„MELANCHOLIA”, „MICHAEL”, „CHŁOPIEC NA ROWERZE”, „NIEBEZPIECZNA METODA”

O FILMACH 47-go MIĘDZYNARODOWEGO FESTIWALU FILMOWEGO W CHICAGO

festival.banner.wl

Jak co roku, w październiku odbywa się w Chicago Międzynarodowy Festiwal Filmowy. Oto relacje z filmów, które udało mi się dotychczas obejrzeć.

„MELANCHOLIA” (reż. Lars von Trier)
*

Skandlaista i prowokator Lars von Trier pokazuje piękny koniec świata w „Melancholii”

*

Cioran napisał kiedyś, że szczęście na ziemi możliwe jest tylko dla tych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie przyszłości.
Myślę, że Cioran pisząc słowo „przyszłość”, myślał o tym samym, o czym myślał Lars von Trier, pisząc słowo „Melancholia”: totalną zagładę WSZYSTKIEGO, czekającą – prędzej czy później – nie tylko CAŁĄ LUDZKOŚĆ ale i wszelkie ŻYCIE, które zginie wraz z drobiną, jaką w skali kosmicznej jest ZIEMIA. (Melancholia, to w filmie von Triera asteroid, który zbliża się do naszej planety, by unicestwić ją w potężnej kolizji.) Melancholia to także stan umysłu (duszy?) człowieka, w którym wszystko wydaje mu się być puste, marne, pozbawione sensu i skazane na zagładę. Melancholia jest chorobą (?), na którą cierpi główna bohaterka filmu. Melancholia (bardziej „literackie” określenie depresji) jest również tym, z czym zmaga się przez całe swoje życie sam Lars von Trier.
Cioran, (który nota bene przyszedł mi do głowy, kiedy oglądałem „Melancholię” i gościł w niej przez dłuższy czas, kiedy o niej później myślałem) jest jeszcze autorem innego oświadczenia, które wydaje się być tutaj à propos. Otóż powiedział on, że chyba nie mógłby być psychiatrą, bo utożsamiałby się ze swoimi  pacjentami, przyznając każdemu z nich rację.
A czy my, oglądając „Melancholię”, możemy się utożsamić z eschatologicznym katastrofizmem von Triera, albo z kosmicznym dołkiem psychicznym jego bohaterów, którzy czekają wśród uczuciowego zamętu i obyczajowej degrengolady na Armagedon?
Wydaje się, że nie do końca, bo gdyby tak było, to pewnie musieliby nas wynosić z sali kinowej w kaftanie bezpieczeństwa.
Ale nie wynoszą, więc chyba jednak wizja, którą ukazano nam na dużym ekranie, nie zbija nas z nóg i nie dewastuje nam mózgu. Pewnie dlatego, że ta wizja von Triera jest jednak wizją artystyczną, a taką zawsze umieszczamy (zazwyczaj instynktownie) w sferze iluzji i rzeczywistości „na niby”. To już dużo, jeśli potrafimy się nią choć trochę przejąć na czas samej projekcji, a jeszcze więcej – gdy zaczniemy o niej myśleć.

Melancholia w wymiarze ludzkim i kosmicznym

Sukces Larsa von Triera polega na tym, że udało mu się to jego „Melancholią” dokonać. Bo reżyser ten, oprócz twego że jest notorycznym prowokatorem i skandalistą (jak wiemy wyrzucono go z ostatniego Festiwalu w Cannes, bo oświadczył, że on jednak Hitlera „rozumiał”), to jest także przy tym wielkim artystą kina. A przynajmniej takim się wydaje. Zwłaszcza jak patrzymy na to z jakim wizualnym (i słuchowym) efektem traktuje on filmową materię (mam tu na myśli choćby te nokautujące preludia: wcześniej z „Antychrysta”, a teraz właśnie z „Melancholii”, gdzie pierwsze osiem minut filmu to czysta poezja filmowego obrazu wspomaganego Wagnerem); i z jaką pasją rzuca nam to wszystko w twarz.
To prawda, Von Trier jest mistrzem obrazu (nie bez kozery tyle w jego „Melancholii” odwołań do arcydzieł malarstwa) – zwłaszcza jego sensoryki – gorzej z tzw. wkładem myślowej treści. Bo kiedy tak porównamy głębię psychologicznych relacji jego bohaterów z tą, z jaką mamy do czynienia np. w dramatach Ibsena, Strindberga (ci z kolei przyszli mi na myśl, kiedy tak patrzyłem na zjadliwość i popapranie życia „rodzinnego” protagonistów w „Melancholii”), czy (zwłaszcza) Bergmana, (do inspiracji którym von Trier się otwarcie przyznaje) to jednak nie ta sama klasa. Bardziej jednak przedszkole, choć przedszkole nie pozbawione pewnej błyskotliwości i dobrych momentów.

