ZDĄŻYĆ NA CZAS (wspomnienie o Małgorzacie)

*

Pomyślałem dziś o Małgorzacie. Wróciłem do wpisu jaki jej poświęciłem trzy lata temu (to niewiarygodne jak ten czas szybko mija, ciągle ukazując nam rzeczywistość w coraz to innych konfiguracjach). I znów słowa tam zawarte nabrały dla mnie innego – szczególnego – znaczenia. Jak np. te: „Mam sobie za złe, że nie znalazłam dość siły, żeby porozmawiać z tymi, których znałam i ceniłam, którzy wysyłali sygnały – a których już nie ma. Odeszli i nie zdążyłam, wciąż myślałam, że mam jeszcze czas, że to nie jutro, nie pojutrze, przygotowywałam się i zbroiłam. Nie, nie chciałam odwodzić, wpływać na ich decyzje. Tylko porozmawiać. Jest już za późno.” To uderzające, że Małgorzata (Defendo), wypowiedziała tu dokładnie to samo, co – odległy, jakby się wydawało, o światopoglądowe antypody – ksiądz Jan Twardowski w swoim słynnym wersie: „Śpieszmy się kochać innych. Tak szybko odchodzą”.  Przypomniała mi się również jedna z naszych rozmów, jaką odbyliśmy pod jej tekstem „Nie chciałam, samo wyszło”.

*

Logos Amicus: Defendo, Twoje stwierdzenie „nie chciałam, samo wyszło” to są wg mnie słowa kluczowe dla całej tej sytuacji, którą tutaj opisujesz. Zresztą, nie tylko dla niej. Może dla całego naszego życia – dotycząc również egzystencji każdego człowieka?
Właśnie: czego chcemy a czego nie chcemy?
Czy kiedy nie chcemy, to chcemy?
Czy na pewno, kiedy chcemy, to naprawdę MY tego chcemy i czy rzeczywiście chcemy?
Ostatecznie, wychodząc poza te zawiłości, mogę skonstatować: znów dotykamy tutaj problemu wolnej woli i determinizmu.
Czy nie jest po prostu naszym złudzeniem to, że jesteśmy czymś osobnym, indywidualnym? Czy nasza alienacja nie jest owym złudzeniem konsekwentnie doprowadzonym do końca?
Archetypy są właśnie naszą próbą – niekiedy rozpaczliwą próbą – ponownego zjednoczenia się ze światem, także z innymi ludźmi. Są tęsknotą za powrotem do Oceanu – do Jedni Wszechświata (to czuli doskonale – a może też i rozumieli? – ludzie, mistycy Wschodu).
Dzięki archetypom łagodzimy naszą niepewność. Dzięki nim chcemy pokonać samotność (także w tym szerszym wymiarze egzystencjalnym) – wyciszyć lęk związany z zagubieniem w świecie.
Chcemy aby archetypy służyły naszemu poznaniu.
Ale czy są one naszą wiedzą?
I czy w ogóle mogą być naszą wiedzą?
Nie wiem…

Defendo: Logosie – też nie wiem. Archetypy mogą występować w formie symboli (albo personifikacji), a ich treść może być wyrażona tylko przy pomocy metafor.
Metafory uważam za jedno z narzędzi poznania.
Bywają jednak groźne. Potrafią generować nazizm, nienawiść rasową, wojnę.
Zadałeś wiele pytań. Nie znam odpowiedzi.
Tak jak nie wiem, co właściwie mi wyszło, w miejsce tego, co zamierzyłam. Ten chłopak usiłował kogoś zabić – przy pomocy noża. Nie mam pojęcia, co czuł, kiedy wyjmował pozornie zakrwawiony nóż z chleb-ciała, któremu przypisaliśmy wcześniej tak wiele znaczeń. Nie umiem opowiedzieć jego twarzy. Tej niesamowitej ciszy. Jakby wstrzymali oddechy.
Mam nadzieję, że wtedy każdy z nas coś zrozumiał, ale straciłam kontrolę nad tym, CO pojęli inni. Jeśli nie pojęli, to przynajmniej odczuli.
A chciałam tylko uwrażliwić ich na to, że tylko prawdziwa sztuka ma prawo dotykać najważniejszego, że jest sfera sacrum (ściśle chroniona, której nie wolno niszczyć) i sfera profanum, dostępna wszystkim, ale w której nie wolno nurzać rzeczy naprawdę istotnych.
Nie wiem, co trzymał w dłoni ten chłopak. Nie wiem, czy te sfery są rozłączne. Może zdarza się czas i miejsce, w których mieszają się bez uszczerbku dla tabu?
Od czego to zależy?

Logos Amicus: Defendo [wybacz] (…) ale, niestety, odnoszę nieodparte wrażenie, że te Twoje zakrwawione sztylety ocierają się o kicz.

Defendo: (…) Oczywiście, że to kicz – zamierzony i wykonany („biełyje rozy”, czarne tło, sztylet – a tak naprawdę kord oficera Marynarki Wojennej, sztyletem nie dysponuję, krew tak czerwona, że aż wiadomo, że nierzeczywista). Ten rodzaj kiczu, który chciałam zdezawuować i obrzydzić moim podopiecznym. Właśnie dlatego przygotowałam całą tę „spaloną” scenkę.
Nic TU się nie ociera o kicz – jest kiczem, jak inkrustowane sztucznymi brylantami tipsy panienki wracającej ostatnim podmiejskim autobusem z dyskoteki, jak sceniczny biustonosz Madonny, jak tekst pretensjonalnej piosenki. Kicz zamierzony i wykonany. Zdarzenie z chlebem straciło [jednak] część cech kiczu – i nadal nie wiem, czym się stało.

Logos Amicus: (…) Nie spodziewałem się, że tak łatwo mi przytakniesz.
A już szykowałem się na coś w rodzaju obrony kiczu…
Chciałem wspomnieć o operach, malarstwie Dalego, tajskich świątyniach, „Bohemian Rhapsody” zespołu Queen…
Czyli o kiczu, który czasami przemienia się w arcydzieło.

Defendo: Wiem, przecież się rozumiemy ;)
Jasne, że bardziej niż dosłownie.

* * *

Ktoś pod pożegnalnym wpisem o Małgorzacie napisał: „Wierzę Małgosiu i poprzez uczucia jakie mi towarzyszą teraz, próbuję po raz enty zrozumieć niepojętą tajemnicę życia i śmierci…
Quietus est – perpetus sopor!

