłok i szkieletów w gęsto upakowanych kamiennych kwaterach.
Kultura dysponowania zmarłymi. Nasze przeklęte – ale i błogosławione – przywiązania do materii.

Obsadzone drzewami aleje wśród niekończących się grobowych pól. Nawiedzane nie tylko przez pogrzebowe orszaki. Każdego roku przewija się przez nie kilka milionów ludzi.

Czego szukają tu żywi? (Jeśli pominąć bezrefleksyjnych, zaliczających kolejną paryską „atrakcję”, turystów.) Własnych nadziei, wspomnień, tęsknot, świętości? Pamięci po zmarłych, pozostałości po czymś co się kochało? Ręki opiekuńczego Boga? Ofiar jakiejś diabelskiej egzekucji? Może to wyraz pragnienia, by obłaskawić przeznaczenie – odsunąć wyrok, klątwę, potępienie?
Uczepieni skrawka marmuru, żelaza, brązu, kamienia, betonu – zaklinamy materię, by tchnąć w nią coś, co nie ulega rozkładowi: ducha, ideę, pamięć, uczucie. Ale czy wraz z rozproszeniem materii nie ginie to, co podtrzymuje zawarte w niej tchnienie?

greydot
Nad jedną z bram wejściowych…

View original post 915 słów więcej

DEFENDO O ŚMIERCI

samo tak wychodzi… (fot. defendo)

„Defendo odchodzi… tak jak chciała… bez bólu, jęków i majaczenia…. spokojnie…”

*  *  *

Gdyby nie te słowa, które pojawiły się niedawno na blogu Defendo, tego wpisu nie byłoby. Niczego bardziej nie chciałbym sobie (?) życzyć. Niestety, słowa te nadal tam są i odkąd je przeczytałem, próbuję jakoś się z nimi uporać. A to trudne. Również dlatego, że wywoływały one we mnie różne uczucia: zaskoczenie, konsternację, niedowierzanie, zmieszanie, żal, smutek, współczucie, bezradność…
Defendo jest kobietą niezwykłą. Obecną w mojej świadomości od samego początku mojej przygody z prowadzeniem bloga (a więc od ponad dwóch lat). Jej bezkompromisowe, kontrowersyjne, przenikliwe i świetnie napisane teksty czytałem zawsze z wielkim zainteresowaniem. Podobnie jak dyskusje, które one prowokowały, gromadząc z czasem spore grono czytelników. Trudno mi sobie wyobrazić to, by na blogu Defendo nie pojawił się już żaden nowy wpis. A tymczasem wróciłem do starych. I przypomniało mi się, co o śmierci – a było to dokładnie dwa lata temu – napisała Defendo w tekście pt. „Akt woli”, którego fragmenty pozwolę sobie tutaj przedstawić (cz. I), uzupełniając to wyrywkami z wypowiedzi Defendo w komentarzach (cz. II).

I.

Wracam z najdalszej podróży i wciąż nie chcę rozpakować walizek.
Właściwie jest dobrze. Ani o jeden księżyc za wiele czy za mało. Tyle uderzeń serca, ile trzeba. Nie za wiele gwiazd. Dom. Ostrożność wobec obcych. Tyle ciepła dla bliskich, ile są w stanie znieść. Wszystko akuratnie poukładane. Na swoim miejscu. Buty, rękawiczki, książki. Nawet cierpienia w miarę, tyle ile należy wytrzymać, żeby odróżnić od niego radość nie-cierpienia. Starannie wybrana muzyka z absolutnie posłusznego głośnika. Ludzie i zwierzęta troszczą się o mnie. Kwiaty przyzwoicie umierają w wazonie, w którym codziennie zmieniam wodę.
Zadbano i o to, żeby dzwonek powiadamiał mnie o wizytach.
– Kto tam? Jestem nieubrana, proszę poczekać!
– Nie szkodzi, wielu zastaję nieubranych.
– Kim jesteś?
– Aniołem Twojej śmierci. Przyszedłem zabrać Cię na spacer.
Za drzwiami stoi wspaniały okaz ludzkiego samca: elegancki, pięknie pachnący, doskonale ubrany, uśmiechnięty. Patrzy mi prosto w oczy.
– Nie znam Cię, chociaż masz w sobie coś znajomego…
– Znasz, znasz. Zanim się urodziłaś – byłaś martwa. Potem umierałaś wiele razy.
– Naprawdę muszę się ubrać. Nie mogę tak wyjść.
– Możesz. Wszystko możesz, bo już czas.
– Rzeczywiście mogę, wszystko już poukładałam, zostawiłam porządek. Tylko jeszcze kilka słów komuś napiszę.
– Nie pisz. Przyszedłem, bo w tym uporządkowanym świecie nie ma dla Ciebie miejsca.

