POLIFONIA I KONWULSJE – rzecz o wypełnianiu pustki (Teatr ZAR w Chicago)

*

Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie

Zgodnie z tym co można wyczytać z historii wrocławskiego teatru ZAR, tryptyk „Ewangelie dzieciństwa” powstawał blisko 10 lat. Jego początki datują się w 1999 roku, kiedy to członkowie zespołu (wówczas jeszcze stażyści) wraz ze swoim liderem Jarosławem Fretem, zaczęli swoje etnomuzykologiczne podróże na europejskie obrzeża (Gruzja, Bułgaria, Armenia, Grecja, Czeczenia, Andaluzja, Sardynia, Korsyka… z czasem docierając nawet do Iranu, Egiptu i Japonii), gdzie poszukiwali archaicznych form muzycznych i wiekowych pieśni polifonicznych (sama nazwa teatru wywodzi się od rodzaju starodawnej pieśni żałobnej śpiewanej do dzisiaj przez Swanów – lud zamieszkujący wysokie partie gór Kaukazu).
Każda część tryptyku stanowi właściwie odrębne przedstawienie, jednakże, kiedy od pewnego czasu prezentuje się je razem, traktować je można jako jedną całość. Tym sposobem mogą one wybrzmiewać w tym samym czasie, komplementując się i uzupełniając, stanowiąc coś w rodzaju „nieustannego requiem” (jak to określił sam reżyser).
Część pierwsza nosi (niezwykle rozbudowany) tytuł „Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa” i stanowi odniesienie do nowotestamentowej opowieści o wskrzeszeniu Łazarza oraz do gnostyckiego przekazu zwanego „świadectwem Marii Magdaleny”. Część druga to „Cesarskie cięcie. Próby o samobójstwie” – wykorzystując wielogłosowe pieśni oraz wątki muzyki bałkańskiej, hiszpańskiej, rumuńskiej, korsykańskiej i islandzkiej, podejmuje temat samobójstwa, jego egzystencjalnych implikacji i dylematu granic ludzkiej wolności. Doszukać się można w niej odniesień do prozy Dostojewskiego, para-mistycznych tekstów Simone Weil a także do słynnego eseju Alberta Camusa o samobójstwie „Mit Syzyfa”. Część trzecia „Anhelli. Wołanie” to raczej luźne,  dowolnie potraktowane nawiązanie do romantycznego poematu Juliusza Słowackiego, będącego rezultatem jego podróży do Ziemi Świętej i pochylenia się nad niedolą i martyrologią zniewolonego przez zaborców narodu polskiego.

greydot

Kiedy wsłuchiwałem się w swoje wrażenia i myślałem nad tym, czym było dla mnie doświadczenie spektaklu, który obejrzałem w ostatnią niedzielę w sali chicagowskiego Museum of Contemporary Arts, zastanawiając się także nad tym, skąd się moje odczucia tak naprawdę wzięły, natrafiłem na wypowiedź Jarosława Freta, twórcy teatru ZAR i reżysera widowiska. Podkreślił on, że mimo iż tryptyk odbierany jest przez wielu widzów niczym ceremoniał kościelny, to jednak chrześcijańska symbolika nie jest tym co go tak naprawdę interesuje: „Tak, dorastałem w społeczności chrześcijańskiej, w bardzo chrześcijańskiej rodzinie. Ale wielu członków zespołu ZAR to nie są Chrześcijanie… Nie o to chodzi w naszej pracy”. A na pytanie co jest w takim razie celem jego teatru, Fret odpowiedział: „Chodzi w nim o wypełnienie próżni czy pustki; o to, by dzielić z innymi nie tylko nasz ból – ponieważ ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy – ale także poczucie i doświadczenie życia… tego, co oznacza bycie żywym.”
Czytając tę wypowiedź Frata, nagle uświadomiłem sobie skąd się wzięła moja rezerwa wobec tego spektaklu. Nie wystarczyło mi bowiem samo wypełnianie pustki głosem, śpiewem, ruchem i oddechem aktorów – bez względu na sens słów, stosunek do sacrum i nieokreśloności tego, czym naprawdę jest ludzkie ciało wobec śmiertelności i zmartwychwstania.
W słowach, które udało mi się dosłyszeć, sens był niezrozumiały albo był sprawą drugorzędną a może nawet nieistotną. Treść tryptyku – wbrew pozorom – była w istocie indyferentna religijnie więc nie czuło się sfery sacrum. Ciało na scenie było ciągle obiektem profanacji i wstrząsów, bardziej narzędziem fizycznej ekspresji i pojemnikiem na cierpienie, niż świętym naczyniem wypełnionym duchem (to tak ważny przecież dla Chrześcijanina fenomen) – nie przekonywała mnie więc ta emfaza na konieczność jego zmartwychwstania, (które i tak jest – co też można odczytać z przedstawienia – „niemożliwe”), spuentowana na dodatek oczywistością tego, że prędzej czy później wszyscy pójdziemy do piachu, a nad nami rozpostrze się biały całun obojętnego świata.