Na co starałem się odpowiedzieć:  Jest niepojęta, a i tak próbujemy zrozumieć. Choć nigdy nie zrozumiemy – najwyżej poddamy się wierze lub jakiemuś przekonaniu. A może tu nie ma nic do zrozumienia, tylko do… pogodzenia się z tym lub… nie pogodzenia? Perpetus sopor. Czyli sen, z którego nie można się przebudzić? A może jednak – poza czasem – nie ma ani wiecznego snu ani przebudzenia?
A jest tylko trwanie lub nieistnienie?

Kto to wie?

* * *

DROGA I HORYZONT

polna droga w zimie

*

Za horyzontem, który sami kreślimy
(bo przestrzeń nieskończona nie mieści się nam w głowie)
jest kraj nieznany pełen wszystkich pór roku
gdzie pogodnym latem nie myśli się jeszcze o zimie
ale chmurną jesienią pamięta się już tylko wiosnę,
która była i której już nigdy chyba nie będzie

*

Kres mrozi wszystko a może wszystko spala?
Może wszystko pozostaje takie samo
i nic nie może zamienić się w nic?
Być może nie będzie już wtedy niczego
i wszystko znajdzie się tam gdzie było
na początku, który zarazem był końcem
tego, co miało się stać i powstało
ostatecznie z niczego – by trwać i zginąć
by zginąć i trwać

*

Tu naszą miarą odmierza się czas
(bo niekończąca się wieczność mąci nasze myśli)
pracują dla nas zegary i biją nam dzwony
na radość lub na trwogę – a nie ma to znaczenia
dla kogoś kto już jest po drugiej stronie – tam

dokąd prowadzi każda z naszych dróg

*

* * *

Zdjęcie własne (polna droga zimą na Podkarpaciu)

ŁZY OPTYMISTY („Roman Polański: moje życie”)

*

Roman Polański

*

Nie dziwi mnie to, że Andrew Braunsber, znajomy Romana Polańskiego od ponad 40 lat, w czasie jego domowego aresztu w szwajcarskim Gstaad chciał z nim porozmawiać po przyjacielsku. Oto bowiem słynny reżyser ponownie – jak wszystko na to wówczas wskazywało – znalazł się w życiowych opałach i po prostu nie wypadało niepokoić go niewygodnymi, tudzież głębiej drążącymi jego poplątane życiowe ścieżki, pytaniami. Ci więc, którzy spodziewają się po tym filmie sensacji, skandalu, pikanterii… – swoistej spowiedzi dziecięcia wieku w wersji pokutnej – mogą się poczuć zawiedzeni. Cała reszta zaś ma szansę na spędzenie kilkudziesięciu minut z niezwykłym człowiekiem i z jego jeszcze bardziej niezwykłą biografią – nie nudząc się przy tym ani sekundy. Bo niby wydaje się nam, że wszystko o Polańskim wiemy (a przekonanie to wpoiły nam wszystkowiedzące ponoć media), to jednak obcowanie z nim twarzą w twarz (zwłaszcza w momentach, kiedy widzimy na niej silne wzruszenie i łzy) jest doświadczeniem wyjątkowym, rzec nawet można – intymnym. I bynajmniej nie tylko dzięki temu, że Polański jest błyskotliwym rozmówcą, znakomitym gawędziarzem, utalentowanym aktorem, ale głównie dlatego, że mamy poczucie, iż… sami niejako jesteśmy prywatnymi gośćmi w jego domu. I że jest to chyba jedyna tego rodzaju prywatno-publiczna rozmowa, na jaką zdecydował się Polański w swoim długim, blisko 80-letnim życiu.

Dokument Laurenta Bouzereau ma bardzo prostą formę (warto tu wspomnieć o tym, że autorem zdjęć jest sam Paweł Edelman a muzykę skomponował Alexandre Desplat). Przez większość filmu widzimy jedynie twarze rozmówców, a przeplatane jest to wstawkami archiwaliów, ukazujących nie tylko rodzinne zdjęcia Polańskiego, ale i krótkie fragmenty filmów – zarówno fabularnych, wyreżyserowanych przez Polańskiego (choć tych wątków nawiązujących stricte do sztuki kina jest tu stosunkowo mało), jak i dokumentalnych, ukazujących epokę i czas, o którym akurat jest mowa w wywiadzie. Na poły gawędziarska narracja Polańskiego prowadzona jest linearnie i chronologicznie, począwszy od jego narodzin w Paryżu, przeprowadzki do Polski, losów rodziny Polańskich podczas niemieckiej okupacji, śmierci matki w obozie i rozłąki z ojcem; poprzez pierwsze kroki młodego Polańskiego na polu aktorsko-reżyserskim w latach 50-tych, zyskiwanie coraz większej sławy i uznania na Zachodzie, tragiczną śmierć jego żony Sharon Tate, zamordowanej przez bandę Mansona, dalszą karierę filmową w Hollywood, niefortunny seksualny skandal z nieletnią Samanthą Geimer, ucieczkę Polańskiego do Europy; po szczęśliwe małżeństwo z Emnanuelle Seigner, realizowanie kolejnych filmów na Starym Kontynencie i ostatnie perypetie ze szwajcarskim wymiarem sprawiedliwości (rozstrzygnięte, jak wiemy, na korzyść reżysera).

Tym, którzy interesowali się bliżej biografią Polańskiego, te wszystkie fakty są znane, więc nie odnajdą oni w dokumencie Bouzereau większych rewelacji. Ale jednak bliskość, jaką do naszych relacji z głównym bohaterem tego filmu wprowadza jego bezpośrednie zaangażowanie w opowieść o sobie samym, jest bez precedensu i nie do przecenienia. I to jest chyba największa wartość tego dokumentu. Wprawdzie można poczynić zarzut, iż w niektórych momentach interlokutorzy zbyt gładko prześlizgują się nad pewnymi newralgicznymi punktami biografii i charakteru reżysera (jego niegdysiejszy promiskuityzm, zamiłowanie do szpanu i balangi, wyrastający z kompleksów narcyzm, stronienie od ojca… etc.), co w zestawieniu z rzucającą się w wywiadzie skromnością, „zwykłością” i wrażliwością Polańskiego wprowadza pewien poznawczy dysonans i może nawet zrodzić podejrzenia o watowanie i retusz, to jednak cała rozmowa jest niezmiernie interesująca i wygląda na szczerą.

