CYWILIZACYJNA GALARETA – o książce Zachara Prilepina „KLASZTOR”

.

.   Z pewną obawą brałem do ręki cegłę, jaką stanowi najnowsza powieść Zachara Prilepina Klasztor, tym bardziej, że wiedziałem, iż jest to przykład tzw. „literatury obozowej” więc lekko nie będzie. Ale przecież w przeszłości nie unikałem książek, których zawartość nie była świadectwem sielanki ludzkiego bytowania na Ziemi, a raczej stanowiła dowód na coś wręcz przeciwnego, uświadamiając nam, że są sytuacje, kiedy człowiek wobec świata i przerastających go sił wydaje się być tylko małym trybikiem wielkiej machiny jaką jest poruszająca się niczym perpetuum mobile Rzeczywistość. Albo nic nieznaczącym robaczkiem – męczonym i maltretowanym – który w każdej chwili może być rozgnieciony i pozbawiony życia przez molocha Historii, Losu, Natury, Przypadku…
Jednak nie uważam, że w mojej skłonności do tego typu literatury był jakiś masochizm, szukanie sensacji; upodobanie do makabry, przemocy, okrucieństwa czy grozy… Nie. Ja po prostu chciałem się dowiedzieć więcej o człowieku – o jego ludzkiej naturze, (która często sprawia wrażenie „nieludzkiej”); o mechanizmach, które kierują jego postępowaniem; wreszcie o tym, jaki jest zakres naszej wolności – czy wolna wola nie jest aby tylko naszym złudzeniem? Nie zapominałem przy tym o przestrodze Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (nota bene autora Innego Świata, książki stanowiącej już klasykę powieści łagrowej), żeby nie oceniać (ani tym bardziej sądzić) ludzi, którzy zachowują się tak a nie inaczej w warunkach ekstremalnych – zniewolenia, udręczenia, zastraszenia i opresji… upodlenia i „zbydlęcenia” wreszcie. Nie powinno nas dziwić, że ludzie w warunkach nieludzkich zachowują się nieludzko – wydawał się sugerować Herling-Grudziński.
No tak, ale czy to również nie wystawia świadectwa ludzkiej naturze?
A co z tymi, którzy nawet w takich okolicznościach starali się zachować swoją godność i człowieczeństwo, prawość i przyzwoitość – i mimo wszystko opierali się temu, by nie postępować jak podła kanalia? Czy ich przykład nie świadczy o tym, że jednak można było dokonywać wyborów? A jeśli tak, to zasadna jest jednak ocena etyczna człowieka – nawet jeśli poddany jest on presji egzystencjalnego ekstremum.

     Z pewnością nie wyczucie dramaturgii, ani tym bardziej scenograficzna dbałość  o prezencję zadecydowały o tym, że pierwszy obóz koncentracyjny pracy przymusowej założyli bolszewicy na odludnych Wyspach Sołowieckich, położonych na dalekiej i szarej Północy, oblanych zimnymi wodami Morza Białego – wykorzystując do tego znajdujący się tam od wieków średnich prawosławny klasztor. Zadecydowało o tym odosobnienie miejsca, odcięcie od cywilizacji (choć nazwanie tego, co stworzyli w praktyce Sowieci, „cywilizacją”, jest chyba określeniem cokolwiek na wyrost), jak również obecny już tam olbrzymi kompleks zabudowań monastyru, obwarowany na dodatek wysokim murem (swego czasu cerkiewni prominenci – patriarchowie, mnisi i popi – stworzyli tu prawdziwe państwo w państwie, które potrafiło się nawet oprzeć wieloletniemu oblężeniu przez carskie wojska).
Wszystkie te atrybuty wykorzystał też po mistrzowsku Prilepin, stwarzając dzieło na miarę (bez mała) Czarodziejskiej góry Manna, Archipelagu GUŁag Sołżenicyna czy (zwłaszcza!) Zapisków z martwego domu Dostojewskiego.

      Co decyduje o wielkości tej powieści? Z pewnością nie jej gabaryty (656 stron), choć epicki rozmach Klasztoru nie jest tu bez znaczenia. Myślę, że wyznacza ją przede wszystkim olbrzymi talent autora, który, mimo że kreuje rzeczywistość fikcyjną, to jednocześnie przekazuje nam coś do głębi prawdziwego. Dzięki temu mamy wrażenie, że oto zapoznajemy się z dokumentem epoki – nie tak znowu odległej w czasie i przestrzeni, nadal wywierającej swoje piętno na naszej współczesności, i niestety mogącej się (ze swoimi koszmarami) powtórzyć. Prilepin ukazuje nam całą galerię postaci, których większość (i to jest ważne!) ma swój pierwowzór w rzeczywistości. I jest opisana tak, że nie kłóci się to ze znanymi faktami, których przecież nie brakuje, co zawdzięczamy piekielnej machinie sowieckiego „imperium”, które wszystko i wszystkich chciało mieć pod kontrolą – stąd wynikała jego ewidencyjna gorliwość i papierkowy biurokratyzm, zostawiający za sobą liczne ślady.

      Życie obozu sołowieckiego widzimy oczyma Artioma Goriainowa, młodego człowieka osadzonego w klasztorze za morderstwo, którego obozowy los okazuje się niewiarygodnym ciągiem przypadków umożliwiających mu przetrwanie w warunkach obozowej rzeczywistości, będącej jednym wielkim permanentnym zagrożeniem życia. Pomaga mu w tym nie tyle silna psychika (to też), co niezwykła wytrzymałość fizyczna – wszystkie otrzymane w obozie rany goją się na nim, jak na – nie przymierzając – psie. Oczywiście, nie bez znaczenia jest też jego charakter – hardość, zadziorność, upór, odwaga, inteligencja… wreszcie „szczęście”, które ratują go z najgroźniejszych opresji. Wiem, że nie jest to porównanie za bardzo na miejscu, ale obozowe dzieje Artioma czyta się jak powieść przygodową, mimo że jej podszewką jest koszmar, jaki zafundował ludziom totalitaryzm.