Budzę się i gorączkowo przywracam chaos. Uspokojona. Wiem już, że kiedy wszystko wokół mnie znajdzie się na swoim miejscu, kiedy odbiorę rzeczom ich znaczenie, zadzwoni dzwonek. Chciałabym tylko, żeby ten wilk, którego widziałam w zwierzyńcu, zamknięty w klatce i uporczywie biegający wzdłuż siatki, tam i z powrotem, wydostał się wreszcie na wolność.
(…)

Jedyne, co dostałam naprawdę na własność, co posiadam bezwarunkowo – to życie. Mam więc prawo je przerwać w dowolnym momencie, precyzyjnie wybranym. W ten sposób mogę zyskać przewagę nad czasem, władać śmiercią, której nie będę posłuszna. Przyjdzie, kiedy ją wezwę i zmuszę do zaistnienia. To ja zdecyduję o tym, jak będę na jej przyjęcie ubrana, nie zaskoczy mnie żaden dzwonek. Myślenie o tym, jak wielką mam nad nią władzę, sprawia mi przyjemność niemal fizyczną. Mam do niej wszystkie prawa. Zastrzegłam je sobie. Ostemplowałam znaczkiem „c” w kółeczku. Wytatuowałam. Nie mam obowiązku żyć, jedynym moim obowiązkiem jest dyskurs – poznanie poprzez operacje myślowe. Nie przez postrzeganie i intuicję – ten rodzaj poznania toczy się równolegle, obarczony błędami i złudzeniami. Posiadam życie. Decyduję o nim. Każdy ma prawo przerwać własne w dowolnie wybranej chwili. Nie pod wpływem smutku czy rozpaczy. Po prostu zrezygnować. Odejść z niego. Zewsząd.
Wobec zdarzeń losowych pozostanę bezsilna. Myślę o prawie do odejścia nie w chwili jakiejś słabości czy rozpaczy – ale o geście świadomym, poprzedzonym długotrwałą gotowością na śmierć. Można być wolnym do tego stopnia, żeby móc nawet śmierć sobie wybrać. Śmierć bywa świadectwem niezależności. Od Boga, losu, ludzi. Znakiem wolności totalnej.
(…)

Śmierć jest częścią życia, nie czymś egzotycznym, wrogim i osobnym. Z faktu mojego przyjścia na świat nie wynika, że cokolwiek mi się należy – poza życiem, które mam na własność. Realizując je – realizuję również śmierć. Czyż nie? Mam więc prawo do realizacji tej części życia zgodnie z moją wolą.
Życie jest darem? Zatem obchodzę się z nim jak z darem – mogę o nie dbać, odkurzać, rozbudowywać, chuchać nań i dmuchać, mogę też je zniszczyć lub wyrzucić. Akt samounicestwienia nie ma żadnego celu – nie ma pobudzać innych do czegokolwiek. Nie jest ofiarą. Dlaczego nie miałabym mieć prawa decydowania o swoim życiu? Dlaczego mam zakładać, że dostałam je od Boga? Czy muszę wierzyć w Jego istnienie? A jeżeli nawet jest – dał mi życie nie stawiając warunków. Nie pytał, co z nim zrobię. Skazał mnie na nie? Przecież nie jest okrutny… nie zrobił tego.
To nie jest żadne wołanie o pomoc.
(…)

Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.
(…)

II.

