„KARBALA”, albo o tym PO CO JECHALIŚMY DO IRAKU

.

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew ("Karbala")

Politycy mówią, biznesmeni robią interesy, a żołnierze przelewają krew („Karbala”)

.

Po co wysyłaliśmy wojsko polskie do Iraku? Przyczyny oficjalne znamy: chodziło o tzw. misję stabilizacyjną. Na ile jednak było to wypełnianie zobowiązań wynikających z sojuszu, a na ile „wysługiwanie się” Amerykanom – naszemu kolejnemu Wielkiemu Bratu? Czy w związku z tym, że agresji na Irak dokonali Amerykanie, którzy de facto zaczęli ten kraj okupować, nie czyni automatycznie z tych, którzy wkroczyli tam jako ich sojusznicy, również agresorów i okupantów? A jakie były motywy polskich polityków, którzy mieli parcie na (wspomagającą Amerykanów) interwencję zbrojną Polski w Iraku? Czy nie chodziło o wzmocnienie własnej pozycji politycznej, jak również o materialne zyski (kontrakty, ropa) naszego kraju w związku z tym angażującym nas militarnie w obcym kraju posunięciem?
Czy polscy żołnierze, którzy zgadzali się na wyjazd na wojnę do Iraku (wypełniając rozkaz?), robili to z patriotycznych pobudek? Czy raczej jechali tam po to, aby zarobić pieniądze na utrzymanie siebie i swojej rodziny, na spłatę długu, na wybudowanie domu?

Ja nie mam kłopotu z tym, by uznać wojnę Stanów Zjednoczonych z Irakiem za wojnę niesprawiedliwą – uważam że pobudki i powody wywołania tej wojny były niewystarczające, by ją moralnie uzasadnić. Zaatakowanie Iraku przyniosło w rezultacie ruinę tego kraju, chaos i setki tysięcy ofiar; również destabilizację tamtego rejonu świata, dzięki której wyrosła hydra ISIS i kto wie, czy w konsekwencji tego wszystkiego nie rozpętało się piekło w Syrii? Każda wojna oparta na kłamstwie (tutaj: pretekst nieistniejącej broni masowego rażenia) i motywowana ekonomicznie (tutaj: surowce, olbrzymie pieniądze zarobione przez prywatne firmy, które konflikt w Iraku obsługiwały) jest wojną nieetyczną. W związku z tym każdy, kto wspiera tę wojnę – wliczając w to walczących w niej żołnierzy – postępuje nieetycznie.

No i teraz w to wszystko miesza się kino. Trudna sprawa, bo w sumie nie wiadomo jak traktować filmy zajmujące się tą wojną: jako obrazy batalistyczne, które same w sobie posiadają walory widowiska – czyli jako kino czyste, wyabstrahowane w pewnym sensie z „newsowej” rzeczywistości, czyli z publicystyki? Czy też wręcz przeciwnie: ujmować je w kontekst społeczny i historyczny, z wszystkimi tego konsekwencjami: propagandowymi, politycznymi, moralnymi – ulegając zazwyczaj stronniczości, lokując się po tej a nie innej stronie frontu, poddając się subiektywnej ocenie i określonej (naszymi przekonaniami i uprzedzeniami) perspektywie?
Nauczony przykładem ewolucji wątku wietnamskiego w kinie amerykańskim, jestem wyczulony na swego rodzaju manipulację widzem, kiedy to usiłuje się nakłonić go do przyjęcia określonej perspektywy, zazwyczaj zgodnej z intencją i zapatrywaniem autorów filmu. Niekiedy przyjmuje to postać pewnego rodzaju szantażu emocjonalnego, przez co nie jesteśmy w stanie zdystansować się do wizji twórców, grających na naszych uczuciach i wartościach.

Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej cenię te filmy, które owych manipulacji zawierają najmniej, które nie epatują widza patosem, które unikają stereotypów i czarno-białej jednoznaczności – o propagandzie nie wspominając. To dlatego najlepszym jak do tej pory filmem o wojnie w Iraku, jest moim zdaniem „The Hurt Locker”, Kathryn Bigelow, natomiast „Snajper” Clinta Eastwooda to dla mnie obraz spalony, bo wpisujący się w nurt amerykańskiego kina propagandowego, którego sztandarowym przykładem są choćby „Czerwone berety” Wayne’a (a wszelkiej propagandy, zwłaszcza wojennej, nie cierpię).
Są też obrazy, które poprzez swoją widowiskowość – dzięki posiadaniu czystych walorów wojennego spektaklu – oddziałują na nas bardziej sensorycznie, niż intelektualnie, w związku z czym poddajemy się im jako widz kina gatunkowego, czyli takiego, w którym ważniejsza jest konwencja i styl, niż realizm i przystawanie do tzw. rzeczywistości (zwłaszcza tej politycznej). Zaliczyłbym do nich np. słynny „Helikopter w ogniu” Ridley’a Scotta, jak również – zachowując jednak odpowiednie proporcje – właśnie film Krzysztofa Łukaszewicza.

Przyznam się, że „Karbala” mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Wybierałem się do kina zdając sobie sprawę z tego, jak mizerne w końcu środki przeznaczono na realizację tego filmu; wiedząc że ci, którzy zrazu projekt poparli, później się z niego wycofali; że niemal cały film nakręcono w… Żeraniu, a budżetu starczyło ledwie na 8 dni zdjęciowych na Bliskim Wschodzie (Jordania), gdzie też wszystko się sypało, bo sprzęt nie dotarł na czas, lokalna ludność wchodziła na plan nieproszona, zaś ekipa została oskarżona o profanację i o to, że kręci izraelską propagandę.
Byłem też w pewnym sensie do tego filmu uprzedzony, gdyż uważałem, że żołnierze polscy do Iraku jechać nie powinni.

Cóż więc się stało?
Otóż na ekranie zobaczyłem solidne kino wojenne, dobrze sfotografowane, nieźle zagrane… a co najważniejsze: pozbawione propagandowego patosu i szowinizmu wobec wroga (bądź co bądź byli to Irakijczycy, którzy walczyli w swoim kraju z obcym najeźdźcą) – czyli tego wszystkiego, co tak mi przeszkadzało – i irytowało – np. w „Snajperze”. Co ciekawe, zarówno „Karbala”, jak i „Snajper” niemal zupełnie pomijały historyczno-polityczne tło tej wojny, ignorowały racje tych, którzy się jej sprzeciwiali. A jednak, podczas gdy w przypadku filmu Eastwooda uczyniłem z tego jeden z głównych zarzutów wobec reżysera, to w przypadku „Karbali” nie miałem o to pretensji.

Zastanawiam się teraz skąd bierze się ta niekonsekwencja.
Otóż na pewno nie z powodu lokalnego patriotyzmu – z tego, że każda pliszka swój ogon chwali więc kino polskie samo przez się jest mi bliższe, niż amerykańskie. Nie, tu chodzi o zupełnie inne podejście zarówno do militarnego aspektu opisywanych wydarzeń, jak również – i to chyba zadecydowało – o stosunek do rdzennej ludności, mieszkańców Iraku. W „Snajperze” każdy Irakijczyk był dla amerykańskich żołnierzy „dzikusem”, w „Karbali” nawet „terroryści” z bojówek as-Sadra mają ludzkie oblicza, o cywilnych mieszkańcach nie wspominając. W „Snajperze” Amerykanie włamywali się do irackich domów, nie zważając na cywilów, siejąc terror i zniszczenie (jak najbardziej zasługując na to, by uznać ich za agresorów), w „Karbali” Polacy bronili się w miejscowym City Hall zaatakowani przez bojówki (była to więc samoobrona); „bohaterski” Chris Kyle strzelał z ukrycia do ludzi, znajdując ponadto w tym przyjemność, polscy żołnierze strzelali bo musieli, stawiając czoła przeciwnikom, którzy mieli nad nimi przewagę liczebną; Chris Kyle został uznany w swoim kraju bohaterem, Polacy nawet nie mogli przyznać się do tego, że w Iraku brali czyny udział w walce i bitwę wygrali (ze względów propagandowych, obronę karbalskiego City Hall przypisano sprzymierzonym z Amerykanami policjantom irackim, mimo tego, że ci stamtąd po prostu uciekli, zostawiając na placu boju Polaków i Bułgarów).

„Karbala” sprawdza się też jako widowisko. Wprawdzie bardziej uważne oko dostrzeże w tym obrazie pewne niedociągnięcia wynikające z budżetowych oszczędności; ktoś bardziej krytyczny zauważy, iż pewne wątki scenariusza mogły być wykorzystane lepiej i bardziej logicznie, to jednak film broni się swoją dynamiką i batalistyką, zachowując przy tym wiarygodność jeśli chodzi o motywacje bohaterów, dzięki czemu są oni dla nas ludźmi z krwi i kości, a nie tylko scenariuszowymi marionetkami. Kadry, mimo rozedrganego prowadzenia kamery, sprawiają solidne wrażenie, dzięki czemu cały film ma ciężar (w dobrym znaczeniu tego słowa) maskulinistyczny, co oczywiście przydaje się w przedstawieniu całego tego bitewnego zgiełku wojny i żołnierskiego znoju tak, byśmy to mogli również odczuć na własnej skórze, mimo że zanurzeni bezpiecznie w kinowym fotelu.

greydot

UWAGA: Film obejrzany w ramach odbywającego się w Chicago Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.

.

BOHATER CZY PSYCHOPATA? (o filmie Clinta Eastwooda „Snajper” dialog z Tamaryszkiem)

Chciałem napisać o tym filmie, bo porusza on dylematy, które zawsze mnie interesowały i dotykały, ale czułem jakąś wewnętrzną blokadę. Tak było do czasu, kiedy trafiłem na stronę Tamaryszka, która (który?) – będąc rasową kinomanką, a na dodatek świetną polonistką – pisze bardzo ciekawe, wnikliwe i analityczne teksty o filmie. Mój krótki, wypełniony nieco gorzką żółcią komentarz na temat ostatniego filmu Clinta Eastwooda, stał się początkiem – myślę, że interesującej – rozmowy o obrazie uznanego reżysera, w której, jak sadzę, udało mi się przekazać to, co myślę o „Amerykańskim Snajperze”.

.

Amerykański bohater zwany Legendą - na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irakijskich "dzikusów", co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

Amerykański bohater zwany Legendą – na swoim koncie ma zabicie (oficjalnie) 160 irackich „dzikusów”, co wielu Amerykanów doprowadziło do patriotycznej ekstazy.

.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Właśnie obejrzałem „Amerkańskiego snaipera”. Film tak naprawdę dla mnie obrzydliwy (choć od strony filmowego rzemiosła dobry). Jechać do obcego kraju zabijać jego mieszkańców – w imię urojonego zagrożenia i kłamliwego oskarżenia – i to z ukrycia!!! I z takiego człowieka robić narodowego bohatera! Czysty szowinizm!
Według mnie ten snajper był psychopatą i zabójcą, a nie bohaterem. Ta wojna, moim zdaniem, nie była etycznie usprawiedliwiona, dlatego poczynania tego człowieka uważam za zbrodnię (to, że wynikającą z bezmyślności, pseudo-patriotycznego zaczadzenia i prania mózgu, niczego tu nie usprawiedliwia). To może okrutne, co napiszę, ale śmierć z ręki innego szaleńca jaka spotkała snajpera, uważam za pewną sprawiedliwość losu. (Sorry, ale takie mam niepoprawne politycznie – i może bezlitosne – myśli w związku z tym filmem.)

TAMARYSZEK: Ostro oceniasz. Nie bez racji.
Ja bym dała tematowi szansę. Choć podział na wilki-owce-owczarki jest dużym uproszczeniem, to sytuacja żołnierza mającego ochraniać swoich poprzez uśmiercanie potencjalnych agresorów (tak, to kontrowersyjne i używam słowa tylko w kontekście militarnym), jest ciekawa. Za daleko poszedł Eastwood w uproszczenia.
Stąd niezrozumiały zachwyt nad bohaterstwem. Ani bohaterstwa, ani sensu w misji Kyle`a trudno się dopatrzyć. Nawet gdyby zawiesić Twoje zarzuty (te wynikające z poglądów) i zająć się tylko robotą filmową.
Mnie irytowało pokazanie motywacji postaci. Tato powiedział jakieś święte słowa, których on nigdy nie próbował weryfikować. Zapalił się do misji, oglądając relację medialną m.in. z ataku na WTC. Padają tam takie słowa: „co oni robią naszym?!” – i to cała motywacja. Odwet, zemsta, niezrozumienie – proste środki.