      Jeszcze z jednego powodu pomysł Prilepina na książkę wydaje się być pomysłem genialnym. Otóż na Wyspach Sołowieckich osadzano ludzi różnej proweniencji – obok bandytów, złodziei, morderców i zwykłych przestępców przebywali tam (często w jednej celi czy baraku) również inteligenci, artyści, naukowcy, aktorzy, literaci, poeci… Obok przedstawicieli starego porządku (białogwardziści, arystokraci, ziemianie) i tzw. „wrogów ludu” czyli kontrrewolucjonistów, byli tam także byli rewolucjoniści, bolszewicy i czekiści (tych ostatnich było nawet więcej niż „kaerowców”).
Czyż można sobie wyobrazić lepszy materiał do tego, by stworzyć mieniącą się różnorodnością typów, charakterów i fizjonomii powieść, wraz z całym bogactwem językowo-kulturowej mieszanki, która – choć czasami przypominała kipiel czy breję – to okazała się też znakomitą ewidencją ścierania się ludzkich postaw, osobowości, klas, światopoglądów, pozycji społecznych, życiowych filozofii a nawet kultur.
I znowu Prilepin stanął na wysokości zadania, używając tego wszystkiego do skreślenia obrazu przebogatego, który pochłania naszą uwagę – zaskakując, bulwersując, drażniąc… przewracając na nice stereotypy, amplifikując naszą wrażliwość.
Zdumiewa wręcz umiejętność autora do plastycznego oddania obozowej atmosfery, przeżyć bohaterów, czy wreszcie życia wewnętrznego Artioma i perypetii, w jakie jest on uwikłany. Jest w tym jakaś solidna fizyczność – niemal fizjologiczna namacalność zarówno scen, które – dzięki gęstej, obrazowej, „dotkliwej” prozie Prilepina – odsłaniają się z całą swą ostrością przed naszymi oczami; jak również myśli i przeżyć bohatera, które okazują się sporym wyzwaniem dla naszej wyobraźni, czucia i empatii.

      Na Wyspach Sołowieckich powstał swoisty mikrokosmos, świat zamknięty i odizolowany, w którym – niczym w laboratoryjnym tyglu – mieszały się ludzkie byty, a jednocześnie odbywał się eksperyment socjologiczny na olbrzymią skalę. Kwestią najważniejszą było to, jak w takich warunkach zachowuje się człowiek – jak sprawdza się jego élan vital, jakie się tworzą hierarchie, jak się zmieniają ludzkie relacje – czyli jak funkcjonuje człowiek poddany presji, która wydaje się przerastać jego wytrzymałość. I wreszcie: jak te wszystkie przemiany umiejscawiają się w wymiarze etycznym? Czy powstaje tu jakiś inny rodzaj moralności? A może zaczyna funkcjonować amoralizm, w którym wszystko podporządkowane jest chęci przeżycia – i to przeżycia za wszelką cenę? Potwierdza się to w jednej z konstatacji Artioma, który zauważa, że „kartofle z dorszem mają większą wagę niż sumienie, a pluskwy są bardziej namacalne, niż piekło”.
Wszystko to sprawiało, że czytając książkę Prilepina ciągle miałem wrażenie, że oto mam do czynienia z jakąś cywilizacyjną galaretą – że jest to jednak jakaś kulturowa anomalia, stężały wywar z tego, co w człowieku najgorsze i co z niego w warunkach normalnych jednak nie wychodzi.

      W sumie – zaskoczył mnie Zachar Prilepin. Nie spodziewałem się, że jego powieść tak bardzo mnie porwie. Tym bardziej czułem się zaskoczony, że – jak to sobie właśnie uświadomiłem – im jestem starszy, tym rzadziej lektura pochłania mnie tak, że nie mogę się od niej oderwać. A tak było właśnie z dziełem tego rasowego pisarza.
Mimo niezbyt radosnej zawartości (choć w książce nie brak jest jednak humoru, dowcipu i błyskotliwości, a nawet szczególnego rodzaju lekkości), trzymałem w rękach cegłę Klasztoru z przyjemnością, zapoznając się z losami Artioma, który dość szybko stał się dla mnie kimś bliskim. Z wielką ciekawością przebiegałem oczami po kolejnych stronach, chcąc się dowiedzieć tego, co się z nim będzie działo.

      Patrzę teraz na okładkę książki i widzę, że jest na niej jej bohater. Sama okładka jest moim zdaniem świetna. Bo oto w swojej prostocie jej przekaz jest bardzo wymowny, a przy tym wieloznaczny. Głowa Artioma znajduje się w pajęczej sieci, w którą jest on schwytany i omotany. Zaś patrząc na to inaczej: jego skroń znajduje się w samym środku tarczy, którą ta sieć przypomina. W nią uderzają pociski losu. Ale jest jeszcze coś innego: te koncentryczne kręgi jako żywo przypominają halo, jakie widzimy nad głowami świętych. Bo przecież galernik Artiom staje się kimś w rodzaju świętego męczennika, skazanego na cierpienie przez cywilizację, która się wykoleiła. I prawdziwym cudem jest to, że mimo wszystko pozostaje on człowiekiem.