Zawsze koncentrujemy się na bólu tych, którzy przeżyli – ale największy stał się udziałem tych, którzy odeszli. Kochanowski nie rozpaczał nad cierpieniem córki – on trenami próbował uporać się z własnym bólem.
Może w dawnych misteriach pogrzebowych było więcej empatii? Bo czymże innym, jeśli nie próbą uczestniczenia w cierpieniu zmarłych był zwyczaj rozorywania paznokciami własnej skóry, zadawania sobie ran, płacz? Czymże innym był relikt dawnych obyczajów w postaci czuwania przy trumnie zmarłego, jeszcze kilka lat temu powszechny na polskich wsiach?
* * *
Rozważam życie, a ponieważ śmierć jest jego konieczną częścią – rozważam i śmierć.
Kiedyś było to naturalne. Ludzie umierali we własnych domach, w obecności bliskich. Cudza śmierć była przeżyciem mistycznym, była jednak w pewien sposób oswojona, oczywista, naturalna. Dopiero dla nas ciało stało się towarem, uprawiamy kult młodości, a śmierć zasłoniliśmy szpitalnym parawanem. Boimy jej się. To jest naturalne?
* * *
Próba zapominania o śmierci jest formą zniewolenia.
* * *
Myślę, że śmierci boją się tylko ci, którzy nigdy nie żyli naprawdę. Mądry człowiek potrafi kochać ją, jak każda z części własnego życia – i bratać się z nią podczas zwyczajnych zajęć. To przed nią przecież – jedynym wodzem i odbiorcą – mówimy swój wielki monolog. Szeherezada pokochała w końcu męża, a tak się go przecież bała. Nie zrobił jej krzywdy. Tak właśnie trzeba kochać Tancerkę z naszej wizji.
* * *

(defendo)

Wszystko to, co napisała Defendo, nabiera teraz innego, głębszego znaczenia. To zastanawiające, dziwne i niesamowite, jak zmiana perspektywy (i wiedza, której nam przybywa) zmienia nasz sposób widzenia świata i odbioru sygnałów, jakie do nas docierają.
Długo się zastanawiałem, czy zamieścić tutaj ten wpis  („tutaj”, czyli w blogosferze – tym królestwie dwuznacznych ekshibicjonizmów i bardziej lub mniej narcystycznego targowiska próżności). Lecz w końcu – znając przecież Defendo, i to nie tylko wirtualnie – postanowiłem, że to zrobię. Zadecydowały o tym pożegnalne słowa, zamieszczone na jej blogu. Niech więc ten wpis będzie dowodem na obecność Małgorzaty w moich myślach, wyrazem wdzięczności za inspirację, której niejednokrotnie mi dostarczała, podziękowaniem za uwagę jaką mi (nam) poświęcała…
Wiem… to jest dziwne – to całe nasze blogowanie. Niby zabawa, takie bujanie w (wirtualnych) obłokach, coś niezbyt poważnego, taka sobie bagatela…
A tu nagle słowa: „Defendo odchodzi”. I konsternacja. Bo przecież tego się nie robi innym uczestnikom zabawy. Bo przecież wszystko miało być „na niby”.
Jednak okazuje się, że nasze wirtualne pląsy i harce jak najbardziej splatają się z naszym życiem, i niestety, także z naszą śmiercią. Wirtualna rzeczywistość potrafi ugodzić w nasze prawdziwe uczucia – i vice versa, to co odczuwamy projektujemy na blogosferę. Okazuje się, że tak naprawdę, to nie da się do końca oddzielić życia naszego gravataru (który jest fantomem) w Wirtulandii od życia istoty z krwi i kości, którą jesteśmy w świecie realnym.
* * *
Jest jednak coś, z czego się cieszę. Np. to, że mogłem Cię Małgorzato poznać naprawdę, nie tylko poprzez komputerowe łącza. To te godziny naszych rozmów podczas spotkania w Krakowie. Fascynujących rozmów, które wcale nie tak często się zdarzają. Lecz niestety, z drugiej strony, jest to tym bardziej przykre, bowiem stałaś się dla mnie człowiekiem mającym wymiar jak najbardziej realny.
Wielokrotnie różniliśmy się w naszych opiniach, inaczej widzieliśmy pewne sprawy, ale przecież jest to naturalne, tak właśnie ma być (w końcu  Twój blog to są „kontrowersje”). Zawsze mi imponowałaś umiejętnością rozmawiania ze swoimi czytelnikami – bez złości, zapalczywości, ale za to z cierpliwością i zrozumieniem, zachowując jednak przy tym swoje zdanie. Wiem, że niektóre moje komentarze mogły Cię dotknąć, były jakimś nieporozumieniem, a mimo to  zawsze odpowiadałaś na nie bez negatywnych emocji, a nawet z przychylnością. Nie będę za nie przepraszał, bo  byłoby to pretensjonalne. Prowadziliśmy dyskurs i byliśmy sobą – to wszystko było jego częścią, której nie ma sensu wymazywać.
Ciągle mam nadzieję, że jeszcze doczekam(y) się Twoich słów – tego co chciałabyś nam przekazać.
A na razie chcę Ci powiedzieć: do zobaczenia.
* * *