Gdzieś w tym temacie jest potencjał. Ale trzeba by wyjść poza tę zbyt „amerykańską” definicję patriotyzmu i wiarę, że istnieje jedna słuszność. Cudzysłów celowy, bo wyobrażam sobie, że nie można tej formuły przypisać całej Ameryce. Choć jednak niepokoją mnie medialne donosy o popularności „Snajpera”.

Rozumiem, że ceniąc filmowe rzemiosło, masz na myśli robotę operatora, montażysty etc…, tych, którzy pracowali nad oddaniem klimatu tej wojny. Zgoda.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Oceniłem ostro (bo emocjonalnie) pewnie dlatego, że napisałem ten komentarz na gorąco, zaraz po obejrzeniu „Snajpera” i jeszcze nie ochłonąłem z… niesmaku (może nawet oburzenia?) jakie ten film we mnie wywołał. Ja niestety nie mogłem patrzeć na obraz Eastwooda tylko jak na film (być może jest to jakiś mój percepcyjny błąd?), zawieszając na dodatek przy tym swoje poglądy (a na wojnę w Iraku mam pogląd dość jednoznaczny). Kiedy więc widziałem jak dzielni żołnierze amerykańscy włamują się do prywatnych domów mieszkańców kraju, który zaczęli okupować (kto tu jest agresorem?), kiedy słuchałem jak Irakijczyków nazywa się (raz po raz) „dzikusami” (savages), odhumanizowując ich po to, by łatwiej było ich zabijać… (wiele było takich elementów w tym filmie, które wzbudzały moją idiosynkrazję) to… najpierw szlag mnie trafiał, potem czułem się źle, a wreszcie zrobiło mi się strasznie… hm… przykro, smutno? To niestety rzutowało na mój odbiór całego filmu.

Ale jednak najbardziej przygnębiła mnie narodowa euforia, z jaką Amerykanie przyjęli ten film – to, że stał się on takim patriotycznym „hitem”.

Eastwood, którego skądinąd cenię, lubię i szanuję, ma u mnie za ten film krechę (starcza demencja? – chyba nie, bo nadal jest on tutaj sprawnym reżyserem; pomieszanie z pogubieniem? – być może, bo słyszałem takie jego wypowiedzi, które same sobie zaprzeczają*).

Tak, pisząc o sprawnym rzemiośle, miałem na myśli głównie techniczne aspekty filmowej roboty. Również siłę kreacji Coopera.

Nie rozumiem Eastwooda. Był on przecież zadeklarowanym przeciwnikiem wojny w Iraku, sam o sobie mówi, że jest raczej jak gołąbek, a nie jastrząb, a tu jednak gloryfikuje zabijanie (robiąc bohatera z killera). Nic w jego filmie nie wskazuje na to, jak wielką pomyłką (i de facto zbrodnią, bo pod względem etycznym nie można tej wojny usprawiedliwić) była agresja amerykańska na Irak (setki tysięcy ludzi straciło życie, zrujnowany i zdestabilizowany do dzisiaj kraj – na tym właśnie podłożu wylęgła się żmija ISIS). Zamiast tego mamy dość prymitywne wstawki np. z 9/11 jako psychologiczne usprawiedliwienie postawy snajpera. (Cienkie to, cienkie… a może on po prostu lubił strzelać i był w tym dobry, wiec go zaangażowano do odstrzału „wroga” ?)** Nota bene, twierdził on (mam tu na myśli postać rzeczywistą) z całym przekonaniem, że wśród tych kilkuset osób, które zabił, nie było ani jednego dobrego człowieka (wszyscy byli „bad guys”). Kolejny dowód na motywacyjny i ekspiacyjny prymitywizm tego człowieka pod tym względem. I z takiego kogoś robi się w tym filmie herosa (ponoć to właśnie Eastwood obiecał ojcu snajpera, że w swoim filmie jego syna ukaże jako bohatera).
Żeby było ciekawiej, kiedy Eastwoodowi przedstawiono opinię znanych w Ameryce osób publicznych (mało, bo mało, ale kilka się takich znalazło), że snajper był psychopatą, to odpowiedział: „And they were right”.
I bądź tu mądry… Bo przecież nie wierzę, że Clintowi chodziło głównie o kasę – film zrobiony za marne 50 mln, zarobił już blisko pół miliarda dolarów. To też mi się średnio podoba, choć nie o kasę tu jestem zazdrosny, ale boli mnie owczy pęd z jakim Amerykanie popędzili do kina, by zobaczyć swojego bohatera o tak wątpliwej proweniencji. (Może w ten sposób zabijają w sobie świadomość, jak wielką klęską było ich wojna w Iraku? Forma kompensacji za poczucie coraz mniejszej skuteczności mocarstwowej Ameryki w globalnej skali?)

TAMARYSZEK: Dzięki za komentarz. Nie mam takiego rozeznania w temacie. Tym ważniejsze są dla mnie Twoje spostrzeżenia stamtąd, tzn. ze świata, z którego wyrósł i bohater, i reżyser. Eastwooda cenię. To co robi w Snajperze – dziwne, niejednoznaczne, jednak niezupełnie czyste.

Odniosę się do kilku tylko spraw.
A propos języka. Uprzytomniłeś mi te częste rzeczywiście zwroty pod adresem tubylców. Dzikusy. Pamiętam tę scenę, kiedy Snajper po trafieniu mężczyzny obserwuje chłopca. Chłopiec podchodzi, wyciąga zmarłemu broń (nie umiem nazwać co to), próbuje skierować ją na wroga. „Zostaw, gnoju” – mówi Kyle.
I to jest ciekawa sprawa. Bo – po pierwsze Kyle nie musiał tego mówić z nienawiścią, tylko zaklinał rzeczywistość, żeby mały odszedł, i by on nie musiał do niego strzelać. Po drugie – wyobrażam sobie, że taka jest językowa rzeczywistość. Wroga się bezcześci językiem. Wątpliwości się neutralizuje. Może – to nie cynizm – m.in. tym sposobem formuje się morale? Bo wróg nazwany dzikusem jest jak szkodnik do usunięcia. Chodzi mi o to, że to jest dopuszczalne, że tak mówią żołnierze. Problem w tym, że Eastwood nie zrobił niczego lub zrobił za mało, by to zrównoważyć. Zostawia widza z tymi „dzikusami”, każe nam podobnie myśleć i czuć. A to jest absolutnie niedopuszczalne. Z powodów, o których piszesz.
Uderzam głównie w Eastwooda. Poszedł na skróty. I – no cóż – na jego konto trzeba zapisać podgrzewanie głupiego szowinizmu.

Mój odbiór był taki, że reżyser nie dopracował postaci. I tu się mogłam mylić. Jeśli Kyle był rzeczywiście tak prosty i nieskomplikowany jak postać, którą odtwarza Cooper. Cooper, który to, co miał do zagrania, zagrał OK. Tylko – i tak się nakręca spirala – w imię czego?

Wrócę jeszcze do warsztatu filmowego. Eastwoodowska wizja patriotyzmu budzi sprzeciw również na poziomie formalnym. Sceny, które mogłyby mieć znaczenie, są spalone przeszarżowaniem. Brakiem dystansu i przesadnym dopowiadaniem. 
Dwa przykłady. Pierwszy – gdy Kyle zabija najlepszego strzelca tubylców, który nie raz zadał Amerykanom szyku, m.in. zmasakrował twarz przyjaciela Kyle`a. Moment odwetu. I komentarz stojącego obok żołnierza, który kilkakrotnie (!) powtarza, że ów przyjaciel byłby ze Snajpera dumny. Drugi przykład – spotkanie na amerykańskiej ziemi: beznogi weteran i Kyle z synkiem. Mężczyzna przypomina, że zawdzięcza Snajperowi życie. Jest patetycznie. Ale jeszcze do ocalenia, gdyby tylko Eastwood chciał. Chyba nie chciał, bo pozwala facetowi klęknąć przed chłopcem (który swój rozum ma i już kontaktuje, że ojciec jest ok) i wypowiedzieć wszystko do końca. „Twój tata to bohater”. 
Nawet gdybyśmy przyglądali się mniej kontrowersyjnej postaci, nie trzeba mówić czegoś, co jest wystarczająco jasne dzięki sytuacji, obrazowi, spojrzeniom i innym filmowym środkom wyrazu. Film kuleje na obie nogi – problemową i warsztatową. Aż dziw, że tak prosto wchodzi w społeczny odbiór.

STANISŁAW BŁASZCZYNA: O tak, wroga się odczłowiecza na wiele różnych sposobów. Jednym z nich jest właśnie to bezczeszczenie językiem, o którym wspominasz***, ale nie tylko – wystarczy przypomnieć sobie, co robili amerykańscy żołnierze z więźniami w Abu Ghraib (swoją drogą czekam na film o amerykańskich zbrodniach w Iraku, jak np. wymordowanie całej irackiej rodziny przez amerykańskich marines, po uprzednim zgwałceniu przez nich kobiet – ciekawe czy się doczekam?), gdzie upokarzano i torturowano Irakijczyków.
Jeśli odczłowieczaniem wroga buduje się „morale”, jak piszesz, to jest to raczej a-morale. Niestety, żołnierze w warunkach bojowych stają się powodowanymi instynktem zwierzętami – swego rodzaju automatami – maszynami do zabijania. Nie wiem, czy sobie przypominasz, że w jednym z moich tekstów o wojnie „Czas przemocy” (wiem, że go czytałaś, bo pamiętam Twój komentarz) cytowałem płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”), który podczas wywiadu udzielonego „Polityce”, powiedział m.in.: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)”
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną.”

Choć (mimo mojej niechęci do wojska) nie podzielam radykalizmu Wilka (sam przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy czytałem te jego wypowiedzi), to jednak uderza trafność jego spostrzeżenia w kontekście postaci filmowego snajpera.

Zgadzam się: Eastwood poszedł na skróty, także tworząc ekranową postać Chrisa, która w sumie jest jednak dość kartonowa (Cooper próbuje ją jakoś ożywić, nasączyć psychologiczną intensywnością, ale chyba scenariusz mu na to niezbyt pozwala, więc gra on głównie oczami i mimiką – tak jakby chciał rozsadzić postać prymitywnego w sumie człowieka jakimś większym znaczeniem, nadać jej głębi, wyższego sensu, ukazać jego moralne rozterki… Ale to trudno zrobić w środku jatki, jakiej film Eastwooda (specjalisty przecież od batalistycznego naparzania się i strzelaniny) nam nie szczędzi. Stosunek Chrisa do rodziny**** też – wbrew pozorom – nie jest skomplikowany, bo wszyscy żołnierze cierpiący na PTSD zachowują się tak samo: tracą kontakt ze swoim otoczeniem, narkotyzują się lub upijają, żyją w swoim świecie wojennej traumy, zrywają się ich więzi rodzinne… etc. (PTSD właśnie bardzo „spłaszcza” człowieka, zwłaszcza tego, który dotychczas był już cokolwiek płaski.)

Też się kołata w mojej głowie pytanie: w imię czego?
W imię czego Eastwood nakręcił film (chyba jednak wbrew sobie)?
W imię czego talent Coopera męczy się z takim prymitywem jak Chris?
Obawiam się, czy aby odpowiedź na te wszystkie pytania nie jest jednak trywialna.

Dziwisz się, że film tak prosto wchodzi w społeczny odbiór? Może właśnie wchodzi tak prosto dlatego, że jest taki „łopatologiczny” (o tej łopatologii świadczą choćby te przykłady, które podałaś) – a publika to z łatwością łyka.

TAMARYSZEK: Społecznie użyteczna psychopatyzacja… Trudno komentować. Absurdalnie jest ten świat poskładany. Jeśli wydrążeni z uczuć i refleksji żołnierze są wytworem (albo efektem) celowego formowania, wydobywania z nich tego, co wyrasta z instynktu, to nie wiadomo, czym bardziej się przerażać. Efektem czy obróbką? Czy zgodą owiec na kastrację owczarków?