*  *  *

*

Reklamy

„FREE TIBET” – DWUGŁOS O WYZWALANIU TYBETU

Chińska komunistyczna gwiazda i czadak (tybetańska szarfa dobrych życzeń) - sojusz, wyzwolenie czy wroga okupacja? Obraz pochodzi z folklorystycznego show, jaki turyści mogą zobaczyć w Lhasie, a który jest oficjalną manifestacją dobroczynnego powrotu Tybetu do "Macierzy" (zdjęcie własne)

*

Powiedzmy sobie otwarcie: nie będzie wolnego, niezależnego od Chin, Tybetu. Przynajmniej tak długo, jak Chiny będą potęgą. A zanosi się na to, że Państwo Środka będzie potęgą długo, a już wkrótce – największą potęgą świata.
„Free Tibet!” – to zawołanie stało się synonimem walki o niepodległość dla zniewolonego kraju, ale też rodzajem hasła i mantry, nie mającej tak naprawdę wpływu na rzeczywistość. Gest, który ginie w powodzi medialnych ciekawostek i newsów mających żywot jednodniowej jętki.
A jednak dla tych, którzy chcą w dylemat ten wniknąć głębiej, „Free Tibet” przestaje być sloganem a staje się poważnym problemem natury nie tylko politycznej i społecznej, ale i etycznej.

Chcąc napisać prawdę o Tybecie nie sposób jest ominąć ten niewygodny dla wielu temat relacji chińsko-tybetańskich. Niby można spojrzeć na tę krainę od strony „turystycznej”, potraktować ją jako podróżną „atrakcję” – zachwycić się kolorowym i egzotycznym ludem, niezwykle malowniczymi krajobrazami, tajemniczym mistycyzmem klasztorów i świątyń, nawiązać do legendy Tybetu jako krainy ongiś szczęśliwej, zamieszkałej przez łagodny, miłujący pokój i stroniący od przemocy naród, którego życie przebiegało w niczym nie zmąconej harmonii.
Ale jak by to przystawało do rzeczywistości? Czy mogłoby oddać jej pełny obraz?

*  *  *

Koncept tego artykułu był na samym początku zupełnie inny. Otóż podczas kolacji w jednej z tybetańskich restauracji w Lhasie ,uwagę moją przykuło kilka półek wypełnionych książkami. Podszedłem do nich i sięgnąłem po pierwszą lepszą pozycję. Okazała się nią wydana przez China International Press książka Zhanga Xiaominga „China’s Tibet”. Otworzyłem ją i pierwszym obrazem jaki rzucił mi się w oczy było archiwalne zdjęcie z 1951 roku przedstawiające korowód Tybetańczyków tańczących radośnie (?) wokół niesionego niczym na religijnej procesji wielkiego portretu Mao. I podpis: „Sługi i niewolnicy świętują wyzwolenie”. Na innej zaś stronie ujrzałem starą Tybetankę modlącą się przed domowym ołtarzykiem Wielkiego Sternika i Syna Niebios oraz podpis: „tybetańska kobieta przez 40 lat była wierna swemu ukochanemu Przewodniczącemu Mao”.
Zapomniawszy o jedzeniu zacząłem czytać i oczywiście poniosły mnie emocje, bo odnalazłem w tej książce całą przewrotną, kłamliwą i obłudną propagandę, która stosowana była przez „komunistów” także w naszym kraju. Chiński autor opisywał jakim dobrodziejstwem było dla Tybetańczyków „pokojowe wyzwolenie Tybetu” i powrót tego kraju do „Macierzy”. Czytając to przypomniałem sobie jak ten czas opisywał w swojej książce Dalajlama. Czy muszę dodawać, że jego wersja tamtych wydarzeń różniła się od chińskiego spojrzenia diametralnie? Wówczas wpadł mi właśnie do głowy ów pomysł, o którym wspomniałem wcześniej: by zestawić obok siebie te dwie antagonistyczne wersje (czyli oficjalną, chińską oraz tę tybetańską, Dalajalmy) i pozostawić to wszystko bez słowa komentarza, który wydawał mi się wówczas zbędny.


Spostrzegłem, że na półce stało jeszcze kilka egzemplarzy tej książki, więc pomyślałem, że jest ona na sprzedaż i postanowiłem ją kupić. Zdradziłem się z moją chęcią przed młodą kelnerką, ta pobiegła na zaplecze, na którym zauważyłem wkrótce mały popłoch. Sprawa trafiła do menadżera restauracji i nastąpiły negocjacje – można mi tę książkę sprzedać, czy też nie można? Z jednej strony czegoś się obawiano i na pomysł sprzedaży książki zareagowano niechętnie, z drugiej zaś – gościnność wobec obcego skłaniała ku przychylności i zadośćuczynienia jego prośbie. Nie będąc pewnym, jak się zachować, menadżer oświadczył mi że tej książki to chyba jednak nie będę chciał kupić, bo jest ona dwa razy droższa, niż pokazuje cena na okładce. Odpowiedziałem, że to nie jest problem i wręczyłem mu stu-yuanowy banknot. (Nawiasem mówiąc, na tę samą książkę natrafiłem tydzień później w Czengdu na terenie Chin „właściwych”, gdzie można już było kupić ją po normalnej cenie.)