Curriculum vitae Polańskiego jest fascynujące i tak bogate, że można by go rozdzielić na kilka różnych żywotów, a i tak nie zdołałoby się wyczerpać do końca wszystkich aspektów – całego tego bogactwa i komplikacji, jakie wynikają ze zderzenia się ludzkiej egzystencji ze światem, a także z relacji człowieka z innymi ludźmi.
Bez wątpienia Roman Polański żył w ciekawych czasach. Ale czy było to jego przekleństwem, czy też może błogosławieństwem? Z tego co on sam mówi można wywnioskować, że było zarówno jednym, jak i drugim: jego życie to długa sinusoida z mocno wychylającymi się amplitudami cierpienia i szczęścia, tragedii i sielanki, klęsk i triumfów.
Tak się też złożyło, że kilka epizodów z życia Polańskiego wiąże się ściśle z pewnymi historycznymi momentami, które były istotne – w sensie zarówno społecznym, jak i politycznym – dla całej zachodniej kultury. I mam tu na myśli nie tylko cywilizacyjne bankructwo XX-wiecznej Europy uwikłanej w zbrodnie ludobójstwa, czy komunistyczny „protektorat” zniewalający de facto znaczną część europejskich narodów, ale i rewolucję obyczajową lat 60-tych, następnie krach filozofii „dzieci kwiatów” spowodowany m.in. przez zbrodnię Mansona i narkotyki; dalej: kompromitację zarówno amerykańskiego hedonizmu, jak i funkcjonującego w Stanach systemu sądowniczego, czy wreszcie krwiożerczą bezwzględność medialnej machiny niszczącej tych, którzy wcześniej zostali wyniesieni przez nią na ołtarze celebryckiej glorii i sławy.

To chyba właśnie ten ścisły związek biografii Polańskiego z historycznymi zwrotami dał mi asumpt do tego, by zastanowić się nad tym, jak bardzo nasze życie jest zdeterminowane przez czynniki od nas niezależne – do jakiego stopnia sami możemy wpływać na to życie i czy w ogóle jakąś większą (decydującą?) rolę mogą w nim odgrywać nasze decyzje? Innymi słowy: czy rzeczywiście dysponujemy czymś takim jak wolna wola? Jaka jest rola przypadku w naszym życiu – jaką rolę odgrywa w nim tzw. szczęście albo pech? A może coś takiego jak przypadek nie istnieje? Może wszystko jest już gdzieś tam (gdzie?) zapisane? W filmie słyszymy, jak sam Polański wygłasza explicite takie przypuszczenie – zwracając uwagę na to, że niejednokrotnie czuł się w swoim życiu niczym jakiś postawiony pod murem skazaniec, który jest zupełnie bezradny, nic nie mogąc zrobić wobec przerastających go i przypierających do tego muru sił.
To jest właśnie ten paradoks życia i kariery Polańskiego: niby był on taką kulką poddaną działaniu jakichś zewnętrznych sił (przeznaczenie, los?) ale jednak z drugiej strony zawsze zdołał w jakiś sposób znaleźć wyjście z otaczającej go matni. Ale czy był to tylko zbieg okoliczności i szczęśliwy traf, który wybawiał go z ciężkich opresji? A może jednak zdecydowały jego silny charakter, odwaga, determinacja, talent, pracowitość, niezłomność, hart…? Może właśnie dzięki tym cechom Polański jest taką życiową „Wańką-wstańką” – jakkolwiek nieelegancko by to zabrzmiało?
Nie bez znaczenie jest też zapewne w tym wszystkim optymizm Polańskiego, o którym on sam mówi w filmie parokrotnie. Bo przecież zawsze do tej pory udawało mu się każdą swoją klęskę przekuć w sukces, a z każdego nieszczęścia rodziło się w jego życiu szczęście. (Przykład: gdyby nie śmierć Sharon i ich nienarodzonego dziecka, zapewne nigdy by się nie związał z Emmanuelle, która dała mu szczęście spełnionego związku i ojcostwa – czyli tego, co uważa on za największą wartość swojego życia.)

Wcale się nie dziwię Polańskiemu, że wolałby aby jego sława wynikała tylko z tego, co zrobił dla kina – bo to oczywiste. Ale niestety, wygląda na to, że powszechnie jest on znany przede wszystkim dzięki osobistej tragedii, skandalom i wydarzeniom „medialnym” rozdmuchiwanym wśród konsumentów pop-kultury żerujących na sensacjonizmie i plotce. To wszystko zawsze budziło większe emocje wśród mas, niż jego osiągnięcia artystyczne.
Najbardziej do tej „złej” sławy Polańskiego przyczyniła się afera seksualna rzekomego „gwałtu” na nieletniej, która ciągnie się za nim już od kilkudziesięciu lat – przydając mu nawet oszczerczą łatkę „zboczeńcy” i piętno „pedofila”. I mimo, że Samantha Geimer już dawno mu przebaczyła, (Polański wysłał zarówno do niej, jak i do jej matki list z przeprosinami), to jednak wciąż znajdują się rzesze samozwańczych stróżów moralności i obrońców sprawiedliwości, którzy chętnie by wrzucili Polańskiego do lochu, gdzie gniłby już do końca życia. A powinni jednak posłuchać uważniej Samanthy, która mówi (nie wiem, czy nie po raz pierwszy w tym dokumencie), że największe szkody w jej życiu nie wyrządził jej Polański, tylko media i amerykański system sprawiedliwości.

Nie chciałbym jednak kończyć tego tekstu nawiązaniem do tej nieszczęsnej sprawy. Może więc napiszę, że Roman Polański budzi mój niekłamany podziw – zarówno jako człowiek (z silnym charakterem), jak i (kochający kino) twórca. I choć nie wszystkie jego filmy mnie zachwycają, to są i takie, które skłonny jestem uznać za bliskie arcydziełu. Zawsze też czekam na jego kolejny obraz. (Ostatni – „Rzeź” – był według mnie świetny. Mam nadzieję, że równie udana będzie „Sprawa Dreyfusa”, którą już wkrótce reżyser zamierza przenieść na ekran.)
To właśnie dzięki swojemu dorobkowi artystycznemu Polański stał się jednym z tych nielicznych Polaków, którym udało się wrosnąć w tkankę zachodniej kultury i stać się jej równoprawnym, uznanym powszechnie twórcą, którego osiągnięć w sztuce kina nie sposób kwestionować.

