KARSKI

Jakim człowiekiem był słynny emisariusz? Czy dowiadujemy się tego z filmu Magdaleny Łazarkiewicz?

.

Jan Karski

Jan Karski

Magdalena Łazarkiewicz o intencjach jakie nią kierowały, kiedy zaczęła pracować nad swoim filmem o Janie Karskim: „Chodzi nam o to, żeby postać Karskiego przefiltrować przez wrażliwość współczesnego widza, pokazać go poprzez optykę młodych ludzi, realizatorów filmu o Karskim, którzy z różnych pobudek podejmują się realizacji filmu o nim, a stopniowo, coraz bardziej, ta realizacja zahacza się o ich własne życiowe wybory a dylematy współczesnego świata niebezpiecznie rymują się z realiami ‚tamtych’ czasów.”
Uważam, że pomysł był świetny. A jaki jest rezultat?
Film Łazarkiewicz tak naprawdę był realizowany jako telewizyjny spektakl teatralny, więc już sam ten fakt ma swoje konsekwencje – choćby w pewnej ograniczoności środków wyrazów, w sposobie gry aktorów, skrótowości i doborze wątków… etc. – bo to jest forma w zasadzie kameralna, utrudniająca nieco szerszy oddech (o fabularnym „rozmachu” nie może więc być mowy). Ale to wszystko nie determinuje przecież tego, że tak realizowany film nie może być dobry. Nie chodzi tu więc o kwestionowanie wyboru takich a nie innych środków formalnych – bo te jeszcze nie przesądzają niczego – a o ostateczny efekt.

„Karskiego” oglądałem z zainteresowaniem i już to świadczy na jego korzyść. Teraz się jednak zastanawiam nad tym, czy powodem tego była sprawna egzekucja tematu przez twórców filmu, czy też sam temat, bo przecież Karski jest postacią intrygującą, wręcz legendarną i niewątpliwie kontrowersyjną, a ponadto jego niezwykłe życie i działalność wiąże się z kwestiami, które dla mnie osobiście zawsze były ważne. Chodzi o faszyzm, komunizm i masowe ludobójstwo jako produkty zachodniej cywilizacji; dokonywanie przez ludzi moralnych wyborów w warunkach ekstremalnych, jakie kreuje wojna, obóz koncentracyjny czy też inne rodzaje niewolenia człowieka przez człowieka (wliczając to reakcję świata – zarówno zwykłych ludzi, jak i ówczesnych politycznych liderów – na Holokaust).

Narracja w filmie przebiega raczej płynnie, co moim daniem jest zasługą nie tylko dobrego scenariusza, ale i montażu. Wizualnie i dźwiękowo obraz wydaje mi się bez zarzutu, gra aktorska jest poprawna (choć nie przekonała mnie do końca kreacja Łukasza Simlata, aktora skądinąd wszechstronnego i utalentowanego, wcielającego się w postać Karskiego, być może dlatego, iż można ją było konfrontować na bieżąco z autentycznym Karskim pojawiającym się równolegle we fragmentach dokumentalnych włączonych do filmu). Wątek współczesny dość zgrabnie jest wpleciony w stopniowe odkrywanie Karskiego przez młodych ludzi, którzy chcą uchwycić istotę tego człowieka – jego osobowość, charakter i Tajemnicę – i przedstawić to w swoim filmie o nim. Wszystko to działa mimo pewnej schematyczności (można ją nazwać publicystyczną) w wyłuskiwaniu i akcentowaniu owych „dylematów współczesnego świata”, o jakich mówiła reżyserka filmu, odnoszących się np. „faszyzacji” polskich „narodowców”, do wojny na Ukrainie, do problemu uchodźców, czy nawet do zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonej oraz faktycznego rozniecania i podsycania konfliktów zbrojnych w różnych rejonach świata przez Zachód.

Nic właściwie nie mam przeciwko temu misz-maszowi wypełniającemu film Magdy Łazarkiewicz, jednakże pewne zastrzeżenia budzi we mnie obraz Jana Karskiego, jaki pokazują nam na ekranie jego twórcy. Obraz, który niby jest nakreślony i widoczny, ale mało jednak (jak na moje oczy) wyraziście i przekonująco.
Być może jest w tym pewna konsekwencja, bo przecież na samym początku filmu widzimy, że nawet filmowy reżyser, który ma – nota bene z okazji Roku Jana Karskiego – nakręcić o nim film, chce z tego zrezygnować ponieważ, mimo przedarcia się przez wszystkie możliwe dokumenty i materiały o Karskim, nadal nie może uchwycić tego, kim Karski był naprawdę: czy był bohaterem i zwycięzcą, czy też człowiekiem, który poniósł fiasko, bo nie uratował ani jednego Żyda, ani nawet nie zabił żadnego Niemca (nigdy nie biorąc udziału w bezpośredniej walce z bronią w ręku). Muszę przy tym zaznaczyć, że te ostatnie argumenty, mimo, że były podnoszone przez samego – wątpiącego w swój sukces – Karskiego, do mnie nie przemawiają, ale uzasadnienie tego zajęłoby tu zbyt dużo miejsca.

Magda Łazarkiewicz (przypominam: siostra Agnieszki Holland, reżyserki filmu „W ciemności” również nawiązującego do Holokaustu) i współtwórca scenariusza Dominik Rettinger, skupili się wyraźnie na wątku żydowskim w misji Karskiego lecz musimy pamiętać, że nie tylko on był przedmiotem tej misji, o czym wyraźnie mówi w jednym ze swoich wywiadów sam Karski. Bowiem na sercu leżały mu także inne sprawy polskie: losy całego społeczeństwa, problem Polskiego Państwa Podziemnego, zagrożenie komunizmem, kwestia granic powojennej Polski i suwerenności naszego kraju. W pewnym sensie misja Karskiego została niejako „zawłaszczona” – głównie przez środowiska żydowskie w Ameryce i słynnego dokumentalistę Lanzmanna – sprowadzona do jednego tylko wątku: zagłady Żydów w Polsce i próby uświadomienia tej tragedii obojętnemu na nią Zachodowi. Zresztą, w taki rodzaj narracji dał się uwikłać sam Karski, który na dodatek zaczął usprawiedliwiać europejski porządek pojałtajski, przez co popadł w konflikt z Kongresem Polonii Amerykańskiej i samym Janem Nowakiem Jeziorańskim.

Tak więc, jest sporo sprzeczności w postawie (czy też raczej postawach) Karskiego, który miał tendencje do pewnej mimikry – przystosowywania się do zmieniającego się środowiska, do zmieniającej się historycznej narracji, czy wreszcie do mitologizacji samego siebie (wbrew temu, że werbalnie własną osobę umniejszał).
Wprawdzie ten, jak najbardziej potrzebny film Łazarkiewicz zdołał uniknąć pułapki uczynienia z Karskiego postaci „większej jak życie”, ubohaterowienia go ponad miarę (co w pewnym sensie by go odhumanizowało), to jednak nie do końca uczynił z niego pełnego człowieka, gdyż nie podjął kilku istotnych wątków jego życia oraz pominął pewne charakterystyczne cechy jego osobowości, które jednak rzucają się w oczy, kiedy oglądamy autentyczne zapisy wystąpień Karskiego. Zawsze jednak można do nich wrócić i postarać się samemu o poznanie i zrozumienie tego wyjątkowego człowieka. Wszak ostatnie zdanie zawsze należy do widza.

.

Jakie są reakcje prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

Jakie są reakcje politycznych prominentów na Zachodzie na horrendalne wieści, jakie Karski wiezie im z okupowanej Polski? (Kadr z filmu Magdaleny Łazarkiewicz: Jan Karski rozmawia ze Szmulem Zygielbojmem w Londynie)

.

UWAGA: Film obejrzany w ramach rozpoczętego niedawno w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

„CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?” – ROZMOWA Z KARTKĄ

*

Niestety, ponownie aktualne stały się słowa, które napisałem przed rokiem: Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski.” Na Bliskim Wschodzie znowu na ludzkie głowy spadają bomby, pociski i rakiety – a w powietrzu wisi kolejna izraelska agresja na Strefę Gazy. We wrześniu ubiegłego roku podjąłem ten temat we wpisie „Czy bogowie domagają się krwi?” w związku z nadchodzącą wówczas sesją zgromadzenie ogólnego Narodów Zjednoczonych, na której miało się odbyć głosowanie nad przyjęciem uznaniem Palestyny za państwo nieczłonkowskie o statusie obserwatora. Wśród ponad 100 komentarzy, które się pod tym tekstem wówczas ukazały, znalazła się także moja rozmowa z Kartką z Podróży, jednym z moich blogowych znajomych. Zdecydowałem się na zamieszczenie jej tutaj z kilku względów – m.in. dlatego, że wydaje mi się ona szczególnie cenna, zwłaszcza w dobie jakże powierzchownych i lakonicznych kontaktów wirtualno-emailowo-fejsbukowych, w których ślizgamy się jedynie po powierzchni naszego świata. Myślę, że ta nasza wymiana słów jest niczym powrót do czasów, kiedy pisało się do siebie długie, niezdawkowe i poruszające ważne sprawy listy. Kto dzisiaj tak robi?

*

KARTKA Z PODRÓŻY: Czasem gdy pali się las nie warto próbować go gasić, bo to nic nie przyniesie. Strażacy wręcz rozniecają nowe ogniska pożaru równocześnie oddzielając płonący teren od świata. W Europie takim płonącym terenem jeszcze niedawno były Bałkany – to też przeklęta ziemia. Wiele mówiono o bezradności Europy wobec tamtejszej wojny ale myślę, że na tę bezczynność wpływ miało europejskie doświadczenie. Myślę, że przywódcy wiedzieli, że wojna na Bałkanach się musi wypalić a spokój wszystkich zaangażowanych w konflikt stron może zapewnić tylko traumatyczne doświadczenie tragedii.
Chyba podobnie jest z Palestyną i Izraelem. Ten konflikt musi się tragicznie wypalić. Musi na tyle doświadczyć Żydów i Palestyńczyków, by zaczęli inaczej myśleć. Jak widać jeszcze do tego nie doszło. Mam wrażenie, że mimo wstrząsających relacji (zdjęcia!) świat wobec tego konfliktu nie ma nic do powiedzenia. I to nie jest postawa bezradna, tylko takie są realia. Sytuacja tam jeszcze nie dojrzała do rozwiązania.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: No tak, ale gdy płoną lasy, to jednak nie to samo, kiedy zabijani są ludzie. To jest obrazowa metafora, tylko że w dzisiejszym świecie wszystko ze sobą jest połączone, i trudno jest zachować pełną neutralność. To, że kwestia uznania Palestyny trafia teraz na wokandę ONZ, mówi samo za siebie. To nie jest tylko sprawa między Palestyńczykami a Żydami.
Co rozumiesz Kartko, pisząc, że “świat wobec tego konfliktu nie ma nic do powiedzenia”?
Świat nie jest obojętny wobec tego konfliktu od jego zarania. I każdy ma na jego temat coś do powiedzenia. Stąd choćby np. ta ostatnia polemika w “Polityce”, która zaczęła się od bardzo kontrowersyjnego wywiadu z profesorem Baumanem. Stąd obecność tego tematu w mediach na całym świecie.
Bowiem świat – a przynajmniej ludzie świadomi tego, co jest dla tego świata ważne – jak najbardziej jest zainteresowany rozwojem sytuacji na Bliskim Wschodzie. Gdyby nie ten konflikt, to najprawdopodobniej nie byłoby ataków na Amerykę 11 września, ani wojny w Iraku i w Afganistanie.
Kartko, faktycznie – nie starcza nam wyobraźni. Na szczęście. Bowiem gdybyśmy zdołali sobie tak naprawdę wyobrazić potworności, jakie działy się podczas wojen – nie tylko na Bliskim Wschodzie – to nie dałoby się dłużej żyć. Majaczymy tylko. I tylko dzięki temu, możemy żyć dalej, unikając losu tych, którzy zwariowali albo strzelili sobie w łeb.

KATRTKA: Przyznaję, że metafora o płonących lasach nie oddaje bólu ludzkiego, ale trudno to inaczej ująć. Mam wyobraźnie więc potrafię to wewnętrznie przeżyć ale nie potrafię opisać.
Nie pierwszy raz sprawa Palestyny trafia pod obrady ONZ. No ale ONZ może pomóc tylko wtedy gdy jest elementarna wola stron do porozumienia. A tej woli nie ma – sam o tym piszesz. Ani Bauman ani ktokolwiek inny nie pomoże radykalnie zanim ten konflikt sam nie zacznie się wypalać. Myślę, że najtrudniejsze chwile przed nami (świat powiązany), bo w pewnym sensie żywiołowo zmienia się sytuacja na Bliskim Wschodzie. Jak zauważam rośnie również dystans USA i jego sojuszników wobec polityki izraelskiej. Mam pewność, że ruch jest po stronie Izraela. To Żydzi muszą podjąć decyzję o zmianie swej polityki. Muszą tę zmianę sobie przekalkulować. To brzydkie słowo w kontekście tego konfliktu ale piszemy o zimnej polityce.
Bez względu na straszliwe ludzkie doświadczenia i nacisk świata, ten konflikt musi sam dojrzeć do rozwiązania. Tak jak przed laty konflikt w RPA (“płynny ołów” – “płonące na szyjach opony”) czy na Bałkanach, o których wspomniałem nocą. Ważne by zachować kontrolę nad tym ogniem.

StB: Kartko, tam właściwie nie ma pożaru. Są natomiast bez przerwy rozpalane jakieś ogniska – zarówno przez jedną, jak i drugą stronę. Zawsze jednak istniało (istnieje?) niebezpieczeństwo, że ten ogień przeniesie się na inne kraje – nie tylko ościenne, ale i dalsze (w pewnym sensie to zarzewie dotarło nawet do Ameryki, kiedy zapłonęły wieże WTC). Dlatego ważnie jest stanowisko (i zachowanie) świata wobec tego konfliktu.
NZ są organizacją zbyt słabą, by cokolwiek istotnego zmienić (w zasadzie większość rezolucji ONZ była przez uczestników obu stron ignorowana). Także to najbliższe głosowanie nad uznaniem Palestyny za państwo, (któremu nota bene sprzeciwia się Hamas) jest właściwie tylko symbolicznym gestem.
Masz rację pisząc, że tylko strona silniejsza (a więc Izrael) jest zdolna do radykalnej zmiany sytuacji – i w końcu do zażegnania tego konfliktu. Dlatego Izrael powinien odczuwać presję (a to oznacza, że świat nie może pozostawać wobec tego problemu obojętny.)

KARTKA: Problemem tego eseju jest to, że dotyczy zarówno polityki, czyli zimnej gry interesów, jak i gorącego cierpienia – i tych rozszarpywanych czy wysadzanych w autobusach przez dzieciaki, jak i tych atakowanych rakietami z modeli infantylnych samolocików. Mimo, że mogę pisać o jednym i o drugim to jednak wolę te sprawy rozdzielać. Nie mam ochoty wdawać się w dyskusje, że ktoś bardziej cierpi bo jakaś polityczna racja jest po jego stronie. Albo, że rozwalone zwłoki atakowanych na zdjęciach są prawdziwsze od zwłok agresorów… . Tak więc powtórzę – jeśli chodzi o polityczna stronę konfliktu to myślę, że wygaśnie gdy życie ludzi – Żydów i Palestyńczyków – na tym skrawku ziemi stanie się naprawdę nie do zniesienia – gdy zamienią swoje życie w piekło. Wtedy gdy nie pozostanie im nic innego, niż lizanie ran.
Jeśli zaś chodzi o cierpienie, to ma ono charakter uniwersalny. Tak samo cierpi Palestyńczyk i Żyd. W tym przypadku mówmy więc o ludzkim, egzystencjalnym cierpieniu, a nie o polityce.
Nie stanę więc po żadnej stronie tego konfliktu. Nie chcę nawet komentarzami tego rozgrzewać.

StB: Ale czy można rozdzielać “zimną grę interesów” od “gorącego cierpienia”, skoro zimna gra interesów powoduje to cierpienie? Moim zdaniem należy to widzieć w pełnym wymiarze.
Piszesz Kartko: “nie stanę po żadnej stronie tego konfliktu”.
Ale czy już nie staniesz po stronie tych żydowskich dzieci, których zabiła bomba zdetonowana przez palestyńskiego fanatyka? Albo po stronie tych palestyńskich dzieci, które zostały spalone lub poparzone przez izraelski biały fosfor?
Tu przecież nie chodzi o zadeklarowanie się po czyjejkolwiek stronie (i ja takiego sporu nie chcę prowadzić). Tu chodzi o uświadomienie sobie nieludzkich skutków właśnie owej zimnej gry interesów i polityki. Czy o tym też nie chcesz rozmawiać? Czy raczej nie chcesz, żeby do Twojej świadomości dotarły pewne okrutne prawdy o wzajemnym traktowaniu się ludzi?

KARTKA: Logosie, ale ja rozumiem te cierpienia, choć nie mam na nie wpływu. Ci ludzie chcą cierpieć. Oni nie dojrzeli jeszcze do tego by się z tej tragedii wywikłać. Może sobie w końcu jasno powiemy, że zarówno Żydzi jak Palestyńczycy nie chcą pokoju i normalnego życia. To co do nas dociera to puste deklaracje. Oni ugrzęźli w beznadziejnej sytuacji, którą chyba traktują już jak normalną. Zaadaptowali się do okrucieństwa tej niekończącej się wojny. Ludzie to też potrafią.
Czuję w tych komentarzach chęć opowiedzenia się po którejś stronie konfliktu albo uszczęśliwienia ich na siłę pokojem. To zrozumiałe, bo wszyscy szukamy w takich sytuacjach jakiegoś znanego nam porządku. Ale tym konfliktem rządzi inna logika. Tam pokój się nie uda póki nie będą go chcieli. To dla mnie jest oczywiste.