„China’s Tibet” opisuje Tybet od strony geograficznej, etnicznej, administracyjnej, przemysłowej, rolniczej… etc. Mówi też o historii, oczywiście widzianej z perspektywy chińskiej: wynika z niej, że Tybet od stuleci był częścią Chin, czerpiąc z tej przynależności same korzyści. Skoro jednak było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? I dlaczego w takim razie trzeba było „pokojowo” wyzwalać Tybet w 1951 roku, jak zrobiła to Chińska Armia Ludowa? Takie tam naiwne pytania.
Książka pisana jest stylem i językiem znanym doskonale tym, którzy pamiętają „jedynie słuszną linię” partii komunistycznych w europejskich krajach tzw. „demokracji ludowej”. Może więc oszczędzę sobie tutaj cytowania jakichś rozległych fragmentów, ograniczając się jedynie do małej próbki, która właściwie mówi wszystko: „Po pokojowym wyzwoleniu Tybetu w 1951 roku, instytucje na wielu szczeblach prowadziły szczerą i pełną dobrej woli politykę wolności wierzeń religijnych, za co były powszechnie chwalone. Obecnie, pod protekcją Konstytucji i prawa, ludzie Tybetu w pełni cieszą się swobodą uprawiania normalnej aktywności religijnej”. *

Natomiast w książce pt. „My land & My People – Memoirs of His Holiness the Dalai Lama” można przeczytać:
„Zabito dziesiątki tysięcy ludzi, nie tylko podczas starć zbrojnych, ale i indywidualnie i z zimną krwią. Byli zabijani bez udowodnienia winy na podstawie podejrzeń o sprzeciwianie się komunizmowi, ukrywanie pieniędzy, zajmowanie wysokiego stanowiska albo bez żadnego powodu. Byli zabijani przede wszystkim dlatego, że nie chcieli wyrzec się swojej religii. Nie tylko strzelano do nich z broni palnej. Byli bici na śmierć, wieszani na krzyżach, paleni żywcem, topieni, poddawani wiwisekcji, głodzeni na śmierć, duszeni, wieszani, oblewani wrzątkiem, grzebani żywcem, wypruwano im wnętrzności i obcinano głowy. Zabójstwa te były przeprowadzane publicznie. (…) Kobiety i mężczyźni byli doprowadzani do powolnej śmierci podczas gdy członkowie ich rodzin byli zmuszani do przyglądania się ich agonii. Małym dzieciom kazano strzelać do własnych rodziców.
Najbardziej prześladowani byli mnisi. Chińczycy usiłowali ich upokorzyć, szczególnie tych najstarszych i najbardziej szanowanych, a potem poddawano ich torturom, zaprzęgając ich do pługów, jeżdżąc na nich jak na koniach, chłoszcząc ich batem i bijąc kijem, i stosując inne metody zbyt okrutne, żeby je tutaj opisywać. A kiedy doprowadzano ich w taki sposób do wycieńczenia, wyśmiewano się z ich religii, nawołując żeby czynili cuda, by uwolnić się od bólu i śmierci. (…)
Poza tym Chińczycy zniszczyli setki klasztorów, albo fizycznie zamieniając je w ruiny, albo zabijając mnichów lub wysyłając ich do obozów pracy. Tam pod groźbą kary śmierci zmuszano ich do zerwania ślubów czystości. W opuszczonych klasztorach urządzano stajnie i baraki wojskowe.” **

*  *  *

Miało więc obyć się bez komentarza, jednak z czasem coraz więcej myśli przychodziło mi do głowy. I z niektórymi z nich postanowiłem się tu jednak podzielić.
Problem tybetański z jednej strony wydaje się być czymś prostym i jednoznacznym, z drugiej jednak – czymś nader skomplikowanym. Wszystko zależy od tego z jakiej perspektywy będziemy nań patrzeć, jakie kryteria stosować, ku jakim wartościom się skłaniać.

Chińscy żołnierze na murach Potali w Lhasie

Nie miałem jednak żadnych wątpliwości po której jestem stronie, kiedy chodziłem ulicami Lhasy i na każdym kroku – dosłownie za każdym zaułkiem, przed każdą ważniejszą bramą, na każdym placu – widziałem setki chińskich policjantów, żołnierzy i tajniaków. Jeśli ktoś wątpi, że jest to okupacja  obcego terytorium kraju przez państwo policyjne, to ten widok powinien go z owych wątpliwości uleczyć.
Z początku starałem się to ignorować, oswoić się z nieprzyjemną koniecznością obcowania z tymi siłami, ale doprawdy było z tym trudno. Zacząłem więc stosować podwójną taktykę: traktować ich jak powietrze, skupiając się na tym co chciałem w Lhasie poznać albo też wręcz przeciwnie: śmiało patrzeć umundurowanym prosto w oczy, dając im do zrozumienia, że nie wszyscy godzą się z ich obecnością tutaj i że mogą mieć władzę nad czyjąś fizycznością, ale już nie nad czyimś sercem i umysłem (Młodzi żołnierze reagowali różnie: albo niemal wstydliwie spuszczając wzrok, ale też i wytrzymując moje spojrzenie, czasem nawet z ironicznym i bezczelnym  błyskiem w oku).
Tak czy owak, przebywanie na placach i ulicach w towarzystwie tych paradujących krokiem defiladowym (a sprawiało to nieco surrealistyczne wrażenie) lub stojących na baczność na warcie sołdatów (cóż, w tym też był jakiś surrealizm), nie było niczym przyjemnym. Przypominało też o czasach, kiedy w Lhasie wybuchały bunty i zamieszki.