7.9/10

greydot

POLIFONIA I KONWULSJE – rzecz o wypełnianiu pustki (Teatr ZAR w Chicago)

*

Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie

Zgodnie z tym co można wyczytać z historii wrocławskiego teatru ZAR, tryptyk „Ewangelie dzieciństwa” powstawał blisko 10 lat. Jego początki datują się w 1999 roku, kiedy to członkowie zespołu (wówczas jeszcze stażyści) wraz ze swoim liderem Jarosławem Fretem, zaczęli swoje etnomuzykologiczne podróże na europejskie obrzeża (Gruzja, Bułgaria, Armenia, Grecja, Czeczenia, Andaluzja, Sardynia, Korsyka… z czasem docierając nawet do Iranu, Egiptu i Japonii), gdzie poszukiwali archaicznych form muzycznych i wiekowych pieśni polifonicznych (sama nazwa teatru wywodzi się od rodzaju starodawnej pieśni żałobnej śpiewanej do dzisiaj przez Swanów – lud zamieszkujący wysokie partie gór Kaukazu).
Każda część tryptyku stanowi właściwie odrębne przedstawienie, jednakże, kiedy od pewnego czasu prezentuje się je razem, traktować je można jako jedną całość. Tym sposobem mogą one wybrzmiewać w tym samym czasie, komplementując się i uzupełniając, stanowiąc coś w rodzaju „nieustannego requiem” (jak to określił sam reżyser).
Część pierwsza nosi (niezwykle rozbudowany) tytuł „Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa” i stanowi odniesienie do nowotestamentowej opowieści o wskrzeszeniu Łazarza oraz do gnostyckiego przekazu zwanego „świadectwem Marii Magdaleny”. Część druga to „Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie” – wykorzystując wielogłosowe pieśni oraz wątki muzyki bałkańskiej, hiszpańskiej, rumuńskiej, korsykańskiej i islandzkiej, podejmuje temat samobójstwa, jego egzystencjalnych implikacji i dylematu granic ludzkiej wolności. Doszukać się można w niej odniesień do prozy Dostojewskiego, para-mistycznych tekstów Simone Weil a także do słynnego eseju Alberta Camusa o samobójstwie „Mit Syzyfa”. Część trzecia „Anhelli. Wołanie” to raczej luźne,  dowolnie potraktowane nawiązanie do romantycznego poematu Juliusza Słowackiego, będącego rezultatem jego podróży do Ziemi Świętej i pochylenia się nad niedolą i martyrologią zniewolonego przez zaborców narodu polskiego.

greydot

Kiedy wsłuchiwałem się w swoje wrażenia i myślałem nad tym, czym było dla mnie doświadczenie spektaklu, który obejrzałem w ostatnią niedzielę w sali chicagowskiego Museum of Contemporary Arts, zastanawiając się także nad tym, skąd się moje odczucia tak naprawdę wzięły, natrafiłem na wypowiedź Jarosława Freta, twórcy teatru ZAR i reżysera widowiska. Podkreślił on, że mimo iż tryptyk odbierany jest przez wielu widzów niczym ceremoniał kościelny, to jednak chrześcijańska symbolika nie jest tym co go tak naprawdę interesuje: „Tak, dorastałem w społeczności chrześcijańskiej, w bardzo chrześcijańskiej rodzinie. Ale wielu członków zespołu ZAR to nie są Chrześcijanie… Nie o to chodzi w naszej pracy”. A na pytanie co jest w takim razie celem jego teatru, Fret odpowiedział: „Chodzi w nim o wypełnienie próżni czy pustki; o to, by dzielić z innymi nie tylko nasz ból – ponieważ ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy – ale także poczucie i doświadczenie życia… tego, co oznacza bycie żywym.”
Czytając tę wypowiedź Frata, nagle uświadomiłem sobie skąd się wzięła moja rezerwa wobec tego spektaklu. Nie wystarczyło mi bowiem samo wypełnianie pustki głosem, śpiewem, ruchem i oddechem aktorów – bez względu na sens słów, stosunek do sacrum i nieokreśloności tego, czym naprawdę jest ludzkie ciało wobec śmiertelności i zmartwychwstania.
W słowach, które udało mi się dosłyszeć, sens był niezrozumiały albo był sprawą drugorzędną a może nawet nieistotną. Treść tryptyku – wbrew pozorom – była w istocie indyferentna religijnie więc nie czuło się sfery sacrum. Ciało na scenie było ciągle obiektem profanacji i wstrząsów, bardziej narzędziem fizycznej ekspresji i pojemnikiem na cierpienie, niż świętym naczyniem wypełnionym duchem (to tak ważny przecież dla Chrześcijanina fenomen) – nie przekonywała mnie więc ta emfaza na konieczność jego zmartwychwstania, (które i tak jest – co też można odczytać z przedstawienia – „niemożliwe”), spuentowana na dodatek oczywistością tego, że prędzej czy później wszyscy pójdziemy do piachu, a nad nami rozpostrze się biały całun obojętnego świata.

Ale zostawmy na razie eschatologię. Z tego co usłyszałem w teatralnej sali i zobaczyłem na deskach sceny odniosłem wrażenie, że tryptyk ZAR-u jest produktem kultury, która się rozpadła na milion kawałków, ale próbuje się na nowo scalić sięgając do swoich archaicznych źródeł, które wszak prawie już wyschły. Synkretyzm religijny jest jednak niemożliwy także z innych względów: poszczególne elementy nie mają już swojej pierwotnej wartości, a nawet są wobec siebie przeciwstawne. W najlepszym wypadku pozostaje przeczucie tego co było w przeszłości, muzealne ocalenie małej cząstki od zapomnienia, lament pogrzebowy i żałobny śpiew nad trupem, który już od dawna spoczywa w ziemi.
Zamiast synkretyzmu, mamy więc worek pełen elementów z przeróżnych parafii – kokofonię wielu znaczeń ogarniętą harmonijną polifonią dźwięków, coś w rodzaju postmodernistycznej mix-kaszanki wybrzmiewającej w teatralnej „sonosferze”.
Powodzenie trupy ZAR-u w wielu różnych częściach globu może świadczyć o tym, że trafia on jednak w wrażliwość współczesnego widza (czy też raczej słuchacza), dla którego najbardziej liczy się właściwie moment sensualnej wibracji (będącej niczym miejscowa stymulacja żywego organizmu w laboratorium) niż synteza znaczeń, która mogłaby doprowadzić nas do sensu i zrozumienia. Artyści ZAR-u znaleźli sposób na niezwykłą kondensację życia, ale ceną za to wydaje się być wszechogarniający ból, oraz to, że owo życie przybiera w ich ciałach formę spazmu.

Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa

*

Cisza i tumult. Życie jak opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca, będąca niczym sen wariata śniony nieprzytomnie… innymi słowy: wiele hałasu o nic – bo świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają, utkani z tego samego materiału co sny…
Tryptyk, o którym tu mowa, mógł stworzyć tylko ktoś, kogo dogłębnie dotknęła cisza, jaka zapada wokół człowieka, który przestaje oddychać. Dziadek Freta był żałobnym śpiewakiem. Kiedy odbywał się jego pogrzeb, 17-letni chłopak przeżywa – jak sam twierdzi – najgłębsze, związane z dźwiękiem, doświadczenie swojego życia: w chórze żałobników nie usłyszał głosu swojego dziadka. Lecz jak to możliwe, by doświadczenie to spowodowała cisza, pustka… nic? – zastanawia się po latach reżyser. I realizuje swoją obsesję poszukiwania ZAR-u, pieśni żałobnej, którą uważa za spirytualną „kolumnę oddechu”, po jakiej dusza zmarłego wspina się jak po drabinie do nieba.

greydot

Jednak doświadczenie reżysera nie musi – i zwykle nie jest – doświadczeniem widza (czy też słuchacza). Żeby dotknąć kogoś do żywego, musi ze sobą nieść pewną wartość uniwersalną, wspólną jeśli nie wszystkim, to większości ludzi. Wszyscy z nas mamy swoje konszachty, układy i rokowania ze śmiercią, wszyscy się jej lękamy, wszyscy staramy się ją oswoić, przechytrzyć… i wszyscy zastanawiamy się, bardziej lub mniej śmiało, gdzie też nas ona w końcu doprowadzi – za jaką granicę i do jakiej krainy zawlecze. Czy będziemy za nią wstępować do nieba, a może zepchnie nas w jakieś piekielne czeluście?
ZAR zaczyna swój tryptyk od (wynikającego z pragnienia nieśmiertelności) zmartwychwstania, ale kończy wspólną mogiłą, obróceniem się ludzi w proch, przykryciem wszystkiego białą płachtą milczenia: nad tumultem życia zapada cisza śmierci, świat się opróżnia i wraca do swojego pierwotnego (?) i właściwego (?) stanu – pustki i nicości.

Nie wiem czy istnieje „kolumna oddechu” prowadząca nasze dusze do nieba. Nie wiem czy istnieje niebo, a jeśli nawet istnieje, to nie nie wiem czym ono jest. Trudno mi jest też podzielać tę wizję podniebnej drabiny, nawet jeśli pojąć ją nie dosłownie, a metaforycznie.
Nie sądzę, że ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy. A wyrażając to inaczej: nie wierzę w to, że ból i cierpienie definiuje życie. To pewnie jeden z powodów tego, że nie zostałem przez tryptyk porwany. Momentami męczyła mnie siłowość z jaką aplikowano ruch w ciała aktorów, deprymowała zbyt intensywna ekspresja gestu – wszystkie te konwulsyjne miotania się po scenie, brak umiaru i niuansu, jakby ciało było opętane jakąś karykaturalną nadruchliwością i skazane na epileptyczne drgawki.
Tym bardziej uderzył mnie kontrast między tą gwałtownością (którą czasami odbierałem wręcz jako gwałt zadawany ciału) a kojącym i pięknym harmonijnym śpiewem aktorów – być może ewokującym pamięć o utraconej świętości: naiwności, prostoty, zaufania i oddania się wierze. Nie odebrałem tego jako kontrapunktu (bo widziałem zbyt duże dysproporcje). Był to dla mnie jeszcze jeden przejaw jakiegoś ontologicznego niezrównoważenia – dysharmonii między spokojem wynikającym z komfortu bycia we wspólnocie i odprawiania liturgii a niepokojem, lękiem a nawet czymś w rodzaju histerii opanowującej indywiduum-ciało wydane niejako na pastwę osobnego życia (jak to sugeruje np. symbolika „cesarskiego cięcia”.)

Przedstawienia ZAR-u są gęste w emocje i znaczenia – daleko im do „ubóstwa” teatru Mistrza i guru Grotowskiego. Wprawdzie tryptyk „ubogi” jest jeśli chodzi o wizualne decorum, ale za to bogaty w ruch, dźwięk, metafory i symbole. Nie dziwi mnie więc fascynacja tych, którzy tym przedstawieniom się (p)oddali, nie dziwi wrażenie obcowania z niezwykłą sztuką, która nabiera tu ciężaru rytuału. Ja również jestem pod wrażeniem intensywności oddania się swojej sztuce przez artystów – aktorów teatru ZAR (praca jaką wykonali wydaje mi się kolosalna). W wielu momentach poruszyła mnie muzyczna jakość zaprezentowana w tryptyku – harmonijne brzmienie, anielski ton, melodia i śpiew przejmujący – trudno było na to wszystko pozostawać obojętnym. Ale w końcu przytłoczył mnie jednak pesymizm grobu i śmierci, jako „ostatecznego rozwiązywania” dla życia, które w swej istocie jest tylko torturą – spazmem, konwulsją, udręką, męczarnią i bólem.
Nie, życie ma także wiele innych właściwości i faset. Mnie nie wydawało się już okrutne w chwili, kiedy odbierałem płaszcz z teatralnej szatni, widząc obok siebie uśmiechniętych i zadowolonych ludzi.

Anhelli. Wołanie

Photo: Tom Dombrowski, archiwum Teatru ZAR, Irena Lipińska

KARZEŁEK I GIGANTY – SEKWOJA

*

Potęga i znikomość – w Parku Narodowym Sekwoi (Sierra Nevada, Kalifornia, lipiec 2011 – zdjęcie własne… a właściwie mojej żony). UWAGA: kliknij, by zobaczyć zdjęcie w pełnym wymiarze (warto :) )

*

SEKWOJA

*

Cóż znaczą nasza mądrość i głupota
przy twojej niewzruszoności i prostocie
i tej onieśmielającej nas potędze,
która wyrosła tu z niczego, co by zapowiadało
twoją katedralność i wyniosłość ponad inne drzewa

*

Byłaś tu i oparłaś się na skale
na długo przed tym, jak wymyślono dla nas opokę,
na której budowaliśmy świątynie
– misterne konstrukcje z ludzkiej wiary
zawieszone we mgle naszych dociekań i złudzeń

*

W małym nasieniu, z którego wyrosłaś
więcej było pewności i życiowej siły
niż w księgach mędrców i wyznaniach świętych,
którymi karmiliśmy metafizyczne tęsknoty
wychodząc przy tym ze skóry,
by odnaleźć duszę