Ale zostawmy na razie eschatologię. Z tego co usłyszałem w teatralnej sali i zobaczyłem na deskach sceny odniosłem wrażenie, że tryptyk ZAR-u jest produktem kultury, która się rozpadła na milion kawałków, ale próbuje się na nowo scalić sięgając do swoich archaicznych źródeł, które wszak prawie już wyschły. Synkretyzm religijny jest jednak niemożliwy także z innych względów: poszczególne elementy nie mają już swojej pierwotnej wartości, a nawet są wobec siebie przeciwstawne. W najlepszym wypadku pozostaje przeczucie tego co było w przeszłości, muzealne ocalenie małej cząstki od zapomnienia, lament pogrzebowy i żałobny śpiew nad trupem, który już od dawna spoczywa w ziemi.
Zamiast synkretyzmu, mamy więc worek pełen elementów z przeróżnych parafii – kokofonię wielu znaczeń ogarniętą harmonijną polifonią dźwięków, coś w rodzaju postmodernistycznej mix-kaszanki wybrzmiewającej w teatralnej „sonosferze”.
Powodzenie trupy ZAR-u w wielu różnych częściach globu może świadczyć o tym, że trafia on jednak w wrażliwość współczesnego widza (czy też raczej słuchacza), dla którego najbardziej liczy się właściwie moment sensualnej wibracji (będącej niczym miejscowa stymulacja żywego organizmu w laboratorium) niż synteza znaczeń, która mogłaby doprowadzić nas do sensu i zrozumienia. Artyści ZAR-u znaleźli sposób na niezwykłą kondensację życia, ale ceną za to wydaje się być wszechogarniający ból, oraz to, że owo życie przybiera w ich ciałach formę spazmu.

Uwertura. Fragmenty o przeczuciach nieśmiertelności ze wspomnień wczesnego dzieciństwa

*

Cisza i tumult. Życie jak opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca, będąca niczym sen wariata śniony nieprzytomnie… innymi słowy: wiele hałasu o nic – bo świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają, utkani z tego samego materiału co sny…
Tryptyk, o którym tu mowa, mógł stworzyć tylko ktoś, kogo dogłębnie dotknęła cisza, jaka zapada wokół człowieka, który przestaje oddychać. Dziadek Freta był żałobnym śpiewakiem. Kiedy odbywał się jego pogrzeb, 17-letni chłopak przeżywa – jak sam twierdzi – najgłębsze, związane z dźwiękiem, doświadczenie swojego życia: w chórze żałobników nie usłyszał głosu swojego dziadka. Lecz jak to możliwe, by doświadczenie to spowodowała cisza, pustka… nic? – zastanawia się po latach reżyser. I realizuje swoją obsesję poszukiwania ZAR-u, pieśni żałobnej, którą uważa za spirytualną „kolumnę oddechu”, po jakiej dusza zmarłego wspina się jak po drabinie do nieba.

greydot

Jednak doświadczenie reżysera nie musi – i zwykle nie jest – doświadczeniem widza (czy też słuchacza). Żeby dotknąć kogoś do żywego, musi ze sobą nieść pewną wartość uniwersalną, wspólną jeśli nie wszystkim, to większości ludzi. Wszyscy z nas mamy swoje konszachty, układy i rokowania ze śmiercią, wszyscy się jej lękamy, wszyscy staramy się ją oswoić, przechytrzyć… i wszyscy zastanawiamy się, bardziej lub mniej śmiało, gdzie też nas ona w końcu doprowadzi – za jaką granicę i do jakiej krainy zawlecze. Czy będziemy za nią wstępować do nieba, a może zepchnie nas w jakieś piekielne czeluście?
ZAR zaczyna swój tryptyk od (wynikającego z pragnienia nieśmiertelności) zmartwychwstania, ale kończy wspólną mogiłą, obróceniem się ludzi w proch, przykryciem wszystkiego białą płachtą milczenia: nad tumultem życia zapada cisza śmierci, świat się opróżnia i wraca do swojego pierwotnego (?) i właściwego (?) stanu – pustki i nicości.