StB: Zgadzam się w pełni z Twoim ostatnim zdaniem: jeśli ktoś nie chce pokoju, to go nie będzie miał.
Niestety, wcześniej piszesz tak: “Może sobie w końcu jasno powiemy, że zarówno Żydzi jak Palestyńczycy nie chcą pokoju i normalnego życia.” I co gorsza: “Niestety, ci ludzie chcą cierpieć”.
Ale jacy Palestyńczycy, jacy Żydzi?
Jestem głęboko przekonany, że tzw. zwykli (czyli nie związani ani z polityką, ani z organizacjami typu Hamas) ludzie (a takich wg mnie jest zdecydowana większość) chcą pokoju i normalnego życia. I na pewno nie chcą cierpieć (nie wierzę, że większość ludzi to masochiści).
Wydaje mi się, że powtarzasz opinię prof. Baumana o tym, że obie strony chcą wojny, bo bez niej żyć nie mogą. Ale on to powiedział o pewnych (niestety dotychczas decyzyjnych) grupach ludzi: “między ekstremistami izraelskimi i palestyńskimi istnieje sprzężenie zwrotne. Potrzebują się nawzajem dla przetrwania, żyć by bez siebie nie mogli.” A jeśli rozciąga się to na szerokie rzesze ludzi, to ja się z tym nie zgadzam.
Może pora, by poprzeć wreszcie zwykłych ludzi?
Nie chodzi więc o uszczęśliwianie “tych ludzi” na siłę pokojem (jakich ludzi?) Chodzi o to, by zapewnić tym ludziom, którzy chcą żyć w pokoju (a nie mają większego wpływu na to, co się teraz dzieje) – a jestem pewien że takich jest zdecydowana większość – życie w pokoju. Jak? Właśnie poprzez to, by przestać się opowiadać po którejkolwiek stronie (a pisząc “strona” mam na myśli owych polityków i ekstremistów, którzy podniecają ogień tego konfliktu). Wypadałoby ich wszystkich przepędzić na cztery wiatry (może zapowiada to coraz bardziej powściągliwy stosunek Stanów Zjednoczonych do obecnej elity rządzącej w Izraelu?) a jeśli nie to, to przynajmniej nie udawać, że mamy do czynienia z mężami stanu i politykami, którym można ufać i których można popierać.
Stwierdzając, że “ci ludzie nie chcą pokoju” albo że oni “chcą cierpieć”, usprawiedliwiamy naszą obojętność i umywamy niejako ręce (nie chcąc mieć z tym cokolwiek wspólnego).

KARTKA: Logosie przepraszam, ale znów wrócę do wątku infantylizmu. Czy czasem nie robisz z Palestyńczyków i Żydów dzieci jak z “Władcy much” Goldinga? Jakieś upośledzone, niedojrzałe dzieci bawią się w okrutne zabijanie wsparte pierwotną dziką nienawiścią jak ze “Starego Testamentu” więc my, wspólnota międzynarodowa, zmotywowana obrazem rzezi mamy ich do pokoju nakłaniać. No ale po raz kolejny powtarzam, że oni tego nie chcą. Nie dojrzeli jeszcze do pokoju. Wyrazem ich dojrzałości byłoby wpłynięcie na swoje władze by ten pokój zapewniły. Żydzi na większości terytorium Izraela, dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków, mogą żyć spokojnie. Ta wojna ma dla nich wymiar ograniczony. Na ostrzał rakiet Hezbollahu wystawiają się ci, którzy tego pragną – najbardziej fanatyczni. Palestyńczycy w większości żyją podobnie. Ci którzy chcą normalnie egzystować są na emigracji. W strefie wojennej żyją fanatycy i nieszczęśnicy pilnujący tych gruzowisk.
Ten konflikt jest jak cebula. Obieramy go płacząc, warstwa po warstwie. I z tej roboty tylko łzy pozostają – nie ma konkretów i jakiegokolwiek punktu zaczepiania. Za wcześnie jest by pomagać Izraelowi i Palestynie. Jak pisałem oni do tego jeszcze nie dojrzeli.

StB: Dzieci na wyspie z “Władcy much” nie bawiły się w zabijanie. One walczyły o przetrwanie, cofając się coraz bardziej do swoich pierwotnych instynktów, burząc w końcu całą kulturę, wśród której zostali wychowani (co, jak się okazało, na nic się zdało).
Jestem skłonny uważać, że każda wojna cofa nas do takiego pierwotnego stanu, gdzie górę nad nami biorą atawizmy – kultura okazuje się bezsilna, jest niszczona. I jeszcze jedno: problem w tym, że dzieci z “Władcy much” nie były upośledzone (jeśli chodzi o intelekt). I musiały bardzo szybko “dojrzeć”, aby sobie poradzić ze śmiertelnym zagrożeniem.

Kartko, ja nie przyrównuję Palestyńczyków i Żydów do dzieci (zwłaszcza do dzieci “upośledzonych” i “niedojrzałych”). Robisz to Ty, pisząc: “nie dojrzeli jeszcze do pokoju”, “nie dojrzeli jeszcze do tego by się z tej tragedii wywikłać”… etc.
Co to w ogóle znaczy “dojrzeć” w tym przypadku? Przypominam, że Semici (a narodami semickim są zarówno Żydzi, jak i Palestyńczycy) reprezentują cywilizację, która ma już wiele tysięcy lat. Więc jak długo jeszcze mają oni “dojrzewać”? (my, Słowianie, w porównaniu z nimi, jesteśmy jeszcze oseskami).

Wikłasz się w jeszcze inne nielogiczności, Kartko.
Oto piszesz, że “Żydzi na większości terytorium Izraela dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków mogą żyć spokojnie” oraz: “Palestyńczycy w większość żyją podobnie”, by za chwilę (dosłownie w następnym zdaniu) stwierdzić: “Ci, którzy chcą normalnie egzystować są na emigracji. W strefie wojennej żyją fanatycy i nieszczęśnicy pilnujący tych gruzowisk.”

Nie zgadzam się z tym. Myślę, że większość ludzi żyjących w strefie Gazy, to są zwyczajni, zupełnie podobni do nas ludzie – a nazywając ich „fanatykami” czy „nieszczęśnikami pilnującymi gruzowisk”, w pewnym sensie ich odczłowieczamy i stygmatyzujemy. Podobnie: nie uważam, że „dzięki policyjnym i wojskowym represjom wobec Palestyńczyków, ludzie w Izraelu mogą żyć spokojnie”. Jest wręcz odwrotnie: przemoc rodzi przemoc.
A może wniosek jaki można z całej tej naszej dyskusji wyciągnąć jest taki, że ludzie w ogóle nie zasługują na pokój? Zwłaszcza w rejonie, gdzie walka trwa już od ponad 60 lat? Bo gdyby na ten pokój zasługiwali, to już dawno znaleźliby sposób by zażegnać tę wojnę i żyć w pokoju? Podobnie jak my nie zasługiwaliśmy na pokój w Europie, gdzie rozpętaliśmy w pierwszej połowie XX-go wieku dwie mordercze wojny.

KARTKA: Szukasz nielogiczności w moim komentarzu. Być może używam nieprecyzyjnych określeń ale moje wnioski są jasne. Tam nie ma woli do wygaszenia konfliktu. Dziesiątki inicjatyw pokojowych wspólnoty międzynarodowej (oczywiście ułomnych przez ograniczenia polityczne) torpedowali bądź Żydzi bądź Palestyńczycy. Powtarzam – oni nie dojrzeli do pokoju. Powtarzam, najwyraźniej to czego doświadczyli to było za mało. Druga Wojna o której wspominamy na marginesie tej dyskusji była na tyle silną traumą dla Europy, że od kilkudziesięciu lat nie mieliśmy tu konfliktów zbrojnych – nie licząc Bałkanów, ale to inna sprawa. No ale ponieważ w sposób naturalny wymierają ludzie mający wojnę w pamięci możemy nowej oczekiwać.
W dyskusjach o tym konflikcie zwykle wypowiadają się stronnicy, którejś ze stron – są rzecznicy USA, Izraela, Palestyny. Zwykle nie chodzi im o zamknięcie, wygaszenie tej rzezi, tylko o interesy którejś ze stron – o jej zwycięstwo. To też jest jakaś przesłanka, że nie ma klimatu dla pokoju – nawet zewnętrznego – na tym terenie.
Nie ma czegoś takiego jak “zasłużenie sobie na pokój”. Pokój jest decyzją walczących stron w momencie pojęcia bezsensu dalszej walki. A dla nich ta walka ma sens.
Zatytułowałeś esej “Czy Bogowie domagają się krwi?”. Ja to potwierdzam – Tak domagają się jeszcze krwi. I jak na razie jesteśmy wobec tego bezradni.

StB: W ogólnych zarysach zgadzam się z Twoją opinią – gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie “dojrzała” do tego, by zapanował tam pokój, to ludzie już od dawna żyliby tam w pokoju.
A większość Żydów i Palestyńczyków (nadal twierdzę, że ta większość chce jednak żyć normalnie, bez wojennego stresu, czyli w pokoju) o tyle jest odpowiedzialna za przedłużanie tego konfliktu, że nie odsuwa od władzy tych, którzy teraz rządzą (i są bezpośrednio odpowiedzialni za obecną sytuację) oraz pozwala na nadawanie ogólnego tonu ekstremistom. Bo przecież to oni tak naprawdę są odpowiedzialni za ten konflikt, a nie zwykli, „szeregowi” ludzie
Podoba mi się to, że nie opowiedziałeś się za jakąkolwiek ze stron w tym konflikcie. Ale z drugiej strony, to co pisałeś sprawiało wrażenie, jakbyś nabierał wody w usta i nie chciał komentować zbrodniczych posunięć zarówno z jednej, jak i z drugiej strony (a nie zauważam takiej powściągliwości, kiedy np. krytykujesz… choćby państwo polskie, choć przecież państwo polskie jak na razie nie zrzuca białego fosforu na swoich sąsiadów).
Mój tekst może sprawiać wrażenie, że jestem po stronie Palestyńczyków, ale to dlatego, że poczułem gwałtowny sprzeciw wobec agresywnej, militarystycznej polityce Izraela w stosunku do swoich sąsiadów, skutkującej w posunięciach, które bez wątpienia nazwać można wojennymi zbrodniami. Uderzenia armii izraelskiej stoją przy tym w rażącej dysproporcji wobec środków i możliwości, jakimi dysponują (zarówno jeśli chodzi i o atak, jak i obronę) Palestyńczycy.
Tak jak już wspomniałem, dalszy rozwój sytuacji bardziej zależy od decyzji (postępowania) Izraela (choćby dlatego, że jest w tym konflikcie stroną silniejszą). A za to odpowiedzialna jest obecna izraelska elita rządząca, która rzeczywiście sprawia wrażenie, jakby ten konflikt chciała jeszcze bardziej zaognić (rugując np. Palestyńczyków z ich ziemi i budując coraz to nowe żydowskie osiedla). Ciągle nastawiona jest na konfrontację. Ale to się chyba będzie zmieniać, o czym mogą świadczyć choćby ostatnie manifestacje izraelskiej młodzieży, która zaczyna mieć dosyć obecnej ekipy rządzącej (co, jak podejrzewam, spotyka się z Twoją sympatią ;) Z moją też.
Zgadzam się natomiast w zupełności z Twoim stwierdzeniem: “W dyskusjach o tym konflikcie zwykle wypowiadają się stronnicy, którejś ze stron – są rzecznicy USA, Izraela, Palestyny. Zwykle nie chodzi im o zamknięcie, wygaszenie tej rzezi, tylko o interesy którejś ze stron – o jej zwycięstwo.”
Na tym polega nie tylko głupota reakcji świata, ale i jej niegodziwość.

KARTKA: Krytykuję RP, bo wciąż mam wrażenie, że na państwo polskie mam wpływ. Choć momentami je tracę. Nie ukrywam, że zajadłość konfliktu w Polsce czasem budzi mój lęk. No ale jakoś to wszystko wraca do normy. Na pewno gdybym doszedł do wniosku, że konflikt polityczny w Polsce nabrał już niezależnej ode mnie, własnej dynamiki podszedł bym do niego tak jak do konfliktu Palestyńsko – Izraelskiego. Przestałbym jazgotać alarmistycznie na blogach i czekał aż przyjdzie otrzeźwienie. Czasem tak bywało, że milkłem.
To jest tak jak mieć przyjaciela alkoholika. Chcesz mu pomóc, serce ci pęka gdy patrzysz na jego tragedię, ale on tej pomocy nie chce. Buja cię, zapewnia o trzeźwości ale myśli tylko o piciu. No i rozsądek nakazuje czekać by sięgnął dna i w końcu podjął decyzję by się z tego mentalnego wyzwolił wyzwolił. Wtedy dopiero należy pomóc i to nie jest żadna łaska. To jest racjonalność naszych działań. Można pomagać szukającym wolności ludziom. W przypadku niewolników swych pokręconych np politycznych emocji – idei – to nie ma sensu. To tylko udawanie.
Pozdrawiam

StB: Mam nadzieję, że nie “jazgotałem alarmująco” na moim blogu, nawiązując tu do tego konfliktu.
To prawda, że nasz wpływ na sprawy bliskowschodnie jest prawie żaden. Choć, kiedy publikowałem ten artykuł na łamach polonijnej prasy 10 lat temu, to można to było uznać za dość konkretny głos, usiłujący zachować równowagę zaburzoną wówczas przez gremialne poparcie dla Izraela przez amerykańskie media, w dużej części podległe wpływom żydowskiego lobby – np. jeden z największych dzienników, i to w skali światowej, “Chicago Sun-Times” jest własnością obywatela Izraela. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że stosując taką a nie inną optykę, stanę się “antysemitą”, podobnie jak “antysemitą” stałem się po opublikowaniu mojej recenzji z “Listy Schindlera” w “Polityce”.
Pozdrawiam i dziękuję za ciekawą dyskusję

KARTKA: Logosie, nie szukaj w moich słowach podtekstów. Czasem piszę zmęczony, po nocy i używam uproszczeń. Też nieraz byłem atakowany za rzekomy antysemityzm. Niewiele sobie z tego robiłem bo nie jestem nim. Tak zresztą jak Ty. Po prostu naruszamy pewną poprawność. To wszystko
Również dziękuję za dyskusję.

*  *  *

Rozmowa pochodzi STĄD.

W CIEMNOŚCI – o najnowszym filmie Agnieszki Holland

… oraz dalszy ciąg wywiadu z reżyserką

„W ciemności” – najnowszy film Agnieszki Holland opowiadający o grupie Żydów uratowanych przez Polaka, który ukrył ich podczas niemieckiej okupacji w kanałach Lwowa, rozpoczął 23 Festiwal Filmów Polskich w Ameryce. Oto recenzja, napisana na gorąco po projekcji filmu, który na ekrany polskich kina ma wejść na początku stycznia przyszłego roku. Obraz „W ciemności” uważany jest za jednego z najpoważniejszych kandydatów do Oscara w kategorii filmów zagranicznych.

Poniżej przeczytać można również dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland.

Walka o przetrwanie i zachowanie człowieczeństwa… w lwowskich kanałach  („W ciemności”)

*

1.

Niewiarygodnie trudne zadanie miała Agnieszka Holland podejmując się realizacji tego filmu. To, że w efekcie możemy obejrzeć obraz, który nie tylko przykuwa nam oczy do ekranu na ponad dwie godziny, skupiając całą naszą uwagę, ale i prowokuje nas do snucia refleksji na temat wydawałoby się dobrze już nam znany (bo przecież przerabiany w kinie wiele razy), świadczy tylko o tym, że nasza kosmopolityczna reżyserka odniosła mimo wszystko sukces. (Muszę tu dodać, że przyjdzie mi się jeszcze z owego „mimo wszystko” wytłumaczyć, choć, być może, także i nad tym „kosmopolityzmem” powinienem się też zastanowić.)

Co prawda, już sama historia jest niewiarygodna (mimo, że przecież wydarzyła się naprawdę), ale dopiero ryzyko jakiego podjęła się Agnieszka Holland, by przenieść ją na ekran, pozwala nam uświadomić sobie niezwykłość tego filmu w ukazaniu innej twarzy Holocaustu – twarzy zwykłego człowieka, z całym tym jej ludzkim brudem, brzydotą i mrożącym nas grymasem zła. Ale też i jej jaśniejszego odbicia, w którym dostrzec możemy przynoszący otuchę ciepły refleks dobra. Mało tego: tymi twarzami „zła”, które widzimy „w ciemności” są także twarze ofiar, które zwykle ikonografia Holocaustu przedstawia w sposób budzący współczucie – nie piętnując ich żadnym złem, tylko znacząc (zrozumiałą skądinąd) martyrologią.
Lecz najciekawszą twarzą w całym tym obrazie jest twarz kogoś, kto nie jest ofiarą (bliżej jest mu do prześladowców), na której dobro i zło przenikają się niemal jednocześnie. I choć nie mamy raczej wątpliwości, co na niej w końcu przeważy, to i tak pozostanie w nas dojmujące poczucie niejednoznaczności odbijającej się na ludzkim obliczu. Bo ono zmienia się nie tylko w zależności od tego co dzieje się w sercu i umyśle obdarzonego nim człowieka, ale i w sercach i umyśle tych, którzy na to oblicze patrzą.

A wszystko zaczęło się od jednego niewinnego i przypadkowego rzucenia okiem na stronę jednej z wydawanych w Toronto gazet, gdzie można było przeczytać takie oto zdanie: „Polski złodziej katolik ukrył grupę Żydów w kanałach Lwowa, które dobrze znał, bo właśnie w nich chował swoje łupy, ale i w których także pracował jako kanalarz.” Człowiekiem, który zwrócił uwagę na tę wzmiankę był Kanadyjczyk Robert Marshall, a jego zaintrygowanie było na tyle silne, że zmobilizowało go w końcu do napisania książki “In the Sewers of Lvov”, gdzie całą tę niezwykłą historię przedstawił. To właśnie na jej osnowie powstał scenariusz „Ukrytych” (taki był pierwotny, „roboczy” tytuł filmu), który następnie trafił do rąk Agnieszki Holland i… całą resztę już znamy (a jeśli nawet jeszcze nie znamy, to warto przy najbliższej sposobności się z nią – czyli z gotowym filmem „W ciemności” – zapoznać.)

Lwów pod niemiecką okupacją: za jednego zabitego Niemca wiesza się 10 Polaków

Nie spodziewajmy się jednak, że oglądanie filmu Agnieszki Holland będzie doświadczeniem lekkim i łatwym. Wręcz przeciwnie – wymaga ono nie tylko wzmożonej uwagi, ale i pewnej odwagi. A także niewątpliwie cierpliwości, jak również  nerwowej odporności. Bo to co się dzieje na ekranie jest wstrząsające: apokaliptyczna likwidacja lwowskiego getta, potworność ulicznych egzekucji, horror i przerażenie zaszczutych ludzi, na których poluje się jak na zwierzęta, poniżanie i bestialskie znęcanie się nad bezbronnym człowiekiem… I nasza szokująca niemożność ogarnięcia zła, które także wyrządzają sobie nawzajem same ofiary, (decydując np. o tym, komu dać szansę uratowania życia, a kogo skazać na zagładę – sami niejako wykonują morderczy plan swoich oprawców, co jeszcze bardziej podkreśla perfidię znęcającego się nad nimi losu i przypadku).
No i jeszcze ta dusząca nas klaustrofobia, kiedy przez dwie godziny zmuszeni jesteśmy do dotrzymywania towarzystwa ludziom, którzy przez 14 miesięcy żyją niczym szczury w podziemnych ściekach i kanałach – w ciemności, smrodzie, brudzie i zaduchu, narażeni w każdym momencie na wydanie, zdradę i śmierć.