Ale von Trier uderza mocno w jeden czuły punkt każdego egzystencjalisty (jakim poniekąd jest każdy myślący i wrażliwy człowiek): w naszą podskórną czułość na nihilizm, który zagłuszamy w dniach naszych powszednich czym się tylko da, a od święta – religią, metafizyką, może czasem „liryką, tkliwą dynamiką, angelologią i dalą”…
No właśnie, wydawać by się mogło, że von Trier odrzuca wszelką metafizykę (bo takie słowa jak Bóg czy transcendencja, czy choćby sugestia do jakiejś „nadprzyrodzoności”, nie pojawiają się w jego filmie ni razu), to jednak skąd to jego kategoryczne „because I know things”, które wkłada w usta Justine, mającej zdolności profetyczne i jasnowidzące – wiedzącej nawet ile jest koralików w dzbanie bez ich licznia (678)?  Czy aby to nie jest sposób reżysera, aby oświadczyć wszem i wobec, że on jednak „wie swoje” (czytaj: „wie wszystko lepiej”)?
A poza tym: czy kiedy się jest dotkniętym czarną melancholią to można cokolwiek jasno widzieć?
*

„MICHAEL” (reż. Markus Schleinzer)
*

Wiedziałem, że decydując się na obejrzenie tego filmu, będę musiał zrezygnować z psychicznego komfortu i jakiejkolwiek przyjemności ze śledzenia historii występujących w nim postaci. Rzecz jest bowiem o pedofilii. 10-letni chłopiec przetrzymywany jest od wielu miesięcy w piwnicznym mieszkaniu przez 35-letniego mężczyznę, który na pozór wiedzie normalne, choć samotne życie, pracując w charakterze agenta ubezpieczeniowego. Na dodatek, wszystko to ma miejsce w Austrii – ojczyźnie Friztla i więziciela Nataschy Kampusch, jak również przeniesione jest na ekran przez Markusa Schleinzera, ongiś asystenta Michaela Haneke, nota bene twórcy „Funny Games” – filmu, który był dla mnie jednym z najbardziej niepokojących i dyskomfortowych obrazów, jakie widziałem w swoim życiu. (Prawdę mówiąc, to właśnie ta koneksja reżysera z Michaelem Haneke zadecydowała o chęci zapoznania się z jego filmem.)
Mimo wszystko ciekawiło mnie to, jak twórcy „Michaela” poradzą sobie z tym trudnym, uwierającym, szokującym wręcz tematem.
Okazało się, że poradzili sobie różnie.
Z jednej strony austriacka precyzja, ascetyzm i kliniczna „czystość” obrazu ewokowały atmosferę przenikliwie zimną, z drugiej zaś –  wiwisekcja ta w moim odczuciu nie posuwała się zbyt głęboko w obnażeniu psychiki zarówno oprawcy, jak i ofiary, przez co pozostali oni w wymiarze dość płaskim i kartonowym. Schleinzer zaryzykował i miał odwagę podjęcia się tak kontrowersyjnego tematu, ale wygląda na to, że zabrakło mu już tej odwagi, by doprowadzić swój zamysł (uświadomienia nam siedzących obok siebie w każdym zbrodniarzu cech ludzkich i potwornych) do końca. Tak to przynajmniej odebrałem.

Czy możliwa jest pedofilia z „ludzką” twarzą? (Austriacy konfrontowani są ze swoją narodową traumą w „Michaelu”)

W „Michaelu” oszczędza nam się graficznego przedstawienia seksu (nie wyobrażam sobie, żeby coś takiego mogłoby być w ogóle możliwe, zważywszy na młodego aktora, wcielającego się w wykorzystywanego seksualnie chłopca), choć nie brakuje scen wyraźnie naznaczonych wykoślawionym i perwersyjnym, a zarazem strasznym i żałosnym erotyzmem pedofila, co już w zupełności nam wystarcza, by wstręt nam podszedł do gardła. Tym, czego brakuje w filmie, jest moim moim zdaniem głębszy wgląd w psychikę bohaterów. Bowiem nie wiemy, jaki jest w rzeczywistości stosunek mężczyzny do własnego zboczenia i czynienia niewyobrażalnej krzywdy dziecku, a z kolei zachowanie chłopca nie daje nam zbyt wielu przesłanek do tego, by naprawdę odczuć jego tragedię. Być może piszę to dlatego, że nie wyobrażam sobie, aby tak molestowane dziecko nie zostało sparaliżowane lękiem i przygniecione do dna cierpieniem… będąc w stanie np. śpiewać kolędy ze swoim ciemiężcą, a nawet malować dla niego jakieś podarkowe laurki. (Być może zawodzi tu moja wyobraźnia? Bo przecież człowiek to takie zwierze, które jest w stanie ułożyć sobie życie w najbardziej nawet potwornych warunkach, pod działaniem kolosalnej presji okoliczności.)