NOTATNIK PARYSKI: Père-Lachaise

*

greydot
Cmentarz Père-Lachaise. Olbrzymia nekropolia. Miasto zmarłych. Zastygłe, znieruchomiałe – otoczone przez tętniące życiem paryskie dzielnice.
800 tys. trupów, zwłok i szkieletów w gęsto upakowanych kamiennych kwaterach.
Kultura dysponowania zmarłymi. Nasze przeklęte – ale i błogosławione – przywiązania do materii.

Obsadzone drzewami aleje wśród niekończących się grobowych pól. Nawiedzane nie tylko przez pogrzebowe orszaki. Każdego roku przewija się przez nie kilka milionów ludzi.

Czego szukają tu żywi? (Jeśli pominąć bezrefleksyjnych, zaliczających kolejną paryską „atrakcję”, turystów.) Własnych nadziei, wspomnień, tęsknot, świętości? Pamięci po zmarłych, pozostałości po czymś co się kochało? Ręki opiekuńczego Boga? Ofiar jakiejś diabelskiej egzekucji? Może to wyraz pragnienia, by obłaskawić przeznaczenie – odsunąć wyrok, klątwę, potępienie?
Uczepieni skrawka marmuru, żelaza, brązu, kamienia, betonu – zaklinamy materię, by tchnąć w nią coś, co nie ulega rozkładowi: ducha, ideę, pamięć, uczucie. Ale czy wraz z rozproszeniem materii nie ginie to, co podtrzymuje zawarte w niej tchnienie?

greydot
Nad jedną z bram wejściowych na cmentarz Père-Lachaise wyryto w piaskowcu słowa z Wulgaty: „spes illorum immortalitate plena est”. („Ich nadzieja pełna jest nieśmiertelności.”)
O czyją nadzieję jednak chodzi? Czyżby tych, którzy się już w proch zamienili? Czy może jednak o naszą?

greydot

Grobowiec Abelarda i Heloizy

Le secteur romantique.
W cieniu zarośli przypominający gotycką kapliczkę grób Abelarda i Heloizy. Wiekowe drzewa, bluszcz, zwykłe chwasty… Zszarzałe groby, zmurszałe płyty, rozsypujące się nagrobki, zamieniające się w gruz krypty.
Roślinność oplątująca i rozsadzająca kamienne pomniki, popiersia, posągi…

Jaka estetyka, jaki genre, jaki sentyment pozwala na nazwanie tej bezwzględnej zaborczości natury romantycznością?

greydot
Jesteśmy wygnańcami z niebytu, którzy chcą się gdzieś zadomowić w istnieniu. Jeśli istnienie (bycie) nas cieszy, to już wystarcza… To właśnie w takich momentach żyje się chwilą.
Lęk czai się na nas na progu przyszłości, której nie znamy. Może ogarnąć nas smutek, kiedy widzimy jak ginie chwila, która nam sprawiła radość. Bowiem lękamy się, że następna przynieść nam może ból. A może nawet unicestwienie?