Wszystko to pomaga nam wytrzymać jeden człowiek, dzięki któremu szansę na przetrwanie mają też ukrywający się w kanałach Żydzi. Tym człowiekiem jest (nota bene rewelacyjnie zagranym przez Roberta Więckiewicza) kanalarz, cwaniak i drobny złodziejaszek-„polaczek” Leopold Socha. Tak, tak… katolik i antysemita (bardziej z tradycji i z przyzwyczajenia niż ze złośliwości i premedytacji), który zrazu widzi w pomocy tym ludziom lukratywne źródło zarobku, ale z czasem odkrywa (niemal bezwiednie i nieświadomie) w sobie człowieczeństwo, dzięki któremu przezwycięża swój strach, wiąże się emocjonalnie z obcymi i pogardzanymi dotychczas ludźmi, i  ryzykując życiem (nie tylko swoim, ale i całej swojej rodziny), robi wszystko, by utrzymać ich przy życiu.

Dużo by tu można pisać o znakomitej kreacji Więckiewicza, którego Poldek wydaje się nam zarówno gruboskórny, jak i wrażliwy; przebiegły, ale i prostolinijny; zdecydowany, ale także niepewny; bohaterski, ale czasem też i tchórzliwy… Jednym słowem ta kreacja jest niejednoznaczna, ale też pełna i kompleksowa.
Podobnie wiele dobrego można by powiedzieć o pewnej, reżyserskiej ręce Agnieszki Holland, która mimo niezwykle trudnej i skomplikowanej materii, z jakiej zdecydowała się stworzyć swój film, zdołała ją po mistrzowsku opanować, czego rezultatem jest jeden z najlepszych filmów w całej bogatej karierze tej reżyserki o światowym formacie.

2.

Historia niezwykła: polski cwaniak i złodziejaszek ratuje grupę Żydów, ukrywając ich przez 14 miesięcy w miejskich rynsztokach

Tak, to prawda – oglądanie „W ciemności” mnie wciągnęło, ale… co jednak sprawiło, że nie pochłonęło mnie bez reszty? Zacząłem się nad tym zastanawiać dopiero po obejrzeniu filmu: dlaczego obraz Agnieszki Holland wydał mi się „tylko” bardzo dobry, ale nie doskonały? Dlaczego trudno by mi było uznać ten obraz za arcydzieło? Co spowodowało, że odczułem jednak pewien niedosyt i niespełnienie? Bo na pewno powodem tego nie była wysokiej klasy, profesjonalna realizacja filmu przez jego twórców, która jest przecież ewidentna.
Przyznam, że miałem problem aby to rozgryźć, lecz w końcu parę myśli zaczęło w mojej głowie świtać i po głębszym zastanowieniu przybrało formę tłumaczących to – do pewnego przynajmniej stopnia – powodów:

– Pierwsza sprawa, to wspomniana już przeze mnie specyfika sytuacji, którą musiał ukazać film: nikt z nas nie chce przez dłuższy (ani nawet krótszy) czas przebywać w rynsztoku. Dlatego, kiedy tylko kamera wychodziła na świeże powietrze, to odczuwało się ogromną ulgę, która jednak nie trwała długo, bo zaraz z powrotem zapędzano nas pod ziemię, do smrodu, brudu i towarzystwa szczurów (80% akcji całego filmu dzieje się w kanałach).

– Po drugie: Agnieszka Holland starała się przedstawić nam „prawdę” o ludziach, a prawda o ludziach – zwłaszcza w sytuacjach ekstremalnych – jest zazwyczaj żałosna, bo z większości z nas, czyli przedstawicieli gatunku Homo sapiens, wychodzi jednak wówczas zwierzę, co objawia się skrajnym egoizmem, a nawet podłością i nikczemnością, do czego wydaje się zmuszać nas atawistyczna walka o przetrwanie. Może to właśnie dlatego trudno nam było identyfikować się z ofiarami (bo któż z nas chce uświadamiać sobie to, że sam mógłby postąpić… hm… równie mało chwalebnie). I tu występował pewien dramaturgiczny konflikt (bowiem skoro się za bardzo z tymi ludźmi nie identyfikujemy, to i się do nich zbytnio nie przywiązujemy. Mało: oni zaczynają nas drażnić – więc trudno mówić o jakiejś katarktycznej empatii wiążącej nas z tymi postaciami emocjonalnie). Na szczęście są także w filmie postaci, które ten wymóg identyfikacji spełniają (jak np. mała Krysia czyli „dziewczynka w zielnym sweterku”), a zwłaszcza grany przez Więckiewicza Poldek, który w końcu staje się niemal aniołem, nie mówiąc już o tym, że zaczyna właściwie dźwigać na swoich barkach ciężar całego filmu. (A z takim herosem to bardziej jest nam już przecież po drodze.)

– W związku na permanentną ciemność i rozbiegane światło latarek, mamy niekiedy trudności z ogarnięciem i dojrzeniem tego, co dzieje się na ekranie. Stąd mała konfuzja, która może powodować, że widz czuje się cokolwiek rozbity i zdezorientowany, nie rozumiejąc do końca obrazu.

Miłość i seks pomagają przetrwać także w sytuacjach ekstremalnych

– Pewien dyskomfort mógł wywołać obecny w filmie naturalizm: seks, ekskrementy i fizjologia (np. szokujący ekshibicjonistycznie poród). Seks, jak wiadomo, jest w kinie OK, ale jeśli odbywa się w tak okropnych warunkach, w jakich uprawiali go ukazani w filmie ludzie, to jawi się on nam jako tylko li zwierzęca chuć (a kto z nas chciałby się utożsamiać z jakimś kopulującym zawzięcie zwierzakiem?). Oczywiście rozumiem zasadność takiego, zastosowanego przez Agnieszkę Holland obrazowania, ale odczuć moich nie może to zmienić.

– I jeszcze jedna mała kolizja, którą ośmieliłbym się nawet nazwać fałszem… czy też raczej czymś w rodzaju ontologicznego dysonansu. Otóż, proszę Państwa, proszę sobie wyobrazić, że żyjemy w kanałach przez 14 długich miesięcy, gdzie już nawet szczury przestały budzić naszą ekscytację. Jasne, że tego sobie nie wyobrazicie, bo tego sobie wyobrazić nie można. Ale przynajmniej można się domyśleć, że mimo wszystko (zagrożenie śmiercią), najstraszniejszą rzeczą jaką by nas tam dotykała, byłaby… nuda. Tak, tak… Przecież można byłoby zwariować od monotonii i braku dziania się czegokolwiek. Siedzenie lub leżenie w bezruchu, ewentualnie kręcenie się w kółko, jak – za przeproszeniem – g… w rynsztoku. Podejrzewam, że to był główny egzystencjalny dramat uwięzionych w kanałach ludzi – beznadziejna nuda. Do niej w zasadzie sprowadziła się esencja ich szczurzego bytu. Ale tego w filmie Agnieszki Holland nie ma. Mało tego: często frenetyczny sposób filmowania wydarzeń sprawia na nas wrażenie, jakbyśmy oglądali film akcji (co skądinąd powoduje, że widz nie zasypia w kinie, tyle że „prawda” tego, jak to wszystko wyglądało w rzeczywistości, zostaje chyba jednak stłumiona – a już na pewno, zmieniona jest przez to jej perspektywa).

3.

Muszę zaznaczyć, że nie było moją intencją podkreślanie ewentualnych usterek obrazu, który skądinąd zasługuje w pełni na naszą uwagę, a nawet aplauz – jak to miało miejsce podczas jego amerykańskiej premiery na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie publiczność zgotowała filmowi Holland 10-minutową standing ovation. Z czego można się tylko cieszyć, gratulując Pani Agnieszce jej wielkiego sukcesu  i pełnego osiągnięcia zamierzonego efektu, jaki wywarł na większości widzów jej film. Nie chciałbym, aby te moje zastrzeżenia rzutowały na cały obraz, ukazując go w niezbyt korzystnym świetle. Niech więc pozostaną tym czym są – na poły prywatnymi, zupełnie subiektywnymi uwagami; takim głośnym myśleniem, które być może ułatwi komuś zbliżenie się do tego wyjątkowego bez wątpienia filmu, a może nawet lepsze zrozumienie i ogarnięcie tego, co naprawdę wydarzyło się we Lwowie w tamtym czasie marnym. I co sprawiło, że ludzie, którzy w te wydarzenia byli uwikłani, stali się wielcy mimo swojej małości, i silni mimo swojej słabości. Czy wreszcie: że stali się dobrzy na przekór złu, które w nich tkwiło.

*  *  *

Uroda filmowego obrazu nie łagodzi horroru wydarzeń

*

PRZYWRACANIE CZŁOWIECZEŃSTWA

(ciąg dalszy wywiadu z Agnieszką Holland)

*

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Jaki wpływ wywiera kino na naszą percepcję historyczną? Czy może ono w znaczący sposób wpłynąć na sposób, w jaki postrzegamy naszą narodową historię, czy też historię w ogólności?

AGNIESZKA HOLLAND: Dzisiaj zapewne w mniejszym stopniu, niż to było kiedyś, ponieważ obecnie te funkcje przejęły inne media przekazu, takie np. jak telewizja, internet… Ale nadal jest ten wpływ duży. Oczywiście są społeczeństwa, które na ten przekaz są bardziej czułe – takim społeczeństwem jest np. społeczeństwo amerykańskie, które przecież w dużym stopniu buduje sobie swoją wizję świata i system ocen historycznych na podstawie filmu. Tutaj zresztą, tak naprawdę, Holocaust zaistniał w społecznej świadomości właściwie dzięki serialowi. Dlatego, że Amerykanie nie tylko, że nie byli za bardzo przejęci tym, co się wydarzyło Żydom w Europie, ale wręcz byli w jakimś sensie winni przez zaniechanie wobec tego, co się działo podczas wojny, ponieważ wszyscy – i Roosevelt i inni politycy, którzy odmawiali pomocy Żydom, a także sami Żydzi amerykańscy – obawiali się, że upominając się o swoich europejskich braci, obudzą jeszcze silniejszy antysemityzm w samej Ameryce. Więc także i oni nabrali wody w usta. Tak, że wina Amerykanów tak naprawdę nigdy nie została wprowadzona do świadomości powszechnej.
Natomiast Holocaust – tak. Przejęcie się tym wydarzeniem i zrobienie z niego fragmentu amerykańskiej historii nastąpiło dzięki serialowi „Holocaust”, który był tu niebywale popularny.

Agnieszka Holland w Chicago (zdjęcie własne)

– To były lata 70-te?

– Tak. I to przeorało zupełnie amerykańską świadomość, ten film miał kolosalne znaczenie. Równie ważny był serial „Korzenie”. On z kolei zmienił spojrzenie na Afro-Amerykanów.
Myślę, że Obama bez seriali nie miałby żadnej szansy na elekcję. Bo to właśnie najpierw w serialach – takich np. jak „The West Wing” albo „24 Godziny”- prezydentem był kolorowy, Latynos albo Murzyn. I nagle miliony Amerykanów, które te seriale oglądają namiętnie, zobaczyło że to jest możliwe. Tak, że tutaj, w Ameryce, byłoby czymś bardzo trudnym wprowadzenie czegoś do społecznej świadomości bez użycia kina czy telewizji. Ale także w innych krajach kino i telewizja mają olbrzymie znaczenie w takiej edukacji społecznej, wpływając na to, jak ludzie postrzegają świat, historię czy wreszcie samych siebie. Już Lenin mówił, że kino jest najważniejszą ze sztuk i choć dzisiaj już chyba nią nie jest, to jest nadal czymś bardzo ważnym. Teraz doszedł do tego internet, ale on też jakby niesie podobne treści i jest tylko narzędziem.

– Tak się akurat złożyło, że dosłownie tuż przed prezentacją Pani nowego filmu w Chicago, tutejsza publiczność miała okazję obejrzeć inny film odnoszący się do ważnego momentu w naszej historii, a mianowicie „Bitwę Warszawską” Jerzego Hoffmana. Prawdę mówiąc trudno jest mi wyobrazić sobie filmy bardziej odległe od siebie pod względem sposobu podejścia do historii – sposobu narracji, stosunku do opisywanych faktów, rzeczywistości i bohaterów – w przedstawianiu tzw. „realiów”.
Czy widziała już Pani ten film? A jeżeli tak, to jakie ma Pani o nim zdanie?

– Nie, nie widziałam. Ale mogę sobie mniej więcej wyobrazić jaka jest „Bitwa”, bo znam filmy Jurka Hoffmana, a także słyszałam i czytałam o tym filmie, więc mogę się spodziewać jak wygląda. Szczerze mówiąc, tak w planie czysto ludzkim – bo to mogę ocenić niezależnie od tego, czy widziałam film, czy nie – to jestem pełna podziwu dla faceta, który w wieku 80 i iluś tam jeszcze lat…  dodałabym: przeżytych bardzo bujnie – ma tak niebywałą energię, że jest w stanie takie olbrzymie przedsięwzięcie zrobić i doprowadzić do końca.

– Bez względu na efekt?

– Bez względu na efekt! Ja mówię tu teraz o tym wymiarze czysto ludzkim, nie filmowym. A samego efektu nie mogę ocenić, bo tego filmu nie widziałam.

– Chciałem jeszcze nawiązać w naszej rozmowie do „Listy Schindlera”, bo ten właśnie film przychodził mi często do głowy, kiedy myślałem o Pani nowym filmie. Trudno nie zauważyć tego, że obraz Spielberga opisuje Holocaust raczej w biało-czarnych kontrastach, a na dodatek reżyser zdominował na koniec wszystko akordem mocno melodramatycznym. Pani zaś podchodzi do bohaterów i wydarzeń ukazanych w „W ciemności” zupełnie inaczej. Czy Pani film nie stanowi swoistego kontrapunktu, alternatywy dla filmu Spielberga?

– Ja zdecydowanie szanuję film Spielberga. Pamiętam, że kiedy go oglądałam po raz pierwszy, to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie dlatego, że uważałam, że Spielberg nie jest wybitnym filmowcem – bo jest, ale jego sfera zainteresowań tematycznych była tak odległa, że nie wyobrażałam sobie tego, że on będzie w stanie zrobić coś tak powściągliwego i jednak trzymającego się dość ściśle faktów. Rzeczywiście ten koniec zepsuł to dla mnie – bo te ostatnie 20 minut filmu są już bardzo trudne do przełknięcia dla człowieka o moim światopoglądzie i guście. I szkoda, że tak się stało, bo „Lista Schindlera” i tak by się przebiła do amerykańskiego widza, nawet gdyby nie miała tego ucukrowanego końca. Natomiast oczywiście jest to wielkie epickie kino amerykańskie z wszystkimi jego zaletami i ograniczeniami. Sama postać bohatera jest jednak kreślona taką… zbyt grubą krechą.

– U Pani jest inaczej.

– Tak, bo ja starałam się tu – po pierwsze: wyprać tę historię z jakiegokolwiek sentymentalizmu i lukrowania, czy też teatralizacji tych wydarzeń. Zależało mi na takiej fakturze prawdy, która byłaby prawie że dokumentalna, jak również na tym, żeby ci bohaterowie nie byli pokazani plakatowo, no i żeby ta grupa Żydów ukazana w tym filmie była zróżnicowana; żeby ich zachowanie nie było zawsze zachowaniem anielskich, słodkich ofiar, jednym słowem  – żeby po prostu byli zwykłymi ludźmi. Podejście Spielberga jest natomiast bardziej plakatowe, komiksowe. Moje – myślę że jednak artystycznie głębsze. Tym niemniej, taki film jak mój musi mieć – ze swojej natury – bardziej ograniczoną widownię, podczas gdy film Spielberga oglądały miliony, miliony widzów na całym świecie. Ale nie sądzę, że to jest tak, że jeden film jest przeciwko drugiemu – one po prostu mogą funkcjonować równolegle.

– Ja wkrótce po premierze „Listy Schindlera” w Stanach, napisałem recenzję o tym filmie, która się ukazała w „Polityce”. Ale, oprócz podziwu dla filmowej sztuki Spielberga, wyraziłem w niej wątpliwości, co do zasadności tak obcesowego melodramatyzowania Holocaustu. Przypomniałem też fakt, że człowiek, który już dłuższy czas pracował nad scenariuszem do tego filmu, zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, mówiąc, że nie może przystać na jego wizję tamtej historii, gdyż nie pozwala mu na to jego – jak się dosłownie wyraził – dziennikarska uczciwość. Oczywiście moja recenzja, jak i następne artykuły jakie się pojawiły w „Polityce” wywołały burzę…

– Bo świętości się nie szarga?

– Nie wiem, czy świętości. Ale wyglądało na to, że wdepnąłem właśnie na ową zaminowaną łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły. I później jednak doszedłem do wniosku, że chyba lepiej byłoby pewne rzeczy przemilczeć.

– Wie pan, zawsze jest dobrze pisać co się myśli i zawsze jest jednak lepiej iść pod prąd… moim przynajmniej zdaniem. Dlatego, że ten konformizm w ocenach dziennikarskich jest w dzisiejszych czasach tak wyjaławiający, że ja właściwie teraz już nie mogę czytać recenzji – polskich zaś szczególnie – dlatego, że z góry wiem, co tam będzie napisane. I jeżeli powstają jakieś polemiki, czy burze, to też one są w jakiś sposób zaprogramowane przez pewną przynależność estetyczno-polityczną. Ja pamiętam np. znany polski krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski, po pokazie „Pianisty” w Cannes, schlastał ten film niemiłosiernie, (zresztą miał tam swoje racje, z którymi nawet ja bym się zgodziła). Kiedy jednak film dostał nagrodę i dobrze go przyjęto w kraju, to on wtedy napisał jakąś zupełnie nową recenzję, wycofując się zupełnie z tego, co ogłosił wcześniej. Wątpię, żeby tak nagle i diametralnie zmienił swoje zdanie. Może się po prostu przestraszył, że podszedł za bardzo pod prąd? A z kolei wielu idzie pod prąd, ale tylko wtedy, kiedy się nic tym nie ryzykuje. Więc nawet tacy wybitni krytycy jak on, są dzisiaj bardzo skonformizowani. Ale nawet jeśli ktoś pisze z takiego punktu widzenia „barbarzyńcy w ogrodzie”, to mnie się to wydaje bardzo odświeżające.