Nie wiem czy istnieje „kolumna oddechu” prowadząca nasze dusze do nieba. Nie wiem czy istnieje niebo, a jeśli nawet istnieje, to nie nie wiem czym ono jest. Trudno mi jest też podzielać tę wizję podniebnej drabiny, nawet jeśli pojąć ją nie dosłownie, a metaforycznie.
Nie sądzę, że ból jest jedynym dowodem na to, że żyjemy. A wyrażając to inaczej: nie wierzę w to, że ból i cierpienie definiuje życie. To pewnie jeden z powodów tego, że nie zostałem przez tryptyk porwany. Momentami męczyła mnie siłowość z jaką aplikowano ruch w ciała aktorów, deprymowała zbyt intensywna ekspresja gestu – wszystkie te konwulsyjne miotania się po scenie, brak umiaru i niuansu, jakby ciało było opętane jakąś karykaturalną nadruchliwością i skazane na epileptyczne drgawki.
Tym bardziej uderzył mnie kontrast między tą gwałtownością (którą czasami odbierałem wręcz jako gwałt zadawany ciału) a kojącym i pięknym harmonijnym śpiewem aktorów – być może ewokującym pamięć o utraconej świętości: naiwności, prostoty, zaufania i oddania się wierze. Nie odebrałem tego jako kontrapunktu (bo widziałem zbyt duże dysproporcje). Był to dla mnie jeszcze jeden przejaw jakiegoś ontologicznego niezrównoważenia – dysharmonii między spokojem wynikającym z komfortu bycia we wspólnocie i odprawiania liturgii a niepokojem, lękiem a nawet czymś w rodzaju histerii opanowującej indywiduum-ciało wydane niejako na pastwę osobnego życia (jak to sugeruje np. symbolika „cesarskiego cięcia”.)

Przedstawienia ZAR-u są gęste w emocje i znaczenia – daleko im do „ubóstwa” teatru Mistrza i guru Grotowskiego. Wprawdzie tryptyk „ubogi” jest jeśli chodzi o wizualne decorum, ale za to bogaty w ruch, dźwięk, metafory i symbole. Nie dziwi mnie więc fascynacja tych, którzy tym przedstawieniom się (p)oddali, nie dziwi wrażenie obcowania z niezwykłą sztuką, która nabiera tu ciężaru rytuału. Ja również jestem pod wrażeniem intensywności oddania się swojej sztuce przez artystów – aktorów teatru ZAR (praca jaką wykonali wydaje mi się kolosalna). W wielu momentach poruszyła mnie muzyczna jakość zaprezentowana w tryptyku – harmonijne brzmienie, anielski ton, melodia i śpiew przejmujący – trudno było na to wszystko pozostawać obojętnym. Ale w końcu przytłoczył mnie jednak pesymizm grobu i śmierci, jako „ostatecznego rozwiązywania” dla życia, które w swej istocie jest tylko torturą – spazmem, konwulsją, udręką, męczarnią i bólem.
Nie, życie ma także wiele innych właściwości i faset. Mnie nie wydawało się już okrutne w chwili, kiedy odbierałem płaszcz z teatralnej szatni, widząc obok siebie uśmiechniętych i zadowolonych ludzi.

Anhelli. Wołanie

Photo: Tom Dombrowski, archiwum Teatru ZAR, Irena Lipińska

KRZYŻ

INRI

„Ukrzyżowanie” (Michał Anioł)

*

Uprzedzam, że poruszony tu zostaje temat kontrowersyjny. Jeśli więc dla kogoś sprawy wiary nie podlegają dyskusji, to osobie takiej czytania tego tekstu nie rekomenduję. Stanowi go wymiana opinii miedzy mną a Telemachem, jaka wywiązała się w komentarzach pod wpisem „Ukrzyżowana żaba” na moim poprzednim blogu „Brain Graffiti”.