Podczas prezentacji „Michaela” w Europie podniosły się głosy kwestionujące sens kręcenia tego typu filmu. Zastanawiano się, czy aby ukazanie „zwykłego”, powszedniego życia pedofila i jego „ludzkiego” oblicza, nie jest pewną próbą budowania wobec niego empatii. Nie wiem. Ja tam żadnej sympatii do tego człowieka nie czułem. Wręcz przeciwnie, czułem antypatię, bo jego patologiczna osobowość była jednak widoczna na ekranie gołym okiem (aż dziwne, nie zauważali tego ludzie z jego otoczenia). A że potwór ten posiadał ludzkie odruchy? Co w tym dziwnego? Jeśli czemuś takiemu się dziwimy, to znaczy, że zmitologizowaliśmy „potworność” i odseparowaliśmy ją od ludzkiego świata, bo tak jest nam wygodniej. Nie chcemy bowiem sobie uświadomić tego, że potwory są wśród nas – że zachowują się i wyglądają jak człowiek – a my nie zawsze jesteśmy zdolni przeniknąć przez ich ludzką skórę.
*

„CHŁOPIEC NA ROWERZE” („Le gamin au vélo”, reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne )
*

Kiedy bracia Dardenne przyjeżdżali ze swoim nowym filmem na Festiwal w Cannes, to za każdym wyjeżdżali z niego ze Złotą Palmą (tak było z „Rosettą” w 1999 r. i z „Dzieckiem” w 2005 ) W tym roku zdobyli zaś Grand Prix – nagrodę nie mniej prestiżową, która niewątpliwie przysporzy ich „Chłopcu na rowerze” o wiele więcej widzów, niż byłoby to w przypadku, gdyby tej nagrody nie dostali. I dobrze, bo najnowszy obraz  Jean-Pierrre’a i Luca Dardenne’ów wart jest tego aby go oglądać. To rzeczywiście kawał dobrego kina, i to takiego, które doskonale obchodzi się bez fajerwerków, skupiając się na swoich bohaterach będących zwykłymi ludźmi – ot takimi, jakich moglibyśmy spotkać na naszej ulicy. Co ciekawe, im bliżej ich poznajemy, tym mniej zaczynają się nam oni wydawać zwykli. Można by nawet wtedy uwierzyć, że tak naprawdę to nie ma zwykłych ludzi, że każdy człowiek jest na swój sposób niezwykły, a już na pewno – niepowtarzalny. Bez wątpienia, reżyserski kunszt braci Dardenne sprawia, że ta prawda objawia się nam głębiej, dobitniej i szybciej.

Bunt, niezgoda na los i poszukiwanie więzi. (Bracia Dardenne wygrywają po raz kolejny swoim „Chłopcem na rowerze”)