*

Stałaś tu nieporuszona,
(wichry i pożary były dla ciebie igraszką)
a my tymczasem
powodowani żądzą krwi i podboju
miotaliśmy się po całym świecie
rozsiewając nasze nasiona
wątpliwej często jakości

*

Teraz jestem tu i dotykam twojej kory
(zaskakuje mnie to, że jest taka miękka)
wzrokiem szukam twojej korony
(zaskakuje mnie, że jest taka mała)

*

Oto spotkały się dwie istoty
z tego samego miotu Boga,
który – gdyby tylko miał poczucie humoru
– uśmiechnąłby się na moje przeświadczenie,
że cokolwiek nas od siebie różni

*

*  *  *

Three Rivers, Kalifornia, 16 lipca, 2011

PIĘKNO I CHAOS, ZACHWYT I PRZERAŻENIE, CZUŁOŚĆ I NIENAWIŚĆ – ŻYCIE JAKO MAGMA CZUJĄCA (o najnowszym filmie Terrence’a Malicka „The Tree of Life”)

Łaska, miłość i tkliwość przeciwstawiona ślepej, zimnej i obojętnej Naturze – ludzkie uczucie w żywiole pulsującego Kosmosu.

*

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu: w odstępie kilku dni wybrałem się do kina na ten sam film. Dodam – żeby było jeszcze dziwniej – że był to film, podczas projekcji którego, widzowie opuszczali salę.

„Drzewo życia” to pod wieloma względami film niezwykły.
Jest to też chyba pierwszy taki obraz, nad którym zachwyt i uznanie wydają mi się równoprawne ze zniechęceniem czy wręcz odrazą. Dla mnie zrozumiała jest zarówno pierwsza, jak i druga reakcja. Mało tego – obu im przyznaję rację, są one w pewnym sensie równoważne, choć mój odbiór filmu skłania się jednak ku tej pierwszej.

Terrence Malick cieszy się w środowisku twórców filmowych i kinomanów pewną legendą, która zaczęła się rodzić już podczas kręcenia „Badlands” w 1973 roku – opowieści o zbuntowanym młodym psychopacie, który rozbijając się wraz ze swoją nastoletnią dziewczyną po pustkowiach amerykańskiego Middle Westu, morduje ludzi. Pięć lat później pojawiły się „Niebiańskie dni” – pięknie sfilmowana opowieść, niemalże romantyczna, choć podszyta przy tym gorzką melancholią, także z dodatkiem okrucieństwa. W „Niebiańskich dniach” dały się już wyraźniej zauważyć inklinacje Malicka do symbolicznego wykorzystywania pewnych obrazów wprowadzających do filmu specyficzny klimat, otaczający specyficzną atmosferą prozaiczną skądinąd narrację, czyniąc przy tym zwykłych ludzi niezwykłymi.
No i tak! Po „Niebiańskich dniach” Malick zamilkł na lat… 20! – by powrócić ze zdecydowanie „autorską” adaptacją książki Jonesa „Cienka czerwona linia”. I „Linia” okazała się dla wielu filmowym nokautem. Kilka lat później, w 2005 roku ukazał się na ekranach „Powrót do Nowej Ziemi” (The New World). Zrazu potraktowany dość powściągliwie i dyskretnie, bez większego aplauzu, z czasem okazało się, iż uznaje się go za jeden z bardziej znaczących filmów pierwszej dekady XXI wieku.
No a teraz – „Drzewo życia”. I Złota Palma w Cannes (co akurat nie wydaje mi się w tym wszystkim tak istotne). To jest chyba jednak ewenement: reżyser, który w ciągu 40 lat swojej kariery kręci zaledwie 5 filmów  długometrażowych, uzanany zostaje za jednego z najwybitniejszych reżyserów w dziejach kina.

*  *  *

Jakie jest miejsce człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian?

*

Malick jest nie tylko filmowcem (reżyserem, scenarzystą), ale i filozofem. Studiował filozofię na Harvardzie i w Oxfordzie. Później wykładał nawet ten przedmiot na prestiżowym MIT pod Bostonem (Massachussetts Institute of Technology). Pod koniec lat 60-tych przetłumaczył na język angielski „Vom Wesen des Grundes” Heideggera (“The Essence of Reasons”). W przedmowie do wydania książkowego tłumaczenia napisał: „Jeżeli nie wyedukujemy się w tym celu, to oczywiście jego (Heideggera) prace wydadzą się nam nonsensem.”

Następnym projektem po „Niebiańskich dniach” miał być „Q” – film o powstaniu życia na Ziemi. Pracę nad nim Malick rozpoczął, ale w jej trakcie pewnego dnia zniknął, zaszywając się – jak głosiła wieść – w Paryżu. Na filmowym planie miał się pojawić dopiero za 20 lat.

Czy to wszystko ma jakieś znaczenie dla kogoś, kto chce odczytać znaczenie „Drzewa życia”? Wcale nie musi – film może (a nawet powinien) być postrzegany i odbierany w oderwaniu od życia swego twórcy, bo w końcu jest autonomicznym dziełem sztuki. Lecz choć wcale nie musi, to jednak – zwłaszcza w tym przypadku – pomaga. Bo „Drzewo życia” to przede wszystkim filozoficzny poemat o miejscu człowieka w wiecznym wirze kosmicznych przemian.
Stąd te zapierające dech w piersiach obrazy eksplodującej, będącej w ciągłym ruchu, ekspansywnej Natury. Stąd ów bezmiar kosmicznych przestrzeni, kotłujących się galaktyk i zderzających się z planetami meteorytów. (Moim zdaniem jednak, niepotrzebnie kojarzy się to z wizją Kubrickową – bo przecież nic z science-fiction w tym nie ma.) Stąd huk i potęga niepowstrzymanych wodospadów, fale obmywające brzegi oceanów, słona pustynia p(o)rażona bezlitosnym Słońcem. Stąd plujące ogniem wulkany i wylewająca się na powierzchnię piekielnie gorąca lawa.  Stąd też miliardy żywych organizmów, galaretowate meduzy i stada żarłocznych rekinów. Stąd może nawet ukrywający się w gąszczu zielonego piekła, a później zdychający na rzecznych kamieniach… dinozaur.