STANISŁAW BŁASZCZYNA: Owczarków wcale nie musi się – i nie powinno – kastrować. To są mądre psy, nawet ze swoimi hormonami. W przeciwieństwie do mężczyzn – żołnierzy, którym testosteron (o wojskowej musztrze i indoktrynacyjnym praniu mózgu nie wspominając) często odbiera rozum.
Swoją drogą ten podział na owce, wilki i psy pasterskie, (który wpaja do głowy małego Chrisa jego ojciec) jest niebywale infantylny – a urasta w filmie Eastwooda niemal do rangi konstytucji światowego porządku, staje się czymś w rodzaju motywacyjnego credo bohatera „Snajpera”. Zresztą, w dziele Eastwooda jest niestety znacznie więcej takich „kwiatków”.
Poza tym, sugerowanie, że film ten jest filmem antywojennym (jak robi to reżyser i całe gremium zachwyconych „Snajperem” krytyków) jest według mnie – jeśli nie obłudą – to skrajnym okłamywaniem innych i siebie samego. Żaden naprawdę uczciwy film antywojenny nie wywołuje u widza aplauzu i satysfakcji z tego, że jeden człowiek zabija drugiego człowieka (na dodatek odhumanizowanego); nie ukazuje zabijania jako bohaterstwa; nie powoduje też, że widz napawa się prezentowaną mu widowiskowo na ekranie batalistyką – wszystkimi tymi wybuchami i całą tą strzelaniną – a z tym mamy do czynienia w „Snajperze” na każdym kroku*****. Skądinąd wiem (i wiedział o tym na pewno Eastwood), że dla Kyle’a zabijanie było przyjemnością (sam się bowiem do tego przyznaje w swojej autobiograficznej książce). Czy takiego człowieka wybiera się jako bohatera filmu antywojennego – zwłaszcza, że nie kwestionuje się w nim jego ideologicznej i moralnej postawy, a wprost przeciwnie: dokonuje się apologii uznania go za bohatera i patriotę?
Smutny to film. I przewrotny.

greydot

PS. Chris Hedges, były długoletni korespondent zagraniczny „New York Timesa”, tak napisał o „Snajperze”: „Film gloryfikuje najgorsze przywary amerykańskiego społeczeństwa: kult broni palnej, ślepe uwielbienie dla armii, wiarę w cywilizacyjną wyższość Ameryki i jej posłannictwo w niesieniu dobra i poprawianiu innych, dzikich i błądzących; groteskową obyczajowość macho, w której litość i współczucie stanowią oznaki słabości; nie przyjmowanie do wiadomości niewygodnych faktów i historycznej prawdy; niezachwianą wiarę, że Bóg jest z nami. (…) Nie brakuje ćwierćinteligentów skrzywionych przez tę hierarchię wartości. Jednego z nich, George’a W. Busha, wybraliśmy na prezydenta. Pełno ich w wojsku i kościołach. Oglądają Fox News i naprawdę w to wierzą. Nie interesują się światem, nie rozumieją go, żyjąc w swoich zamkniętych społecznościach. Są dumni z własnej ignorancji i antyintelektualizmu. Wolą oglądać mecze i pić piwo, niż przeczytać książkę. Uważają się za dobrych, wszyscy inni są źli.”

I coś w tym jest. Z kolei magazyn „Rolling Stone” obwieścił, że „‚American Sniper’ is too dumb to criticize” („‚Amerykański snajper’ jest zbyt głupi, żeby go krytykować”) – i także w tym coś jest. Warto zresztą przytoczyć tu fragment recenzji jaką zamieścił ten tygodnik: „‚Snajper’ to film, w którym polityka jest tak nonsensowna i idiotyczna, że w normalnych okolicznościach byłby on poniżej wszelkiej krytyki. Jedyną rzeczą, która zmusza nas do potraktowania go serio jest niezwykły fakt, że niemal identyczne widzenie świata opanowało kurzy móżdżek (‚walnut-sized mind’) prezydenta, który wplątał nas w tę absurdalna wojnę. To właśnie fakt, że film jest tak popularny, i ma sens dla tak wielu ludzi – to jest rzeczywistym problemem.”

A jednak recenzje o podobnej wymowie były w zdecydowanej mniejszości. Dominowały te, które film Eastwooda chwaliły, albo się wręcz nim zachwycały, jak np. ta w „New Yorkerze”: „Zarówno powalający (‚devastating’) film wojenny, jak i powalający film antywojenny – powściągliwa (‚subdued’) celebracja zręczności wojownika i pełen żalu lament nad jego osamotnieniem i nieszczęściem.” (Zdanie to zdumiewa tym bardziej, że ponoć dla „New Yorkera” piszą najbardziej inteligentni ludzie w Ameryce.)

Ja rozumiem to, że każde społeczeństwo potrzebuje patriotycznych bohaterów. Zdaję też sobie sprawę z  mechanizmu kreowania tychże bohaterów: staje się on postacią mityczną, niekoniecznie mającą wiele wspólnego z prawdziwym człowiekiem, którego poddaje heroizacji. Jednak akurat w tym przypadku, obrano sobie moim zdaniem dość marną do tego celu postać, której gloryfikacja stwarza pewne niebezpieczeństwo utrwalania w amerykańskim społeczeństwie szowinistycznych stereotypów, prostackiej wizji świata i źle pojętego – bo bezmyślnego i bezkrytycznego – patriotyzmu. Ponadto Chris Kyle miał to nieszczęście brać udział w wojnie, która była wojną niesprawiedliwą i już ten fakt ustawia jego poczynania w pewnej perspektywie etycznej (o jego psychopatycznej skłonności do zabijania i czerpania z tego satysfakcji, nie wspominając). Bo np. w walce z Niemcami podczas II wojny światowej, taki typ by się nam bardzo przydał. (I to jest właśnie ta wojenna ambiwalencja, która nigdy nie dawała mi spokoju.)

greydot

PRZYPISY:

* Już po napisaniu tych słów trafiłem na jeszcze jedną tego typu wypowiedź Eastwooda (świadczącą o pewnej jego konsternacji poglądowej)  w wywiadzie, jakiego udzielił niedawno reżyser gazecie „Los Angeles Times”: „W swoim długim życiu byłem już i na lewicy, i na prawicy. Teraz nie wiem gdzie jestem. To skłania do cynizmu, zwłaszcza w obecnych czasach.”

** Także i w tym przypadku znalazłem wkrótce potwierdzenie tego przypuszczenia w tym, co napisał sam Chris Kyle w swojej autobiografii. Otóż stwierdza on tam, że dla niego zabijanie to był „fun”, że on to kochał („loved”), dodając: “I hate the damn savages” oraz “I couldn’t give a flying fuck about the Iraqis”. (Podaję za „Guardianem”.) Kyle okazał się również mitomanem: twierdził np. że wraz z kolegą ustrzelił kilkudziesięciu czarnych, którzy plądrowali Nowy Orlean po zniszczeniach jakie dokonał huragan Katrina; albo że zastrzelił dwóch rabusiów, którzy chcieli go obrabować na stacji benzynowej (nic z tego nie znalazło potwierdzenia w faktach). Te ostatnie przechwałki stają się jeszcze bardziej kuriozalne wobec tego, jak Kyle traktował domy Irakijczków, do których się włamywał siłą. Sam się przyznaje: „(I was) …rummaging through the complex to see if I could find any cool shit – money, guns, explosives. The only thing I found worth acquisitioning was a handheld Tiger Woods game.” („Przetrząsnąłem cały dom, bo chciałem zobaczyć czy mogę znaleźć jakieś fajne gówno – pieniądze, karabiny, materiały wybuchowe. Jedyną rzeczą, którą uznałem za wartą zarekwirowania, była ręczna gra Tiger Woods.”)

*** Á propos bezczeszczenia „wroga”, warto tu przytoczyć jeszcze jeden cytat z autobiografii Kyle’a: „W ciągu niecałej godziny strzelaliśmy do gościa, który chciał nas wysadzić w powietrze, potem próbowaliśmy uratować mu życie, a na koniec zbezcześciliśmy jego zwłoki. Pole bitwy to dziwaczne miejsce.”

**** Symptomatyczne jest również to, że Kyle – w praktyce – przedkładał swój „patriotyczny” obowiązek (odstrzału „dzikich” Irakijczyków, który widział – przynajmniej takie były jego deklaracje – jako zapewnianie bezpieczeństwa swoim kamratom i swojemu – nota bene oddalonemu o tysiące mil – krajowi) nad dobro swojej rodziny (gdyby było inaczej, to by się nie pchał aż cztery razy do Iraku, który de facto rujnował jego psychikę, jak również relacje z żoną i dziećmi).

***** Warto zwrócić uwagę, że patriotycznemu wzmożeniu w zetknięciu się z postacią Kyle’a ulegali nie tylko Amerykanie. Oto co m.in. znalazłem w recenzjach polskich czytelników jego książki: „Autor jest brutalnie szczery i nie kryje się z faktem, iż żałuje, że nie zabił więcej wrogów – w końcu do tego go wyszkolono, poza tym rebelianci zagrażają niewinnym ludziom. Jest żołnierzem z krwi i kości; uwielbia wojaczkę, uczy syna strzelać od najmłodszych lat. Oprócz tego to bardzo religijny człowiek, pokłada ufność w Bogu i bynajmniej nie boi się, że na Sądzie Ostatecznym Pan ukaże go za zabijanie. W końcu nie zabił ani jednego niewinnego człowieka. (…) Chris Kyle po zakończeniu kakriery wojskowej, rozkręcił własną firmę (oczywiście związaną z wojennym rzemiosłem) i zaangażował się w pomaganie weteranom wojennym. Jest charakterny, twardy, ale uczciwy i honorowy. To bardzo dobry człowiek. A przynajmniej był nim, zanim zabił go jakiś szaleniec w lutym tego roku. Kiedy się o tym dowiedziałam, łzy stanęły mi w oczach. Czułam się, jakbym straciła przyjaciela. Myślę, że moja reakcja jest najlepszym świadectwem jakości książki i nie muszę zachęcać was do jej przeczytania.”
I może jeszcze jedna „perełka”, bardziej chyba humorystyczna, niż bulwersująca: „Właśnie dzięki ludziom takim jak Chris Kyle całym sercem kocham Amerykę. Przeczytałam tą książką bo interesuje mnie ta właśnie tematyka. Książka jest zabawna, straszna, okrutnie szczera i wzruszająca. Gdy dziś po skończeniu książki przeczytałam, że ten dzielny, jeszcze młody człowiek zmarł rok temu w taki sposób, płakałam szczerymi łzami. Poczułam się jakbym poniosła osobistą stratę co może się wydawać naiwne po przeczytaniu jedynie książki ale kiedy umiera żołnierz, świat traci ważną cząstkę. Może nie jestem godna by to mówić, ale Semper fi America.” (Cytaty z portalu „Lubimy czytać”.)

 

CZAS PRZEMOCY

*

…(drugiemu) jeźdźcowi dano władzę
zabrania pokoju z ziemi, tak żeby
ludzie wzajemnie się mordowali.
I dano mu wielki miecz.
Apokalipsa, VI, 4.

1. GENY, EROS I THANATOS

*

Wojna jest zorganizowana formą agresji, wojsko jej narzędziem. Kulminacją agresji jest mord. Od zarania ludzkości ciągnie się za nami to Kainowe dziedzictwo – nasza historia jest historią wojen.
Edward O. Wilson w książce „O naturze ludzkiej” sięga do źródeł:
„Niektóre nowe społeczeństwa uznały wojnę za narzędzie polityki, a ci, którzy najlepiej umieli się nim posługiwać, odnosili – co jest rzeczą tragiczną – największe sukcesy. Ewolucja wojny była autokatalityczna reakcją. (…) Wraz z tym, jak społeczeństwo staje się coraz bardziej scentralizowane i złożone, rozwija wyrafinowaną organizacje wojskową i technikę wojenną, a czym większe militarne wyrafinowanie  danego społeczeństwa, tym bardziej prawdopodobne jest to, że rozszerzać będzie swoje terytorium i wypierać rywalizujące z nim kultury. Siłą napędową rozwoju cywilizacji było wzajemne pobudzanie się kulturowej ewolucji i zorganizowanej przemocy, co doprowadziło do tego, że obecnie tylko jeden krok dzieli nas od nuklearnej zagłady.”

Często – w jakimś sensie usprawiedliwiając tym samym wojnę – wskazuje się na agresję jako cechę przypisaną i nieodłączną naturze ludzkiej. Bez wątpienia leży ona u podstaw konfliktów i jest motorem walk między ludźmi.
Czy możemy mówić o wrodzonej, genetycznie uwarunkowanej ludzkiej agresji?
Dziedzicznie jest przekazywana nie tyle agresja jako taka, co predyspozycje i skłonności do niej. Może się ona wyzwolić w pewnych okolicznościach nawet u najbardziej pokojowo nastawionych społeczności – u ludzi, wydawałoby się, niezdolnych do walki i zabijania.