Sytuacja, w jakiej znajdują się bohaterowie filmu, nie jest jednak banalna. Cyril, 11-letni chłopiec trafia do domu dziecka. Jego ojciec znika bez śladu i Cyril próbuje go rozpaczliwie odnaleźć, a kiedy już do niego dociera, zostaje przez ojca odrzucony. Wcześniej przypadkowo poznaje fryzjerkę Sammanthę, która decyduje się chłopcem zaopiekować, przynajmniej w czasie weekendów. Cyril, który dzięki swojemu rowerowi zaznaje pewnej swobody, dostaje się wkrótce pod wpływy młodego gangstera, co kończy się wciągnięciem go na kryminalną drogę. Zaczyna się walka o duszę (a właściwie i o całe życie) chłopca – o to by jego niespożytą energię i emocje przemienić z wartości negatywnych na pozytywne.
Film jest niezwykle efektywny w ukazaniu całej dynamiki tego procesu. I robi to nie tylko poprzez „ruchliwość” samej akcji (także w znaczeniu psychologicznym), ale i dzięki zabiegowi w sumie prostemu: posiadanie przez chłopca roweru przekłada się na ekranie w zaznaczenie „kinetyki”, nie tylko jego żywiołowego charakteru, ale i złożonej, gwałtownej relacji Cyrila ze światem. (Nic więc dziwnego, że bracia Dardenne zdecydowali się na taki a nie inny tytuł, bo rower rzeczywiście znalazł się w centrum Cyrilowego „kosmosu”, wokół którego zaczęła się obracać jego historia. Mimo, że – jak wyjawili reżyserzy – na początku wcale tego nie planowali. Cóż, twórcy dość często ulegają presji materii, którą sami chcą urobić.)
W jednym momencie czegoś mi jednak zabrakło. Było to wtedy, kiedy stało się oczywiste, że chłopiec jest już na dobrej drodze (przeprasza ludzi, których skrzywdził). Zabrakło mianowicie psychicznego uzasadnienia i charakterologicznej ewolucji postawy Cyrila – jego przemiana wydała mi się na ekranie zbyt gwałtowna, co skłonny jestem położyć na karb scenariuszowego błędu.
Bo o to, że np. niczego się nie dowiadujemy o matce chłopca, albo że nie za bardzo rozumiemy motywy kobiety, która decyduje się wziąć do swojego domu obcego, zachowującego się histerycznie i gwałtownie chłopaka – o to i o parę innych drobiazgów wcale pretensji nie mam, bo wydaje mi się, że scenarzyści wcale takiego obowiązku nie mieli, by nas o tym powiadamiać. Tym bardziej, że nie miało to żadnego wpływu na niezwykle sprawny skądinąd sposób przedstawienia nam tej historii na filmowym ekranie. Sprawny i pozbawiony taniego sentymentalizmu, który mógłby tylko wszystko zbanalizować.
*

„NIEBEZPIECZNA METODA” („A Dangerous Method”, reż. David Cronenberg)
*

Prawdę mówiąc spodziewałem się, że jeśli za temat seksu i seksualnej perwersji bierze się David Cornenberg (przypomnijmy: autor „Nagiego lunchu”), to będzie bardziej niebezpiecznie. Wprawdzie widzimy na ekranie jak katolik Carl Gustav Jung (Michael Fassbender), jeden z najwybitniejszych umysłów i psychologów XX wieku, podczas stosunku seksualnego uderza pasem swoją histeryzującą pacjentkę, (którą wcześniej pozbawił dziewictwa), rosyjską Żydówkę Sabinę Spielrein (Keira Knightley), (która nota bene stała się później jednym z najwybitniejszych psychiatrów Rosji), to jednak – dziwna sprawa – sprawia to na nas wrażenie, jakby ci błyskotliwi ludzie tylko się w perwersję bawili. Mało tego: wiemy, że pannie Spielrein zrobi to tylko dobrze, a i Jungowi też nie zaszkodzi, bo przecież zmusi go do jeszcze głębszej eksploracji, i to nie tylko swoich kolejnych kochanek ale – co chyba jednak dla europejskiej kultury było ciut, ciut ważniejsze – wnętrza psychicznego człowieka, a nawet zbiorowej nieświadomości, gdzie czekały na niego do odkopania archetypy.

Psychoanalityczne egzorcyzmy (Keira Knightley i Michael Fassbender testują swoje ego w „Niebezpiecznej metodzie” Davida Cronenberga)

No dobrze… nieco trywializuję (choć właściwie przedstawiam tylko samą ekranową ewidencję) – film Cronenberga nie traktuje tylko o seksie. On opowiada o jednej z najbardziej fascynujących przygód w historii psychiatrii i nauki o ludzkiej duszy – o samych narodzinach współczesnej psychologii, o wkraczaniu nauki na zupełnie dotychczas nieznane obszary ludzkiej podświadomości, a także o jednym z najbardziej notorycznych naukowych sporów początku XX stulecia, jaki zaistniał między wybitnym religio- i kulturo-znawcą Jungiem a ojcem psychoanalizy Zygmuntem Freudem. A że seks stanowił tego wszystkiego podstawę? Cóż, jak głosi stara ludowa mądrość, ponoć wszystko na świecie obraca się wokół władzy, pieniądza i – za przeproszeniem – d…y. (Choć filmowy Jung przeciw temu się jednak buntuje: „To niemożliwe, żeby wszechświat wisiał tylko na tym jednym zawiasie.”)
Na szczęście w „Niebezpiecznej metodzie” jest jeszcze mnóstwo intelektu – i to właśnie myśl prowokująca, stymulująca, miejscami błyskotliwa i często inspirująca, dostarczyć nam może największej przyjemności w obcowaniu z tym filmem.
Zgoda, Cronenberg kręci swój film „po bożemu”, wypuszczając jednak przy tym produkt nieskazitelny technicznie, precyzyjny i ostry jak chirurgiczny skalpel, może trochę nadto wyelaborowany, lecz, mimo swej doskonałości, dla widza przystępny, a nawet pasjonujący.