Życie jako wiecznie mieszająca się i gotująca kosmiczna zupa

*

Tak, tak… Malick używa tych wszystkich obrazów jako tła dla… uczuć i emocji, jakie gnieżdżą się, kipią i pulsują w pewnej, żyjącej w Teksasie w latach 50-tych ubiegłego wieku, rodzinie.
Czy nie jest to aby przesada? – może ktoś zapytać.
Tak, ale właściwie… dlaczego by nie?
Czy nie jesteśmy z tym wszystkim powiązani? Czy siły, które stworzyły galaktyki i wpędzają je w ruch, nie są tymi samymi siłami, które stworzyły nas samych? Czy meteoryt, który w jednym momencie uśmiercił miliardy ziemskich istnień, nie może także unicestwić pewnego dnia wszystkich ludzi? Czym wobec takiej kosmicznej katastrofy różnilibyśmy się od zgładzonych wówczas dinozaurów?
Czy rzeczywiście Bóg traktuje nas wyjątkowo, pozwalając na anonimową, nic nikogo nie obchodzącą agonię zwierzęco-roślinnej (bio)masy, chroniąc jedynie i obdarzając łaską tę koronę wszystkich stworzeń – człowieka?

Gdzie byłeś? Gdzie wtedy byłeś? – to pytanie słychać często spoza kadru w „Drzewie życia”. Odwieczne pytanie wszystkich, doświadczanych cierpieniem i rozpaczą, ludzkich hiobów.

*  *  *

Nabokov napisał kiedyś, że „kosmiczny” od „komiczny” różni właściwie tylko jedna litera.
Może podobnie różnią się od siebie także ludzka tragedia i komedia? Płacz i śmiech? Szaleństwo i mądrość? A nawet miłość i nienawiść? Jedna mała literka w boskim planie stworzenia człowieka – to niewiele znaczące w kosmicznej skali erratum, jedne z centylionów składników w mieszającej się i gotującej od momentu Genesis zupie Wszechświata.

Czy jeśli ludzki „proch” (a tak zostaliśmy nazwani przez Świętą Księgę) usiłuje przeniknąć Tajemnicę stworzenia, przejrzeć i zrozumieć  przytłaczający go ogromem Wszechświat, to czy świadczy to o jego szaleństwie, czy odwadze? Może o jednym i drugim? A może także i o desperacji?
Czy nawiązując do Spraw Ostatecznych, wspominając o Bogu, nie stajemy się dla innych nieznośnie patetyczni i pretensjonalni? Jeśli tak, to czy nie wynika to z tego, że drepcząc każdego naszego dnia powszedniego wokół własnych spraw – wielkich dla nas, niewiele jednak znaczących dla świata – nie chcemy widzieć dalej niż czubek własnego nosa? Zadowalamy się jakąś odziedziczoną przez nas formułką wiary, uprawiając –  jak gdyby nigdy nic – nasz mały ogródek? Albo zajmując się błahostkami i dyrdymałą? Albo robiąc sobie na różne sposoby „dobrze”?

Może właśnie dlatego Malick, pokazując Kosmos i narodziny Wszechświata, próbując rozmawiać z Bogiem, zadawać Mu pytania, naraził się na zarzut patosu, pretensji i megalomanii?
Bo gdzie tu proporcje? Bo dlaczego nie pokazał historii tej dość przeciętnej rodziny z Teksasu „jak Pan Bóg przykazał”, czyli jasno, prosto, chronologicznie i linearnie? I nie wychodząc z kamerą poza amerykańskie podwórko? A on nie tylko, że wyszedł, to jeszcze sięgnął w nieskończoną dal i przestrzeń, powalił nas potężną erupcją kosmicznych obrazów, wizją życia jako nie dającego się ogarnąć żywiołu.

*  *  *

Zmagając się między tym co ojcowskie a tym, co matczyne – siła i gwałtowność vs. łagodność i współczucie?

 

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że film ten powstał z jakiegoś mocno tkwiącego w Malicku zranienia, a także obsesji – z osobistej katastrofy przeżytej przez niego w dzieciństwie. Może była nią (najprawdopodobniej samobójcza) śmierć brata? Może skomplikowane i traumatyczne relacje panujące między nim a rodzicami i rodzeństwem?
A przy tym ta natarczywa obecność metafizycznej tęsknoty do rozmowy z Bogiem.

Film otwiera cytat z Księgi Hioba, w którym Bóg przypomina nieszczęsnemu człowiekowi o swojej potędze i glorii Stworzyciela Wszystkiego, ale właściwe motto obrazu jest inne: „Są tylko dwie drogi, jakimi możemy w naszym życiu podążać: „droga Natury i droga Łaski” („The way of Nature and the way of Grace”).
Pierwsza to  bezwzględna walka o byt, pokonanie słabszego, twardość, siła, brak litości, poddawanie się nienawiści i używanie przemocy (czyli bycie „złym”?); druga to dążenie do harmonii, współczucie, pomaganie innym, krzewienie miłości, litość, łagodność (czyli bycie „dobrym”?)

Ta – powiedzmy sobie szczerze – uproszczona dychotomia przekłada się u Malicka na występujące w jego filmie postacie: drogę Natury reprezentuje zaborczy, gwałtowny, despotyczny i surowy Ojciec („Aby odnieść w życiu sukces, nie możesz być za dobry” – mówi on do syna), natomiast drogą Łaski jest Matka, łagodna, czuła, kochająca, upominająca syna, kiedy on, wg niej, zachowuje się źle i niegodnie.
„Matko, Ojcze – szepcze spoza ekranu chłopiec, główny bohater filmu – zawsze walczyliście ze sobą we mnie i zawsze walczyć będziecie”.

*  *  *

To prawda: cienka czerwona linia dzieli film Malicka zarówno od kiczu, jak i arcydzieła.
I podobnie jak Malick pisał o filozofii Heideggera, tak my, jeśli nie zrozumiemy (filmowego) języka, którym się on posługuje – a tym bardziej, jeśli go nie zaakceptujemy, pozostając nań głusi i ślepi – to „Drzewo życia” wyda się nam nonsensem, może chaosem, niezbornym zlepkiem słów i obrazów, nie tylko niezrozumiałym, ale i irytującym. Tak jak irytująca lub obojętna potrafi być dla nas niezrozumiała filozofia czy poezja.
A film Malicka jest bez wątpienia zarówno filozofią, jak i poezją, a ściślej: filozoficznym poematem o życiu i świecie, o wzajemnych relacjach między bliskimi sobie ludźmi, i o stosunku tych ludzi do Boga. Także o związkach między czującym życiem a martwą, choć będącą w wiecznym ruchu, materią.