Żołnierze byli wszędzie. Kilkakrotnie przestrzegano mnie przed ich fotografowaniem, bo – mówiono – może to się źle skończyć, nie tylko konfiskatą aparatu, ale i poważnymi konsekwencjami z aresztowaniem, karą pieniężną i odebraniem zezwolenia na pobyt w Tybecie włącznie. Lecz kiedy wychodząc już z Potali spostrzegłem w oddali grupę chińskich żołnierzy, którzy malowniczo rozmieścili się na olbrzymim murze obronnym Pałacu, mając w tle położoną u stóp Potali Lhasę – nie mogłem się oprzeć. Dzieliło mnie od nich dobre sto jardów, więc mimo, że patrzyli w moim kierunku, teleobiektyw raczej ich nie mógł zaniepokoić. Zacząłem schodzić w dół i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie moment, kiedy znalazłem się na schodach pod nimi i jeszcze raz wymierzyłem w nich obiektyw. W jednej chwili wszyscy zniknęli za murem a ja z duszą na ramieniu szykowałem się już do rewizji przy wyjściowej bramie. Na wszelki wypadek wyciągnąłem z aparatu kartę pamięci, która była pełna zdjęć i zamieniłem ją na pustą – bardziej bowiem szkoda byłoby mi zarekwirowanych zdjęć, niż samego aparatu. Ale na szczęście przy wyjściu nikt na mnie nie czekał. No cóż – pomyślałem, wypłoszyłem tylko wygrzewających się na słońcu chłopaków.

Odział żołnierzy defilujący na placu Barkhor. W oddali - górujący nad Lhasą Pałac Potala.

*  *  *

Czy chińska okupacja Tybetu ma swoje dobre strony?
Ależ oczywiście!
I to właśnie one przyczyniają się do tego, że sprawy związane z niepodległością Tybetu nieco się komplikują i wyglądają niejednoznacznie, nawet dla tych, którzy z Tybetańczykami sympatyzują.
Przede wszystkim, wydaje się że wszyscy zyskują na chińskich inwestycjach w tybetańską infrastrukturę, choć niektórzy twierdzą, że prawdziwymi beneficjentami tego są Chińczycy Han, natomiast Tybetańczykom zostają tylko jakieś ochłapy i w rzeczywistości są obywatelami drugiej kategorii w swoim własnym (?) kraju. Zresztą Chińczycy, inwestując wielkie pieniądze w Tybecie, nie robią tego bynajmniej z miłości do swoich tybetańskich braci, a po prostu umacniają swoją (kolonialną) pozycję w tamtym rejonie. Liczący 1 miliard 300 milionów mieszkańców kraj, potrzebuje przestrzeni życiowej jak wody i powietrza, nie wspominając o bogactwach naturalnych jakie znajdują się na Wyżynie Tybetańskiej. Już teraz w Tybecie żyje kilkakrotnie więcej Chińczyków, niż rdzennych mieszkańców tej ziemi.

Już z samolotu dostrzegłem rozłożone w dolinie Yarlung (Brahmaputry) rozległe bloki chińskich zabudowań, a kiedy dotarłem do Lhasy, to przeżyłem mały szok, gdyż czekało tam na mnie nie tyle nowoczesne, co nowe miasto, zupełnie nie przypominające znajdującego się po drugiej stronie Himalajów Kathmandu (na co po cichu liczyłem). Nie, nic z tego. Powiew starej Lhasy wyczuwało się jedynie w pobliżu historycznych budowli, których jednak nie ostało się wiele. Właściwie można je policzyć na palcach jednej ręki: Pałac Potala, klasztor Jokhang i okolice bazaru Barkhor. Cała reszta to pozbawione charakteru, nijakie miasto – betonowo-blaszane, szaro-bure pudła i klocki, które ktoś nie bez złośliwości nazwał „chińskim badziewiem”.

*  *  *
Tym, czego najbardziej obawiają się Tybetańczycy chcący utrzymać własną tożsamość, jest rozmycie się, a w końcu zanik ich rdzennej kultury, która wchłonięta zostanie przez to, co przynoszą ze sobą Chińczycy. Tym większe dostrzegają niebezpieczeństwo, ponieważ naród tybetański nie jest wcale tak liczny. Na całym świecie żyje tylko około 6 milionów Tybetańczyków, z czego połowa w samym Tybecie.

Tybetanki

To jest największy problem i troska nie wychodząca z głowy znajdującego się już od pół wieku na emigracji Dalajlamy i popierających go rodaków: zagrożenie narodowego bytu Tybetańczyków. Nota bene Dalajlama już od dawna nie domaga się niepodległości Tybetu (bo wie, że w obecnych warunkach jest to niemożliwe), tylko prawdziwej autonomii dla tego regionu. Na razie jednak jego zabiegi nie przynoszą żadnych wymiernych skutków i choć na świecie istnieje spora grupa ludzi popierających wolnościowe dążenia Tybetańczyków, to ich wysiłki także mają niewielki wpływ zmianę chińskiej polityki wobec Tybetu.

Ja jednak wierzę w Tybetańczyków.

To była druga moja noc spędzona w Lhasie. Obudziłem się przed świtem, czułem jak organizm broni się przed niedoborem tlenu, w głowie ciągle czułem lekki ucisk, co wskazywało na to, że jeszcze niezupełnie przystosowałem się do gwałtownej zmiany wysokości (Lhasa jest położona 3600 metrów nad poziomem morza). Było zimno (wyglądało na to, że hotel oszczędza na opale), za oknem panował jeszcze zmrok – tym wyraźniej można było dostrzec za rzeką w oddali rozżarzony fioletowo-czerwonymi neonami wieżowiec, przypominający mi jako żywo kasyno Rio. Czyżby Las Vegas w Lhasie?
Wziąłem prysznic, ubrałem się i zszedłem na dół do hotelowego lobby z nadzieją znalezienia czegoś ciepłego do picia. Było  pusto, ale w jadalni siedział już Pema, mój nowy Tybetański znajomy, który był naszym tłumaczem i przewodnikiem. Zaczęliśmy rozmowę od jakiejś błahostki, ale postanowiłem wykorzystać to, że byliśmy sami i zadałem mu pytanie: „Co czujesz jak słyszysz, że Tybet jest chiński”?
Pema – młody, inteligentny i delikatny człowiek wywodzący się z plemienia górskich nomadów – spuścił oczy i na dłuższą chwilę zamilkł. Po jakimś czasie usłyszałem jednak: „Nie chcę o tym mówić. Może tylko powiem, że Twój kraj też nie był wolny, więc powinieneś wiedzieć jak to jest.”