Wszystko wskazuje na to, że w kategoriach biologicznych agresja jest jednak niezbędna do zachowania życia. Ale „agresji człowieka nie należy uważać ani za szatańskie piętno, ani za bestialski instynkt” (Wilson). Nie musi ona przybierać najbardziej destruktywnych i brutalnych form. Darwinowska koncepcja struggle for life zapewniająca ewolucyjny rozwój gatunkowy i dominację nad słabszymi, brzmi już dzisiaj nieco anachronicznie, nie wytrzymując do końca konfrontacji z przyrodniczą rzeczywistością. Ponadto, po to przecież tworzymy kulturową nadbudowę, by nie identyfikować się do końca ze światem zwierząt.

Popełniane w czasie wojen potworne okrucieństwa i zbrodnie, których nie można nawet uzasadnić „racjami” strategicznymi i militarnymi (takimi np. jak żądza podboju, zdobywania łupów, narzucanie swojej woli innym i wykorzystywanie ekonomiczne tych, nad którymi zdobywa się władzę), wydają się potwierdzać pesymistyczną teorię Ericha Fromma: ludzka agresja osiąga czasem patologiczny i nieumotywowany racjonalnie poziom, jakiego nie spotykamy nawet u zwierząt, co tłumaczy się istnieniem w człowieku instynktu śmierci (o którym pisał już wcześniej Zygmunt Freud), skłonności do destrukcji. W koncepcji Freuda Thanatos jest stale obecny w ludzkich dążeniach. Agresja występuje tam w stosunku antagonistycznym do Erosa (dwubiegunowa opozycja Eros – Thanatos). Sięgnął on tym samym do filozofii i religii dalekiego Wschodu, według których zmaganie się między miłością a nienawiścią leży u prapoczątków świata. W doktrynie manichejskiej, konflikt między Dobrem a Złem toczy się odwiecznie w kosmicznym wymiarze. Dla chrześcijan jest to walka między Aniołem a Szatanem.
Zdaniem Freuda wojna jest skutkiem niestłumionej agresji, skierowanym przeciw obcym grupom lub jednostkom nie należącym do danej społeczności. Agresja stłumiona prowadzi zaś do autodestrukcji. Wobec takiej alternatywy nie dziwi chyba obfitość wojen.

*

2. ARCHETYP CIENIA

*

Na irracjonalne, skryte motywy ludzkich zachowań wskazywał też Carl Gustav Jung. Twierdził on, że na życie wewnętrzne człowieka (rozumianego nie tylko jako jednostka, ale i gatunek), a w konsekwencji na jego działanie, decydujący wpływ wywiera tzw. „nieświadomość zbiorowa”, tj. leżąca poniżej progu świadomości warstwa psychiki wspólna wszystkim ludziom, w których są nagromadzone doświadczenia poprzednich generacji. Jest ona potężnym dziedzictwem duchowego rozwoju ludzkości, odrodzonym w konstytucji każdej jednostki. Składają się na nią, oprócz instynktów i popędów, tzw. archetypy. Jednym z nich jest archetyp cienia (przynależny jakby do tej ciemniejszej strony jaźni). Archetypy te ujawniają się w sytuacjach dla człowieka ekstremalnych, granicznych, a więc w momentach rzeczywistego lub urojonego zagrożenia, w konfrontacji ze śmiercią, w sytuacjach konfliktowych wreszcie. Archetyp cienia jest przejawem tej niższej, prymitywnej, zwierzęcej części naszej osobowości, gdzie znajdują się skłonności, namiętności i pragnienia, które trudno jest zaakceptować świadomie ze względu na ich amoralność, niezgodność z wyznawaną przez nas (otwarcie) hierarchią kulturowych wartości. W człowieku i w świecie istnieją tuż obok siebie zarówno dobro, jak i zło, które łatwo może się wyzwolić. Wystarczy tylko nagromadzić odpowiedni materiał, a już tkwiące w człowieku „diabelskie” siły, potrafią nim zawładnąć i go wykorzystać: „Wiadomo, że karabiny same zaczynają strzelać, gdy tylko zbierze się ich dostateczną ilość” – pisał Jung.

Dlaczego, mimo postępów cywilizacyjnych, wysoko rozwiniętej kultury, w której szczególnie wyeksponowane są elementy humanistyczne, liczącego dwa tysiące lat chrześcijańskiego dziedzictwa z jego ideałami miłości bliźniego i przykazaniem „nie zabijaj” – stale wybuchają nowe, coraz to okrutniejsze konflikty i cięgle wisi nad nami realna groźba nuklearnej, apokaliptycznej zagłady?
Jeszcze raz Jung – obrazowo i sugestywnie – próbuje dać odpowiedź:
„Spójrzmy tylko na niewiarygodne okrucieństwa naszego tzw. cywilizowanego świata, okrucieństwo, które rodzi się przecież z ludzi i stanu ich ducha! Spójrzmy na diabelskie środki niszczenia! Stworzyli je, wymyślili szanowni obywatele, którzy skądinąd są ludźmi takimi, jakich moglibyśmy sobie życzyć. A kiedy wszystko biorą diabli i na ziemi zaczyna szaleć nie dające się opisać piekło zniszczenia – nie ma wówczas winnych. Po prostu stało się. A wszystko zrobili przecież ludzie. (…) Nikt nie zdaje sobie w pełni sprawy, że ta w pełni zorganizowana masa zwana państwem lub narodem, poruszona jest przez bezosobową i niewidzialną, lecz straszną potęgą, niekontrolowaną przez nikogo i przez nic. Ta przerażającą siłą jest lęk przed sąsiednim narodem, który podejrzewa się, że jest opętany przez złego ducha. Ponieważ nikt nie jest w stanie zrozumieć, jak bardzo sam jest opętany, rzutuje po prostu własny stan na sąsiada i uważa za swój święty obowiązek posiadanie największych armat i najbardziej trujących gazów.”

Podobnie napisał też kiedyś Robert Musil:
„Najbardziej elementarne przykazania moralne, mówiące że nie można łamać umów, pożądać cudzej własności i zabijać, wciąż jeszcze nie obowiązują w stosunkach między państwami, które wobec siebie nawzajem kierują się jedynie prawem własnej korzyści, realizowanym drogą przemocy, podstępów i ekonomicznego nacisku, przy czym każde państwo w oczach drugiego państwa uchodzi naturalną koleją rzeczy za zbrodnicze, natomiast własnym obywatelom wydaje się wcieleniem ich honoru i moralnej dojrzałości.

*

3. OBLĘŻONA TWIERDZA.

*

Najjaskrawszych przykładów na potwierdzenie tezy o tworzeniu w sytuacjach konfliktowych stereotypu wroga, (którego trzeba zniszczyć), budowaniu i wykorzystywaniu syndromu „oblężonej twierdzy”, dostarczają faszystowskie Niemcy, choć jest to nader uniwersalny mechanizm, działający we wszystkich ludzkich zbiorowościach. Funkcjonowanie agresywnej wojennej propagandy III Rzesza doprowadziła do perfekcji, opierając się głównie o prymitywną w sumie „filozofię” nazistowską, której zręby uwidoczniły się wyraźnie już w „Mein Kampf” Hitlera, a zostały rozwinięte wkrótce przez serwilistycznych ideologów faszyzmu. Mistrzem propagandy okazał się Goebbels, a zasady perswazji, jakimi zaczął się on kierować indoktrynując społeczeństwo niemieckie, okazały się niezwykle skuteczne. Było to przed wszystkim odwołanie się do „pierwotnych” instynktów nacjonalistycznych, archetypicznej miłości Matki Germanii, „serca” narodu bijącego najmocniej w podgrzanej emocjonalnie atmosferze odwiecznej tradycji i heroicznych mitów. Wszystko to miało niewiele wspólnego z racjonalną oceną sytuacji, za to pławiło się i nurzało po uszy w gęstej i lepkiej zupie iluzji, przesądów i złudzeń; także w marzeniach o nadludzkiej wręcz potędze i władaniu nad światem. Zaczęła obowiązywać jedna jedyna „prawdziwa” idea, zaczęto bezwzględnie zwalczać wszystkich myślących „inaczej ” – konformizm stał się naczelną zasadą funkcjonowania jednostki w społeczeństwie, dzięki czemu wola propagandystów stawała się coraz bardziej „wolą” całego narodu.

Szczególną wagę propaganda faszystowska przywiązywała do filmu, obwołanego bronią nowoczesnej Europy, i uznanego za  znakomity nośnik dominującej ideologii, „równie skuteczny jak karabin i działo”. Wprzęgnięto więc kino – ale również inne rodzaje sztuki – w masową indoktrynacje i lansowanie nazistowskich „cnót”, tez i ideałów: kult mocy, siły i fizycznej sprawności, pięknego ciała – zachwyt nad urodą aryjskiej rasy i głoszenie konieczności zachowania jej czystości (Rosenberg: „Nordyk staje się synonimem świetlistości, aseksualizmu i niebiańskości”), wiara w „boską” misję führera, monumentalizm i odwołanie się do germańskiej mitologii. Dalej: idealizowanie wojny i śmierci bohaterów, nadawanie temu cech patetycznych; gloryfikacja odwagi, wytrwałości, wyrzeczeń dla narodu i ojczyzny, rozpalanie patriotyzmu, bezgranicznego posłuszeństwa, stosowanie racji opartych jedynie na prawie i dyscyplinie, głoszenie pruskiego ideału żołnierza, masowej solidarności w walce z wrogiem, niezłomny opór aż do końca.

Przygotowanie gruntu pod ekspansywną agresję i jej usprawiedliwienie, wymagało stworzenia w społeczeństwie mitu „oblężonej twierdzy”, mającego z kolei na celu zrodzenie więzi zagrożenia. Dokonywano tego posiłkując się wszystkimi dostępnymi środkami przekazu, głównie za pomocą filmu, radia i prasy. Obcym przypisywano oczywiście wszelkie negatywne cechy – zdemoralizowanie, tchórzostwo, okrucieństwo, zidiocenie, awanturnictwo, warcholstwo, zezwierzęcenie, fizyczną szpetotę… itd.; Niemcom – cechy wyłącznie pozytywne.

*

4. EUFEMIZM I PRZEMILCZANIE

*

Oprócz typowych metod agresywnej propagandy – takich jak: lansowanie własnej ideologii i tworzenia odpowiedniej struktury społeczno-politycznej, podkreślanie własnej wyższości (rasowej, moralnej, intelektualnej, militarnej…), rozpalanie patriotyzmu (czyt. nacjonalizmu), napastliwości i kreowanie urojeniowego obrazu wroga, ideowa „dywersja” i zachowanie pozorów „prawdy” (podkreślanie tej”prawdy”); karykatura, przesada i oczernianie – należy także zwrócić uwagę na szeroko stosowaną i perfidną w swojej istocie metodę eufemizmów. Oto np. w kuriozalnym  „Kolbergu” (dla potrzeb realizacyjnych filmu zaangażowano 185 tys. pełniących czynna służbę żołnierzy – w 1944 roku!), na polecenie Goebbelsa wycięto sceny, jego zdaniem zbyt realistycznie przedstawiające okropności wojny, choć pochłonęły one czwartą część ogromnego budżetu filmu.
W faszystowskich kronikach nie można było ukazywać śmierci niemieckich żołnierzy. Kto zwracał uwagę na straty ponoszone przez Niemców, oskarżany był o defetyzm. Nie było to zjawisko nowe. W czasie I wojny światowej istniał powszechny zakaz przedstawiania w kronikach filmowych trupów, które milionami wówczas zalegały pola bitew; zatrutych gazem żołnierzy wypełniających kilometrowe okopy i transzeje. Ta cenzura obowiązywała po obu stronach frontu.