*

Telemach: Drogi Logosie, dziwię się.
Dziwię się bo zdanie:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest jednak najważniejszym symbolem, i właśnie dlatego wykorzystuje się go tak często do „artystycznych” prowokacji.” zawiera zawirowanie logiczne, z którym nie mogę sobie poradzić.
Uważam mianowicie, że w dyskusji o krzyżu jako symbolu umyka nam jeden istotny aspekt. Wybór krzyża jako symbolu religii opartej na miłości i miłosierdziu jest sam w sobie prowokacją. Otóż – jakbyśmy na to nie patrzyli – wybór narzędzia kaźni jako skrótu wizualnego myślowego jest megaprowokacją. Szczególnie jeśli uwzględnimy, że znakiem pierwotnych chrześcijan był symbol ryby. Nie wiem w czyjej głowie zrodził się ten pomysł. Nie wiem również co uczyniliby chrześcijanie gdyby Chrystusa – co mimo iż szokujące jest teoretycznie możliwe – skazano na śmierć przez powieszenie. Czy klasy szkolne zdobiłyby obecnie symbole szubienicy? I co powiedzielibyśmy gdyby wierni należący do jakiejś nowoczesnej sekty wybrali sobie jako symbol wizerunek krzesła elektrycznego bądź komory gazowej?
Nie jest tak łatwo z tymi symbolami. A jeśli chodzi o „obrazę uczuć religijnych” to nasze poglądy pokrywają się. Z zastrzeżeniem, że uczucia jako takie się nie obrażają. Skłonni jesteśmy do personifikacji emocji zakładając ich tożsamość a nawet uniwersalność. Tak nie jest. Nie można obrazić uczuć religijnych. Można odczuwać osobisty dyskomfort wynikający z konkluzji że nasze, osobiste uczucia zostały skonfrontowane z czymś trudnym dla nas do zaakceptowania. A to nie to samo.

 

Ja: Telemachu, no cóż… zadziwienie już nas chyba nigdy nie opuści – choćby przy tworzeniu pytań na zadane odpowiedzi.
Powiedz mi jednak, co Cię tak naprawdę „zawirowuje” w moich zdaniach?
Oto pierwsze:
„W świecie chrześcijańskim, krzyż jest (jednak) najważniejszym symbolem”.
Drugie:
„Właśnie dlatego (…) wykorzystuje się go (krzyż) tak często do artystycznych prowokacji”.
A może tu chodzi o ten łącznik „właśnie dlatego” ?

Twój wywód jest rzeczywiście bardzo sugestywny, i jak zwykle świetnie i elegancko napisany, a jednak pozwolę sobie zwrócić na coś uwagę.
Moim zdaniem, Twoje szokujące asocjacje (krzyż – szubienica – krzesło elektryczne) nabierają logicznego znaczenia tylko dlatego, że – jak mi się wydaje – błędnie odczytujesz znaczenie symbolu, mylisz też symbol ze znakiem.
Bowiem symbol, w odróżnieniu od archetypu, (który jest czymś pierwotnym, rdzennym) jest czymś umownym. Ludzie zastępują symbolem rzecz konkretną, przy czym ów symbol wcale nie musi odnosić się do rzeczywistych znaczeń, funkcji i samej istoty tej rzeczy, a nabiera takiego znaczenia, jakie jest potrzebne tworzącym go ludziom. (Np. kaganek symbolizujący oświatę.) Czyli, w pewnym sensie, zaczyna on żyć własnym życiem w przestrzeni mitologicznej, a nie konkretnej, dosłownej, utylitarnej.
Symbol krzyża jest tak mocno wpisany w naszą, liczącą już dwa tysiące lat, cywilizację, że nikt go już nie kojarzy (przepraszam za to mało adekwatne słowo „kojarzy”) z narzędziami egzekucji.
Krzyż był takim narzędziem w momencie, kiedy przybijano doń Jezusa, ale kiedy zaistniał w religijnej świadomości (mitologicznej) – stał się już zupełnie czymś innym.
Czym?
Pozwól że zacytuję kogoś bardzo kompetentnego w tej sprawie, a mianowicie samego papieża Benedykta XVI, który powiedział (w związku zresztą z „ukrzyżowaną żabą”): „krzyż jest symbolem miłości bożej i naszego odkupienia” i dlatego, zdaniem papieża, ta ukrzyżowana żaba „obraża uczucia religijne wielu ludzi”, (czyli po prostu ludzi, dla których właśnie krzyż jest takim symbolem.)
Jeśli tak jest (a rzeczywiście ludzie we Włoszech, gdzie wystawiono żabę, oburzeni byli bardzo – nie obyło się nawet bez strajku głodowego), to moim zdaniem chrześcijanie ci swój symbol rozumieją bardzo płytko – bo kojarzą go (utożsamiają jakby) z dwiema deskami z drewna, zbitymi przez człowieka, który umieścił na nich wyrzeźbioną przez siebie żabę. I tyle…
I przez to ma się rozwiać prawdziwa istota symbolu krzyża, który konstytuował przestrzeń religijną Chrześcijaństwa przez dwa tysiące lat?!
Dlaczego myślący ludzie nie mogą dostrzec tego, że jest to po prostu absurdalne?
Z tego też względu uważam, że papież raczej nie powinien się wypowiadać w tak inkwizytorskim tonie o tej nieszczęsnej żabie. Robiąc coś podobnego, może jedynie nadwyrężać i podkopywać swój autorytet (tym bardziej, że muzeum w Bolzano polecenia papieża nie usłuchało i żaba wisiała sobie dalej).
PS. And by the way: czy nie sądzisz, że jednak bardziej poprawnie zabrzmiałoby zdanie: „Symbolem pierwotnych chrześcijan był znak ryby” ?