Tak, nagle uświadomiłem sobie jak bardzo sytuacja Tybetu przypomina tę, w jakiej przez długi przecież była Polska. My także mieliśmy nad sobą kuratele sąsiedniej potęgi (w naszym przypadku był to rosyjski niedźwiedź, Tybetańczycy mają na karku chińskiego smoka); także i nas „zdradziły” i opuściły w potrzebie miłujące ponoć demokrację potęgi Zachodu; również i u nas wiara religijna (oraz utożsamiająca ją instytucja kościelna) wspomagała ludzi w trudnych chwilach, solidaryzując społeczeństwo i przechowując pewne narodowe tradycje i symbole…
Ciekawa sprawa: kiedy po kilkudziesięciu latach okupacji Chińczycy nabrali pewności, że zmienili sposób myślenia Tybetańczyków (i że przecież nie mogą już oni tęsknić za starym, opresyjnym porządkiem, w którym byli sługami i niewolnikami), i zezwolili na wizytę w Tybecie kilku przebywającym na emigracji, wyższym duchownym buddyjskim, to nie mogli wyjść ze zdumienia, z jakim uwielbieniem i rewerencją spotkali się oni u swoich rodaków, (którym – a to jeszcze ciekawsze – w obawie przed skandalem, zakazali wcześniej opluwać ich i obrzucać błotem i kamieniami). Jako żywo stanęła mi przed oczami pielgrzymka Jana Pawła II do swego rodzinnego kraju rządzonego jeszcze wówczas przez wasalską wobec Sowietów PZPR.

Pielgrzymujący Tybetańczycy pod Świątynią Jokhang

*

Już po powrocie z Tybetu oglądałem film, potajemnie nakręcony przez Tybetankę („What Remains of Us”), której po kilkudziesięciu latach udało się wjechać do rodzinnego kraju. Przywiozła ze sobą nagrane na laptopie przesłanie, jakie Dalajlama chciał przekazać mieszkającym w kraju rodakom. I kiedy obserwowałem reakcję Tybetańczyków, którym twórczyni tego dokumentu prezentowała (oczywiście w wielkiej konspiracji) słowa Dalajlamy, to doprawdy serce mi pękało. Wpatrzeni, wbici wzrokiem w ekran, przejęci, chłonący każde słowo, płaczący… Wówczas uświadomiłem sobie, jak głęboko wryta jest w tych ludzi wiara i tęsknota za czymś, co wyrasta poza świat, w jakim chcą umieścić ich Chińczycy ze swoim „postępem”, „ucywilizowaniem” i obietnicami lepszego życia – w rzeczywistości, której nie będzie już zatruwać żadna religia (tu warto przypomnieć słynne powiedzenie Mao, który w jednej z rozmów z Dalajlamą stwierdził, że „religion is poison”).

*  *  *

Wszyscy ci, którzy popierają Tybetańczyków w ich dążeniach do uzyskania pełnej autonomii (czy też bardziej radykalnie – niepodległości) czują się bezradni. Bowiem świat wielkiej polityki i globalnych interesów wybiera pragmatyzm, podkreślając przy tym, i niejako usprawiedliwiając, że kieruje się realizmem. Kwestia łamania praw człowieka schodzi na dalszy plan i staje się domeną grupki idealistycznie nastawionych zapaleńców, którymi wielkie potęgi niezbyt się przejmują. Po raz kolejny zwycięża pieniądz – bo business is business. Obecnego Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Hu Jintao przyjmuje się na całym świecie z wielkimi honorami, a w Ameryce nawet niczym króla – bo przecież będzie się potrzebowało jego pieniędzy, (które Stany Zjednoczone pożyczają ostatnio od Chin na potęgę). To wszystko są siły, które wydają się nie do przezwyciężenia.
Ja sam także zastanawiałem się nad tym, czy wobec takiego stanu rzeczy jest sens deklarować swoje poparcie dla „Wolnego Tybetu”. I co to da? Czy, zważywszy na wszelkie okoliczności i warunki zewnętrzne, podobna deklaracja nie staje się tylko jakimś pustym słowem, hasłem i gestem, który jedynie polepsza nasze samopoczucie, umożliwiając nam przy tym identyfikację z wartościami humanistycznymi, demokratycznymi, liberalnymi.
I próbowałem nawet te swoje wątpliwości i zniechęcenie racjonalizować: bo rzeczywiście dzięki Chińczykom Tybet przestaje być krajem „zacofanym”, bo rzeczywiście został tam zniesiony system feudalny, który dopuszczał nawet niewolnictwo; bo rzeczywiście nie można obecnych warunków życia w Tybecie porównywać z tymi, jakie istniały w tym kraju przed chińskim „wyzwoleniem”; bo rzeczywiście wydaje się, że Chińczykom bardzo zależy na unormowaniu sytuacji w tamtym rejonie i nie dopuszczeniu do kolejnych rozruchów; bo rzeczywiście po jakimś czasie może dojść do kulturowej konwergencji, która zniesie napięcia istniejące między różnymi grupami etnicznymi…
Ale… nie, nie! Uświadomiłem sobie, że wszystkie te argumenty nie powinny jednak zmienić mojego stosunku do tybetańskiej wolności i samostanowienia. Jestem więc za Wolnym Tybetem. Nawet nie dla zasady, a po prostu dla zachowania zwykłej ludzkiej przyzwoitości, która mówi, że także inni ludzie mają prawo do decydowania o własnym losie, do mówienia tego, co myślą, do wyboru indywidualnych i cywilizacyjnych wartości, do swobodnego wyrażania samego siebie… Jednym słowem: prawo do życia w wolności.