greydot

Nieuniknione jest to, co się stanie.
Stanie się to, co jest nieuniknione.
Tym właśnie jest przeznaczenie.

greydot
Wszystko podlega prawom, które obowiązują we Wszechświecie.
Nawet nieśmiertelność.
greydot

Być może wszystko to, co mogło/może się stać, już się stało (a w takim świecie czas jest tylko złudzeniem).

greydot

Cały otaczający nas świat jest jednym wielkim cmentarzyskiem.
Nasze samochody poruszają się dzięki morzu oleju wyciśniętego z trylionów uśmierconych organizmów żywych. Nawet piękno marmurowych rzeźb wyryte jest w materii, która była częścią zwierząt nieżyjących już od milionów lat. Oddychamy tlenem, które zostawiły nam w spadku wymarłe lasy. Czarny węgiel, białe wapienie, tłuste pola ropy… Niezmierzone zwały miliardów zwłok, szczątków i trupów, którymi karmi się zachłanne życie.
A zatem, czyż nie jest ono jakimś pasożytem?

A jeśli śmierć to alter ego życia?
Może śmierć i życie stanowią jedno, będąc dwiema stronami tego samego medalu? Może to kurioza, które pojawiły się we Wszechświecie będąc wielkim żartem znudzonego Boga? Albo eksperymentem, który wymknął się spod kontroli? Programem kosmicznego komputera? Piekłem determinizmu? Przemijaniem bez celu? Efemerydą?
Niestety, przekleństwo naszej niepewności polega na tym, że każda ewentualność jest możliwa.

greydot

W Naturze życie może się wydawać zachłannym potworem, który nie dba o pozostawiane za sobą trupy. Mało tego: owo witalne monstrum na tych martwych zwłokach żeruje. Człowiek, jako jedyne zwierzę, próbuje się owej przyrodzonej makabrze sprzeciwiać. Jednakże sam jest częścią Natury.
Czyżby więc Natura poprzez gatunek Homo Sapiens w jakiś sposób się nobilitowała?
Wątpliwe, zważywszy na potworności jakich dopuszcza się człowiek. I na obojętność natury wobec wszelkich ludzkich mrzonek, jak np. szlachetność, styl, nobliwość, godność, świętość, moralność, honor, nadzieja…

greydot
Możliwe, iż jedynie życie jakie się w nas tli i pulsuje (choć czasem nawet kipi i eksploduje) sprawia, że nie dostrzegamy istniejącego wokół nas cmentarzyska, a wypatrujemy tego, co się rodzi i żyje. Pierwsze wiosenne pędy, listki, pąki, owoce, nasiona i kwiaty; uśmiech i nieporadne dreptanie dziecka; namiętny pocałunek skąpanej w słońcu pary młodych ludzi…

Patrząc na życie nie możemy widzieć śmierci, gdyż jej tam nie ma.
To co żyje, nie jest (jeszcze) martwe.
Niestety, cały nasz niepokój pochodzi od owego „jeszcze”.
To właśnie przez to słowo szukamy na cmentarzach czegoś więcej, niż rozkładających się zwłok i rozsypujących się grobów.

Im większa potęga śmierci, tym większe pragnienie nieśmiertelności.

greydot

Bez śmierci możliwe jest istnienie, ale nie życie.

greydot

Rozpacz, znużenie, odpoczynek, sen wieczny – ludzkie uczucie zaklęte w kamieniu (Cmentarz Pere-Lachaise, zdjęcie własne)

Więcej zdjęć z cmentarza Père-Lachaise obejrzeć można TUTAJ w BRULIONIE PODRÓŻNYM (ilustrowanym).