Eufemizm i przemilczanie ma uniwersalny charakter. W serialu „Wojna i pamięć”, który miał ponoć ambicję ukazania wszelkich okropności II wojny światowej, o zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki wspomniano dyskretnie, i jakby wstydliwie. Pełne pokazanie katastrofy i jej skutków – zmiecione z powierzchni ziemi dwa olbrzymie miasta wraz z setkami tysięcy ich mieszkańców – byłoby nietaktem? Na pewno wprowadzałoby jakąś dyskomfortową dwuznaczność. W filmie Formana „Hair”, bombastyczne, napuszone, grające na patriotyzmie i chwale amerykańskiego oręża przemówienie wyższego rangą oficera, kierowane do odlatujących do Wietnamu żołnierzy, przerywają nagle ogłuszające dźwięki muzyki i nieoczekiwany komentarz o „wnętrznościach zaplątanych w kolczasty drut”, o „rozrywanych granatami ciałach”… Na twarzach dowódców pełna konsternacja, graniczący z paniką popłoch. Rozwiązaniem sprawy okazuje się ostrzelanie megafonu.

*

5. WSPÓLNOTA ZŁA

*

Istnieje mocne i proste w zasadzie, psychologiczne uzasadnienie podtrzymywania syndromu zagrożenia ze strony wroga, zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych, w stanie wojny. Wtedy to integracja grupy jest niezbędna zarówno do ofensywnego, jak i defensywnego skutecznego działania. Wówczas też znaczna część wyobraźni kreująca obraz wroga ma charakter wyraźnie urojeniowy. Rozsądek, poczucie realizmu jest stępione specyfiką sytuacji i okoliczności. Zaczynają tez działać mechanizmy związane z psychologią tłumów (nietolerancja, impulsywność, autorytaryzm, podatność na sugestię, bezkrytyczne uleganie wątpliwym autorytetom…). Pożądane jest wszystko, co umacnia więź grupową i pozwala się z nią identyfikować: przekonanie o własnym posłannictwie, wyjątkowości, bohaterstwie, boskiej opatrzności, a także poczucie krzywdy oraz przydawanie sobie wszelkich możliwych cnót.

Natomiast wizerunek wroga maluje się w najczarniejszych barwach – przypisuje się mu wyłącznie cechy negatywne, staje się on doskonałym przeciwieństwem własnego image. W skrajnych przypadkach odmawia mu się w ogóle cech ludzkich. Łatwo jest wtedy zabijać, mając ponadto satysfakcję z dobrze spełnionego obowiązku – własne sumienie zastępuje wówczas ideologia.
Wszelkie odstępstwa od tych zasad stawiają człowieka poza wspólnotą, grożą wykluczeniem ze zbiorowości, bowiem zdają się kwestionować nienaruszalność wspólnie wyznawanych wartości, podważać bezwzględność i słuszność takich konsolidujących i mobilizujących pojęć jak patriotyzm, honor, ojczyzna, bohaterstwo, żołnierski obowiązek. Erich Maria Remarque musiał uciekać z hitlerowskich Niemiec, gdyż groziła mu tam śmierć. Był przez faszystów znienawidzony. Uważano, że „Na Zachodzie bez zmian” jest paszkwilem na „ducha narodu”, osłabia morale (sic!) młodych żołnierzy. W przedwojennej Polsce pacyfiści też nie byli mile widziani, podobnie jak w innych krajach Europy, która szykowała się wówczas do krwawej jatki, jaka miało już wkrótce nastąpić.
Zresztą także w Ameryce patrzono z potępieniem na tych mało walecznych. Charlie Chaplin kiedyś nie wytrzymał tego „bojowego ducha” i wygarnął: „W obozach ćwiczebnych uczono ludzi walki na bagnety – jak trzeba wrzeszczeć, rzucać się naprzód i wbijać ostrze w bebechu wroga, jeśli utknie w jego pachwinie, to strzelić mu w brzuch, by je uwolnić. (…) Nie lubię, kiedy mi mówią kogo mam zabijać i za co umierać, a wszystko w imię patriotyzmu.”
Oczywiście po tej wypowiedzi prasa odsądziła Chaplina od czci i wiary, właśnie za brak patriotyzmu. Szeroko znana jest nagonka, jaka się rozpętała w Ameryce za jego bezkompromisowość, niezależność w formułowaniu sądów i nonkonformizm.
Podobny los spotkał także Witolda Gombrowicza, który miał odwagę skrytykować napuszono-sztuczną manifestację niektórych naszych narodowych „świętości” (np. w „Transatlantyku”) i otwarcie zamanifestować swoją pacyfistyczną postawę: „Ale ja nie tyle bałem się wojska i wojny, ile tego, że mimo najlepszej woli nie mógłbym im sprostać. Nie jestem do tego stworzony. Dziedzina moja jest inna. Rozwój mój od najwcześniejszych lat w innym poszedł kierunku. Jako żołnierz byłbym katastrofą. Przysporzyłbym wstydu sobie i wam. Czy myślicie, że jeśli patrioci tacy jak Mickiewicz lub Szopen nie wzięli udziału w walce, to jedynie z tchórzostwa?” – pisał Gombrowicz w „Dzienniku”.

*

6. CZY WRÓG TO BRAT?

*
Symptomatyczne są tu dzieje niektórych dzieł literackich, czy filmowych, zakazanych czy też zwalczanych z powodu nie przystającej do oficjalnej wersji patriotyzmu i obowiązków wobec opanowanego przez militaryzm państwa.
W przypadku „Towarzyszy broni” Renoira nastąpił sprzeciw cenzury wobec sposobu przedstawienia żołnierza niemieckiego – ukazanie jego ludzkiego oblicza wzbudzało zbyt wiele sympatii. „Najeźdźcy” Pabsta – dyskomfortowa dla Niemców, rodaków reżysera, (ale i także dla Francuzów) symboliczna scena zbratania się rannego Francuza z umierających Niemcem; „Na Zachodzie bez zmian” Milestone’a – ekranizacja należącej do klasyki pacyfistycznej książki Remarque’a, zawierająca podobne w wymowie epizody, w Niemczech kategorycznie zakazana; „Ścieżki chwały” Kubricka – wstrząsający film, przez kilkanaście lat zakazany we Francji ze względu na ukazanie francuskich oficerów w nader niekorzystnym świetle, obnażający ich bezduszność wobec własnych żołnierzy, traktowanych jak armatnie mięso, poświęcanych „dla dobra sprawy”; wreszcie pamfletyczny obraz Losey’a „Za króla i ojczyznę” – ujawniający bezwzględny mechanizm działania wojskowej machiny „sprawiedliwości” (dla niektórych była to prowokacyjna konfrontacja z obowiązującym dotychczas, bohaterskim i pełnym chwały obrazem angielskiej armii i jej przywódców).
Można jeszcze tu wspomnieć o dwuznacznej moralnie postaci porucznika Diestla (Marlon Brando) z „Młodych lwów”, nakręconych według głośnej książki Irvina Shawa pod tym samym tytułem – spojrzenie na niemieckiego oficera jak na zupełnie podobnego nam człowieka, uświadomienie sobie jego ludzkich uczuć, słabości, wahań, szlachetności, tragizmu wreszcie… podważa przyjęty (i uznany przez naszą stronę) porządek świata. To, że walczymy z takimi samymi jak my ludźmi, nie może bowiem dotrzeć do naszej świadomości, gdyż osłabiłoby to naszą waleczność i determinację, skuteczność w „eliminacji” przeciwnika. Dlatego w wojsku nie mówi się o zabijaniu, ale eufemistycznie o „uszczuplaniu stanu liczebnego jednostek nieprzyjaciela”. Na ćwiczebnych tarczach strzelniczych człowiek zredukowany jest do doskonale anonimowej sylwetki, z „dziesiątką” nieco poniżej zarysu hełmu.

*

7. CZY ŻOŁNIERZ TO PSYCHOPATA?

*
Oto bez mała szokujące stwierdzenie, jakie padło z ust płk. dr. med. Jana Wilka (pełniącego w polskiej armii funkcję “naczelnego psychiatry wojskowego”) podczas wywiadu udzielonego „Polityce”:
Wilk: „(Żołnierz) musi więc mieć specyficzne cechy osobowości, które występują w niektórych rodzajach psychopatii lub socjopatii.”
P: Jakie to cechy?
Wilk: “Obniżony lęk przed śmiercią, zdolność do użycia siły, w tym zabijania z pełną świadomością, umiejętność bezwzględnego podporządkowania się rozkazom (…). Żołnierz jest przeznaczony do tego, żeby jak najbardziej precyzyjnie zabijać i samemu nie dać się zabić. (…)
P: Więc przygotowanie do zawodu polega na skrzywieniu psychiki kandydata?
Wilk: “W psychiatrii nazywa się to PSYCHOPATYZACJĄ zawodową albo społecznie użyteczną” (podkreślenie własne).

Tak więc „psychopatyzacja” jako przystosowywanie (przygotowanie) do pewnych warunków (sytuacji) historycznych, społecznych i kulturowych? Psychopatyzacja, czy też raczej wtłaczanie człowieka w pewne ramy systemu przemocy – wymuszanie na nim zachowania zgodnego z oczekiwaniami grupy, bo przynoszącego jej korzyści? Żołnierz, jak by na niego nie patrzeć, jest także państwowym narzędziem do zabijania. Wszystko wskazuje na to, że nie może się to wszystko obejść bez depersonalizacji, czyli pozbawienia człowieka (do pewnego stopnia) osobowości, tak by lepiej mógł się on znaleźć w nowej, przypisanej mu przez społeczeństwo (państwo)  roli. Ciekawe, że dr Wilk wiąże to także z socjopatią, choć wydaje się, że takie zachowanie jest społecznie pożądane, czyli stanowi niejako socjopatii przeciwieństwo.

Być może użyte tu sformułowania są postawione nieco na wyrost, niemniej jednak jest coś na rzeczy z „wykrzywianiem” psychiki kandydata na żołnierza, a już na pewno istnieje mnóstwo dowodów na traumatyzm doświadczeń frontowych, w wielu przypadkach uniemożliwiających późniejsze, normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Jest to chyba cena, jaką musi człowiek zapłacić za to, że brał udział w czynach, które obnażyły przed nim pierwotną okrutność zabijających się wzajem osobników Homo sapiens – wszystkie te momenty, kiedy człowieczeństwo zostaje odarte z kulturowej waty a pozostaje tylko zew krwi – nagi zwierzęcy instynkt.
*

8. SKARCENIE PIOTRA

*
Dopóki wątki pacyfistyczne i antywojenne (w literaturze czy filmie) są przez odbiorców rozpoznawalne i i pozostawiane w sferze wartości ogólnych, wyjęte z kontekstu narodowego i politycznego, dopóty nie budzą oporu i sprzeciwu. Ale jeśli tylko zaczynają dotykać spraw zakodowanych w społecznej świadomości jako nienaruszalne, przedstawiać w nieco inny niż zwyczajowo przyjęty sposób, poddawać w wątpliwość i podważać ustalony system narodowych wartości, wtedy zaczynają się kontrowersje, podnoszą się nawet głosy oburzenia – następuje efekt naruszenia tabu (o czym świadczą podane wyżej przykłady).

Czy na pacyfizm należy patrzeć z wyrozumiałą pobłażliwością jak na utopię? Z ideami pacyfistycznymi spotykamy się na różnych szczeblach rozwoju cywilizacji człowieka, w różnych kulturach i epokach. Były one przeciwległe biegunowo agresji, destrukcyjności, wrogości i nienawiści. Można chyba powiedzieć, że dialektyczne ścieranie się wypływających z nich myśli i wartości, wyznaczało kierunki naszego rozwoju cywilizacyjnego. Pacyfizm ma więc mocne przesłanki: odrzucenie przemocy jako wymóg determinowany czynnikami natury religijnej, filozoficznej czy etycznej, postulat o tolerancji, wzajemnej współpracy i sukcesywnej poprawy stosunków między narodami; łagodzenie napięć i konfliktów, redukcję zbrojeń (lub rozbrojenie), rezygnację ze stosowania siły w rozwiązywaniu międzynarodowych sporów.
Inną sprawą jest jego skuteczność. Tylko w ubiegłym wieku i tylko w Europie wymordowało się wzajemnie i wyniszczyło ponad 100 mln. ludzi, w ogromnej większości deklarujących się chrześcijanami, a więc uważającymi się za naśladowców Jezusa Chrystusa, który skarcił Piotra Kefasa za dobycie i użycie w jego obronie miecza. W takiej rzeczywistości pacyfizm naprawdę  może się wydać jakimś irracjonalnym wyznaniem wiary.