*  *  *

*  Zhang Xiaoming, „China’s Tibet” (tłum. własne); ** Dalai Lama, „My Land & My People” (tłum. Beata Pawlikowska)

Chińska flaga nad Potalą i żołnierska warta

 © ZDJĘCIA WŁASNE)

Nową wystawę zdjęć z Tybetu można obejrzeć TUTAJ. Na stronie brulionu podróżnego znalazły się już także tybetańskie panoramy.

*

PORYW SERCA? ZWIERZĘCA CHUĆ? (Więcej niż kino: „Hańba”)

*

„Hańbę” noblisty Coetzeego czytałem dobre pięć lat temu więc wydawało mi się, że raczej nie jestem narażony na niebezpieczeństwo ciągłego porównywania filmu i książki – snucia paraleli, rozważania wierności oryginałowi, konfrontacji odbioru filmowego obrazu ze słowem pisanym… etc.
Wprawdzie zdziwił mnie nieco wybór Johna Malkovicha na odtwórcę głównej roli (bowiem zupełnie inaczej wyobrażałem sobie profesora Luriego), ponadto absolutnie nieznani mi byli inni twórcy filmu, ale po wyjściu z kina moim nieprzemożnym wrażeniem było poczucie, że oto ktoś zdołał przenieść na ekran ducha prozy Coetzeego. A zadanie takie zawsze wydawało mi się niezwykle trudne do wykonania.

*

ERUDYTA I ZWIERZĘ

Co jest rdzeniem „Hańby” ?
Wydaje mi się, że jest nim jakiś pierwotny (podziemny, podskórny?) strumień elementarnych sił popędowych – ślepy instynkt życia, który w pewnych sytuacjach wydostaje się na powierzchnię, zmuszając człowieka do konfrontacji… zarówno z kulturą, w której on żyje, jak i z nim samym.
Owa konfrontacja jest tym bardziej dramatyczna, im większy jest rozziew pomiędzy tym co w człowieku zdołało się wysublimować, uszlachetnić, wysubtelnić i wyrafinować, a tym co pozostało dzikie, pierwotne, nieuświadomione i ślepe.

Poryw serca czy zwykła chuć? John Malkovich jako zhańbiony profesor.

Tak właśnie, jak to ma miejsce w osobie profesora Luriego – erudyty, muzyka, wykładowcy literatury, miłośnika poezji romantycznej…, który ulega impulsowi „szaleństwa serca” i uwodzi jedną ze swoich studentek, sprowadzając na siebie (dość świadomie zresztą), hańbę, potępienie i ostracyzm, co zmusza go do ucieczki w góry, na pustynię – gdzie, jak się okazuje, żyje już jego córka Judy.

Konfrontacja naszego człowieczeństwa z naszą zwierzęcą proweniencją nie jest przecież czymś nowym (choć zawsze spychanym na margines naszej psyche i obwarowywanym przeróżnym tabu) – podobnie jak freudowska psychoanalityczna maniera grzebania na różnych głębokościach ludzkiej świadomości (i nieświadomości) w poszukiwaniu kompleksów i rzeczywistych motywów zachowania człowieka – to jednak mistrzowskie pióro Coetzeego powoduje, iż widzimy ten dramat w zupełnie innym świetle.
Czy jest to jednak z jego strony tylko czysta estetyzacja? Takie ubieranie w atrakcyjne literackie szatki czegoś, co raczej bardziej potrzebuje radykalnej ekspiacji, niż jakiejś umownej gry i zabawy w słowa?
Wydaje mi się, że tak nie jest, a świadczy choćby o tym ślad, jaki zostawiają w nas książki J. M. Coetzeego.

Taki ślad zostawiła też we mnie czytana przed wieloma laty „Hańba”, co uświadomiłem sobie dopiero po tym, jak skończyła się projekcja filmu. Okazało się, że jednak wiele scen zachowało się w mojej pamięci, a film je tylko przypomniał i (co ciekawe i znaczące) nie odczuwałem żadnego dysonansu między tym, co odnalazłem w sobie, a tym co zobaczyłem na ekranie.
Stąd chyba właśnie wynika moja satysfakcja z zetknięcia się z filmem Steve’a Jacobsa.

CHUĆ I SKOMLENIE

Niech mi będzie wolno zacytować tutaj fragment prozy Coetzeego.
Lurie rozmawia z córką:

„- Kiedy byłaś mała, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Kenilworth, nasi sąsiedzi mieli psa, goldena. Nie wiem, czy pamiętasz.
– Mgliście.
– Za każdym razem, kiedy w okolicy pojawiła się suka, pies podniecał się i przestawał słuchać swoich państwa, a oni z regularnością samego Pawłowa go bili. Powtarzało się to, aż w końcu biedak już zupełnie nie wiedział, co ma robić. Ledwo zwęszył sukę, zaczynał uganiać sie po ogrodzie, z uszami położonymi po sobie, z podwiniętym ogonem. Skomlał i szukał, gdzie by się schować.
Przerywa.
– Nie rozumiem, co ma z tego niby wynikać – mówi Lucy. No bo rzeczywiście, co z tego wynika?
– Całe to widowisko miało w sobie coś tak nikczemnego, że doprowadzało mnie do rozpaczy. Moim zdaniem psa można ukarać za konkretne wykroczenie, na przykład kiedy pogryzie kapeć (…). Ale z żądzą sprawa ma się zupełnie inaczej. Żadne zwierzę nie dopatrzy się sprawiedliwości w karze wymierzonej za to, że posłuchało własnego instynktu.
– Czyli samcom trzeba pozwolić, żeby podążali za swoimi instynktami bez żadnych ograniczeń? Czy taki stąd płynie morał?
– Nie, nie taki. A nikczemność widowiska z Kenilworth polegała na tym, że nieszczęsny pies znienawidził w końcu własną naturę. Odtąd bicie stało się niepotrzebne. Gotów był sam się ukarać. W tym momencie lepiej byłoby go zastrzelić.”