*

I NA ZAKOŃCZENIE JESZCZE ANEKS (jakim jest komentarz Magamary zamieszczony przez nią na moim poprzednim blogu oraz moja dla niej odpowiedź):

Magamara: Père-Lachaise, to jak słusznie ująłeś miasto w mieście. I miasto niezwykle, bo zastygłe w bezruchu. Wielkie pionowe grobowce wyglądają przecież bardziej jak domy mieszkalne niż stare mauzolea. I podczas spaceru po Père-Lachaise nagle drzwi grobowca się otwierają i wychodzi z nich kobiecina z wiadrem i szczotką, to instynktownie wiesz, że pierwsze zdziwienie jest właściwie niepotrzebne. Tutaj i żywi i umarli są na tych samych prawach, więc mogą się swobodnie po swoim mieście przechadzać.
To, co mnie urzekło w Père-Lachaise, to przede wszystkim piękno rzeźb na nagrobkach. Ile z nich zatrzymanych jest w ruchu, w pięknych, subtelnych pozach.
Dziękuję serdecznie za podróż sentymentalną w tamto miejsce, którą za sprawą Twoich zdjęć można odbyć z wielką przyjemnością.

Logos Amicus: jest jakiś fenomen w tym, że najczęściej na cmentarzach odczuwamy spokój. Oczywiście, kiedy właśnie straciliśmy kogoś bliskiego, to możemy odczuwać smutek, czasem nawet rozpacz. Ale jednak cmentarze działają na nas tak jakoś… kojąco.
Ile w tym naszej mądrości, ile braku wyobraźni, ile zaprzeczenia, ile działania jakiegoś mechanizmu obronnego?
Mimo wszystko śmierć jest w nas obecna zawsze, bez względu na to, czy myślimy o niej świadomie, czy też spychamy ją w nieświadomość.
Próbujemy sobie dawać z tym radę, najczęściej uciekając się do religii, jakiegoś systemu wierzeń, światopoglądu.
Uśmierzamy w jakiś sposób ból przemijania. Obłaskawiamy śmierć na wiele różnych sposobów. Np. obdarzając sentymentem (lub aurą romantyczności) cmentarze. Stąd te piękne i wdzięczne figurki, rzeźby, romantyczne nagrobki, górnolotne epitafia, kolorowe kwiatki, obsadzone drzewami dróżki…
Usiłujemy się zachowywać tak, jakby nic się takiego strasznego nie działo, jakby świat zmarłych był przedłużeniem naszego świata żywych. Stąd groby jak domy, cmentarne alejki jak ulice, a sam cmentarz jak miasto.
Zwykle też, tzw. refleksji i zadumie oddajemy się społecznie tak jakby… na komendę – zazwyczaj przy okazji Święta Zmarłych (czyli Wszystkich Świętych – swoją drogą ciekawe zestawienie).
Zawsze mnie jednak zastanawiało: na czym właściwie polega owa „zaduma”?
Nad konstatacją banalnego (tak naprawdę) cytatu z Wulgaty: „Vanitas vanitatum et omnia vanitas”?
Ile w tym głębi, a ile powierzchowności? Czyż nie jest to zwykły odruch? Potrzebny może tylko do tego, by tak naprawdę o tym wszystkim nie myśleć?

greydot

Sentymentalnie, romantycznie, wdzięcznie… na różne sposoby obłaskawiamy śmierć na cmentarzu (Père-Lachaise, zdjęcie własne)

*

ROZJAŚNIANIE SMUGI CIENIA (o filmie „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta)

Ostatni wieczór pełen był dla mnie przeżyć niespodziewanych, a to za sprawą jednego z wielu filmów odbywającego się właśnie w Chicago 21. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce. Miałem zamiar opublikować tę recenzje wraz z całym podsumowaniem owego przeglądu, jednak nie pozwoliło mi na to wzruszenie, którego doświadczyliśmy wczoraj my wszyscy, czyli obecni na projekcji filmu widzowie.