Krucyfiks – sztylet. (Pochodzące z XVII wielu kuriozum znajduje się w zbiorach muzeum Pałacu Inwalidów w Paryżu. Zdjęcie własne)

Telemach: Zawirowanie logiczne (zważ, że nie użyłem słowa „błąd”) wynika dla mnie z kontekstu wypowiedzianego zdania, nie zaś z jego treści.
Kilka uwag wstępnych:
Każdy symbol, również symbol krzyża, kiedyś zaczął tym symbolem być (nawet biblijni ortodoksi nie wpadną na pomysł aby nadać mu naturę wieczną i ponadczasową).
Ty interpretujesz znaczenie symboli, mnie interesuje o wiele więcej moment w którym one się takimi stają, proces tego stawania sie. Bo jest to moment fascynujący, pozwalający lepiej zrozumieć naszą mentalną przeszłość. Zrozumienie to jest dla mnie osobiście wytrychem do naszej (mentalnej) teraźniejszości. Chyba zgodzisz się ze mną, że świat wierzeń i związane z nim mitologia i symbolika nie są stanami lecz dynamicznymi procesami. Nieprawdaż? A jednak mamy skłonność do postrzegania naszej percepcji symboli i mitów jako statycznych stanów. Odzwierciedla to Twe zdanie:
„W świecie chrześcijańskim krzyż JEST najważniejszym symbolem”.
Dla mnie jest fascynujące jak do tego doszło że się takim stał. Po części nawet został uczyniony, po części nakazany. Świat chrześcijański nie był i nie jest jednolity, (za krzyże koptyjskie i ortodoksyjne palono na stosie i ekskomunikowano). Szczerze mówiąc mam trudności z ustaleniem kogo konkretnie masz na myśli mówiąc „świat chrześcijański”. Nie to jednak jest dla mnie najważniejsze.
A co do zawirowań? Ja po prostu chciałem zwrócić uwagę, że na początku długiej drogi – od narzędzia kaźni do symbolu wiary – mamy do czynienia z wyborem, który z dzisiejszego punktu widzenia jest prowokacją. Archetypy funkcjonują w głowach i potrzebują czasu aby się w nich zagnieździć. Z tego wynika dla mnie, że pierwsi Chrześcijanie nie mogli kierować się naszymi archetypicznie uwarunkowanymi emocjami i wyobrażeniami. Te są odległym skutkiem ich decyzji, decyzji podjętej w momencie gdy było to jeszcze narzędzie kaźni. Gdy zatem widzę obecne oburzenie, nie mogę się powstrzymać nad refleksją jak szybko tracimy z oczu paradoksy, by zadowolić się analizą stanu nie będącego niczym innym, jak jedynie jedną klatką lecącego od dwóch godzin filmu.
PS. Ze znakiem ryby masz naturalnie rację. Przepraszam za językowe niechlujstwo. Ukłony
 

Ja: Telemachu, odnosząc się do Twoich dywagacji co do zasadności wyboru „narzędzia kaźni” jako znaku (a później i symbolu) Chrześcijaństwa – z którymi nota bene w głównych zrębach się zgadzam – zaryzykuję i poddam tu symbol krzyża pewnej psychologiczno-znaczeniowej dekonstrukcji (bynajmniej nie dlatego, że czuję się dekonstrukcjonistą… wprost przeciwnie).
Oczywiście będzie to bardziej osobiste niż uniwersalne, tudzież ograniczone moim dyletantyzmem. Niektórym zaś wydać się może wręcz herezją (skoro jednak stosy już nie płoną, to czuję się raczej bezpiecznie). Jeszcze raz zaznaczam, że  jest to tylko i wyłącznie moje… czyli nader subiektywne odczucie, ignorujące niejako obecne funkcjonowanie tego symbolu w świadomości religijnej ludzi wierzących.