– Pamiętam, że właśnie przy okazji tej awantury o „Listę Schindlera” Daniel Passent wyraził opinię, że być może kino w ogóle nie powinno się brać za taki temat, jak Holocaust, bo nie jest w stanie przekazać istoty i horroru tego, co się działo, a ponadto narusza jakby męczeńskie sacrum ofiar.

– Coś w tym jest. Np. Lanzmann – który jest facetem dość antypatycznym, i który myśli, że ma monopol na zajmowanie się Holocaustem i że kino nie ma już prawa tego robić – uważa, że jakakolwiek rekonstrukcja tamtej rzeczywistości jest właśnie jakby naruszeniem pewnej „świętości” – tajemnicy tamtego horroru. Ja mogę zrozumieć taki punkt widzenia, no ale właśnie dlatego, że jest to takie trudne, to rodzi się pokusa, aby się z tym zmierzyć. Z kolei wydaje mi się, że gdyby takich filmów nie było – mam na myśli te obrazy, które Holocaust teatralizują czy nawet melodramatyzują – to ludziom bardzo trudno byłoby sobie wyobrazić, czy choćby tylko zbliżyć się do wyobrażenia tego, czym to naprawdę było. Jednak uważam, że jest taka granica, przed którą należałoby się zatrzymać. Ja np. nigdy nie zdecydowałabym się na zrobienie takiej sceny w komorze gazowej, jak to pokazał Spielberg. Kiedy ją oglądałam, to właśnie miałam wrażenie, że pewna granica… pewne tabu zostało przekroczone – a pewnych rzeczy się po prostu nie pokazuje.

– Lecz to tabu coraz częściej jest dzisiaj – nie tyle naruszane, co wręcz niszczone.

– Tak. Np. filmowanie czyjejś śmierci i wrzucanie tego w internet jest już dzisiaj czymś niemalże banalnym. Przyzwyczaja się nas do oglądania takich obrazów, takiego horroru, że ta nasza wrażliwość jest chyba coraz bardziej przytępiana. I wtedy, dla kogoś kto ma jakieś artystyczne ambicje, pojawia się pytanie, jak – wobec takiego zbanalizowania okrucieństwa – pokazać coś, aby ludzie na nowo poczuli przy tym jakieś głębsze emocje, a nie tylko pewien rodzaj takiej sadystycznej satysfakcji.

Bilet wejściowy na otwarcie 23 Festiwalu Filmów Polskich w Ameryce, na którym zaprezentowano nowy film Agnieszki Holland „W ciemności”

– A propos głębszych emocji. Chciałbym, abyśmy jeszcze porozmawiali o Pani najnowszym filmie. Niedawno czytałem wywiad z Krystyną Chigerową, która jako jedyna z tych, którzy zostali uratowani przez Sochę we lwowskich kanałach, przeżyła do dzisiaj. To właśnie ta dziewczynka „w zielonym sweterku”, która na plakacie filmowym, wychyla się wraz z Sochą-Więckiewiczem z rynsztokowego włazu. Ja spodziewałem się, że właśnie ta relacja między nią a Poldkiem będzie niejako stanowić oś emocjonalno-dramaturgiczną filmu, a tu nie – to pokazane jest bardziej w drugim planie, więc pewnie dlatego, ja tej więzi między nimi za bardzo nie poczułem. I tego mi trochę brakło.

– No tak, ale to musiałoby pójść wtedy bardziej w stronę sentymentalizmu, a ja nie chciałam tego robić. I tak mi się czasem zdawało, że idę w tym za daleko. Np. jest taka scena, w której Poldek wyciąga rękę, a ta mała podaję mu łapkę… W pierwszym montażu ja to wycięłam, bo wydawało mi się, że jest to właśnie za bardzo sweety, ale w końcu tę scenę przywróciłam – za radą producentów, zresztą. Tak więc, ja nie chciałam iść w coś takiego za daleko. Oczywiście to jest wzruszające, ale to nie o tym jest ta historia.

– Moja żona była nieco zawiedziona, że nie pokazała Pani w swoim filmie czegoś, o czym wspomniała w swojej książce Krystyna Chiger, a mianowicie tego, że pewnego dnia Poldek czołgał się przez dwie godziny w kanałach, żeby przynieść tej małej dziewczynce bukiet stokrotek.

–  Wie pan, on w ogóle był chyba milszym i bardziej poczciwym człowiekiem, niż gra go Robert, ale to, co jest ciekawe w tym filmie, to jest właśnie dynamika tej głównej postaci. A gdyby ją osłodzić, to ta dynamika by pewnie zniknęła i myślę, że to by zaszkodziło filmowi.

– Krystyna Chiger wydała swoje wspomnienia właśnie pod tytułem „Dziewczynka w zielonym sweterku”. Przywodzi to skojarzenia z inną znaną książką, a mianowicie „Dziewczynką w czerwonym płaszczyku” Romy Ligockiej (chodzi o ten sam płaszczyk, który nota bene wyróżnił również w swoim czarno-białym filmie Spielberg). Czy wg Pani ta relacja może mieć jakieś głębsze znaczenie?

– Wydaje mi się, że kiedy Krystyna nadawała tytuł swoim wspomnieniom, to nie znała jeszcze książki Ligockiej.

– A ja myślałem, że jest to coś w rodzaju trawestacji.

– Nie wiem. Muszę ją o to zapytać. Ale to chyba byłoby trochę niemądre, bo np. na polskim rynku mogłoby się ludziom pomylić – czerwone, zielone… to w każdym razie jakaś dziewczynka w kolorowym ubranku. A rynek polski jest jednak ważny. Zresztą, pierwsze wydanie tej książki rozeszło się w Polsce w ogromnych, jak na nasze warunki, nakładzie 30 tys. egzemplarzy, a teraz przygotowywane jest nawet wydanie drugie.

– Warto przy tym wspomnieć, że ten zielony sweterek znalazł się nawet w waszyngtońskim Muzeum Holocaustu. A więc ma niewątpliwie jakieś symboliczne znaczenie.

– Prawdę mówiąc, ja o tym, że Krystyna Chiger żyje, dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy film był już prawie gotowy. Scenariusz bowiem opierał się przede wszystkim na książce Marshalla. Mimo to okazało się, że ja – może nawet intuicyjnie – zawarłam w swoim filmie to, co później znalazłam we wspomnieniach Krystyny.

– Np. moment ukazujący jej młodszego brata, który – kiedy już można było wyjść na powierzchnię – zaczął płakać, bo chciał do kanałów wracać, jakby świat pełen słońca go przerażał.

– Nie, to akurat w książce Marshalla było.

– Ale ja mam do Pani jeszcze o coś pretensję. Otóż, już po zakończeniu filmu, i po podaniu informacji o tym że Socha zginął niedługo po tym, jak wyprowadził z kanałów „swoich Żydów” (przejechał go samochód), na całą szerokość ekranu pojawia się napis, który stanowią słowa jakiegoś Polaka – jego reakcję na śmierć Sochy: „To jest kara boska za to, że uratował tych ‚żydków'”. Czy warto jest spinać cały film taką klamrą? Wypowiedzią, która jest nie tylko nikczemna, ale i głupia i chyba jednak bezmyślna. A przecież można to odbierać jako ważny i istotny akcent, który niejako komentuje cały film. Poza tym, to chyba podważało samo przesłanie, jakie można w Pani filmie odnaleźć.

– Dla mnie to było jednak bardzo ważne. Prawdopodobnie ja bez tego bym takiego filmu nie robiła. To jest ważne, bo właśnie stawia pod znakiem zapytania cały ten happy end. Gdyż ten czyn Sochy, jego dojrzenie do pewnego bohaterstwa, w społecznym odbiorze jakby nie zaistniało. On wcale nie zginął jako bohater. On zginął dość głupkowato pod kołami samochodu prowadzonego przez jakiegoś pijanego Ruska, a na jego pogrzebie, czyli kiedy o ludziach zwykle mówi się to, co najlepsze, ktoś – prawdopodobnie wyrażając szerszą opinię – mówi, że ratował żydków i to jest kara boska.

– Czy rzeczywiście była to taka „szeroka” opinia”?

– Ale to była prawda. I ci wszyscy Żydzi, którzy tam wtedy przyjechali na ten pogrzeb jak jeden mąż, i szlochali, odebrali to jako niebywały policzek dla wszystkiego, co Socha dla nich zrobił. To jest to, co spotkała tzw. „Sprawiedliwych” w powojennej Polsce.
Czy nie zetknął się Pan nigdy w Polsce ze stwierdzeniem, że Hitler, wprawdzie robił straszne rzeczy, ale jedno zrobił dobrze – że załatwił Żydów?

– Zetknąłem się, niestety.

– No właśnie. I pewnie mówili to ludzie, których by pan nigdy nie podejrzewał, że mogą coś podobnego powiedzieć.
A nie zadał pan sobie nigdy pytania dlaczego ci „Sprawiedliwi” ukrywają się przed sąsiadami? Że większość z nich nie chciała się wypowiadać, a jeśli już coś mówili, to ukrywali się pod pod pseudonimami? Irena Sendlerowa np., została bohaterką – na szczęście żyła prawie sto lat, więc zdążyła stać się znaną przynajmniej w Polsce  – i odkryły ją dopiero jakieś dwie licealistki z Karoliny Północnej, które napisały o niej sztukę. Inaczej pies z kulawą nogą by o niej nie wiedział, może poza kilkoma starymi Żydówkami, które ją odwiedzały. Nic by o niej nie wiedziano, bo nie chciano by wiedzieć

–  Dlaczego tak się dzieje?

– Dlatego, że w świadomości Polaków, ci którzy dotychczas ratowali Żydów, nie byli żadnymi bohaterami, byli wręcz czasem  zdrajcami. Ponieważ, to było tak, jakby nagle przystawiali nam lustro, w którym my widzimy swoją złą twarz. Byli wyrzutem sumienia. W Jedwabnem np., ta Antonina Wyrzykowska, która uratowała tam grupę Żydów, musiała z tego Jedwabna uciekać aż do Ameryki.

– Ale teraz ta perspektywa jakby się zmienia.

– Tak, to się zmienia, i to jest ciekawy proces. Wychodzą na jaw nowe fakty, publikuje się o tym nowe książki… Ale nagle też poczuliśmy taką potrzebę, że mówimy: zaraz! ale to nie jest cała prawda o nas! Prawdą o nas jest może to, ale także i to, że była Sendlerowa, że były te tysiące Polaków, którzy narażali własne życie i bezinteresownie ratowali bliźniego. Oni są naszymi bohaterami. Powstała potrzeba jakiejś równowagi. Tak, że paradoksalnie, te fakty o polskim antysemityzmie, czy o pewnych polskich zbrodniczych zachowaniach podczas II wojny światowej, otworzyły drogę do poznania wielkich Polaków, Sprawiedliwych. Te wrota były przedtem zamknięte.

– Czy sądzi Pani, czy dla tego młodego pokolenia, które teraz dopiero wchodzi w dorosłość, te sprawy są istotne i ważne? Czy ci młodzi ludzie chcą albo nawet… czy muszą zmierzyć się z przeszłością swoich dziadków, rodziców – odnieść się do niej i umocnić, aby tym samym poznać lepiej własną tożsamość?

– Muszą. I robią to. Tzn. nie twierdzę, że to jest ruch masowy. Ale ci najbardziej ciekawi, wartościowi i świadomi młodzi ludzie, tym się jednak zajmują. Chcieliby wiedzieć, co robili ich dziadkowie, bo to w jakimś sensie jest częścią ich samych. Nagle powstaje taka potrzeba, żeby się z tym zmierzyć.
Z drugiej strony jednak, Żyd jakby się zrobił w Polsce czymś abstrakcyjnym – bo przecież w Polsce Żydów prawie już nie ma. Choć ci, którzy są, często manifestują swoją żydowskość. Dużo też Żydów Polskę odwiedza – a mówię tu już o tych Żydach ortodoksyjnych, co wyglądają trochę tak egzotycznie, z pejsami…

– Tak, przyjeżdżają. Choćby do mojego rodzinnego Leżajska, miejsca kultu chasydzkiego.

– No właśnie. To się więc teraz wszystko zmienia. Z drugiej jednak strony, dla Izraela, który prowadzi taką politykę, jaką prowadzi – co jest moim zdaniem tragiczne – nagle Polska stała się głównym sojusznikiem. I tak było za rządów różnych politycznych opcji, zarówno za Wałęsy, Kwaśniewskiego, jak i Kaczyńskiego czy Komorowskiego… Wszyscy ci politycy stoją, czy też stali za Izraelem, prawie jak Amerykanie.

– Ale czy nie wynika to tylko z jakiejś politycznej koniunktury?

– Nie, to jest coś więcej. Zresztą obecnie koniunktura polityczna odwraca się od Izraela. Odwrócili się Francuzi, odwrócili się Niemcy… tak, nawet Niemcy.
To wynika więc z czegoś innego.

– Może jest to czymś w rodzaju zadośćuczynienia?

– Tak. Myślę, że coś w tym jest – również takie poczucie wspólnoty losu.

– Uważam, że do tego pozytywnego procesu zmian może się także przyczynić Pani nowy film „W ciemności”, który ukazuje Żydów w zupełnie inny niż jak to było dotychczas w zwyczaju,  sposób – a mianowicie z tej strony… hm… bardziej ludzkiej, ale ze wszystkimi tego konsekwencjami. Np. uświadamiając nam, że wszyscy oni mieli swoje wady i słabości – i że nawet same ofiary nie zawsze zachowywały się chwalebnie.

– Ja sądzę, że jest to szalenia ważne. Bo na czym polegał trick faszyzmu, czy jakiegokolwiek agresywnego anty-semityzmu? Na takim odebraniu Żydom cech ludzkich – na zrobieniu z nich nie-ludzi. Dlatego łatwo było ich zabijać.
Ale proszę zauważyć, że taka apologetyczna twórczość o Żydach robi coś podobnego. Ona oddziela Żydów od cech ludzkich – przez co nie są oni już ludźmi, tylko aniołami. Tak więc przywrócenie Żydom człowieczeństwa – ale takiego zwykłego człowieczeństwa – jest czymś najlepszym, co można teraz zrobić.

– Myślę, że filmem „W ciemności” to się Pani udało.

*  *  *

Inny fragment wywiadu z Agnieszką Holland („Bardzo ważny jest Dekalog”) można przeczytać TUTAJ.

*

BARDZO WAŻNY JEST DEKALOG (rozmowa z Agnieszką Holland)

Agnieszka Holland przybyła do Chicago na otwarcie 23-go Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, podczas którego zaprezentowano jej najnowszy film „W ciemności”. Organizatorzy Festiwalu zaproponowali mi, abym przeprowadził ze znaną reżyserką wywiad, na co – mimo że nie zajmuję się już tym od lat – bardzo chętnie przystałem, bowiem wydawało mi się, że rozmowa ze znaną reżyserką będzie dla mnie nie tylko czymś zaszczytnym, ale i niezwykle interesującym. Tak też się stało, czego dowodem może być zamieszczony poniżej fragment tej rozmowy.

Agnieszka Holland

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Temat stosunków polsko-żydowskich to – powiedzmy sobie szczerze – temat trudny. Swego czasu Kazimierz Wierzyński przestrzegał, że poruszanie tego tematu jest niczym wchodzenie na zaminowaną łąkę, na której pasą się zacietrzewione osły i że można przy tym wylecieć w powietrze. Czy nie obawiała się Pani, że dotykając swoim najnowszym filmem „W ciemności” niewygodnych, a nawet wręcz bolesnych dla obu stron aspektów naszej przeszłości, rozpęta kolejną burzę, która może przytłoczyć sam film, wzbudzając przy tym jakieś resentymenty i złe emocje?

AGNIESZKA HOLLAND: Nie, dlatego że ten film nie jest o tym. Po pierwsze sądzę, że są to sprawy, o których warto rozmawiać, ale nie w takich kategoriach konfrontacyjnej publicystyki, ale właśnie w kategoriach sztuki, to znaczy tak by nie przyjmować ról prokuratorskich, ale szukać jakiejś prawdy o człowieku – a ta prawda jest zawsze bardziej złożona, niż to widzi prokurator, czy adwokat tej lub innej strony. Po drugie, akurat w tym filmie, problem polskiego antysemityzmu jest takim tematem, powiedziałabym, folklorystycznym. On oczywiście istnieje jako pewna rzeczywistość społeczna czy kulturowa, natomiast główny bohater tego filmu dojrzewa do człowieczeństwa w sposób, który wydaje mi się bardzo przejmujący.  Naturalnie to, że jest on Polakiem, odgrywa emocjonalną rolę dla widowni polskiej, ale jest to chyba taki katarktyczny proces, bo w sumie jest to prosty człowiek, któremu udało się przezwyciężyć swoje ograniczenia i przesądy, i który w swoim bliźnim, za którego przyjął odpowiedzialność, zobaczył przede wszystkim człowieka, a nie tylko „żyda”. Z tego punktu widzenia, dla stosunków polsko-żydowskich, ta opowieść jest bardzo pozytywna, więc jeśli ktoś na nią zareaguje jakimś buntem czy niechęcią, to chyba rzeczywiście będzie musiał być bardzo zacietrzewionym osłem.
Zresztą, jeśli już rozmawiamy o tych trudnych sprawach polsko-żydowskich, to należy podkreślić, że w ostatnich 10 latach wiedza o tym, co się wydarzało niedobrego w tych stosunkach, szczególnie w czasie okupacji, bardzo się poszerzyła. Tak więc to, co było trudne do przełknięcia jeszcze jakieś 20 lat temu, dzisiaj już weszło do sfery faktów historycznych, z którymi trzeba się zmierzyć. A można się z nimi mierzyć w różny sposób – można je negować lub bagatelizować, można się kłócić o proporcje, można je osądzać, albo starać się je zrozumieć. Jednakże Polakom trudno jest tak nagle zmienić widzenie samych siebie, które przecież bardzo się zmitologizowało i oddaliło od rzeczywistości.

– Właśnie o to chciałem zapytać: jak ocenia Pani ten proces samo-rozliczania się Polaków ze swojej przeszłości, która nie pozbawiona była przecież momentów wstydliwych, czy nawet haniebnych?