Jan Nowicki nadal demoniczny

Z beznadzieją starości polemizuje debiut fabularny znanego dokumentalisty Jacka Bławuta pt. „Jeszcze nie wieczór”.
Nie jest to film zwyczajny z wielu względów, a jednym z nich jest jego wartość… dokumentalna właśnie. Utrwala on bowiem w naszej pamięci odchodzącą bezpowrotnie w przeszłość pewną epokę kina, a właściwie – pewnego rodzaju aktorstwa, które było bardziej misją i powołaniem, niż zawodem. A wiadomo, że odchodzenie w przeszłość jakiejś epoki, to nic innego, jak odchodzenie ludzi, którzy tę epokę tworzyli. W tym przypadku: całej plejady znakomitych polskich aktorów sceny teatralnej i filmowej.

Akcja dzieje się w miejscu jak najbardziej prawdziwym: w Domu Aktora w Skolimowie, (którego pełna nazwa brzmi: Dom Artystów Weteranów Scen Polskich), gdzie mieszka – mając zapewnioną stałą opiekę – kilkudziesięciu emerytowanych aktorów. Jak najbardziej prawdziwy jest również Jan Nowicki (Wielki Szu), który zjawia się tam pewnego dnia niczym Deus ex Machina (to nic, że niekiedy bardziej przypomina on diabła z piekła rodem) i porywa wszystkich do pracy nad nowym spektaklem teatralnym, jakim ma być „Faust” Goethego.

Danuta Szaflarska jesienią

To wszystko jest dla Bławuta pretekstem do ukazania całego grona starych ludzi, którzy żyją już właściwie tylko przeszłością, jednakże, kiedy w ich schyłkowym życiu pojawia się możliwość stworzenia czegoś jeszcze, wykorzystania swego talentu i umiejętności, zwrócenia na siebie czyjejś uwagi – poddają się owemu spiritus movens z całym swoim entuzjazmem i nadzieją.

Wygląda na to, że Bławut tym filmem chciał stworzyć coś w rodzaju apoteozy starości, a jego sukces polega na tym, że my – widzowie – jesteśmy mu skłonni uwierzyć, iż owa starość może być najlepszym okresem w życiu człowieka.
Abstrahując od naprawdę świetnej i skutecznej w swoim artyzmie formy filmu zrealizowanego z olbrzymią dozą ciepła i wrażliwości na ludzką kondycję, jego nieprzemijająca wartość polega również na tym, że zdołał on zarejestrować ostatnie dokonania wielu polskich aktorów, wśród których znaleźli się m.in. Nina Andrycz, Irena Kwiatkowska, Danuta Szaflarska, Beata Tyszkiewicz, Wieńczysław Gliński, Witold Gruca (to był dla mnie mały szok widzieć tu tego znakomitego choreografa i tancerza, jako zniedołężniałego starca na wózku inwalidzkim), Roman Kłosowski… czy zwracający w tym filmie szczególną uwagę na siebie Lech Gwit.

Nie mniej ciekawe jak sam film, było spotkanie z reżyserem Jackiem Bławutem, które odbyło się po jego projekcji. Oprócz poruszenia kwestii bardziej poważnych, które interesowały widzów, sypnął on całą wiązanką anegdot o aktorach, z którymi przyszło mu się zetknąć podczas pracy nad filmem. Była również ta o Janie Nowickim: kiedy Bławut przyprowadził go po raz pierwszy do tego domu – co tu kryć – starców, i kiedy broniący się jeszcze przed smugą cienia Nowicki zobaczył ich zwiędłych i zszarzałych, snujących się po korytarzach, majaczących w oknach i kolebiących się bezmyślnie na krzesłach, usłyszał wtedy szept Wielkiego Szu: „wytruć to, wytruć!”. W parę miesięcy później jednak trudno go było od nich wszystkich odciągnąć, a przyjaźń, jaka się wówczas wywiązała między nim a Witoldem Grucą, była chyba ostatnim zrywem uczucia, jakim obdarzył zmarły wkrótce Gruca świat i drugiego człowieka.

Sławy o zmierzchu: Beata Tyszkiewicz, Lech Gwit, Irena Kwiatkowska i Witold Gruca w filmie „Jeszcze nie wieczór”.

*