WOLNOŚĆ I ZŁUDZENIE

Trudno o lepsze teatrum mundi dla tego co rozgrywa się w prozie Coetzeego, niż przepastny pustynny krajobraz z potężnym górskim pasmem w tle. To dlatego tak często widzimy ten obraz na filmowym ekranie. I nieważne, czy jest to ziemia afrykańska, australijska czy amerykańska. W takiej scenerii, widziany z oddali maleńki domek zamieszkany wydaje się być przez jakieś drobne istotki, których wielkie (w ich odczuciu) dramaty są w skali świata zaledwie jakimś mikrokosmosem.

Wielka przestrzeń kojarzy nam się z wolnością, ale w „Hańbie” jest czymś wręcz przeciwnym: wskazuje nie tyle na znikomość ludzkich spraw, co na zależność człowieka od sił znacznie go przerastających. Z takiej perspektywy nasza wolność jest złudzeniem. Dopiero zbliżając się do świata ludzkich proporcji owo złudzenie wydaje się nam zanikać, a jego miejsce wypełniamy czymś co nazywamy wolną wolą. Jednak tego poczucia wolności także nie możemy znieść, więc uciekamy ponownie – tym razem w świat naszych ludzkich samoograniczeń. Koło się zamyka i toczy dalej. Stąd wahania człowieka, który zrazu czuje się mocarzem, by za chwilę uznać się bezwolnym marnym pyłkiem.
Czy to właśnie jest hańbą ludzkiego rodzaju?

Hańba jako źródło cierpienia

LĘDŹWIE I BÓG

Prosta w sumie historia Coetzeego nabiera – i to zarówno w książce, jak i w filmie – wymiaru antycznej tragedii. Z tym, że człowiek nie wadzi się tutaj z bogami, a raczej mierzy z siłami, które ongiś przypisywał bogom, a teraz widzi jako wypadkowe ślepych praw natury.
Civitas dei zamieniło się w civitas naturalis, co tak na dobrą sprawę – w rzeczywistym świecie, w którym żyje człowiek – niewiele zmieniło: choć władze w państwie uległy zmianie, to jednak siły pozostały te same.

Jaka jest na to rada?
Może odpowiedzi na to pytanie dostarcza nam jedna z drugoplanowych postaci „Hańby”, a mianowicie Petrus?
Petrus jest czarnym sąsiadem Judy. Cierpliwy, pracowity, silny, stały, zdecydowany – buduje dom, uprawia ogród. Stopiony jest niejako z południowo-afrykańskim krajobrazem, w którym białe postaci wydają się być jednak jakimś obcym wtrętem.
Lurie zderza się z Petrusem, lecz mimo to, że za profesorem stoi cała jego kultura i cywilizacja, z tej kolizji zwycięsko wychodzi jednak Petrus.
Wydaje mi się, że nie przypadkiem Coetzee nadał tej postaci takie a nie inne imię (wszak oznacza ono skałę, opokę). Jednak kościół afrykańskiego Petrusa nie jest Kościołem Przymierza, jakie zawarł biały człowiek z Bogiem jakichś odległych śródziemnomorskich krain. Petrus swojego Boga ma we krwi, we własnych lędźwiach; w ziemi, która rodzi; w duchach, które przenikają wszystko i wszystkich.

ZABIJANIE I LITOŚĆ

Zaglądam po latach do książki Coetzeego.
Co widzę?
Oto zauważam np., że reżyser zmienił sekwencję scen. To, co Coetzee zostawił na koniec, Jacobs wplótł we wcześniejszą narrację i scena, w której Lurie uśmierca psa w schronisku dla zwierząt (a z którym to psem zaczął się on zaprzyjaźniać), stała się w filmie jednym z epizodów, znaczącym wprawdzie ale nie finałowym.
U Coetzeego zaś koniec jest twardy i pozbawiony złudzeń:

„(Lurie) niosąc (psa) na rękach jak jagnię, wraca do gabinetu.
– Myślałam, że przedłużysz mu życie jeszcze o tydzień – mówi Bev Shaw – Poddajesz go?
– Tak, poddaję.”

W pierwszym odruchu uznajemy to za zakończenie jednoznacznie pesymistyczne. Czy jednak tak jest w rzeczywistości?

Reżyser Steve Jacobs z kolei kończy swój film prawie że ostentacyjnym happy endem: Lurie rozmawia z pełną spokoju, pogody i życia córką, a oboje spacerują wśród kaskad pięknych kolorowych kwiatów, jakimi otoczony jest dom Judy. Okazuje się, że taki prosty zabieg potrafi zupełnie zmienić perspektywę z jakiej patrzymy na opowiedzianą nam historię, a tym samym na sposób, w jaki zapada nam ona w serce – zabarwiając przy tym cały otaczający nas świat.
Podobnie dzieje się w naszym życiu.

*  *  *

Czy spacer wśród kwiatów jest happy endem?

*