– Ja go oceniam bardzo pozytywnie. Przy czym, to jest dla mnie zupełnie zrozumiałe – ten bunt, niechęć, odrzucanie rzeczywistości, która bardzo kłóci się ze zmitologizowanym, przeidealizowanym oglądem samych siebie. A my byliśmy do tego przyzwyczajeni, bo to poprawiało naszą samo-ocenę.

– To zresztą odnosi się do każdego narodu.

– Tak, i Polacy nie są tutaj wyjątkiem. Zwłaszcza że sam komunizm pewne takie procesy zamroził zamroził, nie pozwalając się tym zajmować, bo to by oznaczało wbijanie sobie noża w plecy. Ale w momencie, kiedy przyszła wolność, i kiedy pewne fakty zaistniały w świadomości publicznej – Gross z „Sąsiadami” odegrał tutaj szczególną rolę, chociaż nie on pierwszy o tym pisał – to zaczęło się zmieniać. Jednak głównie przyczynił się do tego Gross –  bo jego sposób pisania, pewna taka „płomienność” uprawiania publicystyki historycznej, powoduje, że to do szerszej publiczności dociera. Jak wiemy, pierwsze reakcje na „Sąsiadów” były bardzo gwałtowne. Wielu poważnych historyków, zwłaszcza ze starszego pokolenia, kwestionowało fakty. Ale później, kiedy zaczęły się głębsze badania historyczne nad materiałami źródłowymi, okazało się, że są to fakty, których nie można negować – i że nie były one wcale odosobnione. Cała grupa historyków młodszego i średniego pokolenia zaczęła się zajmować tą tematyką, odkrywać i przerabiać informacje ze źródeł, które dotychczas spoczywały zakurzone gdzieś w jakichś archiwach. No i wyszły przy tym rzeczy bardzo trudne, bolesne i nieprzyjemne, po których Polacy już nie mogą powiedzieć, że jak jeden mąż byli wszyscy niewinnymi, bohaterskimi ofiarami, bo jednak ta rzeczywistość była w tamtych czasach – zwłaszcza na wsiach – znacznie bardziej złożona.
Jednak w ostatnich czasach widzę tu jakąś zmianę. Bo kiedy na początku, zwłaszcza przy „Sąsiadach”, negowano fakty, to dzisiaj już nikt poważny – czy to z prawicy, czy z lewicy – tych faktów nie neguje. Istnieje spór o interpretacje faktów, o skalę tych wydarzeń, ale te fakty weszły już do społecznego obiegu, są w tej świadomości społecznej i ludzie się z tym mierzą. Np. młodsze pokolenie pragnie to zrozumieć – nie chce jednak czuć się za to odpowiedzialne, ale uświadomić sobie swój własny stosunek do tego problemu. Musimy starać się zrozumieć – i to po obu stronach – gdzie były tego korzenie. One oczywiście były złożone – tych kwestii nie da się jakimiś prostymi receptami załatwić. Tym niemniej, odkrywszy i zrozumiawszy źródła tego wszystkiego, uczymy się także prawdy o nas samych. I Żydzi polscy, i Polacy.

– Holocaustem zajmują się nie tylko historycy. Robi to także literatura, kino, sztuka… Zwykle jednak – być może z konieczności – twórcy skupiają się przy tym na jakiejś specyficznej opowieści, detalu, ograniczonej grupie ludzi, czy nawet jednym bohaterze. Czy nie uważa Pani, że takie arbitralna w sumie wybiórczość i skupianie się na małym fragmencie rzeczywistości, nie pociąga za sobą niebezpieczeństwa uogólnienia czy też uniwersalizacji czegoś, co było czymś epizodycznym, a co staje się nagle czymś ważnym – czymś co spycha na dalszy plan inne elementy znacznie bardziej przecież skomplikowanej rzeczywistości?

– Wie Pan, to jest pytanie takie trochę abstrakcyjne, ogólne… Bowiem kiedy przychodzimy do szczegółów, to widzi się je tak, a nie inaczej. Jeśli chodzi Panu o to, że sprawy stosunku polskich obywateli do obywateli polskich pochodzenia żydowskiego – zwłaszcza w drugim okresie niemieckiej okupacji – są marginesowe, to ja jestem innego zdania.

– Oczywiście ja też nie uważam, że były one marginesowe. Ale chodzi mi o coś innego. Na przykład w Pani najnowszym filmie widzimy, jak uratowało się kilkanaście osób, które przez ponad rok ukrywały się we lwowskich kanałach. Natomiast prawie zupełnie „zapominamy” przy tym o tych setkach czy tysiącach, którym się to wtedy nie udało. Czyżby tylko dlatego, że nie lubimy sobie opowiadać takich beznadziejnych, ale przecież równie prawdziwych, historii?
Podobnie Gross skupił się na jednej fotografii, której autentyzm i okoliczności w jakich powstała, są kwestionowane – a trudno zaprzeczyć, że zaczyna to rzutować na całość obrazu tego, co działo się w tamtych czasach.

– To jest sprawa pewnej uczciwości intelektualnej. Również tego, do jakiego stopnia służy to zaciemnianiu obrazu, a do jakiego stopnia temu, by widz czy odbiorca mógł zrozumieć o co chodzi w tym przekazie. Ja się z Panem zgadzam, że większość filmów… właściwie wszystkie filmy, które opowiadają o Holocauście, mówią o tych, którzy się uratowali – oni są na ogół bohaterami. Tymczasem tych ludzi było w sumie mało. Z 6 mln. polskich Żydów, uratowało się jakieś 300 – 350 tysięcy, a więc zaledwie 5 – 7 %. Ale trudno byłoby zbudować jakąś strawną dla widza opowieść, w której wszyscy zostają wymordowani i która kończy się w komorze gazowej. Pojawia się tu pytanie, czy widz współczesny mógłby taką opowieść znieść. Ja jednak myślałam o tym, że gdybym kiedykolwiek jeszcze robiła film o Holocauście, to poszłabym znacznie dalej i pokazałabym, że nikt się nie uratował – że z danej rodziny, czy społeczności zginęli wszyscy, a ostatni człowiek, który ocalał, zostaje już po wojnie zastrzelony przez jakiegoś bandytę. Można tak oczywiście opowiadać, i to jest prawda, statystyczna. Natomiast żeby ta prawda o grozie zagłady dotarła do współczesnego człowieka, to ona jednak musi mieć jakąś możliwość komunikacji i identyfikacji, a przecież trudno jest się identyfikować z 200 osobami zamordowanymi w komorze gazowej. Działa tu taki prosty mechanizm percepcji.
Jeśli zaś chodzi o Grossa i jego fotografię, to ja uważam, że był to dość nieszczęśliwy pomysł. Ale w gruncie rzeczy to, czy ta fotografia była prawdziwa, czy nie była, nie ma większego znaczenia. Ważne jest, że fakty które on opisuje i wnioski, które wysnuwa, są prawdziwe.
Lecz to były fakty, mimo wszystko, znane wcześniej. Ja jeszcze w latach 70-tych rozmawiałam z ludźmi, młodymi antropologami, etnografami, którzy badali ludność wokół Treblinki – bo to był ciekawy temat jak wygląda los społeczności, która przez parę lat była świadkiem największego w dziejach ludzkości morderstwa, jeśli chodzi i szybkość zabijania i ilość ofiar (nie wiem, może teraz Rwanda to przebiła). Tak, że o tych wykopaliskach, o tym złocie, o tym przekupstwie i korupcji… o tym się wiedziało i o tym się mówiło, tylko że to gdzieś ginęło, nie było nagłaśniane. Wiadomo było także o tym, że ilość chorób psychicznych i alkoholizm w tych wsiach wokół Treblinki jest znacznie większy, niż – i tak już wysoka – polska średnia.

– Chodzi o lata 70-te?

– Tak. To pokazuje, że ci świadkowie zapłacili straszna cenę za to, że byli tak blisko tej zbrodni, nawet jeśli próbowali się od tego jakoś odciąć. To wszystko są bardzo złożone sprawy.
A wracając jeszcze do Grossa: niektórzy mają go za jakiegoś diabła wcielonego, ale i są tacy, którzy twierdzą, że zrobił one jednak coś pożytecznego, bo potrząsnął świadomością ludzi. Inni zaś uważają jednak, że używany przez Grossa język i sposób uprawniania przez niego publicystyki (bo to nie są badania naukowe sensu stricto, tylko rodzaj publicystyki historycznej) – że to w jakiś sposób przekreśla wartość jego książek. A jeszcze inni mówią – skądinąd słusznie – że gdyby nie używał takiego języka, to w ogóle by się nie przebił. Bo innych książek na podobne tematy – świetnie skądinąd udokumentowanych, bardzo wartościowych – jest wiele, tyle że nikt o nich nie wie. Ale o Grossie wie każdy. Więc to jest taki rodzaj metody, w której chodzi o pewne skandalizowanie, ale która zwraca jednak uwagę na coś istotnego i prawdziwego.

– Czym w takim razie jest prawda?

– Ja uważam, że prawda jest czymś koniecznym. Moim zdaniem jedną z największych słabości Polaków w historii – przynajmniej od czasów saskich, może nawet wcześniej – jest trudność zmierzenia się z własnymi problemami. Że zawsze w jakiś sposób te problemy się eksterioryzuje, czyli, jeżeli coś nie wychodzi, albo wychodzi źle, to nigdy nie jestem winny ja, bo ja jestem bez skazy, a zawsze winien jest ktoś inny – jakiś Ruski, Niemiec, Żyd… A to bardzo osłabia, bo wtedy, zamiast się zastanowić gdzie my zawiniliśmy i gdzie coś można naprawić, to się buduje jakieś takie teorie różne, jak to było np. ze Smoleńskiem, żeby tylko oskarżyć kogoś innego, a żeby nasi byli niewinni. To rzeczywiście doprowadza do tego, że ten mechanizm samo-naprawczy jest zaburzony.
Lecz wydaje mi się, że to się zmienia, że nowe pokolenie, które już nie ma takich kompleksów, patrzy już na to inaczej. Bo to jest jednak sprawa kompleksów – jeśli nie czuję się w pełni wartościowy i jeśli inni zobaczą moje słabości, to tym bardziej mnie osądzą i napiętnują.

– Pani Agnieszko, pozwolę sobie teraz zadać pytanie, które być może jest pytaniem bardzo osobistym. Otóż kiedy Pani myśli o tamtych okrutnych czasach – a mówimy tu o Holocauście, okupacji, pogromach – to co Panią najbardziej boli, może przeraża… i gdzie szuka Pani otuchy i nadziei.

– Wie Pan, trudno w tym wszystkim znaleźć otuchę… chociaż… otuchę mogą dawać wszyscy ci, którzy przekroczyli tę granicę strachu i dla których przyzwoitość – czasem umotywowana religijnie, często w ogóle nie – była jakimś najważniejszym nakazem postępowania. To są ci tzw. „sprawiedliwi”.
Jeśli zaś chodzi o to, co przeraża najbardziej, to jest to skrajne doświadczenie.
Właśnie… dlaczego się ciągle wraca do Holocaustu? Bo było to graniczne doświadczenie ludzkości, w którym zobaczyła ona swoją najgorszą twarz. Jednocześnie niemożliwe jest wytłumaczenie tego, nie sposób tego zracjonalizować. Były wojny o bogactwa, terytoria – one wszystkie miały jakiś racjonalny korzeń. No a tutaj trudno powiedzieć, że o te złote zęby toczyła się ta wojna, prawda?

– Czy jednak było to zupełnie takie irracjonalne? Zygmunt Bauman w swojej książce „Zagłada a nowoczesność” odnajduje w postępowaniu hitlerowców motywy racjonalne, pisząc wprost, że Holocaust był niejako konsekwencją rozwoju państwa nowoczesnego.

– Tak, ale to jest próba szukania jakichś mechanizmów a posteriori. To jest dla mnie takie trochę marksistowskie podejście, skażenie historycznym determinizmem. Ja patrzę na to w kategoriach ontologicznych, czy nawet metafizycznych – i zastanawiam się, jak to się dzieje, że w człowieku wyzwala się nagle taki ogromny potencjał zła. A wiemy, że to nie chodzi tylko o Niemców – że to jest możliwe w każdym narodzie i w każdej chwili. Znamy przecież wyniki różnych badań naukowych – np. psychologów amerykańskich – w których okazywało się, że z przyzwoitych, dobrze wychowanych, inteligentnych ludzi, bardzo łatwo można zrobić esesmanów, właściwie w ciągu paru zaledwie sesji.
Chodzi tu więc o jakąś tajemnicę Zła, przed którą ciągle stoimy.

– Czy zatem to zło jest w istocie banalne, czy też może jednak – jak by to sugerowało Pani ostatnie zdanie –  metafizyczne?
Czy zło ponadto nie jest jednak czymś względnym? Czy to, że coś uznamy za złe nie zależy od historycznego kontekstu, od okoliczności, epoki…?

– Nie. W moim systemie wartości istnieje coś takiego jak zło absolutne. A ono nie jest względne, ono jest złe.

– Czyli radykalne?

– Tak. Przypomina to może chrześcijański punkt widzenia, bo dla chrześcijanina istnieje diabeł i on jest złem wcielonym. Nie ma czegoś takiego, że jemu można odpuścić. Diabeł nie może być zbawiony.

– Kiedyś się zastanowiłem nad tym, co by było, gdyby jednak Hitler wygrał wojnę i ideologia faszystowska zdominowała świat a my jakimś cudem byśmy w tym świecie się urodzili. Mnie to niemal przeraziło, bowiem uświadomiłem sobie nagle, że wtedy Hitlera moglibyśmy uznać za największego i najwaleczniejszego człowiek w historii, a ideologię faszystowską za najlepszą rzecz, jaka się przytrafiła ludzkości.

– No, ja bym pewnie nie żyła.

– Ja chyba też. Ale o co mi chodzi. Czy aby na pewno zła nie możemy nazwać złem tylko w pewnej konkretnej rzeczywistości historycznej, odnosząc się do obowiązującego w niej systemu etycznego? To by wskazywało na to, że pojęcie zła jest jednak relatywistyczne.

– Dlatego bardzo ważne są podstawowe wartości etyczne. Dekalog jest bardzo ważny, bo wtedy nie można zła relatywizować. Po prostu są rzeczy, których nie wolno robić.
Istnieje coś takiego, jak instynkt samozachowawczy ludzkości. I niezależnie od tego, czy się wierzy w Boga, czy się w Niego nie wierzy, czy ten system etyczny zesłała nam jakaś Siła Wyższa, czy też społeczeństwa same go wypracowały – to kieruje tym wszystkim pewien instynkt samozachowawczy, bo gdyby go nie było, to i nas by już nie było. To zło bowiem tak łatwo nam przychodzi, że już dawno byśmy się nawzajem wszyscy powyrzynali.

– Czyli w czasie II wojny światowej też było to manichejskie zmaganie się dobra ze złem i udało się nam, czyli ludzkości, jednak po tej jasnej stronie Mocy pozostać.

– Tak, ale musimy pamiętać, że nie jest to nam dane raz na zawsze. To się czuje zwłaszcza teraz. Ten kryzys ma potencjał wyzwalania rzeczy, których nie możemy sobie nawet wyobrazić. Tak więc, te nasze zmagania są nieustanne. I nie wiemy, czy do końca dziejów naszej planety, ktoś odniesie jakieś definitywne zwycięstwo.
Ale optymistyczne jest to, że ta przestrzeń wolności, wzajemnej tolerancji, cały czas się jednak poszerza. Chociaż też nie wiadomo, czy to jest taki postęp linearny i czy w pewnym momencie nie nastąpi jakaś reakcja i znowu nie wrócimy do jakiejś koszmarnej rzeczywistości.
Tak więc ja jestem taką pesymistyczną optymistką, albo optymistyczną pesymistką. Wydaje mi się, że mamy jeszcze jakieś szanse, ale że przy tym musimy się starać i pamiętać, że nic nie jest nam dane za darmo.

Pani Agnieszko, wiele lat temu napisałem tekst o poetach przeklętych, w którym nawiązałem m.in. do Pani filmu „Całkowite zaćmienie”, gdzie ukazała Pani dwóch takich kultowych „gagatków”, a mianowicie Rimbauda i Verlaine’a. Zaznaczając, że oczywiście teraz ów tekst napisałbym pewnie inaczej, i że dystansuję się do niektórych moich ówczesnych stwierdzeń, chciałbym zacytować jeden z jego fragmentów, gdzie znajduje się także Pani wypowiedź pochodząca z wywiadu, jakiego udzieliła Pani przy okazji pokazu tego filmu w Chicago:

„Bardzo cenię sobie szczerość. Dlatego też podziwiam Agnieszkę Holland za odwagę przyznania się explicite do tego, że podziela ona wraz z poetami przeklętymi jedną perspektywę: nihilizm. Bowiem czyż nie tak właśnie potraktować można jej własne wyznanie?:Nasze życie jest okrutne i absurdalne, a losy ludzkie są anonimowe i właściwie bezsensowne. Ktoś żyje, cierpi, kocha, robi głupstwa, rodzi dzieci, umiera i… co?’
I co !?
A czyż właśnie to nie jest sensem naszego życia: żyjemy, cierpimy, kochamy, robimy głupstwa, rodzimy dzieci, umieramy…?”

Przyznam się, że nie raz chciałem osobiście zadać Pani to pytanie. I oto teraz pragnienie to się spełnia. Czy naprawdę Pani uważa (nadal), że nasze życie rzeczywiście jest takie bezsensowne?

– Wie Pan, jak człowiek jest młody – chociaż ja akurat wtedy nie byłam już taka młoda i tak naprawdę, mówiąc to, myślałam o Rimbaud – to sobie zadaje takie podstawowe pytania ontologiczne. Ale później, zwykle, właściwie przez całą naszą dorosłość, aż do naszej wcześniejszej starości, takich pytań w zasadzie już sobie nie zadajemy, bo właśnie robimy to, o czym pan powiedział. Tyle że w końcu przychodzi ta chwila próby i ludzie różnie ten moment próby odbierają. Nie wiem zresztą, czy ten moment można nazwać próbą, czy to po prostu jest nasz koniec.
Czytałam niedawno w Gazecie Wyborczej wywiad z Magdaleną Tulli, która opisywała w nim umieranie swojej ciotki, umierającej na białaczkę. I ona, będąc już po 80-tce, powiedziała coś takiego: nikt mi nie powiedział, że to wszystko się tak głupio kończy. No więc… czy to jest prawda o tym końcu, czy też są może jakieś inne prawdy? Z kolei ja pamiętam jak w szpitalu w Szwecji umierała moja ciotka – była na morfinie, bo to był rak płuc – i kiedy z nią rozmawiałam przez telefon, to usłyszałam od niej: słuchaj, nie uwierzyłabyś nigdy co się dzieje, jakie to jest wszystko ciekawe…
Mam nadzieję, że i ja tak to będę odbierać jak moja ciotka – bo ciekawość zawsze była głównym motorem moich wyborów.
Ale tego też nie wiadomo na pewno.