Pytania o rzeczy ostateczne – eschatologia wg Malicka

*

Kiedy oglądałem „Drzewo życia”, uczucia i wrażenia przepływały przeze mnie jak rzeka. Poddałem się im. A były różne: zachwyt, wzruszenie, podziw, czułość, tkliwość, łagodność, spokój… a także zniecierpliwienie, nuda, zdziwienie, zażenowanie, wzburzenie, niepokój, może nawet złość…
Dodam, że ten pierwszy rodzaj wrażeń zdecydowanie zdominował drugi. Dlatego „Drzewo życia” stało się dla mnie doświadczeniem, które niezwykle sobie cenię.

W sumie treści jakie zawarł Malick w swoim filmie są proste, rzec można – elementarne. Tyle, że nadał im on niezwykłą formę – wyrażoną w pięknych obrazach i dźwiękach; w zaskakujących ujęciach, w niezwykłym ruchu kamery, w nietypowej grze aktorów.
A prostota może być domeną zarówno kiczu, jak i arcydzieła. W pierwszym przypadku zazwyczaj jest prostactwem, w drugim – czymś fundamentalnym, sięgającym rdzenia. Czasami jedno myli się nam z drugim – stąd rozbieżności w naszych ocenach i percepcji.

Rozumiem zarzuty z jakimi spotkał się film Malicka. Z wieloma z nich trudno mi się zgodzić, ale niektóre z nich podzielam. Choćby, dochodząca (mimo poetyckiej aury) do głosu w pewnych momentach, zbytnia dosłowność (jak np. te poza-kadrowe szepty i ograny skądinąd symbolizm ziemi, ognia i wody). Lub: rozbijająca lirykę i metaforę obrazu oczywistość przeplatająca się z dziwacznością – doprawdy można było sobie chyba darować te słoneczniki po horyzont, być może także dinozaury, tudzież wskazywanie nieba jako domu Boga, czy zwłaszcza te snujące się w finale po plaży zombies, mające pewnie symbolizować pośmiertną, ostateczną – łagodną, słoneczną i pogodną – unię wszystkich ludzi, a w efekcie dające eschatologię, wg mnie, cokolwiek naiwną, pretensjonalną i problematyczną.

Napisawszy to, pozwolę sobie wyrazić swój ostateczny podziw dla tego filmu. To dzięki tym momentom, w których czułem bliską iluminacji jedność z obrazem i dźwiękiem, „Drzewo życia” pozostanie dla mnie jednym z ważniejszych filmów, jaki widziałem w swoim życiu. A o naprawdę nielicznych filmach oglądanych przeze mnie w wieku – nazwijmy to… he, he… dojrzałym – mogę się tak wyrazić.
Muszę zaznaczyć, iż nie oczekiwałem od tego filmu, że zaciekawi mnie jakąś niezwykłą historią, że poda mi na tacy „kino”, że rozerwie trochę mój umysł i rozluźni nieco moje członki (tutaj akurat to co napisałem ma wydźwięk aprobujący, jako, że film w żadnym momencie erotyczny nie jest ;) ).
Właściwie to wystarczyło(by) mi poddanie się spływającym na mnie z ekranu obrazom i dźwiękom. A propos tych ostatnich: muzyka jaką wykorzystał Malick w swoim filmie, niesie ze sobą pewną moc transcendencji. Unosi nas w Tajemnicze i Nieznane. A czy musimy zawsze i wszystko rozumieć? Zwłaszcza słuchając cudownych dźwięków i patrząc na piękne obrazy? W takich chwilach powinny nam wystarczyć intuicja, czucie i spełnianie się w „tu i teraz”.

9.9/10

Ludzka harmonia i piękno przeciwstawione chaosowi Kosmosu

 Ilustracje: kadry z filmu Terrence Malicka „The Tree of Life”.

MOJA ZIEMIA ULRO

*

„Ziemia Ulro” to jest dla mnie ten rodzaj lektury, który wykracza poza… literaturę (literackość?) Podobną właściwość ma np. czytanie Biblii (jakkolwiek pretensjonalnie by to zabrzmiało). Innymi słowy: to jest trafienie w sam rdzeń – znów niestety powiewa patosem, ale cóż mam na to poradzić, nie pisać tego? –  mojej egzystencji. Mam nieodparte uczucie,  że Miłosz, dzięki swojej wielkiej władzy nad słowem, wyraża niejako mnie samego. Czyli dotyka tych samych rozdarć, które i mnie bolą, obnaża to samo kalectwo, które i mnie nęka.

Napisać, że jest to konflikt miedzy Wiedzą a Wiarą – toż byłoby to śmiesznie łatwe, może nawet trywialne. Ale nie. Tak nie można. Bo błąkanie się po Ziemi Ulro to nie jest taka sobie wycieczka znudzonego turysty, który nie wie, czy bardziej pociąga go Cywilizacja, czy Natura; tudzież: bardziej boi się Cywilizacji czy Natury? Refleks tego co JEST w ciemnym zwierciadle i rozjaśnione słońce Wyobraźni, która obleka świat niebieskim płaszczem naszych Złudzeń? Ta walka Nadziei ze Zwątpieniem –  to jest jednak sprawa życia i śmierci, taki metafizyczny survival. Ach – marzy Miłosz? – być tak do końca ateistą. Ale też marzenie o czymś skrajnie przeciwnym: wierzyć w Boga bez wątpienia – być pewnym tego, że On jest (i że jest przy tym Dobry), jak 2 plus 2 równa się 4.

A zamiast tego?: „Zupełny pesymizm i zarazem zachwyt, hymn ekstatyczny”, zdolność do ludzkiej rozkoszy, radość, śmiech, humor… i z drugiej strony: błądzenie nad krawędzią nicości, wyrażanie siebie na granicy krzyku.

Czy jednak w tej nienawiści do Ziemi Ulro nie ma też i miłości? Być na nią skazanym – czyż w tym gorzkim i cierpkim horrendum nie ma także słodyczy? Może za szczęście i rozkosz wcale nie trzeba płacić przerażeniem, bólem i cierpieniem, gdyż są to tylko dwie strony tego samego medalu, tej samej monety, którą gramy z naszym istnieniem – groszem, którym wkupiliśmy się w życie na świecie, gdzie czekały na nas piękne i bestie, anioły i potwory, ukojenie i strach, Matka Teresa i kaci? Czy nie kochamy Ziemi Ulro właśnie dlatego, że jesteśmy także w stanie ją znienawidzić?

Poza Ziemią Ulro jest być może wszystko, ale dla nas nie ma tam chyba nic.

*  *  *

(zdjęcie własne)