Bardzo byłem ciekaw, jak też zostaną przedstawieni na ekranie takie tuzy europejskiego intelektu, jak Carl Gustav Jung i Zygmunt Freud. Pogodziwszy się jednak z tym, że podobnego formatu ludzi nigdy nie da się ogarnąć w kinie dogłębnie i w całej ich pełni, przyjąłem konwencję zaproponowaną przez reżysera i aktorów. Co przyszło o tyle łatwo, że zarówno Cronenberg wykonał bardzo dobrze swoje zadanie adaptacji tych postaci do opowiadanej przez siebie historii, jak i Viggo Mortensen (grający Freuda) oraz Fassbender (występujący w charakterze Junga) wypadli w swych rolach zupełnie przekonywająco. Zwłaszcza Mortensen: to jednak wymagało wielkiej sztuki, by dysponujący tak wielkim naturalnym sex-appealem aktor, odtworzył aseksualnego do szpiku kości Freuda. Fassbender jako Jung też jest jakby wyprany z seksu, ale za to solidny w tym swoim ściśle dopasowanym garniturze bogatego, dobrze ułożonego pana doktora, więc jego zmaganie z własnym popędem odbywa się jakby bardziej na powierzchni burżuazyjnego konwenansu, (definiującego jego publiczną Personę – rolę wziętego lekarza i szanowanego ojca rodziny), niż w jego hormonalnym wnętrzu.

To jednak nie tylko dziwne, ale i trochę zabawne, że tak kostyczny i jajogłowy facet, jak Freud zrewolucjonizował zachodnie podejście do seksu. Ale w tej historii jest więcej takich paradoksów. Freud, który był monogamicznie wierny swojej żonie (z którą miał 6 dzieci), twierdził, że seks jest podstawą wszystkich naszych zachowań i wszelkie zaburzenia psychiczne mają swoje źródło w chorym, zrepresjonowanym seksualnie libido człowieka, co zwykle łączy się z traumami (głównie seksualnymi) wyniesionymi z dzieciństwa. Jung zaś, ulegający swojemu seksualnemu popędowi (ryzykując wszystko zdradzał wielokrotnie swoją żonę), zaprzeczał Freudowi, oskarżał go o fiksację i obsesję na punkcie seksu (pewnie dlatego – drwił Jung –  że sam niewiele miał z nim wspólnego). Jung oskarżał Freuda o to, że przywiązuje do seksu nadmierną wagę, a przecież życiem człowieka kieruje nie tylko seks – tych „zawiasów”, na których wisi świat jest jednak więcej – wystarczy choćby zbadać życie duchowe człowieka, jego religię, wierzenia, mity, metafizyczne tęsknoty, poszukiwanie transcendencji…

Koniec końców, łapiemy się na tym, że nie wierzymy zarówno jednemu, jak i drugiemu. Fassbender to niesamowity aktor, który potrafi zagrać dosłownie wszystko, ale nie jestem pewien, czy wiedział co czyni, grając Junga. Jak sam stwierdził, niezbyt głęboko wchodził w jego teorie (wystarczył mu ponoć podręcznik typu „Jung dla idiotów”) a przecież jak u mało którego naukowca, teorie Junga wypływały z jego niezwykle bogatego, przepastnego jak kosmos wnętrza i niczym nie skrępowanej wyobraźni. I niestety, w filmowym, skutym w koszule i garnitury Jungu Fassbendera nie jest to widoczne, a tych parę opowiedzianych przez niego snów, to jednak za mało. Niemniej jednak widać faceta, którego perypetie z własnym libido doprowadzają na skraj przepaści. I to dokładnie w momencie, kiedy podobna przepaść otworzyła się przed całą Europą (nadciągające szaleństwo i hekatomba I wojny światowej). W sumie jednak Cronenbergowi udało się złożyć ciekawą mozaikę z ludzkich typów, zachowań i myśli z eleganckim solidnym i wyraźnym, epokowym zapleczem w tle.

* * *

Czy kierując się popędem odkrywamy nasze prawdziwe JA, czy też go zdradzamy? („Niebezpieczna metoda”)

*