*  *  *

(Zdjęcie własne: Agnieszka Holland w Chicago, 4 listopada, 2011 r.)

Dalszy ciąg wywiadu z Agnieszką Holland przeczytać można TUTAJ.


CZY BOGOWIE DOMAGAJĄ SIĘ KRWI?

Co jakiś czas, z regularną natarczywością, dobija się do naszej świadomości jeden z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych problemów współczesnego świata, jakim jest konflikt palestyńsko-izraelski. Ostatnio, tematyka ta powróciła na prasowe łamy w związku z mającym się odbyć na najbliższej, wrześniowej sesji Zgromadzenia Ogólnego NZ, głosowaniem nad uznaniem Autonomii Palestyńskiej jako suwerennego państwa. Choć najprawdopodobniej wynik samego głosowanie w praktyce niczego istotnego nie zmieni, to jednak może się stać symbolicznym gestem zwracającym uwagę na mizerię tego, co się na Bliskim Wschodzie dzieje – na tragiczną sytuację pozbawionych swojego państwa Palestyńczyków i gordyjski węzeł z jakim próbują się uporać Izraelczycy. Na wszelki wypadek w samym Izraelu ogłoszono stan podwyższonej gotowości – jeśli nie bojowej, to takiej, która zdolna byłaby dać sobie radę z masowymi protestami i demonstracjami mogącymi przerodzić się w kolejną intifadę. Miejmy nadzieję, że do rozlewu krwi jednak nie dojdzie. A tymczasem dobrze byłoby przypomnieć sobie o co i dlaczego od ponad 60 lat walczą ze sobą Arabowie i Żydzi.

*

Żydzi i Palestyńczycy walczący ze sobą na Bliskim Wschodzie znaleźli się w tym ślepym zaułku, do którego nazbyt często wydaje się zapędzać ludzi ich atawistyczny instynkt agresji – popęd śmierci i zniszczenia. Także wola dominacji i żądza podboju, którą zawsze usprawiedliwia się własnym „żywotnym” interesem. Agresję, zwłaszcza w zderzeniu dwóch różnych kultur i religii, najmocniej wspiera fanatyzm.
Jest to tragiczną ironią, a zarazem fatalnym świadectwem wystawionym ludzkości, że właśnie w miejscu, które dla wyznawców trzech wielkich światowych religii jest święte – jako że podług nich symbolizuje ono przymierze z Bogiem i kontakt ze Stwórcą – odbywa się od tysięcy lat wzajemne mordowanie.

Nie wdając się jednak w metafizyczne dywagacje, spójrzmy trzeźwo na obecną sytuację w Izraelu i okupowanej Palestynie.
Jakie są rzeczywiste źródła toczącej się tam nieprzerwanie od wielu lat wojny? Czy istnieją jakieś perspektywy wyjścia z błędnego koła wzajemnej wendety? Kiedy skończy się nienawiść, zabijanie i odwet?

PROBLEMY Z GŁOWĄ

Jestem przekonany, iż fundamentalne przyczyny nie kończącej się wojny między Palestyńczykami a Żydami nie leżą w sporze o ziemię, a w umysłach tworzących te narody ludzi. By ustał konflikt na Bliskim Wschodzie, musi się zmienić sposób myślenia adwersarzy i zniknąć mur, jaki pojawił się w ich głowach.
Możemy więc sobie teraz wyobrazić skalę trudności w dążeniu do zaprzestania walki i wyplenienia nienawiści: wygląda to tak, jak byśmy chcieli zmienić ludzką mentalność. To dlatego niektórzy, mówiąc o szansach pokoju, wskazują na konieczność wymiany całego pokolenia, a może nawet i kilku pokoleń. Zgodnie z tą prognozą, obecna generacja pokoju na Bliskim Wschodzie się nie doczeka. Być może doczekają się jej dzieci, ewentualnie dopiero wnuki.

Niektórzy sądzą, iż wyjściem z kryzysu byłoby utworzenie niezależnego państwa palestyńskiego, przy równoczesnym zlikwidowaniu problemu milionów palestyńskich uchodźców. Lecz tego – jak pokazuje rzeczywistość – nie można dziś osiągnąć ani pokojowo, ani zbrojnie. Istny gordyjski węzeł poplątany jak zwoje mózgowe fanatycznych Żydów i Arabów.
Zakładnikami tej sytuacji są obecni liderzy obu stron. Mimo swych zdecydowanie pokojowych deklaracji, w głębi duszy w pokój nie wierzą, więc tak naprawdę do niego nie dążą. (Bowiem jak można dążyć do czegoś, w co się nie wierzy?) Jeszcze o Jaserze Arafacie mówiono, że nie chce on ani pokoju ani wojny, co tylko tę supozycję potwierdza.

Wszystko wskazuje na to, że Arabowie i Żydzi są na egzystencję obok siebie skazani. Jedynym logicznym rozwiązaniem w takiej sytuacji byłoby więc utworzenie dwu-narodowego państwa. W tej chwili jest to niemożliwe, bowiem obie strony zachowują się tak, jakby chciały zaprzeczyć racji istnienia narodu przeciwnika.
Czy będzie to możliwe w przyszłości?

UKĄSZENIE MAŁPY

W poszukiwaniu przyczyn wojny między Arabami a Żydami moglibyśmy zawędrować aż do człowieka pierwotnego, zadając pytanie: skąd mord i agresja wśród ludzi? I niewykluczone, że uświadomienie sobie tych pierwotnych źródeł podziałałoby na nas zbawiennie i oczyszczająco, bowiem racjonalizacja często bywa ulgą dla targanej sprzecznościami, pełnej nierozwiązanych konfliktów, ludzkiej psyche.
Racjonalizacją jest też spojrzenie na arabsko-żydowski kryzys z perspektywy najnowszej historii. Według tej opcji, przyczyny wojny są proste i oczywiste: podział Palestyny po wycofaniu mandatu brytyjskiego, po którym w 1948 roku doszło do proklamowania przez Żydów państwa Izrael. Państwo palestyńskie przestało istnieć, a 2/3 jego społeczeństwa zostało wykorzenione z ojczyzny. Wojsko izraelskie zajęło 94% ziemi palestyńskiej, ponad 400 wiosek arabskich zostało zrównanych z ziemią, a na miejsce wygnanych Palestyńczyków wprowadzili się Żydzi tworząc kibuce. Każde więc osiedle żydowskie powstałe po 1948 roku, zostało zbudowane na ziemi, która do tej pory była własnością Palestyńczyków.
Wsparcie jakie otrzymał (i nadal otrzymuje) Izrael od diaspory, Syjonistów, a zwłaszcza od Stanów Zjednoczonych, umożliwił nie tylko przetrwanie nowego państwa (przy okazji Żydzi zdobyli nawet broń atomową), ale i wzmocnienie jego ambicji ekspansjonistycznych. Młode państwo izraelskie nie unikało agresywnej, zaborczej i nie przebierającej w środkach polityki, która zrodziła nienawiść świata arabskiego, i to zarówno do Żydów, jak i do Amerykanów.
Aktem brutalnym i łamiącym międzynarodowe prawo, było zajęcie w 1967 roku przez Izrael Zachodniego Brzegu Jordanu, Strefy Gazy i Jerozolimy. Okupacja tych terenów – wbrew rezolucji ONZ – trwa po dzień dzisiejszy a rozwój wypadków w ostatnim czasie nie wskazuje raczej na zmianę tej sytuacji.
Setki tysięcy ludzi zostało wyzutych z ziemi, wypędzonych z własnych domów. Liczba palestyńskich uchodźców rozproszonych po całym Bliskim Wschodzie sięga dziś 4 milionów. Są to społeczności pozbawione bezpieczeństwa, godnego bytu, podstawowych praw, w tym wolności.

Na jakich podstawach może więc zaistnieć stabilizacja? Dziwne wręcz byłoby, gdyby w takich warunkach istniała.
Biorąc to pod uwagę, wszelkie akcje Palestyńczyków uznać można za opór przeciw okupantowi. W takim kontekście, Żydzi mogą się wydawać nie tyle ofiarami – jak się zazwyczaj przedstawiają światu – a agresorami.
Mając to wszystko na względzie, szukanie bezpośredniego powodu wybuchu ostatniej intifady rzeczywiście nie ma większego sensu. Czy były to kamienie palestyńskich chłopców, albo może kule izraelskich żołnierzy… i kto zaatakował pierwszy? – to wszystko w istocie swej nie ma znaczenia, będąc w zasadzie tylko manifestacją nierozwiązanego konfliktu, pretekstem ujawniającym głębsze, stale obecne i rozległe przyczyny.
Ten problem inicjacji tragedii przypomina owo śmiertelne ukąszenie pewnego króla przez jego małpkę. Wówczas – a jest to fakt historyczny – zgon władcy pociągnął za sobą wojnę, w której zginęło ćwierć miliona ludzi. (Pisał o tym w swoich pamiętnikach Winston Churchill, a przypomniał jeden z numerów „The New York Review of Books”.)

Scena uchwycona przez francuskiego kamerzystę Talala Abu Rahama 30 września 2000 r. w ogarniętej drugą intifadą okupowanej strefie Gazy: podczas jednego z palestyńskich protestów, Jamal Al-Durrah wraz ze swoim 12-letni Muhammadem usiłują ukryć się przed ogniem izraelskich żołnierzy. Mimo, że byli nieuzbrojeni, nie stanowiąc żadnego zagrożenia dla strzelających żołnierzy, i mimo wołania ojca o przerwanie ognia, chłopiec został zabity a jego ojciec postrzelony w rękę, nogę, udo, miednicę i brzuch. Izraelscy żołnierze zabili też wtedy kierowcę ambulansu, który usiłował udzielić im pomocy.

BOMBA W SYNAGODZE, KARABIN W MECZECIE

Biblię nazwano najbardziej krwawą księgą świata – tyle w niej opisów wojen, morderstw, zdrad i nikczemności. Sam Jahwe z początku był nawet bogiem wojny. Koran został przekazany Muzułmanom przez proroka Mahometa – pośrednika Allaha – który zdobył Medynę środkami bynajmniej nie pokojowymi.
Ludy semickie, do jakich nota bene zaliczają się nie tylko Żydzi ale i Arabowie, od tysięcy lat żyły w rzeczywistości krwawej i brutalnej. I ten gwałt musiał znaleźć odbicie w wyznawanych przez nich religiach.

Jaką rolę w konflikcie na Bliskim Wschodzie odgrywają kwestie wyznaniowe? I czy uwikłani weń ludzie czerpią agresywną bojowość ze swoich religii?
Otóż nie przeceniałbym tego.
Owszem, w niektórych przypadkach inspiracja religijna ma wielkie znaczenie podsycając ogień walki. Lecz generalnie nie jest ona czymś decydującym. (Również mahometanie zobowiązani są przez Koran do przestrzegania takich cnót, jak np. dobroć, uczciwość i pracowitość.)

Zresztą, prawdziwa religijność w zasadzie nigdy nie jest destrukcyjna. Bardzo destrukcyjny jest natomiast fanatyzm. A ten po obu stronach przejawia się często, lecz raczej pełni on rolę instrumentalną (zagrzewając np. do walki), a nie źródłową, tzn. bywa środkiem a nie przyczyną.
To oczywiste, że linia frontu wojny między Arabami a Żydami przebiega na styku islamu i judaizmu, przez co polem bitwy stają się niekiedy synagogi i meczety. Miejscem najbardziej spornym i kluczowym, jest Świątynne Wzgórze, zwane przez Arabów Haram al-Sharif, gdzie stały kiedyś najświętsze dla żydowskich ortodoksów Pierwsza i Druga Świątynia, i skąd Mahomet został, według wierzeń muzułmańskich, zabrany na latającym rumaku do nieba.
Nie sądzę jednak, że religia jest rdzeniem tej wojny. Miejsca święte i fenomeny związane z kultem są raczej symbolami, poprzez które manifestują się antagonizmy osadzone na innych podstawach. Oczywiście, że wpisana immanentnie w islam wiara w Allaha, który rozkazuje Muzułmanom „świadczyć przeciw reszcie ludzkości” (jak to jest zapisane w samym Koranie), a nawet brać udział w dżihad, czyli Świętej Wojnie przeciw giaurom (niewiernym), nie przyczynia się raczej do pokojowej inspiracji Arabów, lecz poza fanatykami i terrorystami nie znajduje ona chyba większego odzewu.
Zaznaczmy jeszcze na koniec, że prawdziwie dobry Stwórca nie może żądać od ludzi jakiejkolwiek okrutnej ofiary. Powtarzane czasem przekonanie, że bogowie łakną krwi jest szaleńczym wymysłem biednego i ograniczonego człowieka, który poddaje się swoim atawizmom i agresywnym instynktom.

ZDERZENIE CYWILIZACJI

Palestyńczycy się buntują, ponieważ są nieszczęśliwi. Są nieszczęśliwi, ponieważ nie są wolni, tudzież mają mocne poczucie dziejącej się im krzywdy i niesprawiedliwości. Odczuwają niesprawiedliwość, jako że w każdym bliskowschodnim kraju, w którym żyją – a więc nie tylko w Izraelu, ale i we wszystkich ościennych państwach arabskich, gdzie znajdują się obozy uchodźców – są traktowani jak ludzie drugiej kategorii. Ich status państwowy jest tam nieokreślony.
Tzw. Autonomia Palestyńska jest fikcją, bowiem pod kontrolą Izraela pozostają wszystkie kluczowe sfery: od granic i dróg po zasoby wodne i energię. Nie bez znaczenia jest również korupcja jaka rozpanoszyła się w wyższych sferach palestyńskich instytucji.
Zażegnać bunty Palestyńczyków mogłaby tylko zmiana ich obecnego położenia, która zdołała by usunąć wszystkie zasadnicze przyczyny ich nieszczęścia.

Jednym z warunków pokoju – i nie odnosi się to tylko do sytuacji na Bliskim Wschodzie – jest to, by żadna grupa nie czuła się zagrożona ani zdominowana przez inne. A także to, by ludzie posiadali materialne podstawy do życia w godności; by mieli możliwość realizowania samego siebie; by chciwość nie dominowała ludzkich dążeń; wreszcie – by odrzucić przemoc jako środek służący rozwiązywaniu konfliktów.
Żaden z tych warunków nie jest na Bliskim Wschodzie spełniony.

Palestyńczycy znajdują się w fatalnej sytuacji ekonomicznej, nie mogą zaspokoić swoich podstawowych potrzeb, bezrobocie jest ogromne… Mówiąc wprost: żyją oni w opłakanej nędzy, która ostro kontrastuje z położeniem materialnym większości obywateli Izraela. (Bez znaczenia w tej sytuacji jest to, czemu Żydzi zawdzięczają swój dobrobyt – pomocy z zewnątrz, czy też własnym zdolnościom oraz przemyślności w urządzaniu państwa i gospodarki.)
Wystarczy porównać dochód narodowy Izraela z tym, jaki uzyskują Palestyńczycy. Jest to odpowiednio: $100 miliardów i $4 miliardy. Roczny dochód narodowy na jednego mieszkañca wynosi więc $17 tysięcy w Izraelu i tylko $1,3 tysiąca w Palestynie. Olbrzymia jest też dysproporcja w liczebności obu armii: 135 tysięcy żołnierzy w wojsku izraelskim i 35 tysięcy w policji (bo nie jest to regularna armia) palestyńskiej. Jeśli zaś chodzi o ilość i jakość uzbrojenia – to jest to poza wszelkim porównaniem. Jakie są więc podstawy do równowagi obu sił?

Wielką szansą byłby równomierny rozwój ekonomiczny regionu. Oby tak ludzie zajęli się handlem, przemysłem i gospodarką, a nie sporami terytorialno-granicznymi; gdyby tak powstrzymali się od odwetu i wyzbyli nienawiści, prowadząc równorzędny dialog. Tylko jak to osiągnąć bez żadnych ustępstw, gdy nie ma równości i gdy króluje zaciekłość?
Prezydent Szymon Peres, (również wieloletni minister spraw zagranicznych Izraela) – człowiek, z którego opinią wszyscy się liczą – stwierdził swego czasu, że konflikt palestyńsko-izraelski jest zderzeniem cywilizacji, ale bynajmniej nie religijnych, a raczej świata biednego i zacofanego ze światem bogatym i rozwiniętym. Proponował on skoncentrowanie się na reformach rynkowych, rozwoju technologicznym, gospodarczym postępie. Lecz to słowa, które jak na razie pozostają bez konsekwencji; słowa, które niczego nie rozwiązują… No i łatwo je wypowiadać, bo nic nie kosztują. A w świecie arabskim wzbudzają nawet pewien niepokój, gdyż odbierane są jako dążenie do ekonomicznej hegemonii Izraela na Bliskim Wschodzie; dominacji, która oznacza wyzysk, a więc pogłębianie się materialnej nierówności.
Kolejne błędne koło.

KIEDY GINĄ DZIECI

Palestyńczycy mają prawo do własnego suwerennego państwa, a więc i do walki o niepodległość. Jednak prawdziwą hańbą i antyhumanitarnym skandalem jest uwikłanie w ten morderczy konflikt dzieci, których od wybuchu ostatniego powstania zginęło parę tysięcy. Arabowie ten udział nieletnich w wojnie usprawiedliwiają, a sam Arafat nazwał ponoć walczących chłopców „małymi generałami”.
Młodzież arabska nie widzi dla siebie żadnej przyszłości, stąd ich desperacja, która w ekstremalnych przypadkach sprowadza się do poświęcania własnego życia – do pragnienia zostania „męczennikiem”. W ten sposób karmi się fanatyzm. A ten jest niczym innym jak odbiciem narcyzmu grupy, która czuje się zdegradowana, prześladowana i poniżona.
Warto w tym miejscu podkreślić, że niedopuszczalne jest tu także usprawiedliwianie terroryzmu – zamachów, w których giną niewinni i przypadkowi ludzie; wysadzanie w powietrze autobusów z cywilami i tym podobne zbrodnicze akty.