* * *
Muszę przyznać, że uznanie krzyża za „symbol miłości bożej” (jak to określił sam Benedykt XVI) wydaje mi się czymś absurdalnym. Podobnie można by było – idąc za Twoją sugestią o przypadkowym wyborze sposobu egzekucji Chrystusa – za taki symbol „miłości bożej” uznać szubienicę czy choćby elektryczne krzesło, (a to byłoby już zupełnie czymś groteskowym). Lecz moje skojarzenia związane z krzyżem odnoszą się nie tylko do jego utylitarnej funkcji (narzędzie egzekucji), ale i do obecnego w religii chrześcijańskiej motywu sado-masochistycznego, jaki przejawia się m.in. w uznaniu tego, że „człowiek narodził się po to, by cierpieć” (jak to kiedyś określił sam Jan Paweł II), któremu to stwierdzeniu sprzeciwia się nie tylko całe moje serce, ale i logika, gdyż nie mogę pojąć, jaki to „dobry Ojciec – Stwórca” powoływałby do życia swoje dzieci tylko po to, by cierpiały!
Przyznaję, że obecne w religii chrześcijńskiej cierpiętnictwo, martyrologia, (od)ruchy flagelacyjne, skłonność do masochistycznej ekspiacji… wszystko to zawsze wywoływało moją awersję. (Dla jasności: wychowałem się w rodzinie katolickiej, więc ten sposób myślenia miał w sobie również coś z dywersji.)

Zastanawiam się jednak, skąd rzeczywiście wzięło się to, że krzyż (narzędzie kaźni) stał się najważniejszym symbolem Chrześcijaństwa? Chodzi mi o jego źródło najgłębsze – archetypiczne, rdzeniowe, antropologiczne.
Myślę, że wiąże się to wszechobecną i ponadczasową trwogą człowieka przed śmiercią i cierpieniem, które jednak jest obecne w każdym żywym stworzeniu na świecie. Człowiek, zderzając się z tym wszech-cierpieniem oraz z własnym pojęciem o Bogu jako Stwórcy wszystkiego, dążył do tego, aby ten strach przezwyciężyć (m.in. poprzez składanie krwawych ofiar).
Chrześcijaństwo poszło swoją drogą – i to znacznie dalej. Dążąc do zbliżenia z Bogiem, musiało sobie jakoś dać radę z tym dysonansem (miłość dobrego Stwórcy do ludzi konfrontowana z jednoczesnym skazywaniem ich na cierpienie), więc uciekło się do rewolucyjnej prowokacji kulturowej, dość akrobatycznej zresztą: Bóg zniża się do ludzkiego poziomu, schodzi do ludzi, sam staje się człowiekiem, a takim może się stać tylko wtedy, jeśli odczuje egzystencjalną esencję ludzkiej (nie)doli – czyli strach, cierpienie i osamotnienie (przejmujące: „Eli Eli lama sabachthani?” umierającego na krzyżu Chrystusa).
Tak więc, czyż właśnie krzyż nie nadawał się do tego celu najlepiej? (Zważmy, że nadal krzyż jest synonimem bólu i cierpienia.)
Są jeszcze także przyczyny i przesłanki dalsze (oraz drugorzędne), które okazały się przydatne później, w czasach, kiedy chrześcijaństwo dokonywało swojej ekspansji w świat (np. podobieństwo krzyża do miecza). Także: prostota, dostępność, „poręczność”, zalety „architektoniczne”… etc.
Krzyż z czasem „obrósł” w setki nowych znaczeń, ujawnił się jako wielowątkowe „medium” kulturowe – zapuścił korzenie, odcisnął się w głowach, wypalił w sercach, a dla niektórych stał się nawet (za Teilhardem de Chardinem) krzyżem „kosmicznym”.

* * *

„Christ of St. John of the Cross” (Salvador Dali)

 *

„Pasja” (reż. Mel Gibson)

 *