Odrzucenie przemocy i dążenie do osiągnięcia społecznego celu bez gwałtu, było centralnym punktem filozofii duchowego przywódcy Indusów, Mahatmy Gandhiego. Jego postawa, podobnie jak w przypadku Jezusa z Nazaretu, realizowała się w wymiarze archetypicznym, stąd zdolność Ghandiego do porwania za sobą całych rzesz. Wykorzystanie jedynie siły, która rodzi się z prawdy i miłości (satygagraha), działanie negujące przemoc wyniósł on do rangi zasady etycznej (idąc w ślady Lwa Tołstoja, pod którego wielkim wpływem kształtowały się poglądy Gandhiego). Miało to przynieść konkretne, wymierne i praktyczne skutki: „Walka bez gwałtu nie sprowadza się u mnie jedynie do prostej zasady systemu filozoficznego… To nie jest cnota zakonna mająca spowodować spokój wewnętrzny i zapewnić indywidualne zbawienie. Jest to najskuteczniejszy i nieofensywny sposób, aby dać wartość prawom politycznym i ekonomicznym tym wszystkim, którzy są ciemiężeni i wyzyskiwani.”

Max Weber nazwał etykę niestosowania przemocy „etyką pariaską”. Gandhi potraktował ja w innych kategoriach, umieścił w innym obszarze – udowodnił, że może być bronią słabych i bezbronnych. Jednak, jak uważają zwolennicy tej doktryny, ta słabość nie jest słabością ducha. Przeciwnie, wymaga wielkiej siły wypływającej z niezłomnych moralnych zasad. Ten paradygmat jest silnie osadzony w myśli chrześcijańskiej: czerpanie mocy z cierpliwości, łagodności, miłości, współczucia, miłosierdzia,  prawdy i piękna, użycie tego do przemiany świadomości i postępowania adwersarzy. Podobnie jest w filozofii buddyjskiej, której najbardziej znanym na świecie reprezentantem, głosicielem i nauczycielem jest Dalaj Lama.
*

9. CZY ZASŁUGUJEMY NA POKÓJ?

*
Jak wynika z naszych dziejów, przemoc jest siłą, która nieuchronnie i bezpowrotnie niszczy nasze najwyższe, uniwersalne wartości: ludzkie życie, miłość i zaufanie, harmonijną współpracę, wiarę w moralny porządek świata i elementarną sprawiedliwość… Choć jest ona czymś, co można wytłumaczyć, to czy można ją również usprawiedliwić?
Wybór przemocy jako sposobu naszego działania – i to bez względu na intencje i motywacje – wiąże się zawsze z koniecznością ponoszenia odpowiedzialności. Niepostrzeżenie możemy też stać się podobni do naszych wrogów, którym przypisujemy wszelkie zło. Niestety, bardzo rzadko jest ten wybór świadomy. Ale czy nieświadomość może tu kogokolwiek  usprawiedliwić?
Znane jest stwierdzenie Remarque’a, że na wojnie wszystkie ofiary są w jakimś sensie winne. Rozwija tę myśl i uzasadnia Jean-Paul Sartre w swoich żołnierskich wspomnieniach i zapiskach z frontu. Oto fragment jego „Dziwnej wojny” dotykający problemu indywidualnej odpowiedzialność każdego człowieka biorącego udział w wojnie:

„Mówi się, że ludzie nie zasługują na pokój. To prawda. Prawda po prostu w tym sensie, że uczestniczą w wojnie. Nikt z ludzi obecnie zmobilizowanych (siebie naturalnie nie wykluczam) nie zasługuje na pokój dlatego, że gdyby naprawdę zasługiwał, nie byłby tutaj. Ale mógł zostać zmuszony, poddany presji… Nie! – był wolny. Wiem oczywiście, że poszedł na wojnę wierząc, że nie może postąpić inaczej. Ale ta wiara jest złudna. I dlaczego tak zdecydował? Odnajdujemy tu wspólnictwo. Przez inercję, bezwładność, respekt dla siły, strach przed potępieniem… Ponieważ rozważył szanse i wyliczył sobie, że mniej ryzykuje podporządkowując się, niż sprzeciwiając (…) – z pychy, głupoty, naiwności, konformizmu, niedostatku wyobraźni – ze strachu przez samodzielnym myśleniem. Ponieważ jest bojowy jak kogut. Oto dlaczego na wojnie nie ma niewinnych ofiar a ludzie nie zasługują na pokój.”

A Ty – czy zasługujesz na pokój?
*

Albrecht Dürer, „Czterech jeźdźców Apokalipsy” (fragm.)

*

WOJNA JAKO WIDOWISKO

Wojna jako pornografia szaleństwa, atawizmów i okrucieństwa – bombastyczna euforia „Czasu Apokalipsy”.

*

STRASZNA I FASCYNUJĄCA

Na wojnę patrzymy zarówno z przerażeniem i odrazą, jak i fascynacją. Jest ona stałym elementem naszej „kultury”. Pełno jej na ekranach kin i telewizorów, pełno w literaturze… Co nie dziwi wobec faktu, że to właśnie wojna, gwałt i przemoc były w dużej mierze tym, co kształtowało naszą cywilizację.
Oczywiście wiemy dlaczego wojna nasz przeraża. Ale co powoduje, że wydaje się nam ona fascynująca? Na czym polega wojenna atrakcja? Dlaczego tak chętnie piszą o wojnie „ludzie pióra” i z takim entuzjazmem biorą się za ten temat filmowcy? Co powoduje, że my sami z patrzymy na nią z takim zainteresowaniem, zadziwieniem i uwagą, ale i ekscytując się nią,  często poddając przy tym nasze myśli i nerwy wielkiej próbie wytrzymałości?
Co nas tak w wojnie pociąga?
Otóż wiele.

Jej dramatyzm. Wojna postrzegana jako najwyższe i najgłębsze doświadczenie człowieka. Mobilizująca wolę i zmysły, wyostrzająca ludzkie uniwersalia… Na wojnie żyje się szybciej (i krócej), przeżywa intensywniej, zapomina o cenie (i wartości) życia. To nie tylko okrucieństwo pcha ludzi do walki, ale również dreszcz podniecenia. To nie tylko chęć potępienia i smutna zaduma nad fatalizmem wojen przyciąga nas widzów przed ekran, ale także siedzący w każdym z nas okrutny podglądacz walki gladiatorów. Największe historie opowiadane przez człowieka, największe tragedie i poematy nie mogą się obejść bez wojen – bez tego bogactwa i dramatyzmu ludzkich losów, zakręconych wojenna zawieruchą. „Iliada”, „Pieśń o Rolandzie”, „Wojna i pokój”, sienkiewiczowska trylogia, „Władca pierścieni”, „Gwiezdne wojny”

Jej fatalizm. Niestety, wszystko wskazuje na to, że dopóki na ziemi będzie istniała ludzka cywilizacja, dopóty będą wojny. Reszta jest chyba utopią i pobożnym życzeniem. „Wojna, tak samo jak miłość, zawsze znajdzie swoja drogę” (by wybuchnąć) – uważał Brecht, a Camus konstatował: „Często się zastanawialiśmy gdzie mieszka wojna i co czyni ja tak podłą i ohydną. Teraz już wiemy gdzie mieszka wojna – w nas samych.” A więc wojna jako nieodłączna część ludzkiej egzystencji. Czy to nie wystarcza aby się nią zająć?

Jej fotogeniczność. Tak jest! Każdy z nas, wiecznych chłopców wie, jak wspaniale na ekranie wygląda wielka batalistyka. Obraz bitwy – co jest bardziej godne malarskiego płótna? (Chyba tylko kobieta.) Kiedy jako szczenięta oglądaliśmy westerny, każdy facet musiał mieć zatknięte za pasem dwa colty, a w najgorszym wypadku jeden, no i trup musiał się ścielić gęsto. Inaczej to nie był western. Sowieckie filmy wojenne tolerowaliśmy tylko dlatego, że do kręcenia scen batalistycznych angażowano w nich po parę dywizji wojska i bitwy na ekranie wyglądały bardziej spektakularnie, niż te, które odbyły się w rzeczywistości.

Jej okrucieństwo i absurd. A jednak sądzę, że większość twórców obiera sobie ten temat, by wyrazić swój sprzeciw wobec wojny – zamanifestować swoją niezgodę na rozsiewane przez nią zło. Najlepsi z nich nie wyrażają tego wprost, lecz pośrednio. Ich film to np. studium charakterów. Analityczna próba ogarnięcia wpływu, jaki wywiera wojna na ludzką psychikę, myślenie, postępowanie i osobowość oraz na relacje z innymi ludźmi.

Wojna to nie tylko walka na śmierć i życie. To także walka o duszę człowieka. Jean-Louis Trintignant zatruwa swoim cynizmem serce młodego rekruta w filmie „Fiesta”.

MIĘDZY NAMI, KUTASAMI

Oto oglądam „Fiestę”. Francuski obraz z hiszpańską wojną domową w tle. Na pierwszym planie: cyniczna postać starego pułkownika Masaquala (Jean-Louis Trintignant) i Rafaela, młodszego syna jego szlacheckiego przyjaciela. Masaqual staje się dla chłopca prawdziwym mentorem z piekła rodem. By jak najszybciej zrobić z niego mężczyznę (jak na ironię sam pułkownik jest homoseksualistą), przydziela go do plutonu egzekucyjnego i Rafael przechodzi chrzest bojowy zabijania, rozstrzeliwując także kobiety, dzieci i księży. Dzieje się to podczas wojny domowej, jednak narodowe rozdarcie i walka klas nie jest     głównym tematem „Fiesty”... choć czasem przypominają się słowa Saint-Exupery’ego: „W wojnie domowej linia ognia jest niewidoczna, przechodząc przez ludzkie serca”. Film skupia się na dialogu między pułkownikiem a świeżym rekrutem. Pojedynek to nierówny: cynizm i przebiegłość contra idealizm i zwątpienie. Oto próbka chłodnej i sarkastycznej tyrady Masaquala: „Jest to wojna bogatych z biednymi. Tak naprawdę to nie chodzi tu o żadną Ojczyznę, ani o honor, ani o ideały. Tu chodzi o władzę i pieniądze. My, żołnierze, jesteśmy kutasami i walczymy z kutasami. Wygra ten, kto jest większym kutasem.”

WAGNER W DŻUNGLI

Wracam do „Czasu Apokalipsy”. Film niezapomniany. Daleki od frontowego dokumentu. Wojenna rzeczywistość ulega tu zdecydowanej deformacji – film Coppoli jest niczym surrealny fresk epoki atomu i napalmu, monstrualne wyolbrzymienie i tak już zniekształconego wizerunku wojny. Już samo zestawienie muzyki Wagnera z rozległą panoramą skąpanej w ogniu dżungli, narzuca obrazowi specyficzny, patetyczny klimat. Na tym tle postacie dwóch szaleńców-antagonistów przynależą zdecydowanie do sfery metafor i symboli. (Myśli biegną ku „Jądru ciemności” Konrada, także do „Podróży do kresu nocy” Celine’a.)
Biorąc pod uwagę jedynie zewnętrzną warstwę wizualno-fabularną filmu, można mu wiele zarzucić: nieprzystająca do tematu barokowość, swoistą „bizantyjskość”, niebezpiecznie zbliżające się do dziwaczności wyrafinowanie (manieryzm gry Marlona Brando?), niezbyt jasne intencje czy przesłanie… Ale atmosfera „wietnamskiego obłędu” została tu ewokowana z niezrównaną siłą artystycznego wyrazu a sam obraz zdolny jest podziałać na widza wręcz piorunująco – ta metaforyka przestaje być mentalną zabawką bawiącego się w oglądanie kina  i napawającego się wojennym spektaklem vouyera, a staje się czymś, co zbliża nas do odkrycia samego rdzenia atawistycznej żądzy mordu.