Gwoli historycznej ścisłości, trzeba tu zaznaczyć, że terroryzm był zapoczątkowany w Palestynie w latach 20. i 30. XX wieku przez Syjonistów, którzy urządzali masakry na arabskich rynkach i podkładaniem bomb nękali Brytyjczyków, by przyśpieszyć ich wycofanie się z Palestyny.
Dzisiaj, dla Palestyńczyków, wymierzone w Żydów zamachy bombowe wydają się być jedyną dostępną bronią słabych i uciśnionych. Samobójcza desperacja postrzegana jest jako środek mogący dorównać skuteczności zniszczeń dokonywanych przez uzbrojoną po zęby izraelską armię – czołgi, helikoptery czy też używane do morderczych ataków amerykańskie myśliwce F-16.

Jest sporo prawdy w słowach Goldy Meir, która zapytana o to, kiedy między dwoma narodami nastanie pokój, odpowiedziała: „Kiedy będą bardziej swoje dzieci kochać, niż nas nienawidzić”. To samo można powiedzieć Żydom: nie zapanuje u was pokój, dopóki interesy własne i zaborczość będzie stawiana wyżej niż życie człowieka i uznanie ludzkiej godności waszych sąsiadów.

Ciała Izraelczyków zabitych przez bojowników Hamasu we wrześniu 2010 roku na Zachodnim Brzegu Jordanu (Photo: Baz Ratner/Reuters)

*

SAMI TWORZYMY RZECZYWISTOŚĆ

Lobby żydowskie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, usilnie propaguje pro-izraelski punkt widzenia. Stąd wynika stronniczość wielu amerykańskich środków masowego przekazu w przedstawianiu konfliktu między Arabami a Żydami. Docenia się tu znaczenie „drugiej władzy”: wygrana bitwa w mediach oznaczać może wygraną wojnę na Bliskim Wschodzie.
Mimo, że zdecydowana większość z nas nie ma żadnego wpływu na tę sytuację, to jednak warto jest określić naszą wobec niej postawę. Jeśli bowiem uznamy i zgodzimy się z tym, że światem rządzi przede wszystkim siła i pieniądz – to nie mamy żadnych moralnych podstaw do krytykowania Izraela, jego dążeń i poczynań.
Czy chcielibyśmy przystać na dyktaturę siły i pieniądza? Czy nie powinny ponad tym wszystkim stanąć wartości wyższe, takie choćby jak wolność, sprawiedliwość czy ludzkie życie? Warto sobie uzmysłowić, iż to co się wybierze, ma jednak ogromne znaczenie, gdyż zdolne jest konstytuować naszą rzeczywistość.
Taki mamy świat i taką cywilizację, na jaką sobie zasługujemy… tworząc własną hierarchię wartości.

MEMENTO (PO PROSTU I BEZ PATOSU)

Jeśli istnieć ma cywilizacyjny postęp wyrażający dążenie człowieka do nieagresywnego rozwiązywania międzynarodowych sporów i konfliktów, musi dojść do consensusu wysoko rozwiniętych państw świata, polegającego na konsekwentnym przestrzeganiu międzynarodowych umów i norm odrzucających przemoc. W imię tego postępu powojenny świat Zachodu nie może dziś – mimo swej agresywnej przeszłości i kolonizacyjnych grzechów – akceptować siłowej ekspansji terytorialnej jakiegokolwiek państwa, gdyż oznaczałoby to legitymizację przemocy, jako funkcjonującego do dzisiaj sposobu podporządkowywania sobie słabszych przez silniejszych, czyli przyzwolenie na dominację wykorzystującą gwałt i przemoc.
A na to, w XXI wieku, cywilizowana i dysponująca nieograniczonymi środkami zniszczenia ludzkość, nie może sobie pozwolić… Jeśli oczywiście chcemy jeszcze przez jakiś czas egzystować na tej planecie.

*  *  *

Powyższy artykuł napisałem w czasie, kiedy w Palestynie trwała tzw. druga intifada. Opublikowany on został na łamach wydawanego w Chicago „Dziennika Związkowego” w dniu 8 czerwca 2001 r. Tu warto wspomnieć o pewnym znaczącym incydencie, kiedy to w „Dz. Zw.” pojawił się mój tekst o Arielu Sharonie („Jastrząb z gałązką oliwną w dziobie”), krytykujący ówczesne (i wcześniejsze), graniczące ze zbrodnią wojenną, poczynania tego polityka i wojskowego, którego laureat nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez określił kiedyś mianem „zawodowego mordercy”. Wydawcą „Dz. Zw.” jest Związek Narodowy Polski, którego prezesem był wówczas Edward Moskal. Otóż Moskal, pełniący także funkcję prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej, mając zaproszenie do Waszyngtonu na jedną z sesji amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa, po przybyciu na miejsce został powiadomiony, że jednak jest personą non grata. Było oczywiste, że przyczyną zamknięcia waszyngtońskich drzwi przed nosem Moskala, był wspomniany artykuł o Sharonie, który ukazał się w wydaniu weekendowym „Dz. Zw.” dzień wcześniej.

Konflikt na Bliskim Wschodzie jest tematem, który zawsze mnie bulwersował i obok którego nigdy nie mogłem przejść obojętnie (jak zresztą obok wszystkiego, co dotyczy ludzkiej agresji i ludobójstwa). Tak więc, kiedy podczas mojego pobytu na Kostaryce parę lat temu dotarły do mnie wieści o akcji izraelskiej armii „Płynny Ołów” w strefie Gazy, to musiałem wyrzucić z siebie myśli, które wówczas cisnęły mi się do głowy. Część notatek, jakie wtedy powstały, pozwalam sobie przedstawić poniżej.

*

Podczas trwającej trzy tygodnie operacji wojska izraelskiego w Gazie zwanej „Płynny Ołów”, zabito około 1400 Palestyńczyków (Photo: NBI)

*

SZOK NAD PACUARE

Nie spodziewałem się, że kwestia ta dopadnie mnie nad rzeką Pacuare w Kostaryce – w bez wątpienia jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Co prawda, podczas podróży po Ameryce Środkowej, przypadkowo, co jakiś czas, docierały do mnie słowa i obrazy tego, co dzieje się teraz na Bliskim Wschodzie, to jednak zaraz absorbowały mnie bieżące sprawy związane z naszą włóczęgą – również dolegliwy ból, jaki towarzyszył mi przez kilka dni po mojej motocyklowej kraksie (dwa pęknięte żebra i mocno potłuczona stopa) na wyspie Ometepe w Nikaragui.
Doszło do tego silne trzęsienie ziemi, jakie przeżyliśmy wczoraj. Pacuare Lodge oddalona jest od wulkanu Poas – czyli od miejsca, gdzie było epicentrum – o dobre sto kilometrów, więc nie wydarzyło się tu nic tragicznego ani dewastującego, niemniej jednak naszym bungalowem zatrzęsło mocno, a ja zrazu myślałem, że po dachu biegnie stado małp.

REFLEKSJE W DŻUNGLI

Oto siedzę teraz na bajecznym tarasie Pacuare Lodge i zamiast kontemplować naturalne piękno przyrody, tudzież ożywczą dzikość otaczającej mnie puszczy, rozpamiętuję wieści, jakie dotarły do mnie ostatnio z ogarniętej płomieniami Gazy, przeglądam internetowe strony…
Nie chcę tutaj silić się na tanią dramatyzację, ale wszystko to wtrąciło mnie dosłownie w inny stan świadomości – przeniosło w pewien wymiar, który znajduje się gdzieś w moim mózgu – w sąsiedztwie „Jądra ciemności”, „Czasu Apokalipsy”, obrazów skąpanej w ogniowym napalmie dżungli…
Mimo to, wydaje mi się, że mój ogląd tego co dzieje się teraz w Gazie jest dość jasny, ostry i racjonalny. Daleki od jakichś mitologicznych, literacko – metaforycznych czy też technikolorowych wizji wojennego piekła, tudzież quasi-religijnego doświadczenia Dies Irae – gniewu bogów.
Wydaje mi się, że jak na dłoni widzę ludzką manipulację faktami, przyginanie ich do własnych wyobrażeń, kreowanie własnej wersji rzeczywistości – bezwiednie i wiednie – w aktach bardziej lub mniej świadomych, wynikających z cynizmu lub ignorancji.

ZBRODNIA

Nie mam wątpliwości co do tego, że w Gazie odbywa się właśnie – i to na naszych oczach – zbiorowy mord.
Jest to tragiczne w kilku wymiarach.
Po pierwsze – w wymiarze humanitarnym i eschatologicznym: to niewyobrażalne cierpienie umierających w tej chwili ludzi. Ludzi umierających najgorszym rodzajem śmierci – w bólu, opuszczeniu i braku godności.
Po drugie – dzieje się to wszystko przy obojętności (choć również i bezsilności) tzw. cywilizowanego świata, chlubiącego się wartościami kultury judeo-chrześcijańskiej, który, niestety, czasem wydaje się być również jakimś (po)tworem z gębą pełną humanitarnych frazesów.
Po trzecie – wszystko to oddala pokój na Bliskim Wschodzie, będąc kolejną kontrybucją składaną, wymyślonym zresztą przez nas, bogom wojny.
A wyrażając się inaczej: te akty gwałtu cofają nas w ewolucyjnym postępie ludzkości dążącej ku rzeczywistości bez wojen i masowego ludobójstwa – ku cywilizacji, w której brutalna przemoc będzie niczym innym jak szczątkowym, niemalże kopalnym, atawizmem. (Ale czy taka kiedykolwiek nastąpi?)

OKO ZA OKO ?

Uderza mnie pewna oczywistość, która, jak widzę, nie jest oczywistością w zachodnim świecie mediów, zwłaszcza amerykańskich: agresja Izraela, impet uderzenia i użyte środki w ataku na Gazę są niewspółmierne zarówno do odniesionych przez Izrael strat, jak i do rzeczywistego zagrożenia ze strony Palestyńczyków, a konkretnie – w tym przypadku – organizacji Hamas.
Weźmy tylko pod uwagę to jedno zestawienie: w ciągu 8 lat palestyńskie rakiety spowodowały śmierć około 18 Żydów. W tym czasie izraelskie naloty bombowe zabiły około 1290 Palestyńczyków. Do tej ostatniej liczby trzeba jeszcze teraz dodać ponad 900 śmiertelnych ofiar, jakie ponieśli Palestyńczycy tylko w ciągu ostatnich paru tygodni po rozpoczęciu bombardowań i wkroczeniu wojsk izraelskich do Gazy. (Avi Shlaim, jeden z profesorów Oxfordu, sam będący Żydem, który w latach 60-tych służył w izraelskiej armii, uznał to za korupcję biblijnej zasady, używając określenia: „oko za rzęsę” .)
Już nie piszę o dysproporcji użytej broni: chałupniczo wyprodukowane rakiety Hamasu vs. super nowoczesny sprzęt izraelskiej armii.

CYNIZM I UROJENIA

Nie znoszę wszelkiej propagandy, zaś szczególnie obrzydliwa jest dla mnie propaganda wojenna – te wszystkie kłamstwa i manipulacje w rzeczywistości, w której usprawiedliwia się gwałt i zabijanie.
Dzięki temu żadna ze stron nie ma prawdziwego obrazu wydarzeń; dzięki temu każda ze stron może działać według własnego planu, posiłkując się bardziej lub mniej urojonymi przesłankami.
Dzięki temu istnieje przyzwolenie na mord.

(Całość można przeczytać TUTAJ.)

*  *  *

Gwoli uzupełnienia, pozwolę sobie jeszcze dodać kilka zdań, które napisałem w styczniu 2009 roku, kiedy napad wojsk izraelskich na Palestynę był w toku:

– Prawdziwy obraz tego, co się dzieje teraz w Gazie jest zakryty, nie tylko ze względu na blokadę, jaką zastosował Izrael wobec zagranicznych dziennikarzy i korespondentów, ale również na manipulacje jakie stosują media i politycy poszczególnych krajów.
Swoją drogą to skandal: jakim prawem można zabronić komuś wstępu na terytorium obcego państwa?
Jak myślicie: dlaczego Izrael nie chce mieć świadków tego, co się dzieje obecnie w Gazie?

– Cel, jaki sobie postawili (oficjalnie) izraelscy wojskowi (przerwać obstrzał terytorium Izraela przez rakiety Hamas, fizyczna likwidacja członków organizacji), jest nierealny do wykonania. Skutek będzie przeciwny do zamierzonego: agresja izraelska w strefie Gazy doprowadzi jedynie do eskalacji przemocy w rejonie – do wzrostu nienawiści w świecie arabskim wobec Żydów. Nie mogę tego tłumaczyć inaczej, jak militarystyczną głupotą. (…)

– Bush zachował się tak, jak przewidywałem, racząc wszystkich nic nie mówiącym frazesem, że „rakiety muszą przestać spadać na Izrael” i że „wszystko zależy od Hamasu”. (Nieraz się zastanawiałem: ile w podobnych wypowiedziach Busha jest cynizmu, a na ile wynikają one z niemożliwości ogarnięcia przez niego prawdziwego obrazu rzeczywistości i w konsekwencji – pławienia się w świecie urojonym.) Obama wypowiada się ostrożnie (…).

*  *  *

Ofiary izraelskiej agresji na Gazę w styczniu 2009 r. (Photo: NBI)

*

Z KAMERĄ W PIEKLE (Więcej niż kino: „Lista Schindlera”)

Sowiecki sołdat do wyzwolonych Żydów: „Nie idźcie na Wschód. Tam was nienawidzą.” („Lista Schindlera”)

*

UWAGA: Poniższa recenzja filmu Stevena Spielberga napisana została w styczniu 1994 roku, wkrótce po światowej premierze tego filmu w Stanach Zjednoczonych. W wersji skróconej opublikowała ją „POLITYKA” (Nr 6 z 5 lutego 1994 r.) pod tytułem „Kamera w piekle”. (Zachowuję oryginalny tekst i śródtytuły.)

*

WSTRZĄSAJĄCY HIT

Wszyscy wydają się być zszokowani. Steven Spielberg, człowiek uważany dotychczas za głównego eskapistę Hollywoodu, reżyser bajecznie spektakularnych widowisk, autor czystego kina przygody i dziecięco-spontanicznej zabawy; twórca najbardziej kasowych filmów w historii kina („Szczęki”, „Indiana Jones”, „ET”, „Park Jurajski”) tworzy obraz zajmujący się jednym z największych koszmarów naszej rzeczywistości: Holocaustem, zbrodnią Hitlera, hańbą Europy XX wieku. Trzygodzinne, epickie widowisko bez efektów specjalnych, nakręconej na taśmie czarno-białej, starające się ująć studium „ciemnej strony” człowieka w artystyczną formę, ale zarazem nie pozbawić go realizmu i tchnienia autentycznego horroru.
Takie były intencje. A jakie rezultaty?

OBNAŻONE SERCE MISTRZA

Mimo, że specjalna premiera „Listy Schindlera” odbyła się dopiero w połowie ubiegłego miesiąca, a do szerszego rozpowszechniania film skierowany został zaledwie tydzień temu, to już zdążył się on znaleźć na pierwszym miejscu wielu wykazów „najlepszych filmów roku” ogłoszonych przez prominentnych amerykańskich krytyków. Recenzje były entuzjastyczne i jednomyślne w uznaniu „Listy Schindlera” wręcz za arcydzieło – za tzw. „natychmiastową klasyką”.
Oto zachwycone czołówki największych amerykańskich gazet: „Spielberg bez iluzji. Hollywoodzki król fantazji wkłada całe serce w swój najnowszy film”, „Steven Spielberg święci Ducha Humanizmu”, „Arcydzieło! Krzyk Pasji! Wielki Dramat! Monumentalny Tryumf”„Byłem wstrząśnięty i rozbity” – wyznaje powściągliwy zazwyczaj Gene Siskel i dodaje: „nawet kiedy oglądałem film po raz drugi, nie mogłem powstrzymać łez”. Wtóruje mu drugi, najbardziej znany krytyk Ameryki, Roger Ebert: „W swoim filmie Spielberg rozważa przygniatający fakt Holocaustu z mocą wielką, ale tak cichą i skrytą, że jego ręka nigdy nie jest widoczna, choć serce jest obnażone zawsze”.

BUNT „WIECZNEGO CHŁOPCA”

Wunderkind kina hollywoodzkiego mierzy się z koszmarem Holocaustu (Steven Spielberg i Liam Neeson na planie filmowym „Listy Schindlera”)

„Lista Schindlera” ma być dla Spielberga pewnego rodzaju odreagowaniem. Przez lata uważano go za reżysera zajmującego się emocjami, marzeniami, tęsknotami dzieciństwa; za takiego „dużego chłopca”, któremu pozwalano się bawić potężnymi zabawkami, a ten – z wdzięczności – wymyślał imponujące, bajeczne historie, przelewał je na ekran, dostarczając beztroskiej zabawy milionowej rzeszy widzów. Widzów płacących za  owe przyjemności: cztery czołowe filmy reżysera zarobiły na całym świecie blisko 3 miliardy dolarów!
Spielberg próbował już wcześniej zatrzeć swój image „wiecznego dziecka” reżyserując m.in. „Kolor purpury” (1985) – feminizująca sagę murzyńską i „Imperium Słońca” (1987), gdzie zamierzał utracić swoją „dziecięcą niewinność” przyglądając się wojnie (nota bene również oczami chłopca). Próby spaliły jednak na panewce, tonąc w słodkim technikolorze, przyduszone zwałami sentymentalizmu.
Dopiero realizując „Listę Schindlera” Spielberg mógł się poczuć „poważnym” twórcą: „Po raz pierwszy pozwoliłem części własnego ‚ja’ – tej, której używam w życiu z moimi dziećmi, żoną, przyjaciółmi – przeniknąć do filmu. To pierwszy obraz, w którym angażuję własną prawdziwą osobowość, by przekazać pewną ideę, przesłanie, temat…”
Tak więc dopiero „Lista Schindlera” ma ujawnić jego serce i duszę, radykalnie zmienić publiczne wyobrażenie jego persony.

SCHMUEL WSTYDZI SIĘ JARMUŁKI

Po raz pierwszy o Schindlerze usłyszał Spielberg w 1982 roku, w czasie szalonej popularności „ET”. W Nowym Jorku ukazała się recenzja książki „Schindler Ark” autorstwa zamieszkałego w Australii Thomasa Keneally’ego, który otrzymał za nią prestiżową brytyjską Nagrodę Bookera. Jednak wtedy – jak sam mówi – nie czuł się jeszcze na siłach, by zekranizować historię Oscara Schindlera, Austriaka o niemieckim rodowodzie, członka partii nazistowskiej i katolika, fabrykanta, który zatrudniając podczas okupacji w swojej krakowskiej fabryce naczyń emaliowanych ponad 1000 Żydów, uratował im de facto życie.
Przypominano mu jednak o niej ciągle, jakby chciano przy okazji pogłębić w nim poczucie żydowskiej tożsamości, do której od samego dzieciństwa nie był skory się przyznawać: „Zawsze chciałem się zasymilować, być zaakceptowany, stać się anonimowym członkiem amerykańskiej większości. Nie chciałem wcale należeć do ‚plemienia wybranego’.” Buntował się, gdy rodzice chcieli mu założyć jarmułkę. Kiedy dziadek przywoływał go jego hebrajskim imieniem „Schmuel, Schmuel!”, ten – grając w piłkę z kolegami – udawał, że nie słyszy. Najchętniej zapomniałby o swoich dziadkach pochodzących z Odessy i z południowej Polski. Może więc „lista Schindlera” ma być także pewnym zadośćuczynieniem za ten grzech wyparcia?

Z PARKU JURAJSKIEGO DO OŚWIĘCIMIA

Ostateczna decyzja zapadła ponoć w czasie, kiedy robił barokową fantazję „Hook” traktująca o nowych przygodach Petera Pana, bajkowego chłopca, który… nie chciał nigdy dorosnąć. Wyglądało to na kolejne pogrążenie się Spielberga w fantastyczno-infantylnym sosie. I wtedy powiedział: „basta!” Powiadomił o swojej decyzji wytwórnię „Universal”. Tam, producenci, zapoznawszy się ze scenariuszem, powiedzieli mu, że lepiej by zrobił, gdyby złożył donację na Muzeum Holocaustu, niż marnował pieniądze studia. Kiedy jednak sprezentował im – po raz kolejny zresztą – filmowy hit Wszech-czasów pt. „Parki Jurajski”, przestali oponować. Podejrzewam, że wiedząc o tych dodatkowych $850 mln., które już wkrótce miał zarobić film o dinozaurach, zgodzili by się na każdą ekstrawagancje swojego „wunderkinda”.

Spielberg skończył „Park Jurajski” przed czasem, by załapać się jeszcze na polską zimę. Wcześniej już jeździł do Krakowa, by wybrać plenery i przygotować produkcję, ale zdjęcia rozpoczęły się dopiero w styczniu 1993 roku i trwały 3 miesiące. Niemal cały materiał zrealizowano w Krakowie i okolicach. Akcja przenosi się także do Płaszowa i Oświęcimia. Nastawiałem się więc trochę na krakowskie plenery, wędrówkę w znane sobie kąty. Jednak ostatnią rzeczą jaką chciał nam ukazać Spielberg, była uroda miasta. Reżyser potraktował lokalizację jako przedsionek piekieł – i trudno ukryć, że takim piekłem były tamte strony dla ofiar nazistowskiego terroru.

„CHUJOWA GÓRKA” KOSZMARU

Film Spielberga pełen jest scen wstrząsających. Obozowa apokalipsa, masowy exodus, pacyfikacja, getta, palenie zwłok na „Chujowej Górce” (zachowuję oryginalna pisownię z kadru); natychmiastowe egzekucje, sadystyczny komendant obozu w Płaszowie, który na poranna rozgrzewkę ustrzeliwuje sobie z balkonu swojego mieszkania kilku więźniów…

Kolizja: kino popularne vs. historyczny koszmar ludobójstwa (Raplh Fiennes jako Amon Goeth – psychopatyczny komendant obozu koncentracyjnego strzelający do więźniów z balkonu własnego mieszkania)

*

Rozumiem szok Amerykanów rozpieszczanych dotychczas rozrywkową iluzją, komercyjna zabawką. Wielu z nich po raz pierwszy patrzy na czarny koszmar tamtych okrutnych czasów. Bowiem, jeśli już przedstawia się im na ekranie wojnę, to zwykle w postaci komedii, farsy, paraboli lub musicalu. Nic dziwnego, że zamierzony przez Spielberga naturalizm w ukazywaniu mordu, robi na widzach piorunujące wrażenie. Siedząca przede mną amerykańska nastolatka dziesiątki razy westchnęła podczas projekcji: „Oh! God!” Nie wątpię, że tego rodzaju film potrzebny jest w tutejszych kinach. Zbrodnie, które ukazuje, warto mieć ciągle w świadomości, mimo że boleśnie czasem ja uwierają. I jest jeszcze lepiej, kiedy firmuje go twórca o taki statusie w (pop)kulturze amerykańskiej, jak Spielberg. Miałem to wszystko na uwadze, rozumiałem intencje twórców, ale pewne aspekty filmu trudno było mi zaakceptować. Napiszę wprost: mój sprzeciw dotyczył  obecnych w filmie Spielberga  zafałszowań i manipulacji (zdaję sobie sprawę z wymowy tych słów, ale niestety, tak odbierałem obecne w filmie „mijania się z prawdą”, które moim zdaniem są czymś niedopuszczalnym i nie mogą być usprawiedliwione „poetycką licencją” twórcy opisującym tak szczególny i newralgiczny okres w naszej niedawnej historii, obejmujący masową zagładę i ludobójstwo).

Uderzyła mnie więc arbitralność Spielberga. To nieprawda, że niewidoczna jest tam jego „ręka”. Reżyser wszystko trzyma w garści mocno – jego kontrola nad obrazem jest totalna. W związku z tym rzeczywistość, którą on kreuje, odarta jest z przypadkowości, swobody, a przez to – z autentyzmu. To prawda, że temat domagał się kręcenia na taśmie czarno-białej, lecz zdjęcia Janusza Kamińskiego zdradzają niestety czasem estetyczną pretensjonalność: obraz – dzięki sztucznie wygenerowanemu oświetleniu – przestaje być tajemniczy, staje się dziwaczny. Spielberg twierdzi, że przygotowując się do kręcenia „Listy”, przejrzał setki dokumentów tamtego czasu. To może tłumaczyć sposób w jaki traktuje on w swoim filmie ludzi, którzy wskutek tego przypominają niekiedy jakieś graficzne znaki. Holocaust ulega tu estetyzacji. Mnogość epizodów, postaci, przyczynia się do zagęszczenia filmu. Odnosimy w końcu wrażenie, iż Spielberg traktuje wszystko instrumentalnie. Dochodzi tu do paradoksalnego odwrócenia sytuacji: to kwestia czy dialog tworzy postać, a nie odwrotnie.

SYBARYTA, SPEKULANT I BOHATER

Wojna, okupacja i życie w luksusie. Wyrachowany oportunista czy przejęty współczuciem wybawca? Jakim człowiekiem był naprawdę Oscar Schindler?

Paradoksem, który zafascynował Spielberga był fakt, że 1300 Żydów  uniknęło zagłady za sprawą nazistowskiego spekulanta – industrialisty, a nie kogoś, kto zadeklarował się jako sługa ludzkości (jak np. Raul Wallenberg).
Pierwotne motywacje Schindlera były jednoznaczne. Zatrudnił w swojej fabryce Żydów, gdyż stanowili tańszą siłę roboczą niż Polacy (ponadto ich zarobki szły bezpośrednio w ręce niemieckiej administracji). Wyrabiał sobie układy wśród oficerów SS i gestapo – uczestnicząc razem z nimi w pijatykach i hulankach. Przekupywał ich sutymi łapówkami. Był typowym hedonistą, bon-vivantem, lubował się w luksusie i dobrych trunkach, otaczał wianuszkiem pięknych kobiet. Był okres, kiedy pod jednym dachem trzymał żonę i kochankę, romansując jednocześnie na boku z esesmanką. (Nic dziwnego, że Emilia Schindler jeszcze po wojnie wyzywała swojego byłego męża od „dziwkarzy”.) Czy Spielberg prezentuje nam swojego bohatera z tej strony? Otóż nie za bardzo. Są niby jakieś sugestie, ale Schindler nie jawi się nam jako człowiek z krwi i kości. Dość szybko natomiast staje się na ekranie postacią bez mała mityczną. Trudno jest dostrzec w nim rozbuchanego sybarytę, którym go było czuć w Krakowie na kilometr. Spielberg – purytanin – niczym ów chłopiec od ET i Piotrusia Pana, wzbrania się przed ukazaniem lubieżnej i kabotyńskiej strony osobowości Schindlera – choć co parę minut zmusza nas do oglądania ludzkich czaszek roztrzaskiwanych przez hitlerowskie kule. Trochę dziwna to powściągliwość i niedopełnienie.
Wielce wątpliwa jest wobec tego wszystkiego ewolucja postawy Schindlera i jego motywacji. Ponoć walczył pod koniec wojny o swoich pracowników jak lew, pewną ich partię wyciągając nawet z samego Oświęcimia. Spielberg każe nam wierzyć, że odezwało się w nim ludzkie współczucie, dopiero wtedy dotarła do niego prawda o całym hitlerowskim planie, i że się ta prawdą przejął. Zrujnował się w końcu, wydając  majątek na łapówki i przenosząc całą fabrykę na czeskie Morawy – byle tylko uratować swoich „Schindlerjuden”, jak po wojnie zwykło się nazywać  Żydów z listy Schindlera.
A może Schindler nie tyle przejął się „ostatecznym rozwiązaniem”, co przeczuł wynik wojny i Żydzi mogliby stanowić jego alibi, uchronić go od stryczka?

I jeszcze rzecz z pozoru drobna, ale symptomatyczna: fabryka Schindlera produkująca początkowo wyroby emaliowane, wraz ze zwiększającym się zapotrzebowaniem frontu przestawiła się na produkcje amunicji. Dość to niewygodny fakt dla idealistyczno-heroicznego przesłania filmu. Jak sobie z owym fantem radzi Spielberg? Otóż każe nam wierzyć, że wszystkie (dosłownie: wszystkie!) kule, pociski, miny były bublami – świadomi Żydzi sabotowali robotę. Mało tego, Schindler nie tylko o tym wiedział, ale i aprobował: „Gwarantuję, że ta amunicja nie zrobi nikomu krzywdy” – mówi pewny siebie i zadowolony, wzbudzając tym entuzjazm wśród widzów.
Bardzo autentyczne.

Na „listę Schindlera” można się było dostać za łapówkę – ale tego, z oczywistych względów, z filmu Spielberga się nie dowiemy. (Liam Neeson i Ben Kingsley jako Izaak Stern, księgowy Schindlera, ustalają listę – w rzeczywistości Schindler nie brał w tym udziału.)

ŁZY I SACHARYNA

Kompromitująca „Listę” jest moim zdaniem niesłychana scena finałowa, zupełnie niewiarygodna – nie wspominając już o tym, że i ona jest fikcyjna. I niestety, wg mnie, swoją ckliwością godną niewybrednego hollywoodzkiego melodramatu, dokumentnie niwecząca dające się wcześniej zauważyć w filmie rysy realistyczne.
Oto widzimy jak Schindler zwija manele i gotuje się do ucieczki przed zbliżającym się sowieckim frontem. Otoczony jest przez żegnającą go, łkającą rzeszę swoich pracowników – niewolników (jego fabryka była de facto obozem jenieckim). Nadużywając teatralnych gestów, wskazuje trzęsącą się ręką na samochód i mówi drżącym głosem: „A przecież i za niego można było kupić życie paru ludzi” – i patrząc na złotą obrączkę na swoim palcu: „Także za to – życie dwóch ludzi”.
A jaka była rzeczywistość?
Jego pożegnanie z załogą nie roztkliwiło tych ludzi. Ono postawiło im włosy na głowie. Pod koniec wojny Schindler jeździł po Generalnej Guberni jak opętany, z walizką wypchaną pieniędzmi, z kieszeniami pełnymi brylantów, prowadząc podejrzane interesy, chcąc uratować ze swojego majątku co się da. Tracił jednak kontrolę nad wszystkim. Kiedy uciekał z fabryki, jego samochód zawalony był biżuterią i złotem, (które zresztą wkrótce mu rozkradziono). Doprawdy, wobec tego wszystkiego, trudno uwierzyć w rozczulonego Schindlera, „ojca i matkę” Żydom, „nawróconego Szawła”, „Skałę i Wieżę Humanizmu”.

I jeszcze sama lista.
Również scena, w której Schindler dyktuje zarządcy swojej fabryki Izaakowi Sternowi nazwiska Żydów, jacy powinni znaleźć się na liście, nie miała w rzeczywistości miejsca. Gwoli ścisłości listy nie stworzył Schindler, tylko jego współpracownicy, którzy na dodatek brali łapówki od Żydów chcących znaleźć się na liście. Kto nie miał czym zapłacić nie był na niej umieszczany (co wówczas było praktycznie równoznaczne z tym, że taki człowiek trafiał w końcu do gazu).

Jeszcze przed premierą filmu czytałem w jednej z amerykańskich gazet wywiad z człowiekiem, który miał być pierwotnie autorem scenariusza do „Listy Schindlera”. Pisarz, były żurnalista, (którego nazwiska niestety nie pomnę) wyznał, że zrezygnował ze współpracy ze Spielbergiem, bo nie pozwoliła mu na to jego – jak to sam określił – nakazująca wierność faktom dziennikarska etyka. Po prostu uznał, że rozbrat Spielberga z tym jak było naprawdę, idzie za daleko. Zwróciło to moją uwagę i bez wątpienia przyczyniło się do tego, że do filmu Spielberga podszedłem z większą ostrożnością i bardziej krytycznie.

Przywoływanie przeszłości na ekran – w filmie nie brak spielbergowskiej dynamiki i mistrzowskiego opanowania medium kina

NIEZGODA NA MIT

Czego nie można powiedzieć o tych wszystkich, którzy film Spielberga przyjęli wręcz entuzjastycznie. Do tej pory nie natrafiłem w mediach na choćby jedno zdanie krytyczne. Wszystkie recenzje, jakie czytałem, były w jednoznacznym tonie: Spielberg stworzył arcydzieło! – prawdę o Duchu Humanizmu!
Ciekaw jestem jak film zostanie odebrany w Polsce, czyli w kraju, w którym o realiach tamtej wojny wie się znacznie więcej, niż Ameryce. Poza tym Polacy bywają niezwykle czuli na to, jak przedstawia się ich rolę w stosunkach z Żydami – zwłaszcza jeśli robią to sami Żydzi. Obawiam się, że oglądając „Listę” niektórzy mogą odnieść wrażenie, iż w okupowanej Polsce ofiarami nazistów byli tylko i wyłącznie Żydzi – podobnie tylko Żydów mordowano w Oświęcimiu czy w innych obozach masowej zagłady, które w prasie amerykańskiej (i nie tylko) na dodatek nazywane są „polskimi obozami koncentracyjnymi”. I rzeczywiście: w filmie Spielberga polskie komendy w obozach brzmią głośniej (Niemka tylko powtarza za Polką, która pełni funkcje kapo i wydaje rozkazy). Jednak Polacy pojawiają się w filmie dość sporadycznie, właściwie tylko po to, by zbluzgać Żydów i zademonstrować wobec nich swoją nienawiść (są to jednak momenty, które wszak przy odrobinie dobrej woli potraktować można jako wypadki przy reżyserskiej pracy).
Nazwa Niemcy pada w całym filmie tylko raz (pod koniec, kiedy Schindler mówi o podpisaniu kapitulacji). Cały czas są natomiast tylko „SS-mani”. W tym miejscu można się zastanawiać, czy aby unikanie używania słowa  Niemcy i zastępowanie ich takimi, dość abstrakcyjnymi, określeniami jak „gestapo”, „hitlerowcy”, „naziści”… nie tworzy swego rodzaju eufemistycznej zasłony dymnej, pozwalającej na nienazwanie czegoś po imieniu?
To dobrze, że amerykańskie kino (przeważnie rozrywkowe) chce wracać do momentów w naszej historii, które żadną miarą rozrywkowe nie są. Użycie do tego celu medium typowo ludycznego (a głównie takiego rodzaju medium jest kino), nikogo jednak nie może zwolnić od odpowiedzialności, ostrożności, wyważenia… tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę jego nośność i wpływ na tzw. masową wyobraźnię, która ma tendencje do tego, by to co pojawia się na ekranie, uznawać za coś bardziej realnego, niż otaczającą nas rzeczywistość (dotyczy to również wydarzeń historycznych).

Mój problem z filmem Spielberga wziął się niewątpliwie z niezgody na mitologizację, jakiej poddał on postać Schindlera i jego postawę podczas okupacji. Zdaję sobie sprawę jak ważne są mity dla naszej kultury, tudzież dla naszego wysiłku usadowienia się i zadomowienia w świecie, który nie zawsze jest nam przyjazny. Kiedy jednak sięga się po tematy tak ważne i wyjątkowe jak ludobójstwo, warto jest zachować trzeźwość, właściwy ton i umiarkowanie – o zgodności z historycznymi faktami nie wspominając.

*  *  *

POST SCRIPTUM

Muszę przyznać, że nie byłem świadomy, jaka to burza rozpęta się w polskiej (a zwłaszcza polonijnej) prasie i mediach, wkrótce po opublikowaniu tej recenzji, która przez jednych uznana została za obronę „dobrego imienia” Polaków (co oczywiście nie było moją intencją), przez innych zaś za antysemicki napad na bogu ducha winnego Spielberga i denuncjację wpływów żydowskiego lobby w Ameryce i to w kategoriach syjonistycznego spisku (a to nie było moją intencją tym bardziej). W swojej naiwności zapomniałem o przestrodze jaką kiedyś dał wszystkim bodajże Kazimierz Wierzyński, pisząc że poruszanie tematów polsko-żydowskich jest niczym wchodzenie na pole minowe przypominające łączkę, na której pasą się zacietrzewione osły i barany. I że można przez to wylecieć w powietrze.
Po moim artykule, w „POLITYCE” rozpętała się awantura, skutkiem której było kilka innych tekstów dotyczącej zarówno Schindlera, jak i stosunków polsko-żydowskich podczas niemieckiej okupacji. W rezultacie redaktorem naczelnym tego pisma przestał być Jan Bijak, a zastąpił go Jerzy Baczyński.
Osobną historią są perturbacje jakich wkrótce doświadczyłem w Chicago, dając się wciągnąć w dyskusję jaka rozpętała się między dwoma obozami, w których naturalnie nie zabrakło zacietrzewionych osłów i baranów… po obu zresztą stronach. (Najgorsze jest to, że i ja takiego osła mogłem wówczas przypominać ;))