LŚNIĄCE MIĘŚNIE RAMBO

Zgoła inaczej mają się sprawy z wojennymi widowiskami, których posądzenie o artyzm byłoby już czystym nieporozumieniem, bowiem prezentują one estetykę krwistego befsztyku i bezsensownych fajerwerków. Wszystkie te filmy klasy B bezmyślnie eksploatujące gwałt, brutalność i przemoc, dla których wojna jest ledwie pretekstem do ukazania na ekranie infantylnej a krwawej jatki.
Weźmy choćby takiego „Rambo”,a zwłaszcza jego kolejne części (bo część pierwsza „First Blood” jest jednak odrębnym zjawiskiem i nie do końca przystaje do tego, co chcę tu napisać o Rambo w kontekście późniejszych eksploatacji tej postaci) , o całej masie epigońskich obrazków klasy „C” nie zapominając).
Przy czym, warto zaznaczyć, że nawet tego typu zjawiska mają głębsze podłoże – można tu bowiem mówić o fenomenie Rambo.
Imponujące, napięte mięśnie Stallonego dzierżącego w męskim uścisku dłoni potężny, równie imponujący karabin (analogicznie rzeczy mają się w „Conanie”, „Terminatorze”, „Komandzie”…) wywołują wśród nastoletniej widowni dreszcz ekscytacji,  zachwytu i uwielbienia. Identyfikacja z tego typu bohaterem, przeżywanie jego zwycięstw i potęgi, jest zastępczą formą realizacji własnych, często nieuświadomionych pragnień, marzeń, popędów i skłonności. Rambo – będąc supersprawną maszyną do zabijania – wystrzeliwuje i wysadza w powietrze tuziny przeciwników; niekiedy mamy wrażenie, że są to całe wietnamskie pułki. A jednak śmierci wydajemy się nie zauważać – jest ona dla nas abstrakcyjna i umowna.
Poniekąd komiksowy charakter tych takich obrazów stanowi zabezpieczenie przed zagrożeniem widowni. Pod warunkiem jednak, że różnica między ekranową iluzją a rzeczywistością jest rozpoznawalna. W samej swej istocie przecież, kino ma charakter ludyczny, a nawet bajeczny. Stąd ewentualne usprawiedliwienie konwencji, mających uatrakcyjnić filmowe widowisko. Wskazuje się także na kompensacyjny charakter tych obrazów, uważając, że są one swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa dla młodzieżowej agresji, zastępczą formą jej odreagowania. Jednak czy tolerancja nie powinna się kończyć w miejscu, gdzie pod wpływem bezmyślnie i nieodpowiedzialnie wykreowanych wzorców, następuje bardziej lub mniej świadome przyjęcie proponowanych pseudo-wartości, przenoszenie tego ze sfery wirtualnej fikcji do rzeczywistości? Tylko gdzie przebiega ta granica? Wiemy, że zależy ona nie tyle od konkretnego utworu, ile od mentalności widza, jego osobowości, podatności na sugestię i ukrytą perswazję. Również od tego, w jakim on funkcjonuje środowisku. I jeszcze jedno: kto weźmie na siebie ryzyko etycznej oceny tego rodzaju widowisk, narażając się tym samym na dolepienie kompromitującej w permisywnym świecie etykiety moralisty?

Rambo: tępawy osiłek z rozbudowanym instynktem walki czy nieskorumpowany bohater walczący z Imperium Zła?

PRODUKT DLA  PÓŁGŁÓWKÓW?

W „ideologii” obrazów Rambo-podobnych, będących dowodem na „odrodzenie się prawicowych schematów wojennych w amerykańskich fabułach” (jak pisano w „Sight and Sound”), dopatrywano się nawet elementów faszystowskich: „Twierdzenie, że Rambo ma nastawienie praktyczne (a sugerował to sam Reagan – przyp. LA) oznaczałoby groźne  nadawanie prestiżu zjawisku, które nie jest niczym innym jak reakcyjną paranoją. Jego filozofia sprowadza się do skondensowania poglądów graniczących z faszyzmem (…). Najbardziej chorobliwym aspektem fenomenu ‚Rambo’ jest skuteczność z jaką Stallone wykorzystuje uczucia wywołane przez u widza przez reakcyjne poglądy (…). W filmach serii ‚Rambo’ wojna wcale nie jest obrzydliwa. Ona jest olśniewająca jak muskuły bohatera.” („Washington Post”).
Zacytuję jeszcze kilka, miejscami niewybrednych określeń, jakimi obdarzono stworzoną przez Sylvestra Stallone postać rambo: „tępawy osiłek z rozbudowanym instynktem walki”, „nieskażony myśleniem, zrobotyzowany”, zabijaka o „ponuro-zamyślonej intensywności”, „dinozaur okresu zimnej wojny”, „bohaterski kolos, duma nad zgnilizną moralną wszystkich superpotęg”, „psychopata, dla którego jedynym odpowiednim miejscem jest więzienie albo pole walki”. Sam film określono jako „typowy produkt półgłówków wymyślony dla zamulania świadomości naiwnych”.

Z KARABINEM PO STRONIE DOBRA

Można się jednak pokusić o próbę obrony Rambo. Pierwsza część cyklu niesie ze sobą symptomatyczna treść. Rambo okazuje się tu być jednym wielkim wyrzutem sumienia i oskarżeniem społeczeństwa amerykańskiego, obojętnego na los wietnamskich weteranów. Jest tu również sugestia, że amerykańscy chłopcy walczyli w Wietnamie  dzielnie i pełni poświęcenia, ale zdradzili ich wojskowi dowódcy i skorumpowani politycy.
O tym, że Rambo w walce z Królestwem Zła stoi po stronie Dobra i Sprawiedliwości, większość Amerykanów nie wątpiła. Dowodem napisy, jakie można było przeczytać choćby na okładce „Newsweeka”: „Sylvester Stallone przywrócił do życia bohatera amerykańskiej mitologii, odzianego w żołnierski mundur i wymierzającego sprawiedliwość karabinem”.
Dochodzi tu do głosu zastanawiającym dualizm: tradycyjny amerykański konserwatyzm ze swoimi deklaracjami poszanowania prawa i sprawiedliwości z jednej strony, z drugiej zaś – uwielbienie dla mocnego indywidualizmu i sprawnego, autorytatywnego działania. Jednak czy lansowanie tego typu dwuznacznych cnót przez kreacje Stallonego, Norrisa i Schwarzeneggera nie wydaje się cokolwiek chybione a może nawet i niebezpieczne?

Wojenne piekło w dżungli (Willem Dafoe w „Plutonie”)

WYZWALANIE SIĘ OD POTWORA

Być może rozpanoszenie się „ducha Rambo” na ekranach spowodowało odwrót od infantylnego traktowania wojny jako heroicznego spektaklu i pojawienie się w kinach filmów o wymowie zdecydowanie anty-wojennej. Przełomem był głośny „Pluton” Olivera Stone’a, obwołany natychmiast „najbardziej prawdziwym” filmem o Wietnamie. Zaraz po nim powstają dopełniające go obrazy: „Kamienne ogrody” Coppoli oraz „Full Metal Jacket” Kubricka.

„Plutonowi” zarzucano nawet, że jest „surowym dokumentem frontowym” – o ile traktować to można jako zarzut. Wydaje się to być jednak przesadą, bowiem ostro zarysowany konflikt trójki głównych bohaterów ma wyraźnie fabularny charakter, mimo rzeczywiście lekko wyczuwalnej publicystyki. Stone, jak wiadomo, sam walczył w Wietnamie, blisko 20 lat musiał czekać na to katharsis, jakim była dla niego realizacja „Plutonu”: „… tamta wojna skończyła się dla mnie dopiero ostatniego dnia zdjęć. Poczułem się wtedy… dobrze. Wyzwolony od tego potwora z dżungli.”
Obraz Stone’a w sposób wyważony i esencjonalny ogniskuje w sobie wątki najistotniejsze dla zrozumienia charakteru wojny, które były do tej pory albo przesadnie wyeksponowane, albo też ledwie zaznaczone. Żaden z nich w sposób tak uniwersalny, głęboki i sugestywny nie ukazywał traumatycznych przeżyć przeciętnych marines – psychologicznych powikłań  ich służby w Wietnamie. Walka toczy się tu w kilku wymiarach: frontowym – z wietnamskim przeciwnikiem, wewnątrz samego oddziału i w duszy Chrisa (z którym identyfikuje się niejako sam Stone). Żołnierski trójkąt tworzą dwaj antagonistyczni sierżanci: Elias i Barnes, oraz szeregowiec Chris Taylor. Barnes (Tom Berenger) to pozbawione skrupułów, żądne krwi indywiduum o fizjonomii pirata i mentalności psa wojny, przyczajony i małomówny – jego bezduszność i okrutna nieobliczalność budzą w nas dreszcz grozy i niemalże metafizyczny lęk. Elias (Willem Dafoe) – łączy w sobie cechy sprawnego, dobrze wyszkolonego komandosa z rycerską szlachetnością i prawością określoną granicami żołnierskiej powinności. Chris (Charlie Sheen), nieuformowany charakterologicznie i światopoglądowo idealista, stopniowo ulega przemianie – od postawy naiwnego ochotnika patrioty, do realisty zdecydowanego nie tylko ocalić swoje życie, ale i człowieczeństwo. Obserwując zmagania dwóch sierżantów, zmuszony jest do jednoznacznego opowiedzenia się po którejś ze stron. Chris, chcąc ocalić w sobie dobro, musi zastrzelić rannego Barnesa. Zabija go tym sposobem w samym sobie.

Metaforyka „Plutonu” nie ucieka na metafizyczne wyżyny „Czasu Apokalipsy” z jego przeestetyzowanym mistycyzmem. Nie jest też płaską, stereotypową alegorią z arbitralnym podziałem na Dobro i Zło. Film ten jest bez wątpienia utworem do głębi anty-wojennym, nazwano go nawet manifestem pacyfizmu. Nie ma tu patosu monumentalnych batalistycznych widowisk. Jest zamiast tego prawda frontowego życia: wycieńczające do cna, niekończące się marsze przy wtórze niesamowitych odgłosów dżungli i szczękającego żelastwa, lepiące się od potu i brudu mundury i ciała… I zgoła mało chwalebne obrazy walki: zwierzęca żądza przeżycia, paniczny strach rodzący ślepe okrucieństwo, pociski rozszarpujące ciało na strzępy, przejmujące rzeczywiste obcowanie ze śmiercią… C’est la guerre!
A jednak nie łudźmy się, że „Pluton” wstrząsnął umysłami młodych Amerykanów i wybił im z głowy militarystyczne zapędy – właśnie w okresie największej popularności filmu, w armii amerykańskiej odnotowano najliczniejszy napływ ochotników. Być może zauroczonych krzepą Rambo.

DO SAMEGO KOŃCA

Od czasów kiedy Lenin uznał kino za najważniejszą ze sztuk, przeżyliśmy kilka rewolucji medialnych, a obecnie jesteśmy w trakcie gremialnego wsiąkania ludzkich umysłów w internetową breję. Nasze wyobrażenia o świecie coraz bardziej się wirtualizują. To co spotyka się w sieci, uznawane jest coraz powszechniej za prawdziwy obraz świata.
Czy tak było również z kinem w epoce, kiedy miało ono znacznie większy wpływ na masową wyobraźnię, niż teraz? Czy obrazy wojen na ekranach decydowały o pojęciu, jakie miała o niej tzw. „szeroka” widownia?
Na pewno ten wpływ był większy w przypadku, kiedy widz nie znał wojny z autopsji. Wtedy był on bardziej podatny na artystyczną perswazję filmowego twórcy, który tym łatwiej mógł mu przekazać własną wizję wojny. Albo wykorzystać jego nieświadomość i niewiedzę do osiągnięcia pewnego propagandowego czy też politycznego celu. Wprawdzie film jest tylko rozrywką, niemniej jednak zawsze w jego podtekstach, poza ludyczną fasadą, znajduje się coś, co jest kulturowo (również społecznie i historycznie) istotne. Jakiś symptom naszych czasów, wyznacznik masowego stanu świadomości, kierunku w którym zmierza nasz cywilizacyjny wehikuł.
Kino to również medium, które wydatnie przyczynia się do kształtowania zbiorowej pamięci historycznej. W tym pamięci o wojnach, które prowadziliśmy w przeszłości z regularnością wręcz obsesyjną. A skoro wojna w kinie lub literaturze pozostaje tak wdzięcznym artystycznie tematem – spektaklem, który nigdy się nie znudzi – to możemy być pewni, że ten ekranowy show będzie trwał jeszcze długo… Być może aż do momentu, kiedy już nie będzie nikogo, kto mógłby nakręcić jakikolwiek film, i to niekoniecznie o wojnie.

THE END

Wojna – nigdy niekończący się spektakl („Czas Apokalipsy”)

*

WOJENNA SCHIZOFRENIA

Wojna. Jeśli uznaje się, że zło jest brakiem dobra, to konsekwentnie można uznać, że wojna jest brakiem pokoju. Brzmi to oczywiście i logicznie, jednakże jest to oczywistość cokolwiek zwodnicza. Bo podejrzewamy, że zło nie jest wcale brakiem dobra tylko istnieje autonomicznie, niezależnie od przejawów dobra. Podobnie wojna. Nie jest żadnym brakiem. Jest świadomym działaniem człowieka, choć jest to działanie, które najczęściej wymyka się spod ludzkiej kontroli.
To nieprawda, że kiedy zbierze się dostateczna ilość karabinów, to zaczną one same strzelać – jak mawiał C. G. Jung. Bo przecież musi być ktoś, kto pociągnie za spust, kto naciśnie guzik. Oczywiście nie Bóg, ani nie diabeł, czy jakaś fatalistyczna siła – tylko człowieka. Lecz warto tu jednak sobie uzmysłowić, iż w tym, że sprawcą wojny zawsze jest człowiek, tkwi nie tylko jej tragiczny fatalizm. Tkwi również – co może wydawać się paradoksem – sama nadzieja.

*

Braterstwo walki i obłęd zabijania, "męstwo" i strach, euforia i cierpienie ("Piękna wieś pięknie płonie")

DZIEJE PEWNEGO MOTTA

Swego czasu przygotowywałem dla miesięcznika „Film na Świecie” cykl, który nosił tytuł „Człowiek wojujący” i pod pretekstem omawiania sposobu, w jaki kino ukazywało wojnę, zajmował się samym mechanizmem wojny – jego społeczną, psychologiczną i propagandową stroną.
Potrzebowałem motta.
I oto, całkiem przypadkowo, w książce Egona Naganowskiego o twórczości Roberta Musila znalazłem taki oto kwiatek, który wyszedł spod pióra nie kogo innego, jak Tomasza Manna w 1915 r. (czyli w czasie I wojny światowej). Wielkopisarz stwierdził: „Wszystkie cnoty i cała piękność Niemiec rozkwitają dopiero podczas wojny”.

Wiedziałem, że Mann pisał swoje „Dzienniki” także w okresie II wojny światowej, będąc już na emigracji w Stanach Zjednoczonych. Byłem więc pewny, że znajdę w nich antytezę do tej szowinistycznej gloryfikacji wojny, ukazując w ten sposób, jak ambiwalentny bywa stosunek ludzi wobec wojny, nawet jeśli chodzi o umysł tego samego człowieka i to umysł powszechnie uznany za wybitny.
No i proszę, na co trafiłem:
„Co zamierza los pozwalając na tryumf czegoś najpodlejszego i najbardziej szatańskiego, co świat widział? Sytuacja jest przerażająca, to tortura dla rozsądku i uczucia” – pisał Mann w 1940 roku.

WSPANIAŁA  MIARA  CZŁOWIEKA

Przykłady świadczące o dwoistym stosunku człowieka do wojny można by mnożyć. Ralph W. Emerson, XIX-to wieczny amerykański piewca wiary w postęp społeczny i moralny na gruncie kapitalizmu, twierdził: „Wojna kształci umysły, pobudza wolę do akcji, doskonali konstytucję fizyczną, przywodzi ludzi w krytycznym momencie do tak nagłego i bliskiego starcia, że można wtedy człowieka mierzyć człowiekiem”.
To, że pochwałę wojny głosił słynny generał Patton, raczej nie dziwi: „Bitwa to najwspanialsze współzawodnictwo, w jakim może człowiek brać udział. Przynosi ze sobą wszystko to, co najlepsze, ujawnia prawdziwą podstawę rzeczy. W czasie bitwy każdy się boi. Tchórz jest tym, kto pozwala, by jego strach przezwyciężył poczucie obowiązku. A ten obowiązek jest istotą męstwa”.

GENERALSKIE WYZNANIA

Dziwi raczej to, że na szczerość wyrażania swojej opinii o wojnie decydują się ludzie, dla których – jak by się wydawało – jest ona żywiołem i racją profesjonalnego bytu.
Generał Robert E. Lee, głównodowodzący wojskami Południa w czasie wojny secesyjnej (1861 -1865), w której zginęło około 600 tysięcy ludzi (liczba jak na ówczesne warunki niewyobrażalna), pisał w jednym ze swoich listów: „Jaką okrutną rzeczą jest wojna, rozdziela i rujnuje rodziny i przyjaciół, niszczy najczystszą radość i szczęście, do jakich Bóg dopuszcza nas na tym świecie; napełnia nasze serca nienawiścią zamiast miłością (dla naszych sąsiadów); dewastuje i szpeci jasne oblicze tego pięknego świata”.

Kiedy podczas tej samej wojny domowej mieszkańcy Atlanty prosili generała Shermana, aby oszczędził ich miasto, ten odpowiedział: „Nie możecie określić wojny w bardziej ostrych słowach, niż ja to robię. Wojna jest okrucieństwem i nie można tego zmienić”.
Kilkanaście lat później, tenże generał w przemówieniu do armii amerykańskiej powiedział: „Wielu z was patrzy na wojnę, jak na coś podobnego glorii; ale – chłopcy – ona jest piekłem. Możecie przekazać to ostrzeżenie przyszłym pokoleniom. Patrzę na wojnę z przerażeniem”.
Tak rzekł generał William Tecumseh Sherman, który spalił w końcu Atlantę a zaraz potem urządził ze swoją 150-tysieczną armią pamiętny marsz 50-milową ławą przez Georgie, zabijając, paląc i niszcząc wszystko, co spotkał na swojej drodze.
Nie mamy więc powodów, by nie wierzyć jego słowom.

KREW I ABSTRAKCJA

Wojna zawsze rozgrywa się jakby na dwóch poziomach. Pierwszy stanowi polityka: wojskowo-rządowy establishment, na warsztacie którego wojna posiada wymiar teoretyczny, w pewnym sensie abstrakcyjny (plany, cele, plansze, statystyka…) Drugi poziom to front – okopy, czołg, samolot, okręt, przemieszczanie się wojska i walka… – czyli tam gdzie bezpośrednio ścierają się walczący ze sobą ludzie; tam gdzie leje się krew, łamią się kości, umiera się na polu bitwy, dogorywa w polowym szpitalu lub przymiera głodem w jenieckim obozie.

W tej właśnie konkretnej strefie rozgrywa się film Sergieja Bodrowa „Jeniec Kaukazu”. Jego uniwersalizm (nota bene obraz ten powstał na kanwie jednego z opowiadań Lwa Tołstoja) polega m. inn. na tym, że ukazuje on wojnę jako ponadczasową przypowieść o ludzkiej konieczności ciągłego przezwyciężania fatalizmu nadzieją., co wydaje się naiwne, ale jednak niezbywalne.
Chociaż akcja filmu rozgrywa się współcześnie i wojna rosyjsko-czeczeńska nazwana jest po imieniu („Jeńca Kaukazu” kręcono w górach Dagestanu, 30 km. od Groznego), to polityczna istota tego konfliktu nie odgrywa w nim żadnej roli. Jest to więc obraz wojny zdecydowanie apolityczny i dlatego bardziej wyraziście odmalowują się w nim ludzie z krwi i kości – ich humanizm, intencje, pasje, uczucia i emocje – dokładnie tak, jak napisał to Tołstoj przed 150 laty, po swoich doświadczeniach wojennych na Kaukazie, gdzie służył jako oficer carskiej armii. Jego opowiadanie ma coś z wiecznego mitu, dla którego czas i dekoracje z epoki nie mają znaczenia. Liczy się zakorzenienie w człowieczej duszy.

W wojennym zamęcie ("Jeniec Kaukazu", reż Sergiej Bodrow)

CZY WRÓG JEST CZŁOWIEKIEM?

Napisać, że „Jeniec Kaukazu” to kolejny utwór o wymowie antywojennej, byłoby wobec tego filmu banalnym nietaktem. Bowiem zasadniczą cechą obrazu Sergieja Bodrowa jest jego unikalność, która nie pozwala, by umknął on szybko naszej pamięci.
Choć rzeczywiście – to, że widzimy na ekranie opowieść o prawdziwych ludziach po obu stronach frontu, nie jest w historii opisu wojen czymś nowym. Wystarczy przypomnieć sobie „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a, gdzie autor nie staje ani po stronie „swoich”, ani „wroga”, tylko przedstawia nam ludzkie istoty (i ich reakcje), których właściwie tylko przypadek stawia po przeciwnych stronach barykady (frontu), „zmuszając” ich tym samym do wzajemnego mordowania się.

Partyzanci kaukascy biorą do niewoli dwóch młodych rosyjskich żołnierzy. Abdoul, jeden z bardziej znaczących ludzi w wiosce, zamierza wykupić nimi swojego syna, który dostał się do rosyjskiej niewoli. Więźniów pilnuje niemy Hasan i młodziutka, 13-letnia dziewczyna, córka Abdoula. Nagła bliskość tych obcych sobie ludzi zmusza ich do spojrzenia na siebie, jak na człowieka, a nie jak na wroga. To właśnie na tej prostocie elementarnego ludzkiego doświadczenia wydaje się opierać siła przesłania filmu, które w całej pełni ujawnia się nam w jego finale i zakończeniu.

LIRYZM I ROZPASANIE

„Jeniec Kaukazu” –  uznany na jednym z canneńskich festiwali za najlepszy film pokazany poza konkursem – różni się diametralnie od filmu Srdana Dragojevića „Piękna wieś pięknie płonie” zajmującego się wojną na terenach byłej Jugosławii, filmu pełnego okrucieństwa, gwałtu, destrukcji, śmierci, pożarów… Wyglądało na to, że serbscy twórcy chcieli nim odreagować własną traumę, jaką uderzyła w nich wojna domowa szalejąca w ich kraju. Rosjanin Bodrow jest w swoim „Jeńcu Kaukazu” bez porównania bardziej powściągliwy w obrazowym ujawnianiu wojennego gwałtu i okropieństw. Mało tego: jego wizja jest bez mała liryczna – ale tym liryzmem szorstkim, prostym, oszczędnym surowym… niczym góry Kaukazu i ich mieszkańcy (same scenerie, wśród których rozgrywa się akcja filmu, są niebywałe, a na dodatek pięknie sfilmowane).
Tak więc mamy rozpasanie „Piękna wieś pięknie płonie” i oszczędność „Jeńca Kaukazu” – a oba filmu zdecydowanie antywojenne (bynajmniej jednak nie pacyfistyczne).
Który sprzeciw mocniejszy? Czy ma to jakiś związek z temperamentem, sposobem odczuwania, rodzajem wrażliwości?
Na pewno tak, choć można wybrać różne drogi wiodące do tego samego celu. Ważna jest skuteczność… choćby tylko w oddziaływaniu na świadomość widza, bo przecież filmami trudno jest zapobiec jakiejkolwiek wojnie.

 BEZ UROJEŃ

Wojna w Czeczenii postrzegana jest przez niektórych w szerszym kontekście – jako jedno z ognisk zapalnych na granicy ścierania się cywilizacji chrześcijańskiej z islamem. Choć doprawdy armia rosyjska (a właściwie sowiecka) według mnie tyle miała wspólnego z chrześcijaństwem, co miały kiedyś faszystowskie hordy Hitlera. Ponadto uznanie, że pamiętne wypadki w Groznym są przejawem ofensywy cywilizacji islamskiej, byłoby niezbyt poważne, trącące na dodatek jakąś urojoną teorią spiskową – tym razem na globalną skalę.
Film Bodrowa daleki jest od takich dywagacji, choć islam jest w nim widoczny bardzo wyraźnie. Przyczynia się jednak to tego, by uświadomić nam tezę o wspólnocie wszystkich ludzi, bez względu na ich kulturowy czy też polityczny backgroud.
„Jeniec Kaukazu” porusza nas także swoją mądrością – cechą niestety rzadko widywaną nie tylko na ekranach kin, ale i w mediach popularnych czy kulturze masowej. A mądrość ta – jak każda mądrość – jest prosta. Mówi nam, że sztuka życia w dużej mierze polega na umiejętności przebaczania. Wojnę zaś można zakończyć tylko wtedy, kiedy zrezygnuje się ze ślepej nienawiści i krwawej zemsty.
I jeszcze jedno: pokój nie jest wcale brakiem wojny. Jest ciągłym, wymagającym od człowieka nieustannej uwagi, wysiłkiem.

*  *  *

Wojenne upojenie - życie na morderczym "haju" ("Piękna wieś pięknie płonie", reż. Srdan Dragojević)

*